Zdrowy umysł w sieci algorytmów - Gerd Gigerenzer

Kup ebooka

79.91 zł
57.54 zł (57,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Czy od prawdziwej miłości dzieli nas tylko jedno kliknięcie?

Dzie­le­nie mi­ło­ści z in­nymi ludźmi to chyba naj­trud­niej­sze z na­szych za­dań, sprawa osta­teczna, ostat­nia próba i spraw­dzian, a także praca, tak iż wszel­kie inne za­ję­cia to tylko przy­go­to­wa­nie do niej.

- Ra­iner Ma­ria Rilke, Li­sty do mło­dego po­ety, s. 72

Uma­wiamy się na randki tylko po to, żeby inni wie­dzieli, że je­ste­śmy atrak­cyjni. Lu­dzie cią­gle o tym pi­szą w in­ter­ne­cie. To jest tak jak ze zdję­ciami z ca­ło­wa­niem.

- So­phia, trzy­na­sto­latka z New Jer­sey,

cy­tat za: Nancy Jo Sa­les, Ame­ri­can Girls

Be­atlesi śpie­wają, że pie­nią­dze nie ku­pią mi­ło­ści, ale czy mogą ją dać al­go­rytmy? Za kil­ka­set do­la­rów można wy­ku­pić pół­roczną sub­skryp­cję w ser­wi­sach rand­ko­wych ope­ru­ją­cych na ca­łym świe­cie. Por­tale te chwalą się tym, że sto­sują ta­jemne al­go­rytmy mi­ło­sne, które po­tra­fią sko­ja­rzyć nas z ide­al­nym part­ne­rem. Każ­dego roku mi­liony peł­nych na­dziei klien­tów, za­równo mło­dych, jak i star­szych, ko­rzy­sta z ser­wi­sów rand­ko­wych lub mo­bil­nych apli­ka­cji rand­ko­wych, aten­den­cja jest wzro­stowa[1]. Mimo tej po­pu­lar­no­ści wiele osób nie zdaje so­bie sprawy z tego, że za do­bo­rem po­ten­cjal­nych ro­man­tycz­nych part­ne­rów stoją al­go­rytmy[2].

AI ZNAJDUJE NAM MIŁOŚĆ

Ze strony in­ter­ne­to­wej uśmie­cha się do nas atrak­cyjna młoda ko­bieta z roz­wia­nymi wło­sami. Obok niej stoi młody przy­stojny męż­czy­zna ze sta­ran­nie przy­cię­tym trzy­dnio­wym za­ro­stem i rów­nie bło­gim spoj­rze­niem. Bli­sko ich twa­rzy wid­nieje na­zwa jed­nego z naj­więk­szych ser­wi­sów rand­ko­wych - Par­ship. Za jego po­mocą mi­liony sin­gli w Lon­dy­nie, Pa­ryżu, Ber­li­nie, Mek­syku, Wied­niu i Am­ster­da­mie wy­ru­sza na po­szu­ki­wa­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści i trwa­łego szczę­ścia[3]. Po­dob­nie jak Eli­te­Sin­gles, OkCu­pid i wiele in­nych ser­wi­sów rand­ko­wych Par­ship jest po­ważną agen­cją świad­czącą usługi sa­mot­nym oso­bom po­szu­ku­ją­cym part­nera ży­cio­wego. Przy­ciąga ona osoby ma­jące na­dzieję, że pew­nego dnia nie będą już mu­siały uma­wiać się na randki. W prze­ci­wień­stwie do Tin­dera i po­dob­nych apli­ka­cji rand­ko­wych, któ­rych użyt­kow­nicy do­wia­dują się tylko cze­goś o wy­glą­dzie i miej­scu za­miesz­ka­nia po­ten­cjal­nych rand­ko­wi­czów, Par­ship ko­rzy­sta z al­go­rytmu do­bie­ra­ją­cego part­ne­rów na pod­sta­wie oso­bo­wo­ści i za­in­te­re­so­wań. Jego strona in­ter­ne­towa i po­stery re­kla­mowe epa­tują tym sa­mym slo­ga­nem:

Co 11 mi­nut za­ko­chuje się je­den sin­giel.

Oferta wy­daje się nad wy­raz atrak­cyjna: re­je­stru­jesz się, wno­sisz opłatę i cze­kasz 11 mi­nut! Od szczę­ścia dzieli cię tylko jedno klik­nię­cie. Mi­liony lu­dzi za­re­je­stro­wało się w na­dziei, że będą jedną z tych osób, które szybko się za­ko­chały.

Po­myślmy jed­nak przez chwilę. Co 11 mi­nut je­den sin­giel się za­ko­chuje. By­łaby to świetna wia­do­mość, gdyby ser­wis miał tylko stu klien­tów. Par­ship ma jed­nak mi­liony klien­tów. Przyj­rzyjmy się temu do­kład­niej. Jedna osoba za­ko­chu­jąca się co je­de­na­ście mi­nut daje około sześć osób na go­dzinę, co prze­kłada się na 144 dzien­nie - za­kła­da­jąc, że sin­gle są ak­tywni na stro­nie in­ter­ne­to­wej w dzień i w nocy. W prze­li­cze­niu na cały rok do­sta­jemy 52 560 za­ko­cha­nych klien­tów (144 × 365). Ozna­cza to, że je­śli ser­wis ma mi­lion klien­tów, tylko około 5 pro­cent sin­gli za­ko­chuje się w ciągu jed­nego roku. Gdyby klienci szu­kali praw­dzi­wej mi­ło­ści przez dzie­sięć lat, około po­łowa mo­głaby li­czyć na to, że ją znaj­dzie. Gdyby zaś ser­wis miał wię­cej niż mi­lion klien­tów, średni czas ocze­ki­wa­nia byłby dłuż­szy. In­nymi słowy, mu­sie­li­by­śmy li­czyć się z tym, że bę­dziemy szu­kać (i opła­cać sub­skryp­cję) do sta­ro­ści - w ta­kim przy­padku to rze­czy­wi­ście pie­nią­dze przy­nio­słyby nam mi­łość. Ten pro­sty ra­chu­nek uświa­da­mia nam, jak w rze­czy­wi­sto­ści sku­teczny jest al­go­rytm do­bie­ra­nia part­ne­rów, który się kryje za prze­ko­nu­ją­cym ha­słem re­kla­mo­wym.

Ro­zu­miemy już, co ozna­cza "co je­de­na­ście mi­nut". A jak ma się sprawa dru­giej czę­ści slo­ganu: "je­den sin­giel się za­ko­chuje"? Osta­tecz­nie para po­wsta­nie tylko wtedy, gdy spo­tkają się dwie osoby. Oka­zuje się, że co je­de­na­ście mi­nut ja­kiś użyt­kow­nik re­zy­gnuje, a na py­ta­nie o przy­czynę klika opcję "za­ko­cha­łam/łem się". Nie wiemy, czy jed­nak cho­dziło o praw­dziwą mi­łość, czy użyt­kow­nik zna­lazł ją w in­ter­ne­cie, czy poza nim, czy też była to tylko wy­godna wy­mówka, by prze­stać pła­cić za sub­skryp­cję.

Oceny klien­tów po­zo­stają w zgo­dzie z tym po­bież­nym ra­chun­kiem. Gdy ze­brano 1500 ocen pię­ciu ser­wi­sów rand­ko­wych, z któ­rych ko­rzy­stają Niemcy, mię­dzy in­nymi Par­ship, ża­den z nich nie otrzy­mał śred­niej oceny do­brej. Tylko 7,7 pro­cent klien­tów stwier­dziło, że ich po­szu­ki­wa­nia zo­stały uwień­czone suk­ce­sem; reszta zre­zy­gno­wała lub w dal­szym ciągu szu­kała[4].

Czy od prawdziwej miłości dzieli nas tylko jedno kliknięcie?

W in­nych kra­jach i na in­nych por­ta­lach in­ter­ne­to­wych spo­ty­kamy po­rów­ny­walne praw­do­po­do­bień­stwo w przy­padku po­dob­nych ser­wi­sów, które są skie­ro­wane do sin­gli z wy­kształ­ce­niem wyż­szym, miesz­ka­ją­cych w No­wym Jorku, To­ronto czy Seulu. Na przy­kład ser­wis rand­kowy Eli­te­Sin­gles po­daje w swo­ich re­kla­mach, że w 2018 roku miał 381 000 no­wych człon­ków w każ­dym mie­siącu i że dzięki niemu co mie­siąc 1000 sin­gli znaj­duje mi­łość[5]. Jesz­cze raz liczby ro­bią wra­że­nie - tylu uszczę­śli­wiony lu­dzi! Po­zo­staje jed­nak py­ta­nie o to, ja­kie jest rze­czy­wi­ste praw­do­po­do­bień­stwo zna­le­zie­nia mi­ło­ści. Je­śli dane są po­prawne, ozna­czają one mniej wię­cej jed­nego uszczę­śli­wio­nego sin­gla na 381 mie­sięcz­nie, co daje około jed­nego na 30 rocz­nie, czyli 3 do 4 pro­cent. Jest to po­rów­ny­walne do 5 pro­cent otrzy­ma­nych w ra­chun­kach dla Par­shipa. Te ob­li­cze­nia dają sza­cun­kowe liczby oparte na da­nych do­star­czo­nych przez same ser­wisy in­ter­ne­towe. Aby na­brać więk­szej pew­no­ści, spraw­dzi­łem jesz­cze je­den por­tal rand­kowy. Jdate (skie­ro­wany do ży­dow­skich sin­gli) in­for­muje, że ma setki ty­sięcy człon­ków na ca­łym świe­cie i że "dzięki jego usłu­gom setki rand­ko­wi­czów znaj­dują swoje brat­nie du­sze każ­dego ty­go­dnia"[6]. Je­śli po­łą­czymy ze sobą te dwie liczby, otrzy­mamy około jed­nej brat­niej du­szy na 1000 sin­gli ty­go­dniowo, co prze­kłada się na około 52 na 1000 rocz­nie i daje to znów praw­do­po­do­bień­stwo w przy­bli­że­niu równe 5 pro­cent rocz­nie. Wy­daje się, że ten długi czas ocze­ki­wa­nia har­mo­ni­zuje Z jedną z "po­zy­tyw­nych hi­sto­rii" przy­ta­cza­nych w re­kla­mie por­talu: Ryan, który spę­dził pięt­na­ście lat, skro­lu­jąc i kli­ka­jąc w twa­rze, w końcu dzięki ser­wi­sowi zna­lazł swą brat­nią du­szę[7].

Al­go­rytmy mi­ło­sne mogą od­da­wać trzy ro­dzaje usług: do­star­czają in­for­ma­cji o do­stęp­nych oso­bach, umoż­li­wiają ko­mu­ni­ko­wa­nie się z nimi oraz zna­le­zie­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści. Dzięki in­for­ma­cji o do­stęp­nych oso­bach klienci spo­ty­kają po­ten­cjal­nych part­ne­rów, któ­rych ina­czej praw­do­po­dob­nie by nie po­znali. Jest to szcze­gól­nie cenne dla osób, które pro­wa­dzą spo­łecz­nie lub fi­zycz­nie od­izo­lo­wane ży­cie, albo nie speł­niają bie­żą­cych norm spo­łecz­nych, na przy­kład dla osób z nie­peł­no­spraw­no­ścią lub wy­zna­ją­cych su­rowe za­sady re­li­gijne. Inną usługą jest moż­li­wość ko­mu­ni­ka­cji za po­śred­nic­twem kom­pu­tera, za­nim doj­dzie do spo­tka­nia twa­rzą w twarz. W po­łą­cze­niu z in­for­ma­cją o do­stęp­nych sin­glach sta­nowi naj­więk­szą za­letę ran­dek in­ter­ne­to­wych. In­for­ma­cja o więk­szej licz­bie po­ten­cjal­nych part­ne­rów ma jed­nak swoją drugą, ne­ga­tywną stronę, gdy praw­do­po­do­bień­stwo zna­le­zie­nia praw­dzi­wej mi­ło­ści jest tak nie­wiel­kie, jak wła­śnie się prze­ko­na­li­śmy. Do­świad­cze­nie dwu­dzie­stu dwóch nie­uda­nych ran­dek, za­miast tylko jed­nej, może dzia­łać na nas de­pry­mu­jąco przez samą liczbę po­ra­żek i nad­miar wy­boru. Au­to­rzy pew­nego prze­glądu ba­dań do­ty­czą­cych ser­wi­sów rand­ko­wych do­cho­dzą do wnio­sku, że "nic nie wska­zuje na to, by sto­so­wane przez por­tale rand­kowe al­go­rytmy ma­te­ma­tyczne rze­czy­wi­ście były sku­teczne - by pro­wa­dziły do po­wsta­wa­nia ro­man­tycz­nych związ­ków w ja­kiś spo­sób lep­szych od tych, ja­kie two­rzą się dzięki in­nym środ­kom ko­ja­rze­nia part­ne­rów"[8].

W celu we­ry­fi­ka­cji tych wy­ni­ków na­wią­za­łem kon­takt z kil­koma cie­szą­cymi się do­brą re­pu­ta­cją du­żymi in­ter­ne­to­wymi agen­cjami rand­ko­wymi. Osta­tecz­nie prze­cież nie­które agen­cje rand­kowe - mię­dzy in­nymi eHar­mony, per­fect­Match i Che­mi­stry - utrzy­mują, że wy­ko­rzy­stują roz­bu­do­wane, "na­ukowe" al­go­rytmy, choć stan­dar­dowe me­tody na­ukowe nie wy­ka­zały, by były one nie­za­wodne i sku­teczne[9]. Na py­ta­nie o rze­czy­wi­stą liczbę opła­ca­ją­cych sub­skryp­cję klien­tów, wskaź­niki sku­tecz­no­ści oraz to, jak są one wy­zna­czane, otrzy­my­wa­łem uprzejme, lecz sta­now­cze od­mowy udzie­le­nia in­for­ma­cji[10].

Zo­stawmy jed­nak same in­ter­ne­towe agen­cje rand­kowe. Czy pary, które po­znały się w in­ter­ne­cie - w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, cha­tro­omach, agen­cjach rand­ko­wych lub w inny spo­sób - roz­pa­dają się rza­dziej i czy są bar­dziej za­do­wo­lone ze swo­ich związ­ków niż pary, które po­znały się poza na żywo? Kla­syczne re­pre­zen­ta­tywne ba­da­nie obej­mu­jące po­nad 19 000 Ame­ry­ka­nów i Ame­ry­ka­nek po­zo­sta­ją­cych w związku mał­żeń­skim wy­ka­zało, że ci z nich, któ­rzy po­znali part­nera w in­ter­ne­cie, do­świad­czyli mniej­szej liczby roz­pa­dów mał­żeństw niż ci, któ­rzy po­znali part­nera na żywo, a także wy­ra­żali nieco wyż­szy po­ziom za­do­wo­le­nia ze swo­jego mał­żeń­stwa. Warto za­zna­czyć, że ci, któ­rzy po­znali part­nera za po­śred­nic­twem in­ter­ne­to­wych agen­cji rand­ko­wych wy­ko­rzy­stu­ją­cych al­go­rytmy mi­ło­sne, nie de­kla­rują wyż­szego po­ziomu za­do­wo­le­nia w po­rów­na­niu do tych, któ­rzy po­znali part­nera na in­nych por­ta­lach in­ter­ne­to­wych[11]. Nie­mniej we­dług naj­now­szych ba­dań prze­pro­wa­dzo­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych praw­do­po­do­bień­stwo roz­padu związku (za­równo mał­żeń­skiego, jak i nie­mał­żeń­skiego) jest wyż­sze dla par, które po­znały się w in­ter­ne­cie, a re­pre­zen­ta­tywne ba­da­nia prze­pro­wa­dzone w Niem­czech i Szwaj­ca­rii nie wy­ka­zały istot­nej róż­nicy po­ziomu za­do­wo­le­nia ze związku u par, które po­znały się w in­ter­ne­cie i poza in­ter­ne­tem[12]. Te wy­niki są nie­jed­no­znaczne, ale kilka ba­dań jed­no­znacz­nie wska­zuje na to, że pro­por­cja par, które po­znały się w In­ter­ne­cie, jest wyż­sza wśród osób ho­mo­sek­su­al­nych, oraz że randki in­ter­ne­towe sprzy­jają po­zna­wa­niu się osób wy­wo­dzą­cych się z róż­nych śro­do­wisk pod wzglę­dem edu­ka­cji, rasy lub na­ro­do­wo­ści, co wciąż może być ba­rierą poza in­ter­ne­tem[13]. Wy­daje się jed­nak, że ta więk­sza róż­no­rod­ność wy­nika głów­nie z tego, że pary po­zna­jące się w in­ter­ne­cie są na ogół młod­sze.

Nie ma więc wciąż osta­tecz­nej od­po­wie­dzi na py­ta­nie, czy po­szu­ki­wa­nie part­nera w in­ter­ne­cie pro­wa­dzi do więk­szego za­do­wo­le­nia i mniej­szej liczby roz­pa­dów związku niż po­szu­ki­wa­nie part­nera poza in­ter­ne­tem. Bio­rąc wszystko pod uwagę, można po­wie­dzieć, że je­śli nie na­le­żymy do 5 pro­cent szczę­śliw­ców, rów­nie do­brze mo­gli­by­śmy prze­zna­czyć czas i pie­nią­dze na spo­tka­nia z współ­pra­cow­ni­kami po pracy, wyj­ścia na im­prezy, po­dróże, wy­pro­wa­dza­nie psa lub uczest­nic­two w lo­kal­nej wspól­no­cie in­ter­ne­to­wej, w któ­rej spo­ty­kają się osoby po­dzie­la­jące na­sze oso­bi­ste za­in­te­re­so­wa­nia - wszystko to sta­nowi szyb­szą drogę do szczę­ścia. Strzała Amora może nas tra­fić w nie­ocze­ki­wa­nych miej­scach.

JAK DZIAŁAJĄ ALGORYTMY MIŁOSNE?

Al­go­rytmy mi­ło­sne ob­jęte są ta­jem­nicą. Po­dob­nie jak al­go­rytmy oceny wia­ry­god­no­ści kre­dy­to­wej, pro­gno­zo­wa­nia prze­stępstw i kla­sy­fi­ka­cji stron in­ter­ne­to­wych są one wła­sno­ścią pry­watną. Każda agen­cja wy­ko­rzy­stuje inne al­go­rytmy. Dla­tego trudno do­wie­dzieć się, jak do­kład­nie dzia­łają. Nie­mniej znamy pod­sta­wową pro­ce­durę, która sta­nowi jedną z naj­prost­szych wer­sji al­go­rytmu. Klienci ser­wi­sów rand­ko­wych wy­peł­niają an­kietę do­ty­czącą wy­zna­wa­nych przez nich war­to­ści, ich za­in­te­re­so­wań i oso­bo­wo­ści. Taka an­kieta może skła­dać się z po­nad stu py­tań. Od­po­wie­dzi służą do utwo­rze­nia pro­filu klienta[14]. Roz­ważmy pro­sty przy­kład dwóch pro­fili obej­mu­ją­cych tylko trzy ce­chy (ilu­stra­cja 1.1). Adam pra­gnie mieć dzieci, lubi być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i nie prze­pada za go­to­wa­niem. Ewa rów­nież pra­gnie mieć dzieci, nie lubi być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i rów­nież nie prze­pada za go­to­wa­niem.

Ce­cha Adam Ewa Pra­gnie dzieci Tak Tak Cen­trum uwagi Tak Nie Go­to­wa­nie Nie Nie

Ilu­stra­cja 1.1

Dwa pro­file o trzech ce­chach.

Pierw­szą za­sadą, we­dług któ­rej ob­li­czane jest to, czy Adam i Ewa so­bie od­po­wia­dają, jest po­do­bień­stwo. W przy­padku pra­gnie­nia dzieci po­do­bień­stwo ma ogromne zna­cze­nie. Naj­prost­szy al­go­rytm po pro­stu ob­li­czałby, ile razy osoby się zga­dzają, czyli w tym przy­padku dwa na trzy razy, czyli dwie trze­cie. Samo po­do­bień­stwo nie jest jed­nak wy­star­cza­jące. Oprócz niego ma zna­cze­nie także do­peł­nia­nie się. Na przy­kład Adam lubi być w cen­trum uwagi. Być może nie przy­pad­nie mu do gu­stu part­nerka, która ma ta­kie samo upodo­ba­nie, co pro­wa­dzi­łoby do wiecz­nych kłótni o to, kto przy­cią­gnie wię­cej spoj­rzeń. Part­nerka do­peł­nia­jąca, to zna­czy taka, która nie lubi być w cen­trum uwagi, pa­so­wa­łaby le­piej do Adama. Po­dob­nie, je­śli oboje part­ne­rów nie znosi go­to­wa­nia, mamy po­do­bień­stwo, ale nie będą oni zbyt do­brze do­pa­so­wani. Aby mieć pew­ność, czy klient pra­gnie po­dob­nego czy do­peł­nia­ją­cego part­nera, nie­które agen­cje umiesz­czają w an­kie­tach py­ta­nia do­ty­czące ocze­ki­wań w sto­sunku do ide­al­nego part­nera.

Jest w końcu jesz­cze trze­cia za­sada - do­nio­słość. Nie wszyst­kie ce­chy są jed­na­kowo ważne. Nie­które ser­wisy rand­kowe same oce­niają do­nio­słość, pod­czas gdy inne pro­szą klien­tów o po­da­nie, jak ważna jest dla nich dana ce­cha: nie­ważna, mało ważna, dość ważna i tak da­lej. Al­go­rytm po­trze­buje jed­nak liczb jako da­nych wej­ścio­wych, a nie od­po­wie­dzi słow­nych. Apli­ka­cja rand­kowa OkCu­pid, jedna z nie­wielu, które do­star­czają pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji o swoim al­go­ryt­mie, prze­li­cza od­po­wie­dzi w na­stę­pu­jący spo­sób: ce­cha nie­ważna = 0, mało ważna = 1, dość ważna = 10, bar­dzo ważna = 50, nie­zbędna = 250[15]. Mo­żemy te­raz po­łą­czyć ze sobą wszyst­kie trzy za­sady i okre­ślić, w ja­kim stop­niu Ewa za­do­wala Adama (ilu­stra­cja 1.2).

Ce­chy Ide­alna part­nerka Adama Ewa Do­nio­słość dla Adama Punkty Pra­gnie dzieci Tak Tak 10 10/10 Cen­trum uwagi Nie Nie 50 50/50 Go­to­wa­nie Tak Nie 1 0/1

Ilu­stra­cja 1.2

Punkt wi­dze­nia Adama. W ja­kim stop­niu Ewa za­do­wala Adama? Od­po­wiedź: 60 na 61 moż­li­wych punk­tów, czyli 98 pro­cent, co jest zna­ko­mi­tym wy­ni­kiem.

Je­śli cho­dzi o pierw­sze dwie ce­chy, Ewa od­po­wiada ide­al­nej part­nerce Adama. Po­nie­waż do­nio­słość tych cech wy­nosi dla niego od­po­wied­nio 10 i 50, otrzy­many wy­nik to 60 na 60 punk­tów. To, że Ewa nie lubi go­to­wać, jest mało ważne dla Adama, więc otrzy­muje ona 0 na 1 moż­liwy punkt pod wzglę­dem tej trze­ciej ce­chy. W su­mie Ewa otrzy­muje 60 na 61 moż­li­wych punk­tów, co sta­nowi około 98 pro­cent.

W taki sam spo­sób al­go­rytm ob­li­cza, w ja­kim stop­niu Adam za­do­wala Ewę (ilu­stra­cja 1.3). Adam pra­gnie mieć dzieci, po­dob­nie jak ide­alny part­ner Ewy. Po­nie­waż dzieci są nie­zbędne dla Ewy, po­do­bień­stwo to daje 250 na 250 moż­li­wych punk­tów. Pod wzglę­dem dwóch po­zo­sta­łych cech nie ma jed­nak zgod­no­ści. Al­go­rytm ob­li­cza ogólny wy­nik 250 na 310 moż­li­wych punk­tów, co sta­nowi 81 pro­cent.

Ce­chy Ide­alny part­ner Ewy Adam Do­nio­słość dla Ewy Punkty Pra­gnie dzieci Tak Tak 250 250/250 Cen­trum uwagi Nie Tak 50 0/50 Go­to­wa­nie Tak Nie 10 0/10

Ilu­stra­cja 1.3

Punkt wi­dze­nia Ewy. W ja­kim stop­niu Adam za­do­wala Ewę? Od­po­wiedź: 250 na 310 moż­li­wych punk­tów, czyli 81 pro­cent, co nie jest już tak do­brym wy­ni­kiem.

Na ko­niec al­go­rytm ob­li­cza su­ma­ryczny sto­pień zgod­no­ści mię­dzy Ada­mem i Ewą jako śred­nią uzy­ska­nych przez nich wy­ni­ków, co da­wa­łoby 89,5 pro­cent w na­szym przy­kła­dzie[16].

W rze­czy­wi­sto­ści okre­śla­nie stop­nia zgod­no­ści pro­fili jest bar­dziej skom­pli­ko­wane, lecz pod­sta­wowa lo­gika po­zo­staje ta sama. Bra­nych jest pod uwagę wię­cej cech i mogą mieć one cha­rak­ter ilo­ściowy, jak na przy­kład wiek i do­chody. Po­do­bień­stwo zwy­kle ma zna­cze­nie w przy­padku hobby i wy­zna­wa­nych war­to­ści, pod­czas gdy do­peł­nia­nie się jest za­ska­ku­jąco czę­sto po­żą­dane w przy­padku wy­kształ­ce­nia i wieku, zwłasz­cza u par he­te­ro­sek­su­al­nych. Ko­biety ko­rzy­sta­jące z ser­wi­sów rand­ko­wych i miesz­ka­jące w Bo­sto­nie, Chi­cago, No­wym Jorku i Se­at­tle pra­gną męż­czyzn o wyż­szym od swo­jego po­zio­mie wy­kształ­ce­nia: im wyż­szym, tym le­piej. Ale męż­czyźni miesz­ka­jący w tych sa­mych mia­stach nie pra­gną bar­dziej wy­kształ­co­nych ko­biet. Naj­czę­ściej wolą ko­biety z li­cen­cja­tem, a ko­biety po­wy­żej tego po­ziomu wy­kształ­ce­nia (a więc z ma­gi­ste­rium lub dok­to­ra­tem) uwa­żają za mniej atrak­cyjne. Naj­bar­dziej po­żą­dany wiek dla ko­biety to osiem­na­ście lat, pod­czas gdy dla męż­czy­zny około pięć­dzie­się­ciu lat[17]. Tę zdu­mie­wa­jącą roz­bież­ność można ob­ser­wo­wać także u klien­tów ser­wisu OkCu­pid. Dla ko­biet naj­atrak­cyj­niej­szymi męż­czy­znami są ci, któ­rzy mają mniej wię­cej tyle samo lat co one, z do­kład­no­ścią do dwóch lub trzech lat. Prze­ciętny męż­czy­zna jed­nak za­wsze woli ko­biety w wieku dwu­dzie­stu lub nieco po­wy­żej dwu­dzie­stu lat, nie­za­leż­nie od wieku jego sa­mego[18]. Tacy męż­czyźni ni­gdy nie do­ra­stają. Ich upodo­ba­nia od­po­wia­dają pod­sta­wo­wej za­sa­dzie psy­cho­lo­gii ewo­lu­cyj­nej: męż­czyzn po­cią­gają ce­chy wska­zu­jące na wy­soką płod­ność, ta­kie jak mło­dość i gładka skóra, pod­czas gdy ko­biety zwra­cają więk­szą uwagę na ce­chy po­zwa­la­jące oce­nić, czy męż­czy­zna jest w sta­nie utrzy­mać ro­dzinę, ta­kie jak ma­ją­tek i wy­kształ­ce­nie.

Wi­dzimy więc, że nie jest tak trudno zro­zu­mieć za­sady, we­dług któ­rych dzia­łają al­go­rytmy do­pa­so­wu­jące pro­file, na­wet je­śli ich szcze­góły są ob­jęte klau­zulą taj­no­ści. Ogól­nie bio­rąc, al­go­rytm prze­kształca licz­bowe dane wej­ściowe na licz­bowy wy­nik, na przy­kład pro­file na praw­do­po­do­bień­stwo do­pa­so­wa­nia.

Profil to nie osoba

Skoro al­go­rytmy mi­ło­sne wy­ko­rzy­stują pro­file, po­do­bień­stwo, do­peł­nia­nie się i do­nio­słość, dla­czego nie po­tra­fią szybko zna­leźć ide­al­nego part­nera na całe ży­cie? Gdy ro­zu­miemy te cztery za­sady, mo­żemy re­ali­stycz­nie oce­nić, co al­go­rytmy te po­tra­fią, a czego nie po­tra­fią zro­bić. Za­cznijmy od pro­fili. Pod­czas spo­tka­nia twa­rzą w twarz "dane" są bo­gate i zło­żone: uśmiech i gest, po­czu­cie hu­moru od­zwier­cie­dla­jące się w bły­sku oczu, brzmie­nie głosu, spo­sób za­da­wa­nia py­tań, wy­tę­żona lub po­wierz­chowna uwaga, z jaką dana osoba nas słu­cha. Na­stęp­nie mamy do­tyk i za­pach, które by­wają istot­nymi czyn­ni­kami zgod­no­ści, szcze­gól­nie dla ko­biet[19]. Na­to­miast pro­file oparte są nie na rze­czy­wi­stej in­te­rak­cji, ale na od­po­wie­dziach udzie­lo­nych w an­kie­cie. Pro­fil nie jest osobą; jest on au­to­pre­zen­ta­cją, nie­ko­niecz­nie od­da­jącą praw­dziwe za­in­te­re­so­wa­nia i war­to­ści. Na­wet je­śli pro­fil wy­ko­rzy­stuje "ce­chy oso­bo­wo­ściowe", al­go­rytm czer­pie je z ta­kich au­to­pre­zen­ta­cji. Na przy­kład nie­które por­tale py­tają o to, czy opi­sują nas przy­miot­niki ta­kie jak "sek­sowny" lub "nie­po­zorny", lub o to, jak bar­dzo je­ste­śmy "ra­cjo­nalni", "apo­dyk­tyczni" lub "ego­cen­tryczni". Ja­kiej udzie­li­li­by­śmy od­po­wie­dzi? Nie­wiele osób po­trafi zdo­być się na re­alizm i szcze­rość, kiedy po­szu­kuje ide­al­nego part­nera. Czy przy­znamy się do tego, że lu­bimy wy­le­gi­wać się na ka­na­pie i nie mamy spe­cjal­nych za­in­te­re­so­wań, gdy py­tają nas o spo­sób spę­dza­nia wol­nego czasu? Albo czy zdra­dzimy, że je­ste­śmy do­sko­na­łymi tan­ce­rzami, co mo­głoby onie­śmie­lić wielu kan­dy­da­tów? Dla­tego też po­da­wane za­in­te­re­so­wa­nia i ce­chy oso­bo­wo­ści nie­zbyt na­dają się do prze­wi­dy­wa­nia ro­man­tycz­nych związ­ków[20]. Po­dobne wnio­ski można wy­cią­gnąć z szyb­kich ran­dek[21]. To, co lu­dzie de­kla­rują na te­mat swo­ich pre­fe­ren­cji, nie zga­dza się z tym, ja­kich do­ko­nują wy­bo­rów[22].

Roz­ważmy te­raz za­sady po­do­bień­stwa i do­peł­nia­nia się. Ist­nieje po­wie­dze­nie, że swój cią­gnie do swego, a także inne po­wie­dze­nie, że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­gają. Nie­za­leż­nie od tego, jaka jest prawda, al­go­rytmy mi­ło­sne są w sta­nie po­rów­ny­wać po­do­bień­stwo i do­peł­nia­nie się je­dy­nie na pod­sta­wie pro­fi­lów osób, a nie ich rze­czy­wi­stego za­cho­wa­nia. Oka­zuje się, że jest to za­sad­ni­cze ogra­ni­cze­nie. Prze­gląd 313 ba­dań la­bo­ra­to­ryj­nych i ob­ser­wa­cyj­nych do­ty­czą­cych tego za­gad­nie­nia wy­ka­zał coś nie­zwy­kłego: je­śli osoby się nie znają, więk­sze po­do­bień­stwo ich pro­fili (po­staw i cech oso­bo­wo­ści) wy­raź­nie zwięk­sza ich wza­jemny po­ciąg. Jed­nakże prak­tycz­nie za­nika on po krót­kiej in­te­rak­cji, trwa­ją­cej parę mi­nut lub go­dzin, gdy osoby spo­ty­kają się twa­rzą w twarz[23]. Ozna­cza to, że po­do­bień­stwo pro­fili rze­czy­wi­ście po­wo­duje po­cząt­kowo wza­jemny po­ciąg, ale wy­daje się bez zna­cze­nia dla praw­dzi­wego związku. Może to rów­nież wy­ja­śniać, dla­czego lu­dzie uwa­żają wy­soki współ­czyn­nik zgod­no­ści za rzecz po­żą­daną u part­nera i dla­czego jed­no­cze­śnie oka­zuje się on mieć nie­wielki udział w zna­le­zie­niu praw­dzi­wej mi­ło­ści. Istot­nie ba­da­nie obej­mu­jące 23 ty­siące osób po­zo­sta­ją­cych w związku mał­żeń­skim z Au­stra­lii, Nie­miec i Wiel­kiej Bry­ta­nii wy­ka­zało, że sto­pień za­do­wo­le­nia ze związku ma bar­dzo mało wspól­nego z tym, jak po­dobne są pro­file cech oso­bo­wo­ści part­ne­rów[24]. Więk­szy zwią­zek ze stop­niem za­do­wo­le­nia ze związku ma wła­sna oso­bo­wość jed­nostki, na przy­kład to, czy jest ona zgodna, su­mienna lub sta­bilna emo­cjo­nal­nie. Nie­które osoby ze­psują każdy zwią­zek, bez względu na to, jak bar­dzo od­po­wiedni jest part­ner. In­ter­ne­towe ser­wisy rand­kowe, ta­kie jak eHar­mony, przyj­mują do wia­do­mo­ści to od­kry­cie i od­rzu­cają klien­tów, któ­rych zdro­wie emo­cjo­nalne bu­dzi wąt­pli­wo­ści[25].

W końcu roz­ważmy za­sadę do­nio­sło­ści. Czy­tel­nik może się za­sta­na­wiać, dla­czego OkCu­pid po­słu­guje się licz­bami od 1 do 250. Jak wspo­mnie­li­śmy, przy­czyna leży w tym, że al­go­rytmy wy­ma­gają liczb, by mo­gły ob­li­czać współ­czyn­nik zgod­no­ści. Po­dob­nie jak inne al­go­rytmy, rów­nież i al­go­rytmy mi­ło­sne przyj­mują na wej­ściu liczby i prze­kształ­cają je w wy­nik licz­bowy. Por­tale rand­kowe, jak na przy­kład OkCu­pid, przy­pi­sują in­tu­icyj­nie war­to­ści licz­bowe stwier­dze­niom klien­tów o do­nio­sło­ści cech albo sta­rają się je osza­co­wać na pod­sta­wie da­nych. W tym dru­gim przy­padku ser­wis po­trze­bo­wałby wia­ry­god­nych da­nych na te­mat kom­bi­na­cji pro­fili, które pro­wa­dzą do trwa­łych związ­ków. Nie znam por­tali, które po­świę­ca­łyby czas na śle­dze­nie dal­szych lo­sów użyt­kow­ni­ków i sys­te­ma­tycz­nie zbie­ra­łyby ta­kie dane sta­ty­styczne. Usta­lone liczby opie­rają się po­nadto na za­ło­że­niu, że prze­pro­wa­dzana przez użyt­kow­ni­ków ocena do­nio­sło­ści jest sta­bilna. Tym­cza­sem nie­które opi­nie mogą się zmie­nić w trak­cie trwa­nia związku, na przy­kład gdy za­czy­namy do­ce­niać za­in­te­re­so­wa­nia i war­to­ści part­nera, do któ­rych wcze­śniej nie przy­kła­da­li­śmy wagi. To, czy liczby te od­dają praw­dziwą do­nio­słość, po­zo­staje za­tem sprawą nie­ja­sną.

Można więc po­wie­dzieć, że naj­więk­szą za­letą plat­form rand­ko­wych jest do­star­cza­nie in­for­ma­cji o po­ten­cjal­nych part­ne­rach, a nie to, że po­zwa­lają zna­leźć praw­dziwą mi­łość. Ta może się po­ja­wić do­piero, gdy osoby spo­ty­kają się twa­rzą w twarz. Au­to­pre­zen­ta­cja w pro­fi­lach i za­sady po­do­bień­stwa, do­peł­nia­nia się i do­nio­sło­ści ob­li­czone na pod­sta­wie tych pro­fili sta­no­wią fun­da­ment al­go­ryt­mów ko­ja­rze­nia par, ale nie­ko­niecz­nie są głów­nym skład­ni­kiem uda­nego związku. Może to wy­ja­śniać, dla­czego al­go­rytmy mi­ło­sne czę­sto za­wo­dzą. Jak jed­nak zo­ba­czymy w na­stęp­nym roz­dziale, ist­nieje także bar­dziej ogólny po­wód: w prze­ci­wień­stwie do sza­chów zna­le­zie­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści jest grą pełną nie­pew­no­ści, a z nią al­go­rytmy słabo so­bie ra­dzą.

GDY SPOSÓB UWODZENIA DOPASOWUJE SIĘ DO OPROGRAMOWANIA

Można by są­dzić, że al­go­rytmy są "neu­tral­nym" na­rzę­dziem uła­twia­ją­cym kon­takt z naj­lep­szymi part­ne­rami ro­man­tycz­nymi. Tak jed­nak nie jest. W miarę jak al­go­rytmy stają się co­raz po­pu­lar­niej­sze się w na­szym świe­cie, za­czy­nają bar­dziej wpły­wać na na­sze war­to­ści - na­wet wtedy, gdy nie dzia­łają zbyt do­brze. Do­ty­czy to także spo­so­bów uwo­dze­nia. Na przy­kład prak­tycz­nie nie są już moż­liwe randki w ciemno; part­ne­rzy wcze­śniej spraw­dzą swoje pro­file w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Tak jak inne tech­no­lo­gie, al­go­rytmy zmie­niają na­sze za­cho­wa­nia i osta­tecz­nie także na­sze pra­gnie­nia. Opro­gra­mo­wa­nie może choćby za­mie­nić uwo­dze­nie w pro­blem opty­mal­nego wy­szu­ki­wa­nia i zmniej­szyć sto­pień za­an­ga­żo­wa­nia.

A może znajdę jeszcze kogoś lepszego

Jest taka hi­sto­ria o mło­dej ko­bie­cie, która zna­la­zła męż­czy­znę swo­ich ma­rzeń i te­raz leżą oboje w łóżku. Gdy ten wy­cho­dzi na chwilę do ła­zienki, ona me­cha­nicz­nie sięga po te­le­fon, otwiera Tin­dera i za­czyna prze­glą­dać pro­file in­nych męż­czyzn. Za­py­tana, co robi, nie umie wy­ja­śnić swego za­cho­wa­nia. Po pro­stu nie mo­gła się po­ha­mo­wać. Tego ro­dzaju hi­sto­rie sta­no­wią ilu­stra­cję tego, jak opro­gra­mo­wa­nie przej­muje kon­trolę nad na­szym ży­ciem.

Ła­twy do­stęp do wielu part­ne­rów może za­mie­nić szczę­śli­wego za­do­wa­la­cza w za­wsze nie­spo­koj­nego opty­ma­li­za­tora. Za­do­wa­lacz jest ter­mi­nem po­cho­dzą­cym z teo­rii de­cy­zji, w kon­tek­ście ran­dek ozna­cza­ją­cym osobę, która wy­biera part­nera za­do­wa­la­ją­cego. W tym celu musi ona wy­pra­co­wać kry­te­rium ak­cep­ta­cji (po­ziom swo­ich aspi­ra­cji), wy­brać pierw­szego part­nera, który je speł­nia, i za­prze­stać dal­szych po­szu­ki­wań. Za­prze­sta­nie po­szu­ki­wań sta­nowi wa­ru­nek nie­zbędny do za­an­ga­żo­wa­nia się w szczę­śliwy, trwały zwią­zek. Na­to­miast opty­ma­li­za­tor po­szu­kuje ab­so­lut­nie naj­lep­szego part­nera i nie jest go­towy na kom­pro­misy. Po­nie­waż jed­nak jest wiele ryb w oce­anie i nie można prze­wi­dzieć, ja­kie al­ter­na­tywy się po­ja­wią, opty­ma­li­za­cja pro­wa­dzi do roz­cza­ro­wa­nia i kul­tury "ocze­ki­wa­nia na ko­goś lep­szego". Na­wet gdyby przy­pad­kiem opty­ma­li­za­tor tra­fił na naj­lep­szego part­nera (o ile taka osoba ist­nieje), nie wie­działby o tym i w dal­szym ciągu po­szu­ki­wałby ko­goś lep­szego, jaw­nie lub skry­cie. Sprzy­jają ta­kiemu za­cho­wa­niu te por­tale rand­kowe, które nie ogra­ni­czają liczby kan­dy­da­tów wy­świe­tla­nych w jed­nym dniu. Na­to­miast za­do­wa­lacz na­tych­miast zre­zy­gno­wałby z ko­rzy­sta­nia z ser­wisu rand­ko­wego i za­an­ga­żo­wałby się w po­ważny zwią­zek.

A jed­nak w in­te­re­sie sa­mych agen­cji rand­ko­wych leży, by klienci ko­rzy­stali z ich usług jak naj­dłu­żej. Zy­ski by­łyby nie­wiel­kie, gdyby każdy znaj­do­wał praw­dziwą mi­łość w je­de­na­ście mi­nut i re­zy­gno­wał. Dla­tego agen­cje bar­dziej pod­kre­ślają moż­li­wość kon­taktu z po­ten­cjal­nymi part­ne­rami niż szansę na zna­le­zie­nie praw­dzi­wej mi­ło­ści. Do­stęp do wiel­kiej liczby po­ten­cjal­nych part­ne­rów po­wo­duje, że użyt­kow­nicy ko­rzy­stają z apli­ka­cji w po­dobny spo­sób, jak klienci w su­per­mar­ke­tach prze­bie­ra­jący wśród se­tek ro­dza­jów musz­tard i dże­mów. Dla­tego wielu użyt­kow­ni­ków trak­tuje swoje pro­file rand­kowe, jakby to były opisy pro­duk­tów w skle­pie in­ter­ne­to­wym, i po­zbywa się in­nych pro­duk­tów za po­mocą prze­su­nię­cia pal­cem. W ich świe­cie praw­dziwa mi­łość ozna­cza nie­koń­czące się po­szu­ki­wa­nie naj­lep­szej oka­zji.

Optymalizuj swój profil, a nie siebie

Na po­czątku tego roz­działu po­ja­wiły się słowa trzy­na­sto­let­niej So­phie z New Jer­sey, która przed­sta­wia swój po­gląd na te­mat ran­dek. Wiele dziew­cząt w jej wieku spę­dza dłu­gie go­dziny na ry­wa­li­za­cji w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, a po­tem na in­ter­ne­to­wym rynku sek­su­al­nym, za­rzą­dza­jąc swo­imi sel­fie i re­pu­ta­cją. "Czuję się tak, jakby ktoś pod­stęp­nie ka­zał mi gro­ma­dzić lajki", So­phie wy­ja­śnia[26]. Au­to­pre­zen­ta­cja nie jest oczy­wi­ście ni­czym no­wym, lecz me­dia cy­frowe do­star­czają wy­god­nych na­rzę­dzi po­zwa­la­ją­cych na edy­to­wa­nie swo­jego ja. Psy­cho­log Ro­bert Ep­stein opi­sał swoją randkę z pewną ko­bietą, którą po­znał w In­ter­ne­cie[27]. Gdy w końcu zo­ba­czył tę ko­bietę w ka­wiarni, w ogóle nie przy­po­mi­nała osoby ze zdjęć, ja­kie umiesz­czała w in­ter­ne­cie. Pra­co­wała w mar­ke­tingu i są­dziła, że do­brą stra­te­gią bę­dzie pu­bli­ko­wa­nie zdjęć, które przy­cią­gną "klien­tów". Po­tem Ep­stein za­uwa­żył, że po­przed­nie zdję­cia za­stą­piła zdję­ciami jesz­cze in­nej ko­biety.

Esen­cją re­klamy jest wy­gląd i pod­stęp, które mają przy­cią­gać uwagę. W swo­ich pro­fi­lach in­ter­ne­to­wych lu­dzie kła­mią na te­mat wieku, stanu cy­wil­nego, do­cho­dów, wzro­stu i wagi ciała. Ba­da­cze z Uni­wer­sy­tetu Cor­nella prze­pro­wa­dzili po­miary wzro­stu i wagi użyt­kow­ni­ków, a po­tem po­rów­nali otrzy­mane liczby z pro­fi­lami in­ter­ne­to­wymi. Ba­dane osoby mie­rzyły prze­cięt­nie o 2,5 cen­ty­me­tra mniej i wa­żyły o 2,5 ki­lo­grama wię­cej, niż twier­dziły w in­ter­ne­cie[28]. Co wię­cej, roz­bież­ność była tym więk­sza, im osoby były niż­sze i im wię­cej wa­żyły. Pewne ba­da­nie do­ty­czące po­nad 5 ty­sięcy użyt­kow­ni­ków ser­wi­sów rand­ko­wych z Bo­stonu i San Diego wy­ka­zało, że ko­biety mię­dzy 20 a 30 ro­kiem ży­cia po­da­wały wagę ciała śred­nio około 2,5 ki­lo­grama niż­szą, niż wy­nosi od­po­wied­nia waga wśród wszyst­kich ko­biet z tego prze­działu wie­ko­wego, a róż­nica ta zwięk­szała się do 8,5 ki­lo­grama dla ko­biet mię­dzy 30 a 40 ro­kiem ży­cia oraz do 9,5 ki­lo­grama dla ko­biet w prze­dziale wieku od 40 do 50 lat[29]. Nie stwier­dzono po­dob­nych roz­bież­no­ści w przy­padku wagi ciała u męż­czyzn. Po­nadto ko­biety szcze­gól­nie czę­sto po­dają swój wiek jako 29, 35 lub 44 lata[30]. Na­to­miast męż­czyźni czę­sto za­wy­żają swoje do­chody. Można to ła­two wy­ja­snić. Gdy męż­czyźni twier­dzą, że za­ra­biają 250 ty­sięcy do­la­rów rocz­nie, w po­rów­na­niu do mniej niż 50 ty­sięcy do­la­rów rocz­nie, otrzy­mują trzy razy wię­cej od­po­wie­dzi od ko­biet. Męż­czyźni kła­mią także na te­mat swego stanu cy­wil­nego: praw­do­po­dob­nie je­den na ośmiu męż­czyzn po­szu­ku­ją­cych pary jest żo­naty[31]. Ba­da­cze, któ­rzy mie­rzyli wzrost i wagę użyt­kow­ni­ków, po­słu­gi­wali się twar­dymi fak­tami, by usta­lić skalę oszu­stwa. Na­wet jed­nak w an­kie­tach po­nad po­łowa ame­ry­kań­skich użyt­kow­ni­ków otwar­cie przy­zna­wała się do za­miesz­cza­nia kłamstw na swo­ich pro­fi­lach rand­ko­wych, co sta­nowi liczbę wyż­szą niż u ich bry­tyj­skich od­po­wied­ni­ków[32].

Wy­daje się, że nie­które in­ter­ne­towe ser­wisy rand­kowe same ucie­kają się do pod­stę­pów. Po­dają, że mają wię­cej klien­tów niż w rze­czy­wi­sto­ści i twier­dzą, że są oni bar­dzo za­do­wo­leni[33]. Bez­po­śred­nie py­ta­nia o praw­dziwe liczby agen­cje po pro­stu zby­wają mil­cze­niem.

Kobiece boty

Do nie­jed­nego z nas zwró­ciła się zroz­pa­czona wdowa z So­ma­lii, by prze­cho­wać swój wie­lo­mi­lio­nowy spa­dek na na­szym bez­piecz­nym kon­cie ban­ko­wym. Je­śli od­po­wiemy, mo­żemy wkrótce otrzy­mać prośbę o wy­sła­nie pie­nię­dzy na po­kry­cie kosz­tów cel­nych i po­dat­ko­wych w za­mian za obiet­nicę wy­na­gro­dze­nia w wy­so­ko­ści 10 mi­lio­nów do­la­rów. Wielu z nas także otrzy­mało e-mail z in­for­ma­cją, że wy­gra­li­śmy 250 ty­sięcy do­la­rów w za­gra­nicz­nej lo­te­rii. Można by są­dzić, że ża­den ro­zumny czło­wiek nie da się na­brać na taki trik. A jed­nak nie­które osoby po­zwa­lają się za­śle­pić na­dziei. Jak wy­ja­śnia jedna z bry­tyj­skich ofiar: "Taka suma pie­nię­dzy skła­nia do ma­rzeń, a nikt nie chce być odarty z ma­rzeń"[34]. Daw­niej po­szu­ki­wa­nie po­ten­cjal­nych ofiar wy­ma­gało wiel­kiego na­kładu pracy, ale obec­nie na­rzę­dzia sztucz­nej in­te­li­gen­cji sto­so­wane przez Fa­ce­bo­oka uła­twiają za­da­nie. Po­dob­nie jak w przy­padku wszel­kich re­klam, al­go­rytmy ucze­nia ma­szy­no­wego Fa­ce­bo­oka po­zwa­lają na iden­ty­fi­ko­wa­nie użyt­kow­ni­ków, któ­rzy naj­chęt­niej klikną na oszu­kań­czą re­klamę. Firmy trud­niące się ta­kim pro­ce­de­rem, po za­ka­mu­flo­wa­niu tre­ści swo­ich ogło­szeń płacą Fa­ce­bo­okowi prze­cięt­nie 44 ty­siące do­la­rów w po­staci opłat re­kla­mo­wych, a po­tem in­ka­sują około 79 ty­sięcy do­la­rów od ofiar[35]. Tylko w Wiel­kiej Bry­ta­nii co roku około mi­liona do­ro­słych osób pada ofiarą oszustw mar­ke­tin­go­wych i ogó­łem traci około 3,5 mi­liarda fun­tów[36].

Oszustwo "na romans"

Więk­szość lu­dzi jed­nak opiera się tym po­ku­som, po­nie­waż ta­kie wia­do­mo­ści po­cho­dzą od nie­zna­jo­mych. Aby więc po­sze­rzyć krąg po­ten­cjal­nych ofiar, mię­dzy­na­ro­dowe grupy prze­stęp­cze zwra­cają się do użyt­kow­ni­ków stron rand­ko­wych, któ­rych ce­lem jest prze­cież łą­cze­nie w pary osób, które się wcze­śniej nie znały. Za­kła­dają fał­szywe pro­file, za­zwy­czaj z wy­re­tu­szo­wa­nymi, ukra­dzio­nymi zdję­ciami, po­da­jąc się naj­chęt­niej za ofi­ce­rów, in­ży­nie­rów lub atrak­cyj­nych mo­deli czy mo­delki. Na­stęp­nie oszu­ści pró­bują na­wią­zać ro­man­tyczną re­la­cję w in­ter­ne­cie, de­kla­rują ofie­rze swoją mi­łość i pro­szą o zmianę me­tody ko­mu­ni­ka­cji ze strony rand­ko­wej na ko­mu­ni­ka­tor lub e-mail, by re­la­cja stała się bar­dziej pry­watna. Pod­czas tego etapu oswa­ja­nia wiele ofiar się za­ko­chuje[37]. Po kilku ty­go­dniach lub mie­sią­cach, gdy ro­dzi się za­ufa­nie i uczu­cie, prze­stępcy naj­pierw pro­szą o małe kwoty pie­niężne, a po­tem o co­raz więk­sze. In­tryga może obej­mo­wać in­nych prze­stęp­ców z grupy, któ­rzy, po­da­jąc się za le­ka­rzy, in­for­mują ofiarę o tym, że uko­chany zo­stał za­brany do szpi­tala i po­trzebne są pie­nią­dze na opła­ce­nie ra­chun­ków me­dycz­nych. Gra się koń­czy, gdy ofiara od­krywa oszu­stwo lub zo­staje po­zba­wiona wszyst­kich pie­nię­dzy. We­dług FBI ofiary tracą prze­cięt­nie 14 ty­sięcy do­la­rów[38]. In­ter­ne­towe oszu­stwa rand­kowe są obec­nie bar­dzo po­spo­lite, a wiele ofiar zbyt się wsty­dzi, by o nich opo­wia­dać. Ła­two jed­nak wy­kryć oszu­stwo. Gdy nasz in­ter­ne­towy uko­chany za­czyna pro­sić o pie­nią­dze, nie­za­leż­nie od po­wodu, można się do­my­ślić, o co cho­dzi. Je­śli prze­szu­kamy in­ter­net i znaj­dziemy zdję­cie tej osoby po­ja­wia­jące się pod in­nym na­zwi­skiem, wszystko jest ja­sne. Ist­nieje pro­sta re­guła po­zwa­la­jąca unik­nąć zła­ma­nego serca i pu­stego ra­chunku ban­ko­wego: ni­gdy nie wy­sy­łajmy pie­nię­dzy do ko­goś, kogo po­zna­li­śmy w in­ter­ne­cie i nie spo­tka­li­śmy oso­bi­ście.

Poza stratą fi­nan­sową ofiary do­świad­czają także utraty re­la­cji. Dla więk­szo­ści z nich utrata obiektu uczuć jest czymś bar­dziej do­tkli­wym. Jak wy­ja­śniła pewna ofiara: "Roz­ma­wiasz z ta­kim męż­czy­zną tak długo i pew­nego dnia od­kry­wasz, że to było oszu­stwo. Ale jak można tak po pro­stu o wszyst­kim za­po­mnieć? Uczu­cia nie zmie­niają się tak szybko". Wiele z tych osób wsty­dzi się i jest zdru­zgo­ta­nych tym, że pa­dły ofiarą oszu­stwa: "To coś w ro­dzaju men­tal­nego gwałtu. Po­my­śleć, że udało im się wnik­nąć do mo­jego umy­słu. Boże, jak mo­głam być tak głu­pia!"[39].

Tech­no­lo­gicz­nym od­po­wied­ni­kiem tych ludz­kich oszu­stów są boty. Boty są au­to­no­micz­nymi agen­tami in­for­ma­tycz­nymi zdol­nymi do po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji bez ludz­kiej in­ter­wen­cji. Zło­śliwe boty wy­ko­rzy­stują lu­dzi w prze­ci­wień­stwie do do­bro­tli­wych bo­tów, ta­kich jak boty zaj­mu­jące się edy­cją na Wi­ki­pe­dii lub prze­cze­su­jące in­ter­net, któ­rych za­da­niem jest wspie­ra­nie ludz­kich użyt­kow­ni­ków. Roz­ważmy przy­kład ka­na­dyj­skiego in­ter­ne­to­wego ser­wisu rand­ko­wego Ash­ley Ma­di­son, który zo­stał za­ło­żony z prze­stęp­czą in­ten­cją i był re­kla­mo­wany slo­ga­nem "Ży­cie jest krót­kie. Po­zwól so­bie na ro­mans". Nie zdziwi ni­kogo, że por­tal cier­piał na brak ko­bie­cych użyt­kow­ni­ków. Mo­del biz­ne­sowy po­le­gał na tym, że mę­scy użyt­kow­nicy wno­sili opłatę, je­śli chcieli roz­po­cząć roz­mowę z ko­bietą. Kiedy ha­ke­rzy wy­kra­dli wszyst­kie dane do­ty­czące klien­tów - w tym e-ma­ile, imiona i na­zwi­ska, ad­resy i fan­ta­zje sek­su­alne - oka­zało się, że ser­wis rand­kowy Ash­ley Ma­di­son "za­trud­niał" po­nad 70 ty­sięcy "ko­bie­cych" bo­tów, które ro­ze­słały po­nad 20 mi­lio­nów fał­szy­wych wia­do­mo­ści do mę­skich użyt­kow­ni­ków[40]. Ha­ke­rzy za­gro­zili, że upu­blicz­nią te dane, je­śli Ash­ley Ma­di­son na­tych­miast nie za­prze­sta­nie dzia­łal­no­ści. Gdy por­tal rand­kowy od­mó­wił, ha­ke­rzy wrzu­cili do sieci dane oso­bi­ste 32 mi­lio­nów klien­tów, także tych, któ­rzy wpła­cili 19-do­la­rową opłatę za ska­so­wa­nie konta, co było jesz­cze jedną fał­szywą usługą. "Te­raz moje mał­żeń­stwo le­gnie w gru­zach", po­wie­dział męż­czy­zna z Ken­tucky, który przez lata ko­rzy­stał z ser­wisu, by zdra­dzać swoją żonę[41]. In­nych obu­rzyło tylko to, że po­ten­cjalne part­nerki oka­zały się fał­szywe. Około 1200 ad­re­sów e-ma­ilo­wych miało roz­sze­rze­nie .sa, które wska­zuje na klien­tów z Ara­bii Sau­dyj­skiej, gdzie za cu­dzo­łó­stwo grozi kara śmierci.

Wpadłaś mi w oko

Naj­bar­dziej nie­ocze­ki­waną stroną tej smut­nej hi­sto­rii jest to, że same ser­wisy rand­kowe wy­ko­rzy­stują oszu­stów do za­chę­ca­nia klien­tów, by wy­ku­py­wali sub­skryp­cje. Ame­ry­kań­ska Fe­de­ralna Ko­mi­sja Han­dlu wy­to­czyła sprawę ser­wi­sowi in­ter­ne­to­wemu Match o to, że po­słu­gi­wał się fał­szy­wymi ogło­sze­niami wy­ra­ża­ją­cymi za­in­te­re­so­wa­nie ro­man­tyczne w celu oszu­ka­nia se­tek ty­sięcy klien­tów[42]. Match jest wła­ści­cie­lem por­tali Match.com, Tin­der, OkCu­pid, Plen­ty­Of­Fish i in­nych stron rand­ko­wych.

Przy­pu­śćmy, że szu­kamy "tego ko­goś". Więk­szość ser­wi­sów in­ter­ne­to­wych po­zwala na za­ło­że­nie pro­filu bez żad­nych opłat, a po­tem mo­żemy wy­ku­pić sub­skryp­cję. Mo­żemy więc się za­re­je­stro­wać, gdyż to nic nie kosz­tuje, i zo­ba­czyć, co się sta­nie. Przy­pu­śćmy da­lej, że nasz pro­fil szybko przy­ciąga za­in­te­re­so­wa­nie i otrzy­mu­jemy wia­do­mość od ser­wisu rand­ko­wego, że ktoś do nas na­pi­sał (ilu­stra­cja 1.4). Nie­stety, po­nie­waż nie wy­ku­pi­li­śmy sub­skryp­cji, nie mo­żemy od­po­wie­dzieć. Po­sta­na­wiamy za­tem wy­ku­pić sub­skryp­cję i od­pi­sać tej oso­bie. Oka­zuje, że za późno, gdyż pro­fil jest obec­nie "nie­do­stępny". A to pech! Cze­ka­li­śmy tak długo, a po­win­ni­śmy byli od razu za­pła­cić. Być może prze­ga­pi­li­śmy oka­zję spo­tka­nia "tego ko­goś".

Ilu­stra­cja 1.4

"Wpa­dłaś mu w oko". Wia­do­mość wy­sy­łana do użyt­kow­ni­ków, któ­rzy za­ło­żyli za darmo pro­fil na ser­wi­sie rand­ko­wym, z za­mia­rem na­kło­nie­nia ich do wy­ku­pie­nia sub­skryp­cji. Je­dy­nie pod wa­run­kiem wnie­sie­nia opłaty będą mo­gły od­pi­sać do osoby, która wy­ra­ziła za­in­te­re­so­wa­nie. Fe­de­ralna Ko­mi­sja Han­dlu wy­to­czyła pro­ces ser­wi­sowi rand­ko­wemu Match, który jest wła­ści­cie­lem match.com, Tin­dera i in­nych stron rand­ko­wych, po­nie­waż Match wie­dział o tym, że wiele z tych wia­do­mo­ści po­cho­dziło od oszu­stów, skoro ozna­czył ich konta jako nie­wia­ry­godne. Nie­mniej prze­ka­zy­wał te wia­do­mo­ści, choć co prawda tylko do klien­tów bez sub­skryp­cji - w celu na­kło­nie­nia ich do jej wy­ku­pie­nia. Źró­dło: Fe­de­ral Trade Com­mis­sion, FTC Sues Owner of On­line Da­ting Se­rvice [Fe­de­ralna ko­mi­sja han­dlu po­zywa wła­ści­ciela in­ter­ne­to­wego ser­wisu rand­ko­wego].

Nie ma jed­nak po­wodu do nie­po­koju, gdyż być może tak nie jest. Mi­liony za­in­te­re­so­wa­nych "oczu" są w rze­czy­wi­sto­ści oszu­stami, któ­rzy mają na­dzieję na to, że oszu­kają cię "na ro­mans". Zda­niem Fe­de­ral­nej Ko­mi­sji Han­dlu ser­wis rand­kowy do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę z tego, że cho­dzi o oszu­stów i ozna­czał ich konta jako nie­wia­ry­godne, ale mimo to prze­ka­zy­wał wia­do­mo­ści po to, by wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie nie­pła­cą­cych użyt­kow­ni­ków i na­kło­nić ich do wy­ku­pie­nia sub­skryp­cji. W ten spo­sób ser­wisy rand­kowe wy­ko­rzy­sty­wały oszu­stów do zwięk­sze­nia liczby sub­skryp­cji, wpro­wa­dza­jąc w błąd wła­snych klien­tów i czer­piąc zy­ski z prze­stęp­stwa. I pod­stęp ten się uda­wał. We­dług ra­portu Fe­de­ral­nej Ko­mi­sji Han­dlu w ciągu dwóch lat około 500 ty­sięcy za­cie­ka­wio­nych klien­tów na­było sub­skryp­cję do 24 go­dzin od otrzy­ma­nia fał­szy­wej wia­do­mo­ści ta­kiej jak "Wpa­dłaś mu w oko". Ci, któ­rzy otrzy­mali roz­cza­ro­wu­jącą wia­do­mość "kon­takt nie­do­stępny", w rze­czy­wi­sto­ści po­winni so­bie po­gra­tu­lo­wać. Match stara się unie­moż­li­wiać na­wią­zy­wa­nie kon­taktu z oszu­stami, ale tylko w przy­padku użyt­kow­ni­ków z sub­skryp­cją. W sto­sunku do użyt­kow­ni­ków bez sub­skryp­cji oszu­ści byli wy­ko­rzy­sty­wani jako przy­nęta. Wy­ja­śnia to, dla­czego czę­sto klienci stwier­dzają, że liczba po­wia­do­mień o za­in­te­re­so­wa­niu szybko ma­leje od mo­mentu wy­ku­pie­nia sub­skryp­cji.

Aranżowane małżeństwa wchodzą do sieci

We współ­cze­snych spo­łe­czeń­stwach za­chod­nich randki do­ty­czą dwóch za­in­te­re­so­wa­nych jed­no­stek. Mał­żeń­stwo za­zwy­czaj za­wiera się na końcu. Jed­nak nie we wszyst­kich kul­tu­rach od­bywa się to w ten spo­sób. W tra­dy­cyj­nym sys­te­mie in­dyj­skim to ro­dzice do­ko­nują wy­boru. Naj­pierw jest mał­żeń­stwo, po­tem seks, a do­piero na końcu mi­łość.

In­dyj­ski In­sty­tut Za­rzą­dza­nia w Ban­ga­lore, z jego wy­pie­lę­gno­wa­nymi ogro­dami, sta­nowi idyl­liczne śro­do­wi­sko do zdo­by­wa­nia wie­dzy. Jego motto brzmi: "Niech na­uka przy­nie­sie nam oświe­ce­nie". Gdy pro­wa­dzi­łem tam wy­kłady w zi­mo­wej szkole po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji, na­wią­za­łem zna­jo­mość z San­jeyem, mło­dym pro­fe­so­rem. Opo­wie­dział mi o swoim po­szu­ki­wa­niu praw­dzi­wej mi­ło­ści. W tra­dy­cyj­nym sys­te­mie in­dyj­skim ro­dzina przy­szłej panny mło­dej lub pana mło­dego po­szu­kuje kan­dy­data lub kan­dy­datki do mał­żeń­stwa. W epoce cy­fro­wej ogło­sze­nia ma­try­mo­nialne po­ja­wiają się zwy­kle na por­ta­lach in­ter­ne­to­wych, po­dob­nie jak na Za­cho­dzie, ale czę­sto za­miesz­cza je ro­dzina, a nie jed­nostka. W ty­po­wym ogło­sze­niu znaj­dziemy wiek i wzrost mło­dej ko­biety lub mło­dego męż­czy­zny oraz na­stę­pu­jące in­for­ma­cje: ich za­wód i do­chód, ocze­ki­wany do­chód part­nera lub part­nerki, za­wód ich ojca, ich ka­stę oraz czy wy­ma­gany jest po­sag. Z na­de­sła­nych od­po­wie­dzi ro­dzina wy­biera od trzech do sze­ściu po­ten­cjal­nych part­ne­rów. Na­stęp­nie ro­dzina wy­biera jed­nego z kan­dy­da­tów i aran­żuje spo­tka­nie w re­stau­ra­cji, gdzie mło­dzi lu­dzie spo­ty­kają się po raz pierw­szy i mają oka­zję ze sobą po­roz­ma­wiać - w obec­no­ści ro­dzi­ców. Po po­wro­cie do domu ro­dzice py­tają dzieci, czy za­ak­cep­to­wa­łyby kan­dy­datkę lub kan­dy­data jako part­nera ży­cio­wego. Je­śli oboje mło­dzi lu­dzie się zga­dzają, roz­po­czy­nają się przy­go­to­wa­nia do ślubu. Gdy jedno z nich od­rzuca dru­gie, wtedy pro­ces zo­staje po­wtó­rzony z na­stęp­nym kan­dy­da­tem z li­sty.

San­jey­owi nie po­do­bała się ta pro­ce­dura. Ale nie dla­tego, jak można by są­dzić, że chciał, by wszystko wy­glą­dało w bar­dziej za­chodni spo­sób i by miał więk­szy wy­bór. Otóż wo­lał nie mieć w ogóle żad­nego wy­boru. Po­pro­sił swo­ich ro­dzi­ców, by zde­cy­do­wali za niego, ufa­jąc ich do­świad­cze­niu i po pro­stu ma­jąc na­dzieję, że wy­biorą dla niego atrak­cyjną, miłą żonę. Na moje py­ta­nie, dla­czego nie chciał zo­ba­czyć przy­naj­mniej kilku ko­biet, wy­ja­śnił, że nie chciał ra­nić uczuć żad­nej z nich przez od­rzu­ce­nie. Zdu­miało mnie to oświad­cze­nie, tak nie­po­dobne w du­chu do bez­ce­re­mo­nial­nego od­rzu­ca­nia kan­dy­da­tów w in­ter­ne­cie do­słow­nie przez prze­su­nię­cie pal­cem. San­jey po­ślu­bił ko­bietę wy­braną przez swo­ich ro­dzi­ców i oboje po­wie­dzieli mi, że od tam­tej pory zdą­żyli się za­ko­chać w so­bie i od lat są szczę­śliwi. W świe­cie Tin­dera do­stęp do wielu kan­dy­da­tów jest czymś do­brym. W świe­cie San­jeya do­stęp do wielu kan­dy­da­tów ozna­cza, że trzeba ko­goś od­rzu­cić i zra­nić jego uczu­cia.

Dla więk­szo­ści lu­dzi na Za­cho­dzie za­ufa­nie ro­dzi­com i ich do­świad­cze­niu jest czymś nie­po­ję­tym, a na­wet ir­ra­cjo­nal­nym. Jak jed­nak San­jey i inni ba­da­cze w In­dyj­skim In­sty­tu­cie Za­rzą­dza­nia grzecz­nie za­uwa­żyli, dla nich z ko­lei jest dziwne, że Ame­ry­ka­nie i Eu­ro­pej­czycy uwa­żają za ra­cjo­nalne po­szu­ki­wa­nie part­nera przez przy­pad­kowe spo­tka­nia na dys­ko­tece, gdzie nikt ni­kogo pra­wie nie sły­szy i za­pewne każdy już wy­pił jed­nego. Czy przy­szłość na­leży do mał­żeństw aran­żo­wa­nych przez ro­dzi­ców, czy do mał­żeństw z mi­ło­ści? Jest jesz­cze trze­cia opcja: co­raz więk­sza wiara we wszech­moc sztucz­nej in­te­li­gen­cji może po­ło­żyć kres obu sys­te­mom.

Szczyt wygody: niech sztuczna inteligencja aranżuje nasze małżeństwa

Ma­rzymy o au­to­no­micz­nych sa­mo­cho­dach, po­nie­waż mają być bez­piecz­niej­sze od ludz­kich kie­row­ców. Co wo­bec tego po­wiemy o al­go­ryt­mach wy­bie­ra­ją­cych part­ne­rów? Ar­gu­men­ta­cja prze­ma­wia­jąca za jed­nymi i dru­gimi jest po­dobna. Pra­wie wszyst­kie wy­padki koń­czące się śmier­cią wy­ni­kają z ludz­kiego błędu: jazdy po pi­ja­nemu, pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, w sta­nie zmę­cze­nia lub roz­pro­sze­nia spo­wo­do­wa­nego przez ko­rzy­sta­nie z te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Au­to­no­miczne sa­mo­chody mo­głyby chro­nić lu­dzi przed swymi wła­snymi błę­dami. Po­dob­nie po­łowa wszyst­kich pierw­szych mał­żeństw i dwie trze­cie dru­gich w Sta­nach Zjed­no­czo­nych koń­czy się roz­wo­dem, co pro­wa­dzi do żalu i roz­go­ry­cze­nia wy­bo­rem nie­wła­ści­wego part­nera oraz do emo­cjo­nal­nie trud­nych sy­tu­acji zwią­za­nych z dziećmi. Dla­czego miej­sca kie­rowcy nie mógłby za­jąć al­go­rytm, który prze­ciw­dzia­łałby do­ko­ny­wa­niu błęd­nych de­cy­zji przez lu­dzi? Au­to­no­miczna sztuczna in­te­li­gen­cja ko­ja­rzy­łaby ze sobą wła­ściwe osoby, za­nim wpa­kują się w pro­blemy.

Pe­wien fi­lo­zof sztucz­nej in­te­li­gen­cji ra­dzi: "Tam, gdzie to moż­liwe, po­win­ni­śmy pod­po­rząd­ko­wać się wy­ro­kom su­per­in­te­li­gen­cji"[43]. We­dług tej wi­zji ra­cjo­nal­nego wy­boru wła­ściwą po­stawą jest za­ufa­nie al­go­ryt­mowi, a nie so­bie lub ro­dzi­nie, w kwe­stii wy­boru part­nera ro­man­tycz­nego. W skraj­nej po­staci ozna­cza­łoby to, że au­to­no­miczna sztuczna in­te­li­gen­cja aran­żuje mał­żeń­stwa bez ja­kie­go­kol­wiek ludz­kiego udziału. Je­dyne, co mu­sie­li­by­śmy zro­bić, to po­ja­wić się w wy­zna­czo­nym miej­scu.

Tego ro­dzaju sztuczna in­te­li­gen­cja po­zo­staje na­ukową fik­cją, ale ta­kie sce­na­riu­sze ist­nieją. Od­ci­nek bry­tyj­skiego se­rialu te­le­wi­zyj­nego Czarne lu­stro (ty­tuł se­rialu na­wią­zuje do zga­szo­nego ekranu smart­fona) za­ty­tu­ło­wany Hang the DJ [ty­tuł taki sam w pol­skim tłu­ma­cze­niu - przyp. tłum.] prze­nosi nas w przy­szłość, w któ­rej re­la­cje ro­man­tyczne prze­stają być przed­mio­tem in­dy­wi­du­al­nego wy­boru. W tym świe­cie al­go­rytm mi­ło­sny wska­zuje osoby, które wejdą ze sobą w zwią­zek, i wszy­scy bez wa­ha­nia sto­sują się do de­cy­zji al­go­rytmu. Co wię­cej, każdy zwią­zek ma swoją datę waż­no­ści, po któ­rej osią­gnię­ciu ko­chan­ko­wie do­bro­wol­nie się roz­stają. Po roz­sta­niu al­go­rytm ko­ja­rzy każdą jed­nostkę z no­wym part­ne­rem - do­póki nie upły­nie ko­lejna data waż­no­ści.

Już dzi­siaj nie­któ­rzy twier­dzą, że al­go­rytmy są w sta­nie prze­wi­dzieć oso­bo­wość le­piej niż lu­dzie[44]. Czy nie by­łoby sza­leń­stwem od­rzu­cać wska­za­nia sztucz­nej in­te­li­gen­cji? Dla nie­któ­rych lu­dzi sto­so­wa­nie się do jej po­uczeń mo­głoby być szczy­tem wy­gody: nie trzeba by­łoby flir­to­wać, nie by­łoby obawy od­rzu­ce­nia, ni­czyje uczu­cia nie zo­sta­łyby ni­gdy zra­nione. Wszystko by­łoby zop­ty­ma­li­zo­wane i nie trzeba by­łoby tra­cić czasu ani pie­nię­dzy na szu­ka­nie part­nera na wła­sną rękę lub przez agen­cję rand­kową. Dla in­nych osób - ta­kich jak ja - wi­zja taka sta­nowi naj­strasz­niej­szy kosz­mar ro­man­tyczny. Para bo­ha­te­rów od­cinka Czar­nego lu­stra, w któ­rym wszy­scy po­słusz­nie wy­ko­nują po­le­ce­nia sztucz­nej in­te­li­gen­cji, po­sta­no­wiła od­zy­skać kon­trolę nad swoim ży­ciem. Lu­dzie ci za­ko­chują się w so­bie i wbrew woli al­go­rytmu ze sobą po­zo­stają. Lecz ta ro­man­tyczna para jest wy­jąt­kiem.

Wprowadzenie

Tato, a gdy by­łeś mały i nie było kom­pu­te­rów, to jak wcho­dzi­łeś do in­ter­netu?

- Sied­mio­let­nie dziecko z Bo­stonu

Je­śli wszystko będą ro­bić ro­boty, co my bę­dziemy ro­bić?

- Pię­cio­letni przed­szko­lak z Pe­kinu,

cy­tat za: Kai-Fu Lee, AI Su­per­o­wers

Wy­obraźmy so­bie, że cy­frowy asy­stent robi wszystko le­piej niż my. Co­kol­wiek po­wiemy, on po­wie le­piej. Co­kol­wiek po­sta­no­wimy, on nas po­prawi. Gdy spo­rzą­dzimy plan na ko­lejny rok, on poda do­sko­nal­szy. W pew­nej chwili być może w ogóle zre­zy­gnu­jemy z po­dej­mo­wa­nia sa­mo­dziel­nych de­cy­zji. Od­tąd sztuczna in­te­li­gen­cja bez­błęd­nie po­pro­wa­dzi na­sze fi­nanse, zre­da­guje za nas wia­do­mo­ści, wy­bie­rze nam part­nera ro­man­tycz­nego i za­pla­nuje, kiedy po­winny uro­dzić się na­sze dzieci. Będą do nas przy­cho­dzić prze­syłki z pro­duk­tami, o któ­rych na­wet nie wie­dzie­li­śmy, że są nam po­trzebne. Być może złoży nam wi­zytę pra­cow­nik so­cjalny, po­nie­waż cy­frowy asy­stent uznał, że na­sze dziecko ma po­czątki de­pre­sji. Po­nadto, za­nim jesz­cze za­czniemy ła­mać so­bie głowę nad tym, któ­rego kan­dy­data po­przeć w wy­bo­rach, asy­stent bę­dzie już znał od­po­wiedź i w na­szym imie­niu za­gło­suje. Jest tylko kwe­stią czasu, gdy firmy in­for­ma­tyczne przejmą kon­trolę nad na­szym ży­ciem, a nasz wierny asy­stent prze­obrazi się w au­to­ry­tarną su­per­in­te­li­gen­cję. Ni­czym stado owiec na­sze wnuki w uf­no­ści lub stra­chu będą cze­kać na roz­strzy­gnię­cia swego no­wego pana.

W ostat­nich la­tach mia­łem spo­tka­nia na wielu po­pu­lar­nych wy­da­rze­niach zwią­za­nych ze sztuczną in­te­li­gen­cją (AI) i wie­lo­krot­nie się prze­ko­ny­wa­łem, jak roz­po­wszech­niona jest bez­wa­run­kowa wiara w po­tęgę al­go­ryt­mów. Nie­za­leż­nie od dzie­dziny, przed­sta­wi­ciele firm in­for­ma­tycz­nych za­pew­niali słu­cha­czy, że ma­szyny będą wy­ko­ny­wać za­da­nia w spo­sób do­kład­niej­szy, szyb­szy i tań­szy. Co wię­cej, ich zda­niem za­stą­pie­nie lu­dzi przez opro­gra­mo­wa­nie przy­nie­sie po­zy­tywne skutki. W po­dob­nym du­chu for­mu­ło­wane są sądy, że Go­ogle zna swo­ich użyt­kow­ni­ków le­piej niż oni sami i że AI może lub w nie­od­le­głej przy­szło­ści bę­dzie mo­gła prze­wi­dy­wać za­cho­wa­nia lu­dzi z nie­mal prze­ra­ża­jącą do­kład­no­ścią. Same firmy in­for­ma­tyczne chwalą się tą zdol­no­ścią, gdy pro­po­nują swoje usługi re­kla­mo­daw­com, ubez­pie­czy­cie­lom i han­dlow­com. Mamy skłon­ność wie­rzyć w te za­pew­nie­nia. Taką nie­mal wszech­wie­dzę sztucz­nej in­te­li­gen­cji za­kła­dają na­wet pi­sa­rze, któ­rzy snują ka­ta­stro­ficzne wi­zje zdo­mi­no­wa­nia ludz­ko­ści przez ro­boty, a także nie­któ­rzy zde­cy­do­wani kry­tycy prze­my­słu in­for­ma­tycz­nego, po­tę­pia­jący go jako zło­wrogi ka­pi­ta­lizm nad­zoru i kon­troli i drżący o przy­szłość na­szej wol­no­ści i god­no­ści[1]. Z tego wła­śnie po­wodu wielu oba­wia się Fa­ce­bo­oka (obec­nie prze­mia­no­wa­nego na Metę) jako prze­ra­ża­ją­cej or­wel­low­skiej ma­szyny nad­zoru i kon­troli. Przy­padki wy­cieku da­nych i skan­dal zwią­zany z Cam­bridge Ana­ly­tica do­pro­wa­dziły do spo­tę­go­wa­nia tej obawy. Oparte na stra­chu czy uprze­dze­niu ro­zu­mo­wa­nie po­zo­staje nie­zmienne i prze­biega mniej wię­cej tak:

AI już po­ko­nała naj­lep­szych ludz­kich sza­chi­stów i gra­czy w Go.

Moc ob­li­cze­niowa kom­pu­te­rów po­dwaja się co parę lat.

A za­tem nie­długo ma­szyny wszystko będą ro­bić le­piej niż lu­dzie.

Na­zwijmy to ar­gu­men­tem o wyż­szo­ści AI nad ludzką in­te­li­gen­cją. Prze­wi­duje on, że su­per­in­te­li­gen­cja ma­szy­nowa zbliża się wiel­kimi kro­kami. Jego dwie prze­słanki są po­prawne, lecz wnio­sek - nie­upraw­niony.

W rze­czy­wi­sto­ści więk­sza moc ob­li­cze­niowa wy­star­cza do roz­wią­za­nia pew­nych pro­ble­mów, ale nie wszyst­kich. Jak do­tąd zdu­mie­wa­jące zwy­cię­stwa sztucz­nej in­te­li­gen­cji do­ty­czyły do­brze zde­fi­nio­wa­nych gier o usta­lo­nych re­gu­łach, ta­kich jak sza­chy czy Go. Po­dobne suk­cesy za­no­to­wała ona w roz­po­zna­wa­niu twa­rzy czy głosu, je­żeli wa­runki były względ­nie nie­zmienne. W sta­bil­nym oto­cze­niu AI prze­ściga czło­wieka. Kiedy przy­szłość nie­wiele się różni od prze­szło­ści, wiel­kie ilo­ści da­nych mogą być uży­teczne. Je­śli jed­nak zda­rzają się nie­spo­dzianki, zna­jo­mość na­wet ogrom­nej liczby da­nych - które za­wsze po­cho­dzą z prze­szło­ści - może nie być po­mocna w prze­wi­dy­wa­niu przy­szło­ści. Al­go­rytmy oparte na da­nych nie ostrze­gły nas przed kry­zy­sem fi­nan­so­wym z roku 2008 i za­po­wia­dały ła­twe zwy­cię­stwo Hil­lary Clin­ton w wy­bo­rach na pre­zy­denta USA w roku 2016.

W isto­cie wiele pro­ble­mów, z któ­rymi mamy do czy­nie­nia, nie ma cha­rak­teru do­brze zde­fi­nio­wa­nych gier, ale do­ty­czy sy­tu­acji na­ce­cho­wa­nych nie­pew­no­ścią, na przy­kład zna­le­zie­nia praw­dzi­wej mi­ło­ści, prze­wi­dze­nia, kto po­pełni prze­stęp­stwo, lub wła­ści­wego za­re­ago­wa­nia na na­głe, nie­ocze­ki­wane zda­rze­nia. W ta­kich przy­pad­kach więk­sza moc ob­li­cze­niowa i więk­sza ilość da­nych nie­wiele zmie­niają. Głów­nym źró­dłem nie­pew­no­ści są lu­dzie. Wy­obraźmy so­bie, jak skom­pli­ko­wa­łyby się sza­chy, gdyby król mógł dla ka­prysu po­gwał­cić za­sady, w re­ak­cji na co obu­rzona kró­lowa opu­ści­łaby sza­chow­nicę, pu­ściw­szy wcze­śniej z dy­mem wieże. Tam, gdzie wy­stę­pują lu­dzie, wiara w al­go­rytmy może pro­wa­dzić do złu­dze­nia pew­no­ści, które nie­chyb­nie pro­wa­dzi do nie­szczę­ścia.

Zro­zu­mie­nie, że zło­żone al­go­rytmy zwy­kle od­no­szą suk­ces w sta­bil­nych sy­tu­acjach, ale nie ra­dzą so­bie do­brze z nie­pew­no­ścią, sta­nowi eg­zem­pli­fi­ka­cję ogól­nego te­matu tej książki:

In­te­li­gen­cja ozna­cza zdol­ność ro­zu­mie­nia po­ten­cjału i nie­bez­pie­czeństw tech­no­lo­gii cy­fro­wych oraz de­ter­mi­na­cję utrzy­ma­nia kon­troli w świe­cie wszę­do­byl­skich al­go­ryt­mów.

Książkę tę na­pi­sa­łem, by po­móc czy­tel­ni­kowi zro­zu­mieć moż­li­wo­ści tech­no­lo­gii cy­fro­wych ta­kich jak AI, a także - co na­wet waż­niej­sze - ich ogra­ni­cze­nia i nie­bez­pie­czeń­stwa. W cza­sie, gdy tech­no­lo­gie te stają się co­raz bar­dziej roz­po­wszech­nione i do­mi­nu­jące, chciał­bym wy­po­sa­żyć czy­tel­nika w stra­te­gie i me­tody za­cho­wa­nia kon­troli nad swoim ży­ciem tak, by nie zo­stał on roz­je­chany przez wa­lec zmian. Czy po­win­ni­śmy bez­tro­sko od­dać pro­gra­mom kom­pu­te­ro­wym prawo po­dej­mo­wa­nia za nas oso­bi­stych de­cy­zji? Zde­cy­do­wa­nie nie. In­te­li­gen­cja nie ozna­cza po­kła­da­nia śle­pej uf­no­ści w tech­no­lo­gii, ale nie ozna­cza także prze­ja­wia­nia wzglę­dem niej cho­ro­bli­wej nie­uf­no­ści. Cho­dzi o to, by zda­wać so­bie sprawę z rze­czy­wi­stych moż­li­wo­ści AI i wie­dzieć, co jest tylko chwy­tem mar­ke­tin­go­wym i ar­ty­ku­łem techno-re­li­gij­nej wiary. Cho­dzi także o to, żeby opa­no­wać zdol­ność kon­tro­lo­wa­nia urzą­dze­nia, a nie być przez nie kon­tro­lo­wa­nym.

In­te­li­gen­cja, o któ­rej mowa, nie jest tym sa­mym, co po­sia­da­nie kom­pe­ten­cji cy­fro­wych po­zwa­la­ją­cych wy­ko­rzy­sty­wać tech­no­lo­gię. Pro­gramy kształ­ce­nia na ca­łym świe­cie dążą do pod­nie­sie­nia kom­pe­ten­cji cy­fro­wych po­przez ku­po­wa­nie ta­ble­tów i ta­blic in­te­rak­tyw­nych do sal lek­cyj­nych i przy­ucza­nie dzieci do ich wy­ko­rzy­sty­wa­nia. Pro­gramy te jed­nak rzadko uczą dzieci ro­zu­mieć za­gro­że­nia zwią­zane z tech­no­lo­giami cy­fro­wymi. Nic więc dziw­nego, że więk­szość osób, które od dziecka obyte są z tech­no­lo­giami cy­fro­wymi, nie umie od­róż­nić ukry­tej re­klamy od wia­do­mo­ści i daje się zmy­lić przez wy­gląd strony in­ter­ne­to­wej. Na przy­kład ba­da­nie, w któ­rym wzięło udział 3466 ta­kich "cy­fro­wych tu­byl­ców", wy­ka­zało, że 96 pro­cent z nich nie wie, jak spraw­dzić wia­ry­god­ność strony in­ter­ne­to­wej lub po­stów[2].

In­te­li­gentny świat nie po­lega po pro­stu na wsta­wie­niu do po­koju in­te­li­gent­nego te­le­wi­zora (smart TV), uma­wia­niu się na randki on­line i tego ro­dzaju ga­dże­tach. Jest to świat prze­obra­żony przez tech­no­lo­gię cy­frową. Gdy uchy­liły się drzwi do in­te­li­gent­nego świata, wielu za­częło so­bie wy­obra­żać, że oto wkro­czymy do raju, gdzie wszy­scy będą mieli do­stęp do drzewa praw­dzi­wych wia­do­mo­ści, które osta­tecz­nie po­łoży kres ciem­no­cie, kłam­stwom i ze­psu­ciu. Zo­staną ujaw­nione fakty o zmia­nie kli­matu, ter­ro­ry­zmie, uchy­la­niu się od pła­ce­nia po­dat­ków, wy­zy­ski­wa­niu bied­nych i gwał­ce­niu god­no­ści ludz­kiej. Zo­staną wy­kryci i zmu­szeni do dy­mi­sji nie­mo­ralni po­li­tycy i chciwi biz­nes­meni. Nie­moż­liwe sta­nie się szpie­go­wa­nie oby­wa­teli i na­ru­sza­nie pry­wat­no­ści przez rządy. Do pew­nego stop­nia ma­rze­nie to się zi­ściło, choć raj oka­zał się także nieco ska­żony. Jed­nak, przede wszyst­kim na na­szych oczach od­bywa się prze­obra­że­nie spo­łe­czeń­stwa. Nie można po­wie­dzieć, że świat staje się lep­szy lub gor­szy, gdyż zmie­nia się sam nasz spo­sób my­śle­nia o do­bru i złu. Na przy­kład jesz­cze nie­dawno lu­dzie byli bar­dzo wraż­liwi na punk­cie wszel­kich na­ru­szeń pry­wat­no­ści i urzą­dzali de­mon­stra­cje prze­ciwko rzą­dom i kor­po­ra­cjom, które pró­bo­wały ich nad­zo­ro­wać lub po­zy­ski­wać ich dane oso­bowe. Ak­ty­wi­ści o róż­nych orien­ta­cjach po­li­tycz­nych, mło­dzi li­be­ra­ło­wie i uznane or­ga­ni­za­cje wspól­nie urzą­dzali ma­sowe pro­te­sty prze­ciwko spi­sowi po­wszech­nemu w Niem­czech w 1987 roku, oba­wia­jąc się, że kom­pu­tery nie za­gwa­ran­tują ano­ni­mo­wo­ści od­po­wie­dzi, a gniewni lu­dzie ob­kle­ili Mur Ber­liń­ski ty­sią­cami nie­wy­peł­nio­nych kwe­stio­na­riu­szy. W au­stra­lij­skim spi­sie po­wszech­nym z 2001 roku po­nad 70 ty­sięcy lu­dzi za­de­kla­ro­wało, że są wy­znaw­cami re­li­gii "Jedi" (z filmu Gwiezdne wojny), a w 2011 roku oby­wa­tele bry­tyj­scy pro­te­sto­wali prze­ciwko py­ta­niom, które ich zda­niem za bar­dzo in­ge­ro­wały w ich pry­wat­ność, ta­kim jak py­ta­nie o wy­zna­nie[3]. Dzi­siaj re­agu­jemy wzru­sze­niem ra­mion na to, że nasz in­te­li­gentny dom przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę re­je­struje, co ro­bimy, nie wy­łą­cza­jąc sy­pialni, a in­te­li­gentna lalka na­szego dziecka na­grywa każdy po­wie­rzony jej se­kret. Wraż­li­wość na punk­cie pry­wat­no­ści i god­no­ści ad­ap­tuje się do tech­no­lo­gii lub może na­wet w ogóle stać się po­ję­ciem z od­le­głej prze­szło­ści. Kie­dyś ma­rzono, że in­ter­net ofia­ruje nam wol­ność; dzi­siaj dla wielu wol­ność ozna­cza dar­mowy in­ter­net.

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów lu­dzie two­rzą im­po­nu­jące nowe tech­no­lo­gie, z któ­rych jed­nak nie za­wsze umieją mą­drze ko­rzy­stać. Je­śli chcemy czer­pać roz­liczne ko­rzy­ści z tech­no­lo­gii cy­fro­wej, po­win­ni­śmy się na­uczyć my­śleć w świe­cie, który pró­buje my­śleć za nas. Nie mo­żemy so­bie po­zwo­lić na bez­tro­skę, ale mu­simy być czujni i za­cho­wy­wać kon­trolę.

Zachowanie kontroli

Każdy, kto nie jest zu­peł­nie lek­ko­myślny, cza­sami po­święca uwagę swemu bez­pie­czeń­stwu. Ja­kie nie­szczę­ście z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem może nas spo­tkać w ciągu naj­bliż­szych dzie­się­ciu lat?

- Zo­sta­niemy za­bici w za­ma­chu ter­ro­ry­stycz­nym.

- Zo­sta­niemy za­bici przez kie­rowcę za­ję­tego swoim smart­fo­nem.

Je­śli czy­tel­nik wy­brał opcję za­ma­chu ter­ro­ry­stycz­nego, to znaj­duje się w więk­szo­ści. Od czasu za­ma­chów z 11 wrze­śnia 2001 roku, son­daże prze­pro­wa­dzane w Ame­ryce Pół­noc­nej i Eu­ro­pie wy­ka­zują, że lu­dzie uwa­żają ter­ro­ryzm za naj­więk­sze za­gro­że­nie dla ich ży­cia. W przy­padku nie­któ­rych jest to naj­więk­szy ich lęk. Jed­no­cze­śnie bez spe­cjal­nego za­kło­po­ta­nia więk­szość lu­dzi przy­znaje się do pi­sa­nia lub czy­ta­nia ese­me­sów pod­czas pro­wa­dze­nia sa­mo­chodu. Przez dzie­sięć lat do roku 2020 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z rąk ter­ro­ry­stów, is­lam­skich, pra­wi­co­wych czy in­nych zgi­nęło rocz­nie prze­cięt­nie 36 osób[4]. W tym sa­mym okre­sie po­nad 3 ty­siące osób rocz­nie zgi­nęło w wy­pad­kach spo­wo­do­wa­nych przez roz­tar­gnio­nych kie­row­ców - któ­rzy czę­sto za­jęci byli ese­me­sami, czy­ta­niem lub stre­amo­wa­niem na swo­ich smart­fo­nach[5]. Liczba ta od­po­wiada łącz­nej licz­bie ofiar za­ma­chów z 11 wrze­śnia, a do­ty­czy tylko jed­nego roku.

Więk­szość Ame­ry­ka­nów boi się także za­ma­chu ter­ro­ry­stycz­nego bar­dziej niż broni pal­nej, choć jest mniej praw­do­po­dobne, że zo­staną za­bici przez ter­ro­ry­stę niż przez dziecko ba­wiące się bro­nią palną w ich wła­snym domu. Każdy, kto nie mieszka w kraju ta­kim jak Afga­ni­stan lub Ni­ge­ria, ze znacz­nie więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem może zgi­nąć w wy­padku sa­mo­cho­do­wym spo­wo­do­wa­nym przez roz­tar­gnio­nego kie­rowcę, być może na­wet sie­bie sa­mego. Nie­trudno zresztą zro­zu­mieć dla­czego. Czas re­ak­cji dwu­dzie­sto­latka ob­słu­gu­ją­cego te­le­fon zwal­nia do czasu re­ak­cji sie­dem­dzie­się­cio­latka bez te­le­fonu[6]. Zja­wi­sko to okre­śla się mia­nem "chwi­lo­wego sta­rze­nia się mó­zgu".

Dla­czego lu­dzie pi­szą lub czy­tają ese­mesy pod­czas pro­wa­dze­nia po­jazdu? Być może nie zdają so­bie sprawy z tego, ja­kie to nie­bez­pieczne. Opie­ra­jąc się na ba­da­niach, stwier­dzi­łem jed­nak, że więk­szość do­brze zdaje so­bie z ist­nie­nia za­gro­że­nia[7]. Nie cho­dzi o brak świa­do­mo­ści, ale o brak sa­mo­kon­troli. "Gdy nad­cho­dzi wia­do­mość, po pro­stu mu­szę spoj­rzeć, choćby nie wiem co", wy­ja­śnia pe­wien stu­dent. O sa­mo­kon­trolę co­raz trud­niej od czasu, gdy plat­formy in­ter­ne­towe wpro­wa­dziły no­ty­fi­ka­cje, po­lu­bie­nia i inne sztuczki psy­cho­lo­giczne ma­jące na celu prze­kie­ro­wa­nie uwagi użyt­kow­ni­ków z tego, co się dzieje do­okoła, na za­war­tość ich stron. A prze­cież można by unik­nąć tylu nie­szczęść, gdyby lu­dzie byli w sta­nie po­ko­nać od­ruch spraw­dza­nia te­le­fonu, gdy po­winni uwa­żać na drogę. Do­ty­czy to nie tylko mło­dych osób. "Nie pisz­cie do bli­skich ese­me­sów, kiedy wie­cie, że oni w da­nej chwili pro­wa­dzą sa­mo­chód", po­wie­działa wstrzą­śnięta matka, która zna­la­zła swoją ciężko ranną córkę na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii, z po­ra­nioną twa­rzą i bez jed­nego oka, po tym, jak wy­słała dziecku "durny ese­mes"[8] . Smart­fon jest wspa­nia­łym wy­na­laz­kiem, ale wy­maga, by mą­drze ko­rzy­stali z niego my­ślący lu­dzie. W tym przy­padku zdol­ność za­cho­wa­nia kon­troli nad tech­no­lo­gią służy ochro­nie oso­bi­stego bez­pie­czeń­stwa na­szego i na­szych bli­skich.

Nadzór i kontrola nad masami stanowi problem, jest problemem, a nie rozwiązaniem

Jedną z przy­czyn tego, że bo­imy się bar­dziej za­ma­chu ter­ro­ry­stycz­nego niż kie­rowcy ze wzro­kiem utkwio­nym w ekran smart­fona, jest znacz­nie więk­sza uwaga me­diów i po­li­ty­ków po­świę­cona ter­ro­ry­zmowi niż roz­tar­gnio­nym kie­row­com. W celu chro­nie­nia swo­ich oby­wa­teli rządy na ca­łym świe­cie eks­pe­ry­men­tują z sys­te­mami kon­troli opar­tymi na roz­po­zna­wa­niu twa­rzy. Sys­temy są nie­za­wodne w przy­padku roz­po­zna­wa­nia twa­rzy w kon­tek­ście la­bo­ra­to­ryj­nym, gdy wy­ko­rzy­sty­wane są fo­to­gra­fie z do­ku­men­tów, apli­ka­cji o pracę czy inne do­brze oświe­tlone zdję­cia przed­sta­wia­jące głowy lu­dzi w po­dob­nych usta­wie­niach. Czy jed­nak są do­kładne w świe­cie rze­czy­wi­stym? Bli­sko miej­sca, gdzie miesz­kam, prze­pro­wa­dzono taki test.

Wie­czo­rem 19 grud­nia 2016 roku dwu­dzie­stocz­te­ro­letni is­lam­ski ter­ro­ry­sta upro­wa­dził wielką cię­ża­rówkę i wbił się nią w za­tło­czony ber­liń­ski ry­nek bo­żo­na­ro­dze­niowy, pełny tu­ry­stów i miej­sco­wych de­lek­tu­ją­cych się kieł­ba­skami i grza­nym wi­nem, za­bi­ja­jąc dwa­na­ście osób i ra­niąc czter­dzie­ści dzie­więć. Rok póź­niej nie­miec­kie mi­ni­ster­stwo spraw we­wnętrz­nych za­in­sta­lo­wało sys­temy roz­po­zna­wa­nia twa­rzy na jed­nym z ber­liń­skich dwor­ców ko­le­jo­wych, aby prze­te­sto­wać do­kład­ność tych urzą­dzeń w roz­po­zna­wa­niu po­dej­rza­nych. Po rocz­nym okre­sie pi­lo­ta­żo­wym mi­ni­ster­stwo w ko­mu­ni­ka­cie dla prasy ob­wie­ściło z dumą dwa wy­niki: osiem­dzie­się­cio­pro­cen­tową do­kład­ność tra­fień, co ozna­cza, że na dzie­się­ciu po­dej­rza­nych sys­temy po­praw­nie iden­ty­fi­ko­wały ośmiu, a błęd­nie dwóch; oraz współ­czyn­nik fał­szy­wych alar­mów wy­no­szący 0,1 pro­cent, co ozna­cza, że tylko je­den na ty­siąc prze­chod­niów zo­stał omył­kowo wzięty za po­dej­rza­nego. Mi­ni­ster uznał sys­tem za wielki suk­ces i gło­sił, że ogól­no­kra­jowy nad­zór jest wy­ko­nalny i po­żą­dany.

Oświad­cze­nie to wy­wo­łało burz­liwą dys­ku­sję. Jedni wy­ra­żali prze­ko­na­nie, że za­pew­nie­nie więk­szego bez­pie­czeń­stwa uspra­wie­dli­wia do­dat­kowy nad­zór, pod­czas gdy dru­dzy bali się, że ka­mery za­czną w któ­rymś mo­men­cie peł­nić funk­cję "tele­ekra­nów" z po­wie­ści Geo­rge'a Or­wella Rok 1984. Nikt jed­nak nie kwe­stio­no­wał do­kład­no­ści sys­temu[9]. Za­miast opo­wia­dać się po jed­nej ze stron w tej emo­cjo­nal­nej de­ba­cie, za­sta­nówmy się nad tym, co by się stało, gdyby ta­kie sys­temy roz­po­zna­wa­nia twa­rzy zo­stały sze­roko za­im­ple­men­to­wane. Każ­dego dnia przez dworce ko­le­jowe Nie­miec prze­wija się około dwa­na­ście mi­lio­nów pa­sa­że­rów. Po­mi­ja­jąc kil­ku­set po­szu­ki­wa­nych po­dej­rza­nych, są to nor­malni lu­dzie zdą­ża­jący do pracy lub po­dró­żu­jący dla przy­jem­no­ści. Ro­biący wra­że­nie ni­ski wskaź­nik fał­szy­wych wy­ni­ków po­zy­tyw­nych wy­no­szący 0,1 pro­cent prze­kłada się na pra­wie 12 ty­sięcy prze­chod­niów dzien­nie, któ­rzy zo­sta­liby fał­szy­wie zi­den­ty­fi­ko­wani jako po­dej­rzani. Każdy z nich mu­siałby zo­stać za­trzy­many, prze­szu­kany na oko­licz­ność po­sia­da­nia broni lub nar­ko­ty­ków i być może aresz­to­wany do czasu po­twier­dze­nia toż­sa­mo­ści[10]. Na­le­ża­łoby po­świę­cić do­dat­kowe za­soby po­li­cyjne na do­kładne ba­da­nie tych nie­win­nych oby­wa­teli za­miast na efek­tywne za­po­bie­ga­nie prze­stęp­stwom, co ozna­cza, że taki sys­tem w rze­czy­wi­sto­ści skut­ko­wałby ob­ni­że­niem bez­pie­czeń­stwa. Osta­tecz­nie po­wstałby sys­tem nad­zoru ogra­ni­cza­jący wol­ność jed­nostki i na do­da­tek szko­dzący ży­ciu spo­łecz­nemu i go­spo­dar­czemu.

Roz­po­zna­wa­nie twa­rzy może być przy­datne, lecz do in­nego celu: iden­ty­fi­ka­cji da­nej osoby, a nie ma­so­wego prze­sie­wa­nia. Po stwier­dze­niu do­ko­na­nia prze­stęp­stwa na sta­cji me­tra lub prze­je­cha­nia przez sa­mo­chód na czer­wo­nym świe­tle na­gra­nie wi­deo może po­móc w iden­ty­fi­ka­cji sprawcy. W ta­kiej sy­tu­acji wiemy, że osoba ta po­peł­niła prze­stęp­stwo. Na­to­miast gdy ba­damy każ­dego na dworcu, nie wiemy, czy te osoby są po­dej­rza­nymi. Więk­szość nie jest, co - po­dob­nie jak w przy­padku ma­so­wych ba­dań prze­sie­wo­wych w me­dy­cy­nie - pro­wa­dzi do wiel­kiej liczby fał­szy­wych alar­mów. Funk­cja roz­po­zna­wa­nia twa­rzy spraw­dza się za to do­sko­nale, wy­ko­nu­jąc za­da­nie na­zy­wane uwie­rzy­tel­nia­niem. Dzięki niej mo­żemy od­blo­ko­wać te­le­fon, po pro­stu pa­trząc w ekran. Ina­czej niż sprawca ucie­ka­jący w me­trze, pa­trzymy wprost w oko ka­mery, trzy­ma­jąc ją bli­sko twa­rzy, i nie po­ru­szamy się; prak­tycz­nie za­wsze to my sta­ramy się od­blo­ko­wać apa­rat. W tej sy­tu­acji po­wstaje bar­dzo sta­bilny świat: na­le­żymy do niego tylko my i nasz te­le­fon. Rzadko zda­rzają się błędy.

Gdy za­mie­rzamy dys­ku­to­wać o za­le­tach i wa­dach sys­te­mów roz­po­zna­wa­nia twa­rzy, mu­simy roz­róż­nić trzy moż­liwe sy­tu­acje: wiele z wie­loma, je­den z wie­loma i je­den z jed­nym. W trak­cie ana­lizy prze­sie­wo­wej wiele osób jest po­rów­ny­wa­nych z wie­loma in­nymi oso­bami znaj­du­ją­cymi się w ba­zie da­nych; w iden­ty­fi­ka­cji jedna osoba jest po­rów­ny­wana z wie­loma; z ko­lei w uwie­rzy­tel­nia­niu jedna osoba jest po­rów­ny­wa­nia z jedną inną osobą. Im mniej­sza nie­pew­ność - jak w iden­ty­fi­ka­cji, ale nie w ma­so­wym prze­sie­wa­niu - tym wyż­sza spraw­ność sys­temu. Przy­po­mnijmy so­bie wdar­cie się tłumu w stycz­niu 2021 roku do Ka­pi­tolu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie sys­temy roz­po­zna­wa­nia twa­rzy szybko zi­den­ty­fi­ko­wały nie­któ­rych uczest­ni­ków, któ­rzy zdo­łali wtar­gnąć do gma­chu. Ogólna kon­sta­ta­cja jest taka, że sztuczna in­te­li­gen­cja nie jest do­bra ani zła, a jest po pro­stu bar­dziej uży­teczna w pew­nych za­da­niach, a mniej uży­teczna w in­nych.

Po­wyż­sze ro­zu­mo­wa­nie ma wiele wspól­nego z na­szymi oba­wami co do za­gro­że­nia pry­wat­no­ści. Na ogół nie­po­koi nas moż­li­wość ma­so­wego nad­zoru spra­wo­wa­nego przez rządy, a nie iden­ty­fi­ka­cja spraw­ców i uwie­rzy­tel­nia­nie. Oka­zuje się, że ma­sowy nad­zór jest tym, w czym sys­temy roz­po­zna­wa­nia twa­rzy naj­bar­dziej za­wo­dzą. Zro­zu­mie­nie tego klu­czo­wego za­gad­nie­nia po­maga nam chro­nić wol­no­ści in­dy­wi­du­alne, które ce­nimy w za­chod­nich de­mo­kra­cjach, przed rzą­dami za­in­te­re­so­wa­nymi nad­zo­ro­wa­niem wła­snych oby­wa­teli.

"Nie mam nic do ukrycia"

Fraza ta prze­wija się czę­sto w dys­ku­sjach do­ty­czą­cych me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, które gro­ma­dzą wszel­kie dane oso­bowe, ja­kie tylko wpadną w ich ręce. Wy­po­wia­dają ją za­zwy­czaj użyt­kow­nicy, któ­rzy wolą pła­cić swo­imi da­nymi niż pie­niędzmi. I fraza ta może być na­wet praw­dziwa w od­nie­sie­niu do tych z nas, któ­rzy pro­wa­dzą spo­kojne ży­cie bez szcze­gól­nych kło­po­tów zdro­wot­nych, ni­gdy nie na­ro­bili so­bie wro­gów i nie są skłonni do za­bie­ra­nia głosu w obro­nie praw oby­wa­tel­skich za­gro­żo­nych przez rząd. Rzecz nie spro­wa­dza się jed­nak do ukry­wa­nia cze­goś ani do swo­body pu­bli­ko­wa­nia bez opłat zdjęć ślicz­nych ko­tów. Fir­mom in­for­ma­tycz­nym jest obo­jętne, czy mamy coś do ukry­cia, czy nie. Po­nie­waż nie pła­cimy za ich usługi, mu­szą one sto­so­wać psy­cho­lo­giczne sztuczki, które spra­wią, że bę­dziemy spę­dzać z ich apli­ka­cjami jak naj­wię­cej czasu. Nie je­ste­śmy klien­tami; klien­tami są re­kla­mo­dawcy, któ­rzy płacą fir­mom in­for­ma­tycz­nym za nie­ustanne przy­cią­ga­nie na­szej uwagi. Wielu z nas nie po­trafi się roz­stać ze smart­fo­nem, nie do­sy­pia z po­wodu swego no­wego part­nera w łóżku, z tru­dem znaj­duje czas na inne za­ję­cia i nie­cier­pli­wie czeka na ko­lejny za­strzyk do­pa­miny, ja­kiego do­star­cza każdy nowy "lajk". Jia To­len­tino tak w "New Yor­ke­rze" opi­sała swoje zma­ga­nia z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym: "No­szę ze sobą wszę­dzie ten te­le­fon, jakby to był zbior­nik z tle­nem. Wpa­truję się w niego, gdy ro­bię śnia­da­nie i gdy wy­no­szę śmieci, ruj­nu­jąc to, za co naj­bar­dziej lu­bię pracę w domu - po­czu­cie kon­troli, względny spo­kój"[11]. Inni przej­mują się, gdy ja­kaś obca osoba na­pi­sze zgryź­liwy ko­men­tarz o ich wy­glą­dzie lub in­te­li­gen­cji. Jesz­cze inni dry­fują w kie­runku grup eks­tre­mi­stycz­nych, które pa­dają ła­twym łu­pem fake new­sów i mowy nie­na­wi­ści.

Ludz­kość dzieli się na tych, któ­rzy nie za bar­dzo przej­mują się tym, że tech­no­lo­gia cy­frowa na nich od­dzia­łuje, i tych, któ­rzy - jak To­len­tino - są prze­ko­nani, że wpro­wa­dza ich ona w uza­leż­nie­nie po­dobne do tego, ja­kiego do­świad­cza na­ło­gowy ha­zar­dzi­sta nie­zdolny do my­śle­nia o ni­czym in­nym niż o gra­niu. Nie­mniej, moż­liwa jest tech­no­lo­gia, a w szcze­gól­no­ści me­dia spo­łecz­no­ściowe, które nie będą okra­dać lu­dzi z wol­nego czasu i snu. To nie me­dia spo­łecz­no­ściowe jako ta­kie spra­wiają, że się uza­leż­niamy, ale mo­del biz­ne­sowy oparty na sper­so­na­li­zo­wa­nej re­kla­mie. To grzech pier­wo­rodny, z któ­rego biorą po­czą­tek wszyst­kie szkody, ja­kie od­no­szą użyt­kow­nicy.

Darmowa kawiarnia

Wy­obraźmy so­bie, że pewna ka­wiar­nia po­zbyła się ca­łej kon­ku­ren­cji przez to, że ofe­ruje dar­mową kawę, wsku­tek czego nie mamy in­nego wy­boru niż uma­wiać się wła­śnie tam. Pod­czas gdy roz­ko­szu­jemy się mi­łymi roz­mo­wami z przy­ja­ciółmi, za­mon­to­wane w sto­łach pod­słu­chy i ka­mery do­kład­nie mo­ni­to­rują na­sze kon­wer­sa­cje i re­je­strują, z kim sie­dzimy. W po­miesz­cze­niu jest także pełno sprze­daw­ców, któ­rzy płacą za na­szą kawę, ale nie­ustan­nie nam prze­ry­wają, pro­po­nu­jąc za­kup sper­so­na­li­zo­wa­nych pro­duk­tów i usług. W isto­cie klien­tami ka­wiarni są ci sprze­dawcy, a nie ty i twoi przy­ja­ciele. Na ta­kiej za­sa­dzie funk­cjo­nują plat­formy ta­kie jak Fa­ce­book[12].

Plat­formy me­diów spo­łecz­no­ścio­wych mo­głyby funk­cjo­no­wać w zdrow­szy spo­sób, gdyby były oparte na mo­delu biz­ne­so­wym praw­dzi­wej ka­wiarni lub sta­cji te­le­wi­zyj­nej, ra­dio­wej czy in­nej in­sty­tu­cji, gdzie klient płaci za do­bra, z któ­rych chce ko­rzy­stać. W 1998 roku Ser­gey Brin i Larry Page, mło­dzi za­ło­ży­ciele firmy Go­ogle, na­wet kry­ty­ko­wali wy­szu­ki­warki in­ter­ne­towe oparte na re­kla­mach jako nie­uchron­nie fa­wo­ry­zu­jące bar­dziej re­kla­mo­daw­ców niż klien­tów[13]. Wkrótce jed­nak, ule­ga­jąc pre­sji in­we­sto­rów, ustą­pili i zbu­do­wali naj­więk­szy ist­nie­jący mo­del sper­so­na­li­zo­wa­nej re­klamy. W tym mo­delu biz­ne­so­wym to­wa­rem jest na­sza uwaga. Rze­czy­wi­stymi klien­tami są firmy umiesz­cza­jące na stro­nach in­ter­ne­to­wych swoje re­klamy. Im wię­cej lu­dzi wi­dzi re­klamy, tym wię­cej płacą re­kla­mo­dawcy, co pro­wa­dzi do tego, że mar­ke­tin­gowcy me­diów spo­łecz­no­ścio­wych prze­pro­wa­dzają cią­głe eks­pe­ry­menty, które mają na celu mak­sy­ma­li­za­cję czasu, jaki spę­dzamy na ich stro­nach, i wzbu­dze­nie w nas chęci jak naj­szyb­szego po­wrotu. Do­brym przy­kła­dem jest od­ruch się­ga­nia po te­le­fon pod­czas pro­wa­dze­nia sa­mo­chodu. Krótko mó­wiąc, istotą tego mo­delu biz­ne­so­wego jest prze­ję­cie kon­troli nad cza­sem i uwagą użyt­kow­ni­ków w naj­wyż­szym moż­li­wym stop­niu.

By słu­żyć re­kla­mo­daw­com, firmy in­for­ma­tyczne w każ­dym mo­men­cie zbie­rają dane o tym, gdzie je­ste­śmy, co ro­bimy i ja­kie strony prze­glą­damy. Na pod­sta­wie na­szych zwy­cza­jów bu­dują one coś w ro­dzaju awa­tara nas sa­mych. Gdy re­kla­mo­dawca za­miesz­cza re­klamę, po­wiedzmy naj­now­szego pi­sto­letu lub dro­giej po­madki do ust, re­klama ta jest po­ka­zy­wana tym in­ter­nau­tom, któ­rzy z naj­więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem w nią klikną. Na ogół re­kla­mo­dawcy płacą fir­mie in­for­ma­tycz­nej za każ­dym ra­zem, gdy in­ter­nauta klik­nie w re­klamę, lub za każde wy­świe­tle­nie. Aby za­tem zwięk­szyć praw­do­po­do­bień­stwo klik­nię­cia w re­klamę lub jej zo­ba­cze­nia, po­dej­muje się wszel­kie moż­liwe dzia­ła­nia w celu skło­nie­nia nas do po­zo­sta­nia na stro­nie jak naj­dłu­żej. Po­lu­bie­nia, no­ty­fi­ka­cje i inne sztuczki psy­cho­lo­giczne służą temu, by nas uza­leż­nić od ko­rzy­sta­nia ze smart­fona - o każ­dej po­rze dnia i nocy. Tak więc to nie na­sze dane są sprze­da­wane, ale na­sza uwaga, czas i sen.

Gdyby Go­ogle czy Fa­ce­book opie­rały się na mo­delu usługi za opłatą, za­biegi te nie by­łyby ko­nieczne. Ar­mie in­ży­nie­rów i psy­cho­lo­gów, któ­rzy prze­pro­wa­dzają eks­pe­ry­menty nad tym, jak przy­kuć nas do ekra­nów, mo­głyby pra­co­wać nad bar­dziej uży­tecz­nymi in­no­wa­cjami tech­no­lo­gicz­nymi. Me­dia spo­łecz­no­ściowe na­dal gro­ma­dzi­łyby okre­ślone dane słu­żące udo­sko­na­le­niu re­ko­men­da­cji tak, by le­piej od­po­wia­dały na­szym okre­ślo­nym po­trze­bom, ale nie mia­łyby już mo­ty­wa­cji do zbie­ra­nia in­nych zby­tecz­nych in­for­ma­cji, ta­kich jak dane mo­gące wska­zy­wać na to, czy cier­pimy na de­pre­sję, mamy raka lub je­ste­śmy w ciąży. Znik­nąłby bo­wiem główny po­wód, dla któ­rego są gro­ma­dzone - sper­so­na­li­zo­wana re­klama. Przy­kła­dem firmy, która już za­sto­so­wała taki mo­del usługi za opłatą, jest Net­flix[14]. Z per­spek­tywy użyt­kow­ni­ków małą nie­do­god­no­ścią by­łoby to, że mu­sie­li­by­śmy co mie­siąc uisz­czać nie­wielką kwotę, by ko­rzy­stać z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Jed­nak dla me­diów spo­łecz­no­ścio­wych wielką prze­wagą zy­skow­niej­szego planu pła­ce­nia da­nymi jest to, że lu­dzie znaj­du­jący się na szczy­cie struk­tury na­leżą obec­nie do świa­to­wej elity bo­gac­twa i wła­dzy.

Nie dać się zdominować przez technologię

Przy­kłady te dają pierw­szą wska­zówkę co do tego, jak można nie dać się zdo­mi­no­wać przez tech­no­lo­gię. Je­śli chcemy oprzeć się po­ku­sie od­czy­ta­nia wia­do­mo­ści, gdy pro­wa­dzimy po­jazd, mu­simy umieć za­cho­wać kon­trolę nad tech­no­lo­gią. Moż­li­wo­ści i ogra­ni­cze­nia sys­te­mów roz­po­zna­wa­nia twa­rzy po­ka­zują, że ta tech­no­lo­gia spraw­dza się w dość sta­bil­nych sy­tu­acjach, ta­kich jak od­blo­ko­wa­nie te­le­fonu lub kon­trola gra­niczna, gdzie zdję­cie pasz­por­towe jest po­rów­ny­wane ze zdję­ciem wy­ko­na­nym na miej­scu. Gdy jed­nak prze­sie­wamy twa­rze w trud­nych do prze­wi­dze­nia wa­run­kach co­dzien­nej rze­czy­wi­sto­ści, sztuczna in­te­li­gen­cja so­bie nie ra­dzi, bo wsz­czyna zbyt wiele fał­szy­wych alar­mów, co może pro­wa­dzić do ogrom­nych pro­ble­mów (masy nie­win­nych osób mu­sia­łyby być za­trzy­my­wane i prze­szu­ki­wane). Wresz­cie pro­blemy po­wo­do­wane przez me­dia spo­łecz­no­ściowe - utrata czasu, snu i zdol­no­ści kon­cen­tra­cji na sku­tek uza­leż­nie­nia - nie są winą me­diów spo­łecz­no­ścio­wych jako ta­kich, ale za­sto­so­wa­nego planu biz­ne­so­wego pła­ce­nia da­nymi. Do po­ko­na­nia tych po­waż­nych pro­ble­mów nie wy­star­czy zmiana usta­wień pry­wat­no­ści ani wpro­wa­dze­nie pań­stwo­wej re­gu­la­cji tre­ści in­ter­ne­to­wych. Pro­blemy na­leży roz­wią­zać u ich źró­dła przez zmianę ca­łego mo­delu biz­ne­so­wego. Rządy mu­szą zdo­być się na od­wagę po­li­tyczną nie­zbędną w celu ochrony lu­dzi, któ­rych re­pre­zen­tują.

Można by są­dzić, że po­moc w ro­zu­mie­niu moż­li­wo­ści i za­gro­żeń tech­no­lo­gii cy­fro­wej po­winna być pod­sta­wo­wym ce­lem wszyst­kich sys­te­mów edu­ka­cyj­nych i rzą­dów. Tak jed­nak nie jest. Nie wspo­mina się o tym na­wet w do­ku­men­cie "Klu­czowe za­gad­nie­nia trans­for­ma­cji cy­fro­wej w ra­mach G20" Or­ga­ni­za­cji Współ­pracy Go­spo­dar­czej i Roz­woju z 2017 roku ani w "Bia­łej księ­dze w spra­wie sztucz­nej in­te­li­gen­cji" wy­da­nej w 2020 roku przez Ko­mi­sję Eu­ro­pej­ską[15]. Pro­gramy te sku­piają się na in­nych waż­nych za­gad­nie­niach, mię­dzy in­nymi two­rze­niu hu­bów in­no­wa­cyj­no­ści, in­fra­struk­tury cy­fro­wej, do­brego usta­wo­daw­stwa i zwięk­sze­niu za­ufa­nia lu­dzi do sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Nic więc dziw­nego, że więk­szość "cy­fro­wych tu­byl­ców" nie po­trafi od­róż­niać fak­tów od fake'ów i wia­do­mo­ści od re­klamy.

Roz­wią­za­nie tych pro­ble­mów wy­maga cze­goś wię­cej niż roz­wi­ja­nia in­fra­struk­tury i re­gu­la­cji. Po­trzebny jest czas na re­flek­sję i prze­pro­wa­dze­nie so­lid­nych ba­dań. Czy zda­rzyło się czy­tel­ni­kowi, że mu­siał długo cze­kać na in­fo­li­nii, za­nim ktoś się ode­zwał? Być może ad­res lub al­go­rytm pre­dyk­cyjny wska­zał, że je­ste­śmy klien­tem ma­ło­war­to­ścio­wym. A czy czy­tel­nik za­uwa­żył, że pierw­szy wy­nik w wy­szu­ki­wa­niach Go­ogle'a nie jest naj­bar­dziej uży­teczny? Praw­do­po­dob­nie za pierw­szy wy­nik re­kla­mo­dawca naj­wię­cej za­pła­cił[16]. Czy czy­tel­nik zdaje so­bie sprawę z tego, że jego uko­chany in­te­li­gentny te­le­wi­zor re­je­struje jego pry­watne roz­mowy od­by­wa­jące się w sa­lo­nie lub sy­pialni?[17]

Je­śli wszystko to nie jest dla ko­goś no­wo­ścią, trudno mu bę­dzie zro­zu­mieć, że dla więk­szo­ści lu­dzi jest. Nie­wiele osób zdaje so­bie sprawę z tego, że al­go­rytmy okre­ślają ich czas ocze­ki­wa­nia lub ana­li­zują, co na­gry­wają ich in­te­li­gentne te­le­wi­zory, z czego po­tem od­no­szą ko­rzyść nie­znane im in­sty­tu­cje. Jak wy­ka­zują ba­da­nia, około 50 pro­cent do­ro­słych użyt­kow­ni­ków nie ro­zu­mie, że po­cząt­kowe wy­niki wy­szu­ki­wa­nia in­ter­ne­to­wego są w rze­czy­wi­sto­ści re­kla­mami, a nie naj­bar­dziej ade­kwat­nym lub po­pu­lar­nymi wy­ni­kami[18]. Zresztą re­klamy są na­wet ozna­czone jako spon­so­ro­wane, lecz na prze­strzeni lat co­raz bar­dziej upodob­niły się do na­tu­ral­nych wy­ni­ków wy­szu­ki­wa­nia (to zna­czy do nie-re­klam). Od 2013 roku re­klamy Go­ogle'a nie mają już spe­cjal­nego ko­lo­ro­wego tła, a za­miast tego wpro­wa­dzona zo­stała żółta ikonka "Ad" ["Re­klama"]; w roku 2020 żółty ko­lor usu­nięto, a słowo "Ad" za­częło się wy­świe­tlać na czarno, żeby nie dało się go ła­two od­róż­nić od na­tu­ral­nych wy­ni­ków wy­szu­ki­wa­nia. Re­kla­mo­dawcy płacą za każde klik­nię­cie w ich re­klamę, dla­tego je­śli użyt­kow­nicy błęd­nie są­dzą, że pierw­sze wy­niki są naj­bar­dziej ade­kwatne, jest to do­bre dla in­te­re­sów Go­ogle'a.

Jak po­wie­dzia­łem, wielu sze­fów firm i po­li­ty­ków od­nosi się z nad­mier­nym en­tu­zja­zmem do Big Data i di­gi­ta­li­za­cji. En­tu­zjazm nie ozna­cza jed­nak jesz­cze zro­zu­mie­nia. Wy­daje się, że wielu nad­gor­li­wych pro­ro­ków nie ma po­ję­cia, o czym mówi. We­dług ba­da­nia prze­pro­wa­dzo­nego wśród 400 dy­rek­to­rów w osiem­dzie­się­ciu du­żych fir­mach no­to­wa­nych na gieł­dzie 92 pro­cent z nich nie po­siada żad­nego istot­nego lub po­twier­dzo­nego do­świad­cze­nia w za­kre­sie di­gi­ta­li­za­cji[19]. Po­dob­nie, kiedy Mark Zuc­ker­berg zo­stał we­zwany do zło­że­nia ze­znań przed człon­kami ame­ry­kań­skiego Se­natu i Izby Re­pre­zen­tan­tów w spra­wie naj­now­szej kon­tro­wer­sji zwią­za­nej z na­ru­sze­niem pry­wat­no­ści na Fa­ce­bo­oku, naj­więk­sze wra­że­nie zro­biły nie jego przy­go­to­wane od­po­wie­dzi, ale to, jak ame­ry­kań­scy po­li­tycy mało wie­dzą na te­mat nie­przej­rzy­stego spo­sobu dzia­ła­nia me­diów spo­łecz­no­ścio­wych[20]. Gdy za­sia­da­łem w Ra­dzie Do­rad­czej do Spraw Kon­su­menc­kich przy nie­miec­kim Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści i Ochrony Kon­su­men­tów, zaj­mo­wa­li­śmy się tym, jak spra­wo­wany jest nad­zór nad taj­nymi al­go­ryt­mami firm przy­go­to­wu­ją­cych oceny po­ten­cjal­nych kre­dy­to­bior­ców (ra­tingi kre­dy­towe) przez in­sty­tu­cje od­po­wie­dzialne za ochronę da­nych, któ­rych rolą jest dba­nie o to, by al­go­rytmy da­wały wia­ry­godne wskaź­niki zdol­no­ści kre­dy­to­wej, wolne od dys­kry­mi­na­cji ze względu na płeć, rasę lub inne in­dy­wi­du­alne ce­chy. Gdy naj­więk­sza firma przy­go­to­wu­jąca ra­tingi kre­dy­towe przed­sta­wiła swój al­go­rytm, wła­dze przy­znały, że nie dys­po­nują wy­star­cza­jącą wie­dzą in­for­ma­tyczną i sta­ty­styczną do prze­pro­wa­dze­nia jego oceny. Osta­tecz­nie firma sama przy­szła wła­dzom z po­mocą, wy­zna­cza­jąc eks­per­tów, któ­rzy na­pi­sali ra­port, a na­wet opła­ca­jąc ich ho­no­ra­ria[21]. Wy­daje się, że brak wie­dzy jest re­gułą, a nie wy­jąt­kiem w na­szym świe­cie in­te­li­gent­nych tech­no­lo­gii. Mu­simy to jak naj­szyb­ciej zmie­nić.

Paternalizm technologiczny

Pa­ter­na­lizm (od ła­ciń­skiego słowa pa­ter ozna­cza­ją­cego ojca) jest po­glą­dem, we­dług któ­rego pewna wy­brana grupa ma prawo trak­to­wać in­nych lu­dzi jak dzieci, które po­winny do­bro­wol­nie pod­dać się jej au­to­ry­te­towi. Hi­sto­rycz­nie pa­ter­na­lizm uspra­wie­dli­wiano w ten spo­sób, że pa­nu­jąca grupa zo­stała wy­brana przez Boga, sta­nowi ary­sto­kra­tyczną elitę, po­siada ta­jemną wie­dzę lub nie­by­wałe bo­gac­two. Ci, któ­rzy pod­le­gają jej wła­dzy, uwa­żani są za istoty niż­sze, gdyż na przy­kład są płci żeń­skiej, mają od­mienny ko­lor skóry, są ubo­dzy lub nie­wy­kształ­ceni. W XX wieku pa­ter­na­lizm zna­lazł się w od­wro­cie po tym, jak ogromna więk­szość lu­dzi uzy­skała w końcu szansę na na­ucze­nie się czy­ta­nia i pi­sa­nia, a rządy przy­znały za­równo męż­czy­znom, jak i ko­bie­tom wol­ność słowa i po­ru­sza­nia się, a także prawo gło­so­wa­nia w wy­bo­rach. Dzięki tej re­wo­lu­cji, któ­rej gor­liwi zwo­len­nicy byli wtrą­cani do wię­zie­nia, a na­wet od­da­wali swoje ży­cie, na­stępne po­ko­le­nia - w tym na­sze - mo­gły wziąć sprawy w swoje ręce. W XXI wieku jed­nak je­ste­śmy świad­kami na­ro­dzin no­wego pa­ter­na­li­zmu kor­po­ra­cji, które wy­ko­rzy­stują ma­szyny do prze­wi­dy­wa­nia i ma­ni­pu­lo­wa­nia za­cho­wa­niami lu­dzi, nie­za­leż­nie od tego, czy oni się na to zga­dzają, czy nie. Jego pro­rocy ogła­szają na­wet na­dej­ście no­wego Boga - wszyst­ko­wie­dzą­cej su­per­in­te­li­gen­cji, zna­nej jako AGI (ar­ti­fi­cial ge­ne­ral in­tel­li­gence, sztuczna in­te­li­gen­cja ogól­nego ro­dzaju), która ma prze­wyż­szyć ludzki mózg pod każ­dym wzglę­dem. Do czasu jej na­dej­ścia mamy pod­po­rząd­ko­wać się jej pro­ro­kom[22].

Tech­no­kra­tyzm jest prze­ko­na­niem, że wszel­kie pro­blemy spo­łeczne można roz­wią­zać przez za­sto­so­wa­nie od­po­wied­niego al­go­rytmu. Pa­ter­na­lizm tech­no­lo­giczny sta­nowi jego na­tu­ralną kon­se­kwen­cję - rządy al­go­ryt­mów. Nie musi opie­rać się na fik­cyj­nej su­per­in­te­li­gen­cji; ocze­kuje od nas tylko tego, że po­zwo­limy kor­po­ra­cjom i rzą­dom re­je­stro­wać to, gdzie prze­by­wamy, co ro­bimy i z kim się kon­tak­tu­jemy, se­kunda po se­kun­dzie, a także że za­ufamy, iż dzięki tym za­pi­som świat sta­nie się lep­szy. We­dług słów by­łego szefa Go­ogle'a Erica Schmidta: "Na­szym ce­lem jest do­pro­wa­dze­nie do tego, by użyt­kow­nicy Go­ogle'a mo­gli za­da­wać py­ta­nia w ro­dzaju: Co po­wi­nie­nem zro­bić ju­tro? lub Jaka praca bę­dzie dla mnie naj­lep­sza?"[23]. Nie­mała liczba po­pu­lar­nych pi­sa­rzy usi­łuje wzbu­dzić nasz re­spekt przed pa­ter­na­li­zmem tech­no­lo­gicz­nym, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie, które co naj­mniej oszczęd­nie go­spo­da­rują prawdą[24]. Co bar­dziej za­ska­ku­jące, na­wet nie­któ­rzy wy­bitni ba­da­cze nie wi­dzą gra­nic za­sto­so­wań AI i twier­dzą, że ludzki mózg to je­dy­nie nie­zbyt do­sko­nały kom­pu­ter i tam, gdzie tylko się da, na­leży za­stę­po­wać lu­dzi przez al­go­rytmy[25]. AI po­wie nam, co mamy ro­bić, a my po­win­ni­śmy tylko słu­chać i wy­ko­ny­wać po­le­ce­nia. Mu­simy tylko tro­chę po­cze­kać, aż AI bar­dziej się roz­wi­nie. Co za­sta­na­wia­jące, ni­gdy nie mówi się, że rów­nież lu­dzie po­winni bar­dziej się roz­wi­nąć.

Pi­sząc tę książkę, chcia­łem, by czy­tel­nicy otrzy­mali re­ali­styczny po­gląd na to, co może osią­gnąć sztuczna in­te­li­gen­cja, i jak jest ona wy­ko­rzy­sty­wana do wy­wie­ra­nia na nas wpływu. Nie po­trze­bu­jemy no­wego pa­ter­na­li­zmu; było go zbyt wiele w mi­nio­nych stu­le­ciach. Nie­po­trzebna nam jest jed­nak rów­nież tech­no­lo­giczna pa­nika, przy oka­zji upo­wszech­nia­nia się każ­dej prze­ło­mo­wej tech­no­lo­gii. Kiedy wy­na­le­ziono po­ciągi, le­ka­rze ostrze­gali pa­sa­że­rów przed moż­liwą śmier­cią z po­wodu braku po­wie­trza[26].Upo­wszech­nie­nie ra­dia zro­dziło obawy, że nad­mierne słu­cha­nie może wy­rzą­dzać krzywdę dzie­ciom, które po­trze­bują wy­tchnie­nia, a nie jazzu[27]. Za­miast stra­chu lub za­chwy­tów, świat cy­frowy po­trze­buje le­piej po­in­for­mo­wa­nych i kry­tycz­nych oby­wa­teli, któ­rzy pra­gną za­cho­wać kon­trolę nad swoim ży­ciem.

Książka ta nie sta­nowi aka­de­mic­kiego wpro­wa­dze­nia do AI lub jej pod­dzie­dzin, ta­kich jak ucze­nie ma­szy­nowe lub Big Data. Mówi ona o na­szych do­świad­cze­niach ze sztuczną in­te­li­gen­cją: za­ufa­niu, za­wo­dach, zro­zu­mie­niu, uza­leż­nie­niu oraz oso­bi­stych i spo­łecz­nych prze­obra­że­niach. Zo­stała na­pi­sana dla sze­ro­kiego kręgu od­bior­ców jako prze­wod­nik po wy­zwa­niach świata tech­no­lo­gii i ko­rzy­sta z wy­ni­ków mo­ich wła­snych ba­dań mię­dzy in­nymi nad po­dej­mo­wa­niem de­cy­zji w wa­run­kach nie­pew­no­ści, ja­kie pro­wa­dzi­łem w In­sty­tu­cie Roz­woju Ludz­kiego im. Maxa Plancka. Na kar­tach tej książki nie ukry­wam mo­ich oso­bi­stych po­glą­dów na te­mat wol­no­ści i god­no­ści ludz­kiej, lecz sta­ram się trzy­mać ści­śle fak­tów i po­zwa­lam czy­tel­ni­kowi wy­ro­bić so­bie wła­sne opi­nie. Je­stem głę­boko prze­ko­nany, że lu­dzie nie są tak głupi i nie­zdolni do funk­cjo­no­wa­nia jak czę­sto się za­kłada - o ile tylko po­zo­stają ak­tywni i ko­rzy­stają z wła­snego mó­zgu, który roz­wi­nął się w skom­pli­ko­wa­nym pro­ce­sie ewo­lu­cyj­nym. Nie­bez­pie­czeń­stwo, że lu­dzie uwie­rzą w ne­ga­tywną nar­ra­cję o wyż­szo­ści AI nad ludzką in­te­li­gen­cją i bier­nie po­zwolą wła­dzom lub ma­szy­nom "opty­ma­li­zo­wać" swoje ży­cie na ich za­sa­dach, staje się każ­dego dnia co­raz po­waż­niej­sze i to ono szcze­gól­nie zmo­ty­wo­wało mnie do na­pi­sa­nia tej książki. Po­dob­nie jak moje po­przed­nie książki Gut Fe­elings i Risk Sa­vvy, Zdrowy umysł w sieci al­go­ryt­mów jest żar­li­wym we­zwa­niem do za­cho­wa­nia na­szego wy­wal­czo­nego w cięż­kich zma­ga­niach dzie­dzic­twa wol­no­ści oso­bi­stej i de­mo­kra­cji.

Obec­nie mamy i w naj­bliż­szej przy­szło­ści na­dal bę­dziemy mieli do czy­nie­nia z kon­flik­tem dwóch sys­te­mów - au­to­kra­tycz­nego i de­mo­kra­tycz­nego - który przy­po­mina czasy zim­nej wojny. W od­róż­nie­niu jed­nak od tam­tej epoki, w któ­rej broń ją­drowa po­zwa­lała utrzy­mać ja­kąś rów­no­wagę mię­dzy obiema po­tę­gami, tech­no­lo­gia cy­frowa może ła­two prze­chy­lić szalę na ko­rzyść sys­te­mów au­to­kra­tycz­nych. Mie­li­śmy tego przy­kłady w cza­sie pan­de­mii CO­VID-19, gdy nie­któ­rym au­to­kra­tycz­nym pań­stwom udało się za­ha­mo­wać roz­prze­strze­nia­nie wi­rusa za po­mocą sys­te­mów ści­słej cy­fro­wej kon­troli.

Nie będę w sta­nie omó­wić wszyst­kich aspek­tów zwią­za­nych z roz­le­głą dzie­dziną di­gi­ta­li­za­cji, ale przed­sta­wię wy­bór te­ma­tów, które wy­ja­śniają ogólne za­sady ma­jące szer­sze za­sto­so­wa­nie, ta­kie jak za­sada sta­bil­nego świata i błąd tek­sań­skiego strzelca wy­bo­ro­wego omó­wione w roz­dziale 2 oraz za­sada przy­sto­so­wa­nia do AI i błąd ro­syj­skiego czołgu omó­wione w roz­dziale 4. Jak czy­tel­nik mógł za­uwa­żyć, po­słu­guję się ter­mi­nem AI, sztuczna in­te­li­gen­cja, w sze­ro­kim sen­sie, obej­mu­ją­cym wszel­kie ro­dzaje al­go­ryt­mów, które wy­ko­nują za­da­nia ludz­kiej in­te­li­gen­cji, ale tam, gdzie to ko­nieczne, będę uwzględ­niał nie­zbędne róż­nice.

Każda kul­tura musi pro­wa­dzić roz­mowę o przy­szłym świe­cie, w któ­rym lu­dzie pra­gnę­liby żyć. Trudno spo­dzie­wać się jed­nej od­po­wie­dzi. Ist­nieje jed­nak ogólne prze­sła­nie, które daje się za­sto­so­wać do wszel­kich wi­zji. Po­mimo - albo wła­śnie z po­wodu - in­no­wa­cji tech­no­lo­gicz­nej bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek mu­simy po­le­gać na na­szych mó­zgach.

Za­czniemy od za­gad­nie­nia bli­skiego sercu każ­dego - po­szu­ki­wa­nia praw­dzi­wej mi­ło­ści - oraz od taj­nych al­go­ryt­mów, które są tak pro­ste, że każdy jest w sta­nie je zro­zu­mieć.