Zbrodnia i kara - Fiodor Dostojewski

Kup ebooka

89.00 zł
73.87 zł (62,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

W początku lipca, pod wie­czór nie­zwy­kle upal­nego dnia, pewien mło­dzie­niec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą pod­naj­mo­wał od loka­to­rów przy uliczce S-ej, i powoli, jakby nie­zde­cy­do­wany, skie­ro­wał się ku mostowi K-mu.

Na scho­dach szczę­śli­wie unik­nął spo­tka­nia ze swoją gospo­dy­nią. Jego izdebka mie­ściła się tuż pod dachem wyso­kiej, czte­ro­pię­tro­wej kamie­nicy i bar­dziej przy­po­mi­nała szafę niż miesz­ka­nie. Gospo­dyni zaś, od któ­rej wynaj­mo­wał tę izdebkę wraz z obia­dem i obsługą, zaj­mo­wała miesz­ka­nie oddzielne o pię­tro niżej; i za każ­dym razem, gdy wycho­dził na ulicę, koniecz­nie musiał przejść mimo jej kuchni, pra­wie zawsze na oścież otwar­tej na schody. I za każ­dym razem, prze­cho­dząc mimo, mło­dzie­niec dozna­wał jakie­goś cho­ro­bli­wego uczu­cia lęku, które go napeł­niało wsty­dem i wywo­ły­wało gry­mas. Już dużo był winien gospo­dyni i oba­wiał się ją spo­tkać.

Nie zna­czy to, by był tak tchórz­liwy i zahu­kany, wręcz prze­ciw­nie, lecz od pew­nego czasu był w sta­nie jakie­goś roz­draż­nie­nia i napię­cia podob­nego do hipo­chon­drii. Tak dalece pogrą­żył się w sobie, tak stro­nił od ludzi, że w ogóle lękał się wszel­kiego spo­tka­nia, nie tylko z gospo­dy­nią. Gnę­biło go ubó­stwo; ale nawet te trudne warunki ostat­nio prze­stały mu cią­żyć. Swymi bie­żą­cymi spra­wami zupeł­nie prze­stał i nie chciał się zaj­mo­wać. Wła­ści­wie wcale gospo­dyni się nie bał, choćby ta nie wia­domo co prze­ciw niemu knuła. Lecz zatrzy­my­wać się na scho­dach, wysłu­chi­wać papla­niny o tych wszyst­kich powsze­dnich bła­host­kach, które go nic a nic nie obcho­dziły, wysłu­chi­wać wszyst­kich tych naga­by­wań o komorne, pogró­żek, skarg, a przy tym wykrę­cać się, wykła­my­wać, prze­pra­szać - nie, już lepiej prze­śli­znąć się scho­dami jak kot i zwiać tak, aby nikt nie widział.

Zresztą tym razem obawa spo­tka­nia z wie­rzy­cielką zdu­miała nawet i jego, gdy wyszedł na ulicę.

"Chcę się porwać na taką rzecz, a zara­zem boję się takich głupstw! - pomy­ślał z dziw­nym uśmie­chem. - Hm... tak... Wszystko jest w ręku czło­wieka, a on pozwala zdmuch­nąć sobie wszystko sprzed nosa, jedy­nie i wyłącz­nie z tchó­rzo­stwa... to już pew­nik... Cie­kawe, czego ludzie naj­bar­dziej się boją? Nowego kroku, nowego wła­snego słowa oba­wiają się nade wszystko... Zresztą za wiele glę­dzę. Dla­tego też nic nie robię, że glę­dzę. A może i prze­ciw­nie: dla­tego glę­dzę, że nic nie robię. To przez ten ostatni mie­siąc nauczy­łem się glę­dzić, całymi dniami wyle­gu­jąc się w swoim kącie i roz­my­śla­jąc... o nie­bie­skich mig­da­łach. Na przy­kład, po co teraz idę? Czyż jestem zdolny do tego? Czyż to jest poważne? Wcale nie poważne. Ot, dla fan­ta­zji bawię się myślami! Tak, bodajże tylko się bawię!".

Na ulicy skwar był okropny, a przy tym zaduch, ścisk, co krok wapno, rusz­to­wa­nia, cegły, kurz i ten szcze­gólny letni smród, tak dobrze znany każ­demu peters­bur­ża­ni­nowi, któ­rego nie stać na let­ni­sko - to wszystko naraz nie­mile wstrzą­snęło już i tak roz­stro­jo­nymi ner­wami mło­dzieńca. Nie­zno­śny zaś fetor bijący z szyn­ków, bar­dzo licz­nych w tej dziel­nicy, oraz pijacy co chwila spo­ty­kani, mimo że to był dzień powsze­dni, jesz­cze wzmac­niali wstrętną i smutną barwę obrazu. Po deli­kat­nej twa­rzy mło­dzieńca prze­mknął wyraz naj­głęb­szej odrazy. Trzeba dodać, że był nie­po­spo­li­cie przy­stojny, o pięk­nych ciem­nych oczach, ciemny blon­dyn, wzro­stu wię­cej niż śred­niego, smu­kły i zgrabny. Lecz nie­ba­wem wpadł jakby w głę­boką zadumę albo nawet, by tak rzec, w pewne zapa­mię­ta­nie, i dalej szedł już ani dostrze­ga­jąc, ani chcąc dostrzec oto­cze­nia. Z rzadka tylko mru­czał coś do sie­bie, powo­do­wany nało­giem mono­lo­go­wa­nia, do któ­rego przy­znał się sobie przed chwilą. Obec­nie zaś sam zda­wał sobie sprawę, że od czasu do czasu myśli mu się mącą i że jest bar­dzo osła­biony: już drugi dzień pra­wie nic nie miał w ustach.

Odziany był tak licho, że nie­je­den, nawet otrza­skany z biedą, w dzień krę­po­wałby się wyjść na ulicę w takich łach­ma­nach. Skąd­inąd dziel­nica była tego rodzaju, że nie­ła­two byłoby zasko­czyć tu kogo­kol­wiek stro­jem. Bli­skość placu Sien­nego, obfi­tość lokali wia­do­mego auto­ra­mentu, lud­ność prze­waż­nie ręko­dziel­ni­cza i rze­mieśl­ni­cza, stło­czona w tych śród­miej­skich peters­bur­skich uli­cach i zauł­kach - nie­kiedy uroz­ma­icały ogólną pano­ramę takimi typami, że naprawdę trudno się było zdzi­wić na widok podob­nej figury. Ale w duszy mło­dzieńca nagro­ma­dziło się tyle zacie­kłej pogardy, że mimo swą draż­li­wość, cza­sem bar­dzo jesz­cze mło­do­cianą, naj­mniej się wsty­dził swych łach­ma­nów wła­śnie na ulicy. Inna sprawa, gdy tra­fiał na zna­jo­mych albo na daw­nych kole­gów, z któ­rymi w ogóle nie lubił się spo­ty­kać... A jed­nak gdy jakiś pijak, któ­rego nie wia­domo po co i dokąd wie­ziono ulicą w ogrom­nym wozie, zaprzę­żo­nym w ogrom­nego per­sze­rona, nagle zawo­łał do niego w prze­jeź­dzie: "Hej ty, nie­miecki kape­lusz­niku!", i zary­czał na całe gar­dło, wska­zu­jąc na niego ręką - mło­dzie­niec zatrzy­mał się znie­nacka i kur­czowo schwy­cił się za kape­lusz. Był to kape­lusz wysoki, okrą­gły, zim­mer­ma­now­ski, ale zno­szony do szczętu, wyru­działy, w dziu­rach i pla­mach, bez ronda, szka­rad­nie nad­ła­many w bok. Lecz mło­dzieńca ogar­nął nie wstyd, tylko zupeł­nie inne uczu­cie, przy­po­mi­na­jące raczej prze­strach.

- A co, czy nie wie­dzia­łem! - mam­ro­tał spło­szony - wła­śnie tak myśla­łem! To już naj­gor­sze! Prze­cie jakieś takie głup­stwo, jakiś naj­zwy­klej­szy dro­biazg może pokrzy­żo­wać cały zamiar! Tak, ten kape­lusz zanadto rzuca się w oczy... Jest śmieszny, i dla­tego rzuca się w oczy... Przy takich łach­ma­nach jak moje muszę koniecz­nie mieć kasz­kiet, choćby jakiś stary nale­śnik, a nie to paskudz­two. Nikt takich nie nosi, gotowi o milę zauwa­żyć, zapa­mię­tać... Grunt, że potem sobie przy­po­mną, no i masz poszlakę. Tu trzeba moż­li­wie naj­mniej rzu­cać się w oczy... Dro­bia­zgi, dro­biazgi są naj­waż­niej­sze!... Bo to te dro­biazgi gubią zawsze i wszę­dzie...

Drogę miał nie­da­leką; wie­dział nawet, ile kro­ków od bramy swego domu: dokład­nie sie­dem­set trzy­dzie­ści. Pora­cho­wał je kie­dyś, gdy się zanadto roz­ma­rzył. Pod­ów­czas sam jesz­cze nie wie­rzył tym swoim marze­niom i tylko pod­ju­dzał się ich potwor­nym, ale i kuszą­cym zuchwal­stwem. Teraz zaś, po upły­wie mie­siąca, już zaczy­nał patrzeć na to ina­czej i wbrew wszyst­kim prze­kor­nym mono­lo­gom o wła­snej bez­sile i nie­zde­cy­do­wa­niu jakoś mimo woli przy­wykł już poczy­ty­wać "potworne" marze­nie za realny plan, cho­ciaż w dal­szym ciągu nie wie­rzył sobie. Ot i teraz szedł doko­nać próby swego planu i z każ­dym kro­kiem nie­po­kój jego rósł coraz gwał­tow­niej.

Z zamie­ra­ją­cym ser­cem i ner­wo­wym drże­niem pod­szedł do olbrzy­miej kamie­nicy, z jed­nej strony wycho­dzą­cej na kanał, z dru­giej zaś na ulicę W-ą. Dom ten skła­dał się z samych małych miesz­ka­nek, a naj­mo­wali je różni ręko­dziel­nicy, krawcy, ślu­sa­rze, kucharki, jacyś tam Niemcy, wła­snym prze­my­słem żyjące panny, drobni urzęd­nicy i tak dalej. Wcho­dzący i wycho­dzący prze­smy­ki­wali się raz po raz pod oby­dwiema bra­mami i na oby­dwu podwór­kach. Zatrud­nieni tu byli trzej czy czte­rej Stróże. Mło­dzie­niec bar­dzo był rad, że nie spo­tkał żad­nego z nich, i nie­po­strze­że­nie prze­mknął się zaraz z bramy na prawo, na schody. Schody były ciemne i cia­sne, "kuchenne", ale on to wszystko już przed­tem wie­dział i badał, i całe to oto­cze­nie doga­dzało mu: w takich mro­kach nawet cie­kaw­skie spoj­rze­nie nie było nie­bez­pieczne. "Jeżeli tak się boję teraz, to cóż by to było, gdyby rze­czy­wi­ście doszło do tego?..." - pomy­ślał mimo woli, idąc na czwarte pię­tro. Tutaj zata­ra­so­wali mu drogę wysłu­żeni żoł­nie­rze-tra­ga­rze, wyno­szący meble z jed­nego z miesz­kań. Już wie­dział, że miesz­ka­nie to zaj­muje pewien fami­lijny Nie­miec, urzęd­nik z rodziną. "Więc Nie­miec się teraz wypro­wa­dza; więc na czwar­tym pię­trze, na tych scho­dach i na tym pode­ście pozo­sta­nie przez jakiś czas tylko jedno zajęte miesz­ka­nie - sta­ru­chy... To dobrze... na wszelki wypa­dek..." - pomy­ślał znowu i zadzwo­nił do drzwi sta­ruszki. Dzwo­nek dźwięk­nął wątle, jakby był z bla­chy, a nie z mie­dzi. Wszyst­kie miesz­kanka w takich domach mie­wają takie dzwonki. Już nie pamię­tał tego oso­bli­wego dźwię­cze­nia, więc teraz mu jakby coś przy­po­mniało, coś jasno uka­zało... Drgnął cały: widać zanadto tym razem osła­bły mu nerwy. Po chwili drzwi uchy­liły się nie­znacz­nie; przez malutką szparkę loka­torka oglą­dała przy­by­sza z widoczną nie­uf­no­ścią, tak że można było dostrzec tylko jej błysz­czące w ciem­no­ści oczka. Lecz zoba­czyw­szy na pode­ście dużo ludzi, nabrała otu­chy i otwo­rzyła zupeł­nie. Mło­dzie­niec prze­stą­pił próg ciem­nej sionki, prze­dzie­lo­nej prze­pie­rze­niem, za któ­rym mie­ściła się maleńka kuch­nia. Stara stała przed nim w mil­cze­niu i patrzała na niego pyta­jąco. Była to drob­niutka, sucha sta­ro­winka, w wieku jakich sześć­dzie­się­ciu lat, z ostrymi, złymi oczkami, z malut­kim, spi­cza­stym nosem, bez chustki na gło­wie. Płowe, led­wie siwi­zną przy­pró­szone włosy były tłu­sto nasma­ro­wane ole­jem. Cienka i długa szyja, podobna do kurzej łapki, była omo­tana jaki­miś fla­ne­lo­wymi gał­gan­kami, a z ramion, mimo upału, zwi­sała znisz­czona i pożół­kła salopka na futrze. Sta­ruszka raz po raz kasz­lała i postę­ki­wała. Widocz­nie mło­dzie­niec spoj­rzał na nią jakoś oso­bli­wie, bo i w jej oczach mignęła naraz uprzed­nia nie­uf­ność.

- Raskol­ni­kow, stu­dent. Byłem już u pani przed mie­sią­cem - pośpie­szył mruk­nąć młody czło­wiek z pół­u­kło­nem, przy­po­mniaw­szy sobie, że należy być grzecz­niej­szym.

- Pamię­tam, mój dobro­dzieju, bar­dzo dobrze pamię­tam, żeś już był - dobit­nie rze­kła sta­ruszka, wciąż nie spusz­cza­jąc pyta­ją­cych oczu z jego twa­rzy.

- Więc wła­śnie... I znowu w takiej spra­wie... - cią­gnął Raskol­ni­kow, tro­chę zmie­szany i zdzi­wiony nie­uf­no­ścią sta­rej.

"A może ona zawsze jest taka, tylko zeszłym razem nie zauwa­ży­łem" - pomy­ślał z nie­przy­jem­nym uczu­ciem.

Stara mil­czała jakby w zamy­śle­niu, potem usu­nęła się i wska­zaw­szy mu drzwi do pokoju, rze­kła, pusz­cza­jąc gościa przo­dem:

- Pro­szę wejść, dobro­dzieju.

Nie­duży pokój, do któ­rego wszedł mło­dzie­niec, pokój z żółtą tapetą, z gera­nium i muśli­no­wymi fira­necz­kami na oknach, był w tej chwili jaskrawo oświe­tlony zacho­dzą­cym słoń­cem. "Więc pew­nie i wtedy także będzie świe­ciło słońce!..." - mimo­cho­dem bły­snęło w umy­śle Raskol­ni­kowa. Szyb­kim spoj­rze­niem obrzu­cił wszystko w pokoju, ażeby w miarę moż­no­ści zba­dać i zapa­mię­tać roz­kład. Lecz w pokoju nie było nic szcze­gól­nego. Na ume­blo­wa­nie, bar­dzo stare, brzo­zowe, skła­dała się kanapa z olbrzy­mim, gię­tym drew­nia­nym opar­ciem, owalny stół przed kanapą, mię­dzy oknami goto­wal­nia ze zwier­cia­deł­kiem, krze­sła pod ścia­nami i dwa czy trzy gro­szowe obrazki w żół­tych ram­kach, przed­sta­wia­jące nie­miec­kie panienki z ptasz­kami w ręku - oto i wszystko. W kącie przed nie­wiel­kim świę­tym obra­zem paliła się lampka oliwna. Wszystko było nader schludne: metale i pod­łogi wyszo­ro­wane do poły­sku, wszystko lśniło. "To robota Liza­wiety - pomy­ślał mło­dzie­niec. - Ani pyłku nie zna­la­zł­byś w całym miesz­ka­niu. Tylko u złych i sta­rych wdów bywa tak czy­sto" - cią­gnął w duchu Raskol­ni­kow i cie­ka­wie zer­k­nął na per­ka­li­kową zasłonę przed drzwiami do dru­giej malut­kiej izdebki, gdzie stało łóżko sta­rej i komoda, a dokąd jesz­cze ni­gdy nie zaglą­dał. Całe miesz­ka­nie skła­dało się z tych dwu pokoi.

- O co cho­dzi? - surowo rze­kła stara, wcho­dząc i znowu sta­jąc przed nim tak, żeby mu patrzeć pro­sto w twarz.

- Przy­nio­słem zastaw, pro­szę! - I wydo­był z kie­szeni stary, pła­ski, srebrny zega­rek. Na koper­cie wyryty był glo­bus. Łań­cu­szek był sta­lowy.

- Ale prze­cież już minął ter­min poprzed­niego zastawu. Przed­wczo­raj upły­nął mie­siąc.

- Zapłacę pani pro­centy za jesz­cze jeden mie­siąc; pro­szę mieć tro­chę cier­pli­wo­ści.

- A, mój dobro­dzieju, to zależy od mojej dobrej woli, czy mieć cier­pli­wość, czy też zaraz sprze­dać tę twoją rzecz.

- Za zega­rek dużo dostanę, Alono Iwa­nowno?

- Et, przy­no­sisz byle co, nic to pew­nie nie­warte. Za pier­ścio­nek dałam ci zeszłym razem dwa papierki, a u jubi­lera można i nowy taki dostać za pół­tora rubla.

- Niech pani da ze cztery ruble, wyku­pię na pewno, to zega­rek ojcow­ski. Wkrótce dostanę pie­nią­dze.

- Pół­tora rubelka i pro­cent z góry, jeżeli pan chce.

- Pół­tora rubla! - zawo­łał mło­dzie­niec.

- Jak się panu podoba. - I sta­ru­cha podała mu zega­rek z powro­tem. Młody czło­wiek wziął go i tak się roz­zło­ścił, że już miał odejść; lecz natych­miast się pomiar­ko­wał na myśl, że już wię­cej nie ma dokąd pójść i że zresztą przy­był tutaj jesz­cze w jed­nej spra­wie.

- Niech pani daje! - rzekł gru­biań­sko.

Stara się­gnęła do kie­szeni po klu­cze i poszła do dru­giego pokoju za zasłonę. Mło­dzie­niec, zostaw­szy sam pośrodku pokoju, cie­ka­wie nasłu­chi­wał i kom­bi­no­wał. Usły­szał, jak stara otwiera komodę. "To zapewne górna szu­flada - medy­to­wał. - A więc klu­cze nosi w pra­wej kie­szeni... Wszyst­kie w jed­nym pęku, na sta­lo­wym kółeczku... Jeden z klu­czy jest ze trzy razy więk­szy od reszty, ma kar­bo­wane piórko; jest oczy­wi­ście nie od komody... To zna­czy, że jest jesz­cze jakaś szka­tułka czy skrzynka... To cie­kawe. Skrzynki zawsze mie­wają takie klu­cze... Swoją drogą, jakie to wszystko podłe...".

Stara wró­ciła.

- Oto masz, mój dobro­dzieju. Licząc po dzie­siątce mie­sięcz­nie od rubla, za pół­tora rubla należy mi się pięt­na­ście kopie­jek, za mie­siąc z góry. A za poprzed­nie dwa ruble jesz­cze mi się należy, wedle tegoż rachunku, z góry dwa­dzie­ścia kopie­jek. Czyli razem trzy­dzie­ści pięć. Więc teraz dosta­niesz za zega­rek ogó­łem rubla i pięt­na­ście kopie­jek. Oto są.

- Jak to! Więc teraz tylko rubel pięt­na­ście?

- Ano tak.

Mło­dzie­niec nie wda­wał się w spory i wziął pie­nią­dze. Patrzał na starą i nie spie­szył się z odej­ściem, jakby chciał jesz­cze coś powie­dzieć czy zro­bić, tylko sam nie wie­dział, co mia­no­wi­cie...

- Moż­liwe, Alono Iwa­nowno, że w naj­bliż­szych dniach przy­niosę jesz­cze jedną rzecz... srebrną... ładną... papie­ro­śnicę... jak tylko zwróci mi ją przy­ja­ciel...

Zmie­szał się i umilkł.

- Ha, to wtedy pomó­wimy o tym, dobro­dzieju.

- Żegnam panią... A pani wciąż sama sie­dzi w domu? Sio­stry nie ma? - zapy­tał moż­li­wie naj­swo­bod­niej, wycho­dząc do sionki.

- A co ci do niej, mój dobro­dzieju?

- Ależ nic, oczy­wi­ście. Tak sobie zapy­ta­łem. A pani zaraz... Do widze­nia, Alono Iwa­nowno!

Raskol­ni­kow wyszedł, na dobre stro­piony. Uczu­cie to wciąż się potę­go­wało. Na scho­dach kil­ka­krot­nie nawet przy­sta­wał, jakby czymś znie­nacka zasko­czony. A w końcu, już na ulicy, wykrzyk­nął:

- O Boże! Jakie to wszystko obmier­złe! I czyż naprawdę, czy naprawdę ja... Nie, to non­sens, to nie­do­rzecz­ność! - dorzu­cił sta­now­czo. - I czy rze­czy­wi­ście coś tak okrop­nego mogło mi przyjść do głowy? Tak czy owak, do jakiej pod­ło­ści zdolne jest moje serce! Bo to przede wszyst­kim podłe, paskudne, wstrętne, wstrętne!... A ja, przez cały mie­siąc...

Ale nie mógł wyra­zić ani sło­wami, ani okrzy­kami swego wzbu­rze­nia. Bez­gra­niczna odraza, która zaczy­nała gnę­bić i tra­pić jego serce już wtedy, gdy dopiero szedł do sta­ru­chy, wzmo­gła się teraz do takich roz­mia­rów i nabrała takiej wyra­zi­sto­ści, że nie wie­dział, gdzie się podziać od tej udręki. Szedł chod­ni­kiem jak pijany, nie widząc prze­chod­niów i potrą­ca­jąc ich, a opa­mię­tał się dopiero na następ­nej ulicy. Rozej­rzaw­szy się, spo­strzegł, że stoi koło szyn­kowni, do któ­rej zstę­po­wało się z chod­nika po schod­kach w dół, do sute­reny. Z drzwi wycho­dziło wła­śnie dwóch pija­ków; pod­trzy­mu­jąc się wza­jem­nie i wymy­śla­jąc sobie, gra­mo­lili się na ulicę. Nie­wiele myśląc, Raskol­ni­kow od razu zszedł na dół. Dotych­czas ni­gdy jesz­cze nie wstę­po­wał do szyn­kowni, ale teraz krę­ciło mu się w gło­wie, a na dobitkę nękało go palące pra­gnie­nie. Zachciało mu się wypić zim­nego piwa, tym bar­dziej że swoje nagłe osła­bie­nie przy­pi­sy­wał gło­dowi. Usiadł w ciem­nym i brud­nym kącie, za lep­kim sto­li­kiem, kazał sobie podać piwa i łap­czy­wie wychy­lił pierw­szą szklankę. Od razu poczuł ulgę, a myśli się prze­ja­śniły. "Wszystko to są głup­stwa - rzekł sobie z otu­chą - i wcale nie było powodu tak się przej­mo­wać! Po pro­stu osła­bie­nie fizyczne! Wystar­czy szklanka piwa, kawa­łek sucharka - i oto w jed­nej chwili umysł się wzmac­nia, myśl staje się jasna, zamiary nabie­rają tęży­zny! Tfu, jakież to wszystko marne!...".

Ale mimo to pogar­dliwe splu­nię­cie patrzał już wesoło, jak gdyby nagle wyzwo­lony od jakie­goś okrop­nego brze­mie­nia, i przy­jaź­nie mie­rzył okiem obec­nych. Jed­nak i w tej chwili mgli­ście prze­czu­wał, że całe to opty­mi­styczne nasta­wie­nie rów­nież jest cho­ro­bliwe.

W szyn­kowni o tej porze pozo­sta­wało nie­wiele gości. Oprócz tych dwóch pija­ków, z któ­rymi się zetknął na schod­kach, tuż za nimi wyto­czyła się jesz­cze cała gro­mada, jakieś pięć osób, z dziew­czyną i z har­mo­nią. Po ich wyj­ściu zro­biło się cicho i prze­stron­nie. Pozo­stali: jeden pod­chmie­lony, ale nie zanadto, sie­dzący nad piwem, z wyglądu miesz­cza­nin, oraz jego towa­rzysz, otyły, siwo­brody drą­gal w kożuszku, mocno zawiany; ten drze­mał na ławce i z rzadka, nagle, jak gdyby zbu­dzony ze snu, zaczy­nał strze­lać z pal­ców, roz­sta­wiw­szy ręce, i pod­rzu­cać górną czę­ścią tuło­wia, nie wsta­jąc z ławki, przy czym nucił jakieś bania­luki, usi­łu­jąc przy­po­mnieć sobie wier­sze w rodzaju:

Cały rok pie­ści­łem żonę, Cały rok pie­ści­łem żonę...

Albo rap­tem, znowu się prze­ck­nąw­szy:

Raz na mia­sto się wybra­łem, Dawną miłą swą spo­tka­łem...

Ale nikt nie podzie­lał jego roz­anie­le­nia; mil­kliwy jego towa­rzysz patrzył na wszyst­kie te wybu­chy nawet wrogo i nie­uf­nie. Był tu jesz­cze jeden czło­wiek, wyglą­da­jący na eme­ryta. Sie­dział na ubo­czu, przed swoją flaszką, z rzadka łykał jeden haust i roz­glą­dał się dookoła. On także wyda­wał się czymś wzbu­rzony.

II

Raskol­ni­kow nie był przy­zwy­cza­jony do tłumu i, jake­śmy już powie­dzieli, uni­kał wszel­kiego towa­rzy­stwa, zwłasz­cza w ostat­nich cza­sach. Ale teraz pocią­gnęło go nagle do ludzi. Doko­ny­wało się w nim coś nowego, a zara­zem budziła się potrzeba obco­wa­nia z ludźmi. Tak go wymę­czył ten cały mie­siąc ostrej udręki i ponu­rego pod­nie­ce­nia, że chciał bodaj przez chwilę zaczerp­nąć powie­trza w innym świe­cie, jakim­kol­wiek bądź; i bez względu na całe nie­chluj­stwo oto­cze­nia z przy­jem­no­ścią sie­dział teraz w szyn­kowni.

Gospo­darz lokalu był w innej izbie, ale czę­sto wcho­dził tutaj, do izby głów­nej, skądś do niej zstę­pu­jąc po schod­kach, przy czym uka­zy­wały się naj­pierw jego ele­ganc­kie lakie­ro­wane buty z dużymi czer­wo­nymi wyło­gami. Miał na sobie spen­ce­rek i okrop­nie zatłusz­czoną czarną, atła­sową kami­zelkę, był bez kra­wata, a cała jego twarz zda­wała się naoli­wiona niby żela­zna kłódka. Za szynk­wa­sem stał czter­na­sto­letni może wyro­stek, drugi zaś, młod­szy chło­piec, usłu­gi­wał, gdy goście czego zażą­dali. Stały tale­rzyki z mize­rią, czar­nymi suchar­kami i na dzwonka pokra­janą rybą; wszystko to pach­niało nader nie­za­chę­ca­jąco. Nie­zno­śnie duszne powie­trze spra­wiało, że trudno tu było wysie­dzieć, a wszystko było tak prze­po­jone odo­rem oko­wity, że miało się wra­że­nie, iż od samego tego zadu­chu można w ciągu pię­ciu minut stać się pija­nym.

Nie­kiedy spo­ty­kamy ludzi zupeł­nie nam obcych, któ­rymi zaczy­namy się inte­re­so­wać od pierw­szego wej­rze­nia, jakoś rap­tow­nie, znie­nacka, zanim choć sło­wem się do nich ode­zwiemy. Wła­śnie takie wra­że­nie wywarł na Raskol­ni­ko­wie ów gość, który sie­dział opo­dal i przy­po­mi­nał eme­ry­to­wa­nego urzęd­nika. Póź­niej mło­dzie­niec kil­ka­krot­nie uprzy­tom­nił sobie to pierw­sze wra­że­nie, ba, przy­pi­sy­wał je prze­czu­ciu. Usta­wicz­nie popa­try­wał na urzęd­nika natu­ral­nie i z tego powodu, że tam­ten rów­nież upar­cie na niego patrzał i naj­wi­docz­niej miał chętkę wdać się z nim w roz­mowę. Na resztę zaś obec­nych, nie wyłą­cza­jąc i gospo­da­rza, urzęd­nik patrzał z obo­jęt­no­ścią i nawet ze znu­dze­niem, a jed­no­cze­śnie z odcie­niem jakiejś lek­ce­wa­żą­cej wyż­szo­ści, niby na ludzi niż­szego stanu i poziomu, z któ­rymi nie warto się zada­wać. Był to czło­wiek już po pięć­dzie­siątce, śred­niego wzro­stu i krę­pej budowy, szpa­ko­waty, z dużą łysiną, z twa­rzą nalaną wsku­tek cią­głego pijań­stwa, żółtą, aż zie­lon­kawą, z nabrzmia­łymi powie­kami, spoza któ­rych błysz­czały malut­kie jak szparki, ale żywe, prze­krwione oczki. Lecz było w nim coś bar­dzo dziw­nego; w jego wzroku świe­ciła jakaś egzal­ta­cja - kto wie, może by się zna­la­zła i roz­trop­ność, i rozum - ale zara­zem migało chwi­lami jak gdyby sza­leń­stwo. Ubrany był w stary, do cna obszar­pany frak, z poobry­wa­nymi guzi­kami; tylko jeden trzy­mał się jesz­cze z biedą, i na ten jeden guzik urzęd­nik się zapi­nał, widać przez resztkę dba­ło­ści o pozory. Spod nan­ki­no­wej kami­zelki ster­czał pół­ko­szu­lek, zmię­to­szony, wybru­dzony i zalany. Twarz była po urzęd­ni­czemu ogo­lona, lecz tak już dawno, że gęsto zaczy­nała wystę­po­wać sinawa szczeć. A i w jego spo­so­bie bycia zazna­czała się rze­czy­wi­ście jakaś urzęd­ni­cza sta­tecz­ność. Ale teraz był w roz­terce, burzył sobie włosy, a od czasu do czasu ruchem przy­gnę­bie­nia ujmu­jąc głowę obiema rękoma, kładł dziu­rawe łok­cie na zala­nym i lep­kim stole. W końcu spoj­rzał na Raskol­ni­kowa wprost, po czym prze­mó­wił gło­śno i dobit­nie:

- A czy mi wolno, łaskawy panie, zwró­cić się do niego z roz­mową pełną przy­zwo­ito­ści? Albo­wiem jak­kol­wiek nie wygląda pan teraz impo­nu­jąco, wsze­la­koż moje doświad­cze­nie wyróż­nia w panu czło­wieka wykształ­co­nego i do trun­ków nie­na­wy­kłego. Sam zawsze czci­łem wykształ­ce­nie, połą­czone z zale­tami serca, ponadto zaś mam honor być radcą tytu­lar­nym. Mar­mie­ła­dow - takie nazwi­sko; radca tytu­larny. Ośmielę się zapy­tać: pan był w służ­bie pań­stwo­wej?

- Nie, stu­diuję... - odparł młody czło­wiek, tro­chę zdzi­wiony i tym oso­bli­wym gór­no­lot­nym sty­lem, i oko­licz­no­ścią, że się do niego zwró­cono tak wręcz, pro­sto z mostu. Choć nie­dawno pra­gnął prze­lot­nie jakie­go­kol­wiek bądź zetknię­cia się z ludźmi, jed­nak teraz przy pierw­szym istot­nie zwró­co­nym do sie­bie sło­wie nagle poczuł znowu zwy­kłą, gniewną i przy­krą odrazę do każ­dego obcego, który wtar­gnął bądź tylko sta­rał się wtar­gnąć w jego jaźń.

- Więc stu­dent lub były stu­dent! - wykrzyk­nął urzęd­nik. - Wła­śnie tak sobie pomy­śla­łem! Doświad­cze­nie, sza­nowny panie, wie­lo­krotne doświad­cze­nie! - I na znak uzna­nia przy­tknął sobie palec do czoła. - Był pan stu­dentem, czyli zgłę­biał dzie­dzinę wie­dzy! Pan pozwoli...

Tu wstał, zachwiał się, zagar­nął swą butelkę, szkla­neczkę i przy­siadł się do mło­dzieńca, nieco na ukos od niego. Był pijany, ale mówił poto­czy­ście i wartko, z rzadka tylko tra­cąc tu i ówdzie wątek i kołu­jąc. Na Raskol­ni­kowa rzu­cił się wprost zachłan­nie, jak gdyby i on także przez cały mie­siąc z nikim nie roz­ma­wiał.

- Łaskawy panie! - zagaił nie­mal uro­czy­ście - ubó­stwo nie jest występ­kiem, to fakt. Wiem dobrze, że i pijań­stwo nie jest cnotą; tym ci gorzej. Ale nędza, sza­nowny panie, nędza - to wystę­pek. W bie­dzie czło­wiek jesz­cze zacho­wuje szla­chet­ność wro­dzo­nych uczuć, nato­miast w nędzy - nikt i ni­gdy. Za nędzę wręcz nie tyle kijem pędzą, ile wprost mio­tłą wymia­tają z ludz­kiego towa­rzy­stwa, ku tym więk­szej znie­wa­dze. I słusz­nie, albo­wiem w nędzy ja pierw­szy gotów jestem sam sie­bie znie­wa­żać. I stąd trun­ko­wość! Sza­nowny panie, przed mie­sią­cem mał­żonkę moją obił pan Lebie­ziat­ni­kow, a moja mał­żonka - to nie to, co ja! Rozu­mie pan? Pozwolę sobie zapy­tać jesz­cze, ot, po pro­stu z cie­ka­wo­ści: czy sza­now­nemu panu zda­rzało się noco­wać na Newie, na ber­lin­kach z sia­nem?

- Nie, nie zda­rzało się - odparł Raskol­ni­kow. - Cóż to takiego?

- No, a ja wła­śnie stam­tąd, i to już piątą noc...

Nalał sobie do szkla­neczki, wypił i zamy­ślił się. W rze­czy samej, na jego ubra­niu i nawet we wło­sach wid­niały gdzie­nie­gdzie ździe­bełka siana. Było bar­dzo praw­do­po­dobne, że od pię­ciu dni nie roz­bie­rał się i nie mył. Zwłasz­cza ręce miał brudne, zasmo­lone, czer­wone, z czar­nymi paznok­ciami.

Jego gada­nina ścią­gnęła na sie­bie ogólną uwagę, zresztą ospałą. Smar­ka­cze za szynk­wa­sem zachi­cho­tali. Gospo­darz spe­cjal­nie bodaj zeszedł z gór­nego pokoju, żeby posłu­chać "żar­tow­ni­sia", i siadł opo­dal, zie­wa­jąc leni­wie, lecz z dosto­jeń­stwem. Widocz­nie Mar­mie­ła­dow był tu znany od dawna. A i zami­ło­wa­nia do gór­no­lot­nej mowy nabył przy­pusz­czal­nie wsku­tek czę­stych szyn­kow­nia­nych dys­put z róż­nymi nie­zna­jo­mymi. Cza­sem ten nawyk prze­ista­cza się u alko­ho­li­ków w praw­dziwą potrzebę, szcze­gól­nie zaś u tych, któ­rych w domu trak­tuje się szorstko i któ­rymi się pomiata. Dla­tego też w kom­pa­nii pija­ków usi­łują oni zawsze jakby zdo­być sobie uspra­wie­dli­wie­nie, gdy się zaś uda, to i sza­cu­nek.

- Te, żar­tow­niś! - gromko rzekł gospo­darz. - A czego nie pra­cu­jesz, czego nie słu­żysz, sko­roś urzęd­nik?

- Czemu nie służę, sza­nowny panie? - pod­chwy­cił Mar­mie­ła­dow, zwra­ca­jąc się wyłącz­nie do Raskol­ni­kowa, jakby to on zadał mu pyta­nie - czemu nie jestem w służ­bie? A czyż serce moje nie boleje nad tym, że wege­tuję bez celu? Gdy przed mie­sią­cem pan Lebie­ziat­ni­kow wła­sno­ręcz­nie pobił moją mał­żonkę, a ja leża­łem pija­niu­teńki, czy­żem nie cier­piał? Daruj, mło­dzień­cze: czy ci się tra­fiało... hm... na przy­kład zabie­gać o pożyczkę bez­na­dziej­nie?

- Ow­szem... ale niby jak to: bez­na­dziej­nie?

- To zna­czy z bez­na­dziej­no­ścią cał­ko­witą, z góry wie­dząc, że z tego nic nie będzie. Oto na przy­kład pan wie z góry i nie­za­chwia­nie, że ten a ten czło­wiek, ten a ten wysoce pra­wo­myślny i wysoce uży­teczny oby­wa­tel za żadne skarby pie­nię­dzy panu nie da, bo i po cóż - pytam - miałby dać? Prze­cie wie, że mu nie zwrócę. Ze współ­czu­cia? Ależ pan Lebie­ziat­ni­kow, który śle­dzi roz­wój nowych idei, tłu­ma­czył jak raz, że w naszych cza­sach współ­czu­cie zostało wręcz zaka­zane przez naukę, i tak się już dzieje w Anglii, w imię oszczęd­no­ści. Więc po cóż, pytam, miałby dać? Otóż z góry wie­dząc, że nie da, pan mimo to zbiera się, i...

- W jakimże celu? - wtrą­cił Raskol­ni­kow.

- Dobrze, a jeżeli nie ma już do kogo, nie ma już dokąd pójść! Prze­cie koniecz­nie trzeba, żeby każdy czło­wiek mógł choć dokąd­kol­wiek pójść. Albo­wiem bywają takie dnie, kiedy nie­odzow­nie trzeba pójść, choć gdzie­kol­wiek bądź! Gdy moja córka jedy­naczka po raz pierw­szy wyszła z żół­tym bile­tem, i ja także posze­dłem wtedy... gdyż moja córka legi­ty­muje się żół­tym bile­tem... - dodał nawia­sem, z pew­nym nie­po­ko­jem patrząc na mło­dzieńca. - To nic, łaskawy panie, to nic! - dorzu­cił skwa­pli­wie i z pozor­nym spo­ko­jem, gdy obaj chłopcy par­sk­nęli śmie­chem, a i sam gospo­darz się uśmiech­nął. - To nic! Tego kiwa­nia gło­wami nie biorę sobie do serca, albo­wiem już wszyst­kim wia­domo i cokol­wiek było tajne, na jaw wycho­dzi; a odno­szę się do tego nie ze wzgardą, lecz z pokorą. Niech tam! Niech tam! Ecce homo! Daruj, mło­dzień­cze: czy możesz... Ale nie, trzeba to powie­dzieć moc­niej i wyra­zi­ściej: nie czy możesz, lecz czy się ośmie­lisz, spo­glą­da­jąc w tej chwili na mnie, orzec twier­dząco, żem nie świ­nia?

Mło­dzie­niec nie odpo­wie­dział ani słowa.

- Owóż - cią­gnął dalej mówca sta­tecz­nie i nawet ze spo­tę­go­waną tym razem god­no­ścią, prze­cze­kaw­szy, aż umilkną ponowne chi­choty. - Owóż, niech będę świ­nią, ale ona jest damą! Ja noszę podo­bień­stwo bydlę­cia, lecz Kata­rzyna Iwa­nowna, moja mał­żonka, jest osobą wykształ­coną, córką ofi­cera szta­bo­wego. Nie­chaj, nie­chaj będę szu­braw­cem, nato­miast ona jest i wznio­słego serca, i pełna uczuć wyszla­chet­nio­nych przez edu­ka­cję. A tym­cza­sem... o, gdy­byż ona mnie poża­ło­wała! Sza­nowny panie, sza­nowny panie, prze­cież trzeba, żeby każdy czło­wiek miał bodaj jedno takie miej­sce, gdzie by go poża­ło­wano! A Kata­rzyna Iwa­nowna jest wpraw­dzie damą wiel­ko­duszną, ale nie­spra­wie­dliwą... I cho­ciaż sam rozu­miem, że kiedy mnie targa za kudły, to targa je nie ina­czej, tylko z żało­ści ser­decz­nej (albo­wiem, powta­rzam to bez fał­szy­wego wstydu, ona mnie targa za kudły, mło­dzień­cze - potwier­dził z tym więk­szą god­no­ścią, znowu sły­sząc prze­śmie­chy), ale, mój Boże, gdy­byż ona choć jeden raz... Lecz nie! nie! wszystko to nada­rem­nie i nie ma o czym gadać!... nie ma o czym gadać!... Albo­wiem już nie­raz zda­rzało się to upra­gnione, już nie­raz żało­wano mnie, lecz... lecz taka już moja spe­cy­fika: jestem uro­dzone bydlę!

- Ja myślę! - zauwa­żył gospo­darz, zie­wa­jąc.

Mar­mie­ła­dow z deter­mi­na­cją wal­nął pię­ścią w stół.

- Taka to spe­cy­fika! Czy ci wia­domo, czy ci wia­domo, sza­nowny panie, żem prze­pił nawet jej poń­czo­chy? Nie trze­wiki, bo to by jesz­cze choć tro­chę przy­po­mi­nało zwy­kłą kolej rze­czy, ale prze­piłem jej poń­czo­chy, poń­czo­chy! Chu­s­teczkę jej z koziej wełny także prze­piłem daro­waną, dawną, jej wła­sną, nie moją; miesz­kamy zaś w zim­nym kącie, tak że tejże zimy prze­zię­biła się i zaczęła kasz­leć, już krwią. A drob­nych dzia­tek mamy troje i Kata­rzyna Iwa­nowna jest zaha­ro­wana od rana do nocy, szo­ruje, pucuje, dzieci myje, albo­wiem od maleń­ko­ści przy­wy­kła do ochę­dó­stwa, a pierś ma słabą, skłonną do suchot, i ja to prze­czu­wam. Czyż nie prze­czu­wam? Ow­szem. Im bar­dziej piję, tym bar­dziej prze­czu­wam. Wła­śnie dla­tego piję, że w trunku tym szu­kam współ­czu­cia i prze­czuć. Nie wesela szu­kam, lecz jedy­nie bole­ści... Piję, albo­wiem pra­gnę dotkli­wiej cier­pieć!

I, jakby w roz­pa­czy, oparł głowę o stół.

- Mło­dzień­cze - pod­jął, znów się wypro­sto­waw­szy - z two­jej twa­rzy czy­tam nie­jaką boleść; jak tylko wsze­dłeś, wyczy­ta­łem to i dla­tego zwró­ci­łem się od razu do cie­bie. Komu­ni­ku­jąc bowiem panu dzieje żywota mego, nie pra­gnę wysta­wić się na pośmie­wi­sko tych oto próż­nia­ków, któ­rzy i tak o wszyst­kim już wie­dzą, lecz szu­kam czło­wieka wraż­li­wego i wykształ­co­nego. Wiedz tedy, że moja mał­żonka pobie­rała edu­ka­cję w szla­chec­kim guber­nial­nym insty­tu­cie dla dobrze uro­dzo­nych panien i że po koń­co­wym egza­mi­nie tań­czyła z sza­lem w obec­no­ści guber­na­tora i innych oso­bi­sto­ści, za co też otrzy­mała złoty medal oraz świa­dec­two uzna­nia na piśmie. Medal... aha, medal sprze­da­li­śmy... już dawno... hm... świa­dec­two zaś prze­cho­wuje dotych­czas w swoim kufrze i świeżo poka­zy­wała je gospo­dyni miesz­ka­nia. Bo jak­kol­wiek mię­dzy nią a tą gospo­dynią naj­nieu­stan­niej wywią­zują się nie­sna­ski, ale zachciało się jej przed kim­kol­wiek poszczy­cić, kogo­kol­wiek powia­do­mić o szczę­śli­wych dniach prze­szło­ści. I ja nie potę­piam, nie potę­piam, jako że to jedno jej pozo­stało we wspo­mnie­niach, cała zaś reszta poszła w roz­sypkę! Tak, tak - dama to poryw­cza, dumna i nie­ugięta. Sama szo­ruje pod­łogę, żywi się razow­cem, ale nikomu nie pozwoli na brak sza­cunku dla sie­bie. Dla­tego też i panu Lebie­ziat­ni­ko­wowi nie zechciała puścić pła­zem jego ordy­nar­no­ści, a gdy ją za to pan Lebie­ziat­ni­kow potur­bo­wał, roz­cho­ro­wała się nie tyle z powodu razów, ile z powodu ura­żo­nych uczuć. Ja ją poślu­bi­łem już jako wdowę z troj­giem dzia­tek - jedno mniej­sze od dru­giego. Po raz pierw­szy wyszła za mąż za ofi­cera pie­choty, z miło­ści, i z nim ucie­kła z domu rodzi­ciel­skiego. Męża kochała nad­zwy­czaj­nie, lecz on się zaczął bawić kar­cię­tami, tra­fił za kratki i tak już zmarł. Pod koniec bijał ją, ona zaś, jak­kol­wiek mu nie fol­go­wała, o czym mi wia­domo auten­tycz­nie i na pod­sta­wie doku­men­tów, wsze­la­koż dotych­czas go wspo­mina ze łzami w oczach i mnie go sta­wia za wzór; a ja się cie­szę, cie­szę, że przy­naj­mniej w wyobraźni widzi się szczę­śliwą nie­gdyś... I została po nim z troj­giem nie­let­nich dzieci w powie­cie dale­kim i bestial­skim, gdzie i ja się pod­ów­czas znaj­do­wa­łem; została w takiej bez­na­dziej­nej nędzy, że cho­ciaż bywa­łem w życiu w róż­no­ra­kich opa­łach, ale nawet nie jestem w sta­nie tego opi­sać. Wszy­scy zaś krewni się odstrych­nęli. Bo też była dumna, nad miarę dumna... I otóż wtedy, sza­nowny panie, wtedy ja, rów­nież wdo­wiec, z pierw­szej żony czter­na­sto­let­nią córkę mający, oświad­czy­łem się jej, jako że nie mogłem patrzeć na takie cier­pie­nia. Pan może z tego sądzić, do jakiego stop­nia doszła jej nie­dola, skoro ona, dobrze wycho­wana i wykształ­cona, ze zna­nej rodziny, zde­cy­do­wała się wyjść za mnie! Ale wyszła! Pła­cząc i łka­jąc, zała­mu­jąc ręce - wyszła! Bo nie miała gdzie pójść. Czy pan rozu­mie, czy pan rozu­mie, łaskawy panie, co to zna­czy, kiedy czło­wiek nie ma już gdzie pójść? Nie! Tego pan jesz­cze nie rozu­mie... I przez cały rok speł­nia­łem swą powin­ność po bożemu i świę­cie, nie tyka­łem tego - tu szturch­nął pal­cem pół­garn­cówkę - albo­wiem mam serce. Ali­ści i tym nie potra­fiłem dogo­dzić; a tym­cza­sem stra­ci­łem posadę - takoż nie z wła­snej winy, tylko wsku­tek reduk­cji eta­tów; i wów­czas tkną­łem!... Już temu pół­tora roku zna­leź­li­śmy się, po wędrów­kach i licz­nych nie­dolach, w tej oto sto­licy wspa­nia­łej i nie­zli­czo­nymi pomni­kami uświet­nio­nej. Tutaj dosta­łem posadę... Dosta­łem i znów stra­ci­łem. Rozu­mie pan? Tutaj już stra­ci­łem z wła­snej winy, albo­wiem spe­cy­fika moja wyszła na jaw... Zamiesz­ku­jemy teraz kątem u gospo­dyni, Ama­lii Fio­do­rowny Lip­pe­wech­sel, z czego zaś żyjemy i z czego pła­cimy - nie wiem. Mieszka tam dużo osób poza nami... Naj­nie­moż­liw­sza Sodoma... Hm... tak... A tym­cza­sem pod­ro­sła moja córka z pierw­szego mał­żeń­stwa, ile zaś wycier­piała ta moja córka od swej maco­chy, gdy pod­ra­stała, o tym zamil­czę. Bo acz­kol­wiek Kata­rzyna jest pełna wiel­ko­dusz­nych uczuć, ale to dama poryw­cza, draż­liwa, i jak trzep­nie... Tak! No, ale nie ma się w co wgłę­biać! Edu­ka­cji, jak pan to sobie łatwo wyobrazi, Sonia nie otrzy­mała. Przed jakimi czte­rema laty pró­bo­wa­łem prze­cho­dzić z nią geo­gra­fię i histo­rię powszechną, ale że i sam byłem w tej dzie­dzi­nie nie­tęgi, a przy­zwo­itych pod­ręcz­ni­ków nie mia­łem, bo książki, jakie­śmy posia­dali... no, sło­wem, nie ma już tych ksią­żek, więc na tym cała nauka się skoń­czyła. Prze­rwa­li­śmy na Cyru­sie per­skim. Potem, gdy już przy­szła do lat, prze­czy­tała kil­koro ksiąg tre­ści roman­so­wej, a nie­dawno, za pośred­nic­twem pana Lebie­ziat­ni­kowa, z wiel­kim zaję­ciem prze­wer­to­wała jedno dzieło, Fizjo­lo­gię Lewesa1 (sza­nowny pan to zna?), i nawet uryw­kami na głos nam czy­ty­wała; oto i cała jej oświata. Teraz zaś, sza­nowny mój panie, we wła­snym imie­niu skie­ruję do pana pyta­nie pry­watne: czy, zda­niem pań­skim, panna uboga, lecz uczciwa, dużo może zaro­bić wła­sną uczciwą pracą?... Ani pięt­na­stu kopie­jek dzien­nie nie zarobi, pro­szę pana, jeżeli jest uczciwa i nie posiada spe­cjal­nych talen­tów, a i to pod warun­kiem, że ręce sobie urobi! Na domiar radca Klop­stock, Iwan Iwa­no­wicz (sza­nowny pan sły­szał o nim?), nie dość, że dotych­czas nie uiścił należ­no­ści za uszy­cie pół tuzina koszul holen­der­skich, lecz ow­szem, w spo­sób obraź­liwy wyrzu­cił ją, tupiąc nogami i pięt­nu­jąc nie­przy­stoj­nym prze­zwi­skiem, pod pozo­rem, jakoby koł­nierz koszuli uszyto nie wedle miary i krzywo. A tym­cza­sem dzie­ciar­nia głodna... A tym­cza­sem Kata­rzyna, zała­mu­jąc ręce, cho­dzi po pokoju, na policz­kach jej uka­zują się wypieki - jak to zawsze bywa w tej cho­ro­bie. Że niby: "Miesz­kasz tu u nas, dar­mo­zja­dzie jeden, jesz, pijesz, korzy­stasz z cie­pła...". Bogiem zaś a prawdą, cóż ona tam "je i pije", kiedy w domu nawet dzia­twa po trzy dni z rzędu nie widuje skórki chleba! Leża­łem wtedy... bez obrazy... leża­łem pija­niu­sieńki, a wtem sły­szę, jak moja Sonia mówi (cichutka jest taka, gło­sik ma taki potulny... blon­dy­neczka, liczko zawsze ble­dziut­kie, chu­dziut­kie), sły­szę, jak mówi: "Więc jakże, Kata­rzyno Iwa­nowno? Czyż mam się puścić na taką rzecz?". A już Daria Fran­cewna, nie­wia­sta nie­go­dziwa i poli­cji wie­lo­krot­nie znana, ze trzy razy dopy­ty­wała się przez gospo­dy­nię. "Ha - odpo­wiada Kata­rzyna Iwa­nowna z prze­ką­sem - o cóż masz się dro­żyć? Też mi skarb!". Ale niech pan nie wini, panie sza­nowny, niech pan nie wini! Powie­dziane to było nie przy zdro­wych zmy­słach, lecz przy uczu­ciach wzbu­rzo­nych, w cho­ro­bie, przy pła­czu dzieci o chleb, zresztą raczej dla obrazy niż w ści­słym sen­sie... Albo­wiem mał­żonka moja taki już ma cha­rak­ter, że gdy się dzieci roz­pła­czą, cho­ciażby z głodu, natych­miast zaczyna je bić. I oto widzę o jakiej szó­stej godzi­nie: Sonieczka wstała, wło­żyła chu­s­teczkę, wło­żyła pele­rynkę i wyszła z miesz­ka­nia, a o dzie­wią­tej wró­ciła. Przy­szła, idzie wprost do Kata­rzyny i w mil­cze­niu kła­dzie przed nią na stole trzy­dzie­ści rubel­ków. Ani słówka przy tym nie pisnęła, nie spoj­rzała nawet, tylko wzięła naszą dużą, zie­loną, dra­de­da­mową2 chu­stę (mamy taką wspólną chu­stę z dra­de­damu), nakryła nią głowę i twarz i poło­żyła się na łóżku, twa­rzą do ściany, że tylko ramionka i ciało dygocą... Ja zaś leża­łem w takimże sta­nie jak poprzed­nio.... I widzia­łem wów­czas, mło­dzień­cze, widzia­łem, jak póź­niej Kata­rzyna, rów­nież ani słowa nie mówiąc, pode­szła do łóżeczka Soni i cały wie­czór prze­klę­czała przy niej, nogi jej cało­wała, nie chciała wstać, a potem oby­dwie razem zasnęły, objąw­szy się... oby­dwie... oby­dwie... tak... a ja... leża­łem pija­niu­teńki. Mar­mie­ła­dow umilkł, jakby mu głos ode­brało. Potem naraz spiesz­nie nalał sobie, wypił, odchrząk­nął.

- Od tego czasu, panie mój - cią­gnął dalej po chwili mil­cze­nia - od tego czasu, wsku­tek pew­nego nie­po­myśl­nego wyda­rze­nia i na pod­sta­wie donie­sień osób złej woli - w czym brała naj­czyn­niej­szy udział Daria Fran­cewna, ponoć za to, że jej uchy­biono w należ­nym sza­cunku - od tego czasu córka, moja Sofia Sie­mio­nowna zmu­szona była wyro­bić sobie żółty bilet i z tej racji nie może już prze­by­wać z nami. Albo­wiem i gospo­dyni, Ama­lia Fio­do­rowna, nie chciała na to pozwo­lić (choć przed­tem sama szła na rękę owej Darii), a i pan Lebie­ziat­ni­kow... hm... Wła­śnie o Sonię wywią­zało się to zaj­ście mię­dzy nim a moją mał­żonką. Przed­tem on sam mole­sto­wał Sonieczkę, a teraz wbił się rap­tem w ambi­cję: "Jak to! Ja, czło­wiek tak oświe­cony, mam prze­by­wać w jed­nym miesz­ka­niu z taką?...". A Kata­rzyna tego nie prze­łknęła, ujęła się... No i wybu­chło... Teraz Sonieczka bywa u nas tylko o zmierz­chu, stara się pomóc Kata­rzy­nie, w miarę sił i moż­no­ści dostar­cza środ­ków... Mieszka zaś u krawca Kaper­nau­mowa, pod­naj­muje u nich stan­cję, a Kaper­nau­mow jest kulawy i ma klu­ski w ustach, i cała jego liczna rodzina także ma klu­ski w ustach. Klu­ski w ustach ma też jego żona... Gnież­dżą się w jed­nym pokoju, a Sonia ma swój, osobny, z prze­pie­rze­niem... Hm, tak... Ludzie to wielce ubo­dzy i z utrud­nioną wymową... tak... Jakem tylko wstał wów­czas naza­jutrz, wdzia­łem łach­many moje, ramiona wznio­słem ku niebu i uda­łem się do jego eks­ce­len­cji Iwana Afa­na­sje­wi­cza. Sza­nowny pan zna jego eks­ce­len­cję Iwana Afa­na­sje­wi­cza?... Nie? W takim razie nie zna pan bożego czło­wieka! Jest to wosk... wosk przed obli­czem Pań­skim; jako wosk tający!... Raczył wszyst­kiego wysłu­chać i nawet łzę uro­nił. "Ha, Mar­mie­ła­dow! Już raz mnie zawio­dłeś... Biorę cie­bie raz jesz­cze na swoją oso­bi­stą odpo­wie­dzial­ność - tak się wła­śnie wyra­ził - zako­no­tuj to sobie - powiada - ruszaj!". Uca­ło­wa­łem proch u stóp jego - myślowo, bo w rze­czy­wi­sto­ści nie pozwo­liłby, będąc dostoj­ni­kiem i mężem nowych, pań­stwo­wo­twór­czych i oświe­conych poglą­dów. Wró­ci­łem do domu, a kie­dym oświad­czył, żem znowu zali­czony do per­so­nelu i pobie­ram pen­sję - o Boże, cóż to wów­czas było!...

Mar­mie­ła­dow znowu prze­rwał, mocno prze­jęty. W tej chwili weszła z ulicy cała kom­pa­nia opo­jów, już urżnię­tych; za drzwiami roz­le­gły się dźwięki wyna­ję­tej kata­rynki, a dzie­cięcy, nade­rwany sied­mio­letni gło­sik zaśpie­wał Futo­rek3. Wsz­czął się har­mi­der. Gospo­darz i służba zajęli się nowo przy­by­łymi. Mar­mie­ła­dow, nie zwra­ca­jąc uwagi na przy­by­szów, pod­jął swe opo­wia­da­nie. Zdaje się, że bar­dzo osłabł, lecz im bar­dziej roz­bie­rała go wódka, tym się sta­wał gada­tliw­szy. Wspo­mnie­nia o świe­żym suk­ce­sie biu­ro­wym oży­wiły go i nawet odbiły się na jego twa­rzy jakąś pro­mien­no­ścią. Raskol­ni­kow słu­chał uważ­nie.

- Działo się to, panie łaskawy, przed pię­cioma tygo­dniami. Tak... Skoro tylko dowie­działy się obie, Kata­rzyna i Sonieczka - o Panie, jak­bym w Kró­le­stwo Boże wkro­czył. Daw­niej, bywało, leży czło­wiek jak bydlę i sły­szy tylko wymy­sły. A teraz cho­dzą na palusz­kach, uci­szają dzieci: "Sie­mion Zacha­rycz zmę­czył się w biu­rze, odpo­czywa, cyt!". Przed wyj­ściem do biura poją mnie kawą, grzeją śmie­tankę! Zaczęły się sta­rać o praw­dziwą śmie­tankę, sły­szy pan! Skąd wytrza­snęły jede­na­ście rubli pięć­dzie­siąt kopie­jek na przy­zwo­ite umun­du­ro­wa­nie dla mnie - poję­cia nie mam. Buty, świeże pół­ko­szulki - jak naj­wspa­nial­sze, mada­po­la­mowe, wic­mun­dur wyszpe­rały za jede­na­ście i pół rubla, w naj­przed­niej­szym gatunku. Pierw­szego dnia przy­cho­dzę przed połu­dniem z biura, patrzę: Kata­rzyna Iwa­nowna przy­rzą­dziła dwa dania, zupę i peklo­winę z chrza­no­wym sosem, o jakich to rze­czach nie było przed­tem słu­chu ani duchu. Sukie­nek nie ma ona żad­nych... ale to żad­nych, a tu rap­tem, jak gdyby się wybie­rała w odwie­dziny, wystro­iła się, i to nie byle jak; z niczego potrafi wszystko zro­bić - ucze­sze się, jakiś tam czy­ściutki koł­nie­rzy­czek, man­kie­ciki - i patrz­cie mi, zupeł­nie inna osoba, odmłod­niała, wyprzy­stoj­niała. Sonieczka, pta­szyna moja, wspie­rała tylko pie­niędzmi, mnie zaś samej - powiada - nie wypada teraz bywać u was czę­sto, chyba dopiero o zmierz­chu, żeby nikt nie widział. Sły­szy pan, sły­szy pan? Po obie­dzie posze­dłem się zdrzem­nąć - i cóż pan powie? Mał­żonka moja nie wytrzy­mała: nie dalej niż przed tygo­dniem naurą­gały sobie z gospo­dy­nią, z Ama­lią Fio­do­rowną, na czym świat stoi, a teraz zapro­siła ją na fili­żankę kawy. Prze­sie­działy dwie godziny i cią­gle szu-szu mię­dzy sobą. Że niby: "Teraz mąż mój jest na posa­dzie, bie­rze pobory, cho­dzi do samego eks­ce­len­cji, a eks­ce­len­cja wyszedł do niego oso­bi­ście, wszyst­kim kazał cze­kać, a męża wziął pod rękę i przy wszyst­kich zapro­wa­dził do gabi­netu". Sły­szy pan, sły­szy pan? "Sie­mionie Zacha­ryczu - powiada - ja natu­ral­nie pamię­tam o pań­skich zasłu­gach i cho­ciaż pan hoł­duje tej lek­ko­myśl­nej sła­bo­stce, ale ponie­waż teraz dałeś obiet­nicę, a ponadto nam tu bez cie­bie szło kulawo (sły­szy pan, sły­szy?), więc pole­gam na twoim szla­chet­nym sło­wie". Czyli, powia­dam panu, wszy­ściu­teńko wyssała z palca, i to nawet nie z trzpio­to­wa­to­ści, dla próż­nej prze­chwałki! Nie, sama we wszystko wie­rzy, wła­snymi uro­je­niami bawi sie­bie, jak Boga kocham! A ja nie potę­piam; nie, tego ja nie potę­piam! Gdy zaś przed sze­ściu dniami przy­nio­słem, nic nie uszczk­nąw­szy, pierw­szą swoją pen­sję, dwa­dzie­ścia trzy ruble czter­dzie­ści kopie­jek - nazwała mnie dziub­dziu­siem. "Dziub­dziu­siu ty mój!" - powiada. I to na osob­no­ści, rozu­mie pan? Zda­wa­łoby się, że cóż we mnie miłego, że jakiż tam ze mnie mąż! Otóż nie; uszczyp­nęła mnie w poli­czek i powiada: "Dziub­dziu­siu ty mój!".

Mar­mie­ła­dow umilkł, chciał się uśmiech­nąć, ale nagle broda zaczęła mu się trząść. Jed­nak opa­no­wał się. Ten szynk, twarz nosząca ślady roz­pu­sty, pięć nocy na bar­kach z sia­nem, ta butelka, a zara­zem ta cho­ro­bliwa miłość do żony i rodziny - wszystko to zbi­jało z tropu jego słu­cha­cza. Raskol­ni­kow słu­chał w napię­ciu, lecz z dotkliwą przy­kro­ścią. Był zły na sie­bie, że tu przy­szedł.

Sza­nowny panie, sza­nowny panie! - zawo­łał Mar­mie­ła­dow, otrzą­snąw­szy się - o sza­nowny mój panie, może pana to wszystko śmie­szy, jak i innych, może nudzę pana głu­potą tych wszyst­kich mizer­nych szcze­gó­li­ków domo­wego życia mego; ale mnie jest nie do śmie­chu! Albo­wiem ja to wszystko odczu­wam... I cały ten raj­ski dzień żywota mego, i cały ów wie­czór spę­dzi­łem w polot­nych marze­niach: jak ja to wszystko urzą­dzę i dzie­ciarni spra­wię przy­odzie­wek, i jej zapew­nię spo­kój, i córkę swą jedy­naczkę dźwi­gnę z otchłani upadku z powro­tem na łono rodziny... I różne takie róż­no­ści... To prze­cie wolno, pro­szę pana. Ali­ści, łaskawco mój (tu Mar­mie­ła­dow drgnął znie­nacka, pod­niósł głowę i wpa­trzył się pro­sto w swego słu­cha­cza), ali­ści już naza­jutrz po wszyst­kich tych roje­niach (czyli dokład­nie przed pię­cioma dobami), pod wie­czór, za pomocą pod­stęp­nego for­telu, jak nocny zbójca, przy­własz­czy­łem sobie klucz od kuferka mał­żonki mojej, wydo­by­łem wszystko, co zostało z przy­nie­sio­nej pen­sji, już nie pamię­tam, ile mia­no­wi­cie - no i pro­szę spoj­rzeć na mnie! Pięć dni, jak wysze­dłem z domu, a tam mnie szu­kają, z posadą amen, mun­dur leży w szyn­kowni przy moście Egip­skim, za co też otrzy­ma­łem w zamian to oto obłó­cze­nie. Wszystko skoń­czone!

Mar­mie­ła­dow ude­rzył się pię­ścią w czoło, zaciął zęby, zamknął oczy i mocno oparł się łok­ciem na stole. Lecz po chwili twarz mu się nagle zmie­niła; z jakimś uda­nym kpiar­stwem, z wymu­szoną bez­czel­no­ścią popa­trzył na Raskol­ni­kowa, zaśmiał się i powie­dział:

- A dzi­siaj byłem u Soni, popro­si­łem o gotó­weczkę na popra­winy! Che-che-che!

- Chyba nie dała? - krzyk­nął ze strony któ­ryś z nowo przy­by­łych, krzyk­nął i zare­cho­tał na całe gar­dło.

- Ta oto pół­garn­cówka została nabyta za jej pie­nią­dze - cią­gnął Mar­mie­ła­dow, zwra­ca­jąc się wyłącz­nie do Raskol­ni­kowa. - Dała mi trzy­dzie­ści kopie­jek wła­sną rączką, ostat­nie, wszystko, co miała, sam widzia­łem... Nie powie­działa nic, tylko w mil­cze­niu przyj­rzała mi się... To nie na ziemi, ale tam - boleją nad ludźmi w taki spo­sób, opła­kują, a wyrzu­tów nie robią, nie robią! I tym bole­śniej, tym bole­śniej, że nie robią!... Trzy­dzie­ści kopie­jek, tak jest. A prze­cież i jej samej teraz potrzebne, nie? Jak pan sądzi, panie mój kochany? Prze­cie teraz musi dbać o schlud­ność. A schlud­ność, taka, wie pan, spe­cjalna, kosz­tuje. Rozu­mie pan? Cho­ciażby te jakieś pomadki, bo i jakże? Halki kroch­ma­lone, trze­wiczki takie figlar­niej­sze, żeby można było poka­zać nóżkę, kiedy wypad­nie prze­ska­ki­wać kałużę. A rozu­mie pan, rozu­mie, co zna­czy taka schlud­ność? Otóż ja, rodzony ojciec, cap­ną­łem te trzy­dzie­ści kopie­jek na popra­winy! I piję! I już prze­pi­łem!... Więc któż poża­łuje takiego jak ja? Hę? Czy pan mnie teraz żałuje, czy nie? Mów pan: żału­jesz czy nie? Che-che-che-che!

Chciał sobie dolać, ale nic z tego. Flaszka była próżna.

- A za co cie­bie żało­wać? - krzyk­nął gospo­darz, który znowu zna­lazł się obok nich.

Roz­legł się śmiech i nawet poła­janki. Śmiali się i wymy­ślali zarówno ci, co sły­szeli, jak i ci, co nie sły­szeli - ot, na sam widok eme­ry­to­wa­nego urzęd­nika.

- Żało­wać! Za co mnie żało­wać? - wrza­snął z nagła Mar­mie­ła­dow, wsta­jąc z wycią­gniętą ręką, w ist­nym natchnie­niu, jak gdyby tylko cze­kał na te słowa. - Za co mnie żało­wać, powia­dasz? Racja! Mnie żało­wać nie ma za co! Ukrzy­żo­wać mnie trzeba, do krzyża przy­bić, a nie żało­wać! Więc ukrzy­żuj, Sędzio, ukrzy­żuj, lecz ukrzy­żo­waw­szy, poża­łuj! A wów­czas ja sam przyjdę do cie­bie, żebyś mnie ukrzy­żo­wał, albo­wiem szu­kam nie wesela, jeno łez i bole­ści... Czy ci się zdaje, prze­kup­niu, że ta twoja butelka słodką mi była? Bole­ści, bole­ści szu­ka­łem na jej dnie, bole­ści i łez; jakoż zna­la­złem je, zakosz­to­wa­łem ich; a poża­łuje nas Ten, który uli­to­wał się nad wszyst­kimi, który wszyst­kich i wszystko rozu­miał, On też jeden jest Sędzią. Nasta­nie dzień i On zapyta: "A gdzie jest córa owa, która maco­sze złej i suchot­ni­czej, która dziat­kom obcym i nie­let­nim zło­żyła sie­bie w ofie­rze? Gdzie córa owa, która poża­ło­wała rodzica swego ziem­skiego, pija­nicy nie­uży­tecz­nego, nie brzy­dząc się jego zezwie­rzę­ce­niem?". I powie: "Przyjdź! Już ci raz odpu­ści­łem... Prze­ba­czy­łem ci raz... A i teraz odpusz­czone ci są twoje mno­gie grze­chy, albo­wiem wie­leś umi­ło­wała...". I prze­ba­czy mojej Soni, już wiem, że prze­ba­czy... Odczu­łem to w sercu moim, gdym u niej był ostat­nio... I osą­dzi wszyst­kich spra­wie­dli­wie i prze­ba­czy dobrym i złym, wynio­słym i pokor­nym... A gdy już skoń­czy ze wszyst­kimi, naon­czas prze­mówi i do nas: "Chodź­cie i wy! - powie. - Chodź­cie, pija­niu­tency! Chodź­cie, sła­biutcy! Chodź­cie, zasro­mani". I my wszy­scy przyj­dziemy, nie wsty­dząc się, i sta­niemy przed Nim. A On powie: "Świ­nie jeste­ście! Na obraz i podo­bień­stwo bestii; ale chodź­cie i wy też!". Wów­czas rzekną mądrzy, rzekną roz­tropni: "Panie! przecz dopusz­czasz tych oto?". A On powie: "Dla­tego ich dopusz­czam, o mądrzy, dla­tego ich dopusz­czam, roz­tropni, że z nich żaden nie poczy­ty­wał sie­bie ni­gdy za god­nego tej łaski...". I wycią­gnie ku nam pra­wicę swoją, a my przy­pad­niemy... i zapła­czemy... i wszystko zro­zu­miemy! Wtedy zro­zu­miemy wszystko!... i wszy­scy zro­zu­mieją... Kata­rzyna Iwa­nowna... także zro­zu­mie. Panie, przyjdź kró­le­stwo Twoje!

Opadł na ławkę, wyczer­pany i osła­bły, nie patrząc na nikogo, jakby zapo­mniał o oto­cze­niu, i głę­boko się zadu­mał. Jego słowa wywarły pewne wra­że­nie; na chwilę zale­gła cisza, lecz nie­ba­wem dały się znowu sły­szeć śmie­chy i urą­ga­nia:

- Powie­dział, co wie­dział!

- Mądrala!

- Urzęd­nik!

I tak dalej, i tak dalej.

- Chodźmy, panie - rzekł nagle Mar­mie­ła­dow, pod­no­sząc głowę i zwra­ca­jąc się do Raskol­ni­kowa. - Niech pan mnie odpro­wa­dzi... Kamie­nica Kozela, ofi­cyna. Pora... do Kata­rzyny Iwa­nowny...

Raskol­ni­kow już dawno miał ochotę wyjść, o tym zaś, żeby mu pomóc, już i sam myślał. Oka­zało się, że Mar­mie­ła­dow ma nogi daleko słab­sze niż język; ciężko się oparł o mło­dego czło­wieka. Mieli przejść jakie dwie­ście, trzy­sta kro­ków. Im bli­żej domu, tym więk­szy lęk i wstyd ogar­niał pijaka.

- Nie Kata­rzyny Iwa­nowny boję się teraz - bąkał, zal­te­ro­wany - ani tego, że mi się wczepi we włosy. Co tam włosy!... Furda włosy! Ja ci to mówię. Nawet lepiej, żeby się wcze­piła, wcale nie tego się boję... Boję się... jej oczu... tak... oczu... Wypie­ków boję się także... i tego... jej odde­chu się boję... Widzia­łeś, jak się oddy­cha w tej cho­ro­bie... przy wzbu­rzo­nych uczu­ciach? I boję się jesz­cze pła­czu dzieci... Bo, uwa­żasz, jeżeli Sonia ich nie nakar­miła, to... już nie wiem! Nie wiem! A wytu­zo­wa­nia się nie boję... Wiedz, mój panie, że mi wyżej wspo­mniane tuzy nie przy­czy­niają bólu, lecz, ow­szem, są mi roz­ko­szą... Żyć bez tego nie mogę. Tak jest lepiej. Niech mnie pobije, niech sobie ulży... tak jest lepiej... A oto i dom. Kamie­nica Kozela. Ślu­sa­rza, Niemca boga­tego... Pro­wadź!

Weszli od podwó­rza i jęli się wspi­nać na czwarte pię­tro. Im wyżej, tym schody były ciem­niej­sze. Zbli­żała się jede­na­sta, i cho­ciaż w Peters­burgu o tej godzi­nie jesz­cze nie ma praw­dzi­wej nocy, ale u szczytu scho­dów było zupeł­nie mroczno.

Na naj­wyż­szym pię­trze, u wylotu scho­dów, małe, zasmo­lone drzwiczki stały otwo­rem. Oga­rek oświe­tlał naj­nędz­niej­szy w świe­cie pokój, jakie dzie­sięć kro­ków długi i w cało­ści widoczny z sieni. Wszystko tu było poroz­rzu­cane w nie­ła­dzie, zwłasz­cza różne dzie­cięce gał­ganki. Kąt w głębi zawie­szono dziu­ra­wym prze­ście­ra­dłem, za któ­rym praw­do­po­dob­nie mie­ściło się łóżko. W samym zaś pokoju były tylko dwa krze­sła i cera­towa, mocno obszar­pana kanapa, przed którą stał stary stół kuchenny z suro­wej sośniny, niczym nie przy­kryty. Na brzeżku stołu dopa­lał się oga­rek łojówki w bla­sza­nym lich­ta­rzu. Oka­zało się, że rodzina Mar­mie­ła­dowa mieszka w osob­nym pokoju, a nie kątem, lecz pokój ich był prze­chodni. Drzwi do dal­szych pomiesz­czeń czy kli­tek, z któ­rych się skła­dało miesz­ka­nie Ama­lii Lip­pe­wech­sel, były uchy­lone. Pano­wał tam hałas i rwe­tes. Ktoś śmiał się gło­śno. Widocz­nie grano w karty i pito her­batę. Nie­kiedy dola­ty­wały wyrazy zgoła nie­par­la­men­tarne.

Raskol­ni­kow od razu poznał Kata­rzynę Iwa­nownę. Była to strasz­li­wie wychu­dzona kobieta, gibka, dosyć wysoka i zgrabna, ze ślicz­nymi jesz­cze, ciem­no­blond wło­sami i, w rze­czy samej, z cegla­stymi wypie­kami na twa­rzy. Cho­dziła tam i z powro­tem po swym nie­wiel­kim pokoju, sku­liw­szy ręce na piersi, z zaci­śnię­tymi, spie­czo­nymi war­gami; oddy­chała nie­równo, ury­wa­nie. Oczy jej błysz­czały jak w gorączce, ale spoj­rze­nie było ostre i nie­ru­chome; przy­kre wra­że­nie spra­wiała ta suchot­ni­cza, wzbu­rzona twarz, po któ­rej peł­gały ostat­nie odbla­ski dogo­ry­wa­ją­cej łojówki. Raskol­ni­kow uznał, że ma ze trzy­dzie­ści lat i że istot­nie nie sta­nowi dobra­nej pary z Mar­mie­ła­do­wem... Wcho­dzą­cych nie sły­szała i nie zauwa­żyła; rzekł­byś, że jest otu­ma­niona, nic nie widzi, nic nie sły­szy. W izbie było duszno, lecz okna nie otwo­rzyła; ze scho­dów bił zaduch, jed­nak drzwi na schody były uchy­lone; z wewnętrz­nych pokoi przez nie­do­mknięte drzwi napły­wały fale dymu tyto­nio­wego, Mar­mie­ła­dowa kasz­lała, ale drzwi nie zamknęła. Naj­młod­sza dziew­czynka, sze­ścio­let­nia może, spała na pod­ło­dze, przy­kuc­nąw­szy, z głową wetkniętą w róg kanapy. O rok star­szy od niej chło­pak drżał w kącie jak liść i pła­kał. Widocz­nie dostał tylko co w skórę. Star­sza dziew­czynka, mająca jakie dzie­więć lat, wysoka i cie­niutka jak zapałka, stała w kącie, objąw­szy małego bra­ciszka za szyję dłu­gim, wyschnię­tym jak szczapa ramie­niem. Miała na sobie tylko lichutką i w wielu miej­scach dziu­rawą koszu­linę, a na gołych ramio­nach narzu­cony wyświech­tany płasz­czyk dra­de­da­mowy, który zapewne spra­wiono jej dwa lata temu, bo teraz nie się­gał nawet do kolan. Sta­rała się utu­lić brata, coś mu szep­tała do ucha, pocie­szała jak mogła, żeby cza­sem nie zachli­pał znowu, a rów­no­cze­śnie ze stra­chem wodziła za matką ogrom­nymi ciem­nymi oczami, które zda­wały się jesz­cze więk­sze w jej chu­dej i prze­ra­żo­nej twa­rzyczce.

Mar­mie­ła­dow, nie wcho­dząc do pokoju, uklęk­nął tuż na progu, a Raskol­ni­kowa popchnął naprzód. Na widok nie­zna­jo­mego kobieta z roz­tar­gnie­niem zatrzy­mała się przed nim, ock­nąw­szy się na mgnie­nie i jak gdyby zasta­na­wia­jąc się: po co tu wszedł? Ale snadź pomy­ślała sobie zaraz, że gość idzie do dal­szych izb, bo ta była prze­chod­nia. Zmiar­ko­waw­szy to, i już nie zwra­ca­jąc na niego uwagi, pode­szła do drzwi od sieni, żeby je domknąć - i nagle krzyk­nęła, ujrzaw­szy na progu klę­czą­cego męża.

- A! - wrza­snęła w zapa­mię­ta­niu. - Wró­ci­łeś! Kaj­da­nia­rzu! Wyrzutku!... A gdzież pie­nią­dze? Co masz w kie­szeni, pokaż! I sur­dut nie ten! Gdzie twój sur­dut? Gdzie pie­nią­dze? Gadaj!...

I rzu­ciła się go rewi­do­wać. Mar­mie­ła­dow natych­miast roz­ło­żył ręce potul­nie i kor­nie, żeby jej uła­twić prze­trzą­śnię­cie kie­szeni. Nie zna­la­zła ani kopiejki.

- Gdzie są pie­nią­dze? - krzy­czała. - O Panie, czyżby wszystko prze­pił? Prze­cie w kuferku było jesz­cze dwa­na­ście rubel­ków!... - I rap­tem z wście­kło­ścią chwy­ciła go za włosy i powlo­kła do pokoju. Mar­mie­ła­dow sam uła­twiał jej te wysiłki, ule­gle czoł­ga­jąc się za nią na klęcz­kach.

- I to mi jest roz­ko­szą! I to mi jest nie bólem, lecz roz­ko­szą, sza-now-ny pa-nie! - pokrzy­ki­wał, szar­pany za włosy, a nawet raz wyrżnąw­szy czo­łem w pod­łogę. Śpiące na pod­ło­dze dziecko obu­dziło się i zapła­kało. Chłop­czyk w kącie nie wytrzy­mał, zady­go­tał, krzyk­nął i rzu­cił się ku sio­strze w okrop­nym prze­stra­chu, nie­omal w ataku. Star­sza dziew­czynka drżała jak liść.

- Prze­pił! Wszystko, wszystko prze­pił! - Roz­pacz­li­wie łkała nie­szczę­śliwa kobieta. - I ubra­nie na nim inne! Głodne, głodne! - I zała­mu­jąc ręce, wska­zy­wała na dzieci. - O, po trzy­kroć prze­klęte życie! A pan, pan wstydu nie ma - cisnęła się nagle na Raskol­ni­kowa. - Z szynku! Tyś także z nim pił? Piłeś z nim także! Precz!

Mło­dzie­niec pokwa­pił się wyjść, nie mówiąc ani słowa. Zwłasz­cza że otwo­rzyły się wewnętrzne drzwi, spoza któ­rych wyj­rzało kilku cie­ka­wych. Wycią­gnęły się oble­śnie roze­śmiane gęby, z papie­ro­sami, z faj­kami, w jar­muł­kach. Jakieś posta­cie w szla­fro­kach lub spro­śnie roz­ne­gli­żo­wane z bez­wstyd­nie let­nim dekol­tem, nie­które z kar­tami w ręku. Z naj­więk­szym roz­ba­wie­niem śmiali się, gdy Mar­mie­ła­dow, wle­czony za włosy, krzy­czał, że mu to spra­wia roz­kosz. Ba, zaczęli wcho­dzić do pokoju. W końcu roz­legł się zło­wrogi jazgot: to nad­cią­gała sama Ama­lia Lip­pe­wech­sel, ażeby po swo­jemu doko­nać roz­prawy i po raz setny nastra­szyć nie­szczę­sną kobietę okra­szo­nym prze­kleń­stwami roz­ka­zem, żeby się zaraz naza­jutrz stąd wyno­sili. Na odchod­nym Raskol­ni­kow zdą­żył wygrze­bać z kie­szeni ileś tam mie­dzia­ków, które dostał w szynku jako resztę z rubla, i nie­po­strze­że­nie poło­żyć je na oknie. Potem, już na scho­dach, pomiar­ko­wał się i chciał wró­cić.

"Co za głu­pie fana­be­rie wyczy­niam - skar­cił się. - Prze­cie oni mają tę swoją Sonię, a ja muszę sam myśleć o sobie". Lecz wziąw­szy na rozum, że tych pie­nię­dzy wyco­fać już nie spo­sób i że tak czy owak nie zro­biłby tego, mach­nął ręką i ruszył do sie­bie. "Prze­cie Sonia musi sobie kupić pomadki! - cią­gnął dalej, kro­cząc ulicą i zja­dli­wie się uśmie­cha­jąc. - Taka schlud­ność kosz­tuje... Hm! Zresztą kto wie, może i sama Sonieczka dzi­siaj cienko przę­dzie, boć to zawsze na dwoje babka wró­żyła, rzecz przy­padku... niby łowy na grub­szego zwie­rza... albo szu­ka­nie zło­tej żyły... A w takim razie bez tych moich pie­nię­dzy osie­dliby jutro na lodzie... Górą Sonia! Nie­złą stud­nię umieli sobie wyko­pać. I cią­gną! Pewno, że cią­gną, bo przy­wy­kli. Naj­pierw popła­kali, póź­niej przy­wy­kli. Czło­wiek jest podły, do wszyst­kiego przy­wyka!".

Zamy­ślił się.

A jeże­lim zełgał? - zawo­łał nagle mimo woli. - Jeżeli w rze­czy­wi­sto­ści czło­wiek nie jest podły... czło­wiek w zna­cze­niu ogól­nym, w zna­cze­niu całego rodzaju ludz­kiego... w takim razie cała reszta - to zabo­bony, wymy­ślone stra­chy, i nie ist­nieją żadne gra­nice, i nie powinny ist­nieć!...

III

Naza­jutrz obu­dził się późno, po nie­spo­koj­nym śnie, który go nie pokrze­pił. Obu­dził się w nastroju żół­cio­wym, roz­draż­niony, zły, i z nie­na­wi­ścią spoj­rzał na swoją ciupkę. Była to malu­teńka klitka, jakie sześć kro­ków długa, żało­śnie wyglą­da­jąca ze swoją żół­tawą, zaku­rzoną i poodle­pianą wszę­dzie tapetą, a tak niska, że czło­wiek choć tro­chę słusz­niej­szy czuł się tu nie­swojo, co chwila cze­ka­jąc, że stuk­nie głową w sufit. Ume­blo­wa­nie też było odpo­wied­nie: trzy stare, koślawe krze­sła, w kącie bej­co­wany stół, na któ­rym leżało kilka zeszy­tów i ksią­żek - gruba war­stwa kurzu świad­czyła, że od dawna nie doty­kała ich niczyja ręka - wresz­cie pokraczna, duża sofa, zaj­mu­jąca bez mała całą ścianę i połowę sze­ro­ko­ści izdebki, nie­gdyś obita per­ka­lem, teraz obdarta i zastę­pu­jąca Raskol­ni­ko­wowi łóżko. Czę­sto sypiał na niej w ubra­niu, bez prze­ście­ra­dła, okry­wa­jąc się sta­rym, znisz­czo­nym płasz­czem stu­denc­kim, z głową na jed­nej małej podu­szeczce, pod którą wty­kał wszystką swoją bie­li­znę, czy­stą i brudną, aby mieć wyż­sze wez­gło­wie. Przed sofą stał sto­li­czek.

Trudno było o więk­sze zanie­dba­nie i nie­chluj­stwo; lecz Raskol­ni­ko­wowi, w jego obec­nym uspo­so­bie­niu, to nawet doga­dzało. Odgro­dził się od całego świata, scho­wał się jak żółw w sko­ru­pie, tak że nawet twarz słu­żą­cej, któ­rej obo­wiąz­kiem było mu posłu­gi­wać i która cza­sem zaglą­dała do jego pokoju, przy­pra­wiała go o napady zło­ści i kon­wul­sje. Tak bywa z mono­ma­nami, gdy się nad­mier­nie sku­pią na jed­nym przed­mio­cie. Gospo­dyni już od dwóch tygo­dni prze­stała mu przy­sy­łać jedze­nie, a jemu do głowy nie przy­szło, żeby się z nią roz­mó­wić na ten temat, choć sie­dział bez obiadu. Nasta­zja - kucharka i jedyna słu­żąca gospo­dyni - po czę­ści była rada z takiego nastroju loka­tora i zupeł­nie zanie­chała sprzą­ta­nia i zamia­ta­nia, ot, chyba tak sobie, raz na tydzień, od nie­chce­nia prze­je­chała mio­tłą.

To wła­śnie ona obu­dziła go teraz.

- Wsta­waj, dosyć tego spa­nia! - wrza­snęła mu nad uchem. - Już dzie­siąta. Przy­nio­słam ci her­baty, chcesz? Pew­ni­kiem czczo ci jest?

Loka­tor otwo­rzył oczy, drgnął i poznał Nasta­zję.

- To gospo­dyni przy­syła her­batę czy co? - zapy­tał, powoli i z wyra­zem cier­pie­nia uno­sząc się na sofie.

- Jaka tam gospo­dyni!

Posta­wiła przed nim wła­sny nad­pęk­nięty imbryk z cienką her­batą i poło­żyła dwa żółte okru­chy cukru.

- Masz, Nasta­zjo, weź, pro­szę cię - rzekł, szu­ka­jąc w kie­szeni (spał bowiem w ubra­niu) i wycią­ga­jąc parę mie­dzia­ków - idź i kup mi bułkę. A u masa­rza weź choć kilka pla­ster­ków kieł­basy, tej tań­szej.

- Bułkę przy­niosę ci zaru­teńko, a co do kieł­basy, to może byś wolał barsz­czu? Dobry barszcz, wczo­raj­szy. Wczo­raj zosta­wi­łam dla cie­bie, aleś późno wró­cił. Dobry barszcz.

Gdy mu przy­nio­sła barszcz i gdy się doń zabrał, Nasta­zja usia­dła obok na sofie i zaczęła paplać. Była to baba wiej­ska i bar­dzo gada­tliwa.

- Pra­sko­wia Paw­łowna nasza chce na cie­bie u poli­kie­rów skar­żyć - powie­działa.

Skrzy­wił się.

- Do poli­cji? O cóż jej cho­dzi?

- Nie pła­cisz kumor­nego, kwa­tery nie zwal­niasz. Wia­domo, o co jej cho­dzi.

- Tylko tego, do licha, bra­ko­wało - wark­nął, zgrzy­ta­jąc zębami. - Nie, teraz mi to... nie na rękę... Głu­pia jest! - dorzu­cił gło­śno. - Wstą­pię dzi­siaj do niej, roz­mó­wię się.

- Głu­pia bo głu­pia, tak samo jak ja; ale tyś mądrala, a leżysz jak tłu­mok, po próż­nicy. Mówi­łeś, żeś przed­tem cho­dził uczyć dzieci; czego teraz nic nie robisz?

- Robię... - odpo­wie­dział Raskol­ni­kow nie­chęt­nie i surowo.

- Co robisz?

- Pra­cuję...

- Co to za praca?

- Myślę - odparł poważ­nie po chwili mil­cze­nia.

Nasta­zja aż się zato­czyła ze śmie­chu. Była śmieszką i gdy ją co uba­wiło, zaczy­nała się śmiać bez­gło­śnie, trzę­sąc się całym cia­łem, aż ją samą mro­czyło.

- I dużoś uciu­łał pie­nię­dzy tym myśle­niem? - wykrztu­siła wresz­cie.

- Bez butów nie można iść na kore­pe­ty­cje. Zresztą pluję na to.

- W stud­nię ty nie pluj.

- Za kore­pe­ty­cje płacą gro­sze. Wielka mi pocie­cha z tych kilku kopie­jek! - cią­gnął nie­chęt­nie, jakby odpo­wia­da­jąc na wła­sne myśli.

- A ty byś od razu chciał cały mają­tek?

Popa­trzał na nią dziw­nie.

- Tak, cały mają­tek - rzekł z mocą po chwili mil­cze­nia.

- Oj, wol­nego, wol­nego, bo mi napę­dzisz stra­cha! - zadrwiła. - Więc jakże? Mam iść po bułkę?

- Jak chcesz.

- Aha, była­bym zapo­mniała! Wczo­raj, jak cię nie było, z listem do cie­bie przy­szli.

- List! Do mnie! Od kogo?

- Tego nie wiem. Trzy kopiejki dałam listo­no­szowi z wła­snej kie­szeni. Oddasz czy jak?

- Dawajże, na miłość boską! - zawo­łał Raskol­ni­kow, mocno prze­jęty. - O Jezu!

Po chwili przy­nio­sła list. A jakże: od matki z guberni r-skiej. Bio­rąc go, aż pobladł. Dawno nie otrzy­my­wał listów; lecz teraz i coś innego ści­snęło mu serce.

- Nasta­zjo, zli­tuj się, idź sobie; masz tutaj swoje trzy kopiejki, tylko, na miły Bóg, idź sobie czym prę­dzej!

List drżał mu w ręku. Nie chciał roz­ry­wać koperty przy niej; pra­gnął pozo­stać z tym listem sam na sam. Po wyj­ściu Nasta­zji szybko pod­niósł go do ust i uca­ło­wał; następ­nie wpa­try­wał się długo w litery adresu, w zna­jome i tak mu miłe, drobne i sko­śne pismo matki, która go kie­dyś uczyła czy­tać i pisać. Zwle­kał, nawet jakby się cze­goś bał. Naresz­cie roz­darł kopertę: list był długi, gruby, ważył dwa łuty; dwa duże arku­sze listo­wego papieru były zapi­sane gęsto i drobno.

"Mój drogi Rodia - pisała matka - oto już prze­szło dwa mie­siące, jak nie gawę­dzi­łam z Tobą listow­nie, co i mnie samą przy­pra­wiało o cier­pie­nie, tak że cza­sem myśli całą noc nie dawały mi oka zmru­żyć. Ale Ty na pewno nie masz mi za złe tego mimo­wol­nego mil­cze­nia. Wiesz, jak Cię kocham; ja i Dunia mamy tylko Cie­bie; Tyś nasze wszystko, nasza jedyna nadzieja i otu­cha. Co się ze mną działo, gdyś mi napi­sał, że przed kil­koma mie­sią­cami porzu­ci­łeś uni­wer­sy­tet, nie mając z czego żyć, że się skoń­czyły kore­pe­ty­cje i inne źró­dła dochodu! Cóż mogłam zro­bić dla Cie­bie ze swo­imi stu dwu­dzie­stoma rublami rocz­nej eme­ry­tury? Te pięt­na­ście rubli, które Ci posła­łam cztery mie­siące temu, poży­czy­łam, jak Ci wia­domo, na rachu­nek tejże eme­ry­tury, od tutej­szego naszego kupca, Afa­na­sija Iwa­no­wi­cza Wachru­szyna. Dobry to czło­wiek, przy­jaź­nił się jesz­cze z Twoim ojcem. Ale ponie­waż upo­waż­ni­łam go do pod­ję­cia eme­ry­tury w moim imie­niu, więc musia­łam cze­kać, aż się dług wyrówna, a to stało się dopiero teraz, tak że przez cały ten czas nie mogłam Ci nic posłać. Lecz teraz, Bogu dzięki, zdaje się, będę mogła znów Ci przy­słać, i w ogóle możemy się pochwa­lić, że się nam poszczę­ściło, o czym też śpie­szę Ci donieść. Po pierw­sze, czy­byś się domy­ślił, drogi mój Rodia, że Twoja sio­stra już od sze­ściu tygo­dni mieszka tu ze mną i na przy­szłość już się nie roz­sta­niemy. Chwała Bogu Naj­wyż­szemu, skoń­czyły się jej udręki, ale opo­wiem Ci wszystko kolejno, żebyś wie­dział, jak to było i cośmy dotych­czas ukry­wały przed Tobą. Gdyś mi pisał dwa mie­siące temu, że sły­sza­łeś od kogoś, że podobno Dunia znosi wiele przy­kro­ści wsku­tek ordy­nar­nego obej­ścia w domu pań­stwa Swi­dry­gaj­ło­wów, i gdy żąda­łeś ode mnie szcze­gó­łów - cóż mia­łam Ci odpo­wie­dzieć? Gdy­bym napi­sała szczerą prawdę, tobyś, kto wie, rzu­cił wszystko i przy­szedł do nas bodaj pie­chotą, bo prze­cież znam Twój cha­rak­ter i serce, że nie pozwo­lił­byś krzyw­dzić sio­stry. Byłam w roz­pa­czy, ale cóż mia­łam począć? Zresztą i sama nie zna­łam wszyst­kiej prawdy. Naj­fa­tal­niej­sze to, że Dunieczka, godząc się do nich w zeszłym roku za guwer­nantkę, z góry pobrała aż sto rubli, które miano potrą­cać jej co mie­siąc z pen­sji, więc prze­cie nie mogła porzu­cić posady, nie uiściw­szy tego długu. Tę zaś kwotę (teraz mogę Ci wszystko wytłu­ma­czyć, naj­droż­szy mój Rodia) wzięła głów­nie dla­tego, żeby móc posłać Ci sześć­dzie­siąt rubli, któ­rych tak pil­nie potrze­bo­wa­łeś i które też dosta­łeś od nas zeszłego roku. Myśmy Cię wów­czas oszu­kały, napi­sałyśmy, że to poprzed­nio przez Dunieczkę poczy­nione oszczęd­no­ści, ale tak nie było, a teraz dono­szę Ci całą prawdę, gdyż Pan Bóg wszystko teraz zmie­nił na lep­sze, i żebyś wie­dział, jak Cie­bie Dunia kocha i jakie ma złote serce. Rze­czy­wi­ście pan Swi­dry­gaj­łow z początku trak­to­wał ją bar­dzo ordy­nar­nie, pozwa­lał sobie na różne nie­grzecz­no­ści i kpinki przy stole... Ale nie chcę się wda­wać w te wszyst­kie przy­kre detale, żeby Cię nie iry­to­wać bez potrzeby, kiedy już wszystko się uło­żyło. Krótko mówiąc, mimo że Marfa Pie­trowna, mał­żonka pana Swi­dry­gaj­łowa, i wszy­scy domow­nicy trak­to­wali Dunię bar­dzo dobrze i szla­chet­nie, Duni było nader ciężko, szcze­gól­niej kiedy pan Swi­dry­gaj­łow, wedle daw­nego puł­ko­wego przy­zwy­cza­je­nia, znaj­do­wał się pod wpły­wem Bachusa. Ale cóż się póź­niej oka­zało? Wystaw sobie, że sza­lona pała już dawno zapło­nął afek­tem do Duni, lecz ukry­wał to pod pozo­rami gbu­ro­wa­to­ści i lek­ce­wa­że­nia. Może i sam się wsty­dził i prze­ra­żał, że on, czło­wiek w latach i ojciec dzie­ciom, żywi takie pło­che nadzieje, i wła­śnie dla­tego mimo woli zło­ścił się na Dunię. Ale i to moż­liwe, że chciał swoim gru­biań­stwem i drwi­nami zasło­nić przed wszyst­kimi istotną prawdę. Lecz w końcu nie wytrzy­mał i powa­żył się zro­bić Duni nie­dwu­znaczną a haniebną pro­po­zy­cję, obie­cu­jąc jej złote góry, i że ponadto prze­nie­sie się z nią do innej wsi albo i za gra­nicę. Wyobra­żasz sobie jej cier­pie­nia! Z miej­sca rzu­cić posady nie mogła, nie tylko z racji długu pie­nięż­nego, ale rów­nież przez wzgląd na Marfę Pie­trownę, która by mogła powziąć podej­rze­nia, co by popsuło ich poży­cie. Zresztą nie obe­szłoby się bez wiel­kiego skan­dalu i dla Duni. Było tutaj dużo róż­nych powo­dów, tak że przed upły­wem sze­ściu tygo­dni Dunia w żaden spo­sób nie mogła liczyć na wyrwa­nie się z tego okrop­nego domu. Natu­ral­nie znasz Dunię, wiesz, jaka ona mądra i jaki ma silny cha­rak­ter. Dunieczka potrafi wiele znieść i w naj­trud­niej­szych nawet oko­licz­no­ściach zdo­być się na tyle męstwa, żeby nie stra­cić hartu ducha. Nawet mnie nic o tym nie donio­sła, nie chcąc mar­twić, a prze­cie myśmy czę­sto pisy­wały do sie­bie. Roz­wią­za­nie zaś tej histo­rii przy­szło nie­spo­dzia­nie. Marfa Pie­trowna nie­ocze­ki­wa­nie pod­słu­chała, jak mąż mole­stuje Dunieczkę w ogro­dzie, zro­zu­miała wszystko na opak, zwa­liła wszystko na nią, sądząc, że to ona nawa­rzyła tego piwa. Tu, w ogro­dzie, wyni­kła okropna awan­tura: Marfa Pie­trowna nawet ude­rzyła Dunię, nie chciała niczego słu­chać, tylko sama wrzesz­czała cały czas, a wresz­cie kazała natych­miast odwieźć Dunię do mia­sta zwy­kłym wozem dra­bi­nia­stym, na który rzu­cono wszyst­kie jej rze­czy, bie­li­znę, sukienki, jak popa­dło, nie­zwią­zane i nie­spa­ko­wane. Na domiar lunął ulewny deszcz i Dunia, zelżona i okryta hańbą, musiała jechać z chło­pem aż sie­dem­na­ście wiorst furką bez budy. Powiedz sam, cóż mogłam Ci napi­sać w odpo­wie­dzi na Twój list, otrzy­many dwa mie­siące temu, o czym pisać? Byłam w roz­pa­czy; napi­sać Ci prawdy nie mia­łam odwagi, bo Ty byś był bar­dzo nie­szczę­śliwy, struty i obu­rzony, a cóż byś mógł pora­dzić? Jesz­cze byś, broń Boże, zro­bił sobie co złego, a i Dunieczka mi zaka­zała; wypeł­niać zaś listu baga­te­lami i byle czym, kiedy w sercu taki żal - nie mogłam. Przez cały mie­siąc u nas tutaj krą­żyły po mie­ście plotki tej histo­rii i doszło do tego, żeśmy obie z Dunią nie mogły się poka­zać w cer­kwi ze względu na pogar­dliwe spoj­rze­nia szepty, a nawet różne uwagi na cały głos w naszej obec­no­ści. Wszy­scy zna­jomi odże­gnali się od nas, wszy­scy prze­stali się kła­niać i mia­łam zupeł­nie pewną wia­domość, że subiekci skle­powi i nie­któ­rzy kan­ce­li­ści zamie­rzają wyrzą­dzić nam nik­czemną obe­lgę, sma­ru­jąc dzieg­ciem wrota naszego domu, tak że gospo­da­rze zażą­dali, byśmy się wypro­wa­dziły. Wszystko to zawdzię­cza­ły­śmy Mar­fie Pie­trow­nie, która zdą­żyła zaszar­gać i bło­tem obrzu­cić Dunię we wszyst­kich domach. Ona tutaj zna wszy­ściu­teń­kich i tam­tego mie­siąca przy­jeż­dżała raz po raz do mia­sta, a że jest cokol­wiek gada­tliwa i lubi roz­po­wia­dać o swo­ich spra­wach domo­wych, a zwłasz­cza skar­żyć się na męża wszem wobec i każ­demu z osobna, co jest bar­dzo nie­ład­nie, więc też roz­nio­sła całą histo­rię w krót­kim cza­sie nie tylko w mie­ście, lecz i po całym powie­cie. Roz­cho­ro­wa­łam się, ale Dunieczka miała wię­cej hartu niż ja i szkoda, żeś nie widział, jak ona wszystko zno­siła i jesz­cze mnie pocie­szała, doda­wała otu­chy! Praw­dziwy anioł! Lecz Bóg miło­sierny uli­to­wał się i poło­żył kres naszym stra­pie­niom: pan Swi­dry­gaj­łow opa­mię­tał się, poczuł skru­chę, widocz­nie zro­biło mu się żal Duni i przed­sta­wił żonie cał­ko­wity i oczy­wi­sty dowód, że Dunia Bogu ducha winna, a mia­no­wi­cie: list, który Dunia, zanim jesz­cze Marfa Pie­trowna zaszła ich w ogro­dzie, była zmu­szona napi­sać i prze­słać mu, ażeby uchy­lić oso­bi­ste roz­mowy i pota­jemne schadzki, któ­rych się napie­rał, a który to list po wyjeź­dzie Dunieczki pozo­stał w ręku pana Swi­dry­gaj­łowa. W tym liście wyrzu­cała mu jak naj­go­rę­cej i z wiel­kim obu­rze­niem wła­śnie jego nie­szla­chetny sto­su­nek do Marfy Pie­trowny, kła­dąc mu przed oczy, że prze­cie jest ojcem i mał­żon­kiem, i wresz­cie, że jaka to pod­łość z jego strony - nękać i uniesz­czę­śli­wiać już i tak nie­szczę­śliwą bez­bronną dziew­czynę. Sło­wem, kochany mój Rodia, list ten jest napi­sany tak szla­chet­nie i wzru­sza­jąco, żem się spła­kała przy czy­ta­niu, a i dotych­czas nie mogę go czy­tać bez łez. Ponadto na uspra­wie­dli­wie­nie Duni zło­żyły się zezna­nia służby, która, jak to zwy­kle bywa, widziała i wie­działa daleko wię­cej, niż sobie wyobra­żał sam Swi­dry­gaj­łow, Marfa Pie­trowna "była pio­ru­nem rażona", jak sama nam wyznała, ale za to upew­niła się zupeł­nie o nie­win­no­ści Dunieczki i zaraz naza­jutrz, w nie­dzielę, przy­je­chała wprost do soboru, gdzie na klęcz­kach i ze łzami w oczach bła­gała Naj­święt­szą Pannę o siły do znie­sie­nia tego nowego dopu­stu i do speł­nie­nia obo­wiązku. Potem pro­sto z soboru, do nikogo nie wstę­pu­jąc, przy­je­chała do nas, opowie­działa nam wszystko, spła­kała gorzko i z wielką skru­chą brała Dunię w obję­cia, pro­sząc o prze­ba­cze­nie. Tegoż poranku, bez żad­nej zwłoki, pro­sto od nas udała się do wszyst­kich domów w mie­ście i wszę­dzie w sło­wach dla Dunieczki naj­po­chleb­niej­szych, wyle­wa­jąc łzy, stwier­dzała jej nie­win­ność, szla­chet­ność jej serca i postę­po­wa­nia. Nie dość tego: poka­zy­wała wszyst­kim i gło­śno odczy­ty­wała wła­sno­ręczny list Dunieczki do Swi­dry­gaj­łowa, a nawet kazała poro­bić odpisy (co już uwa­żam za prze­sadę). Tak więc była zmu­szona kilka dni z rzędu objeż­dżać wszyst­kich w mie­ście, bo nie­któ­rzy czuli się dotknięci, że dała innym pierw­szeństwo, i w ten spo­sób powstała cała kolejka, tak że w każ­dym domu już z góry wie­dziano, iż takiego to dnia Marfa Pie­trowna będzie tam odczy­ty­wała ten list, i na każde czy­ta­nie zbie­rali się nawet ci, co ten list już kilka razy sły­szeli i u sie­bie, i u zna­jo­mych, kolejno. Ja uwa­żam, że by­naj­mniej, by­naj­mniej nie wszystko to było potrzebne, ale taka już jest Marfa Pie­trowna. No, ale przy­naj­mniej w pełni zwró­ciła Dunieczce honor, a cała szka­rada tej sprawy legła nie­za­tar­tym pięt­nem hańby na jej mężu, jako głów­nym wino­wajcy, tak że nawet mi go szkoda: aż za surowo postą­piono z tym postrze­leń­cem. Duni zaraz zaczęto pro­po­no­wać lek­cje w niektó­rych domach, ale odmó­wiła. W ogóle zaczęto ją naraz trak­to­wać ze szcze­gól­nym sza­cun­kiem. To wszystko w znacz­nym stop­niu przy­czy­niło się do tego nie­ocze­ki­wa­nego zda­rze­nia, które teraz, że tak powiem, zmie­nia cały nasz los. Dowiedz się, drogi mój Rodia, że o Dunię zaczął się sta­rać kawa­ler i że już nawet są po sło­wie, o czym też śpie­szę zako­mu­ni­ko­wać Ci co rychlej. I cho­ciaż to się zde­cy­do­wało bez pora­dze­nia się Cie­bie, jed­nak przy­pusz­czam, że nie będziesz miał żalu ani do mnie, ani do sio­stry, bo zaraz się prze­ko­nasz, żeśmy żad­nym spo­so­bem nie mogły cze­kać i odkła­dać aż do otrzy­ma­nia odpo­wie­dzi od Cie­bie. Zresztą i Ty byś nie zdo­łał z daleka wszyst­kiego szcze­gó­łowo roz­wa­żyć. Więc słu­chaj, jak to było. On już jest radcą dworu - Piotr Pie­tro­wicz Łużyn, daleki krewny Marfy Pie­trowny, która nie­mało przy­czy­niła się do tej rze­czy. Zaczął od tego, że poprzez nią wyra­ził życze­nie zawar­cia z nami zna­jo­mo­ści; myśmy go przy­jęły jak należy, poczę­stowałyśmy go kawą, a już naza­jutrz nade­słał list, w któ­rym bar­dzo grzecz­nie się oświad­czył i pro­sił o szybką i sta­now­czą odpo­wiedź. Czło­wiek to poważny, ma wiele zajęć i pilno mu teraz do Peters­burga, tak że każda chwila jest mu droga. Ma się rozu­mieć, były­śmy zrazu zupeł­nie oszo­ło­mione, ponie­waż to wszystko stało się bar­dzo nagle i nie­spo­dzia­nie. Nara­dza­ły­śmy się oby­dwie i namy­ślały przez cały dzień. Czło­wiek to budzący zaufa­nie, majętny, ma dwie posady i już odło­żył spory grosz. Co prawda ma już czter­dzie­ści pięć lat, ale jest dosyć miłej powierz­chow­no­ści i jesz­cze może się podo­bać kobie­tom, i w ogóle czło­wiek to bar­dzo solidny, przy­zwo­ity, tylko że tro­szeczkę posępny i jak gdyby wynio­sły. Ale może to tylko tak się wydaje na pierw­szy rzut oka. Uprze­dzam Cię, kochany Rodia, kiedy się z nim zoba­czysz w Peters­burgu, co sta­nie się bar­dzo nie­długo, nie sądź go zbyt pochop­nie, jak to masz w zwy­czaju, o ile przy pierw­szym spo­tka­niu coś Ci się w nim niezupeł­nie spodoba. Mówię to na wszelki wypa­dek, choć jestem pewna, że wywrze na Tobie wra­że­nie dodat­nie. Bo też w ogóle, chcąc kogoś poznać nale­ży­cie, trzeba zbli­żać się do niego stop­niowo i ostroż­nie, żeby nie wpaść w pomyłkę i uprze­dze­nie, które póź­niej bar­dzo trudno napra­wić i zatrzeć. A Piotr Pie­tro­wicz - przy­naj­mniej z wielu oznak sądząc - cał­ko­wi­cie zasłu­guje na sza­cu­nek. Zaraz za pierw­szą byt­no­ścią oświad­czył nam, że jest czło­wiekiem solid­nym, lecz pod nie­jed­nym wzglę­dem podziela, jak sam się wyra­ził, "zapa­try­wa­nia naszej nowej gene­ra­cji" i jest wro­giem wszel­kich prze­są­dów. Dużo mówił też innych rze­czy, gdyż jest jak gdyby cokol­wiek próżny i bar­dzo lubi, żeby go słu­chano, ale to prze­cie nie­znaczna przy­wara, prawda? Ja, oczy­wi­ście, mało co zrozumia­łam, lecz Dunia mi wytłu­ma­czyła, że czło­wiek to, cho­ciaż bez wiel­kiego wykształ­ce­nia, ale rozumny i, zdaje się, dobry. Znasz uspo­so­bie­nie sio­stry, Rodia. To dziew­czyna roz­sądna, dla sie­bie surowa, dziew­czyna cier­pliwa i wiel­ko­duszna, choć serca zapal­czy­wego, które tak dobrze pozna­łam. Ma się rozu­mieć, ani z jej, ani z jego strony szcze­gól­niejszej miło­ści tu nie ma, lecz Dunia jest nie tylko dziew­czyną mądrą, ale także istotą szla­chetną jak anioł i ma sobie za powin­ność zapew­nić szczę­ście mężowi, który by ze swej strony dbał o jej szczę­ście, o tym zaś wąt­pić nie mamy na razie więk­szych powo­dów, cho­ciaż, co tu gadać, tro­chę za prędko to poszło. Na dobitkę czło­wiek to bar­dzo roz­tropny i, natu­ral­nie, sam pozna, że jego wła­sne szczę­ście mał­żeń­skie będzie tym pew­niej­sze, im lepiej będzie z nim Dunieczce. A że tam jakieś drobne usterki cha­rak­teru, jakieś zadaw­nione nawyki czy nawet pewna roz­bież­ność poglą­dów (czego prze­cież i w naj­bar­dziej dobra­nych sta­dłach nie da się unik­nąć), to na ten temat Dunieczka powie­działa mi sama, że polega na sobie; że nie ma się o co fra­so­wać i że ona potrafi dużo znieść, pod warun­kiem, żeby przy­szłe poży­cie było uczciwe i prawe. Na przy­kład on mi się z początku wydał jakby tro­chę szorstki; ale to wszak może pocho­dzić wła­śnie stąd, że jest czło­wiekiem pro­stolinijnym; tak, na pewno stąd. Na przy­kład za drugą wizytą, już mając jej zgodę, wyra­ził się w trak­cie roz­mowy, że już daw­niej, przed pozna­niem Duni, posta­no­wił sobie poślu­bić pannę uczciwą, ale bez posagu, i tylko taką, która zakosz­to­wała biedy; bo, jego zda­niem, mąż nie powi­nien nic zawdzię­czać żonie i daleko jest lepiej, jeżeli żona uważa męża za swego dobro­czyńcę. Dodam, że on to wysło­wił nieco mięk­cej i łagod­niej, niż ja napi­sałam, bo dokładne jego zwroty wyle­ciały mi z głowy, zapa­mię­ta­łam tylko sens, a przy tym powie­dział to wcale nie z roz­my­słu - widocz­nie wyrwało mu się w zapale kon­wer­sa­cji, tak że póź­niej sta­rał się nawet spro­stować i zła­go­dzić, tak czy owak, mnie się to wydało jakby tro­chę szorst­kim i póź­niej mówi­łam o tym Duni. Lecz ona z nie­za­do­wo­le­niem odpowie­działa, że "co innego słowa, co innego czyny" - i, natu­ral­nie, miała świętą rację. Przed powzię­ciem decy­zji Dunieczka nie spała całą noc i sądząc, że ja już śpię, wstała z łóżka i całą noc cho­dziła po pokoju; wresz­cie uklę­kła, długo i gorąco modliła się przed obra­zem, a naza­jutrz rano oświad­czyła mi, że się zde­cy­do­wała.

Wspo­mnia­łam Ci już, że Piotr Pie­tro­wicz udaje się do Peters­burga. Ma tam duże inte­resy, chce otwo­rzyć w Peters­burgu publiczną kan­ce­la­rię adwo­kacką. Od dawna cho­dzi koło róż­nych pozwów i podań i wła­śnie ostat­nio wygrał jeden znacz­niej­szy pro­ces. Do Peters­burga musi teraz koniecz­nie poje­chać i dla­tego, że ma w sena­cie jedną poważną sprawę. Tak więc, drogi mój Rodia, on i Tobie może być wielce pomocny w nie­jed­nym, a wła­ści­wie we wszyst­kim, i myśmy obie z Dunią umy­śliły sobie, że już z dniem dzi­siej­szym mógł­byś roz­po­cząć na dobre swoją przy­szłą karierę i uwa­żać dal­sze swoje losy za wyraź­nie wytknięte. Och, gdy­byż to się ziściło! Byłoby to takie wspa­niałe, że trzeba by to uznać za szcze­gól­niej­szą nad nami opiekę Wszech­moc­nego. Dunia o niczym innym nie marzy. Wzię­ły­śmy na odwagę i już powie­dzia­ły­śmy Pio­trowi Pie­tro­wiczowi kilka słów w tej mie­rze. Odpo­wie­dział oględ­nie, zazna­cza­jąc, że ponie­waż, natu­ral­nie, on sobie nie da rady bez sekre­ta­rza, więc, ma się rozu­mieć, lepiej jest pła­cić pen­sję nie obcemu, tylko krew­nia­kowi, o ile ten okaże zdol­no­ści (Ty byś miał nie oka­zać zdol­no­ści!), lecz od razu zastrzegł się, że ma obawy, czy stu­dia uni­wer­sy­tec­kie zosta­wią Ci dosyć czasu na pracę w jego biu­rze. Na tym się na razie skoń­czyło, ale Dunia obec­nie o niczym innym nie myśli. Teraz, od kilku dni, jest jak w gorączce i uło­żyła sobie cały plan, że w przy­szło­ści możesz zostać współ­pra­cow­ni­kiem, a nawet wspól­ni­kiem Pio­tra Pie­tro­wicza w jego spra­wach sądo­wych, tym bar­dziej że jesteś na wydziale praw­ni­czym. Ja zaś, Rodia, cał­kiem się z nią zga­dzam i podzie­lam wszyst­kie jej plany i nadzieje, które wydają mi się zupeł­nie realne; bez względu więc na obecną, cał­kiem zro­zu­miałą powścią­gli­wość Pio­tra Pie­tro­wicza (gdyż on Cie­bie jesz­cze nie zna), Dunia jest prze­ko­nana, że dopnie wszyst­kiego przez swój dobry wpływ na przy­szłego męża, i jest tego pewna. Ma się rozu­mieć, ani­śmy napo­mknęły Pio­trowi Pie­tro­wiczowi o tych dal­szych naszych marze­niach, a szcze­gól­nie o tym, że będziesz jego wspól­ni­kiem. Jest czło­wie­kiem solid­nym, więc mógłby to przy­jąć bar­dzo obo­jęt­nie, ponie­waż wszystko wyda­wa­łoby mu się czczym roje­niem. Podob­nie obie z Dunią nie puści­ły­śmy pary z ust o naszej nie­złom­nej nadziei, że on nam pomoże zasi­lać Cię pie­nięż­nie, dopóki jesteś na uni­wer­sy­te­cie. Nie wspo­mnia­ły­śmy o tym dla­tego, że po pierw­sze, to się zrobi samo przez się w przy­szło­ści, i Piotr Pie­tro­wicz na pewno bez próż­nego gada­nia sam to zapro­po­nuje (tego by tylko bra­ko­wało, żeby odmó­wił Dunieczce!), zwłasz­cza że możesz się stać jego prawą ręką w kan­ce­la­rii i otrzy­mać od niego tę zapo­mogę nie jako dobro­dziej­stwo, ale jako należne Ci wyna­gro­dze­nie. Tak wła­śnie Dunieczka chce to urzą­dzić, ja się z nią zupeł­nie zga­dzam. Po wtóre, nie wspo­mi­na­ły­śmy o tym dla­tego, że ogrom­nie chcia­ła­bym posta­wić Cie­bie, przy waszym rychłym spo­tka­niu, na rów­nej z nim sto­pie. Gdy mu Dunia mówiła o Tobie z entu­zja­zmem, odrzekł, że każ­dego czło­wieka trzeba naprzód obej­rzeć samemu jak naj­skru­pu­lat­niej, żeby móc o nim sądzić, i że zamie­rza, poznaw­szy Cie­bie, uro­bić sobie wła­sny sąd. Wiesz co, mój zło­ci­sty? Mnie się zdaje z róż­nych wzglę­dów (które zresztą by­naj­mniej nie doty­czą Pio­tra Pie­tro­wicza, lecz ot tak sobie, dla róż­nych moich wła­snych, oso­bi­stych, może nawet star­czych bab­skich kapry­sów) - mnie się zdaje, że może lepiej zro­bię, jeżeli po ich pobra­niu się zamiesz­kam osobno, tak jak teraz, a nie razem z nimi. Jestem prze­świad­czona, że będzie na tyle szla­chetny i deli­katny, iż sam mnie zaprosi i zapro­po­nuje, bym się już nie roz­sta­wała z córką, a jeżeli dotych­czas nie mówił o tym, to natu­ral­nie dla­tego, że to się rozu­mie bez słów; ale ja odmó­wię. Już nie­raz w życiu widzia­łam, że teściowe niekoniecz­nie przy­pa­dają zię­ciom do gustu, ja zaś nie tylko nie chcę być nikomu naj­mniej­szym nawet cię­ża­rem, ale też i dla sie­bie pra­gnę zupeł­nej swo­body, dopóki mam wła­sny kawa­łe­czek chleba, no i takie dzieci jak Ty i Dunieczka. Jeżeli to będzie moż­liwe, zamiesz­kam w pobliżu obojga - bo, Rodia, rzecz naj­przy­jem­niej­szą odło­ży­łam na sam koniec listu. Otóż dowiedz się, mój naj­mil­szy, że może w bar­dzo już krót­kim cza­sie spo­tkamy się i uści­skamy wszy­scy troje po trzy­let­niej pra­wie roz­łące! Już posta­no­wiono na pewno, że ja i Dunia jedziemy do Peters­burga, kiedy mia­no­wi­cie - nie wiem, lecz w każ­dym razie bar­dzo, bar­dzo nie­długo, może nawet za tydzień. Wszystko zależy od decy­zji Pio­tra Pie­tro­wi­cza, który natych­miast po rozej­rze­niu się w Peters­burgu da nam znać. Z pew­nych wzglę­dów chciałby moż­li­wie przy­śpie­szyć cere­mo­nię ślubu i gdyby się udało - wypra­wić wesele już teraz, w mię­so­pu­ście, jeśli zaś tego się nie da zro­bić wsku­tek zbyt krót­kiego ter­minu, no to zaraz po Uspień­skim poście4. Och, cóż to będzie za szczę­ście przy­tu­lić Cię do serca! Dunia nie posiada się z rado­ści na myśl o zoba­cze­niu Cie­bie i kie­dyś powie­działa mi żar­tem, że choćby dla­tego wyszłaby za Pio­tra Pie­tro­wi­cza. To anioł! Dzi­siaj nie dopi­suje się do tego listu, tylko kazała mi napi­sać, że ma z Tobą tyle, tyle do pomó­wie­nia, iż teraz pióro wypada jej z ręki, bo w kilku linij­kach nic powie­dzieć nie można, tylko bez potrzeby czło­wiek się zde­ner­wuje; kazała uści­skać Cię mocno i prze­słać Ci od niej sto tysięcy poca­łun­ków. Lecz cho­ciaż może bar­dzo już nie­długo zoba­czymy się oso­bi­ście, ja Ci w naj­bliż­szych dniach prze­ślę, ile tylko będę mogła, pie­nię­dzy. Teraz, kiedy się wszy­scy dowie­dzieli, że Dunieczka wycho­dzi za Pio­tra Pie­tro­wi­cza, mój kre­dyt wzrósł rap­tow­nie i nie wąt­pię, że teraz Afa­na­sij Iwa­no­wicz zgo­dzi się dać mi na rachu­nek eme­ry­tury do sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu rubli, tak że, być może, prze­ślę Ci ze dwa­dzie­ścia pięć rubli albo i trzy­dzie­ści. Posła­ła­bym i wię­cej, ale boję się, czy wystar­czy na koszta podróży. I cho­ciaż Piotr Pie­tro­wicz był tak poczciwy, że wziął na sie­bie część wydat­ków zwią­za­nych z naszą jazdą do sto­licy, a mia­no­wi­cie, sam się ofia­ro­wał wła­snym sump­tem prze­wieźć nasz bagaż i duży kufer (ma jakieś moż­li­wo­ści przez zna­jo­mych), lecz i tak musimy coś mieć, bo nie można przy­je­chać do Peters­burga bez gro­sza, trzeba coś mieć przy­naj­mniej na pierw­sze dni. Zresztą myśmy z Dunieczką już wszystko obmy­śliły naj­do­kład­niej i wypa­dło, że podróż wynie­sie nie­wiele. Do sta­cji kole­jo­wej mamy zale­d­wie dzie­więć­dzie­siąt wiorst i na wszelki wypa­dek juże­śmy umó­wiły jed­nego zna­jo­mego chłopka-woź­nicę; a dalej syp­niemy sobie z Dunieczką trze­cią klasą. Toteż może prze­ślę Ci nie dwa­dzie­ścia pięć rubli, tylko na pewno trzy­dzie­ści wysu­płam.

Ale basta; dwa arku­sze zapi­sa­łam szczel­nie i już nie ma miej­sca; cała nasza histo­ria; ale bo też tyle nagro­ma­dziło się wyda­rzeń! A teraz, mój Ty naj­droż­szy, ści­skam Cię, do rychłego zoba­cze­nia, i prze­sy­łam Ci swoje macie­rzyń­skie bło­go­sła­wień­stwo. Rodia, kochaj Dunię, sio­strę swoją; kochaj tak, jak ona Cie­bie kocha, i wiedz, że ona Cię kocha bez­gra­nicz­nie, wię­cej niż sie­bie samą. To anioł, Rodia; Ty zaś - Tyś nasze wszystko, nasza nadzieja i cała otu­cha. Bądź tylko szczę­śliwy, a i my będziemy szczę­śliwe. Rodia, czy Ty się po daw­nemu modlisz i czy wie­rzysz w nie­skoń­czoną dobroć Stwórcy i Zba­wi­ciela naszego? Drży moje serce, czy i Tyś się nie zara­ził modną dzi­siaj nie­wiarą? Jeżeli tak, to ja się za Cie­bie modlę. Przy­po­mnij sobie, kochany, jak w dzie­ciń­stwie, jesz­cze za życia ojca, szcze­bio­ta­łeś pacio­rek na moich kola­nach i jacy­śmy wtedy byli wszy­scy szczę­śliwi! Żegnaj, a raczej do widze­nia! Ści­skam Cię mocno, mocno i całuję nie­zli­czoną ilość razy.

Twoja do grobu Pul­che­ria Raskol­ni­kowa".

W trak­cie całego pra­wie czy­ta­nia listu, od pierw­szych słów, Raskol­ni­kow miał twarz mokrą od łez; lecz kiedy skoń­czył, twarz ta była blada, ścią­gnięta skur­czem, a ponury, śle­dzien­ni­czy, zły uśmiech wykrzy­wił mu wargi. Legł z głową na pła­skiej, wybru­dzo­nej poduszce, i myślał, długo myślał. Mocno biło mu serce, mocno burzyły się jego myśli. Wresz­cie zro­biło mu się duszno i cia­sno w tej żół­tej izdebce, podob­nej do szafy czy skrzyni. Wzrok i myśli doma­gały się prze­strzeni. Porwał kape­lusz i wyszedł, tym razem już nie oba­wia­jąc się żad­nego spo­tka­nia na scho­dach: wyle­ciało mu to z pamięci. Skie­ro­wał się w stronę Wyspy Wasi­liew­skiej poprzez W-ski Pro­spekt, jakby śpie­sząc tam w pil­nej spra­wie, lecz swoim zwy­cza­jem szedł, nic nie widząc, szep­cząc do sie­bie, a nawet gło­śno gada­jąc, czym wielce zadzi­wiał prze­chod­niów. Wielu brało go za pija­nego.

IV

List matki znę­kał go. Lecz co do naj­waż­niej­szego, kapi­tal­nego punktu - nie wahał się ani chwili, nawet w trak­cie odczy­ty­wa­nia listu. Co się tyczy istoty rze­czy, decy­zja już w nim zapa­dła, decy­zja nie­odwo­łalna: "Ten ślub nie odbę­dzie się, dopóki ja żyję, i niech dia­bli porwą pana Łużyna!".

"Bo to jest rzecz oczy­wi­sta - mru­czał w duchu, uśmie­cha­jąc się i ze zło­śli­wym try­um­fem prze­wi­du­jąc suk­ces swego posta­no­wie­nia. - Nie, mamo, nie, Duniu, na plewy mnie nie weź­mie­cie!... A jesz­cze prze­pra­szają, że nie zasię­gnęły mojej rady i powzięły decy­zję beze mnie! Dobre sobie! Są pewne, że teraz już klamka zapa­dła; ano zoba­czymy, zapa­dła czy nie zapa­dła! I co za prze­pyszne tłu­ma­cze­nie: Piotr Pie­tro­wicz ma takie inte­resy, takie inte­resy, że nawet oże­nić się nie może ina­czej, tylko łapu-capu, omalże nie w pociągu. Nie, Dunieczko, ja wszystko widzę i wiem, o czym to masz ze mną tyle, tyle do mówie­nia; wiem także, o czym myśla­łaś, całą noc cho­dząc po pokoju, i o co się modli­łaś przed Matką Boską Kazań­ską, która stoi w mami­nej sypialni. Bo na Gol­gotę wstą­pić nie­ła­two. Hm... A więc posta­no­wiono nie­odwo­łal­nie: Awdo­tia Roma­nowna wycho­dzi za wyznawcę racjo­na­li­zmu, za czło­wieka inte­re­sów, który ma kapi­ta­lik (już ma kapi­ta­lik - to brzmi solid­niej, bar­dziej impo­nu­jąco), który ma dwie posady i który podziela zapa­try­wa­nia naszej nowej gene­ra­cji (jak pisze mama), wresz­cie który "zdaje się, jest dobry", jak to zauwa­żyła sama Dunieczka. To zdaje się jest naj­pa­rad­niej­sze! I taż sama Dunieczka za owo zdaje się idzie za mąż... Wyborne! Wyborne!

...Swoją drogą, jestem cie­kaw, po co mi mama napi­sała o "nowej gene­ra­cji"? Czy po pro­stu dla cha­rak­te­ry­styki osoby, czy z ukry­tym zamia­rem zjed­na­nia mnie panu Łuży­nowi? O prze­bie­gło­ści! Warto by wyja­śnić jesz­cze jedną oko­licz­ność: w jakiej mie­rze one były ze sobą szczere owego dnia i owej nocy oraz w całym okre­sie następ­nym? Czy padły mię­dzy nimi wszyst­kie słowa, czy też obie zro­zu­miały, że jedna i druga ma to samo na sercu i na myśli, tak że już nie ma o czym mówić gło­śno, bo jesz­cze czło­wiek gotów się wyga­dać. Przy­pusz­czam, że po czę­ści tak wła­śnie było. Z listu to widać: mamie on się wydał szorstki - tro­szeczkę - więc w naiw­no­ści ducha poszła do Duni jak w dym ze swymi spo­strze­że­niami. A Dunia, rzecz pro­sta, roz­gnie­wała się i "odparła z nie­za­do­wo­le­niem"! Ja myślę, każdy by się wściekł, kiedy i bez naiw­nych uwag sprawa jest jasna jak dzień i kiedy czło­wiek posta­no­wił, że nie ma o czym gadać. I dla­czego pisze mi: "Rodia, kochaj Dunię, ona cie­bie kocha wię­cej niż sie­bie samą"? Czyżby i mamę ruszyło sumie­nie, że zgo­dziła się poświę­cić córkę dla syna? "Tyś nasza nadzieja, tyś nasze wszystko!". Oj, mamu­siu!...".

Coraz gwał­tow­niej wrzał w nim gniew i gdyby w tej chwili spo­tkał pana Łużyna, gotów byłby go zabić!

"Hm, to prawda - cią­gnął dalej, idąc za bie­giem myśli, które w pędzie koło­wały mu w gło­wie - to prawda, że do czło­wieka "trzeba się zbli­żać stop­niowo i ostroż­nie, by go poznać"; ale pan Łużyn jest aż nadto przej­rzy­sty. Grunt, że to "czło­wiek inte­resu i, zdaje się, dobry". Nie byle co: wziął na sie­bie prze­wie­zie­nie bagażu i dużego kufra! Więc czyż nie dobry? One zaś obie, narze­czona i matka, umó­wiły sobie chłopka-woź­nicę i furkę przy­krytą rogożą (prze­cie i ja tak jeź­dzi­łem)! To nic! Wszak to tylko dzie­więć­dzie­siąt wiorst, "a dalej syp­niemy sobie trze­cią klasą" tysiąc wior­stek. Bar­dzo roz­sąd­nie: wedle stawu gro­bla; ale co pan na to, panie Łużyn, hm? Prze­cie to pań­ska narze­czona... I pan nie mógł nie wie­dzieć, że matka na tę podróż zapo­ży­cza się pod zastaw eme­ry­tury? Natu­ral­nie, macie wspólny obrót han­dlowy, przed­się­bior­stwo oparte na obo­pól­nych korzy­ściach i na rów­nych udzia­łach, więc też i roz­chody po poło­wie; jak w przy­sło­wiu: chleb i sól - razem, tytoń - każdy dla sie­bie. Ale i tu czło­wiek inte­resu z lekka je nacią­gnął: prze­wóz bagażu kosz­tuje taniej niż ich prze­jazd, a jak dobrze pój­dzie, to i za dar­mo­chę. Więc jakże? Czy one tego nie widzą, czy też umyśl­nie zamy­kają oczy? A w dodatku są zado­wo­lone, dali­bóg! I pomy­śleć, że to dopiero począ­tek; że im dalej w las, tym wię­cej drzew! Bo o co mi cho­dzi? Mniej­sza o skąp­stwo, mniej­sza o liczy­krup­stwo, grunt to ten ton wszyst­kiego. Prze­cie to zapo­wiedź tonu póź­niej­szego, tonu po ślu­bie... I z jakiej to racji mama się zro­biła taka szczo­dra? Z czym przy­bę­dzie do Peters­burga? Z trzema rubel­kami, czy z dwoma "papier­kami", jak mówi... tamta... sta­ru­cha... hm! Na co liczy, z czego zamie­rza żyć w Peters­burgu? Prze­cie na pod­sta­wie jakichś oznak już zro­zu­miała, że z Dunią nie będzie mogła miesz­kać po jej zamąż­pój­ściu, nawet na począ­tek. Przy­jem­nia­czek widocz­nie wyga­dał się, dał poznać po sobie, choć mama się tego wypiera z całych sił: "Ja sama odmó­wię". Więc na co i na kogo liczy? Na sto dwa­dzie­ścia rubli eme­ry­tury, z potrą­ce­niem należ­no­ści Afa­na­sija Iwa­no­wi­cza? Robi na dru­tach jakieś tam zimowe chu­s­teczki, wyszywa man­kie­ciki, psuje swoje stare oczy. Ale chu­s­teczki dodają do owych stu dwu­dzie­stu rubli wszyst­kiego dwa­dzie­ścia rubli na rok, prze­cież wiem. Więc mimo wszystko rachuje na szla­chetne uczu­cia pana Łużyna: "Sam zapro­po­nuje, będzie się napra­szał". Nad­sta­wiaj kie­szeni! I to zawsze tak bywa z tymi Schil­le­row­skimi pięk­no­du­chami: do ostat­niej chwili stroją czło­wieka w pawie piórka, do ostat­niej chwili ocze­kują dobra, nie zła; i choć prze­czu­wają drugą stronę medalu, za nic w świe­cie nie powie­dzą sobie prawdy zawczasu; skrę­cają się na samą taką myśl; obu­rącz opę­dzają się praw­dzie - aż do momentu, gdy upięk­szony przez nich czło­wiek wła­sno­ręcz­nie puści im fimfę w nos. Cie­kawe, czy pan Łużyn ma ordery? Założę się, że ma w buto­nierce Annę i że ją wkłada, idąc na obiad do przed­się­bior­ców lub kup­ców. Pewno i na swój ślub ją włoży! Zresztą, pal go dia­bli!...

...No, mama jak mama, Bóg z nią, taka już jest; lecz jakże Dunia? Dunieczko, kocha­nie, prze­cie ja cię znam! Prze­cie mia­łaś już dwu­dzie­sty rok, kie­dy­śmy się widzieli ostat­nio: już wtedy cię roz­gry­złem. Mama pisze, że "Dunieczka wiele potrafi znieść". Ja to wie­dzia­łem, moja pani. Ja to wie­dzia­łem już pół­trze­cia roku temu i od tego czasu przez dwa i pół roku o tym myśla­łem, o tym wła­śnie, że "Dunieczka wiele znieść potrafi". Skoro potra­fiła znieść pana Swi­dry­gaj­łowa, z całym dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza, to już wystar­cza­jący dowód, że istot­nie potrafi znieść wiele. A teraz ubrdały sobie z mamą, że można znieść rów­nież i pana Łużyna, który wykłada teo­rię o zale­tach żon wycią­gnię­tych z nędzy i wszystko mężom zawdzię­cza­ją­cych, a na dobitkę wykłada to omal że nie przy pierw­szej byt­no­ści. Ha, przy­pu­śćmy, że się "wyga­dał", choć to wyznawca racjo­na­li­zmu (wobec czego sądzę jed­nak, że wcale się nie wyga­dał, lecz, ow­szem, chciał od razu posta­wić rzecz jasno); ale Dunia, Dunia? Prze­cie ona go widzi na wylot, prze­cie z tym czło­wie­kiem ma żyć. Wiem, że ona się raczej zgo­dzi jeść tylko czarny chleb i popi­jać wodą, niż zaprze­dać duszę; a swej moral­nej nie­za­leż­no­ści nie odda za żadne wygody życiowe; za księ­stwo udzielne, za cały Szle­zwik-Holsz­tyn jej nie odda, cóż dopiero za pana Łużyna. Nie, Dunia była nie taka, o ile ją zna­łem, no i... na pewno nie zmie­niła się i teraz. Swi­dry­gaj­ło­wo­wie są ciężcy, ani słowa!... Ciężko jest za dwie­ście rubli rocz­nie całe życie koła­tać się jako guwer­nantka od dworu do dworu, ale ja i tak wiem, że moja sio­stra raczej słu­ży­łaby jak Murzynka u plan­ta­tora, jak Łotyszka u bał­tyc­kiego Niemca, niżby upodliła swą duszę i poczu­cie moralne związ­kiem z czło­wie­kiem, któ­rego nie sza­nuje i z któ­rym nic nie ma wspól­nego - związ­kiem na wieki, jedy­nie dla swej oso­bi­stej korzy­ści! Cho­ciażby pan Łużyn był ze szcze­rego złota, cho­ciażby był z jed­nego bry­lantu, ona i wtedy nie zgo­dzi się zostać prawną nałoż­nicą pana Łużyna! Więc cze­muż teraz się zga­dza? W czym tu sęk? Gdzie roz­wią­za­nie tej zagadki? Sprawa pro­sta jak drut: nie sprze­da­łaby sie­bie dla wła­snej wygody, nawet dla oca­le­nia sie­bie od śmierci, lecz dla kogo innego - gotowa się sprze­dać! Sprzeda się dla miłego, dla ubó­stwia­nego czło­wieka! W tym też tkwi cały sęk: dla brata, dla matki zaprzeda sie­bie, zaprzeda wszystko! O, tutaj, w razie koniecz­no­ści, goto­wi­śmy wziąć w łyka nasze poczu­cie moralne; naszą wol­ność, spo­kój, nawet sumie­nie - wszystko, wszystko ponie­siemy na targ. Nie­chaj prze­pada życie, byleby tylko te nasze naj­uko­chań­sze istoty były szczę­śliwe. Nie dość tego: wynaj­dziemy wła­sną kazu­istykę, się­gniemy po naukę do jezu­itów i na pewien czas, kto wie, uspo­ko­imy sami sie­bie, wmó­wimy sobie, że wła­śnie tak być powinno, bo cel jest dobry. Oto jacy jeste­śmy - wszystko tu jasne jak dzień. Jasne, że tym, o kogo tu cho­dzi, kto stoi na pierw­szym pla­nie, jest nie kto inny, tylko Rodion Roma­no­wicz Raskol­ni­kow. Bo i jakże? Dunia może mu stwo­rzyć szczę­ście, łożyć na jego uni­wer­sy­tet, zro­bić współ­wła­ści­cie­lem kan­ce­la­rii, zapew­nić mu karierę; nie­wy­klu­czone, że w przy­szło­ści będzie boga­czem, umrze zaś jako czło­wiek sza­no­wany, hono­ro­wany, może nawet sławny! Matka? Matce cho­dzi o Rodię, nie­osza­co­wa­nego Rodię, o pier­wo­rodne dzie­cię! Czyż można dla takiego pier­wo­rodnego nie poświę­cić nawet takiej córki? O miłe, o nie­spra­wie­dliwe serca! Ha, w razie czego goto­wi­śmy się zgo­dzić nawet na los Sonieczki! Sonieczka, Sonieczka Mar­mie­ła­dowa, wie­ku­ista Sonieczka, dopóki świat świa­tem! Ale czy­ście w pełni zgłę­biły tę ofiarę? Co? Czy sił wystar­czy? Czy to poży­teczne? Roz­sądne? Czy wiesz, Dunieczko, że los Soni zgoła nie jest gor­szy od losu przy boku pana Łużyna? "O miło­ści nie ma tu mowy" - pisze mama. Dobrze, ale jeśli nie tylko o miło­ści, lecz i o sza­cunku nie ma mowy, a za to już teraz jest odraza, pogarda, wstręt - cóż wtedy? Wtedy się okaże, że trzeba będzie "dbać o schlud­ność". Może nie? Czy rozu­miesz, czy rozu­miesz, co ozna­cza owa "schlud­ność"? Czy rozu­miesz, że schlud­ność Łuży­now­ska jest tym samym co i schlud­ność Sonina, a może nawet gor­sza, plu­gaw­sza, pod­lej­sza, bo mimo wszystko ty, Dunieczko, rachu­jesz jed­nak na pewną nad­wyżkę zbytku, a tam idzie po pro­stu o unik­nię­cie śmierci gło­do­wej! Drogo, drogo, Dunieczko, kosz­tuje schlud­ność owa! A jeżeli póź­niej nie star­czy ci sił? Jeżeli poża­łu­jesz? Ileż wtedy bólu, smutku, prze­kleństw, łez w ukry­ciu! Bo jed­nak ty nie jesteś Marfą Pie­trowną. A co będzie wtedy z matką? Wszak ona już dziś jest nie­spo­kojna, już dziś się trapi; a wtedy, gdy wszystko przej­rzy? No, a ze mną?... Na litość boską, co ty sobie o mnie myślisz? Nie chcę two­jej ofiary, Dunieczko, nie chcę, mamu­siu! To się nie sta­nie, póki ja żyję, nie sta­nie, nie sta­nie! Nie przyj­muję!".

Ock­nął się nagle i zatrzy­mał.

"Nie sta­nie? A cóż ty zdzia­łasz, żeby to się nie stało? Zabro­nisz? A czy masz prawo po temu? Co możesz im przy­rzec ze swej strony, ażeby posiąść takie prawo? Może obie­casz im poświę­cić całą swą przy­szłość, całe życie? Gdy ukoń­czysz nauki i otrzy­masz posadę? Juże­śmy to sły­szeli, ale to prze­cie gołąb na sęku, a co dziś? Toż tutaj trzeba coś zro­bić natych­miast, rozu­miesz czy nie rozu­miesz? A co ty teraz robisz? Sie­dzisz im na karku. Skąd one biorą pie­nią­dze? Pod zastaw stu­ru­blo­wej eme­ry­tury, pod zastaw zna­jo­mo­ści z panami Swi­dry­gaj­ło­wami! A w jaki spo­sób ty je obro­nisz od Swi­dry­gaj­ło­wów, od Afa­na­sija Wachru­szyna, przy­szły milio­ne­rze, Zeu­sie roz­rzą­dza­jący ich losem? Za dzie­sięć lat, powia­dasz? Ależ za dzie­sięć lat matka zdąży oślep­nąć od chu­s­te­czek, jeżeli nie od łez; zmar­nieje z nie­do­ja­da­nia. A sio­stra? Spró­buj się domy­ślić, co może stać się z sio­strą za dzie­sięć lat albo w ciągu tych lat dzie­się­ciu? Domy­śli­łeś się?".

Tak oto drę­czył się i jątrzył tymi pyta­niami, nawet z pewną lubo­ścią. Zresztą nie były to pyta­nia nowe ani nagłe, lecz ow­szem, dawne, dobrze znane, bole­sne. Już dawno zaczęły go nękać i star­gały mu serce na nic. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów zro­dziła się w nim ta cała obecna udręka, nara­stała, wzbie­rała, a ostat­nio doj­rzała i sku­piła się, przy­bie­ra­jąc kształty okrop­nego, dzi­kiego i uro­jo­nego pyta­nia, które zamę­czyło mu serce i umysł, natręt­nie żąda­jąc roz­wią­za­nia. Teraz list matki ude­rzył w niego jak pio­run. Było jasne, że teraz należy nie uty­ski­wać, nie cier­pieć bier­nie, nie roz­my­ślać z bólem, że to kwe­stie nie­roz­wią­zalne, lecz koniecz­nie coś przed­się­wziąć - i to zaraz, natych­miast. Za wszelką cenę trzeba się na coś zde­cy­do­wać albo...

- Albo wyrzec się życia cał­ko­wi­cie! - zawo­łał nagle w zapa­mię­ta­niu. - Pokor­nie przy­jąć los, jaki się nastrę­czy, raz na zawsze, i stłam­sić w sobie wszystko, zrzec się wszel­kiego prawa do dzia­ła­nia, życia i miło­ści!

"Czy pan rozu­mie, czy pan rozu­mie, panie sza­nowny, co to zna­czy, gdy już nie ma dokąd pójść? - przy­po­mniało mu się znie­nacka wczo­raj­sze pyta­nie Mar­mie­ła­dowa. - Albo­wiem trzeba, żeby każdy czło­wiek miał jakie­kol­wiek miej­sce, dokąd by mógł pójść...".

Wzdry­gnął się: pewna myśl, rów­nież wczo­raj­sza, śmi­gnęła mu w gło­wie. Lecz drgnął nie dla­tego, że śmi­gnęła ta myśl. Prze­cie wie­dział, prze­czu­wał, że "śmi­gnie" nie­uchron­nie, i z góry jej cze­kał; a na dobrą sprawę myśl ta by­naj­mniej nie była wczo­raj­sza. Z tą jed­nak róż­nicą, że przed mie­sią­cem, ba, jesz­cze wczo­raj, była tylko maja­kiem, teraz zaś... teraz uka­zała się nagle nie jako majak, lecz w jakiejś nowej, groź­nej i zgoła mu jesz­cze nie­zna­nej postaci, a on nagle uprzy­tom­nił to sobie... Krew ude­rzyła mu do głowy, w oczach pociem­niało.

Rozej­rzał się pośpiesz­nie, szu­kał cze­goś. Chciał usiąść, więc szu­kał ławki; szedł zaś bul­wa­rem K-skim. Zoba­czył ławkę o sto kro­ków przed sobą. Ruszył moż­li­wie naj­prę­dzej, lecz po dro­dze przy­tra­fiła mu się drobna przy­goda, która na kilka minut pochło­nęła całą jego uwagę.

Wypa­tru­jąc ławeczki, zauwa­żył o jakie dwa­dzie­ścia kro­ków przed sobą idącą kobietę, ale zrazu nie zwró­cił na nią uwagi, jak nie zwra­cał jej dotych­czas na żadne ota­cza­jące go przed­mioty. Na przy­kład wie­lo­krot­nie mu się zda­rzało wró­cić do domu i zupeł­nie nie pamię­tać, któ­rędy szedł, i już się przy­zwy­czaił tak cho­dzić. Jed­nak w tej kobie­cie było coś tak dziw­nego, coś tak rzu­ca­ją­cego się w oczy od pierw­szego spoj­rze­nia, że stop­niowo uwaga Raskol­ni­kowa zaczęła do niej przy­wie­rać - z początku nie­chęt­nie i jakby opor­nie, potem coraz moc­niej a moc­niej. Zapra­gnął naraz zro­zu­mieć, co mia­no­wi­cie jest w tej kobie­cie takie dziwne? Po pierw­sze, ta praw­do­po­dob­nie dziew­czyna, i to bar­dzo mło­dziutka, szła w taki skwar bez kape­lu­sza, bez para­solki i bez ręka­wi­czek, jakoś śmiesz­nie koły­sząc rękami. Miała na sobie sukienkę z lek­kiego jedwa­biu - "mate­rialną" - lecz i ta sukienka była cudacz­nie wło­żona, led­wie poza­pi­nana, a z tyłu, w pasie, gdzie się zaczyna spód­nica, roz­darta tak, że cały strzęp odsta­wał i fru­wał. Na gołą szyję miała narzu­coną chu­s­teczkę, lecz i ta ster­czała jakoś krzywo, bokiem. Na domiar dziew­czyna szła nie­pew­nie, poty­ka­jąc się i nawet zata­cza­jąc. To spo­tka­nie pobu­dziło wresz­cie całą uwagę Raskol­ni­kowa. Zetknął się z dziew­czyną tuż przy ławce, lecz ona, zaled­wie dotarł­szy do ławki, padła na nią w kąciku, odrzu­ciła głowę na opar­cie i zamknęła oczy, widocz­nie wyczer­pana do osta­tecz­no­ści. Spoj­rzaw­szy na nią, pojął od razu, że jest zupeł­nie pijana. Dziwny i nie­sa­mo­wity widok. Przy­szło mu nawet do głowy, że może się pomy­lił. Miał przed sobą twarz mło­dziu­teńką, twarz dziew­czyny szes­na­sto- lub może dopiero pięt­na­sto­let­niej - drobną, oko­loną wło­sami blond, ład­niutką, lecz roz­pa­loną i jak gdyby obrzmiałą. Zdaje się, że dziew­czyna była już led­wie przy­tomna, zarzu­ciła nogę na nogę, wysta­wia­jąc ją przy tym na widok znacz­nie ponad utarte zwy­czaje; wszystko wska­zy­wało, że nie zdaje sobie sprawy, iż jest na ulicy.

Raskol­ni­kow nie usiadł i nie chciał odejść; ot, stał przed nią zafra­so­wany. Na tym bul­wa­rze było zawsze pusto; teraz zaś, o dru­giej po połu­dniu i w taki upał, nie było pra­wie żywej duszy. A tym­cza­sem opo­dal, o jakie pięt­na­ście kro­ków, na kra­węż­niku bul­waru zatrzy­mał się jesz­cze jeden jego­mość, który naj­wi­docz­niej miał także wielką ochotę podejść do dziew­czyny, w wia­do­mych sobie zamia­rach. Praw­do­po­dob­nie i on także zoba­czył ją z daleka i ści­gał, lecz prze­szko­dził mu Raskol­ni­kow. Rzu­cał na niego złe spoj­rze­nia, sta­ra­jąc się jed­nak, by tego nie zauwa­żył, i nie­cier­pli­wie ocze­ki­wał swo­jej kolei, gdy uprzy­krzony obdar­tus odej­dzie. Sprawa była jasna. Jego­mość ten miał ze trzy­dzie­ści lat, był krępy, tłu­ściutki - krew z mle­kiem, różowe wargi, mały wąsik; ubrany był bar­dzo ele­gancko. Raskol­ni­kow się roz­ju­szył; nagle przy­szła mu ochota obra­zić stroj­nego tłu­ścioszka. Na chwilę porzu­cił dziew­czynę i pod­szedł do jego­mo­ścia.

- Ej, mój panie Swi­dry­gaj­łow! Czego pan tu szuka? - krzyk­nął, zaci­ska­jąc pię­ści i śmie­jąc się spie­nio­nymi ze wście­kło­ści ustami.

- Co to ma zna­czyć? - ostro zapy­tał jego­mość, marsz­cząc brwi i wynio­śle się dzi­wiąc.

- Fora ze dwora, ot, co to zna­czy!

- Jak śmiesz, kana­lio!...

I zamie­rzył się laseczką. Raskol­ni­kow runął na niego z pię­ściami, nie roz­wa­żyw­szy nawet, że ów krępy jego­mość mógł sobie łatwo pora­dzić z dwoma takimi jak on. Ale w tej chwili ktoś mocno uchwy­cił go z tyłu. Mię­dzy nimi zja­wił się stój­kowy.

- Pano­wie, daj­cież pokój, nie wolno się bić w miej­scach publicz­nych. Czego panu potrzeba? Coś pan za jeden? - surowo zwró­cił się do Raskol­ni­kowa, widząc jego łach­many.

Raskol­ni­kow przyj­rzał mu się bacz­nie. Była to poczciwa żoł­nier­ska twarz, z siwym wąsem i boko­bro­dami, o roz­trop­nym spoj­rze­niu.

- Wła­śnie was mi potrzeba - zawo­łał, chwy­ta­jąc go za rękę. - Jestem byłym stu­den­tem. Raskol­ni­kow... Tego i pan może się dowie­dzieć - zwró­cił się do jego­mo­ścia. - A wy chodź­cie no tu, coś wam pokażę...

I pocią­gnął stój­ko­wego za rękę do ławeczki.

- Patrz­cie: zupeł­nie pijana, tylko co szła bul­wa­rem - nie wia­domo, co za jedna, lecz nie wygląda na zawo­dową. Naj­pew­niej spo­jono ją gdzieś i skrzyw­dzono... po raz pierw­szy... rozu­mie­cie? A potem wypusz­czono na ulicę. Patrz­cie, jaka roz­darta sukienka, spójrz­cie, jak wło­żona; widać, że ktoś ją ubie­rał, nie sama się ubie­rała, ubie­rały zaś ją ręce nie­wprawne, męskie. To widać. A teraz spójrz­cie tu: ten facet, z któ­rym mia­łem się bić, jest mi nie­znany, pierw­szy raz go widzę; ale on także wziął ją na oko po dro­dze, przed chwilą - pijaną, nie­przy­tomną - i teraz okrop­nie mu się chce podejść i zła­pać ją, ponie­waż ona jest w takim sta­nie, i gdzieś zawieźć!... Na pewno jest tak, jak mówię, wierz­cie mi, że się nie mylę. Sam widzia­łem, jak ją obser­wo­wał i śle­dził, tylko że mu popsu­łem szyki, więc teraz czeka, żebym się wyniósł. Ot i teraz odszedł tro­szeczkę, stoi, udaje, że skręca sobie papie­rosa... Co mamy zro­bić, żeby mu jej nie dać? Jak mamy ją odpra­wić do domu, zasta­nów­cie no się!

Stój­kowy w mig wszystko pojął i zmiar­ko­wał. Co do tęgiego jego­mo­ścia, nie było co się wahać, oczy­wi­ście; lecz pozo­sta­wała dziew­czyna. Stary żoł­nierz pochy­lił się nad nią, przyj­rzał badaw­czo i szczere współ­czu­cie odbiło się w jego rysach.

- Ach, pożal się Boże! - rzekł, kiwa­jąc głową. - Zupełne jesz­cze dziecko. Skrzyw­dzili, jak amen w pacie­rzu. Pro­szę pani! - Zaczął ją budzić. - Gdzie pani mieszka?

Dziew­czyna otwo­rzyła zmę­czone, oso­wiałe oczy, tępo popa­trzyła na pyta­ją­cych i mach­nęła ręką.

- Słu­chaj­cie - rzekł Raskol­ni­kow - weź­cie to (poszu­kał w kie­szeni i zna­lazł dwu­dziestkę), zawo­łaj­cie dorożkę i każ­cie ją odsta­wić wedle adresu. Musimy koniecz­nie dowie­dzieć się adresu!

- Panienko, hej, panienko! - pod­jął stój­kowy, bio­rąc pie­nią­dze. - Zaraz zawo­łam dorożkę i sam panienkę odwiozę. Dokąd pani każe, co? Gdzie pani zamiesz­kuje?

- Od... czep­cie się!... - wymam­ro­tała dziew­czyna i znowu opę­dziła się ręką.

- Ach, ach, jak nie­ład­nie! Ach, jaki wstyd, panienko, jaki wstyd! - Znów poki­wał głową, wsty­dząc ją, żału­jąc jej i obu­rza­jąc się. - To mi orzech do zgry­zie­nia! - rzekł do Raskol­ni­kowa, przy czym znowu obej­rzał go nie­znacz­nie od stóp do głów. Widać i on także wydał mu się dziwny: obszar­pa­niec, a sza­sta pie­niędzmi!

- Daleko stąd zna­lazł ją pan? - zagad­nął.

- Prze­cie mówię: szła przede mną, zata­cza­jąc się, tu na bul­wa­rze. Kiedy pode­szła do ławki, zaraz się zwa­liła.

- Ach, jaka to teraz sro­mota roz­ple­niła się na świe­cie, Panie święty! Taka smar­kata, a już pijana! Skrzyw­dzili ją, jak Bóg w nie­bie! I sukienka roz­darta... Ach, co to za roz­pu­sta dzi­siaj!... Może nawet ze szlachty, z jakiejś pod­upa­dłej... Teraz dużo takiej się namno­żyło. Wygląda mi na deli­kat­niej­szą, niby praw­dziwa panienka. - I znów pochy­lił się nad nią.

Może i on sam miał dora­sta­jące córki - "niby praw­dziwe panienki, z tych deli­kat­niej­szych", z pre­ten­sjami do dobrego wycho­wa­nia i ze wszel­kimi naby­tymi już fochami...

- Grunt - tro­skał się Raskol­ni­kow - to, żeby jej nie dać temu dra­niowi! Gotów do reszty ją zbez­cze­ścić. Widać na wylot, czego mu się zachciewa; patrz­cie go, dra­nia jed­nego: nie odcho­dzi!

Raskol­ni­kow mówił gło­śno i bez cere­gieli wska­zy­wał na niego ręką. Tam­ten usły­szał i chciał się roz­gnie­wać, ale dał pokój i poprze­stał na wzgar­dli­wym spoj­rze­niu. Potem wol­niutko odszedł jesz­cze z dzie­sięć kro­ków i znowu przy­sta­nął.

- Nie dać mu jej, ow­szem, to można - odparł w zadu­mie były sier­żant. - Żeby tylko powie­działa, gdzie ją odsta­wić, no bo tak... Panienko, hej, panienko! - Pochy­lił się znowu.

Wtem otwo­rzyła oczy sze­roko, uważ­nie spoj­rzała, jakby pojęła coś, wstała z ławki i ruszyła z powro­tem tam, skąd przy­szła.

- Tfu, bez­wstydni, cze­piają się! - mam­ro­tała, raz jesz­cze opę­dza­jąc się ręką. Szła szybko, ale zata­cza­jąc się jak przed­tem. Ele­gant podą­żył za nią, lecz po dru­giej stro­nie pro­spektu, i nie spusz­czał jej z oczu.

- Niech pan będzie spo­kojny, nie dam jej - sta­now­czo zapo­wie­dział wąsal i poszedł za nimi.

- Ech, jaka to teraz roz­pu­sta! - powtó­rzył gło­śno, wzdy­cha­jąc.

W tej chwili jakby giez uciął Raskol­ni­kowa; jakby go coś bły­ska­wicz­nie odmie­niło.

- Hola, słu­chaj­cie no tam! - krzyk­nął za odcho­dzą­cym wąsa­lem.

Ten się obró­cił.

- Daj­cie pokój! Co wam do tego? Zostaw­cie! Pal go licho, niech się zabawi. - Wska­zał na ele­ganta. - Czy to wasz inte­res?

Poli­cjant nie rozu­miał i wytrzesz­czał na niego oczy. Raskol­ni­kow zaniósł się śmie­chem.

- Et-et! - mruk­nął stój­kowy, mach­nął ręką i podą­żył za gagat­kiem i dziew­czynką, praw­do­po­dob­nie bio­rąc Raskol­ni­kowa bądź za wariata, bądź za coś jesz­cze gor­szego.

- Moje dwa­dzie­ścia kopie­jek wziął - ze zło­ścią bąk­nął Raskol­ni­kow, zostaw­szy sam. - Teraz niech weź­mie rów­nież od tam­tego ana­nasa, póź­niej niech puści z nim dziew­czynkę i na tym wszystko się skoń­czy... Po co się wtrą­ca­łem z pomocą! Śliczny ze mnie pomoc­nik, nie­praw­daż? Czy ja mam prawo poma­gać? Choćby się nawza­jem popo­ły­kali żyw­cem - co mi do tego? I kto mi pozwo­lił wydać te dwa­dzie­ścia kopie­jek? Czyż one są moje?

Mimo tych dzi­wacz­nych słów zro­biło mu się bar­dzo ciężko na duszy. Usiadł znowu na ławce. Myśli jego były w roz­sypce. W ogóle trudno mu było myśleć w tej chwili o czym­kol­wiek. Rad by odrę­twieć do cna, zapo­mnieć o wszyst­kim, potem się obu­dzić i zacząć zupeł­nie na nowo...

- Biedne dziew­czątko! - rzekł, spoj­rzaw­szy na opusz­czony skraj ławki. - Wytrzeź­wieje, popła­cze, potem matka się dowie... Naj­pierw ude­rzy, potem wychło­sta bole­śnie i hań­biąco, a może i wypę­dzi... Jeżeli zaś nie wypę­dzi, to i tak zwą­chają różne takie Darie Fran­cewny, no i dziew­czynka pój­dzie w obroty, tędy, owędy... Zaraz potem lecz­nica (zawsze tak bywa z takimi, które miesz­kają z bar­dzo uczci­wymi mat­kami i swa­wolą w ukry­ciu przed nimi), a potem... a potem znowu lecz­nica... wódka... szynczki... i znów lecz­nica... Po dwóch lub trzech latach - kaleka; tak że całego jej życia, od uro­dze­nia, będzie dzie­więt­na­ście, może osiem­na­ście lat całej parady... Czyż nie widy­wa­łem takich? A jak się to staje? Oto wła­śnie tak się staje, jak tutaj... Tfu! Niech tam! Podobno tak być powinno. Powia­dają, że taki a taki pro­cent musi rok­rocz­nie odpa­dać... dokądś tam... przy­pusz­czal­nie do dia­bła, ażeby resz­cie nie prze­szka­dzać i tę resztę odświe­żać. Pro­cent! Jak Boga kocham, oni mają dosko­nałe słó­weczka, takie uspo­ka­ja­jące, naukowe. Skoro padł ter­min: pro­cent, więc widocz­nie nie ma się czym tur­bo­wać. Gdyby użyć innego słowa, a, to inna sprawa... i wów­czas, być może, wyglą­da­łoby to mniej przy­jem­nie... A jeżeli, na psa urok, Dunieczka rów­nież pro­cent zasili?... Nie ten, to inny?...

"Ale dokąd ja idę? - pomy­ślał nagle. - Dziwne. Prze­cie sze­dłem w jakimś celu. Zaraz po prze­czy­ta­niu listu wyru­szy­łem... Aha, już wiem: sze­dłem na Wyspę Wasi­liew­ską, do Razu­mi­china; teraz... przy­po­mnia­łem sobie. Dobrze, ale po co? Czemu wła­śnie teraz strze­liło mi do głowy, żeby pójść do Razu­mi­china? To cie­kawe".

Dzi­wił się sobie. Razu­mi­chin był jed­nym z jego byłych kole­gów uni­wer­sy­tec­kich. Godne uwagi, że Raskol­ni­kow za pobytu w uni­wer­sy­te­cie z nikim pra­wie nie prze­sta­wał, stro­nił od wszyst­kich, nikogo nie odwie­dzał, a u sie­bie przyj­mo­wał nie­chęt­nie. Toteż nie­ba­wem wszy­scy się od niego odstrych­nęli. Nie brał udziału ani we wspól­nych zebra­niach, ani w roz­mo­wach, zaba­wach, w niczym. Uczył się zażar­cie, nie szczę­dząc sie­bie - sza­no­wano go za to, lecz nikt go nie lubił. Był bar­dzo ubogi, a przy tym odstrę­cza­jąco dumny, zamknięty w sobie: jakby miał coś do ukry­wa­nia. Nie­któ­rzy kole­dzy mieli wra­że­nie, że patrzy na nich wszyst­kich jak na dzieci, z wysoka, jakby ich wszyst­kich wyprze­dził i w roz­woju, i w wie­dzy, i w prze­ko­na­niach, toteż na ich prze­ko­na­nia i zain­te­re­so­wa­nia spo­gląda jak na coś niż­szego.

Z Razu­mi­chi­nem zaś zbli­żył się z jakie­goś powodu; może nawet nie tyle się zbli­żył, ile był z nim tro­szeczkę roz­mow­niej­szy, szczer­szy. Zresztą do Razu­mi­china nie spo­sób było ina­czej się usto­sun­ko­wać. Był to chło­piec nad­zwy­czaj wesoły i wylewny, poczciwy aż do pro­sto­dusz­no­ści. Wsze­lako pod tą pro­stotą tkwiła i głę­bia, i god­ność. Naj­lepsi spo­śród kole­gów rozu­mieli to, wszy­scy go lubili. Był cał­kiem nie­głupi, choć nie­kiedy w rze­czy samej naiwny. Miał cha­rak­te­ry­styczną powierz­chow­ność - wysoki, chudy, czar­no­włosy, zawsze nie­do­go­lony. Cza­sem wypra­wiał bre­we­rie i ucho­dził za osiłka. Kie­dyś w nocy w weso­łej kom­pa­nii jed­nym ude­rze­niem pię­ści powa­lił pedla, liczą­cego dwa­na­ście wer­sz­ków wzro­stu5. Pić potra­fił jak smok, ale mógł też i nie pić wcale; cza­sem broił nie­do­pusz­czal­nie, lecz potra­fił wcale nie broić. Ponadto Razu­mi­chin odzna­czał się tym, że nie peszyły go żadne nie­po­wo­dze­nia i zda­wało się, iż naj­gor­sze tara­paty nie dadzą mu rady. Mógł miesz­kać cho­ciażby na dachu, zno­sić pie­kielną gło­dówkę i pod­bie­gu­nowe mrozy. Ubogi był jak mysz, sam jak palec; z niczy­jej pomocy nie korzy­stał, zdo­by­wa­jąc środki utrzy­ma­nia róż­nymi pra­cami. Znał co nie­miara źró­deł zarob­ków - uczci­wych, natu­ral­nie. Któ­rejś zimy ani razu nie palił w piecu i twier­dził, że to nawet przy­jem­nie, bo w zim­nym pokoju lepiej się śpi. Obec­nie on także był zmu­szony opu­ścić uni­wer­sy­tet, ale nie na długo, i wyła­ził ze skóry, ażeby popra­wić swoją sytu­ację mate­rialną i móc na nowo pod­jąć naukę. Raskol­ni­kow nie był u niego już ze cztery mie­siące, a Razu­mi­chin nawet nie wie­dział, gdzie on mieszka. Raz spo­tkali się na ulicy przed jaki­miś dwoma mie­sią­cami, lecz Raskol­ni­kow odwró­cił się i nawet prze­szedł na drugą stronę, żeby go kolega nie spo­strzegł. Razu­mi­chin wpraw­dzie go spo­strzegł, ale poszedł dalej, nie chcąc wpra­wiać w zakło­po­ta­nie przy­ja­ciela.

V

"To prawda, jesz­cze nie­dawno chcia­łem pro­sić Razu­mi­china, żeby mi pomógł dostać pracę, jakie lek­cje czy coś... - badał sie­bie Raskol­ni­kow - ale teraz w czymże mi on może być pomocny? Dajmy na to, że wystara mi się o kore­pe­ty­cje, dajmy na to, że się podzieli ostat­nią kopiejką, o ile tę kopiejkę ma, tak że będę mógł spra­wić sobie nawet buty i dać ubra­nie do repe­ra­cji, żeby było w czym cho­dzić na lek­cje... hm... Dobrze, ale co dalej? Co ja zdzia­łam za parę gro­szy? Czyż tego mi teraz potrzeba? Doprawdy, to aż śmieszne, że posta­no­wi­łem iść do Razu­mi­china...".

Kwe­stia, czemu się teraz udał do Razu­mi­china, nie­po­ko­iła go bar­dziej, niż sam zda­wał sobie sprawę; trwoż­nie doszu­ki­wał się jakie­goś zło­wróżb­nego dla sie­bie zna­cze­nia w tym na pozór tak zwy­kłym postępku.

"Czyż rze­czy­wi­ście zamie­rza­łem wszyst­kiemu zara­dzić samym tylko Razu­mi­chi­nem? Czy w Razu­mi­chi­nie upa­try­wa­łem wyj­ścia z całej sytu­acji?" - zapy­ty­wał sie­bie ze zdu­mie­niem.

Roz­my­ślał, tarł sobie czoło i, rzecz dziwna, jakoś ni stąd, ni zowąd, z nagła, jakby sama przez się, po bar­dzo dłu­giej zadu­mie przy­szła mu do głowy pewna naj­oso­bliw­sza myśl.

- Hm... do Razu­mi­china - powie­dział naraz zupeł­nie spo­koj­nie, jak gdyby powziąw­szy osta­teczną decy­zję - do Razu­mi­china pójdę, to pewne, lecz... nie teraz... Pójdę do niego... naza­jutrz po tam­tym, gdy tamto będzie już skoń­czone i gdy wszystko się poto­czy nową kole­iną...

Nagle się opa­mię­tał.

- Po tam­tym? - krzyk­nął, zry­wa­jąc się z ławki. - Ale czyż tamto się sta­nie? Czyż ma się stać naprawdę?

Opu­ścił ławkę i ruszył, nie­omal pobiegł; zamie­rzał wra­cać do sie­bie, ale rap­tem myśl powrotu do domu prze­jęła go okrop­nym wstrę­tem: prze­cie to tam, w tym kącie, w tej obmier­z­łej sza­fie, wylę­gło się tamto i doj­rze­wało już prze­szło mie­siąc. Zaczął iść, gdzie oczy poniosą.

Ner­wowy dreszcz zmie­nił się w jakieś febryczne drże­nie. Zaczęło go nawet zię­bić: w taki upał zro­biło mu się zimno. Z wysił­kiem, pra­wie nie­świa­do­mie, pod naci­skiem wewnętrz­nej koniecz­no­ści jął się wpa­try­wać we wszyst­kie napo­ty­kane przed­mioty, jak gdyby dla roze­rwa­nia myśli; ale nie bar­dzo mu się to uda­wało i raz po raz wpa­dał w zadumę. Kiedy zaś, drgnąw­szy, znowu pod­no­sił głowę i roz­glą­dał się dookoła, natych­miast zapo­mi­nał, o czym przed chwilą myślał, a nawet któ­rędy szedł. W taki spo­sób minął całą Wyspę Wasi­liew­ską, dotarł nad Małą Newę, prze­szedł most i zawró­cił ku Wyspom. Zie­leń i świe­żość zrazu podo­bały się jego zmę­czo­nym oczom, nawy­kłym do miej­skiego kurzu, wapna i do olbrzy­mich, napie­ra­ją­cych i przy­tła­cza­ją­cych kamie­nic. Tutaj nie było ani dusz­no­ści, ani smrodu, ani szyn­ków. Lecz wkrótce i te nowe, przy­jemne wra­że­nia stały się bole­sne i draż­niące. Cza­sami przy­sta­wał przed jaką tonącą w zie­lo­no­ści willą, zaglą­dał przez szta­chetki, widział w oddali, na gan­kach i tara­sach, strojne kobiety i bie­ga­jące po ogro­dach dzieci. Zwłasz­cza pocią­gały go kwiaty, na nie też patrzał naj­dłu­żej. Spo­ty­kał rów­nież zbyt­kowne powozy albo jadą­cych konno panów i panie; cie­ka­wie odpro­wa­dzał ich wzro­kiem, a zapo­mi­nał o ich ist­nie­niu, nim zdą­żyli znik­nąć mu z oczu. Raz zatrzy­mał się i pora­cho­wał pie­nią­dze: miał około trzy­dzie­stu kopie­jek. "Dwa­dzie­ścia stój­ko­wemu, trzy Nasta­zji za list - a zatem wczo­raj dałem Mar­mie­ła­do­wom jakie czter­dzie­ści sie­dem lub pięć­dzie­siąt" - pomy­ślał, nie wie­dzieć po co czy­niąc ten rachu­nek, ale po chwili już zapo­mniał nawet, po co w ogóle dobył pie­nią­dze z kie­szeni. Przy­po­mniał to sobie dopiero wtedy, gdy mijał jakiś zakład gastro­no­miczny, w rodzaju gar­kuchni, i poczuł, że jest głodny. Wstą­piw­szy tam, wypił kie­li­szek wódki i zjadł kawał pie­roga z nadzie­niem. Doja­dał go już na ulicy. Od bar­dzo dawna nie pił wódki, więc teraz poczuł od razu jej dzia­ła­nie, choć to był tylko jeden kie­li­szek. Nogi stały się jak z oło­wiu, uczuł nie­prze­mo­żoną sen­ność. Ruszył ku domowi; ale gdy już był przy Wyspie Pie­trow­skiej, zatrzy­mał się doszczęt­nie wyczer­pany, zszedł z drogi, wlazł mię­dzy krzaki, rzu­cił się na murawę i natych­miast usnął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki