I
W początku lipca, pod wieczór niezwykle upalnego dnia, pewien
młodzieniec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą podnajmował od
lokatorów przy uliczce S-ej, i powoli, jakby niezdecydowany, skierował
się ku mostowi K-mu.
Na schodach szczęśliwie uniknął spotkania ze swoją gospodynią. Jego
izdebka mieściła się tuż pod dachem wysokiej, czteropiętrowej kamienicy
i bardziej przypominała szafę niż mieszkanie. Gospodyni zaś, od której
wynajmował tę izdebkę wraz z obiadem i obsługą, zajmowała mieszkanie
oddzielne o piętro niżej; i za każdym razem, gdy wychodził na ulicę,
koniecznie musiał przejść mimo jej kuchni, prawie zawsze na oścież
otwartej na schody. I za każdym razem, przechodząc mimo, młodzieniec
doznawał jakiegoś chorobliwego uczucia lęku, które go napełniało wstydem
i wywoływało grymas. Już dużo był winien gospodyni i obawiał się ją
spotkać.
Nie znaczy to, by był tak tchórzliwy i zahukany, wręcz przeciwnie, lecz
od pewnego czasu był w stanie jakiegoś rozdrażnienia i napięcia
podobnego do hipochondrii. Tak dalece pogrążył się w sobie, tak stronił
od ludzi, że w ogóle lękał się wszelkiego spotkania, nie tylko z gospodynią. Gnębiło go ubóstwo; ale nawet te trudne warunki ostatnio
przestały mu ciążyć. Swymi bieżącymi sprawami zupełnie przestał i nie
chciał się zajmować. Właściwie wcale gospodyni się nie bał, choćby ta
nie wiadomo co przeciw niemu knuła. Lecz zatrzymywać się na schodach,
wysłuchiwać paplaniny o tych wszystkich powszednich błahostkach, które
go nic a nic nie obchodziły, wysłuchiwać wszystkich tych nagabywań o komorne, pogróżek, skarg, a przy tym wykręcać się, wykłamywać,
przepraszać - nie, już lepiej prześliznąć się schodami jak kot i zwiać
tak, aby nikt nie widział.
Zresztą tym razem obawa spotkania z wierzycielką zdumiała nawet i jego,
gdy wyszedł na ulicę.
"Chcę się porwać na taką rzecz, a zarazem boję się takich głupstw! -
pomyślał z dziwnym uśmiechem. - Hm... tak... Wszystko jest w ręku
człowieka, a on pozwala zdmuchnąć sobie wszystko sprzed nosa, jedynie i wyłącznie z tchórzostwa... to już pewnik... Ciekawe, czego ludzie
najbardziej się boją? Nowego kroku, nowego własnego słowa obawiają się
nade wszystko... Zresztą za wiele ględzę. Dlatego też nic nie robię, że
ględzę. A może i przeciwnie: dlatego ględzę, że nic nie robię. To przez
ten ostatni miesiąc nauczyłem się ględzić, całymi dniami wylegując się w swoim kącie i rozmyślając... o niebieskich migdałach. Na przykład, po co
teraz idę? Czyż jestem zdolny do tego? Czyż to jest poważne? Wcale nie poważne. Ot, dla
fantazji bawię się myślami! Tak, bodajże tylko się bawię!".
Na ulicy skwar był okropny, a przy tym zaduch, ścisk, co krok wapno,
rusztowania, cegły, kurz i ten szczególny letni smród, tak dobrze znany
każdemu petersburżaninowi, którego nie stać na letnisko - to wszystko
naraz niemile wstrząsnęło już i tak rozstrojonymi nerwami młodzieńca.
Nieznośny zaś fetor bijący z szynków, bardzo licznych w tej dzielnicy,
oraz pijacy co chwila spotykani, mimo że to był dzień powszedni, jeszcze
wzmacniali wstrętną i smutną barwę obrazu. Po delikatnej twarzy
młodzieńca przemknął wyraz najgłębszej odrazy. Trzeba dodać, że był
niepospolicie przystojny, o pięknych ciemnych oczach, ciemny blondyn,
wzrostu więcej niż średniego, smukły i zgrabny. Lecz niebawem wpadł
jakby w głęboką zadumę albo nawet, by tak rzec, w pewne zapamiętanie, i dalej szedł już ani dostrzegając, ani chcąc dostrzec otoczenia. Z rzadka
tylko mruczał coś do siebie, powodowany nałogiem monologowania, do
którego przyznał się sobie przed chwilą. Obecnie zaś sam zdawał sobie
sprawę, że od czasu do czasu myśli mu się mącą i że jest bardzo
osłabiony: już drugi dzień prawie nic nie miał w ustach.
Odziany był tak licho, że niejeden, nawet otrzaskany z biedą, w dzień
krępowałby się wyjść na ulicę w takich łachmanach. Skądinąd dzielnica
była tego rodzaju, że niełatwo byłoby zaskoczyć tu kogokolwiek strojem.
Bliskość placu Siennego, obfitość lokali wiadomego autoramentu, ludność
przeważnie rękodzielnicza i rzemieślnicza, stłoczona w tych
śródmiejskich petersburskich ulicach i zaułkach - niekiedy urozmaicały
ogólną panoramę takimi typami, że naprawdę trudno się było zdziwić na
widok podobnej figury. Ale w duszy młodzieńca nagromadziło się tyle
zaciekłej pogardy, że mimo swą drażliwość, czasem bardzo jeszcze
młodocianą, najmniej się wstydził swych łachmanów właśnie na ulicy. Inna
sprawa, gdy trafiał na znajomych albo na dawnych kolegów, z którymi w ogóle nie lubił się spotykać... A jednak gdy jakiś pijak, którego nie
wiadomo po co i dokąd wieziono ulicą w ogromnym wozie, zaprzężonym w ogromnego perszerona, nagle zawołał do niego w przejeździe: "Hej ty,
niemiecki kapeluszniku!", i zaryczał na całe gardło, wskazując na niego
ręką - młodzieniec zatrzymał się znienacka i kurczowo schwycił się za
kapelusz. Był to kapelusz wysoki, okrągły, zimmermanowski, ale znoszony
do szczętu, wyrudziały, w dziurach i plamach, bez ronda, szkaradnie
nadłamany w bok. Lecz młodzieńca ogarnął nie wstyd, tylko zupełnie inne
uczucie, przypominające raczej przestrach.
- A co, czy nie wiedziałem! - mamrotał spłoszony - właśnie tak myślałem!
To już najgorsze! Przecie jakieś takie głupstwo, jakiś najzwyklejszy
drobiazg może pokrzyżować cały zamiar! Tak, ten kapelusz zanadto rzuca
się w oczy... Jest śmieszny, i dlatego rzuca się w oczy... Przy takich
łachmanach jak moje muszę koniecznie mieć kaszkiet, choćby jakiś stary
naleśnik, a nie to paskudztwo. Nikt takich nie nosi, gotowi o milę
zauważyć, zapamiętać... Grunt, że potem sobie przypomną, no i masz
poszlakę. Tu trzeba możliwie najmniej rzucać się w oczy... Drobiazgi,
drobiazgi są najważniejsze!... Bo to te drobiazgi gubią zawsze i wszędzie...
Drogę miał niedaleką; wiedział nawet, ile kroków od bramy swego domu:
dokładnie siedemset trzydzieści. Porachował je kiedyś, gdy się zanadto
rozmarzył. Podówczas sam jeszcze nie wierzył tym swoim marzeniom i tylko
podjudzał się ich potwornym, ale i kuszącym zuchwalstwem. Teraz zaś, po
upływie miesiąca, już zaczynał patrzeć na to inaczej i wbrew wszystkim
przekornym monologom o własnej bezsile i niezdecydowaniu jakoś mimo woli
przywykł już poczytywać "potworne" marzenie za realny plan, chociaż w dalszym ciągu nie wierzył sobie. Ot i teraz szedł dokonać próby swego planu i z każdym
krokiem niepokój jego rósł coraz gwałtowniej.
Z zamierającym sercem i nerwowym drżeniem podszedł do olbrzymiej
kamienicy, z jednej strony wychodzącej na kanał, z drugiej zaś na ulicę
W-ą. Dom ten składał się z samych małych mieszkanek, a najmowali je
różni rękodzielnicy, krawcy, ślusarze, kucharki, jacyś tam Niemcy,
własnym przemysłem żyjące panny, drobni urzędnicy i tak dalej. Wchodzący
i wychodzący przesmykiwali się raz po raz pod obydwiema bramami i na
obydwu podwórkach. Zatrudnieni tu byli trzej czy czterej Stróże.
Młodzieniec bardzo był rad, że nie spotkał żadnego z nich, i niepostrzeżenie przemknął się zaraz z bramy na prawo, na schody. Schody
były ciemne i ciasne, "kuchenne", ale on to wszystko już przedtem
wiedział i badał, i całe to otoczenie dogadzało mu: w takich mrokach
nawet ciekawskie spojrzenie nie było niebezpieczne. "Jeżeli tak się boję
teraz, to cóż by to było, gdyby rzeczywiście doszło do tego?..." -
pomyślał mimo woli, idąc na czwarte piętro. Tutaj zatarasowali mu drogę
wysłużeni żołnierze-tragarze, wynoszący meble z jednego z mieszkań. Już
wiedział, że mieszkanie to zajmuje pewien familijny Niemiec, urzędnik z rodziną. "Więc Niemiec się teraz wyprowadza; więc na czwartym piętrze,
na tych schodach i na tym podeście pozostanie przez jakiś czas tylko
jedno zajęte mieszkanie - staruchy... To dobrze... na wszelki
wypadek..." - pomyślał znowu i zadzwonił do drzwi staruszki. Dzwonek
dźwięknął wątle, jakby był z blachy, a nie z miedzi. Wszystkie
mieszkanka w takich domach miewają takie dzwonki. Już nie pamiętał tego
osobliwego dźwięczenia, więc teraz mu jakby coś przypomniało, coś jasno
ukazało... Drgnął cały: widać zanadto tym razem osłabły mu nerwy. Po
chwili drzwi uchyliły się nieznacznie; przez malutką szparkę lokatorka
oglądała przybysza z widoczną nieufnością, tak że można było dostrzec
tylko jej błyszczące w ciemności oczka. Lecz zobaczywszy na podeście
dużo ludzi, nabrała otuchy i otworzyła zupełnie. Młodzieniec przestąpił
próg ciemnej sionki, przedzielonej przepierzeniem, za którym mieściła
się maleńka kuchnia. Stara stała przed nim w milczeniu i patrzała na
niego pytająco. Była to drobniutka, sucha starowinka, w wieku jakich
sześćdziesięciu lat, z ostrymi, złymi oczkami, z malutkim, spiczastym
nosem, bez chustki na głowie. Płowe, ledwie siwizną przyprószone włosy
były tłusto nasmarowane olejem. Cienka i długa szyja, podobna do kurzej
łapki, była omotana jakimiś flanelowymi gałgankami, a z ramion, mimo
upału, zwisała zniszczona i pożółkła salopka na futrze. Staruszka raz po
raz kaszlała i postękiwała. Widocznie młodzieniec spojrzał na nią jakoś
osobliwie, bo i w jej oczach mignęła naraz uprzednia nieufność.
- Raskolnikow, student. Byłem już u pani przed miesiącem - pośpieszył
mruknąć młody człowiek z półukłonem, przypomniawszy sobie, że należy być
grzeczniejszym.
- Pamiętam, mój dobrodzieju, bardzo dobrze pamiętam, żeś już był -
dobitnie rzekła staruszka, wciąż nie spuszczając pytających oczu z jego
twarzy.
- Więc właśnie... I znowu w takiej sprawie... - ciągnął Raskolnikow,
trochę zmieszany i zdziwiony nieufnością starej.
"A może ona zawsze jest taka, tylko zeszłym razem nie zauważyłem" -
pomyślał z nieprzyjemnym uczuciem.
Stara milczała jakby w zamyśleniu, potem usunęła się i wskazawszy mu
drzwi do pokoju, rzekła, puszczając gościa przodem:
- Proszę wejść, dobrodzieju.
Nieduży pokój, do którego wszedł młodzieniec, pokój z żółtą tapetą, z geranium i muślinowymi firaneczkami na oknach, był w tej chwili jaskrawo
oświetlony zachodzącym słońcem. "Więc pewnie i wtedy także będzie świeciło
słońce!..." - mimochodem błysnęło w umyśle Raskolnikowa. Szybkim
spojrzeniem obrzucił wszystko w pokoju, ażeby w miarę możności zbadać i zapamiętać rozkład. Lecz w pokoju nie było nic szczególnego. Na
umeblowanie, bardzo stare, brzozowe, składała się kanapa z olbrzymim,
giętym drewnianym oparciem, owalny stół przed kanapą, między oknami
gotowalnia ze zwierciadełkiem, krzesła pod ścianami i dwa czy trzy
groszowe obrazki w żółtych ramkach, przedstawiające niemieckie panienki
z ptaszkami w ręku - oto i wszystko. W kącie przed niewielkim świętym
obrazem paliła się lampka oliwna. Wszystko było nader schludne: metale i podłogi wyszorowane do połysku, wszystko lśniło. "To robota Lizawiety -
pomyślał młodzieniec. - Ani pyłku nie znalazłbyś w całym mieszkaniu.
Tylko u złych i starych wdów bywa tak czysto" - ciągnął w duchu
Raskolnikow i ciekawie zerknął na perkalikową zasłonę przed drzwiami do
drugiej malutkiej izdebki, gdzie stało łóżko starej i komoda, a dokąd
jeszcze nigdy nie zaglądał. Całe mieszkanie składało się z tych dwu
pokoi.
- O co chodzi? - surowo rzekła stara, wchodząc i znowu stając przed nim
tak, żeby mu patrzeć prosto w twarz.
- Przyniosłem zastaw, proszę! - I wydobył z kieszeni stary, płaski,
srebrny zegarek. Na kopercie wyryty był globus. Łańcuszek był stalowy.
- Ale przecież już minął termin poprzedniego zastawu. Przedwczoraj
upłynął miesiąc.
- Zapłacę pani procenty za jeszcze jeden miesiąc; proszę mieć trochę
cierpliwości.
- A, mój dobrodzieju, to zależy od mojej dobrej woli, czy mieć
cierpliwość, czy też zaraz sprzedać tę twoją rzecz.
- Za zegarek dużo dostanę, Alono Iwanowno?
- Et, przynosisz byle co, nic to pewnie niewarte. Za pierścionek dałam
ci zeszłym razem dwa papierki, a u jubilera można i nowy taki dostać za
półtora rubla.
- Niech pani da ze cztery ruble, wykupię na pewno, to zegarek ojcowski.
Wkrótce dostanę pieniądze.
- Półtora rubelka i procent z góry, jeżeli pan chce.
- Półtora rubla! - zawołał młodzieniec.
- Jak się panu podoba. - I starucha podała mu zegarek z powrotem. Młody
człowiek wziął go i tak się rozzłościł, że już miał odejść; lecz
natychmiast się pomiarkował na myśl, że już więcej nie ma dokąd pójść i że zresztą przybył tutaj jeszcze w jednej sprawie.
- Niech pani daje! - rzekł grubiańsko.
Stara sięgnęła do kieszeni po klucze i poszła do drugiego pokoju za
zasłonę. Młodzieniec, zostawszy sam pośrodku pokoju, ciekawie
nasłuchiwał i kombinował. Usłyszał, jak stara otwiera komodę. "To
zapewne górna szuflada - medytował. - A więc klucze nosi w prawej
kieszeni... Wszystkie w jednym pęku, na stalowym kółeczku... Jeden z kluczy jest ze trzy razy większy od reszty, ma karbowane piórko; jest
oczywiście nie od komody... To znaczy, że jest jeszcze jakaś szkatułka
czy skrzynka... To ciekawe. Skrzynki zawsze miewają takie klucze...
Swoją drogą, jakie to wszystko podłe...".
Stara wróciła.
- Oto masz, mój dobrodzieju. Licząc po dziesiątce miesięcznie od rubla,
za półtora rubla należy mi się piętnaście kopiejek, za miesiąc z góry. A za poprzednie dwa ruble jeszcze mi się należy, wedle tegoż rachunku, z góry dwadzieścia kopiejek. Czyli razem trzydzieści pięć. Więc teraz
dostaniesz za zegarek ogółem rubla i piętnaście kopiejek. Oto są.
- Jak to! Więc teraz tylko rubel piętnaście?
- Ano tak.
Młodzieniec nie wdawał się w spory i wziął pieniądze. Patrzał na starą i nie spieszył się z odejściem, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć czy
zrobić, tylko sam nie wiedział, co mianowicie...
- Możliwe, Alono Iwanowno, że w najbliższych dniach przyniosę jeszcze
jedną rzecz... srebrną... ładną... papierośnicę... jak tylko zwróci mi
ją przyjaciel...
Zmieszał się i umilkł.
- Ha, to wtedy pomówimy o tym, dobrodzieju.
- Żegnam panią... A pani wciąż sama siedzi w domu? Siostry nie ma? -
zapytał możliwie najswobodniej, wychodząc do sionki.
- A co ci do niej, mój dobrodzieju?
- Ależ nic, oczywiście. Tak sobie zapytałem. A pani zaraz... Do
widzenia, Alono Iwanowno!
Raskolnikow wyszedł, na dobre stropiony. Uczucie to wciąż się
potęgowało. Na schodach kilkakrotnie nawet przystawał, jakby czymś
znienacka zaskoczony. A w końcu, już na ulicy, wykrzyknął:
- O Boże! Jakie to wszystko obmierzłe! I czyż naprawdę, czy naprawdę
ja... Nie, to nonsens, to niedorzeczność! - dorzucił stanowczo. - I czy
rzeczywiście coś tak okropnego mogło mi przyjść do głowy? Tak czy owak,
do jakiej podłości zdolne jest moje serce! Bo to przede wszystkim podłe,
paskudne, wstrętne, wstrętne!... A ja, przez cały miesiąc...
Ale nie mógł wyrazić ani słowami, ani okrzykami swego wzburzenia.
Bezgraniczna odraza, która zaczynała gnębić i trapić jego serce już
wtedy, gdy dopiero szedł do staruchy, wzmogła się teraz do takich
rozmiarów i nabrała takiej wyrazistości, że nie wiedział, gdzie się
podziać od tej udręki. Szedł chodnikiem jak pijany, nie widząc
przechodniów i potrącając ich, a opamiętał się dopiero na następnej
ulicy. Rozejrzawszy się, spostrzegł, że stoi koło szynkowni, do której
zstępowało się z chodnika po schodkach w dół, do sutereny. Z drzwi
wychodziło właśnie dwóch pijaków; podtrzymując się wzajemnie i wymyślając sobie, gramolili się na ulicę. Niewiele myśląc, Raskolnikow
od razu zszedł na dół. Dotychczas nigdy jeszcze nie wstępował do
szynkowni, ale teraz kręciło mu się w głowie, a na dobitkę nękało go
palące pragnienie. Zachciało mu się wypić zimnego piwa, tym bardziej że
swoje nagłe osłabienie przypisywał głodowi. Usiadł w ciemnym i brudnym
kącie, za lepkim stolikiem, kazał sobie podać piwa i łapczywie wychylił
pierwszą szklankę. Od razu poczuł ulgę, a myśli się przejaśniły.
"Wszystko to są głupstwa - rzekł sobie z otuchą - i wcale nie było
powodu tak się przejmować! Po prostu osłabienie fizyczne! Wystarczy
szklanka piwa, kawałek sucharka - i oto w jednej chwili umysł się
wzmacnia, myśl staje się jasna, zamiary nabierają tężyzny! Tfu, jakież
to wszystko marne!...".
Ale mimo to pogardliwe splunięcie patrzał już wesoło, jak gdyby nagle
wyzwolony od jakiegoś okropnego brzemienia, i przyjaźnie mierzył okiem
obecnych. Jednak i w tej chwili mgliście przeczuwał, że całe to
optymistyczne nastawienie również jest chorobliwe.
W szynkowni o tej porze pozostawało niewiele gości. Oprócz tych dwóch
pijaków, z którymi się zetknął na schodkach, tuż za nimi wytoczyła się
jeszcze cała gromada, jakieś pięć osób, z dziewczyną i z harmonią. Po
ich wyjściu zrobiło się cicho i przestronnie. Pozostali: jeden
podchmielony, ale nie zanadto, siedzący nad piwem, z wyglądu
mieszczanin, oraz jego towarzysz, otyły, siwobrody drągal w kożuszku,
mocno zawiany; ten drzemał na ławce i z rzadka, nagle, jak gdyby
zbudzony ze snu, zaczynał strzelać z palców, rozstawiwszy ręce, i podrzucać górną częścią tułowia, nie wstając z ławki, przy czym nucił
jakieś banialuki, usiłując przypomnieć sobie wiersze w rodzaju:
Cały rok pieściłem żonę,
Cały rok pieściłem żonę...
Albo raptem, znowu się przecknąwszy:
Raz na miasto się wybrałem,
Dawną miłą swą spotkałem...
Ale nikt nie podzielał jego rozanielenia; milkliwy jego towarzysz
patrzył na wszystkie te wybuchy nawet wrogo i nieufnie. Był tu jeszcze
jeden człowiek, wyglądający na emeryta. Siedział na uboczu, przed swoją
flaszką, z rzadka łykał jeden haust i rozglądał się dookoła. On także
wydawał się czymś wzburzony.
II
Raskolnikow nie był przyzwyczajony do tłumu i, jakeśmy już powiedzieli,
unikał wszelkiego towarzystwa, zwłaszcza w ostatnich czasach. Ale teraz
pociągnęło go nagle do ludzi. Dokonywało się w nim coś nowego, a zarazem
budziła się potrzeba obcowania z ludźmi. Tak go wymęczył ten cały
miesiąc ostrej udręki i ponurego podniecenia, że chciał bodaj przez
chwilę zaczerpnąć powietrza w innym świecie, jakimkolwiek bądź; i bez
względu na całe niechlujstwo otoczenia z przyjemnością siedział teraz w szynkowni.
Gospodarz lokalu był w innej izbie, ale często wchodził tutaj, do izby
głównej, skądś do niej zstępując po schodkach, przy czym ukazywały się
najpierw jego eleganckie lakierowane buty z dużymi czerwonymi wyłogami.
Miał na sobie spencerek i okropnie zatłuszczoną czarną, atłasową
kamizelkę, był bez krawata, a cała jego twarz zdawała się naoliwiona
niby żelazna kłódka. Za szynkwasem stał czternastoletni może wyrostek,
drugi zaś, młodszy chłopiec, usługiwał, gdy goście czego zażądali. Stały
talerzyki z mizerią, czarnymi sucharkami i na dzwonka pokrajaną rybą;
wszystko to pachniało nader niezachęcająco. Nieznośnie duszne powietrze
sprawiało, że trudno tu było wysiedzieć, a wszystko było tak przepojone
odorem okowity, że miało się wrażenie, iż od samego tego zaduchu można w ciągu pięciu minut stać się pijanym.
Niekiedy spotykamy ludzi zupełnie nam obcych, którymi zaczynamy się
interesować od pierwszego wejrzenia, jakoś raptownie, znienacka, zanim
choć słowem się do nich odezwiemy. Właśnie takie wrażenie wywarł na
Raskolnikowie ów gość, który siedział opodal i przypominał emerytowanego
urzędnika. Później młodzieniec kilkakrotnie uprzytomnił sobie to
pierwsze wrażenie, ba, przypisywał je przeczuciu. Ustawicznie popatrywał
na urzędnika naturalnie i z tego powodu, że tamten również uparcie na
niego patrzał i najwidoczniej miał chętkę wdać się z nim w rozmowę. Na
resztę zaś obecnych, nie wyłączając i gospodarza, urzędnik patrzał z obojętnością i nawet ze znudzeniem, a jednocześnie z odcieniem jakiejś
lekceważącej wyższości, niby na ludzi niższego stanu i poziomu, z którymi nie warto się zadawać. Był to człowiek już po pięćdziesiątce,
średniego wzrostu i krępej budowy, szpakowaty, z dużą łysiną, z twarzą
nalaną wskutek ciągłego pijaństwa, żółtą, aż zielonkawą, z nabrzmiałymi
powiekami, spoza których błyszczały malutkie jak szparki, ale żywe,
przekrwione oczki. Lecz było w nim coś bardzo dziwnego; w jego wzroku
świeciła jakaś egzaltacja - kto wie, może by się znalazła i roztropność,
i rozum - ale zarazem migało chwilami jak gdyby szaleństwo. Ubrany był w stary, do cna obszarpany frak, z poobrywanymi guzikami; tylko jeden
trzymał się jeszcze z biedą, i na ten jeden guzik urzędnik się zapinał,
widać przez resztkę dbałości o pozory. Spod nankinowej kamizelki
sterczał półkoszulek, zmiętoszony, wybrudzony i zalany. Twarz była po
urzędniczemu ogolona, lecz tak już dawno, że gęsto zaczynała występować
sinawa szczeć. A i w jego sposobie bycia zaznaczała się rzeczywiście
jakaś urzędnicza stateczność. Ale teraz był w rozterce, burzył sobie
włosy, a od czasu do czasu ruchem przygnębienia ujmując głowę obiema
rękoma, kładł dziurawe łokcie na zalanym i lepkim stole. W końcu
spojrzał na Raskolnikowa wprost, po czym przemówił głośno i dobitnie:
- A czy mi wolno, łaskawy panie, zwrócić się do niego z rozmową pełną
przyzwoitości? Albowiem jakkolwiek nie wygląda pan teraz imponująco,
wszelakoż moje doświadczenie wyróżnia w panu człowieka wykształconego i do trunków nienawykłego. Sam zawsze czciłem wykształcenie, połączone z zaletami serca, ponadto zaś mam honor być radcą tytularnym. Marmieładow
- takie nazwisko; radca tytularny. Ośmielę się zapytać: pan był w służbie państwowej?
- Nie, studiuję... - odparł młody człowiek, trochę zdziwiony i tym
osobliwym górnolotnym stylem, i okolicznością, że się do niego zwrócono
tak wręcz, prosto z mostu. Choć niedawno pragnął przelotnie
jakiegokolwiek bądź zetknięcia się z ludźmi, jednak teraz przy pierwszym
istotnie zwróconym do siebie słowie nagle poczuł znowu zwykłą, gniewną i przykrą odrazę do każdego obcego, który wtargnął bądź tylko starał się
wtargnąć w jego jaźń.
- Więc student lub były student! - wykrzyknął urzędnik. - Właśnie tak
sobie pomyślałem! Doświadczenie, szanowny panie, wielokrotne
doświadczenie! - I na znak uznania przytknął sobie palec do czoła. - Był
pan studentem, czyli zgłębiał dziedzinę wiedzy! Pan pozwoli...
Tu wstał, zachwiał się, zagarnął swą butelkę, szklaneczkę i przysiadł
się do młodzieńca, nieco na ukos od niego. Był pijany, ale mówił
potoczyście i wartko, z rzadka tylko tracąc tu i ówdzie wątek i kołując.
Na Raskolnikowa rzucił się wprost zachłannie, jak gdyby i on także przez
cały miesiąc z nikim nie rozmawiał.
- Łaskawy panie! - zagaił niemal uroczyście - ubóstwo nie jest
występkiem, to fakt. Wiem dobrze, że i pijaństwo nie jest cnotą; tym ci
gorzej. Ale nędza, szanowny panie, nędza - to występek. W biedzie
człowiek jeszcze zachowuje szlachetność wrodzonych uczuć, natomiast w nędzy - nikt i nigdy. Za nędzę wręcz nie tyle kijem pędzą, ile wprost
miotłą wymiatają z ludzkiego towarzystwa, ku tym większej zniewadze. I słusznie, albowiem w nędzy ja pierwszy gotów jestem sam siebie
znieważać. I stąd trunkowość! Szanowny panie, przed miesiącem małżonkę
moją obił pan Lebieziatnikow, a moja małżonka - to nie to, co ja!
Rozumie pan? Pozwolę sobie zapytać jeszcze, ot, po prostu z ciekawości:
czy szanownemu panu zdarzało się nocować na Newie, na berlinkach z sianem?
- Nie, nie zdarzało się - odparł Raskolnikow. - Cóż to takiego?
- No, a ja właśnie stamtąd, i to już piątą noc...
Nalał sobie do szklaneczki, wypił i zamyślił się. W rzeczy samej, na
jego ubraniu i nawet we włosach widniały gdzieniegdzie ździebełka siana.
Było bardzo prawdopodobne, że od pięciu dni nie rozbierał się i nie mył.
Zwłaszcza ręce miał brudne, zasmolone, czerwone, z czarnymi paznokciami.
Jego gadanina ściągnęła na siebie ogólną uwagę, zresztą ospałą.
Smarkacze za szynkwasem zachichotali. Gospodarz specjalnie bodaj zeszedł
z górnego pokoju, żeby posłuchać "żartownisia", i siadł opodal, ziewając
leniwie, lecz z dostojeństwem. Widocznie Marmieładow był tu znany od
dawna. A i zamiłowania do górnolotnej mowy nabył przypuszczalnie wskutek
częstych szynkownianych dysput z różnymi nieznajomymi. Czasem ten nawyk
przeistacza się u alkoholików w prawdziwą potrzebę, szczególnie zaś u tych, których w domu traktuje się szorstko i którymi się pomiata.
Dlatego też w kompanii pijaków usiłują oni zawsze jakby zdobyć sobie
usprawiedliwienie, gdy się zaś uda, to i szacunek.
- Te, żartowniś! - gromko rzekł gospodarz. - A czego nie pracujesz,
czego nie służysz, skoroś urzędnik?
- Czemu nie służę, szanowny panie? - podchwycił Marmieładow, zwracając
się wyłącznie do Raskolnikowa, jakby to on zadał mu pytanie - czemu nie
jestem w służbie? A czyż serce moje nie boleje nad tym, że wegetuję bez
celu? Gdy przed miesiącem pan Lebieziatnikow własnoręcznie pobił moją
małżonkę, a ja leżałem pijaniuteńki, czyżem nie cierpiał? Daruj,
młodzieńcze: czy ci się trafiało... hm... na przykład zabiegać o pożyczkę beznadziejnie?
- Owszem... ale niby jak to: beznadziejnie?
- To znaczy z beznadziejnością całkowitą, z góry wiedząc, że z tego nic
nie będzie. Oto na przykład pan wie z góry i niezachwianie, że ten a ten
człowiek, ten a ten wysoce prawomyślny i wysoce użyteczny obywatel za
żadne skarby pieniędzy panu nie da, bo i po cóż - pytam - miałby dać?
Przecie wie, że mu nie zwrócę. Ze współczucia? Ależ pan Lebieziatnikow,
który śledzi rozwój nowych idei, tłumaczył jak raz, że w naszych czasach
współczucie zostało wręcz zakazane przez naukę, i tak się już dzieje w Anglii, w imię oszczędności. Więc po cóż, pytam, miałby dać? Otóż z góry
wiedząc, że nie da, pan mimo to zbiera się, i...
- W jakimże celu? - wtrącił Raskolnikow.
- Dobrze, a jeżeli nie ma już do kogo, nie ma już dokąd pójść! Przecie
koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek mógł choć dokądkolwiek pójść.
Albowiem bywają takie dnie, kiedy nieodzownie trzeba pójść, choć
gdziekolwiek bądź! Gdy moja córka jedynaczka po raz pierwszy wyszła z żółtym biletem, i ja także poszedłem wtedy... gdyż moja córka legitymuje
się żółtym biletem... - dodał nawiasem, z pewnym niepokojem patrząc na
młodzieńca. - To nic, łaskawy panie, to nic! - dorzucił skwapliwie i z pozornym spokojem, gdy obaj chłopcy parsknęli śmiechem, a i sam
gospodarz się uśmiechnął. - To nic! Tego kiwania głowami nie biorę sobie
do serca, albowiem już wszystkim wiadomo i cokolwiek było tajne, na jaw
wychodzi; a odnoszę się do tego nie ze wzgardą, lecz z pokorą. Niech
tam! Niech tam! Ecce homo! Daruj, młodzieńcze: czy możesz... Ale nie,
trzeba to powiedzieć mocniej i wyraziściej: nie czy możesz, lecz czy się ośmielisz, spoglądając w tej
chwili na mnie, orzec twierdząco, żem nie świnia?
Młodzieniec nie odpowiedział ani słowa.
- Owóż - ciągnął dalej mówca statecznie i nawet ze spotęgowaną tym razem
godnością, przeczekawszy, aż umilkną ponowne chichoty. - Owóż, niech
będę świnią, ale ona jest damą! Ja noszę podobieństwo bydlęcia, lecz
Katarzyna Iwanowna, moja małżonka, jest osobą wykształconą, córką
oficera sztabowego. Niechaj, niechaj będę szubrawcem, natomiast ona jest
i wzniosłego serca, i pełna uczuć wyszlachetnionych przez edukację. A tymczasem... o, gdybyż ona mnie pożałowała! Szanowny panie, szanowny
panie, przecież trzeba, żeby każdy człowiek miał bodaj jedno takie
miejsce, gdzie by go pożałowano! A Katarzyna Iwanowna jest wprawdzie
damą wielkoduszną, ale niesprawiedliwą... I chociaż sam rozumiem, że
kiedy mnie targa za kudły, to targa je nie inaczej, tylko z żałości
serdecznej (albowiem, powtarzam to bez fałszywego wstydu, ona mnie targa
za kudły, młodzieńcze - potwierdził z tym większą godnością, znowu
słysząc prześmiechy), ale, mój Boże, gdybyż ona choć jeden raz... Lecz
nie! nie! wszystko to nadaremnie i nie ma o czym gadać!... nie ma o czym
gadać!... Albowiem już nieraz zdarzało się to upragnione, już nieraz
żałowano mnie, lecz... lecz taka już moja specyfika: jestem urodzone
bydlę!
- Ja myślę! - zauważył gospodarz, ziewając.
Marmieładow z determinacją walnął pięścią w stół.
- Taka to specyfika! Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem
przepił nawet jej pończochy? Nie trzewiki, bo to by jeszcze choć trochę
przypominało zwykłą kolej rzeczy, ale przepiłem jej pończochy,
pończochy! Chusteczkę jej z koziej wełny także przepiłem darowaną,
dawną, jej własną, nie moją; mieszkamy zaś w zimnym kącie, tak że tejże
zimy przeziębiła się i zaczęła kaszleć, już krwią. A drobnych dziatek
mamy troje i Katarzyna Iwanowna jest zaharowana od rana do nocy,
szoruje, pucuje, dzieci myje, albowiem od maleńkości przywykła do
ochędóstwa, a pierś ma słabą, skłonną do suchot, i ja to przeczuwam.
Czyż nie przeczuwam? Owszem. Im bardziej piję, tym bardziej przeczuwam.
Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i przeczuć. Nie
wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej
cierpieć!
I, jakby w rozpaczy, oparł głowę o stół.
- Młodzieńcze - podjął, znów się wyprostowawszy - z twojej twarzy czytam
niejaką boleść; jak tylko wszedłeś, wyczytałem to i dlatego zwróciłem
się od razu do ciebie. Komunikując bowiem panu dzieje żywota mego, nie
pragnę wystawić się na pośmiewisko tych oto próżniaków, którzy i tak o wszystkim już wiedzą, lecz szukam człowieka wrażliwego i wykształconego.
Wiedz tedy, że moja małżonka pobierała edukację w szlacheckim
gubernialnym instytucie dla dobrze urodzonych panien i że po końcowym
egzaminie tańczyła z szalem w obecności gubernatora i innych
osobistości, za co też otrzymała złoty medal oraz świadectwo uznania na
piśmie. Medal... aha, medal sprzedaliśmy... już dawno... hm...
świadectwo zaś przechowuje dotychczas w swoim kufrze i świeżo pokazywała
je gospodyni mieszkania. Bo jakkolwiek między nią a tą gospodynią
najnieustanniej wywiązują się niesnaski, ale zachciało się jej przed
kimkolwiek poszczycić, kogokolwiek powiadomić o szczęśliwych dniach
przeszłości. I ja nie potępiam, nie potępiam, jako że to jedno jej
pozostało we wspomnieniach, cała zaś reszta poszła w rozsypkę! Tak, tak
- dama to porywcza, dumna i nieugięta. Sama szoruje podłogę, żywi się
razowcem, ale nikomu nie pozwoli na brak szacunku dla siebie. Dlatego
też i panu Lebieziatnikowowi nie zechciała puścić płazem jego
ordynarności, a gdy ją za to pan Lebieziatnikow poturbował, rozchorowała
się nie tyle z powodu razów, ile z powodu urażonych uczuć. Ja ją
poślubiłem już jako wdowę z trojgiem dziatek - jedno mniejsze od
drugiego. Po raz pierwszy wyszła za mąż za oficera piechoty, z miłości,
i z nim uciekła z domu rodzicielskiego. Męża kochała nadzwyczajnie, lecz
on się zaczął bawić karciętami, trafił za kratki i tak już zmarł. Pod
koniec bijał ją, ona zaś, jakkolwiek mu nie folgowała, o czym mi wiadomo
autentycznie i na podstawie dokumentów, wszelakoż dotychczas go wspomina
ze łzami w oczach i mnie go stawia za wzór; a ja się cieszę, cieszę, że
przynajmniej w wyobraźni widzi się szczęśliwą niegdyś... I została po
nim z trojgiem nieletnich dzieci w powiecie dalekim i bestialskim, gdzie
i ja się podówczas znajdowałem; została w takiej beznadziejnej nędzy, że
chociaż bywałem w życiu w różnorakich opałach, ale nawet nie jestem w stanie tego opisać. Wszyscy zaś krewni się odstrychnęli. Bo też była
dumna, nad miarę dumna... I otóż wtedy, szanowny panie, wtedy ja,
również wdowiec, z pierwszej żony czternastoletnią córkę mający,
oświadczyłem się jej, jako że nie mogłem patrzeć na takie cierpienia.
Pan może z tego sądzić, do jakiego stopnia doszła jej niedola, skoro
ona, dobrze wychowana i wykształcona, ze znanej rodziny, zdecydowała się
wyjść za mnie! Ale wyszła! Płacząc i łkając, załamując ręce - wyszła! Bo
nie miała gdzie pójść. Czy pan rozumie, czy pan rozumie, łaskawy panie,
co to znaczy, kiedy człowiek nie ma już gdzie pójść? Nie! Tego pan
jeszcze nie rozumie... I przez cały rok spełniałem swą powinność po
bożemu i święcie, nie tykałem tego - tu szturchnął palcem półgarncówkę -
albowiem mam serce. Aliści i tym nie potrafiłem dogodzić; a tymczasem
straciłem posadę - takoż nie z własnej winy, tylko wskutek redukcji
etatów; i wówczas tknąłem!... Już temu półtora roku znaleźliśmy się, po
wędrówkach i licznych niedolach, w tej oto stolicy wspaniałej i niezliczonymi pomnikami uświetnionej. Tutaj dostałem posadę... Dostałem
i znów straciłem. Rozumie pan? Tutaj już straciłem z własnej winy,
albowiem specyfika moja wyszła na jaw... Zamieszkujemy teraz kątem u gospodyni, Amalii Fiodorowny Lippewechsel, z czego zaś żyjemy i z czego
płacimy - nie wiem. Mieszka tam dużo osób poza nami... Najniemożliwsza
Sodoma... Hm... tak... A tymczasem podrosła moja córka z pierwszego
małżeństwa, ile zaś wycierpiała ta moja córka od swej macochy, gdy
podrastała, o tym zamilczę. Bo aczkolwiek Katarzyna jest pełna
wielkodusznych uczuć, ale to dama porywcza, drażliwa, i jak trzepnie...
Tak! No, ale nie ma się w co wgłębiać! Edukacji, jak pan to sobie łatwo
wyobrazi, Sonia nie otrzymała. Przed jakimi czterema laty próbowałem
przechodzić z nią geografię i historię powszechną, ale że i sam byłem w tej dziedzinie nietęgi, a przyzwoitych podręczników nie miałem, bo
książki, jakieśmy posiadali... no, słowem, nie ma już tych książek, więc
na tym cała nauka się skończyła. Przerwaliśmy na Cyrusie perskim. Potem,
gdy już przyszła do lat, przeczytała kilkoro ksiąg treści romansowej, a niedawno, za pośrednictwem pana Lebieziatnikowa, z wielkim zajęciem
przewertowała jedno dzieło, Fizjologię Lewesa1 (szanowny pan
to zna?), i nawet urywkami na głos nam czytywała; oto i cała jej
oświata. Teraz zaś, szanowny mój panie, we własnym imieniu skieruję do
pana pytanie prywatne: czy, zdaniem pańskim, panna uboga, lecz uczciwa,
dużo może zarobić własną uczciwą pracą?... Ani piętnastu kopiejek
dziennie nie zarobi, proszę pana, jeżeli jest uczciwa i nie posiada
specjalnych talentów, a i to pod warunkiem, że ręce sobie urobi! Na
domiar radca Klopstock, Iwan Iwanowicz (szanowny pan słyszał o nim?),
nie dość, że dotychczas nie uiścił należności za uszycie pół tuzina
koszul holenderskich, lecz owszem, w sposób obraźliwy wyrzucił ją,
tupiąc nogami i piętnując nieprzystojnym przezwiskiem, pod pozorem,
jakoby kołnierz koszuli uszyto nie wedle miary i krzywo. A tymczasem
dzieciarnia głodna... A tymczasem Katarzyna, załamując ręce, chodzi po
pokoju, na policzkach jej ukazują się wypieki - jak to zawsze bywa w tej
chorobie. Że niby: "Mieszkasz tu u nas, darmozjadzie jeden, jesz,
pijesz, korzystasz z ciepła...". Bogiem zaś a prawdą, cóż ona tam "je i pije", kiedy w domu nawet dziatwa po trzy dni z rzędu nie widuje skórki
chleba! Leżałem wtedy... bez obrazy... leżałem pijaniusieńki, a wtem
słyszę, jak moja Sonia mówi (cichutka jest taka, głosik ma taki
potulny... blondyneczka, liczko zawsze bledziutkie, chudziutkie),
słyszę, jak mówi: "Więc jakże, Katarzyno Iwanowno? Czyż mam się puścić
na taką rzecz?". A już Daria Francewna, niewiasta niegodziwa i policji
wielokrotnie znana, ze trzy razy dopytywała się przez gospodynię. "Ha -
odpowiada Katarzyna Iwanowna z przekąsem - o cóż masz się drożyć? Też mi
skarb!". Ale niech pan nie wini, panie szanowny, niech pan nie wini!
Powiedziane to było nie przy zdrowych zmysłach, lecz przy uczuciach
wzburzonych, w chorobie, przy płaczu dzieci o chleb, zresztą raczej dla
obrazy niż w ścisłym sensie... Albowiem małżonka moja taki już ma
charakter, że gdy się dzieci rozpłaczą, chociażby z głodu, natychmiast
zaczyna je bić. I oto widzę o jakiej szóstej godzinie: Sonieczka wstała,
włożyła chusteczkę, włożyła pelerynkę i wyszła z mieszkania, a o dziewiątej wróciła. Przyszła, idzie wprost do Katarzyny i w milczeniu
kładzie przed nią na stole trzydzieści rubelków. Ani słówka przy tym nie
pisnęła, nie spojrzała nawet, tylko wzięła naszą dużą, zieloną,
dradedamową2 chustę (mamy taką wspólną chustę z dradedamu),
nakryła nią głowę i twarz i położyła się na łóżku, twarzą do ściany, że
tylko ramionka i ciało dygocą... Ja zaś leżałem w takimże stanie jak
poprzednio.... I widziałem wówczas, młodzieńcze, widziałem, jak później
Katarzyna, również ani słowa nie mówiąc, podeszła do łóżeczka Soni i cały wieczór przeklęczała przy niej, nogi jej całowała, nie chciała
wstać, a potem obydwie razem zasnęły, objąwszy się... obydwie...
obydwie... tak... a ja... leżałem pijaniuteńki. Marmieładow umilkł,
jakby mu głos odebrało. Potem naraz spiesznie nalał sobie, wypił,
odchrząknął.
- Od tego czasu, panie mój - ciągnął dalej po chwili milczenia - od tego
czasu, wskutek pewnego niepomyślnego wydarzenia i na podstawie doniesień
osób złej woli - w czym brała najczynniejszy udział Daria Francewna,
ponoć za to, że jej uchybiono w należnym szacunku - od tego czasu córka,
moja Sofia Siemionowna zmuszona była wyrobić sobie żółty bilet i z tej
racji nie może już przebywać z nami. Albowiem i gospodyni, Amalia
Fiodorowna, nie chciała na to pozwolić (choć przedtem sama szła na rękę
owej Darii), a i pan Lebieziatnikow... hm... Właśnie o Sonię wywiązało
się to zajście między nim a moją małżonką. Przedtem on sam molestował
Sonieczkę, a teraz wbił się raptem w ambicję: "Jak to! Ja, człowiek tak
oświecony, mam przebywać w jednym mieszkaniu z taką?...". A Katarzyna
tego nie przełknęła, ujęła się... No i wybuchło... Teraz Sonieczka bywa
u nas tylko o zmierzchu, stara się pomóc Katarzynie, w miarę sił i możności dostarcza środków... Mieszka zaś u krawca Kapernaumowa,
podnajmuje u nich stancję, a Kapernaumow jest kulawy i ma kluski w ustach, i cała jego liczna rodzina także ma kluski w ustach. Kluski w ustach ma też jego żona... Gnieżdżą się w jednym pokoju, a Sonia ma
swój, osobny, z przepierzeniem... Hm, tak... Ludzie to wielce ubodzy i z utrudnioną wymową... tak... Jakem tylko wstał wówczas nazajutrz,
wdziałem łachmany moje, ramiona wzniosłem ku niebu i udałem się do jego
ekscelencji Iwana Afanasjewicza. Szanowny pan zna jego ekscelencję Iwana
Afanasjewicza?... Nie? W takim razie nie zna pan bożego człowieka! Jest
to wosk... wosk przed obliczem Pańskim; jako wosk tający!... Raczył
wszystkiego wysłuchać i nawet łzę uronił. "Ha, Marmieładow! Już raz mnie
zawiodłeś... Biorę ciebie raz jeszcze na swoją osobistą odpowiedzialność
- tak się właśnie wyraził - zakonotuj to sobie - powiada - ruszaj!".
Ucałowałem proch u stóp jego - myślowo, bo w rzeczywistości nie
pozwoliłby, będąc dostojnikiem i mężem nowych, państwowotwórczych i oświeconych poglądów. Wróciłem do domu, a kiedym oświadczył, żem znowu
zaliczony do personelu i pobieram pensję - o Boże, cóż to wówczas
było!...
Marmieładow znowu przerwał, mocno przejęty. W tej chwili weszła z ulicy
cała kompania opojów, już urżniętych; za drzwiami rozległy się dźwięki
wynajętej katarynki, a dziecięcy, naderwany siedmioletni głosik
zaśpiewał Futorek3. Wszczął się harmider. Gospodarz i służba zajęli się nowo przybyłymi. Marmieładow, nie zwracając uwagi na
przybyszów, podjął swe opowiadanie. Zdaje się, że bardzo osłabł, lecz im
bardziej rozbierała go wódka, tym się stawał gadatliwszy. Wspomnienia o świeżym sukcesie biurowym ożywiły go i nawet odbiły się na jego twarzy
jakąś promiennością. Raskolnikow słuchał uważnie.
- Działo się to, panie łaskawy, przed pięcioma tygodniami. Tak... Skoro
tylko dowiedziały się obie, Katarzyna i Sonieczka - o Panie, jakbym w Królestwo Boże wkroczył. Dawniej, bywało, leży człowiek jak bydlę i słyszy tylko wymysły. A teraz chodzą na paluszkach, uciszają dzieci:
"Siemion Zacharycz zmęczył się w biurze, odpoczywa, cyt!". Przed
wyjściem do biura poją mnie kawą, grzeją śmietankę! Zaczęły się starać o prawdziwą śmietankę, słyszy pan! Skąd wytrzasnęły jedenaście rubli
pięćdziesiąt kopiejek na przyzwoite umundurowanie dla mnie - pojęcia nie
mam. Buty, świeże półkoszulki - jak najwspanialsze, madapolamowe,
wicmundur wyszperały za jedenaście i pół rubla, w najprzedniejszym
gatunku. Pierwszego dnia przychodzę przed południem z biura, patrzę:
Katarzyna Iwanowna przyrządziła dwa dania, zupę i peklowinę z chrzanowym
sosem, o jakich to rzeczach nie było przedtem słuchu ani duchu. Sukienek
nie ma ona żadnych... ale to żadnych, a tu raptem, jak gdyby się
wybierała w odwiedziny, wystroiła się, i to nie byle jak; z niczego
potrafi wszystko zrobić - uczesze się, jakiś tam czyściutki
kołnierzyczek, mankieciki - i patrzcie mi, zupełnie inna osoba,
odmłodniała, wyprzystojniała. Sonieczka, ptaszyna moja, wspierała tylko
pieniędzmi, mnie zaś samej - powiada - nie wypada teraz bywać u was
często, chyba dopiero o zmierzchu, żeby nikt nie widział. Słyszy pan,
słyszy pan? Po obiedzie poszedłem się zdrzemnąć - i cóż pan powie?
Małżonka moja nie wytrzymała: nie dalej niż przed tygodniem naurągały
sobie z gospodynią, z Amalią Fiodorowną, na czym świat stoi, a teraz
zaprosiła ją na filiżankę kawy. Przesiedziały dwie godziny i ciągle
szu-szu między sobą. Że niby: "Teraz mąż mój jest na posadzie, bierze
pobory, chodzi do samego ekscelencji, a ekscelencja wyszedł do niego
osobiście, wszystkim kazał czekać, a męża wziął pod rękę i przy
wszystkich zaprowadził do gabinetu". Słyszy pan, słyszy pan? "Siemionie
Zacharyczu - powiada - ja naturalnie pamiętam o pańskich zasługach i chociaż pan hołduje tej lekkomyślnej słabostce, ale ponieważ teraz dałeś
obietnicę, a ponadto nam tu bez ciebie szło kulawo (słyszy pan,
słyszy?), więc polegam na twoim szlachetnym słowie". Czyli, powiadam
panu, wszyściuteńko wyssała z palca, i to nawet nie z trzpiotowatości,
dla próżnej przechwałki! Nie, sama we wszystko wierzy, własnymi
urojeniami bawi siebie, jak Boga kocham! A ja nie potępiam; nie, tego ja
nie potępiam! Gdy zaś przed sześciu dniami przyniosłem, nic nie
uszczknąwszy, pierwszą swoją pensję, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści
kopiejek - nazwała mnie dziubdziusiem. "Dziubdziusiu ty mój!" - powiada.
I to na osobności, rozumie pan? Zdawałoby się, że cóż we mnie miłego, że
jakiż tam ze mnie mąż! Otóż nie; uszczypnęła mnie w policzek i powiada:
"Dziubdziusiu ty mój!".
Marmieładow umilkł, chciał się uśmiechnąć, ale nagle broda zaczęła mu
się trząść. Jednak opanował się. Ten szynk, twarz nosząca ślady
rozpusty, pięć nocy na barkach z sianem, ta butelka, a zarazem ta
chorobliwa miłość do żony i rodziny - wszystko to zbijało z tropu jego
słuchacza. Raskolnikow słuchał w napięciu, lecz z dotkliwą przykrością.
Był zły na siebie, że tu przyszedł.
Szanowny panie, szanowny panie! - zawołał Marmieładow, otrząsnąwszy się
- o szanowny mój panie, może pana to wszystko śmieszy, jak i innych,
może nudzę pana głupotą tych wszystkich mizernych szczególików domowego
życia mego; ale mnie jest nie do śmiechu! Albowiem ja to wszystko
odczuwam... I cały ten rajski dzień żywota mego, i cały ów wieczór
spędziłem w polotnych marzeniach: jak ja to wszystko urządzę i dzieciarni sprawię przyodziewek, i jej zapewnię spokój, i córkę swą
jedynaczkę dźwignę z otchłani upadku z powrotem na łono rodziny... I różne takie różności... To przecie wolno, proszę pana. Aliści, łaskawco
mój (tu Marmieładow drgnął znienacka, podniósł głowę i wpatrzył się
prosto w swego słuchacza), aliści już nazajutrz po wszystkich tych
rojeniach (czyli dokładnie przed pięcioma dobami), pod wieczór, za
pomocą podstępnego fortelu, jak nocny zbójca, przywłaszczyłem sobie
klucz od kuferka małżonki mojej, wydobyłem wszystko, co zostało z przyniesionej pensji, już nie pamiętam, ile mianowicie - no i proszę
spojrzeć na mnie! Pięć dni, jak wyszedłem z domu, a tam mnie szukają, z posadą amen, mundur leży w szynkowni przy moście Egipskim, za co też
otrzymałem w zamian to oto obłóczenie. Wszystko skończone!
Marmieładow uderzył się pięścią w czoło, zaciął zęby, zamknął oczy i mocno oparł się łokciem na stole. Lecz po chwili twarz mu się nagle
zmieniła; z jakimś udanym kpiarstwem, z wymuszoną bezczelnością
popatrzył na Raskolnikowa, zaśmiał się i powiedział:
- A dzisiaj byłem u Soni, poprosiłem o gotóweczkę na poprawiny!
Che-che-che!
- Chyba nie dała? - krzyknął ze strony któryś z nowo przybyłych,
krzyknął i zarechotał na całe gardło.
- Ta oto półgarncówka została nabyta za jej pieniądze - ciągnął
Marmieładow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa. - Dała mi
trzydzieści kopiejek własną rączką, ostatnie, wszystko, co miała, sam
widziałem... Nie powiedziała nic, tylko w milczeniu przyjrzała mi się...
To nie na ziemi, ale tam - boleją nad ludźmi w taki sposób, opłakują, a wyrzutów nie robią, nie robią! I tym boleśniej, tym boleśniej, że nie
robią!... Trzydzieści kopiejek, tak jest. A przecież i jej samej teraz
potrzebne, nie? Jak pan sądzi, panie mój kochany? Przecie teraz musi
dbać o schludność. A schludność, taka, wie pan, specjalna, kosztuje.
Rozumie pan? Chociażby te jakieś pomadki, bo i jakże? Halki krochmalone,
trzewiczki takie figlarniejsze, żeby można było pokazać nóżkę, kiedy
wypadnie przeskakiwać kałużę. A rozumie pan, rozumie, co znaczy taka
schludność? Otóż ja, rodzony ojciec, capnąłem te trzydzieści kopiejek na
poprawiny! I piję! I już przepiłem!... Więc któż pożałuje takiego jak
ja? Hę? Czy pan mnie teraz żałuje, czy nie? Mów pan: żałujesz czy nie?
Che-che-che-che!
Chciał sobie dolać, ale nic z tego. Flaszka była próżna.
- A za co ciebie żałować? - krzyknął gospodarz, który znowu znalazł się
obok nich.
Rozległ się śmiech i nawet połajanki. Śmiali się i wymyślali zarówno ci,
co słyszeli, jak i ci, co nie słyszeli - ot, na sam widok emerytowanego
urzędnika.
- Żałować! Za co mnie żałować? - wrzasnął z nagła Marmieładow, wstając z wyciągniętą ręką, w istnym natchnieniu, jak gdyby tylko czekał na te
słowa. - Za co mnie żałować, powiadasz? Racja! Mnie żałować nie ma za
co! Ukrzyżować mnie trzeba, do krzyża przybić, a nie żałować! Więc
ukrzyżuj, Sędzio, ukrzyżuj, lecz ukrzyżowawszy, pożałuj! A wówczas ja
sam przyjdę do ciebie, żebyś mnie ukrzyżował, albowiem szukam nie
wesela, jeno łez i boleści... Czy ci się zdaje, przekupniu, że ta twoja
butelka słodką mi była? Boleści, boleści szukałem na jej dnie, boleści i łez; jakoż znalazłem je, zakosztowałem ich; a pożałuje nas Ten, który
ulitował się nad wszystkimi, który wszystkich i wszystko rozumiał, On
też jeden jest Sędzią. Nastanie dzień i On zapyta: "A gdzie jest córa
owa, która macosze złej i suchotniczej, która dziatkom obcym i nieletnim
złożyła siebie w ofierze? Gdzie córa owa, która pożałowała rodzica swego
ziemskiego, pijanicy nieużytecznego, nie brzydząc się jego
zezwierzęceniem?". I powie: "Przyjdź! Już ci raz odpuściłem...
Przebaczyłem ci raz... A i teraz odpuszczone ci są twoje mnogie grzechy,
albowiem wieleś umiłowała...". I przebaczy mojej Soni, już wiem, że
przebaczy... Odczułem to w sercu moim, gdym u niej był ostatnio... I osądzi wszystkich sprawiedliwie i przebaczy dobrym i złym, wyniosłym i pokornym... A gdy już skończy ze wszystkimi, naonczas przemówi i do nas:
"Chodźcie i wy! - powie. - Chodźcie, pijaniutency! Chodźcie, słabiutcy!
Chodźcie, zasromani". I my wszyscy przyjdziemy, nie wstydząc się, i staniemy przed Nim. A On powie: "Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwo bestii; ale chodźcie i wy też!". Wówczas rzekną mądrzy,
rzekną roztropni: "Panie! przecz dopuszczasz tych oto?". A On powie:
"Dlatego ich dopuszczam, o mądrzy, dlatego ich dopuszczam, roztropni, że
z nich żaden nie poczytywał siebie nigdy za godnego tej łaski...". I wyciągnie ku nam prawicę swoją, a my przypadniemy... i zapłaczemy... i wszystko zrozumiemy! Wtedy zrozumiemy wszystko!... i wszyscy
zrozumieją... Katarzyna Iwanowna... także zrozumie. Panie, przyjdź
królestwo Twoje!
Opadł na ławkę, wyczerpany i osłabły, nie patrząc na nikogo, jakby
zapomniał o otoczeniu, i głęboko się zadumał. Jego słowa wywarły pewne
wrażenie; na chwilę zaległa cisza, lecz niebawem dały się znowu słyszeć
śmiechy i urągania:
- Powiedział, co wiedział!
- Mądrala!
- Urzędnik!
I tak dalej, i tak dalej.
- Chodźmy, panie - rzekł nagle Marmieładow, podnosząc głowę i zwracając
się do Raskolnikowa. - Niech pan mnie odprowadzi... Kamienica Kozela,
oficyna. Pora... do Katarzyny Iwanowny...
Raskolnikow już dawno miał ochotę wyjść, o tym zaś, żeby mu pomóc, już i sam myślał. Okazało się, że Marmieładow ma nogi daleko słabsze niż
język; ciężko się oparł o młodego człowieka. Mieli przejść jakie
dwieście, trzysta kroków. Im bliżej domu, tym większy lęk i wstyd
ogarniał pijaka.
- Nie Katarzyny Iwanowny boję się teraz - bąkał, zalterowany - ani tego,
że mi się wczepi we włosy. Co tam włosy!... Furda włosy! Ja ci to mówię.
Nawet lepiej, żeby się wczepiła, wcale nie tego się boję... Boję się...
jej oczu... tak... oczu... Wypieków boję się także... i tego... jej
oddechu się boję... Widziałeś, jak się oddycha w tej chorobie... przy
wzburzonych uczuciach? I boję się jeszcze płaczu dzieci... Bo, uważasz,
jeżeli Sonia ich nie nakarmiła, to... już nie wiem! Nie wiem! A wytuzowania się nie boję... Wiedz, mój panie, że mi wyżej wspomniane
tuzy nie przyczyniają bólu, lecz, owszem, są mi rozkoszą... Żyć bez tego
nie mogę. Tak jest lepiej. Niech mnie pobije, niech sobie ulży... tak
jest lepiej... A oto i dom. Kamienica Kozela. Ślusarza, Niemca
bogatego... Prowadź!
Weszli od podwórza i jęli się wspinać na czwarte piętro. Im wyżej, tym
schody były ciemniejsze. Zbliżała się jedenasta, i chociaż w Petersburgu
o tej godzinie jeszcze nie ma prawdziwej nocy, ale u szczytu schodów
było zupełnie mroczno.
Na najwyższym piętrze, u wylotu schodów, małe, zasmolone drzwiczki stały
otworem. Ogarek oświetlał najnędzniejszy w świecie pokój, jakie dziesięć
kroków długi i w całości widoczny z sieni. Wszystko tu było porozrzucane
w nieładzie, zwłaszcza różne dziecięce gałganki. Kąt w głębi zawieszono
dziurawym prześcieradłem, za którym prawdopodobnie mieściło się łóżko. W samym zaś pokoju były tylko dwa krzesła i ceratowa, mocno obszarpana
kanapa, przed którą stał stary stół kuchenny z surowej sośniny, niczym
nie przykryty. Na brzeżku stołu dopalał się ogarek łojówki w blaszanym
lichtarzu. Okazało się, że rodzina Marmieładowa mieszka w osobnym
pokoju, a nie kątem, lecz pokój ich był przechodni. Drzwi do dalszych
pomieszczeń czy klitek, z których się składało mieszkanie Amalii
Lippewechsel, były uchylone. Panował tam hałas i rwetes. Ktoś śmiał się
głośno. Widocznie grano w karty i pito herbatę. Niekiedy dolatywały
wyrazy zgoła nieparlamentarne.
Raskolnikow od razu poznał Katarzynę Iwanownę. Była to straszliwie
wychudzona kobieta, gibka, dosyć wysoka i zgrabna, ze ślicznymi jeszcze,
ciemnoblond włosami i, w rzeczy samej, z ceglastymi wypiekami na twarzy.
Chodziła tam i z powrotem po swym niewielkim pokoju, skuliwszy ręce na
piersi, z zaciśniętymi, spieczonymi wargami; oddychała nierówno,
urywanie. Oczy jej błyszczały jak w gorączce, ale spojrzenie było ostre
i nieruchome; przykre wrażenie sprawiała ta suchotnicza, wzburzona
twarz, po której pełgały ostatnie odblaski dogorywającej łojówki.
Raskolnikow uznał, że ma ze trzydzieści lat i że istotnie nie stanowi
dobranej pary z Marmieładowem... Wchodzących nie słyszała i nie
zauważyła; rzekłbyś, że jest otumaniona, nic nie widzi, nic nie słyszy.
W izbie było duszno, lecz okna nie otworzyła; ze schodów bił zaduch,
jednak drzwi na schody były uchylone; z wewnętrznych pokoi przez
niedomknięte drzwi napływały fale dymu tytoniowego, Marmieładowa
kaszlała, ale drzwi nie zamknęła. Najmłodsza dziewczynka, sześcioletnia
może, spała na podłodze, przykucnąwszy, z głową wetkniętą w róg kanapy.
O rok starszy od niej chłopak drżał w kącie jak liść i płakał. Widocznie
dostał tylko co w skórę. Starsza dziewczynka, mająca jakie dziewięć lat,
wysoka i cieniutka jak zapałka, stała w kącie, objąwszy małego braciszka
za szyję długim, wyschniętym jak szczapa ramieniem. Miała na sobie tylko
lichutką i w wielu miejscach dziurawą koszulinę, a na gołych ramionach
narzucony wyświechtany płaszczyk dradedamowy, który zapewne sprawiono
jej dwa lata temu, bo teraz nie sięgał nawet do kolan. Starała się
utulić brata, coś mu szeptała do ucha, pocieszała jak mogła, żeby czasem
nie zachlipał znowu, a równocześnie ze strachem wodziła za matką
ogromnymi ciemnymi oczami, które zdawały się jeszcze większe w jej
chudej i przerażonej twarzyczce.
Marmieładow, nie wchodząc do pokoju, uklęknął tuż na progu, a Raskolnikowa popchnął naprzód. Na widok nieznajomego kobieta z roztargnieniem zatrzymała się przed nim, ocknąwszy się na mgnienie i jak
gdyby zastanawiając się: po co tu wszedł? Ale snadź pomyślała sobie
zaraz, że gość idzie do dalszych izb, bo ta była przechodnia.
Zmiarkowawszy to, i już nie zwracając na niego uwagi, podeszła do drzwi
od sieni, żeby je domknąć - i nagle krzyknęła, ujrzawszy na progu
klęczącego męża.
- A! - wrzasnęła w zapamiętaniu. - Wróciłeś! Kajdaniarzu! Wyrzutku!... A gdzież pieniądze? Co masz w kieszeni, pokaż! I surdut nie ten! Gdzie
twój surdut? Gdzie pieniądze? Gadaj!...
I rzuciła się go rewidować. Marmieładow natychmiast rozłożył ręce
potulnie i kornie, żeby jej ułatwić przetrząśnięcie kieszeni. Nie
znalazła ani kopiejki.
- Gdzie są pieniądze? - krzyczała. - O Panie, czyżby wszystko przepił?
Przecie w kuferku było jeszcze dwanaście rubelków!... - I raptem z wściekłością chwyciła go za włosy i powlokła do pokoju. Marmieładow sam
ułatwiał jej te wysiłki, ulegle czołgając się za nią na klęczkach.
- I to mi jest rozkoszą! I to mi jest nie bólem, lecz rozkoszą,
sza-now-ny pa-nie! - pokrzykiwał, szarpany za włosy, a nawet raz
wyrżnąwszy czołem w podłogę. Śpiące na podłodze dziecko obudziło się i zapłakało. Chłopczyk w kącie nie wytrzymał, zadygotał, krzyknął i rzucił
się ku siostrze w okropnym przestrachu, nieomal w ataku. Starsza
dziewczynka drżała jak liść.
- Przepił! Wszystko, wszystko przepił! - Rozpaczliwie łkała
nieszczęśliwa kobieta. - I ubranie na nim inne! Głodne, głodne! - I załamując ręce, wskazywała na dzieci. - O, po trzykroć przeklęte życie!
A pan, pan wstydu nie ma - cisnęła się nagle na Raskolnikowa. - Z szynku! Tyś także z nim pił? Piłeś z nim także! Precz!
Młodzieniec pokwapił się wyjść, nie mówiąc ani słowa. Zwłaszcza że
otworzyły się wewnętrzne drzwi, spoza których wyjrzało kilku ciekawych.
Wyciągnęły się obleśnie roześmiane gęby, z papierosami, z fajkami, w jarmułkach. Jakieś postacie w szlafrokach lub sprośnie roznegliżowane z bezwstydnie letnim dekoltem, niektóre z kartami w ręku. Z największym
rozbawieniem śmiali się, gdy Marmieładow, wleczony za włosy, krzyczał,
że mu to sprawia rozkosz. Ba, zaczęli wchodzić do pokoju. W końcu
rozległ się złowrogi jazgot: to nadciągała sama Amalia Lippewechsel,
ażeby po swojemu dokonać rozprawy i po raz setny nastraszyć nieszczęsną
kobietę okraszonym przekleństwami rozkazem, żeby się zaraz nazajutrz
stąd wynosili. Na odchodnym Raskolnikow zdążył wygrzebać z kieszeni ileś
tam miedziaków, które dostał w szynku jako resztę z rubla, i niepostrzeżenie położyć je na oknie. Potem, już na schodach, pomiarkował
się i chciał wrócić.
"Co za głupie fanaberie wyczyniam - skarcił się. - Przecie oni mają tę
swoją Sonię, a ja muszę sam myśleć o sobie". Lecz wziąwszy na rozum, że
tych pieniędzy wycofać już nie sposób i że tak czy owak nie zrobiłby
tego, machnął ręką i ruszył do siebie. "Przecie Sonia musi sobie kupić
pomadki! - ciągnął dalej, krocząc ulicą i zjadliwie się uśmiechając. -
Taka schludność kosztuje... Hm! Zresztą kto wie, może i sama Sonieczka
dzisiaj cienko przędzie, boć to zawsze na dwoje babka wróżyła, rzecz
przypadku... niby łowy na grubszego zwierza... albo szukanie złotej
żyły... A w takim razie bez tych moich pieniędzy osiedliby jutro na
lodzie... Górą Sonia! Niezłą studnię umieli sobie wykopać. I ciągną!
Pewno, że ciągną, bo przywykli. Najpierw popłakali, później przywykli.
Człowiek jest podły, do wszystkiego przywyka!".
Zamyślił się.
A jeżelim zełgał? - zawołał nagle mimo woli. - Jeżeli w rzeczywistości
człowiek nie jest podły... człowiek w znaczeniu
ogólnym, w znaczeniu całego rodzaju ludzkiego... w takim razie cała
reszta - to zabobony, wymyślone strachy, i nie istnieją żadne granice, i nie powinny istnieć!...
III
Nazajutrz obudził się późno, po niespokojnym śnie, który go nie
pokrzepił. Obudził się w nastroju żółciowym, rozdrażniony, zły, i z nienawiścią spojrzał na swoją ciupkę. Była to maluteńka klitka, jakie
sześć kroków długa, żałośnie wyglądająca ze swoją żółtawą, zakurzoną i poodlepianą wszędzie tapetą, a tak niska, że człowiek choć trochę
słuszniejszy czuł się tu nieswojo, co chwila czekając, że stuknie głową
w sufit. Umeblowanie też było odpowiednie: trzy stare, koślawe krzesła,
w kącie bejcowany stół, na którym leżało kilka zeszytów i książek -
gruba warstwa kurzu świadczyła, że od dawna nie dotykała ich niczyja
ręka - wreszcie pokraczna, duża sofa, zajmująca bez mała całą ścianę i połowę szerokości izdebki, niegdyś obita perkalem, teraz obdarta i zastępująca Raskolnikowowi łóżko. Często sypiał na niej w ubraniu, bez
prześcieradła, okrywając się starym, zniszczonym płaszczem studenckim, z głową na jednej małej poduszeczce, pod którą wtykał wszystką swoją
bieliznę, czystą i brudną, aby mieć wyższe wezgłowie. Przed sofą stał
stoliczek.
Trudno było o większe zaniedbanie i niechlujstwo; lecz Raskolnikowowi, w jego obecnym usposobieniu, to nawet dogadzało. Odgrodził się od całego
świata, schował się jak żółw w skorupie, tak że nawet twarz służącej,
której obowiązkiem było mu posługiwać i która czasem zaglądała do jego
pokoju, przyprawiała go o napady złości i konwulsje. Tak bywa z monomanami, gdy się nadmiernie skupią na jednym przedmiocie. Gospodyni
już od dwóch tygodni przestała mu przysyłać jedzenie, a jemu do głowy
nie przyszło, żeby się z nią rozmówić na ten temat, choć siedział bez
obiadu. Nastazja - kucharka i jedyna służąca gospodyni - po części była
rada z takiego nastroju lokatora i zupełnie zaniechała sprzątania i zamiatania, ot, chyba tak sobie, raz na tydzień, od niechcenia
przejechała miotłą.
To właśnie ona obudziła go teraz.
- Wstawaj, dosyć tego spania! - wrzasnęła mu nad uchem. - Już dziesiąta.
Przyniosłam ci herbaty, chcesz? Pewnikiem czczo ci jest?
Lokator otworzył oczy, drgnął i poznał Nastazję.
- To gospodyni przysyła herbatę czy co? - zapytał, powoli i z wyrazem
cierpienia unosząc się na sofie.
- Jaka tam gospodyni!
Postawiła przed nim własny nadpęknięty imbryk z cienką herbatą i położyła dwa żółte okruchy cukru.
- Masz, Nastazjo, weź, proszę cię - rzekł, szukając w kieszeni (spał
bowiem w ubraniu) i wyciągając parę miedziaków - idź i kup mi bułkę. A u masarza weź choć kilka plasterków kiełbasy, tej tańszej.
- Bułkę przyniosę ci zaruteńko, a co do kiełbasy, to może byś wolał
barszczu? Dobry barszcz, wczorajszy. Wczoraj zostawiłam dla ciebie, aleś
późno wrócił. Dobry barszcz.
Gdy mu przyniosła barszcz i gdy się doń zabrał, Nastazja usiadła obok na
sofie i zaczęła paplać. Była to baba wiejska i bardzo gadatliwa.
- Praskowia Pawłowna nasza chce na ciebie u polikierów skarżyć -
powiedziała.
Skrzywił się.
- Do policji? O cóż jej chodzi?
- Nie płacisz kumornego, kwatery nie zwalniasz. Wiadomo, o co jej
chodzi.
- Tylko tego, do licha, brakowało - warknął, zgrzytając zębami. - Nie,
teraz mi to... nie na rękę... Głupia jest! - dorzucił głośno. - Wstąpię
dzisiaj do niej, rozmówię się.
- Głupia bo głupia, tak samo jak ja; ale tyś mądrala, a leżysz jak
tłumok, po próżnicy. Mówiłeś, żeś przedtem chodził uczyć dzieci; czego
teraz nic nie robisz?
- Robię... - odpowiedział Raskolnikow niechętnie i surowo.
- Co robisz?
- Pracuję...
- Co to za praca?
- Myślę - odparł poważnie po chwili milczenia.
Nastazja aż się zatoczyła ze śmiechu. Była śmieszką i gdy ją co ubawiło,
zaczynała się śmiać bezgłośnie, trzęsąc się całym ciałem, aż ją samą
mroczyło.
- I dużoś uciułał pieniędzy tym myśleniem? - wykrztusiła wreszcie.
- Bez butów nie można iść na korepetycje. Zresztą pluję na to.
- W studnię ty nie pluj.
- Za korepetycje płacą grosze. Wielka mi pociecha z tych kilku kopiejek!
- ciągnął niechętnie, jakby odpowiadając na własne myśli.
- A ty byś od razu chciał cały majątek?
Popatrzał na nią dziwnie.
- Tak, cały majątek - rzekł z mocą po chwili milczenia.
- Oj, wolnego, wolnego, bo mi napędzisz stracha! - zadrwiła. - Więc
jakże? Mam iść po bułkę?
- Jak chcesz.
- Aha, byłabym zapomniała! Wczoraj, jak cię nie było, z listem do ciebie
przyszli.
- List! Do mnie! Od kogo?
- Tego nie wiem. Trzy kopiejki dałam listonoszowi z własnej kieszeni.
Oddasz czy jak?
- Dawajże, na miłość boską! - zawołał Raskolnikow, mocno przejęty. - O Jezu!
Po chwili przyniosła list. A jakże: od matki z guberni r-skiej. Biorąc
go, aż pobladł. Dawno nie otrzymywał listów; lecz teraz i coś innego
ścisnęło mu serce.
- Nastazjo, zlituj się, idź sobie; masz tutaj swoje trzy kopiejki,
tylko, na miły Bóg, idź sobie czym prędzej!
List drżał mu w ręku. Nie chciał rozrywać koperty przy niej; pragnął
pozostać z tym listem sam na sam. Po wyjściu Nastazji szybko podniósł go do ust i ucałował; następnie wpatrywał się długo w litery adresu, w znajome i tak
mu miłe, drobne i skośne pismo matki, która go kiedyś uczyła czytać i pisać. Zwlekał, nawet jakby się czegoś bał. Nareszcie rozdarł kopertę:
list był długi, gruby, ważył dwa łuty; dwa duże arkusze listowego
papieru były zapisane gęsto i drobno.
"Mój drogi Rodia - pisała matka - oto już przeszło dwa miesiące, jak nie
gawędziłam z Tobą listownie, co i mnie samą przyprawiało o cierpienie,
tak że czasem myśli całą noc nie dawały mi oka zmrużyć. Ale Ty na pewno
nie masz mi za złe tego mimowolnego milczenia. Wiesz, jak Cię kocham; ja
i Dunia mamy tylko Ciebie; Tyś nasze wszystko, nasza jedyna nadzieja i otucha. Co się ze mną działo, gdyś mi napisał, że przed kilkoma
miesiącami porzuciłeś uniwersytet, nie mając z czego żyć, że się
skończyły korepetycje i inne źródła dochodu! Cóż mogłam zrobić dla
Ciebie ze swoimi stu dwudziestoma rublami rocznej emerytury? Te
piętnaście rubli, które Ci posłałam cztery miesiące temu, pożyczyłam,
jak Ci wiadomo, na rachunek tejże emerytury, od tutejszego naszego
kupca, Afanasija Iwanowicza Wachruszyna. Dobry to człowiek, przyjaźnił
się jeszcze z Twoim ojcem. Ale ponieważ upoważniłam go do podjęcia
emerytury w moim imieniu, więc musiałam czekać, aż się dług wyrówna, a to stało się dopiero teraz, tak że przez cały ten czas nie mogłam Ci nic
posłać. Lecz teraz, Bogu dzięki, zdaje się, będę mogła znów Ci przysłać,
i w ogóle możemy się pochwalić, że się nam poszczęściło, o czym też
śpieszę Ci donieść. Po pierwsze, czybyś się domyślił, drogi mój Rodia,
że Twoja siostra już od sześciu tygodni mieszka tu ze mną i na
przyszłość już się nie rozstaniemy. Chwała Bogu Najwyższemu, skończyły
się jej udręki, ale opowiem Ci wszystko kolejno, żebyś wiedział, jak to
było i cośmy dotychczas ukrywały przed Tobą. Gdyś mi pisał dwa miesiące
temu, że słyszałeś od kogoś, że podobno Dunia znosi wiele przykrości
wskutek ordynarnego obejścia w domu państwa Swidrygajłowów, i gdy
żądałeś ode mnie szczegółów - cóż miałam Ci odpowiedzieć? Gdybym
napisała szczerą prawdę, tobyś, kto wie, rzucił wszystko i przyszedł do
nas bodaj piechotą, bo przecież znam Twój charakter i serce, że nie
pozwoliłbyś krzywdzić siostry. Byłam w rozpaczy, ale cóż miałam począć?
Zresztą i sama nie znałam wszystkiej prawdy. Najfatalniejsze to, że
Dunieczka, godząc się do nich w zeszłym roku za guwernantkę, z góry
pobrała aż sto rubli, które miano potrącać jej co miesiąc z pensji, więc
przecie nie mogła porzucić posady, nie uiściwszy tego długu. Tę zaś
kwotę (teraz mogę Ci wszystko wytłumaczyć, najdroższy mój Rodia) wzięła
głównie dlatego, żeby móc posłać Ci sześćdziesiąt rubli, których tak
pilnie potrzebowałeś i które też dostałeś od nas zeszłego roku. Myśmy
Cię wówczas oszukały, napisałyśmy, że to poprzednio przez Dunieczkę
poczynione oszczędności, ale tak nie było, a teraz donoszę Ci całą
prawdę, gdyż Pan Bóg wszystko teraz zmienił na lepsze, i żebyś wiedział,
jak Ciebie Dunia kocha i jakie ma złote serce. Rzeczywiście pan
Swidrygajłow z początku traktował ją bardzo ordynarnie, pozwalał sobie
na różne niegrzeczności i kpinki przy stole... Ale nie chcę się wdawać w te wszystkie przykre detale, żeby Cię nie irytować bez potrzeby, kiedy
już wszystko się ułożyło. Krótko mówiąc, mimo że Marfa Pietrowna,
małżonka pana Swidrygajłowa, i wszyscy domownicy traktowali Dunię bardzo
dobrze i szlachetnie, Duni było nader ciężko, szczególniej kiedy pan
Swidrygajłow, wedle dawnego pułkowego przyzwyczajenia, znajdował się pod
wpływem Bachusa. Ale cóż się później okazało? Wystaw sobie, że szalona
pała już dawno zapłonął afektem do Duni, lecz ukrywał to pod pozorami
gburowatości i lekceważenia. Może i sam się wstydził i przerażał, że on,
człowiek w latach i ojciec dzieciom, żywi takie płoche nadzieje, i właśnie dlatego mimo woli złościł się na Dunię. Ale i to możliwe, że
chciał swoim grubiaństwem i drwinami zasłonić przed wszystkimi istotną
prawdę. Lecz w końcu nie wytrzymał i poważył się zrobić Duni
niedwuznaczną a haniebną propozycję, obiecując jej złote góry, i że
ponadto przeniesie się z nią do innej wsi albo i za granicę. Wyobrażasz
sobie jej cierpienia! Z miejsca rzucić posady nie mogła, nie tylko z racji długu pieniężnego, ale również przez wzgląd na Marfę Pietrownę,
która by mogła powziąć podejrzenia, co by popsuło ich pożycie. Zresztą
nie obeszłoby się bez wielkiego skandalu i dla Duni. Było tutaj dużo
różnych powodów, tak że przed upływem sześciu tygodni Dunia w żaden
sposób nie mogła liczyć na wyrwanie się z tego okropnego domu.
Naturalnie znasz Dunię, wiesz, jaka ona mądra i jaki ma silny charakter.
Dunieczka potrafi wiele znieść i w najtrudniejszych nawet
okolicznościach zdobyć się na tyle męstwa, żeby nie stracić hartu ducha.
Nawet mnie nic o tym nie doniosła, nie chcąc martwić, a przecie myśmy
często pisywały do siebie. Rozwiązanie zaś tej historii przyszło
niespodzianie. Marfa Pietrowna nieoczekiwanie podsłuchała, jak mąż
molestuje Dunieczkę w ogrodzie, zrozumiała wszystko na opak, zwaliła
wszystko na nią, sądząc, że to ona nawarzyła tego piwa. Tu, w ogrodzie,
wynikła okropna awantura: Marfa Pietrowna nawet uderzyła Dunię, nie
chciała niczego słuchać, tylko sama wrzeszczała cały czas, a wreszcie
kazała natychmiast odwieźć Dunię do miasta zwykłym wozem drabiniastym,
na który rzucono wszystkie jej rzeczy, bieliznę, sukienki, jak popadło,
niezwiązane i niespakowane. Na domiar lunął ulewny deszcz i Dunia,
zelżona i okryta hańbą, musiała jechać z chłopem aż siedemnaście wiorst
furką bez budy. Powiedz sam, cóż mogłam Ci napisać w odpowiedzi na Twój
list, otrzymany dwa miesiące temu, o czym pisać? Byłam w rozpaczy;
napisać Ci prawdy nie miałam odwagi, bo Ty byś był bardzo nieszczęśliwy,
struty i oburzony, a cóż byś mógł poradzić? Jeszcze byś, broń Boże,
zrobił sobie co złego, a i Dunieczka mi zakazała; wypełniać zaś listu
bagatelami i byle czym, kiedy w sercu taki żal - nie mogłam. Przez cały
miesiąc u nas tutaj krążyły po mieście plotki tej historii i doszło do
tego, żeśmy obie z Dunią nie mogły się pokazać w cerkwi ze względu na
pogardliwe spojrzenia szepty, a nawet różne uwagi na cały głos w naszej
obecności. Wszyscy znajomi odżegnali się od nas, wszyscy przestali się
kłaniać i miałam zupełnie pewną wiadomość, że subiekci sklepowi i niektórzy kanceliści zamierzają wyrządzić nam nikczemną obelgę, smarując
dziegciem wrota naszego domu, tak że gospodarze zażądali, byśmy się
wyprowadziły. Wszystko to zawdzięczałyśmy Marfie Pietrownie, która
zdążyła zaszargać i błotem obrzucić Dunię we wszystkich domach. Ona
tutaj zna wszyściuteńkich i tamtego miesiąca przyjeżdżała raz po raz do
miasta, a że jest cokolwiek gadatliwa i lubi rozpowiadać o swoich
sprawach domowych, a zwłaszcza skarżyć się na męża wszem wobec i każdemu
z osobna, co jest bardzo nieładnie, więc też rozniosła całą historię w krótkim czasie nie tylko w mieście, lecz i po całym powiecie.
Rozchorowałam się, ale Dunieczka miała więcej hartu niż ja i szkoda, żeś
nie widział, jak ona wszystko znosiła i jeszcze mnie pocieszała,
dodawała otuchy! Prawdziwy anioł! Lecz Bóg miłosierny ulitował się i położył kres naszym strapieniom: pan Swidrygajłow opamiętał się, poczuł
skruchę, widocznie zrobiło mu się żal Duni i przedstawił żonie całkowity
i oczywisty dowód, że Dunia Bogu ducha winna, a mianowicie: list, który
Dunia, zanim jeszcze Marfa Pietrowna zaszła ich w ogrodzie, była
zmuszona napisać i przesłać mu, ażeby uchylić osobiste rozmowy i potajemne schadzki, których się napierał, a który to list po wyjeździe
Dunieczki pozostał w ręku pana Swidrygajłowa. W tym liście wyrzucała mu
jak najgoręcej i z wielkim oburzeniem właśnie jego nieszlachetny
stosunek do Marfy Pietrowny, kładąc mu przed oczy, że przecie jest ojcem
i małżonkiem, i wreszcie, że jaka to podłość z jego strony - nękać i unieszczęśliwiać już i tak nieszczęśliwą bezbronną dziewczynę. Słowem,
kochany mój Rodia, list ten jest napisany tak szlachetnie i wzruszająco,
żem się spłakała przy czytaniu, a i dotychczas nie mogę go czytać bez
łez. Ponadto na usprawiedliwienie Duni złożyły się zeznania służby,
która, jak to zwykle bywa, widziała i wiedziała daleko więcej, niż sobie
wyobrażał sam Swidrygajłow, Marfa Pietrowna "była piorunem rażona", jak
sama nam wyznała, ale za to upewniła się zupełnie o niewinności
Dunieczki i zaraz nazajutrz, w niedzielę, przyjechała wprost do soboru,
gdzie na klęczkach i ze łzami w oczach błagała Najświętszą Pannę o siły
do zniesienia tego nowego dopustu i do spełnienia obowiązku. Potem
prosto z soboru, do nikogo nie wstępując, przyjechała do nas,
opowiedziała nam wszystko, spłakała gorzko i z wielką skruchą brała
Dunię w objęcia, prosząc o przebaczenie. Tegoż poranku, bez żadnej
zwłoki, prosto od nas udała się do wszystkich domów w mieście i wszędzie
w słowach dla Dunieczki najpochlebniejszych, wylewając łzy, stwierdzała
jej niewinność, szlachetność jej serca i postępowania. Nie dość tego:
pokazywała wszystkim i głośno odczytywała własnoręczny list Dunieczki do
Swidrygajłowa, a nawet kazała porobić odpisy (co już uważam za
przesadę). Tak więc była zmuszona kilka dni z rzędu objeżdżać wszystkich
w mieście, bo niektórzy czuli się dotknięci, że dała innym
pierwszeństwo, i w ten sposób powstała cała kolejka, tak że w każdym
domu już z góry wiedziano, iż takiego to dnia Marfa Pietrowna będzie tam
odczytywała ten list, i na każde czytanie zbierali się nawet ci, co ten
list już kilka razy słyszeli i u siebie, i u znajomych, kolejno. Ja
uważam, że bynajmniej, bynajmniej nie wszystko to było potrzebne, ale
taka już jest Marfa Pietrowna. No, ale przynajmniej w pełni zwróciła
Dunieczce honor, a cała szkarada tej sprawy legła niezatartym piętnem
hańby na jej mężu, jako głównym winowajcy, tak że nawet mi go szkoda: aż
za surowo postąpiono z tym postrzeleńcem. Duni zaraz zaczęto proponować
lekcje w niektórych domach, ale odmówiła. W ogóle zaczęto ją naraz
traktować ze szczególnym szacunkiem. To wszystko w znacznym stopniu
przyczyniło się do tego nieoczekiwanego zdarzenia, które teraz, że tak
powiem, zmienia cały nasz los. Dowiedz się, drogi mój Rodia, że o Dunię
zaczął się starać kawaler i że już nawet są po słowie, o czym też
śpieszę zakomunikować Ci co rychlej. I chociaż to się zdecydowało bez
poradzenia się Ciebie, jednak przypuszczam, że nie będziesz miał żalu
ani do mnie, ani do siostry, bo zaraz się przekonasz, żeśmy żadnym
sposobem nie mogły czekać i odkładać aż do otrzymania odpowiedzi od
Ciebie. Zresztą i Ty byś nie zdołał z daleka wszystkiego szczegółowo
rozważyć. Więc słuchaj, jak to było. On już jest radcą dworu - Piotr
Pietrowicz Łużyn, daleki krewny Marfy Pietrowny, która niemało
przyczyniła się do tej rzeczy. Zaczął od tego, że poprzez nią wyraził
życzenie zawarcia z nami znajomości; myśmy go przyjęły jak należy,
poczęstowałyśmy go kawą, a już nazajutrz nadesłał list, w którym bardzo
grzecznie się oświadczył i prosił o szybką i stanowczą odpowiedź.
Człowiek to poważny, ma wiele zajęć i pilno mu teraz do Petersburga, tak
że każda chwila jest mu droga. Ma się rozumieć, byłyśmy zrazu zupełnie
oszołomione, ponieważ to wszystko stało się bardzo nagle i niespodzianie. Naradzałyśmy się obydwie i namyślały przez cały dzień.
Człowiek to budzący zaufanie, majętny, ma dwie posady i już odłożył
spory grosz. Co prawda ma już czterdzieści pięć lat, ale jest dosyć
miłej powierzchowności i jeszcze może się podobać kobietom, i w ogóle
człowiek to bardzo solidny, przyzwoity, tylko że troszeczkę posępny i jak gdyby wyniosły. Ale może to tylko tak się wydaje na pierwszy rzut
oka. Uprzedzam Cię, kochany Rodia, kiedy się z nim zobaczysz w Petersburgu, co stanie się bardzo niedługo, nie sądź go zbyt pochopnie,
jak to masz w zwyczaju, o ile przy pierwszym spotkaniu coś Ci się w nim
niezupełnie spodoba. Mówię to na wszelki wypadek, choć jestem pewna, że
wywrze na Tobie wrażenie dodatnie. Bo też w ogóle, chcąc kogoś poznać
należycie, trzeba zbliżać się do niego stopniowo i ostrożnie, żeby nie
wpaść w pomyłkę i uprzedzenie, które później bardzo trudno naprawić i zatrzeć. A Piotr Pietrowicz - przynajmniej z wielu oznak sądząc -
całkowicie zasługuje na szacunek. Zaraz za pierwszą bytnością oświadczył
nam, że jest człowiekiem solidnym, lecz pod niejednym względem podziela,
jak sam się wyraził, "zapatrywania naszej nowej generacji" i jest
wrogiem wszelkich przesądów. Dużo mówił też innych rzeczy, gdyż jest jak
gdyby cokolwiek próżny i bardzo lubi, żeby go słuchano, ale to przecie
nieznaczna przywara, prawda? Ja, oczywiście, mało co zrozumiałam, lecz
Dunia mi wytłumaczyła, że człowiek to, chociaż bez wielkiego
wykształcenia, ale rozumny i, zdaje się, dobry. Znasz usposobienie
siostry, Rodia. To dziewczyna rozsądna, dla siebie surowa, dziewczyna
cierpliwa i wielkoduszna, choć serca zapalczywego, które tak dobrze
poznałam. Ma się rozumieć, ani z jej, ani z jego strony szczególniejszej
miłości tu nie ma, lecz Dunia jest nie tylko dziewczyną mądrą, ale także
istotą szlachetną jak anioł i ma sobie za powinność zapewnić szczęście
mężowi, który by ze swej strony dbał o jej szczęście, o tym zaś wątpić
nie mamy na razie większych powodów, chociaż, co tu gadać, trochę za
prędko to poszło. Na dobitkę człowiek to bardzo roztropny i, naturalnie,
sam pozna, że jego własne szczęście małżeńskie będzie tym pewniejsze, im
lepiej będzie z nim Dunieczce. A że tam jakieś drobne usterki
charakteru, jakieś zadawnione nawyki czy nawet pewna rozbieżność
poglądów (czego przecież i w najbardziej dobranych stadłach nie da się
uniknąć), to na ten temat Dunieczka powiedziała mi sama, że polega na
sobie; że nie ma się o co frasować i że ona potrafi dużo znieść, pod
warunkiem, żeby przyszłe pożycie było uczciwe i prawe. Na przykład on mi
się z początku wydał jakby trochę szorstki; ale to wszak może pochodzić
właśnie stąd, że jest człowiekiem prostolinijnym; tak, na pewno stąd. Na
przykład za drugą wizytą, już mając jej zgodę, wyraził się w trakcie
rozmowy, że już dawniej, przed poznaniem Duni, postanowił sobie poślubić
pannę uczciwą, ale bez posagu, i tylko taką, która zakosztowała biedy;
bo, jego zdaniem, mąż nie powinien nic zawdzięczać żonie i daleko jest
lepiej, jeżeli żona uważa męża za swego dobroczyńcę. Dodam, że on to
wysłowił nieco miękcej i łagodniej, niż ja napisałam, bo dokładne jego
zwroty wyleciały mi z głowy, zapamiętałam tylko sens, a przy tym
powiedział to wcale nie z rozmysłu - widocznie wyrwało mu się w zapale
konwersacji, tak że później starał się nawet sprostować i złagodzić, tak
czy owak, mnie się to wydało jakby trochę szorstkim i później mówiłam o tym Duni. Lecz ona z niezadowoleniem odpowiedziała, że "co innego słowa,
co innego czyny" - i, naturalnie, miała świętą rację. Przed powzięciem
decyzji Dunieczka nie spała całą noc i sądząc, że ja już śpię, wstała z łóżka i całą noc chodziła po pokoju; wreszcie uklękła, długo i gorąco
modliła się przed obrazem, a nazajutrz rano oświadczyła mi, że się
zdecydowała.
Wspomniałam Ci już, że Piotr Pietrowicz udaje się do Petersburga. Ma tam
duże interesy, chce otworzyć w Petersburgu publiczną kancelarię
adwokacką. Od dawna chodzi koło różnych pozwów i podań i właśnie
ostatnio wygrał jeden znaczniejszy proces. Do Petersburga musi teraz
koniecznie pojechać i dlatego, że ma w senacie jedną poważną sprawę. Tak
więc, drogi mój Rodia, on i Tobie może być wielce pomocny w niejednym, a właściwie we wszystkim, i myśmy obie z Dunią umyśliły sobie, że już z dniem dzisiejszym mógłbyś rozpocząć na dobre swoją przyszłą karierę i uważać dalsze swoje losy za wyraźnie wytknięte. Och, gdybyż to się
ziściło! Byłoby to takie wspaniałe, że trzeba by to uznać za
szczególniejszą nad nami opiekę Wszechmocnego. Dunia o niczym innym nie
marzy. Wzięłyśmy na odwagę i już powiedziałyśmy Piotrowi Pietrowiczowi
kilka słów w tej mierze. Odpowiedział oględnie, zaznaczając, że
ponieważ, naturalnie, on sobie nie da rady bez sekretarza, więc, ma się
rozumieć, lepiej jest płacić pensję nie obcemu, tylko krewniakowi, o ile
ten okaże zdolności (Ty byś miał nie okazać zdolności!), lecz od razu
zastrzegł się, że ma obawy, czy studia uniwersyteckie zostawią Ci dosyć
czasu na pracę w jego biurze. Na tym się na razie skończyło, ale Dunia
obecnie o niczym innym nie myśli. Teraz, od kilku dni, jest jak w gorączce i ułożyła sobie cały plan, że w przyszłości możesz zostać
współpracownikiem, a nawet wspólnikiem Piotra Pietrowicza w jego
sprawach sądowych, tym bardziej że jesteś na wydziale prawniczym. Ja
zaś, Rodia, całkiem się z nią zgadzam i podzielam wszystkie jej plany i nadzieje, które wydają mi się zupełnie realne; bez względu więc na
obecną, całkiem zrozumiałą powściągliwość Piotra Pietrowicza (gdyż on
Ciebie jeszcze nie zna), Dunia jest przekonana, że dopnie wszystkiego
przez swój dobry wpływ na przyszłego męża, i jest tego pewna. Ma się
rozumieć, aniśmy napomknęły Piotrowi Pietrowiczowi o tych dalszych
naszych marzeniach, a szczególnie o tym, że będziesz jego wspólnikiem.
Jest człowiekiem solidnym, więc mógłby to przyjąć bardzo obojętnie,
ponieważ wszystko wydawałoby mu się czczym rojeniem. Podobnie obie z Dunią nie puściłyśmy pary z ust o naszej niezłomnej nadziei, że on nam
pomoże zasilać Cię pieniężnie, dopóki jesteś na uniwersytecie. Nie
wspomniałyśmy o tym dlatego, że po pierwsze, to się zrobi samo przez się
w przyszłości, i Piotr Pietrowicz na pewno bez próżnego gadania sam to
zaproponuje (tego by tylko brakowało, żeby odmówił Dunieczce!),
zwłaszcza że możesz się stać jego prawą ręką w kancelarii i otrzymać od
niego tę zapomogę nie jako dobrodziejstwo, ale jako należne Ci
wynagrodzenie. Tak właśnie Dunieczka chce to urządzić, ja się z nią
zupełnie zgadzam. Po wtóre, nie wspominałyśmy o tym dlatego, że ogromnie
chciałabym postawić Ciebie, przy waszym rychłym spotkaniu, na równej z nim stopie. Gdy mu Dunia mówiła o Tobie z entuzjazmem, odrzekł, że
każdego człowieka trzeba naprzód obejrzeć samemu jak najskrupulatniej,
żeby móc o nim sądzić, i że zamierza, poznawszy Ciebie, urobić sobie
własny sąd. Wiesz co, mój złocisty? Mnie się zdaje z różnych względów
(które zresztą bynajmniej nie dotyczą Piotra Pietrowicza, lecz ot tak
sobie, dla różnych moich własnych, osobistych, może nawet starczych
babskich kaprysów) - mnie się zdaje, że może lepiej zrobię, jeżeli po
ich pobraniu się zamieszkam osobno, tak jak teraz, a nie razem z nimi.
Jestem przeświadczona, że będzie na tyle szlachetny i delikatny, iż sam
mnie zaprosi i zaproponuje, bym się już nie rozstawała z córką, a jeżeli
dotychczas nie mówił o tym, to naturalnie dlatego, że to się rozumie bez
słów; ale ja odmówię. Już nieraz w życiu widziałam, że teściowe
niekoniecznie przypadają zięciom do gustu, ja zaś nie tylko nie chcę być
nikomu najmniejszym nawet ciężarem, ale też i dla siebie pragnę zupełnej
swobody, dopóki mam własny kawałeczek chleba, no i takie dzieci jak Ty i Dunieczka. Jeżeli to będzie możliwe, zamieszkam w pobliżu obojga - bo,
Rodia, rzecz najprzyjemniejszą odłożyłam na sam koniec listu. Otóż
dowiedz się, mój najmilszy, że może w bardzo już krótkim czasie spotkamy
się i uściskamy wszyscy troje po trzyletniej prawie rozłące! Już
postanowiono na pewno, że ja i Dunia jedziemy
do Petersburga, kiedy mianowicie - nie wiem, lecz w każdym razie bardzo,
bardzo niedługo, może nawet za tydzień. Wszystko zależy od decyzji
Piotra Pietrowicza, który natychmiast po rozejrzeniu się w Petersburgu
da nam znać. Z pewnych względów chciałby możliwie przyśpieszyć ceremonię
ślubu i gdyby się udało - wyprawić wesele już teraz, w mięsopuście,
jeśli zaś tego się nie da zrobić wskutek zbyt krótkiego terminu, no to
zaraz po Uspieńskim poście4. Och, cóż to będzie za szczęście
przytulić Cię do serca! Dunia nie posiada się z radości na myśl o zobaczeniu Ciebie i kiedyś powiedziała mi żartem, że choćby dlatego
wyszłaby za Piotra Pietrowicza. To anioł! Dzisiaj nie dopisuje się do
tego listu, tylko kazała mi napisać, że ma z Tobą tyle, tyle do
pomówienia, iż teraz pióro wypada jej z ręki, bo w kilku linijkach nic
powiedzieć nie można, tylko bez potrzeby człowiek się zdenerwuje; kazała
uściskać Cię mocno i przesłać Ci od niej sto tysięcy pocałunków. Lecz
chociaż może bardzo już niedługo zobaczymy się osobiście, ja Ci w najbliższych dniach prześlę, ile tylko będę mogła, pieniędzy. Teraz,
kiedy się wszyscy dowiedzieli, że Dunieczka wychodzi za Piotra
Pietrowicza, mój kredyt wzrósł raptownie i nie wątpię, że teraz Afanasij
Iwanowicz zgodzi się dać mi na rachunek emerytury do siedemdziesięciu
pięciu rubli, tak że, być może, prześlę Ci ze dwadzieścia pięć rubli
albo i trzydzieści. Posłałabym i więcej, ale boję się, czy wystarczy na
koszta podróży. I chociaż Piotr Pietrowicz był tak poczciwy, że wziął na
siebie część wydatków związanych z naszą jazdą do stolicy, a mianowicie,
sam się ofiarował własnym sumptem przewieźć nasz bagaż i duży kufer (ma
jakieś możliwości przez znajomych), lecz i tak musimy coś mieć, bo nie
można przyjechać do Petersburga bez grosza, trzeba coś mieć przynajmniej
na pierwsze dni. Zresztą myśmy z Dunieczką już wszystko obmyśliły
najdokładniej i wypadło, że podróż wyniesie niewiele. Do stacji
kolejowej mamy zaledwie dziewięćdziesiąt wiorst i na wszelki wypadek
jużeśmy umówiły jednego znajomego chłopka-woźnicę; a dalej sypniemy
sobie z Dunieczką trzecią klasą. Toteż może prześlę Ci nie dwadzieścia
pięć rubli, tylko na pewno trzydzieści wysupłam.
Ale basta; dwa arkusze zapisałam szczelnie i już nie ma miejsca; cała
nasza historia; ale bo też tyle nagromadziło się wydarzeń! A teraz, mój
Ty najdroższy, ściskam Cię, do rychłego zobaczenia, i przesyłam Ci swoje
macierzyńskie błogosławieństwo. Rodia, kochaj Dunię, siostrę swoją;
kochaj tak, jak ona Ciebie kocha, i wiedz, że ona Cię kocha
bezgranicznie, więcej niż siebie samą. To anioł, Rodia; Ty zaś - Tyś
nasze wszystko, nasza nadzieja i cała otucha. Bądź tylko szczęśliwy, a i my będziemy szczęśliwe. Rodia, czy Ty się po dawnemu modlisz i czy
wierzysz w nieskończoną dobroć Stwórcy i Zbawiciela naszego? Drży moje
serce, czy i Tyś się nie zaraził modną dzisiaj niewiarą? Jeżeli tak, to
ja się za Ciebie modlę. Przypomnij sobie, kochany, jak w dzieciństwie,
jeszcze za życia ojca, szczebiotałeś paciorek na moich kolanach i jacyśmy wtedy byli wszyscy szczęśliwi! Żegnaj, a raczej do widzenia! Ściskam Cię mocno, mocno i całuję niezliczoną ilość
razy.
Twoja do grobu
Pulcheria Raskolnikowa".
W trakcie całego prawie czytania listu, od pierwszych słów, Raskolnikow
miał twarz mokrą od łez; lecz kiedy skończył, twarz ta była blada,
ściągnięta skurczem, a ponury, śledzienniczy, zły uśmiech wykrzywił mu
wargi. Legł z głową na płaskiej, wybrudzonej poduszce, i myślał, długo
myślał. Mocno biło mu serce, mocno burzyły się jego myśli. Wreszcie
zrobiło mu się duszno i ciasno w tej żółtej izdebce, podobnej do szafy
czy skrzyni. Wzrok i myśli domagały się przestrzeni. Porwał kapelusz i wyszedł, tym razem już nie obawiając się żadnego spotkania na schodach:
wyleciało mu to z pamięci. Skierował się w stronę Wyspy Wasiliewskiej
poprzez W-ski Prospekt, jakby śpiesząc tam w pilnej sprawie, lecz swoim
zwyczajem szedł, nic nie widząc, szepcząc do siebie, a nawet głośno
gadając, czym wielce zadziwiał przechodniów. Wielu brało go za pijanego.
IV
List matki znękał go. Lecz co do najważniejszego, kapitalnego punktu -
nie wahał się ani chwili, nawet w trakcie odczytywania listu. Co się
tyczy istoty rzeczy, decyzja już w nim zapadła, decyzja nieodwołalna:
"Ten ślub nie odbędzie się, dopóki ja żyję, i niech diabli porwą pana
Łużyna!".
"Bo to jest rzecz oczywista - mruczał w duchu, uśmiechając się i ze
złośliwym tryumfem przewidując sukces swego postanowienia. - Nie, mamo,
nie, Duniu, na plewy mnie nie weźmiecie!... A jeszcze przepraszają, że
nie zasięgnęły mojej rady i powzięły decyzję beze mnie! Dobre sobie! Są
pewne, że teraz już klamka zapadła; ano zobaczymy, zapadła czy nie
zapadła! I co za przepyszne tłumaczenie: Piotr Pietrowicz ma takie
interesy, takie interesy, że nawet ożenić się nie może inaczej, tylko
łapu-capu, omalże nie w pociągu. Nie, Dunieczko, ja wszystko widzę i wiem, o czym to masz ze mną tyle, tyle do mówienia; wiem także, o czym myślałaś, całą noc
chodząc po pokoju, i o co się modliłaś przed Matką Boską Kazańską, która
stoi w maminej sypialni. Bo na Golgotę wstąpić niełatwo. Hm... A więc
postanowiono nieodwołalnie: Awdotia Romanowna wychodzi za wyznawcę
racjonalizmu, za człowieka interesów, który ma kapitalik (już ma
kapitalik - to brzmi solidniej, bardziej imponująco), który ma dwie
posady i który podziela zapatrywania naszej nowej generacji (jak pisze
mama), wreszcie który "zdaje się, jest dobry", jak to zauważyła sama
Dunieczka. To zdaje się jest najparadniejsze! I taż sama Dunieczka za owo
zdaje się idzie za mąż... Wyborne! Wyborne!
...Swoją drogą, jestem ciekaw, po co mi mama napisała o "nowej
generacji"? Czy po prostu dla charakterystyki osoby, czy z ukrytym
zamiarem zjednania mnie panu Łużynowi? O przebiegłości! Warto by
wyjaśnić jeszcze jedną okoliczność: w jakiej mierze one były ze sobą
szczere owego dnia i owej nocy oraz w całym okresie następnym? Czy padły
między nimi wszystkie słowa, czy też obie
zrozumiały, że jedna i druga ma to samo na sercu i na myśli, tak że już
nie ma o czym mówić głośno, bo jeszcze człowiek gotów się wygadać.
Przypuszczam, że po części tak właśnie było. Z listu to widać: mamie on
się wydał szorstki - troszeczkę -
więc w naiwności ducha poszła do Duni jak w dym ze swymi
spostrzeżeniami. A Dunia, rzecz prosta, rozgniewała się i "odparła z niezadowoleniem"! Ja myślę, każdy by się wściekł, kiedy i bez naiwnych
uwag sprawa jest jasna jak dzień i kiedy człowiek postanowił, że nie ma
o czym gadać. I dlaczego pisze mi: "Rodia, kochaj Dunię, ona ciebie
kocha więcej niż siebie samą"? Czyżby i mamę ruszyło sumienie, że
zgodziła się poświęcić córkę dla syna? "Tyś nasza nadzieja, tyś nasze
wszystko!". Oj, mamusiu!...".
Coraz gwałtowniej wrzał w nim gniew i gdyby w tej chwili spotkał pana
Łużyna, gotów byłby go zabić!
"Hm, to prawda - ciągnął dalej, idąc za biegiem myśli, które w pędzie
kołowały mu w głowie - to prawda, że do człowieka "trzeba się zbliżać
stopniowo i ostrożnie, by go poznać"; ale pan Łużyn jest aż nadto
przejrzysty. Grunt, że to "człowiek interesu i, zdaje
się, dobry". Nie
byle co: wziął na siebie przewiezienie bagażu i dużego kufra! Więc czyż
nie dobry? One zaś obie, narzeczona i matka, umówiły sobie chłopka-woźnicę i furkę
przykrytą rogożą (przecie i ja tak jeździłem)! To nic! Wszak to tylko
dziewięćdziesiąt wiorst, "a dalej sypniemy sobie trzecią klasą" tysiąc
wiorstek. Bardzo rozsądnie: wedle stawu grobla; ale co pan na to, panie
Łużyn, hm? Przecie to pańska narzeczona... I pan nie mógł nie wiedzieć,
że matka na tę podróż zapożycza się pod zastaw emerytury? Naturalnie,
macie wspólny obrót handlowy, przedsiębiorstwo oparte na obopólnych
korzyściach i na równych udziałach, więc też i rozchody po połowie; jak
w przysłowiu: chleb i sól - razem, tytoń - każdy dla siebie. Ale i tu
człowiek interesu z lekka je naciągnął: przewóz bagażu kosztuje taniej
niż ich przejazd, a jak dobrze pójdzie, to i za darmochę. Więc jakże?
Czy one tego nie widzą, czy też umyślnie zamykają oczy? A w dodatku są
zadowolone, dalibóg! I pomyśleć, że to dopiero początek; że im dalej w las, tym więcej drzew! Bo o co mi chodzi? Mniejsza o skąpstwo, mniejsza
o liczykrupstwo, grunt to ten ton wszystkiego. Przecie to zapowiedź tonu
późniejszego, tonu po ślubie... I z jakiej to racji mama się zrobiła
taka szczodra? Z czym przybędzie do Petersburga? Z trzema rubelkami, czy
z dwoma "papierkami", jak mówi... tamta... starucha... hm! Na co liczy,
z czego zamierza żyć w Petersburgu? Przecie na podstawie jakichś oznak
już zrozumiała, że z Dunią nie będzie mogła mieszkać po jej
zamążpójściu, nawet na początek. Przyjemniaczek widocznie wygadał się, dał poznać po sobie, choć mama się tego wypiera z całych sił: "Ja sama odmówię". Więc na co i na kogo liczy? Na sto
dwadzieścia rubli emerytury, z potrąceniem należności Afanasija
Iwanowicza? Robi na drutach jakieś tam zimowe chusteczki, wyszywa
mankieciki, psuje swoje stare oczy. Ale chusteczki dodają do owych stu
dwudziestu rubli wszystkiego dwadzieścia rubli na rok, przecież wiem.
Więc mimo wszystko rachuje na szlachetne uczucia pana Łużyna: "Sam
zaproponuje, będzie się napraszał". Nadstawiaj kieszeni! I to zawsze tak
bywa z tymi Schillerowskimi pięknoduchami: do ostatniej chwili stroją
człowieka w pawie piórka, do ostatniej chwili oczekują dobra, nie zła; i choć przeczuwają drugą stronę medalu, za nic w świecie nie powiedzą
sobie prawdy zawczasu; skręcają się na samą taką myśl; oburącz opędzają
się prawdzie - aż do momentu, gdy upiększony przez nich człowiek
własnoręcznie puści im fimfę w nos. Ciekawe, czy pan Łużyn ma ordery?
Założę się, że ma w butonierce Annę i że ją wkłada, idąc na obiad do
przedsiębiorców lub kupców. Pewno i na swój ślub ją włoży! Zresztą, pal
go diabli!...
...No, mama jak mama, Bóg z nią, taka już jest; lecz jakże Dunia?
Dunieczko, kochanie, przecie ja cię znam! Przecie miałaś już dwudziesty
rok, kiedyśmy się widzieli ostatnio: już wtedy cię rozgryzłem. Mama
pisze, że "Dunieczka wiele potrafi znieść". Ja to wiedziałem, moja pani.
Ja to wiedziałem już półtrzecia roku temu i od tego czasu przez dwa i pół roku o tym myślałem, o tym właśnie, że "Dunieczka wiele znieść
potrafi". Skoro potrafiła znieść pana Swidrygajłowa, z całym
dobrodziejstwem inwentarza, to już wystarczający dowód, że istotnie
potrafi znieść wiele. A teraz ubrdały sobie z mamą, że można znieść
również i pana Łużyna, który wykłada teorię o zaletach żon wyciągniętych
z nędzy i wszystko mężom zawdzięczających, a na dobitkę wykłada to omal
że nie przy pierwszej bytności. Ha, przypuśćmy, że się "wygadał", choć
to wyznawca racjonalizmu (wobec czego sądzę jednak, że wcale się nie
wygadał, lecz, owszem, chciał od razu postawić rzecz jasno); ale Dunia,
Dunia? Przecie ona go widzi na wylot, przecie z tym człowiekiem ma żyć.
Wiem, że ona się raczej zgodzi jeść tylko czarny chleb i popijać wodą,
niż zaprzedać duszę; a swej moralnej niezależności nie odda za żadne
wygody życiowe; za księstwo udzielne, za cały Szlezwik-Holsztyn jej nie
odda, cóż dopiero za pana Łużyna. Nie, Dunia była nie taka, o ile ją
znałem, no i... na pewno nie zmieniła się i teraz. Swidrygajłowowie są
ciężcy, ani słowa!... Ciężko jest za dwieście rubli rocznie całe życie
kołatać się jako guwernantka od dworu do dworu, ale ja i tak wiem, że
moja siostra raczej służyłaby jak Murzynka u plantatora, jak Łotyszka u bałtyckiego Niemca, niżby upodliła swą duszę i poczucie moralne
związkiem z człowiekiem, którego nie szanuje i z którym nic nie ma
wspólnego - związkiem na wieki, jedynie dla swej osobistej korzyści!
Chociażby pan Łużyn był ze szczerego złota, chociażby był z jednego
brylantu, ona i wtedy nie zgodzi się zostać prawną nałożnicą pana
Łużyna! Więc czemuż teraz się zgadza? W czym tu sęk? Gdzie rozwiązanie
tej zagadki? Sprawa prosta jak drut: nie sprzedałaby siebie dla własnej
wygody, nawet dla ocalenia siebie od śmierci, lecz dla kogo innego -
gotowa się sprzedać! Sprzeda się dla miłego, dla ubóstwianego człowieka!
W tym też tkwi cały sęk: dla brata, dla matki zaprzeda siebie, zaprzeda
wszystko! O, tutaj, w razie konieczności, gotowiśmy wziąć w łyka nasze
poczucie moralne; naszą wolność, spokój, nawet sumienie - wszystko,
wszystko poniesiemy na targ. Niechaj przepada życie, byleby tylko te
nasze najukochańsze istoty były szczęśliwe. Nie dość tego: wynajdziemy
własną kazuistykę, sięgniemy po naukę do jezuitów i na pewien czas, kto
wie, uspokoimy sami siebie, wmówimy sobie, że właśnie tak być powinno,
bo cel jest dobry. Oto jacy jesteśmy - wszystko tu jasne jak dzień.
Jasne, że tym, o kogo tu chodzi, kto stoi na pierwszym planie, jest nie
kto inny, tylko Rodion Romanowicz Raskolnikow. Bo i jakże? Dunia może mu
stworzyć szczęście, łożyć na jego uniwersytet, zrobić współwłaścicielem
kancelarii, zapewnić mu karierę; niewykluczone, że w przyszłości będzie
bogaczem, umrze zaś jako człowiek szanowany, honorowany, może nawet
sławny! Matka? Matce chodzi o Rodię, nieoszacowanego Rodię, o pierworodne dziecię! Czyż można dla takiego pierworodnego nie poświęcić
nawet takiej córki? O miłe, o niesprawiedliwe serca! Ha, w razie czego
gotowiśmy się zgodzić nawet na los Sonieczki! Sonieczka, Sonieczka
Marmieładowa, wiekuista Sonieczka, dopóki świat światem! Ale czyście w pełni zgłębiły tę ofiarę? Co? Czy sił wystarczy? Czy to pożyteczne?
Rozsądne? Czy wiesz, Dunieczko, że los Soni zgoła nie jest gorszy od
losu przy boku pana Łużyna? "O miłości nie ma tu mowy" - pisze mama.
Dobrze, ale jeśli nie tylko o miłości, lecz i o szacunku nie ma mowy, a za to już teraz jest odraza, pogarda, wstręt - cóż wtedy? Wtedy się
okaże, że trzeba będzie "dbać o schludność". Może nie?
Czy rozumiesz, czy rozumiesz, co oznacza owa "schludność"? Czy rozumiesz, że
schludność Łużynowska jest tym samym co i schludność Sonina, a może
nawet gorsza, plugawsza, podlejsza, bo mimo wszystko ty, Dunieczko,
rachujesz jednak na pewną nadwyżkę zbytku, a tam idzie po prostu o uniknięcie śmierci głodowej! Drogo, drogo, Dunieczko, kosztuje
schludność owa! A jeżeli później nie starczy ci sił? Jeżeli pożałujesz?
Ileż wtedy bólu, smutku, przekleństw, łez w ukryciu! Bo jednak ty nie
jesteś Marfą Pietrowną. A co będzie wtedy z matką? Wszak ona już dziś
jest niespokojna, już dziś się trapi; a wtedy, gdy wszystko przejrzy?
No, a ze mną?... Na litość boską, co ty sobie o mnie myślisz? Nie chcę
twojej ofiary, Dunieczko, nie chcę, mamusiu! To się nie stanie, póki ja
żyję, nie stanie, nie stanie! Nie przyjmuję!".
Ocknął się nagle i zatrzymał.
"Nie stanie? A cóż ty zdziałasz, żeby to się nie stało? Zabronisz? A czy
masz prawo po temu? Co możesz im przyrzec ze swej strony, ażeby posiąść
takie prawo? Może obiecasz im poświęcić całą swą przyszłość, całe życie?
Gdy ukończysz nauki i otrzymasz posadę? Jużeśmy to słyszeli, ale to przecie gołąb na sęku,
a co dziś? Toż tutaj trzeba coś zrobić natychmiast, rozumiesz czy nie
rozumiesz? A co ty teraz robisz? Siedzisz im na karku. Skąd one biorą
pieniądze? Pod zastaw sturublowej emerytury, pod zastaw znajomości z panami Swidrygajłowami! A w jaki sposób ty je obronisz od
Swidrygajłowów, od Afanasija Wachruszyna, przyszły milionerze, Zeusie
rozrządzający ich losem? Za dziesięć lat, powiadasz? Ależ za dziesięć
lat matka zdąży oślepnąć od chusteczek, jeżeli nie od łez; zmarnieje z niedojadania. A siostra? Spróbuj się domyślić, co może stać się z siostrą za dziesięć lat albo w ciągu tych lat dziesięciu? Domyśliłeś
się?".
Tak oto dręczył się i jątrzył tymi pytaniami, nawet z pewną lubością.
Zresztą nie były to pytania nowe ani nagłe, lecz owszem, dawne, dobrze
znane, bolesne. Już dawno zaczęły go nękać i stargały mu serce na nic.
Od niepamiętnych czasów zrodziła się w nim ta cała obecna udręka,
narastała, wzbierała, a ostatnio dojrzała i skupiła się, przybierając
kształty okropnego, dzikiego i urojonego pytania, które zamęczyło mu
serce i umysł, natrętnie żądając rozwiązania. Teraz list matki uderzył w niego jak piorun. Było jasne, że teraz należy nie utyskiwać, nie
cierpieć biernie, nie rozmyślać z bólem, że to kwestie nierozwiązalne,
lecz koniecznie coś przedsięwziąć - i to zaraz, natychmiast. Za wszelką
cenę trzeba się na coś zdecydować albo...
- Albo wyrzec się życia całkowicie! - zawołał nagle w zapamiętaniu. -
Pokornie przyjąć los, jaki się nastręczy, raz na zawsze, i stłamsić w sobie wszystko, zrzec się wszelkiego prawa do działania, życia i miłości!
"Czy pan rozumie, czy pan rozumie, panie szanowny, co to znaczy, gdy już
nie ma dokąd pójść? - przypomniało mu się znienacka wczorajsze pytanie
Marmieładowa. - Albowiem trzeba, żeby każdy człowiek miał jakiekolwiek
miejsce, dokąd by mógł pójść...".
Wzdrygnął się: pewna myśl, również wczorajsza, śmignęła mu w głowie.
Lecz drgnął nie dlatego, że śmignęła ta myśl. Przecie wiedział, przeczuwał, że "śmignie" nieuchronnie, i z góry jej czekał; a na
dobrą sprawę myśl ta bynajmniej nie była wczorajsza. Z tą jednak
różnicą, że przed miesiącem, ba, jeszcze wczoraj, była tylko majakiem,
teraz zaś... teraz ukazała się nagle nie jako majak, lecz w jakiejś
nowej, groźnej i zgoła mu jeszcze nieznanej postaci, a on nagle
uprzytomnił to sobie... Krew uderzyła mu do głowy, w oczach pociemniało.
Rozejrzał się pośpiesznie, szukał czegoś. Chciał usiąść, więc szukał
ławki; szedł zaś bulwarem K-skim. Zobaczył ławkę o sto kroków przed
sobą. Ruszył możliwie najprędzej, lecz po drodze przytrafiła mu się
drobna przygoda, która na kilka minut pochłonęła całą jego uwagę.
Wypatrując ławeczki, zauważył o jakie dwadzieścia kroków przed sobą
idącą kobietę, ale zrazu nie zwrócił na nią uwagi, jak nie zwracał jej
dotychczas na żadne otaczające go przedmioty. Na przykład wielokrotnie
mu się zdarzało wrócić do domu i zupełnie nie pamiętać, którędy szedł, i już się przyzwyczaił tak chodzić. Jednak w tej kobiecie było coś tak
dziwnego, coś tak rzucającego się w oczy od pierwszego spojrzenia, że
stopniowo uwaga Raskolnikowa zaczęła do niej przywierać - z początku
niechętnie i jakby opornie, potem coraz mocniej a mocniej. Zapragnął
naraz zrozumieć, co mianowicie jest w tej kobiecie takie dziwne? Po
pierwsze, ta prawdopodobnie dziewczyna, i to bardzo młodziutka, szła w taki skwar bez kapelusza, bez parasolki i bez rękawiczek, jakoś
śmiesznie kołysząc rękami. Miała na sobie sukienkę z lekkiego jedwabiu -
"materialną" - lecz i ta sukienka była cudacznie włożona, ledwie
pozapinana, a z tyłu, w pasie, gdzie się zaczyna spódnica, rozdarta tak,
że cały strzęp odstawał i fruwał. Na gołą szyję miała narzuconą
chusteczkę, lecz i ta sterczała jakoś krzywo, bokiem. Na domiar
dziewczyna szła niepewnie, potykając się i nawet zataczając. To
spotkanie pobudziło wreszcie całą uwagę Raskolnikowa. Zetknął się z dziewczyną tuż przy ławce, lecz ona, zaledwie dotarłszy do ławki, padła
na nią w kąciku, odrzuciła głowę na oparcie i zamknęła oczy, widocznie
wyczerpana do ostateczności. Spojrzawszy na nią, pojął od razu, że jest
zupełnie pijana. Dziwny i niesamowity widok. Przyszło mu nawet do głowy,
że może się pomylił. Miał przed sobą twarz młodziuteńką, twarz
dziewczyny szesnasto- lub może dopiero piętnastoletniej - drobną,
okoloną włosami blond, ładniutką, lecz rozpaloną i jak gdyby obrzmiałą.
Zdaje się, że dziewczyna była już ledwie przytomna, zarzuciła nogę na
nogę, wystawiając ją przy tym na widok znacznie ponad utarte zwyczaje;
wszystko wskazywało, że nie zdaje sobie sprawy, iż jest na ulicy.
Raskolnikow nie usiadł i nie chciał odejść; ot, stał przed nią
zafrasowany. Na tym bulwarze było zawsze pusto; teraz zaś, o drugiej po
południu i w taki upał, nie było prawie żywej duszy. A tymczasem opodal,
o jakie piętnaście kroków, na krawężniku bulwaru zatrzymał się jeszcze
jeden jegomość, który najwidoczniej miał także wielką ochotę podejść do
dziewczyny, w wiadomych sobie zamiarach. Prawdopodobnie i on także
zobaczył ją z daleka i ścigał, lecz przeszkodził mu Raskolnikow. Rzucał
na niego złe spojrzenia, starając się jednak, by tego nie zauważył, i niecierpliwie oczekiwał swojej kolei, gdy uprzykrzony obdartus odejdzie.
Sprawa była jasna. Jegomość ten miał ze trzydzieści lat, był krępy,
tłuściutki - krew z mlekiem, różowe wargi, mały wąsik; ubrany był bardzo
elegancko. Raskolnikow się rozjuszył; nagle przyszła mu ochota obrazić
strojnego tłuścioszka. Na chwilę porzucił dziewczynę i podszedł do
jegomościa.
- Ej, mój panie Swidrygajłow! Czego pan tu szuka? - krzyknął, zaciskając
pięści i śmiejąc się spienionymi ze wściekłości ustami.
- Co to ma znaczyć? - ostro zapytał jegomość, marszcząc brwi i wyniośle
się dziwiąc.
- Fora ze dwora, ot, co to znaczy!
- Jak śmiesz, kanalio!...
I zamierzył się laseczką. Raskolnikow runął na niego z pięściami, nie
rozważywszy nawet, że ów krępy jegomość mógł sobie łatwo poradzić z dwoma takimi jak on. Ale w tej chwili ktoś mocno uchwycił go z tyłu.
Między nimi zjawił się stójkowy.
- Panowie, dajcież pokój, nie wolno się bić w miejscach publicznych.
Czego panu potrzeba? Coś pan za jeden? - surowo zwrócił się do
Raskolnikowa, widząc jego łachmany.
Raskolnikow przyjrzał mu się bacznie. Była to poczciwa żołnierska twarz,
z siwym wąsem i bokobrodami, o roztropnym spojrzeniu.
- Właśnie was mi potrzeba - zawołał, chwytając go za rękę. - Jestem
byłym studentem. Raskolnikow... Tego i pan może się dowiedzieć - zwrócił
się do jegomościa. - A wy chodźcie no tu, coś wam pokażę...
I pociągnął stójkowego za rękę do ławeczki.
- Patrzcie: zupełnie pijana, tylko co szła bulwarem - nie wiadomo, co za
jedna, lecz nie wygląda na zawodową. Najpewniej spojono ją gdzieś i skrzywdzono... po raz pierwszy... rozumiecie? A potem wypuszczono na
ulicę. Patrzcie, jaka rozdarta sukienka, spójrzcie, jak włożona; widać,
że ktoś ją ubierał, nie sama się ubierała, ubierały zaś ją ręce
niewprawne, męskie. To widać. A teraz spójrzcie tu: ten facet, z którym
miałem się bić, jest mi nieznany, pierwszy raz go widzę; ale on także
wziął ją na oko po drodze, przed chwilą - pijaną, nieprzytomną - i teraz
okropnie mu się chce podejść i złapać ją, ponieważ ona jest w takim
stanie, i gdzieś zawieźć!... Na pewno jest tak, jak mówię, wierzcie mi,
że się nie mylę. Sam widziałem, jak ją obserwował i śledził, tylko że mu
popsułem szyki, więc teraz czeka, żebym się wyniósł. Ot i teraz odszedł
troszeczkę, stoi, udaje, że skręca sobie papierosa... Co mamy zrobić,
żeby mu jej nie dać? Jak mamy ją odprawić do domu, zastanówcie no się!
Stójkowy w mig wszystko pojął i zmiarkował. Co do tęgiego jegomościa,
nie było co się wahać, oczywiście; lecz pozostawała dziewczyna. Stary
żołnierz pochylił się nad nią, przyjrzał badawczo i szczere współczucie
odbiło się w jego rysach.
- Ach, pożal się Boże! - rzekł, kiwając głową. - Zupełne jeszcze
dziecko. Skrzywdzili, jak amen w pacierzu. Proszę pani! - Zaczął ją
budzić. - Gdzie pani mieszka?
Dziewczyna otworzyła zmęczone, osowiałe oczy, tępo popatrzyła na
pytających i machnęła ręką.
- Słuchajcie - rzekł Raskolnikow - weźcie to (poszukał w kieszeni i znalazł dwudziestkę), zawołajcie dorożkę i każcie ją odstawić wedle
adresu. Musimy koniecznie dowiedzieć się adresu!
- Panienko, hej, panienko! - podjął stójkowy, biorąc pieniądze. - Zaraz
zawołam dorożkę i sam panienkę odwiozę. Dokąd pani każe, co? Gdzie pani
zamieszkuje?
- Od... czepcie się!... - wymamrotała dziewczyna i znowu opędziła się
ręką.
- Ach, ach, jak nieładnie! Ach, jaki wstyd, panienko, jaki wstyd! - Znów
pokiwał głową, wstydząc ją, żałując jej i oburzając się. - To mi orzech
do zgryzienia! - rzekł do Raskolnikowa, przy czym znowu obejrzał go
nieznacznie od stóp do głów. Widać i on także wydał mu się dziwny:
obszarpaniec, a szasta pieniędzmi!
- Daleko stąd znalazł ją pan? - zagadnął.
- Przecie mówię: szła przede mną, zataczając się, tu na bulwarze. Kiedy
podeszła do ławki, zaraz się zwaliła.
- Ach, jaka to teraz sromota rozpleniła się na świecie, Panie święty!
Taka smarkata, a już pijana! Skrzywdzili ją, jak Bóg w niebie! I sukienka rozdarta... Ach, co to za rozpusta dzisiaj!... Może nawet ze
szlachty, z jakiejś podupadłej... Teraz dużo takiej się namnożyło.
Wygląda mi na delikatniejszą, niby prawdziwa panienka. - I znów pochylił
się nad nią.
Może i on sam miał dorastające córki - "niby prawdziwe panienki, z tych
delikatniejszych", z pretensjami do dobrego wychowania i ze wszelkimi
nabytymi już fochami...
- Grunt - troskał się Raskolnikow - to, żeby jej nie dać temu draniowi!
Gotów do reszty ją zbezcześcić. Widać na wylot, czego mu się zachciewa;
patrzcie go, drania jednego: nie odchodzi!
Raskolnikow mówił głośno i bez ceregieli wskazywał na niego ręką. Tamten
usłyszał i chciał się rozgniewać, ale dał pokój i poprzestał na
wzgardliwym spojrzeniu. Potem wolniutko odszedł jeszcze z dziesięć
kroków i znowu przystanął.
- Nie dać mu jej, owszem, to można - odparł w zadumie były sierżant. -
Żeby tylko powiedziała, gdzie ją odstawić, no bo tak... Panienko, hej,
panienko! - Pochylił się znowu.
Wtem otworzyła oczy szeroko, uważnie spojrzała, jakby pojęła coś, wstała
z ławki i ruszyła z powrotem tam, skąd przyszła.
- Tfu, bezwstydni, czepiają się! - mamrotała, raz jeszcze opędzając się
ręką. Szła szybko, ale zataczając się jak przedtem. Elegant podążył za
nią, lecz po drugiej stronie prospektu, i nie spuszczał jej z oczu.
- Niech pan będzie spokojny, nie dam jej - stanowczo zapowiedział wąsal
i poszedł za nimi.
- Ech, jaka to teraz rozpusta! - powtórzył głośno, wzdychając.
W tej chwili jakby giez uciął Raskolnikowa; jakby go coś błyskawicznie
odmieniło.
- Hola, słuchajcie no tam! - krzyknął za odchodzącym wąsalem.
Ten się obrócił.
- Dajcie pokój! Co wam do tego? Zostawcie! Pal go licho, niech się
zabawi. - Wskazał na eleganta. - Czy to wasz interes?
Policjant nie rozumiał i wytrzeszczał na niego oczy. Raskolnikow zaniósł
się śmiechem.
- Et-et! - mruknął stójkowy, machnął ręką i podążył za gagatkiem i dziewczynką, prawdopodobnie biorąc Raskolnikowa bądź za wariata, bądź za
coś jeszcze gorszego.
- Moje dwadzieścia kopiejek wziął - ze złością bąknął Raskolnikow,
zostawszy sam. - Teraz niech weźmie również od tamtego ananasa, później
niech puści z nim dziewczynkę i na tym wszystko się skończy... Po co się
wtrącałem z pomocą! Śliczny ze mnie pomocnik, nieprawdaż? Czy ja mam
prawo pomagać? Choćby się nawzajem popołykali żywcem - co mi do tego? I kto mi pozwolił wydać te dwadzieścia kopiejek? Czyż one są moje?
Mimo tych dziwacznych słów zrobiło mu się bardzo ciężko na duszy. Usiadł
znowu na ławce. Myśli jego były w rozsypce. W ogóle trudno mu było
myśleć w tej chwili o czymkolwiek. Rad by odrętwieć do cna, zapomnieć o wszystkim, potem się obudzić i zacząć zupełnie na nowo...
- Biedne dziewczątko! - rzekł, spojrzawszy na opuszczony skraj ławki. -
Wytrzeźwieje, popłacze, potem matka się dowie... Najpierw uderzy, potem
wychłosta boleśnie i hańbiąco, a może i wypędzi... Jeżeli zaś nie
wypędzi, to i tak zwąchają różne takie Darie Francewny, no i dziewczynka
pójdzie w obroty, tędy, owędy... Zaraz potem lecznica (zawsze tak bywa z takimi, które mieszkają z bardzo uczciwymi matkami i swawolą w ukryciu
przed nimi), a potem... a potem znowu lecznica... wódka... szynczki... i znów lecznica... Po dwóch lub trzech latach - kaleka; tak że całego jej
życia, od urodzenia, będzie dziewiętnaście, może osiemnaście lat całej
parady... Czyż nie widywałem takich? A jak się to staje? Oto właśnie tak
się staje, jak tutaj... Tfu! Niech tam! Podobno tak być powinno.
Powiadają, że taki a taki procent musi rokrocznie odpadać... dokądś
tam... przypuszczalnie do diabła, ażeby reszcie nie przeszkadzać i tę
resztę odświeżać. Procent! Jak Boga kocham, oni mają doskonałe
słóweczka, takie uspokajające, naukowe. Skoro padł termin: procent, więc
widocznie nie ma się czym turbować. Gdyby użyć innego słowa, a, to inna
sprawa... i wówczas, być może, wyglądałoby to mniej przyjemnie... A jeżeli, na psa urok, Dunieczka również procent zasili?... Nie ten, to
inny?...
"Ale dokąd ja idę? - pomyślał nagle. - Dziwne. Przecie szedłem w jakimś
celu. Zaraz po przeczytaniu listu wyruszyłem... Aha, już wiem: szedłem
na Wyspę Wasiliewską, do Razumichina; teraz... przypomniałem sobie.
Dobrze, ale po co? Czemu właśnie teraz strzeliło mi do głowy, żeby pójść
do Razumichina? To ciekawe".
Dziwił się sobie. Razumichin był jednym z jego byłych kolegów
uniwersyteckich. Godne uwagi, że Raskolnikow za pobytu w uniwersytecie z nikim prawie nie przestawał, stronił od wszystkich, nikogo nie
odwiedzał, a u siebie przyjmował niechętnie. Toteż niebawem wszyscy się
od niego odstrychnęli. Nie brał udziału ani we wspólnych zebraniach, ani
w rozmowach, zabawach, w niczym. Uczył się zażarcie, nie szczędząc
siebie - szanowano go za to, lecz nikt go nie lubił. Był bardzo ubogi, a przy tym odstręczająco dumny, zamknięty w sobie: jakby miał coś do
ukrywania. Niektórzy koledzy mieli wrażenie, że patrzy na nich
wszystkich jak na dzieci, z wysoka, jakby ich wszystkich wyprzedził i w rozwoju, i w wiedzy, i w przekonaniach, toteż na ich przekonania i zainteresowania spogląda jak na coś niższego.
Z Razumichinem zaś zbliżył się z jakiegoś powodu; może nawet nie tyle
się zbliżył, ile był z nim troszeczkę rozmowniejszy, szczerszy. Zresztą
do Razumichina nie sposób było inaczej się ustosunkować. Był to chłopiec
nadzwyczaj wesoły i wylewny, poczciwy aż do prostoduszności. Wszelako
pod tą prostotą tkwiła i głębia, i godność. Najlepsi spośród kolegów
rozumieli to, wszyscy go lubili. Był całkiem niegłupi, choć niekiedy w rzeczy samej naiwny. Miał charakterystyczną powierzchowność - wysoki,
chudy, czarnowłosy, zawsze niedogolony. Czasem wyprawiał brewerie i uchodził za osiłka. Kiedyś w nocy w wesołej kompanii jednym uderzeniem
pięści powalił pedla, liczącego dwanaście werszków wzrostu5.
Pić potrafił jak smok, ale mógł też i nie pić wcale; czasem broił
niedopuszczalnie, lecz potrafił wcale nie broić. Ponadto Razumichin
odznaczał się tym, że nie peszyły go żadne niepowodzenia i zdawało się,
iż najgorsze tarapaty nie dadzą mu rady. Mógł mieszkać chociażby na
dachu, znosić piekielną głodówkę i podbiegunowe mrozy. Ubogi był jak
mysz, sam jak palec; z niczyjej pomocy nie korzystał, zdobywając środki
utrzymania różnymi pracami. Znał co niemiara źródeł zarobków -
uczciwych, naturalnie. Którejś zimy ani razu nie palił w piecu i twierdził, że to nawet przyjemnie, bo w zimnym pokoju lepiej się śpi.
Obecnie on także był zmuszony opuścić uniwersytet, ale nie na długo, i wyłaził ze skóry, ażeby poprawić swoją sytuację materialną i móc na nowo
podjąć naukę. Raskolnikow nie był u niego już ze cztery miesiące, a Razumichin nawet nie wiedział, gdzie on mieszka. Raz spotkali się na
ulicy przed jakimiś dwoma miesiącami, lecz Raskolnikow odwrócił się i nawet przeszedł na drugą stronę, żeby go kolega nie spostrzegł.
Razumichin wprawdzie go spostrzegł, ale poszedł dalej, nie chcąc
wprawiać w zakłopotanie przyjaciela.
V
"To prawda, jeszcze niedawno chciałem prosić Razumichina, żeby mi pomógł
dostać pracę, jakie lekcje czy coś... - badał siebie Raskolnikow - ale
teraz w czymże mi on może być pomocny? Dajmy na to, że wystara mi się o korepetycje, dajmy na to, że się podzieli ostatnią kopiejką, o ile tę
kopiejkę ma, tak że będę mógł sprawić sobie nawet buty i dać ubranie do
reperacji, żeby było w czym chodzić na lekcje... hm... Dobrze, ale co
dalej? Co ja zdziałam za parę groszy? Czyż tego mi teraz potrzeba?
Doprawdy, to aż śmieszne, że postanowiłem iść do Razumichina...".
Kwestia, czemu się teraz udał do Razumichina, niepokoiła go bardziej,
niż sam zdawał sobie sprawę; trwożnie doszukiwał się jakiegoś
złowróżbnego dla siebie znaczenia w tym na pozór tak zwykłym postępku.
"Czyż rzeczywiście zamierzałem wszystkiemu zaradzić samym tylko
Razumichinem? Czy w Razumichinie upatrywałem wyjścia z całej sytuacji?"
- zapytywał siebie ze zdumieniem.
Rozmyślał, tarł sobie czoło i, rzecz dziwna, jakoś ni stąd, ni zowąd, z nagła, jakby sama przez się, po bardzo długiej zadumie przyszła mu do
głowy pewna najosobliwsza myśl.
- Hm... do Razumichina - powiedział naraz zupełnie spokojnie, jak gdyby
powziąwszy ostateczną decyzję - do Razumichina pójdę, to pewne, lecz...
nie teraz... Pójdę do niego... nazajutrz po tamtym, gdy tamto będzie już skończone i gdy wszystko się potoczy nową koleiną...
Nagle się opamiętał.
- Po tamtym? - krzyknął,
zrywając się z ławki. - Ale czyż tamto się stanie? Czyż ma się stać naprawdę?
Opuścił ławkę i ruszył, nieomal pobiegł; zamierzał wracać do siebie, ale
raptem myśl powrotu do domu przejęła go okropnym wstrętem: przecie to
tam, w tym kącie, w tej obmierzłej szafie, wylęgło się tamto i dojrzewało już
przeszło miesiąc. Zaczął iść, gdzie oczy poniosą.
Nerwowy dreszcz zmienił się w jakieś febryczne drżenie. Zaczęło go nawet
ziębić: w taki upał zrobiło mu się zimno. Z wysiłkiem, prawie
nieświadomie, pod naciskiem wewnętrznej konieczności jął się wpatrywać
we wszystkie napotykane przedmioty, jak gdyby dla rozerwania myśli; ale
nie bardzo mu się to udawało i raz po raz wpadał w zadumę. Kiedy zaś,
drgnąwszy, znowu podnosił głowę i rozglądał się dookoła, natychmiast
zapominał, o czym przed chwilą myślał, a nawet którędy szedł. W taki
sposób minął całą Wyspę Wasiliewską, dotarł nad Małą Newę, przeszedł
most i zawrócił ku Wyspom. Zieleń i świeżość zrazu podobały się jego
zmęczonym oczom, nawykłym do miejskiego kurzu, wapna i do olbrzymich,
napierających i przytłaczających kamienic. Tutaj nie było ani duszności,
ani smrodu, ani szynków. Lecz wkrótce i te nowe, przyjemne wrażenia
stały się bolesne i drażniące. Czasami przystawał przed jaką tonącą w zieloności willą, zaglądał przez sztachetki, widział w oddali, na
gankach i tarasach, strojne kobiety i biegające po ogrodach dzieci.
Zwłaszcza pociągały go kwiaty, na nie też patrzał najdłużej. Spotykał
również zbytkowne powozy albo jadących konno panów i panie; ciekawie
odprowadzał ich wzrokiem, a zapominał o ich istnieniu, nim zdążyli
zniknąć mu z oczu. Raz zatrzymał się i porachował pieniądze: miał około
trzydziestu kopiejek. "Dwadzieścia stójkowemu, trzy Nastazji za list - a zatem wczoraj dałem Marmieładowom jakie czterdzieści siedem lub
pięćdziesiąt" - pomyślał, nie wiedzieć po co czyniąc ten rachunek, ale
po chwili już zapomniał nawet, po co w ogóle dobył pieniądze z kieszeni.
Przypomniał to sobie dopiero wtedy, gdy mijał jakiś zakład
gastronomiczny, w rodzaju garkuchni, i poczuł, że jest głodny.
Wstąpiwszy tam, wypił kieliszek wódki i zjadł kawał pieroga z nadzieniem. Dojadał go już na ulicy. Od bardzo dawna nie pił wódki, więc
teraz poczuł od razu jej działanie, choć to był tylko jeden kieliszek.
Nogi stały się jak z ołowiu, uczuł nieprzemożoną senność. Ruszył ku
domowi; ale gdy już był przy Wyspie Pietrowskiej, zatrzymał się
doszczętnie wyczerpany, zszedł z drogi, wlazł między krzaki, rzucił się
na murawę i natychmiast usnął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki