Nasz wiek stał się zaiste wiekiem intelektualnego organizowania politycznych nienawiści. I będzie to jedna z jego głównych nazw w moralnej historii ludzkości.
Julien Benda, Zdrada klerków, 1927[1]
Musimy pogodzić się z faktem, że tego rodzaju bunt przeciw nowoczesności trwa utajony w społeczeństwach Zachodu (...). Jego chaotyczny, niestworzony program, irracjonalna i antypolityczna retoryka ucieleśniają aspiracje równie autentyczne (...) jak aspiracje innych, lepiej znanych ruchów reformatorskich.
Fritz Stern, Polityka rozpaczy kulturowej, 1961
1.
SYLWESTER
31 grudnia 1999 roku zorganizowaliśmy przyjęcie. Kończyło się jedno tysiąclecie, zaczynało kolejne i ludzie bardzo chcieli świętować, najlepiej w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyjęcie spełniało ten warunek. Wyprawiliśmy je w Chobielinie, dworku w północno-zachodniej Polsce, który mój mąż i jego rodzice kupili dekadę wcześniej - za cenę cegieł - kiedy była to jeszcze opuszczona, zapleśniała ruina, nieremontowana, odkąd poprzedni właściciele uciekli przed Armią Czerwoną w 1945 roku. Zdążyliśmy odnowić dom, przynajmniej w dużej części, choć trwało to bardzo długo. W roku 1999 nie był całkowicie gotowy, ale miał już nowy dach oraz wielki, świeżo pomalowany, pozbawiony mebli salon - wprost idealny na przyjęcie gości.
Zjechali zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Moskwy, kilku dyplomatów niższego szczebla z Warszawy, dwoje przyjaciół z Nowego Jorku. W większości byli to jednak Polacy, nasi przyjaciele, znajomi mojego męża, Radka Sikorskiego, wówczas wiceministra spraw zagranicznych w centroprawicowym rządzie Jerzego Buzka. Byli miejscowi przyjaciele, koledzy Radka ze szkoły, sporo kuzynostwa. Zjawiła się też grupka młodawych dziennikarzy (nikt szczególnie znany), a także kilkoro urzędników państwowych oraz jeden czy dwóch młodych polityków rządzącej koalicji.
Większość z nas można było określić mianem konserwatystów, antykomunistów, czyli tego, co Polacy nazwaliby ogólnie prawicą. W tamtym momencie historii można było też nazwać nas liberałami: wolnorynkowcami, klasycznymi liberałami, może i taczerystami. Nawet ci z nas, którzy mieli mniej kategoryczne poglądy na kwestie gospodarcze, wierzyli w demokrację, rządy prawa, mechanizmy kontroli i równowagi, w Polskę, która należy do NATO i zmierza do członkostwa w Unii Europejskiej, Polskę stanowiącą integralną część współczesnej Europy. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku to właśnie oznaczało "bycie prawicą".
Przyjęcie było dość niezborne. W latach dziewięćdziesiątych na polskiej wsi nie było czegoś takiego jak catering, więc nagotowałyśmy z teściową kilka garów gulaszu i pieczonych buraczków. Nie było też hoteli, więc nasi goście, których było około setki, nocowali po sąsiadach lub u naszych przyjaciół w pobliskim mieście. Miałam listę tego, kto gdzie śpi, ale i tak niektórzy wylądowali u nas - albo na podłodze, albo w piwnicy. W nocy odpaliliśmy fajerwerki - tanie, chińskie, od pewnego czasu dostępne wszędzie, ale najprawdopodobniej bardzo niebezpieczne.
Muzyka (z kaset, była to bowiem epoka przed nastaniem Spotify) była przyczyną jedynego poważnego podziału kulturowego wieczoru: moi amerykańscy przyjaciele słuchali na studiach zupełnie innych piosenek niż Polacy, więc trudno było sprawić, by wszyscy chcieli tańczyć równocześnie. W pewnym momencie poszłam na górę, dowiedziałam się, że Borys Jelcyn ustąpił ze stanowiska, napisałam krótki komentarz do brytyjskiej gazety, zeszłam na dół i wypiłam kolejny kieliszek wina. Koło trzeciej nad ranem pewna stuknięta Polka wyjęła z torebki mały pistolet i z czystego entuzjazmu wystrzeliła w powietrze kilka ślepaków.
Takie to było przyjęcie. Trwało całą noc, następnego popołudnia rozwinęło się w "brunch" przesiąknięty ówczesnym optymizmem, który dobrze pamiętam. Odbudowaliśmy zrujnowany dom. Nasi przyjaciele odbudowywali kraj. Nigdy nie zapomnę spaceru po śniegu - może w przeddzień przyjęcia, może dzień po nim - kiedy szliśmy dwujęzyczną grupą, wszyscy mówili równocześnie, angielski z polskim mieszały się i niosły echem po brzezinie. Polska była o krok od dołączenia do Zachodu i w tamtej chwili wydawało się, że wszyscy gramy w jednej drużynie. Zgadzaliśmy się w kwestii demokracji, drogi wiodącej do dobrobytu, kierunku, w którym wszystko zmierzało.
Tamta chwila minęła. Dziś, prawie dwadzieścia lat później, kiedy widzę na ulicy niektórych ludzi, których gościłam na tamtym sylwestrze, przechodzę na drugą stronę. Oni z kolei nie tylko nie przekroczyliby dziś progu mojego domu, ale wstydzą się przyznać, że w ogóle w nim kiedyś byli. Połowa tych, którzy uczestniczyli w tamtym przyjęciu, nie rozmawia już z drugą połową. Podziały są polityczne, nie osobiste. Polskie społeczeństwo jest dziś jednym z najbardziej spolaryzowanych w Europie.
Znaleźliśmy się po dwóch stronach głębokiej przepaści, która dzieli nie tylko to, co kiedyś było polską prawicą, ale też prawicę węgierską, hiszpańską, francuską, włoską, a także - z pewnymi różnicami - prawicę brytyjską i prawicę amerykańską.
Niektórzy z moich sylwestrowych gości - podobnie jak mój mąż i ja - wciąż wspierają centroprawicę: proeuropejską, wolnorynkową, oddaną rządom prawa. Należymy do partii politycznych, które mniej lub bardziej odpowiadają europejskim chrześcijańskim demokratom, liberalnym partiom Francji i Holandii, Partii Republikańskiej Johna McCaina. Niektórzy z moich gości uważają się za centrolewicowców. Reszta wylądowała jednak gdzie indziej. Wspierają teraz Prawo i Sprawiedliwość - natywistyczną partię, która zasadniczo zmieniła się od czasów, kiedy w latach 2005-2007 po raz pierwszy rządziła Polską i kiedy w latach 2005-2010 prezydentem był Lech Kaczyński.
Utraciwszy władzę, przywódcy Prawa i Sprawiedliwości, a także liczni wyborcy i sympatycy tej partii, zaczęli powoli przyjmować inny garnitur poglądów, nie tylko ksenofobicznych i paranoicznych, lecz po prostu otwarcie autorytarnych. Należy oddać sprawiedliwość wyborcom, że nie każdy potrafił to dostrzec. W 2015 roku PiS prowadził bardzo umiarkowaną kampanię wyborczą przeciwko centroprawicowej Platformie Obywatelskiej, która rządziła wtedy od ośmiu lat (mój mąż był ministrem spraw zagranicznych w rządzie PO, choć zrezygnował przed wyborami), a w ostatnim roku kierowała nią słaba premierka. Można zrozumieć, że Polacy chcieli zmiany.
Kiedy jednak w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość zdobyło skromną większość parlamentarną, jego radykalizm od razu wyszedł na jaw. Nowy rząd złamał konstytucję, nieprawidłowo mianując nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Później w równie niekonstytucyjny sposób spróbował zwiększyć liczbę sędziów Sądu Najwyższego, a także przygotował ustawę mającą karać tych sędziów, których wyroki będą sprzeczne z polityką rządu. PiS przejął państwową telewizję (również niezgodnie z konstytucją), zwolnił prezenterów i doświadczonych dziennikarzy. Na ich miejsce przyszli ludzie ze skrajnie prawicowych mediów internetowych, którzy za pieniądze podatników zaczęli tworzyć czystą propagandę partii rządzącej, okraszoną łatwymi do zdemaskowania kłamstwami.
Kolejnym celem stały się instytucje państwowe. Po objęciu władzy PiS zwolnił tysiące urzędników państwowych, zastępując ich partyjnymi funkcjonariuszami albo wręcz kuzynami i krewnymi partyjnych funkcjonariuszy. Zwolniono generałów, którzy odebrali wieloletnie, kosztowne wykształcenie na zachodnich uczelniach. Zwolniono dyplomatów z doświadczeniem i znajomością języków. Rozwalono instytucje kultury, jedną po drugiej. Muzeum Narodowe straciło znakomitego p.o. dyrektora, szanowanego w świecie kuratora Piotra Rypsona. Zastąpił go mało znany naukowiec bez doświadczenia muzealnego, którego pierwszą decyzją było rozmontowanie galerii sztuki XX i XXI wieku. Zrezygnował rok później, zostawiając po sobie chaos. Profesor Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN - wyjątkowej w skali Europy instytucji, otwartej z wielką pompą ledwie kilka lat wcześniej - stracił stanowisko bez żadnego wytłumaczenia, co przeraziło zagranicznych darczyńców i fundatorów muzeum. Do tego dochodzą tysiące innych przypadków, które nie znalazły się na pierwszych stronach gazet. Nasza przyjaciółka straciła na przykład pracę w innej instytucji państwowej, ponieważ zbyt szybko zrealizowała za wiele projektów. Jej nowa i niekompetentna szefowa uznała, że stanowi dla niej zagrożenie.
Nieszczególnie przy tym dbano o zachowanie pozorów. Wszystkie te zmiany nie miały na celu usprawnienia działania państwa. Chodziło o to, żeby państwo stało się bardziej partyjne, sądy bardziej uległe, bardziej podległe partii. A może raczej - jak to niegdyś bywało - powinniśmy powiedzieć "Partii".
Prawo i Sprawiedliwość nie miało mandatu do przeprowadzenia takich zmian: w wyborach zdobyło większość pozwalającą mu na samodzielne rządy, ale nie na zmianę konstytucji. Aby uzasadnić łamanie prawa, partia przestała zatem używać zwykłych argumentów politycznych i zaczęła w zamian wskazywać egzystencjalnych wrogów. Niektórzy byli starzy i dobrze znani. Po dwóch dekadach dialogu i pojednania polsko-żydowskiego - po tysiącach książek, filmów, konferencji, zbudowaniu tego olśniewającego muzeum - polski rząd zyskał międzynarodową niesławę, kiedy przyjął nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej ograniczającą debatę na temat Holocaustu. Choć pod naciskiem Amerykanów ostatecznie się z tego wycofano, nowelizacja ta cieszyła się szerokim poparciem ideologicznej bazy PiS - dziennikarzy, pisarzy, myślicieli, w tym kilku naszych sylwestrowych gości wierzących teraz, że antypolskie siły próbują przenieść z Niemców na Polaków winę za Auschwitz. Później partia wdała się w bezsensowny spór z rządem Izraela, wyglądający jak zaplanowany po to, by w Polsce poruszyć gniewnych nacjonalistów głosujących na PiS, a w Izraelu gniewnych nacjonalistów głosujących na Beniamina Netanjahu.
Znaleziono też nowych wrogów. Po krótkim okresie atakowania muzułmańskich imigrantów - co nie jest łatwe w kraju, gdzie muzułmańskich imigrantów prawie nie ma - PiS skierował swój gniew na osoby homoseksualne. Tygodnik "Gazeta Polska" (kilkoro prominentnych dziennikarzy tego czasopisma było u mnie na tamtym sylwestrze) wydrukował naklejki "Strefa wolna od LGBT", które czytelnicy mieli umieszczać na drzwiach i oknach swoich mieszkań. Przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi, w październiku 2019 roku, TVP wyświetliła film dokumentalny Inwazja pokazujący tajny plan "LGBT" niszczenia Polski od środka[2]. Kościół katolicki, niegdyś neutralna instytucja i apolityczny symbol narodowej jedności, zaczął promować to samo. Arcybiskup Krakowa Marek Jędraszewski - zasiadający w fotelu zajmowanym kiedyś przez papieża Jana Pawła II - osoby homoseksualne określił w kazaniu mianem "tęczowej zarazy", która zastąpiła "czerwoną zarazę" komunizmu[3]. Kazanie to spotkało się z aprobatą polskich władz, choć potem zostało usunięte z YouTube'a przez moderatorów, uznano je bowiem za mowę nienawiści.
Taki obrót spraw doprowadził do sytuacji, w której z częścią moich ówczesnych gości trudno mi się dziś porozumieć. Z Anią Bielecką, niegdyś jedną z moich przyjaciółek, matką chrzestną jednego z moich synów, nie zamieniłam ani słowa od kwietnia 2010 roku. Parę dni po tym, jak samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozbił się pod Smoleńskiem, zadzwoniła do mnie w histerii - ale o tym za chwilę. Bielecka jest architektką, przyjaźni się (a przynajmniej przyjaźniła) z najsłynniejszymi artystami swojego pokolenia, lubi (a przynajmniej lubiła) sztukę współczesną, jeździła dla przyjemności na weneckie biennale. Kiedyś powiedziała mi, że na biennale lubi patrzeć nie tylko na sztukę, ale i na ludzi - wszystkie te artystowskie damy w szykownych strojach. W ostatnich latach zbliżyła się jednak do Jarosława Kaczyńskiego, prezesa Prawa i Sprawiedliwości, brata bliźniaka nieżyjącego prezydenta. Dziś Ania, która znakomicie gotuje, regularnie urządza u siebie obiady dla Kaczyńskiego, w trakcie których omawiana jest obsada rządowych stanowisk. Słyszałam, że to jej pomysłem było mianowanie ministrem kultury Piotra Glińskiego, który przeprowadził później szturm na polskie muzea. Parę lat temu, kiedy byłam w Warszawie, próbowałam umówić się z Anią, ale bezskutecznie. Wysłała mi SMS o treści: "O czym mamy rozmawiać?". I na tym kontakt się urwał.
Inna z gościń - ta, która strzelała ślepakami z pistoletu - rozstała się ze swoim mężem, Brytyjczykiem. Jej ekscentryczność zmieniła się w coś innego i dziś chyba większość dnia spędza jako pełnoetatowy troll internetowy, promując szeroką gamę teorii spiskowych, nierzadko zjadliwie antysemickich. Tweetuje o odpowiedzialności Żydów za Holocaust; któregoś razu wkleiła średniowieczny angielski obraz przedstawiający krzyżowanego przez Żydów chłopca z komentarzem: "A dziwią się, że ich wygnano", odnoszącym się do wygnania Żydów z Anglii w 1290 roku. Śledzi i udostępnia posty czołowych gwiazd amerykańskiej alt-prawicy, których język powtarza i propaguje.
Trzecia gościni - dziennikarka Anita Gargas - spędziła ostatnie dziesięć lat na śledzeniu najróżniejszych teorii spiskowych na temat śmierci Lecha Kaczyńskiego w katastrofie smoleńskiej, jednej za drugą, za każdym razem oferując inne wyjaśnienie[4]. Pracuje w "Gazecie Polskiej", która rozdawała homofobiczne naklejki. Czwarty gość, Rafał Ziemkiewicz, zdobył rozgłos jako przeciwnik międzynarodowych organizacji żydowskich. Mówił o Żydach "chciwe parchy"[5], żydowskie organizacje nazywał "szantażystami"[6] i żałuje swojego niegdysiejszego wsparcia dla Izraela[7]. Niesława, jaką zyskał za sprawą tego języka, tchnęła jednak nowe życie w jego cokolwiek przywiędłą karierę i teraz regularnie pojawia się w kontrolowanej przez partię rządzącą TVP.
Wiem też, że z powodu swoich poglądów politycznych niektórzy z moich byłych przyjaciół oddalili się od swoich dzieci. W kilku przypadkach owa przepaść jest bardzo głęboka. Jedna z moich przyjaciółek, wierna wyborczyni otwarcie homofobicznej partii, ma syna, który jest gejem. To jednak też typowe - podziały rozbijają nie tylko rodziny, ale i przyjaźnie. W pobliżu Chobielina mamy sąsiadkę, której rodzice słuchają prorządowego, katolicko-spiskowego Radia Maryja. Powtarzają słyszane tam mantry, wrogowie radia stają się ich wrogami. "Straciłam matkę - powiedziała mi kiedyś sąsiadka. - Ona żyje w innym świecie".
Aby w pełni wyjawić swoje miejsce w tej opowieści, muszę dodać, że część tego spiskowego myślenia dotyczy mnie. Mój mąż był przez półtora roku ministrem obrony w pierwszym koalicyjnym rządzie PiS. Później jednak zerwał z tą partią i przez siedem lat był ministrem spraw zagranicznych w koalicyjnym rządzie centroprawicowej Platformy Obywatelskiej. W 2019 roku wystartował w wyborach do Parlamentu Europejskiego i zdobył mandat, ale obecnie nie należy do kierownictwa PO.
Mieszkam w Polsce z przerwami od 1988 roku, dużo czasu spędziłam w Londynie i Waszyngtonie, pisząc książki historyczne, pracując jako dziennikarka dla brytyjskich i amerykańskich gazet. Jak na polskie standardy jestem dość egzotyczną małżonką polityka, choć do 2015 roku wzbudzałam raczej zaciekawienie niż agresję. Nigdy nie doświadczyłam bezpośredniego antysemityzmu, nigdy nie czułam wrogości. Kiedy wydałam polską książkę kucharską - zamierzając między innymi przełamać negatywne stereotypy funkcjonujące w świecie na temat Polski - reakcja w kraju, nawet wśród polskich kucharzy, była głównie pozytywna, nawet jeśli niektórzy byli zaskoczeni. Starałam się też trzymać z dala od polityki, przeważnie unikałam polskiej telewizji, w której występowałam tylko po to, żeby mówić o swoich książkach.
Kiedy po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w zagranicznych gazetach zaczęły pojawiać się teksty krytyczne wobec rządu, obwiniono o to mnie. Znalazłam się na okładkach dwóch prorządowych czasopism, "wSieci" i "Do Rzeczy" (w obu pracowali nasi byli przyjaciele) w roli potajemnej żydowskiej koordynatorki międzynarodowej prasy kierującej akcją szkalowania Polski[8]. W jednej z nich, żeby wszystko wyglądało bardziej złowrogo, podano wymyślone szczegóły na temat mojej rodziny. W Wiadomościach TVP pojawiały się podobne doniesienia, w tym całkowicie zmyślone opowieści, że Prawo i Sprawiedliwość zwolniło mnie z jakiejś pracy, której w rzeczywistości nigdy nie miałam[9]. Z czasem przestali o mnie pisać: krytyczne opinie o Polsce w międzynarodowej prasie stały się tak powszechne, że jedna osoba, nawet żydowskiego pochodzenia, nie byłaby w stanie ich samodzielnie koordynować, choć oczywiście od czasu do czasu temat ten wraca w mediach społecznościowych. Podczas kampanii do europarlamentu współpracowników mojego męża częściej pytano o mnie i moją "antypolską działalność" niż o niego. Bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie, jestem bohaterką tej historii.
Kiedy wszystko się zaczęło, poczułam coś w rodzaju déja vu. Przypomniałam sobie słynny dziennik rumuńskiego pisarza Mihaila Sebastiana z lat 1935-1944. Jest to kronika jeszcze radykalniejszych zmian, jakie zaszły w jego ojczyźnie. Sebastian miał żydowskie pochodzenie, ale nie był religijny, tak jak ja. Większość jego przyjaciół, tak jak moich, była prawicowcami. W dzienniku pisze o tym, jak przyciąga ich faszyzm; w jego relacji przypominają ćmy lgnące do płomienia, któremu nie sposób się oprzeć. Opisuje arogancką pewność siebie rosnącą w miarę, jak przestają określać się mianem Europejczyków - odwiedzających Paryż, uwielbiających Prousta - a zaczynają nazywać się Rumunami spod znaku "krwi i ziemi". Słucha, jak osuwają się w myślenie spiskowe albo stają się beztrosko okrutni.
Ludzie, których znał od lat, zaczęli go obrażać prosto w twarz, a następnie zachowywali się, jakby nic się nie stało. "Czy możliwa jest przyjaźń z ludźmi, których łączą obce mi idee i uczucia do tego stopnia, że wystarczy, abym pojawił się w drzwiach, a natychmiast milkną zażenowani i zakłopotani?" - zastanawiał się w 1937 roku[10]. Narrator napisanej w tym samym czasie autobiograficznej powieści Sebastiana oferuje przyjaźń staremu znajomemu, z którym teraz dzieli go polityka. W odpowiedzi słyszy: "Nie, mylisz się. Przyjaciółmi my dwaj nie będziemy ani dziś, ani nigdy. Nie wyczuwasz ode mnie zapachu ziemi?"[11].
Nie żyjemy w roku 1937. Mimo to wśród myślicieli, pisarzy, dziennikarzy, działaczy politycznych dokonuje się podobna zmiana, zarówno w Polsce, kraju, w którym mieszkam od trzech dekad, jak i w innych społeczeństwach, które nazywamy zachodnimi. Do zmiany tej nie trzeba było kryzysu gospodarczego jak ten, którego Europa i Ameryka Północna doświadczyły na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Kryzys lat 2008-2009 był głęboki, ale - przynajmniej do wybuchu pandemii koronawirusa - wzrost gospodarczy wrócił. Kryzys uchodźczy lat 2015-2016 był wstrząsem, ale od tamtej pory zelżał. Od 2018 roku, za sprawą porozumienia, które podpisali z Turcją mainstreamowi politycy Unii Europejskiej, uchodźcy z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu przestali przybywać do Europy.
Tak czy owak, ani jeden, ani drugi kryzys nie dotknął ludzi, o których piszę w tej książce. Nie odnieśli pewnie aż takich sukcesów, jak by sobie tego życzyli, ale nie są biedni, nie mieszkają na wsi, imigranci nie zabrali im pracy. Ci z Europy Wschodniej nie są ofiarami politycznych przemian, jakie zaszły po roku 1989, ani w ogóle polityki jako takiej. Ci z Europy Zachodniej nie należą do zubożałej podklasy, nie mieszkają w jakichś zapomnianych wioseczkach. Ci ze Stanów Zjednoczonych nie mieszkają w rejonach dotkniętych kryzysem opioidowym, nie spędzają czasu w tanich restauracjach Środkowego Zachodu i w ogóle nie pasują do stereotypowego wyobrażenia o wyborcach Trumpa - część z tych stereotypowych wyobrażeń wymyślili zresztą sami. Wręcz przeciwnie, odebrali wykształcenie na najlepszych uczelniach, często znają języki obce, mieszkają w wielkich miastach - Londynie, Waszyngtonie, Warszawie, Madrycie - często podróżują po świecie, tak jak robili to przyjaciele Sebastiana w latach trzydziestych XX wieku.
Co zatem spowodowało tę transformację? Czyżby część naszych przyjaciół zawsze była skrytymi autorytarystami? A może ludzie, z którymi stukaliśmy się kieliszkami w pierwszych minutach nowego tysiąclecia, zmienili się jakoś w ciągu dwóch ostatnich dekad?
Nie ma jednej odpowiedzi i nie zamierzam tu przedstawiać ani wielkiej teorii, ani jakiegoś uniwersalnego wyjaśnienia. Jest jednak motyw przewodni: w odpowiednich okolicznościach każde społeczeństwo może się odwrócić od demokracji. Co więcej, jeśli historia nas czegoś uczy, to właśnie tego, że ostatecznie każde społeczeństwo tak właśnie robi.
Antyczni filozofowie zawsze podejrzliwie podchodzili do demokracji. Platon bał się "fałszywych i blagierskich myśli"[12] demagogów i wyrażał przypuszczenie, że demokracja może się stać punktem wyjścia do tyranii. Amerykańscy zwolennicy rządów republikańskich także dostrzegali zagrożenie, jakim dla demokracji może być zdeprawowany przywódca, i z całych sił starali się skonstruować takie instytucje, które zdołałyby mu się oprzeć. Konwencja konstytucyjna w 1787 roku stworzyła kolegium elektorskie mające zapewnić, że człowiek "biegły w lichych intrygach i niskiej sztuce pozyskiwania rozgłosu", jak to określił Alexander Hamilton, nigdy nie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych[13]. Choć z czasem kolegium stało się pozbawionym władzy ciałem, przyklepującym podjętą wcześniej decyzję wyborców (a od pewnego czasu także mechanizmem dającym nadmierny wpływ nielicznym wyborcom w kilku stanach), pierwotnie miało być ono czymś innym: komisją rewizyjną złożoną z elit, prawodawców i posiadaczy, którzy obieraliby prezydenta, w razie konieczności odrzucając wybór obywateli, żeby uniknąć "ekscesów demokracji".
Hamilton był jednym z wielu mieszkańców amerykańskich kolonii, którzy od deski do deski przeczytali historię Grecji i Rzymu, żeby dowiedzieć się, jak uchronić młodą demokrację przed osunięciem się w tyranię. John Adams na starość wrócił do czytania Cycerona, rzymskiego męża stanu, który próbował zatrzymać upadek rzymskiej republiki, cytował go nawet w listach do Thomasa Jeffersona. Chcieli zbudować w Ameryce demokrację opartą na racjonalnej debacie, rozumie, kompromisie. Nie mieli jednak złudzeń co do ludzkiej natury. Wiedzieli, że ludzie czasami ulegają "namiętnościom", by użyć ich staroświeckiego terminu. Wiedzieli, że każdemu ustrojowi politycznemu opartemu na logice i racjonalności zawsze grozi wybuch tego, co nieracjonalne.
Współcześni następcy Hamiltona i Jeffersona próbowali zdefiniować tę nieracjonalność i owe "namiętności", zrozumieć, kogo mogą skusić demagogowie i w jaki sposób. Hannah Arendt, oryginalna myślicielka zajmująca się totalitaryzmem, zdefiniowała "osobowość autorytarną", osamotnioną jednostkę, która "odcięta od wszelkich kontaktów z rodziną, przyjaciółmi, towarzyszami lub choćby zwykłymi znajomymi, czerpie poczucie zakotwiczenia w świecie tylko z przynależności do ruchu, z członkostwa w partii"[14]. Theodor Adorno, jeden z intelektualistów, którzy uciekli do Ameryki z nazistowskich Niemiec, rozwinął tę koncepcję. Pod wpływem Freuda próbował znaleźć źródło osobowości autorytarnej we wczesnym dzieciństwie czy wręcz w tłumionej homoseksualności.
Karen Stenner, ekonomistka behawioralna, która dwadzieścia lat temu zaczęła badać cechy osobowości, dowodzi, że w każdym kraju mniej więcej jedna trzecia populacji ma coś, co ona nazywa predyspozycją autorytarną - określenie to, nie tak sztywne, jest użyteczniejsze niż "osobowość". Autorytarna predyspozycja, faworyzująca homogeniczność i porządek, może być obecna i wcale się nie objawiać. Jej przeciwieństwo - predyspozycja "libertariańska", faworyzująca różnorodność i odmienność, też może być utajona. Przyjęta przez Stenner definicja autorytaryzmu nie jest polityczna i nie oznacza tego samego, co konserwatyzm. Autorytaryzm przemawia do ludzi, którzy nie radzą sobie ze złożonością świata, i w tym instynkcie nie ma niczego inherentnie "lewicowego" czy "prawicowego". Jest antypluralistyczny. Podejrzliwy wobec ludzi o innych poglądach. Alergicznie reaguje na zażartą dyskusję. Nie ma znaczenia, czy jego poglądy polityczne wynikają z marksizmu, czy nacjonalizmu. To myślowa konstrukcja, a nie zestaw poglądów[15].
Teoretycy często pomijają inny kluczowy element zjawiska schyłku demokracji i wzrostu autorytaryzmu. Zwykłe istnienie ludzi podziwiających demagogów albo czujących się swobodniej pod władzą dyktatorską nie tłumaczy w pełni tego, dlaczego demagogowie wygrywają. Dyktator pragnie rządzić, ale w jaki sposób dociera do tej części odbiorców, którzy czują to samo? Nieliberalny polityk chce osłabić sądy, żeby zagarnąć więcej władzy, ale w jaki sposób przekonuje wyborców do zaakceptowania tych zmian? W starożytnym Rzymie Cezar kazał rzeźbiarzom tworzyć różne wersje swojego wizerunku. Dziś każdy autorytarysta musi polegać na współczesnych odpowiednikach starożytnych rzeźbiarzy: pisarzach, intelektualistach, pamflecistach, blogerach, spin doktorach, producentach telewizyjnych, twórcach memów, którzy sprzedają jego wizerunek opinii publicznej. Autorytaryści potrzebują ludzi, którzy będą zachęcać do zamieszek albo dokonają zamachu stanu. Ale potrzebują też ludzi posługujących się skomplikowanym językiem prawniczym, potrafiących tłumaczyć, że łamanie konstytucji albo naginanie prawa to posunięcie należyte. Potrzebują ludzi, którzy dadzą głos żalom, będą manipulować niezadowoleniem, kanalizować gniew i lęk, snuć wizje innej przyszłości. Potrzebują członków wyedukowanej elity intelektualnej, innymi słowy, tych, którzy pomogą wypowiedzieć wojnę reszcie wyedukowanej elity intelektualnej, w tym własnym znajomym ze studiów, kolegom, przyjaciołom.
W swojej książce z 1927 roku zatytułowanej Zdrada klerków francuski eseista Julien Benda zaobserwował i opisał autorytarne elity, na długo zanim ktokolwiek zrozumiał, jak są ważne. Wyprzedzając Arendt, skupił się nie na "osobowościach autorytarnych" jako takich, ale raczej na konkretnych ludziach wspierających zwrot autorytarny, który następował wówczas w całej Europie, zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Opisywał skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych ideologów promujących albo "namiętność klasową" w postaci radzieckiego marksizmu, albo "namiętność narodową" w postaci faszyzmu, zarówno jednych, jak i drugich oskarżając o to, że zdradzili główną powinność intelektualisty - poszukiwanie prawdy - na rzecz konkretnej sprawy politycznej. Tych upadłych intelektualistów nazywał sarkastycznie "klerkami", słowem, które ma wspólny rdzeń z "klerem". Już dziesięć lat przed stalinowskim wielkim terrorem i sześć lat przed dojściem Hitlera do władzy Benda bał się, że pisarze, dziennikarze i eseiści, zmienieni w politycznych przedsiębiorców i propagandystów, sprowokują społeczeństwo do aktów przemocy. Tak się też stało.
Jeśli nastąpi dziś, upadek demokracji liberalnej nie będzie wyglądał tak jak w latach dwudziestych i trzydziestych minionego wieku. Ale i tak będzie potrzebował nowych elit, nowego pokolenia klerków. Upadek idei Zachodu czy tego, co nazywa się czasem "zachodnim porządkiem liberalnym", będzie potrzebował myślicieli, intelektualistów, dziennikarzy, blogerów, pisarzy, artystów podważających obecne wartości, by zrobić miejsce na nowy porządek. Mogą oni wywodzić się z różnych miejsc: w oryginalnej definicji Bendy do klerków należeli ideologowie i z prawicy, i z lewicy. Wciąż mamy i jednych, i drugich. Podatność na autorytaryzm bez wątpienia widać u kampusowych agitatorów skrajnej lewicy, którzy chcieliby dyktować profesorom, czego mogą uczyć i co wolno mówić studentom. Występuje u twitterowych podżegaczy, którzy w odwecie za złamanie niepisanego kodeksu mowy próbują niszczyć zarówno osoby publiczne, jak i zwykłych ludzi. Występował wśród tych intelektualistów, którzy zmienili się w spin doktorów brytyjskiej Partii Pracy i zwalczali każdą próbę podważenia przywództwa Jeremy'ego Corbyna, nawet kiedy stało się jasne, że obywatele odrzucą jego skrajnie lewicowy program wyborczy. Występował wśród laburzystowskich aktywistów, którzy najpierw zaprzeczali, że w partii szerzył się antysemityzm, a potem bagatelizowali problem.
Choć kulturowa siła autorytarnej lewicy rośnie, jedynymi klerkami, którzy w zachodnich demokracjach zdobyli dziś prawdziwą siłę polityczną - działają wewnątrz państwa, zasiadają w rządzących koalicjach, wskazują drogę partiom politycznym - są członkowie ruchów, które zwykliśmy nazywać "prawicą". To prawda, że są oni szczególnym rodzajem prawicy i mają niewiele wspólnego z większością ruchów politycznych, które nosiły to miano po II wojnie światowej. Brytyjscy torysi, amerykańscy republikanie, niemieccy chrześcijańscy demokraci czy francuscy gaulliści wywodzili się z różnych tradycji, ale jako grupa byli - przynajmniej do niedawna - oddani nie tylko demokracji przedstawicielskiej, lecz także tolerancji religijnej, niezależnemu sądownictwu, wolności słowa i prasy, integracji gospodarczej, instytucjom międzynarodowym, sojuszowi transatlantyckiemu oraz politycznej idei "Zachodu".
W przeciwieństwie do nich nowa prawica w ogóle nie chce konserwować ani zachowywać tego, co istnieje. W Europie kontynentalnej nowa prawica gardzi chadekami, którzy po koszmarze II wojny światowej swoje umocowanie w Kościele wykorzystali do stworzenia Unii Europejskiej. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nowa prawica zerwała ze staromodnym, Burke'owskim konserwatyzmem z nieufnością podchodzącym do wszelkich gwałtownych zmian. Choć nowa prawica nie znosi tego określenia, bliżej jej do bolszewików niż do Burke'a: chce obalić, ominąć, podważyć obecne instytucje, żeby zniszczyć to, co istnieje obecnie.
Niniejsza książka mówi o tym nowym pokoleniu klerków i o nowej rzeczywistości, jaką ono tworzy. Zaczynam od kilku znanych mi osobiście postaci z Europy Wschodniej, potem przechodzę do innej, ale analogicznej opowieści o Wielkiej Brytanii, kolejnym kraju, z którym łączą mnie głębokie więzy, kończę zaś na Stanach Zjednoczonych, gdzie się urodziłam. Po drodze zatrzymuję się w kilku innych miejscach. Opisuję różnych ludzi: od natywistycznych ideologów po szlachetnych eseistów politycznych. Jedni pisują erudycyjne książki, inni szerzą w internecie teorie spiskowe. Niektórymi naprawdę powoduje ten sam lęk, ten sam gniew, to samo pragnienie jedności, które motywują ich czytelników czy zwolenników. Innych zniechęciła słabość liberalnego centrum i zradykalizowały agresywne starcia z kulturową lewicą. Jedni są cynikami, którzy manipulują, przyjmują język radykalny i autorytarny, ponieważ niesie im władzę albo sławę. Inni uderzają w apokaliptyczne tony, bo są przekonani, że społeczeństwo zawiodło i trzeba je przekształcić, nie zważając na ewentualne skutki. Jedni są głęboko religijni. Innych cieszy chaos, chcą go szerzyć, bo ma być wstępem do zaprowadzenia jakiegoś nowego porządku. Wszyscy chcą na nowo określić tożsamość swoich narodów, przepisać umowę społeczną, a czasami zmienić zasady demokracji, tak by nigdy nie stracić władzy. Ostrzegał przed nimi Alexander Hamilton, walczył z nimi Cyceron. Niektórzy byli kiedyś moimi przyjaciółmi.