PRZEDMOWA
Traktujmy wiedzę mniej poważnie
Niniejsza książka jest syntezą doświadczeń człowieka, który z jednej strony, mając rzeczowe podejście do niepewności, przez całe życie zawodowe starał się obronić przed zwodniczą losowością i oszukać emocje związane z wynikami probabilistycznymi, a z drugiej jest kochającym literaturę estetą podatnym na zwodnicze działanie wytwornych, wyrafinowanych, oryginalnych i wysmakowanych form nonsensu. Nie potrafię całkiem obronić się przed oszustwami losowości; mogę jedynie ograniczyć ich wpływ do dziedzin przynoszących jakąś gratyfikację natury estetycznej.
Przemyślenia zawarte w tym tekście mają charakter intuicyjny. To osobisty esej dotyczący głównie myśli, zmagań i spostrzeżeń autora związanych z podejmowaniem ryzyka - nie można nazwać go traktatem, a już z pewnością nie pracą naukową. Napisałem go dla rozrywki i jest przeznaczony do czytania (przede wszystkim) z przyjemnością. I dla przyjemności. W ciągu ostatniej dekady powstało wiele książek i artykułów na temat naszych nabytych i wrodzonych uprzedzeń związanych ze ślepym trafem. Podczas pracy nad pierwszym wydaniem tej książki starałem się unikać pisania o tym, czego nie widziałem na własne oczy albo sam nie zrobiłem, oraz o sprawach, których nie przemyślałem na tyle starannie, bym mógł omawiać je z minimalnym wysiłkiem. Zrezygnowałem ze wszystkiego, co choćby z daleka pachniało ciężką pracą. Musiałem usunąć z tekstu wszelkie elementy wyglądające jak owoc wizyty w bibliotece, w tym wiele naukowych terminów. Starałem się nie używać cytatów, jeśli nie potrafiłem bez wysiłku przywołać ich z pamięci oraz tych pochodzących z prac autorów, których w ostatnich latach nie czytywałem. (Nie znoszę przypadkowego wykorzystywania wiedzy zapożyczonej - więcej na ten temat w dalszej części książki). Aut tace aut loquere meliora silentio - jeśli nie masz nic ciekawego do powiedzenia, zachowaj milczenie.
Te podstawowe zasady się nie zmieniły. Niemniej życie wymaga czasem kompromisów. Pod naciskiem przyjaciół i Czytelników wzbogaciłem niniejsze wydanie w pewną liczbę dyskretnych przypisów. Uzupełniłem też większość rozdziałów o nowy materiał - zwłaszcza Rozdział 11. Objętość książki zwiększyła się przez to o ponad jedną trzecią.
Stawianie na wygranego
Zamiast zdawać relację z moich przemyśleń w zupełnie nowym tomie, postarałem się, aby to niniejsza książka zaczęła rozwijać się organicznie (traderzy1 mówią w takich przypadkach o "powiększaniu wygrywającej pozycji"); i żeby odzwierciedlała moją osobistą ewolucję. Co może dziwić, po publikacji pierwszego wydania przemyślałem niektóre części tekstu dokładniej niż przed nią. Dotyczyło to zwłaszcza dwóch zagadnień: mechanizmów, które sprawiają, że mózg ludzki postrzega świat jako o wiele mniej przypadkowy, niż jest on w istocie, oraz "grubych ogonów"2 - niezwykłego rodzaju losowości, który jest odpowiedzialny za bardzo głębokie zaburzenia (zdarzenia rzadkie mówią nam coraz więcej o świecie, w którym żyjemy, a jednocześnie są dla nas wciąż tak kontrintuicyjne, jak dla naszych przodków). Drugie wydanie książki odzwierciedla więc moją częściową przemianę ze studenta nauki o niepewności (o której w gruncie rzeczy możemy się niewiele dowiedzieć) w badacza tropiącego sposoby, którymi zwodzi ona ludzi.
I jeszcze jedno zjawisko: przemiana autora pod wpływem własnej książki. W miarę jak coraz bardziej przeżywałem ten tekst po jego napisaniu, zacząłem dostrzegać szczęście w najmniej oczekiwanych miejscach. To trochę tak, jakby istniały dwie planety: ta, którą zamieszkujemy, oraz inna, gdzie zasada determinizmu jest zdecydowanie bardziej obecna, i na której wydaje nam się, że żyjemy. Wyjaśnienie jest bardzo proste: zdarzenia z przeszłości zawsze wyglądają na mniej przypadkowe, niż były naprawdę (to tak zwany efekt myślenia z perspektywy czasu). Gdy słuchałem, jak ktoś mówi o swojej przeszłości, zaczynałem dostrzegać, że osoba ta najczęściej podaje dopasowane do faktów wyjaśnienia spreparowane ex post przez swój zwiedziony umysł. Z czasem obserwacja ta stała się dla mnie coraz trudniejsza do zniesienia. Przyglądając się ludziom ze świata nauk społecznych (zwłaszcza przedstawicielom ekonomii konwencjonalnej) lub sektora inwestycyjnego, odnosiłem wrażenie, że są obłąkani. Życie w realnym świecie może być bolesne, zwłaszcza gdy z komunikatów, które do nas płyną, więcej dowiadujemy się o ich nadawcach niż o samej treści. Dziś rano, przeglądając "Newsweeka" w poczekalni u dentysty, trafiłem na artykuł poświęcony ważnej postaci ze świata biznesu, a w szczególności jej zdolnościom do pojawiania się we właściwym miejscu i czasie. Szybko się zorientowałem, że zamiast na informacjach zawartych w artykule, którego notabene nie mogłem potraktować poważnie, skupiam się na pułapkach w myśleniu autora. (Dlaczego tak często dziennikarze nie potrafią zrozumieć, że wiedzą znacznie mniej, niż im się wydaje? Już pół wieku temu naukowcy zbadali zjawisko "ekspertów", którzy nie umieją wyciągać wniosków z popełnionych błędów. Można przez całe życie snuć błędne przewidywania, a mimo to wciąż mieć nadzieję, że następna prognoza okaże się trafna).
Niepewność i prawdopodobieństwo
Wierzę, że moją główną zaletą - taką, którą powinienem chronić i pielęgnować - jest głęboko zakorzeniona niepewność intelektualna, a moim podstawowym zadaniem - żartowanie z ludzi, którzy traktują siebie i swoją wiedzę zbyt poważnie. Pielęgnowanie takiej niepewności, zamiast wiary we własny intelekt, może się wydawać dziwne. Z pewnością nie jest łatwe. Wymaga bowiem umiejętności oczyszczenia umysłu z tradycyjnego przekonania o własnej intelektualnej mocy. Pewien Czytelnik, który stał się moim korespondencyjnym przyjacielem, zwrócił mi uwagę na postać szesnastowiecznego francuskiego eseisty i myśliciela Michela de Montaigne'a. Wciągnęło mnie badanie implikacji wynikających z różnicy między rozumowaniem Montaigne'a a sposobem myślenia Kartezjusza; a także tego, jak bardzo zbłądziliśmy, idąc w ślady drugiego filozofa w naszym poszukiwaniu pewności. Bez wątpienia zamknęliśmy swoje umysły, stosując kartezjański model rozumowania formalnego zamiast właściwego Montaigne'owi sposobu formułowania wieloznacznych i nieformalnych (lecz krytycznych) sądów. Prawie pięć wieków po śmierci Montaigne, który oddawał się głębokim introspekcjom i nigdy nie był pewien swojej mądrości, staje się wzorem do naśladowania dla współczesnych myślicieli. Był to człowiek obdarzony wyjątkową odwagą. Pozostawanie sceptykiem z pewnością wymaga męstwa, lecz jeszcze większej odwagi potrzeba, aby wejrzeć w siebie, przeciwstawić się samemu sobie i zaakceptować własne ograniczenia - naukowcy coraz częściej przedstawiają dowody na to, że matka natura wyposażyła nas w skłonność do oszukiwania samych siebie.
Jest wiele sposobów myślenia o prawdopodobieństwie i ryzyku, przy czym przedstawiciele poszczególnych zawodów różnie rozumieją termin "prawdopodobieństwo". W niniejszej książce będzie on miał znaczenie jakościowe i literackie, a nie ilościowe i naukowe (co wyjaśnia liczne ostrzeżenia przed profesorami ekonomii i finansów, głęboko przekonanymi o tym, że coś wiedzą - i że jest to wiedza przydatna). Przedstawiłem prawdopodobieństwo jako zagadnienie wynikające z problemu indukcji Hume'a (albo arystotelesowskiego modelu wnioskowania od szczegółu do ogółu), odwrotnie do paradygmatu zawartego w literaturze poświęconej teorii gier. Prawdopodobieństwo zostało przeze mnie potraktowane przede wszystkim jako gałąź sceptycyzmu stosowanego, a nie dyscyplina techniczna (wbrew brzmiącemu zarozumiale matematycznemu podejściu do tematu, problemy związane z rachunkiem prawdopodobieństwa rzadko zasługują na coś więcej niż wzmianka w przypisie).
Jak to możliwe? Prawdopodobieństwo nie polega tylko na obliczaniu szans wyrzucenia konkretnej liczby oczek na kostce albo szacowaniu możliwości wystąpienia bardziej skomplikowanych zdarzeń; chodzi w nim o akceptację braku pewności co do naszej wiedzy oraz rozwijanie metod radzenia sobie z naszą ignorancją. Poza podręcznikami i kasynami prawdopodobieństwo prawie nigdy nie prezentuje się jako problem matematyczny albo łamigłówka. Matka natura nie mówi, ile przegródek jest w ruletce, ani nie przedstawia problemów w sposób podręcznikowy (w realnym świecie należy raczej odgadnąć problem, a nie rozwiązanie). W tej książce jądrem myślenia probabilistycznego uczyniłem przekonanie, o tym, że mogły pojawić się inne rezultaty i świat mógł wyglądać inaczej. Właściwie w czasie całego mojego życia zawodowego atakowałem ilościowe podejście do prawdopodobieństwa. Choć mnie najważniejsze wydają się Rozdziały 13 i 14 niniejszej książki (dotyczące sceptycyzmu i stoicyzmu), większość ludzi przyciągają przykłady błędnych obliczeń z Rozdziału 11 (niewątpliwie najmniej oryginalnego fragmentu książki, w którym streściłem literaturę poświęconą błędom w myśleniu probabilistycznym). Co więcej, choć potrafimy w pewnym stopniu opanować prawdopodobieństwo w naukach ścisłych (zwłaszcza w fizyce), jasne jest, że w "naukach" społecznych (takich jak ekonomia) zupełnie go nie ogarniamy, mimo buńczucznych deklaracji ekspertów.
Zrehabilitowani Czytelnicy (niektórzy)
Starałem się w jak najmniejszym stopniu odwoływać się do mojej pracy w charakterze tradera wykorzystującego matematyczne formuły. Moje doświadczenia z rynku finansowego stanowiły zaledwie inspirację. Nie uczyniły one z mojej książki kompendium wiedzy o tym, jak radzić sobie z losowością na rynku (jak chcieliby niektórzy). Podobnie Iliada nie jest przecież podręcznikiem strategii wojskowej. Tylko trzy z czternastu rozdziałów mają tło finansowe. Rynek jest zaledwie szczególnym przypadkiem w opowieści o pułapkach losowości; choć oczywiście jednym z najbardziej interesujących, jako że ślepy traf odgrywa na nim istotną rolę (ta książka byłaby znacznie krótsza, gdybym zajmował się wypychaniem zwierząt albo tłumaczeniem etykiet z czekolady). Co więcej, ślepego trafu w finansach nikt nie rozumie, choć większość osób sądzi inaczej, co skutkuje wzmocnieniem uprzedzeń. Analogie do rynku finansowego starałem się przedstawiać w jak najbardziej obrazowy sposób, tak jak czyniłbym podczas rozmowy przy kolacji z - dajmy na to - kardiologiem o zainteresowaniach naukowych (modelem rozmówcy był mój młody przyjaciel Jacques Merab).
Otrzymałem mnóstwo e-maili na temat pierwszego wydania książki, co jest marzeniem każdego eseisty, gdyż wymiana poglądów z Czytelnikami zapewnia idealne warunki do tworzenia drugiej wersji tekstu. Wyraziłem swoją wdzięczność, odpowiadając na wszystkie listy. W różnych rozdziałach książki znalazło się też miejsce dla niektórych odpowiedzi. Ponieważ często uważano mnie za obrazoburcę, spodziewałem się głównie listów utrzymanych w gniewnym stylu, typu: "a kim ty jesteś, żeby osądzać Warrena Buffetta?" albo "po prostu zazdrościsz mu sukcesu". Dlatego czułem się zawiedziony, kiedy większość tego typu komentarzy pojawiała się anonimowo na stronie Amazon.com (nie ma czegoś takiego jak zła prasa: są ludzie, którzy promują książkę, obrzucając ją błotem).
Wobec braku bezpośrednich ataków pewnym pocieszeniem były dla mnie listy od ludzi, którzy poczuli się zrehabilitowani dzięki mojej książce. Najwięcej satysfakcji dawały mi wiadomości od osób, którym się w życiu nie powiodło, aczkolwiek nie z ich winy - tacy ludzie czerpali z mojej książki argumenty, żeby wytłumaczyć żonie, dlaczego mają mniej szczęścia (choć niekoniecznie mniej umiejętności) niż ich szwagier. Najbardziej poruszający list przysłał mężczyzna z Wirginii, który w ciągu kilku miesięcy stracił pracę, żonę oraz cały majątek i został objęty dochodzeniem przez [amerykańską] Komisję Papierów Wartościowych i Giełdy, a mimo to, przyjąwszy stoicką postawę, zachował dobre samopoczucie. Korespondencja z Czytelnikiem, który stał się ofiarą Czarnego Łabędzia3 (nieoczekiwane zdarzenie losowe o ogromnym znaczeniu - w tym przypadku chodziło o utratę dziecka), skłoniła mnie do zagłębienia się w literaturę dotyczącą radzenia sobie ze skutkami poważnych zdarzeń losowych (nieprzypadkowo zdominowanej przez Daniela Kahnemana4, pioniera badań nad irracjonalnymi zachowaniami w warunkach niepewności). Muszę przyznać, że jako trader nigdy nie miałem wrażenia, że moja praca może przynosić korzyść komukolwiek poza mną; bycie eseistą dało mi uwznioślające poczucie bycia pożytecznym.
Wszystko albo nic
Co do samej treści książki pojawiło się kilka nieporozumień. Ponieważ ludzki mózg z trudem rozróżnia odcienie prawdopodobieństwa (ma bowiem skłonność do nadmiernych uproszczeń typu "wszystko albo nic"), ciężko mi było wytłumaczyć [Czytelnikom], że przesłanie tego tekstu brzmi: "rzeczywistość jest bardziej przypadkowa, niż nam się wydaje", a nie "wszystko jest przypadkowe". Musiałem zmierzyć się z zarzutem, że jako sceptyk uważam, iż wszystko jest dziełem przypadku, a ludzie, którzy odnieśli sukces, mieli po prostu dużo szczęścia. Syndrom Zwiedzionych przez przypadek dotknął nawet uczestników mocno nagłośnionej debaty Cambridge Union z moim udziałem. Mój argument, iż "większość ludzi sukcesu to głupcy, którzy mają szczęście", przerobiono w jej trakcie na "wszyscy ludzie sukcesu to głupcy, którzy mają szczęście" (przegrałem debatę z budzącym respekt Desmondem Fitzgeraldem, biorąc udział w jednej z najciekawszych dyskusji w moim życiu - miałem nawet ochotę zamienić się z moim adwersarzem stronami!). Złudzenia, pod wpływem których ludzie zaczynają mylić brak szacunku z arogancją (o czym przekonałem się po opublikowaniu książki), każą im także mylić sceptycyzm z nihilizmem.
Pozwolę sobie to wyjaśnić. Oczywiście, przypadek sprzyja przygotowanym! Ciężka praca, punktualność, czysta (najlepiej biała) koszula, używanie dezodorantu i tym podobne konwencjonalne czynniki sukcesu są z całą pewnością potrzebne, ale mogą okazać się niewystarczające, ponieważ nie powodują sukcesu. To samo dotyczy konwencjonalnych wartości, takich jak upór, wytrwałość i zawziętość: są potrzebne, nawet bardzo potrzebne. Żeby wygrać na loterii, trzeba najpierw kupić los. Ale czy to oznacza, że wygraną spowodował wysiłek włożony w pójście do kiosku? Naturalnie, umiejętności są ważne, ale w otoczeniu cechującym się dużą przypadkowością liczą się znacznie mniej niż na przykład w stomatologii.
Nie twierdzę, że to, co babcia mówiła wam o etyce pracy, było nieprawdą. Co więcej, ponieważ sukces w większości przypadków zależy od wykorzystania nielicznych "okienek możliwości", przeoczenie jednego z nich może mieć katastrofalne skutki dla waszej kariery. Łapcie więc okazję!
Warto zauważyć, że ludzki mózg czasem odwraca wektor przyczynowości. Załóżmy, że pewne pozytywne cechy są przyczyną sukcesu. Choć takie myślenie wydaje się na pierwszy rzut oka prawidłowe, na podstawie tego założenia nie można wnioskować, że skoro inteligentny, ciężko pracujący i wytrwały człowiek może osiągnąć sukces, to każdy, kto osiągnął sukces, na pewno jest inteligentny, wytrwały i ciężko pracuje (to ciekawe, że nawet bardzo inteligentni ludzie popełniają ten prosty błąd myślowy polegający na afirmowaniu następstwa. Omawiam ten problem w niniejszym wydaniu książki pod hasłem "dwóch systemów rozumowania").
W badaniach nad sukcesem nastąpił ostatnio zwrot, który objawił się w księgarniach wysypem poradników opisujących "cechy wspólne milionerów, które musicie posiadać, żeby odnieść taki sukces jak oni". Jeden z autorów niezbyt przemyślanej książki The Millionaire Next Door5 (którą omawiam w Rozdziale 8) napisał jeszcze bardziej absurdalne "dzieło" zatytułowane The Millionaire Mind6. Stwierdził w nim, że większość osób w reprezentatywnej grupie ponad tysiąca milionerów, których kariery badał, nie zdradzała w dzieciństwie ponadprzeciętnej inteligencji. Na tej podstawie wysnuł wniosek, że to nie talent jest źródłem bogactwa, lecz ciężka praca. Ktoś naiwny mógłby pójść tym tokiem rozumowania i uznać, że szczęście nie ma żadnego znaczenia dla kwestii osiągnięcia sukcesu. Podejrzewam jednak, że jeśli rozkład cech w opisanej grupie milionerów jest taki sam jak w całej populacji, należałoby wyciągnąć bardziej niepokojący wniosek: że sukces tych ludzi jest właśnie wynikiem szczęścia, które jest demokratyczne i może się przytrafić każdemu bez względu na posiadane umiejętności. Autor wskazuje na większą niż w całej populacji częstotliwość występowania w badanej grupie takich cech jak wytrwałość i pracowitość: to kolejny przykład mylenia warunków koniecznych z przyczynami. To, że wszyscy milionerzy byli wytrwałymi, ciężko pracującymi ludźmi, nie oznacza, że każdy, kto posiada takie cechy, zostanie milionerem. Wśród przedsiębiorców, którzy nie odnieśli sukcesu, także jest wiele takich osób. W podręcznikowym przykładzie naiwnego empiryzmu autor przyjrzał się cechom wspólnym milionerów i doszedł do wniosku, że łączy ich zamiłowanie do ryzyka. Oczywiście, skłonność do podejmowania ryzyka jest warunkiem koniecznym osiągnięcia dużego sukcesu, ale też jest warunkiem koniecznym poważnej porażki. Gdyby autor przeprowadził taką samą analizę w odniesieniu do bankrutów, prawdopodobnie również zaobserwowałby u nich skłonność do podejmowania ryzyka.
Niektórzy Czytelnicy (a także wydawcy, z którymi prowadziłem rozmowy, zanim znalazłem Texere) oczekiwali ode mnie poparcia twierdzeń zawartych w książce wyczerpującymi danymi, grafikami, wykresami, tabelami, diagramami, liczbami, rekomendacjami, szeregami czasowymi i tak dalej. Mój tekst jest jednak zbiorem logicznych eksperymentów myślowych, a nie pracą semestralną z ekonomii; logika nie wymaga zaś weryfikacji empirycznej. (Istnieje coś, co nazywam błędem podróży w obie strony - to popełniany przez dziennikarzy i niektórych ekonomistów błąd polegający na używaniu statystyki bez logiki. Sytuacja odwrotna nie zachodzi: używanie logiki bez oparcia na danych statystycznych nie jest błędem). Jeżeli piszę, że wątpię w to, iż mój sąsiad odniósł sukces bez choćby niewielkiego udziału szczęścia, ponieważ w jego profesji zdarzenia losowe odgrywają pewną rolę, nie muszę tego udowadniać - wystarczy eksperyment myślowy z rosyjską ruletką. Powinienem jedynie dowieść istnienia innego wyjaśnienia niż to, że ów człowiek jest geniuszem. Przyjąłbym podejście polegające na zebraniu grupy osób niepełnosprawnych umysłowo i wykazaniu, że kilka z nich może zostać odnoszącymi sukcesy biznesmenami - dotyczyłoby to mniejszości badanych, ale za to byłoby bardziej obrazowe. Nie twierdzę, że Warren Buffett nie jest utalentowany, lecz że w wystarczająco dużej populacji przypadkowych inwestorów niemal na pewno pojawi się ktoś, kto osiągnie podobny sukces tylko dzięki szczęściu.
Stracone okazje do żartów
Byłem również zaskoczony tym, że mimo zawartych w książce obcesowych przestróg przed dziennikarzami, zapraszano mnie chętnie do programów telewizyjnych i radiowych w Ameryce Północnej i Europie (na przykład wziąłem udział w przezabawnym "dialogu głuchych" w jednej ze stacji radiowych w Las Vegas, podczas którego wygłaszaliśmy z dziennikarzem prowadzącym wywiad dwa w zasadzie niepowiązane ze sobą monologi). Nikt mnie nie chronił przed samym sobą, więc przyjmowałem zaproszenia. To dziwne, ale żeby informować ludzi o toksyczności prasy, trzeba korzystać z jej usług. Czułem się jak oszust wydający pozbawione znaczenia dźwięki, a mimo to dobrze się bawiłem.
Być może zapraszano mnie, ponieważ dziennikarze mediów mainstreamowych nie czytali mojej książki (oni "nie mają czasu" czytać) albo nie zrozumieli obelg, a dziennikarze spoza głównego nurtu przeczytali ją zbyt dokładnie i poczuli się zrehabilitowani. W każdym razie mogę przytoczyć kilka anegdot. Producentom popularnego programu telewizyjnego powiedziano, iż "ten cały Taleb uważa, że analitycy giełdowi formułują swoje prognozy w sposób zupełnie przypadkowy", więc postanowili mnie zaprosić, abym przedstawił swoje argumenty na antenie. Postawili jednak warunek: miałem zarekomendować trzy spółki giełdowe, w których akcje warto zainwestować, żeby dowieść, że jestem prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie. Nie skorzystałem z zaproszenia i straciłem wspaniałą okazję do zażartowania sobie z widzów przez wskazanie trzech przypadkowych spółek wraz z przekonującym uzasadnieniem tego wyboru.
W innym programie telewizyjnym, podczas omawiania losowego charakteru rynku akcji oraz domniemanej logiki zdarzeń, dostrzegalnej już po fakcie, powiedziałem: "ludzie doszukują się ukrytych historii tam, gdzie ich nie ma". Prowadzący natychmiast mi przerwał, mówiąc: "Dziś rano doszły nas słuchy o tej historii z Cisco7. Może pan to skomentować?". A teraz najlepsze! Kiedyś zaproponowano mi udział w godzinnej audycji radiowej, na temat finansów (prowadzący nie przeczytał Rozdziału 11). Na kilka minut przed wejściem na antenę usłyszałem, że mam się powstrzymać od omawiania koncepcji opisanych w książce i mówić tylko o inwestowaniu na giełdzie, a nie o losowości (była to kolejna świetna okazja do zażartowania z publiczności, ale byłem nieprzygotowany, więc po prostu opuściłem studio, zanim program się rozpoczął).
Większość dziennikarzy nie traktuje rzeczywistości zbyt poważnie. W końcu w biznesie medialnym - zwłaszcza w radiu i telewizji - chodzi o rozrywkę, a nie o poszukiwanie prawdy. Sztuka polega na trzymaniu się z dala od tych, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że ich zadaniem jest tylko zabawianie publiczności (czyli od takich osób jak George Will, pojawiający się w Rozdziale 2), i naprawdę postrzegają siebie jako myślicieli.
Kolejnym problemem był sposób, w jaki interpretowano w mediach moje przesłanie: "Ten cały Nassim uważa, że rynki zachowują się w sposób przypadkowy, więc notowania zaczynają spadać". To uczyniło ze mnie, wbrew mojej woli, herolda złej nowiny. A Czarne Łabędzie, owe rzadkie i nieoczekiwane odchylenia, mogą być zarówno dobrymi, jak i złymi zdarzeniami.
Mimo wszystko w dziennikarstwie panuje jednak mniejsza standaryzacja, niż mogłoby się wydawać. Funkcjonuje w nim duża grupa ludzi myślących, odcinających się od komercyjnego słowotoku i szczerze zainteresowanych jakością przekazu, a nie tylko przyciąganiem uwagi odbiorców. Z rozmów z takimi osobami jak Kojo Anandi (NPR), Robin Lustig (BBC), Robert Scully (PBS) i Brian Lehrer (WNYC)8 wyciągnąłem dość prosty wniosek, że ludzie z mediów niezależnych to zupełnie inny pod względem intelektualnym gatunek dziennikarzy. Tak się składa, że poziom dyskusji jest odwrotnie proporcjonalny do przepychu studia: stacja radiowa WNYC, w której czułem, że Brian Lehrer naprawdę się stara dobrze zrozumieć moje argumenty, działa w najbardziej obskurnych pomieszczeniach, jakie widziałem na zachód od Kazachstanu.
Na koniec pozwolę sobie jeszcze na uwagę o stylu. Postanowiłem pozostać przy moim specyficznym języku z pierwszego wydania. Homo sum, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem omylny i nie widzę powodu, żeby ukrywać drobne błędy będące częścią mojej osobowości, tak samo jak nie zakładam peruki, pozując do zdjęcia, ani nie przyprawiam sobie sztucznego nosa, kiedy muszę wyjść na ulicę. Prawie wszyscy redaktorzy czytający pierwszą wersję tekstu zalecali zmianę konstrukcji zdań (w celu "poprawienia stylu") oraz struktury tekstu (chodziło o podział na rozdziały). Zignorowałem jednak większość tych zaleceń i przekonałem się, że Czytelnikom w niczym to nie przeszkadzało. Tak naprawdę to uważam, że piętno osobowości autora (wraz ze wszystkimi jego niedoskonałościami) tylko ożywia tekst. Czyżby branża wydawnicza cierpiała na klasyczny "syndrom eksperta", objawiający się nadmiarem zasad postępowania pozbawionych uzasadnienia empirycznego? Przekonawszy do siebie ponad pół miliona Czytelników, mogę powiedzieć, że książek nie pisze się dla redaktorów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Trader oznacza osobę handlującą papierami wartościowymi i różnego rodzaju instrumentami finansowymi - przyp. red.
2 Chodzi o ogony rozkładu prawdopodobieństwa - przyp. red.
3 Opisująca to zjawisko książka Nassima Taleba pt. The Black Swan: The Impact of Highly Improbable ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2007 roku. Polski przekład pt. Czarny Łabędź. Jak nieprzewidywalne zdarzenia rządzą naszym życiem, nakładem Kurhaus Publishing ukazał się pod koniec 2014 roku, a w 2020 roku został wznowiony przez Zysk i S-ka Wydawnictwo - przyp. red.
4 Daniel Kahneman (ur. 1934) to amerykański psycholog i ekonomista, specjalizujący się w ekonomii behawioralnej. W 2002 roku otrzymał Nagrodę Nobla za zastosowanie narzędzi z psychologii w naukach ekonomicznych. Jego książka Thinking, Fast and Slow wydana została w Polsce w 2012 roku pt. Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym nakładem wydawnictwa Media Rodzina - przyp. red.
5 T. Stanley, W. Danko, The Millionaire Next Door: The Surprising Secrets of America's Wealthy, Longstreet Press 1996. Wyd. polskie Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa, Fijorr Publishing 2011.
6 T. Stanley, The Millionaire Mind, Andrews McMeel Publishing 2000.
7 Cisco Systems to amerykańska spółka działająca globalnie, dostawca infrastruktury internetowej. Autor wspomina prawdopodobnie wywiad z drugiej połowy 2001 roku, kiedy to kurs akcji Cisco po serii gwałtownych wzrostów będących przejawem tworzenia się tzw. bańki internetowej, spadł mocno w sierpniu 2001 roku. Firma ogłosiła wówczas wyniki finansowe i między innymi podała do wiadomości, że jej zysk w IV kwartale roku finansowego wyniósł zaledwie 7 mln dolarów. Oznaczało to spadek o 99 proc. Moment ten to jedno z wydarzeń oznaczających pęknięcie bańki internetowej - przyp. red.
8 Autor oznaczył skrótowcami nazwy mediów. Kolejne z nich oznaczają: amerykańskie radio National Public Radio, brytyjską telewizję British Broadcast Corporation, amerykańską rozgłośnię New York Public Radio oraz amerykańską publiczną sieć telewizyjną Public Broadcast Company. Warto zwrócić uwagę, że wszystkie media wymienione przez Taleba to media publiczne, choć działające w krajach, w których media komercyjne tworzą mocne, znane na całym świecie marki - przyp. red.