| 📅DZISIAJ o 20:00❗ Nie wywal się o paragraf - Tomek Palak & Janina Bąk o bezpiecznym tworzeniu treści w Internecie! Jeżeli jesteś aktywny online, szczególnie jeśli zarabiasz w świecie wirtualnym, musisz być czujny. I świadomy tego, co wolno, a czego absolutnie nie można robić z cudzym dziełem. Niektóre kwestie są oczywiste: nie należy kopiować, posługiwać się bez zgody właściciela jego znakiem towarowym, obrażać. To wiadomo.
Inne rzeczy, pozostające na granicy prawa i bezprawia, a notorycznie zdarzające się w sieci, nie są już tak jasne. Bo czy wolno na przykład przerobić udostępnione przez kogoś zdjęcie na mem? Czy można wyprzedzić właściciela popularnego nazwiska i zarejestrować sobie pod nim domenę internetową? Albo czy dopuszczalne jest linkowanie wszystkiego z dowolnej strony WWW?
Tomasz Palak, radca prawny, bloger i entuzjasta e-świata, uważa, że prawa w sieci najlepiej uczyć się na błędach. Oczywiście raczej cudzych niż własnych. W książce przytacza więc rozmaite historie, które przydarzyły się autentycznym osobom oraz markom i w błyskotliwy, a zarazem prosty do zrozumienia sposób wyjaśnia, kto popełnił błąd. Pisze, na czym on polega, i podpowiada, co zrobić, by tego błędu (a co za tym idzie - kłopotów i odszkodowania) uniknąć. Internet a prawo - jak się nie potknąć? Poradnik dla twórców ROZDZIAŁ 1. Co wspólnego z Twoją działalnością ma pewna rozlana kawa i dlaczego tak dużo Grube poprzewracane tyłki czy jakoś tak „W tych Stanach już do reszty poprzewracało im się w grubych tyłkach — tam nawet gość wygrał w sądzie z McDonald’sem, bo nie uprzedzono go, że kawa jest gorąca!”. Gdybym dostawał awans za każdym razem, gdy słyszę zdanie tego typu, to pewnie nic by się u mnie nie zmieniło, bo pracuję u siebie. Trudno mi ocenić, czy ta kofeinowa legenda jest bardziej popularna, czy nieprawdziwa. Posłuchaj. To nie był facet, tylko niemal 80-letnia pani. Nazywała się Stella Liebeck. Cały świat nabija się teraz z jej niby „absurdalnego” roszczenia skrajnie niesprawiedliwie. Na przykład poprzez przyznawanie Stella Awards — takich antynagród za szalone procesy sądowe. Albo właśnie permanentne jak makijaż opowieści i mity, które niestety nie dają mi, jak mówiłem, awansu — za to dają ciężkie eksperckie wzdychanie. I konieczność tłumaczenia, jak było naprawdę. Teraz będę odsyłał do tego rozdziału. Porozmawiajmy sobie o tym, jaki był przebieg całej mitycznej kawowej historii, a jak został przedstawiony. Dlaczego i w jaki sposób? I choć sprawa nie dotyczy działania w internecie — także o tym, jak przekłada się na Twoją. I czego możesz się nauczyć. Gotowy? No to kawa w dłoń (albo może lepiej nie...) i lecimy!
Zaparzyć czy poparzyć Stella 27 lutego 1992 roku płaci 49 centów i dostaje kawę z Maka. Jest pasażerką w aucie prowadzonym przez wnuka — on się zatrzymuje, żeby babcia dodała do napoju cukier. Powtarzam: auto nie jedzie! A kawa nie jest kierowcy, tylko pasażerki. Która robi to, co zrobiłby pewnie każdy z nas — przytrzymuje kubek kolanami i manewrując, niestety oblewa się zawartością. Gorący płyn roztapia jej ubranie i wraz ze zwęgloną bielizną parzy miejsca intymne. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak to boli. Stella trafia do szpitala i postanawia domagać się zwrotu kosztów — pamiętajmy, że w Stanach z reguły płaci się za opiekę medyczną i nie ma tak cudownie jak u nas nad Wisłą, że istnieje bezpłatny NFZ. Serio, jej ambicją nie jest zarobienie w ten sposób kokosów i rozbijanie jakichś na hawajskiej plaży. Ani znaczek „kawa jest gorąca, durniu” na kubku. Wiesz już tyle: to nie był facet oszołom i wcale nie oblał się, kierując. A teraz wątki, które okazały się już przed sądem. Stella spędziła ponad tydzień w szpitalu i dalsze tygodnie na odzyskiwaniu sprawności. Wymagała opieki, co pośrednio zabrało zarobki domownikom. Miała poparzenia trzeciego stopnia na 6% ciała i mniejsze na dalszych 16 — i to w tak wrażliwym jego miejscu. To raczej nie są obrażenia od zwykłej kawy, prawda? No właśnie! Bo jej temperatura znacznie przekraczała typową. Ale pomówmy o konkretach — już nawet Celsjusz mówił ponoć, że zima jest fajna do pewnego stopnia. Posłużę się więc właśnie jego stopniami. Normalna lokalowa kawa ma ich koło 60, tamta Stelli miała aż 87. Takie wartości pewnie niewiele Ci mówią — to różnica między spowodowaniem poparzeń w dwadzieścia sekund lub zaledwie trzy. I uwaga, to nie była pierwsza taka skarga względem „restauracji pod złotymi łukami”. Mogło ich być nawet siedemset! Specjalnie nie napisałem cyframi, bo pomyślałbyś, że mecenas jąka się na klawiaturze i to literówka. Siedemset. I nadal kawa powodująca większe obrażenia niż u konkurencji, a nikt o tym nie uprzedza... Jedyna różnica jest taka, że dotąd ponad siedemset spraw udało się jakoś wyciszyć. Stella się nie dała. To kosztowało ją sporo emocji. Sprawa spowodowała między innymi słuchanie menedżera kontroli jakości sieciówki czy objazd miasta, pobieranie próbek kaw i mierzenie ich temperatur. Kto to wszystko wypił? Tego nie ma w aktach sądowych, za to jest wyrok. Nie on jest w mojej historii kluczowy, ale jeśli zawsze zadania z gwiazdką były dla Ciebie nie do pokonania, pewnie Cię ciekawi. A zatem uznano 80% winy restauracji, czyli innymi słowy, z zasądzonej kwoty zabrano Stelli 20% za przyczynienie się. Było tam jeszcze później nieco zamieszania z jej wysokością, ostatecznie dogadali się poza sądem na mniej niż 600 tys. dolarów. Ale jak mówię — tym razem nie skupię się na analizie wyroku. Takie rzeczy znajdziesz w paru innych rozdziałach, mój wierny giermku. Za to więcej chciałbym Ci opowiedzieć o tym, co stało się potem — nastąpił przerost forsy nad treścią. Gigant wykorzystał wszystkie swoje finansowe możliwości i marketingowe sztuczki, żeby wyśmiać sprawę i Stellę w ocenie konsumentów. Przyznaj — udało mu się. Jeśli w ogóle była Ci znana ta sprawa i to pewnie nie w tej wersji, którą właśnie przelałem na ekran. Choć może nie pod imieniem i nazwiskiem, Stella stała się niechcący symbolem pieniactwa i durnego systemu prawnego USA, wspierającego takich cwaniaków. Choć imienia też jej nie darowali — choćby przez wspomniane Stella Awards. A przecież ona „tylko” była wystarczająco konsekwentna — nie tylko w walce o swoje prawa, ale ostrzeżenie innych.
Prawo internetu a prawo internetu Ta historia pokazuje pewne internetowe prawo. W Twojej działalności sprawdzi się ono częściej, niżbyś chciał. Po prostu — możesz prawnie mieć rację, ale przegrać medialnie. Kto wie, czy teraz nawet nie bardziej niż 1992 roku, gdy Stella się tak boleśnie oparzyła. Teraz internet po prostu Cię przeżuje i wypluje, nim w ogóle zdążysz zajrzeć w paragrafy. Internet potrafi być piękny, ale internauci — bezlitośni. Żeby nie było, że nie ostrzegałem. Rozwijając tę niezbyt pozytywną myśl: możesz być „za mały” jak Stella i zostać pokonany przez machinę propagandową dużych graczy, skoro ta prawna nie wystarczyła. A z drugiej strony sam to pewnie nieraz widzisz, miotając się po internetowej pajęczynie: „Cześć kochani, czy w Hrubieszowie macie zasięg komóry od Violet?” „W Starych Babkach też nie ma!” „Jak za darmo to bym wzięła dla córki”. „Za komuny nie było takich problemów z zasięgiem komórek”. „Nie wiem czy mówiłam, ale statystyka kręci mnie jak mikrofala talerz”. „Violet to oszuści!” „Moja ciocia kiedyś kupiła telefon od Violet i trzy tygodnie później idąc po kiełbasę wpadła na stóg siana”. „Internet od Klej jest durzo leprzy i się laczy od razu”. „Sprawdź mój film jak wymiotuję migdałami”. No nie chciałbyś być w tej plątaninie komentarzy na miejscu Violet, nie? Bardzo często w internecie jest tak, że choćbyś napisał sobie w regulaminie „Stare Babki i Hrubieszów nie mają zasięgu zgodnie z rozporządzeniem unijnym o rybołówstwie”, internauci wydadzą wyrok medialny, który poniesie się mocniej od ewentualnego prawnego. Wniosek: jak zaczynasz, to ostrożnie z wplątywaniem się w konflikty z większymi. Nawet gdy wygrasz prawnie, możesz nie odkręcić szkód, które zrobili ci wizerunkowo. A jak już Twoja internetowa działalność będzie się kręcić jak wiertarka dentysty, odpowiednio zarządzaj konfliktami i wątpliwościami. Rozsądnie pod każdym kątem, nie tylko prawnym. Jest taki dowcip. Syn prawnika pomału przejmuje kancelarię i z dumą ogłasza: „Tato, zakończyłem w miesiąc tę skomplikowaną i wielowątkową sprawę, którą prowadzisz od lat”. Ojciec wcale nie jest zachwycony, pojawiają się wulgaryzmy. „Ty łachudro i łapserdaku, żyliśmy z tej sprawy od 20 lat i mieliśmy żyć drugie tyle!”. Moi klienci nieraz cenią sobie moje podpowiedzi pozaprawne — zaczynając od najprostszej „daruj sobie”. Albo „zanim zaczniemy się bawić w wezwania i pozwy, zapanujmy nad tym, co się wyczynia w komentarzach”. To jest oczywiście książka o niepotykaniu się na prawie, ale czasem można przez nie przegapić inne ukryte na torze przeszkody. A zakładam, że przewracając się, nie pomyślisz sobie „a nie, jak to z innego powodu, to policzki mniej starte od betonu”. Nie chcesz się potknąć nie tylko na prawie, prawda? Skupiając się na prawie, nie potknij się na mediach. Zajrzyj na naszą stronę po więcej świetnych tytułów 👇 Wśród nich znajdziesz nowości i bestsellery w formie książek drukowanych, ebooków i audiobooków! | | |