Onepress.pl Helion SA
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. (32) 230-98-63
informacje: o księgarni onepress.pl
Recenzje
-
Mój ciąg do literatury biznesowej trwa, a ponieważ lektury uznaję za przydatne, to bez wahania opiszę wam pokrótce zawartość kolejnej. Dla uproszczenia pozwoliłem sobie nawet użyć tytułu książki na nazwę dzisiejszego wpisu.
Samemu będąc związanym z prezentacjami przez całość kariery zawodowej, z ciekawością zagłębiłem się na treści podawane przez autora (Garr Reynolds - polecam stronę). Z książki można wyciągnąć sporo wartościowych rad, które pomogą wam poprawić swoje umiejętności tworzenia prezentacji i samego prezentowania. Główną radą jest prostota.
Jej osiągnięcie jest możliwe na wiele sposobów. Jednak zacząć trzeba już na etapie przygotowania, poprzez przemyślenie koncepcji prezentacji w sposób analogowy - czyli z dala od komputera. Rzeczywiście w moim przypadku sprawdza się to wyśmienicie - już od kilku lat udaje mi się opanować i nie sięgać natychmiast po komputer gdy nadchodzi potrzeba stworzenia prezentacji. Zamiast tego polecam wziąć ołówek i kartkę formatu A4 i poprzez narysowanie trzech linii prostych utworzyć na białej powierzchni 6 jednakowych prostokątów, a w nich szkicować slajdy.
Odnośnie projektu slajdów i ich zawartości w książce pada sformułowanie „zabijanie przez PowerPointa” - jakże trafne w przypadku części prezentacji, które widujemy w pracy. Slajdy przeładowane tekstem i dziesiątkami podpunktów albo nieczytelne wykresy z masą danych - to nie służy komunikacji ani przekonaniu do swojego zdania kogokolwiek. Autor proponuje, by na slajdzie znalazło się nie więcej niż 6 słów. Rada być może i słuszna, natomiast realność tego zalecenia pozostawiam waszej ocenie. Chętnie usłyszę komentarze zwolenników (czy ktoś to przetestował na przykład w prezentacji w prezentacji dla zarządu firmy???) i przeciwników.
Kolejne zalecenie zostanie chyba moim ulubionym i będę starał się do niego dostosować. Autor stwierdza, bez wątpienia słusznie, że slajdy są jedynie elementem wspierającym mówcę. Przytacza też wyniki badań, z których wynika, że jeśli odbiorcy widzą to samo co słyszą, to jest im to znacznie trudniej przyswoić. A więc: slajdy ze swym tekstem i grafiką powinny koncentrować się na prostym przekazie najważniejszego punktu i zaciekawiać do słuchania prezentującego. W międzyczasie warto pamiętać o tym, by ich zawartość składała się tylko z absolutnie niezbędnych elementów. Autor nazywa to wysokim współczynnikiem sygnału do szumu i radzi nawet - o ile to możliwe - wyrzucić logo firmy z korporacyjnego szablonu, jako zbędne. Właściwe „odchudzanie” slajdów jest poparte kilkoma przykładami otwierającymi oczy nawet tym, którzy mają się za doświadczonych prezenterów.
Zazwyczaj jest tak, że mamy do dyspozycji więcej danych niż wymaga pokazania na ekranie - możemy je wydrukować i rozdać w materiałach po prezentacji. Proste i skuteczne - ludzie nie będą wytrzeszczać oczu próbując odczytać wykres z dwudziestoma słupkami oznaczonymi cyframi o czcionce rozmiaru 9.
Autor jest też wrogiem samoobjaśniających się (self-explanatory) slajdów, tak lubianych w branży konsultingowej. Według książki, idealny slajd jest całkowicie nieodłącznym orężem prezentera i bez niego nie powinien nic znaczyć. Znowu mogę się „zgodzić, ale…” W realiach naszych firm, gdzie prezentacja jest często sposobem na skrócony i schematyczny opis jakiegoś projektu, rady z „Zen prezentacji” nie do końca znajdą zastosowanie.
Zaleceniem Garra Reynoldsa, które najbardziej rzuca się w oczy, jest sugestia by zamiast „przyozdabiać” slajdy klipartami czy małymi zdjęciami używać obrazów o wyższej rozdzielczości stanowiących tło slajdu. Oczywiście obraz musi korespondować tematycznie z treścią bądź wykresem na pierwszym planie, jednak jest to zasadnicza zmiana w stosunku do aktualnie stosowanych standardów prezentacyjnych. Obrazy nie biorą się jednak znikąd (zwłaszcza te wyższej rozdzielczości) - i tutaj właśnie „leży pogrzebany pies, od którego zgrzytam zębami”. Autor właściwie na każdej stronie promuje używanie (czyt. kupowanie) tychże obrazów pobranych z jednego, wskazanego serwisu. W dodatku na końcu książki znajduje się kupon promocyjny, a na jego stronie www można znaleźć zdjęcia w towarzystwie właścicieli owego zachwalanego serwisu. Być może jestem przewrażliwionym na zachowania skrajnie kapitalistyczne dzieckiem epoki PRL-u… Tak czy inaczej moje zęby uratowała strona 150, na której wymienionych jest też kilka innych podobnych serwisów, w tym darmowe.
Na uwagę zasługuje też sama forma książki, z dużą ilością przykładowych slajdów. Zarówno złych jak i - tuż obok - dobrych, dla porównania i lepszego zapamiętania. To połączone z treścią książki i możliwością jej praktycznego zastosowania w zdecydowanej większości przypadków przemawia za koniecznością postawienia „Zen prezentacji” na półce u każdego, kto od czasu do czasu musi coś zaprezentować. -
Niektórzy analitycy głośno odtrąbili rok nowej hossy, tymczasem grono zniesmaczonych efektami tradycyjnych form pomnażania oszczędności inwestorów jakoś się nie kurczy. Część z tych, którzy szukają alternatywy dla akcji,funduszy czy struktur, pewnie zerknie na forex. Przerazi się, gdyż tylko na pierwszy rzut oka odnajdzie w nim znajome elementy. Im głębiej w forex, tym więcej wątpliwości. Mark Galant i Brian Dolan rozwiewają znakomitą większość z nich, barwnym językiem odzierając forex z resztek aury tajemniczości. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy choć raz sparzyli się na jednym z dziesiątek podobnych poradników.
-
Panie, które przeczytały tytuł książki i stwierdziły "to nie dla mnie!", zachęcam do zmiany zdania. Zachętą niech będzie z kolei tytuł jednego z rozdziałów - Jeśli umiesz prowadzić dom, umiesz działać strategicznie. Z książki dowiemy się również, że nie warto być zawsze grzeczną dziewczynką, ale podejmować ryzyko. Autorka zdradza też sekrety, jak wywierać wpływ na innych, jak wyciągnąć wnioski z działalności w komitecie rodzicielskim, a nawet jak wychowywać córki na liderki.
-
O dyskryminacji zawodowej kobiet feministki mówią od lat. Tym razem zajęli się nią naukowcy. "Kobiety i biznes" to zbiór artykułów nie tylko o dyskryminacji kobiet, ale również o tych firmach, które zmieniają swoją kulturę, by kobiety zatrzymać. Z książki dowiemy się, jak męskie zarządy firm podcinają kobietom skrzydła, o kobietach menedżerach, które wybierają rodzinę i jak w roli zarządzających sprawdzają się kobiety.
-
Książka-album pt. "Tybet. Legenda i rzeczywistość" traktuje o mitycznych, historycznych i współczesnych dziejach Kraju Śniegów, o niezwykłej przed buddyjskiej cywilizacji i jej włączeniu w wielką buddyjską tradycję. To spotkanie z inkarnowanymi lamami, mistykami i "szalonymi" joginami. Wydawnictwo Bezdroża prezentuje drugie wydanie publikacji o Tybecie autorstwa Marka Kalmusa, w serii albumowej "Obrazy świata".
"Tybetańczycy - mimo wielowiekowej izolacji od świata - w niczym nam nie ustępują, a nawet są bardziej pragmatyczni i skuteczni w codziennym działaniu, zachowując przy tym wiele tradycyjnych wartości duchowych, które często u nas popadły w zapomnienie lub są wstydliwie ukrywane" - opowiada Marek Kalmus, autor książki. "Z drugiej strony baśniowy świat tybetańskich mitów i legend przeplata się z normalnym życiem i jego cudownością. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bogatsza, niż nam się to wydaje". "Tybet. Legenda i rzeczywistość" jest najobszerniejszą i najbardziej gruntowną monografią polskiego autora na temat Tybetu i buddyzmu tybetańskiego. To zarazem monografia nietypowa, demitologizująca wiele stereotypów. Przedstawienie skomplikowanych dziejów na tle ponad 1500 lat relacji tybetańsko-chińskich pozwala lepiej zrozumieć aktualne problemy tego kraju.
Marek Kalmus opisuje najbardziej istotne kwestie buddyzmu tybetańskiego, ezoteryczną sztukę wadżrajany, rytuały, inicjacje i medytacje oraz znaczenie mandali. Wprowadzenie w unikalną medycynę tybetańską, systemy wróżebne, rozpoznawanie inkarnowanych lamów, znaczenie amuletów zhi, tradycję "ukrytych skarbów" i ich odkrywców - mistrzów duchowych, daje wyobrażenie o specyfice i bogactwie kultury Kraju Śniegów.
Kilkaset zdjęć ilustrujących tekst ukazuje niezwykłe krajobrazy Dachu Świata, stare klasztory, rytuały religijne, życie mnichów i zwykłych ludzi. Są tu również unikalne zdjęcia dokumentujące nieistniejące już oblicze Tybetu. To także fotograficzna relacja z wieloletnich wędrówek autora po tym fascynującym kraju, po miejscach znanych i nieznanych.
"Pierwszy raz zetknąłem się bezpośrednio z kulturą tybetańską w 1979 roku w Nepalu" - wspomina Marek Kalmus. Zaprzyjaźniłem się z rodziną uchodźców tybetańskich prowadzących sympatyczną knajpkę Mandarin na Freak Street w Katmandu. Często tam przesiadywałem, rozmawiając z nimi i obserwując, jak w wolnych chwilach Kusang rzeźbił w kości lub malował religijne obrazy zwane thangka. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o tragedii narodu tybetańskiego, brutalnie spacyfikowanego i okupowanego przez komunistyczne Chiny".
Nowe wydanie książki-albumu pt. "Tybet. Legenda i rzeczywistość" jest rezultatem 30 lat zainteresowań i fascynacji autora. Podczas ponad dwudziestu podróży Marek Kalmus przebył wiele tysięcy kilometrów różnymi środkami lokomocji, wędrując po starych szlakach karawanowych i odwiedzając miejsca pielgrzymkowe. Pobyty w klasztorach, spotkania z Dalaj Lamą i z licznymi inkarnowanymi lamami oraz uczonymi tybetańskimi, bezpośredni kontakt z pielgrzymami oraz zwykłymi Tybetańczykami dały mu wielką wiedzę praktyczną i doświadczenie. Dzięki temu "Tybet. Legenda i rzeczywistość" to książka o żywej narracji, wciągająca i autentyczna.


























