Recenzje:
Istnieją dwa rodzaje pisarzy. Tacy, którzy podczas pisania nie zawracają sobie głowy czytelnikami, i tacy, którzy każdy aspekt pisania podporządkują nadrzędnemu celowi, jakim jest sprzedać jak najwięcej egzemplarzy. To pierwsze podejście cechuje, wbrew pozorom, nie tylko poetów i uduchowionych artystów, ale też dziesiątki tysięcy pisarzy-amatorów, którzy albo mają słaby warsztat literacki, albo wybierają mało zajmujące tematy, albo nie potrafią wylansować się w mediach, głównie społecznościowych. Natomiast drugie podejście, aż do przesady profesjonalne, oznacza, że autor nieustannie doskonali swoje umiejętności, przed rozpoczęciem pisania wybiera najbardziej medialne lub kontrowersyjne tematy, studiując je przez wiele miesięcy, a zarazem świetnie odnajduje się w działaniach marketingowych. Robert Greene [1] należy do tej drugiej grupy.



Wystarczy wymienić tytuły książek, które do tej pory napisał. Mamy więc “Sztukę uwodzenia”, “48 zasad władzy”, “33 strategie wojny”, i omawiane tu “Jak zostać mistrzem”. Każda z nich została pomyślana jako bestseller, jeszcze na długo przed napisaniem pierwszej linijki. I nie tylko wyraziste tytuły, wyraźnie ukierunkowane na specyficznego czytelnika, sugerują taki zamiar. Nie można bowiem pominąć faktu, iż Robert Greene od dawna współpracuje z Ryanem Holidayem [2]. A to wyjaśnia wiele. Holiday jest bodajże najbardziej kontrowersyjnym marketerem w branży wydawniczej w USA. Rozgłos przyniosła mu książka  “Trust me, I’m lying. Confessions of a media manipulator”, w której opisuje sztuczki marketingowe, jakich używał podczas promowania książek, filmów, firm i osób. A dodajmy, chwyty te były co najmniej wątpliwe etycznie, bo Ryan oszukiwał w zasadzie wszystkie media, jeśli tylko dzięki temu mógł zwiększyć zasięg swojego przekazu. Jak pisze we wspomnianej książce, wysyłał blogerom sfałszowane zdjęcia i raporty czy nawet podszywał się pod inne osoby. A teraz weźmy pod uwagę fakt, iż sam Robert Greene przyznaje, że wiele zawdzięcza Ryanowi Holidayowi, a ten z kolei wymienia Greene’a jako jeden z jego największych sukcesów marketingowych. W końcu skoro pięć książek Greene’a sprzedało się w ponadmilionowym nakładzie, to dla osoby odpowiedzialnej za marketing i PR autora to tylko powód do dumy.



Książka do wybitnych z pewnością nie należy. Główne zastrzeżenie to toporne zdania, i nie jest to wina tłumacza. Porównywałem z oryginałem i mogę tylko stwierdzić, że i tak polskie tłumaczenie czyta się znacznie lepiej od oryginału. Wracając do meritum, Greene wziął na warsztat temat niesłychanie popularny, czyli tak zwaną drogę do mistrzostwa. Nie on pierwszy stara się analizować, jakie czynniki odpowiadają za sukces. I mimo że łatwo przy tym temacie wpaść w pułapkę błędów poznawczych, to muszę przyznać, że autorowi udało się napisać książkę, która na swój sposób wyraźnie wyróżnia się od innych tytułów z tego kręgu autorów. Greene skupił się bowiem na relacjach między mistrzem a uczniem, lub używając innej terminologii, na terminowaniu lub praktykach u osoby będącej wzorem do naśladowania. Osią książki są więc opowieści o mentorach i ich nad wyraz pojętnych uczniach, takich jak Faraday uczący się od Humphry’a Davy’ego, Carl Jung działający pod wpływem Zygmunta Freuda, czy Aleksander Wielki pobierający nauki od Arystotelesa.



W tym kontekście książka zawiera unikalny zestaw przymiotów, które charakteryzują genialnego nauczyciela, i które to mogą się przysłużyć pojętnemu uczniowi. Pozwalam sobie przytoczyć kilka dłuższych zdań, bo z jednej strony dobrze oddają charakter całej książki, a z drugiej zasługują na podkreślenie ze względu na ich trafność i wnikliwość:



- “Czasami okazuje się, że mentor uświadomi nam pewne rzeczy, których chcemy unikać lub przeciwko którym aktywnie się buntujemy”. [3]



- “Problem ze wszystkimi uczniami polega na tym, że nieodmiennie w pewnym miejscu się zatrzymują. Stykają się z pewną koncepcją, której potem kurczowo się trzymają aż do śmierci. Wmawiają sobie, że dostąpili prawdy.”[4]



- “Należy wymagać, aby mentor rzucał nam odpowiednie wyzwania, dzięki którym moglibyśmy odkryć własne mocne i słabe strony, a także zabiegać o jak największą ilość informacji zwrotnych, choćby najtrudniejszych do przyjęcia.”[5]



- “Jeżeli [...] w zbyt dużym stopniu poddamy się wpływowi mistrza i w ten sposób pozbawimy się wewnętrznej przestrzeni, w której mógłby dojrzewać i rozwijać się nasz indywidualny głos, nasze życie będzie toczyło się pod egidą pomysłów, które powstały gdzieś poza nami”[6]

Warto też wspomnieć, że książka jest wypełniona po brzegi masą faktów i nawiązań do źródeł historycznych. Jak zresztą sam autor twierdzi, “koncepcje przedstawione w tej książce opierają się na rozległych badaniach prowadzonych w dziedzinie neurobiologii i kognitywistyki, a także na badaniach nad kreatywnością oraz biografiach największych mistrzów w historii świata” [7]. I prawdopodobnie był to ten z czynników, który nadał tej książce etykietkę kompendium w temacie zdobywania mistrzostwa u boku wielkiego mentora. Nie powinno to dziwić z dwóch powodów. W branży wydawniczej powszechnie wiadomo, że im grubsza książka (zwłaszcza non-fiction), tym lepiej powinna się sprzedawać. Po drugie, Greene pisze w poradniku dla autorów, że przed rozpoczęciem pisania kolejnej pozycji czyta zwykle około 250 książek poświęconych zagadnieniu, któremu bez reszty zamierza się poświęcić w najbliższym czasie. Zastanawia tylko, dlaczego autor tak konsekwentnie unika cytowania źródeł – w książce nie znajdziemy ani jednego przypisu, za to na ostatnich stronicach znajdziemy wykaz niemal setki pozycji bibliograficznych.



I jeszcze dwa słowa o błędach poznawczych. Otóż nawet jeśli Greene trafnie scharakteryzował relacje na linii uczeń – mistrz, to musimy pamiętać, że zasady te sprawdziły się tylko w tych konkretnych przypadkach. W pozostałych, których były tysiące, ale o których nikt nigdy nie napisze książki, bo osoby te były albo mniej znane, albo dane o nich są niedostępne, mogło być dokładnie odwrotnie. W przypadku podobnej analizy, dokonanej jednak na firmach i ich prezesach w książce “Od dobrego do wielkiego”, Jim Collins przynajmniej oparł swoje analizy na danych empirycznych i statystycznych (a i tak grubo się pomylił), Greene musiał bazować tylko na książkach innych autorów i własnej wyobraźni. Dlatego w dużej mierze “Mistrzostwo” ociera się o regularną beletrystykę, zwłaszcza gdy autor w szczegółach rozpisuje się o konkretnych wydarzeniach z życia opisywanych w książce bohaterów.  Retrospektywne analizowanie czynników prowadzących do sukcesu przywołuje na myśl jeden z najczęściej popełnianych błędów poznawczych, a jest nim efekt pewności wstecznej [8]. Książka w “mistrzowski” sposób składa hołd odkrywcom tego błędu, czego najbardziej dobitnym świadectwem jest zdanie, jakim Greene raczy nas na samym początku lektury. W rozdziale poświęconym Leondardo da Vinci, autor mówi wprost: “gdy patrzy się na to z takiej perspektywy, wszystko w jego życiu nabiera sensu. [9]“. Panie Greene, w taki sposób można uzasadnić każdą tezę! Wystarczy dobrać odpowiednie argumenty (pomijając kontrargumenty), i hulaj dusza, każdy temat nabierze sensu.



[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Greene_(American_author)

[2] http://en.wikipedia.org/wiki/Ryan_Holiday

[3] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 125

[4] ibidem, str. 127

[5] ibidem, str. 128

[6] ibidem, str. 131

[7] ibidem, str. 30

[8] http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_pewno%C5%9Bci_wstecznej

[9] “Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości”, Robert Greene, OnePress, 2014, str. 38

http://ekonomiaprzetrwania.pl Wojciech Głąbiński


Tytuł chwytliwy, choć wielce mylący. Owszem, Green - filolog klasyczny, pisarz i erudyta - daje czytelnikowi wskazówki, „jak zostać mistrzem", jak rozbudzać swą aktywność, pasję. Ale równie ciekawe - jeśli nie ciekawsze! - są jego eseje z historii kultury, z przykładami tych największych i najważniejszych postaci w dziejach świata, tych, którzy zmieniali bieg historii: od Leonarda da Vinci, przez Darwina, Mozarta, Einsteina, Curie-Skłodowską po Benjamina Franklina i wielu innych. Autor przekonuje m.in., że „wszyscy mamy dostęp do wyższej formy inteligencji (...) Tego typu inteligencję można w sobie kształtować poprzez głębokie zanurzenie się w danej dziedzinie badań i dochowanie wierności własnym upodobaniom". Tylko musiałoby nam się chcieć - na początek choćby przeczytać książkę Greene'a.

Uważam Rze Agnieszka Niemojewska, 2014-07-01


Właściwie ta książka dowodzi jednego -że geniusz nie istnieje. Bo geniusz jest niemal wyłącznie tytanicznie ciężką pracą, w odpowiednich warunkach i pod odpowiednim okiem mentora.

Robert Greene, który w USA jest bardzo cenionym autorem, znanym z takich książek, jak poświęcona strategii „Art of War", tym razem analizuje drogę wielkich twórców i geniuszy na ich zawodowy szczyt. I okazuje się, że kreatywność i geniusz nie pojawiają się znikąd, nie stanowią przejawu praw naturalnych ani nie są wynikiem jakiejś tajemniczej metody. Źródłem geniuszu jest biegłość, mistrzostwo w danej dziedzinie - i Greene, analizując życie największych, pokazuje, jakie są drogi do biegłości. A droga - tak w skrócie - jest jedna: to długa i ciężka harówka, choć Greene pokazuje, jakie są ścieżki na skróty.

1. W procesie prowadzącym do biegłości są trzy fazy. Pierwsza to terminowanie, druga to faza aktywności i kreatywności, trzecia to właśnie biegłość. Na początku poznajemy ogólne założenia, jesteśmy jeszcze poza interesującą nas dziedziną. W drugiej poprzez liczne ćwiczenia i zgłębianie tajników zaczynamy rozumieć jej wewnętrzne mechanizmy. W trzeciej mamy taką wiedzę, że możemy na nią spojrzeć w inny sposób i ją rozwinąć.

2. Człowiek jednak cały czas szuka drogi na skróty. Szukamy magicznych przepisów na sukces, dzięki którym poprzez niewielką zmianę nastawienia wydobędziemy z siebie ogromną energię. To to samo, co szukanie drogi do geniuszu przez dawne rytuały i transy.

3. Moc umysłu i poziom zdolności zależą od działań podejmowanych przez nas w życiu. Nie mamy wdrukowanych pewnych procesów w naszym mózgu. W umyśle ludzi biernych kształtuje się raczej jałowy krajobraz. Z uwagi na niewielką liczbę doświadczeń i działań nieużywane połączenia w mózgu obumierają.

Wprost Grzegorz Sadowski, 2014-06-02


Jak trafić do Carnegie Hall? - pyta turysta w Nowym Jorku. Słyszy: Potrzeba wielu lat pracy! Robert Greene dodałby: i umiejętności przezwyciężenia nieuchronnej frustracji.

Analizując życie wielkich mistrzów, można wyodrębnić fazę przypominającą poczwarkę motyla, gdy ich przyszłe kompetencje znajdują się w zalążku, są potencją, która może się rozwinie, a może nie. Od czego to zależy Jakie są klucze do biegłości Jak można poszukiwać zadania życiowego Co by byto, gdyby Karol Darwin posłuchał rady ojca i nie wsiadł na pokład „Beagle"? Gdyby zrezygnował z podróży, która doprowadziła go do stworzenia jednej z największych koncepcji w dziejach ludzkości. Robert Greene jest pisarzem i mówcą motywacyjnym. Jestem sceptyczna wobec takich działań, ale są osoby, którym to jest potrzebne. Ilu niezaistniałych mistrzów kryje się wokół nas. Może dzięki tej lekturze będzie ich mniej.

Charaktery DK, 2014-06-01


Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy urodzili się geniuszami? Okazuje się, że można dokonać rzeczy wielkich, nie będąc geniuszem i korzystając z tych zasobów, które posiadamy - wielkość można wyćwiczyć. Autor Robert Greene - znany pisarz, mówca oraz autorytet w dziedzinie strategii, władzy, a także sztuki uwodzenia - w swojej publikacji przedstawia sposób, w jaki należy ułożyć długofalowy plan działań, by nasz geniusz nie był kolosem na glinianych nogach. Książka dostarczy kompletu praktycznych wskazówek, które wesprą działania na drodze do wielkości. Pomoże też odnaleźć własne powołanie, podpowie, jak rozbudzić aktywność i kreatywność umysłu oraz w jaki sposób odkryć pełnię własnego potencjału. Dzięki niej czytelnik może wzmocnić swoją inteligencję społeczną oraz poznać historie wybitnych ludzi, którzy osiągnęli wielkość właśnie w taki sposób.

Personel Plus 2014-05-01