Przedmowa
Pomysł przygotowania nowego podręcznika pojawił się już przed kilku laty. W jakiejś mierze miał on nawiązywać do podręcznika napisanego wspólnie przez Erharda Cziomera i przeze mnie dla Wydawnictwa PWN, najpierw w Krakowie w 2000 r. i później w Warszawie w 2005 r. Przed śmiercią kolegi w lutym 2020 r. rozmawiałem z nim o projekcie. Odpowiedział, że jest już zaangażowany w inne przedsięwzięcie wydawnicze. Umowy dotyczące obecnego podręcznika zostały podpisane w czerwcu 2020 r.
Samodzielnie rozdziały, poza mną, przygotowali Piotr Bajor, Edyta Chwiej i Iwona Krzyżanowska-Skowronek.
Młodsi koledzy są absolwentami Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego; wszyscy napisali prace doktorskie pod moją opieką. Rozpiętość wieku między nami jest duża, od 32 do 80 lat. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to nasza bliska współpraca - w dwóch przypadkach od prac magisterskich, w jednym dopiero od pracy doktorskiej - obfitowała w różne, niekiedy i ostre, spory.
Zawsze jednak obowiązywała i obowiązuje zasada podstawowa: autor ma głos rozstrzygający, z czego naturalnie wynika i jego pełna odpowiedzialność za dzieło. Różnic między nami nie brakowało i nie brakuje - doświadczenia są odmienne.
Za koncepcję i strukturę podręcznika - i to nie tylko ze względów formalnych - odpowiedzialny jestem ja. Przyznać muszę, że zamiary były nieco bardziej ambitne. Rozdziałów jest mniej niż planowałem, lecz po części rezygnacji z niektórych towarzyszyło rozbudowanie i wzbogacenie tych rozdziałów, które zrealizowano.
Uznaliśmy po dyskusji racje przemawiające za rezygnacją z planowanego w części piątej rozdziału dotyczącego Rosji. Bardziej ważyły względy naukowe niż polityczne.
Za tekst każdego rozdziału z osobna odpowiada w pełni podpisująca go osoba.
Chciałbym wyrazić pewną nadzieję. Jeśli ktoś, uważnie czytając, dostrzeże różnice w postrzeganiu współczesnych stosunków międzynarodowych i ich przedstawianiu, będzie to mocne i dobre świadectwo tego, jak kształcił nasz Instytut swych absolwentów. Trudno bowiem przecenić wartość samodzielnego myślenia i bronienia swego stanowiska.
Recenzent, profesor Ryszard Zięba, życzliwy i krytyczny, dostrzegł - ujmując zresztą tę opinię w sposób wyszukany - że "układ treści tej książki znacznie się różni od tradycyjnych podręczników". To opinia celna.
Od początku naszego przedsięwzięcia byłem świadom konieczności znalezienia kompromisu między ambicjami i potrzebami z jednej strony a możliwościami ich zaspokojenia z drugiej.
Już od ćwierćwiecza swoistym wzorcem z Sevres pozostaje dla mnie publikacja Johna Baylisa, Steve'a Smitha i Patricii Owens The Globalization of World Politics: An Introduction to International Relations. Kilka podręczników wydawanych w Stanach Zjednoczonych pod wieloma względami pozostaje w tyle. Ostatnie brane tu pod uwagę wydanie, ósme, z 2000 r. (a od tego czasu pojawiło się już dziewiąte) składa się z 32 rozdziałów, napisanych przez blisko 40 autorów z 8 krajów, w większości anglosaskich. Objętość imponuje. Lecz i w takim opus magnum można znaleźć słabsze miejsca. Nie zawsze poszczególni autorzy uwzględniają zachodzące szybko zmiany.
Po otrzymaniu 8 marca 2023 r. wiadomości o przychylnej recenzji pierwsza myśl dotyczyła aktualizacji tekstów (minęło zaledwie kilkanaście miesięcy). Żaden "koniec historii" nie miał miejsca. "Kobyła historii" ma się aż za dobrze.
Wysiłek, by wprowadzić w ciągu kilku tygodni jak najwięcej poprawek i uzupełnień, został podjęty. Ocena rezultatów należy do czytelnika.
Wojna w Ukrainie, bez względu na dalszy bieg wydarzeń i na to, co po kilku latach będziemy o niej myśleć, już obecnie - z dużą siłą - pokazała, jak bardzo wielobiegunowy stał się i staje współczesny świat. Otwarte są pytania o liczbę biegunów, władzę [power] poszczególnych z nich, stosunki między nimi. Przewaga Stanów Zjednoczonych i Chin (lub Chin i Stanów Zjednoczonych) nad mocarstwami średniego rzędu nadal jest znaczna.
Lista mocarstw zajmujących miejsca za dwoma supermocarstwami obejmuje współtworzące BRICS Indie, Brazylię i Republikę Południowej Afryki (przystąpienie Argentyny, Egiptu, Iranu, Etiopii, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie rozstrzyga pytania o ich pozycję). Przyglądając się G-20, można uznać za mocarstwa, które mogą i chcą samodzielnie podejmować decyzje, Arabię Saudyjską, Indonezję i Turcję, a nawet Koreę Południową i Meksyk. W odniesieniu do członków G-7 trzeba wstrzymać się z konkluzjami, co najmniej w przypadku Niemiec, Francji i Japonii.
Warto śledzić - nienależące do tej grupy - Wietnam, Pakistan, Kolumbię i Chile. Pytanie, czy Afryka, jedyny kontynent doświadczający nadal eksplozji demograficznej, będzie zdolna do wytworzenia innych niż RPA biegunów? Nie należy tracić z pola widzenia Tajwanu, z jego kluczową rolą w wojnie o chipy, oraz Izraela, posiadacza nie zawsze rzucających się w oczy atutów.
Uważna lektura rozdziałów powinna ułatwić zrozumienie stanowisk zajętych ostatnio przez wiele ważnych i ludnych państw. Zachowania uczestników trzeba nadal nieustannie śledzić, pamiętając o ich złożoności i dynamice.
Trudno nie pytać o miejsce i przyszłość Unii Europejskiej w pluralistycznym świecie. Nie chcąc wchodzić w pole autora stosownego rozdziału, zwrócę uwagę na problem stworzony przez Inflation Reduction Act (IRA).
Stany Zjednoczone, dążąc do reindustrializacji i poprawy szans w globalnej rywalizacji technologicznej, stworzyły z Kanadą i Meksykiem mury wokół Ameryki Północnej. Wprawdzie dostęp zachowują państwa mające z USA traktaty o wolnym handlu, lecz jest ich niewiele, a z liczących się gospodarczo tylko garstka (Australia, Izrael, Korea Południowa i Singapur). Poza murami Ameryki Północnej znalazły się Unia Europejska i Japonia.
Pisząc o Stanach Zjednoczonych, warto uwzględnić tło, cele i rezultaty ich globalnej polityki gospodarczej w ostatnich prawie trzydziestu latach. Chodzi zwłaszcza o projekt BEM - 10 dużych wschodzących rynków (Meksyk, Brazylia i Argentyna, RPA, Turcja, Polska, Chiny, Korea Południowa, Indie i Indonezja).
Czy nie dookreślić podręcznika jako vademecum? W łacinie słowo to oznacza wezwanie, zachętę "do pójścia ze mną" ("z nami"). Co więcej, chodzi o zachętę do podjęcia wędrówki już samodzielnie, na własną rękę, choć odbywanej w ramach wspólnoty badaczy stosunków międzynarodowych (SM), być może już o globalnym zasięgu i charakterze.
Projekt taki różni się od dyscypliny uprawianej przez kilkadziesiąt lat w północno-zachodniej części świata, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Jeśli jednak uznamy, że ewolucja jest konieczna i możliwa, to będzie to trudne i czasochłonne przedsięwzięcie.
Ostatnio ukazały się książki Knuda Erika J?rgensena What Is International Relations i Jonathana Kirshera An Unwritten Future: Realism and Uncertainty in World Politics. Warto się z nimi zapoznać.
Nie było naszym zamiarem zajmowanie się bezpośrednio problemami teorii stosunków międzynarodowych. Łatwo jest jednak odnaleźć w wielu miejscach wpływy pośrednie. Możliwie jak najkrócej naszkicuję postrzeganie jej ewolucji, przy czym pojęcia ewolucji i rozwoju - co oczywiste - różnią się mocno.
W okresie międzywojennym, przy dominacji brytyjskiej, rozwój dokonywał się w ramach Ligi Narodów. Dorobek był skromny, nawet dla zwolenników ówczesnego idealizmu. Co ważniejsze, ciągłość rozwoju uległa zerwaniu.
Po 1945 r. wyniki wcześniejszej działalności porzucono. Pod przemożnym wpływem Stanów Zjednoczonych UNESCO - w ramach tak zwanej Międzynarodowej Standardowej Klasyfikacji Edukacji (ICSED) - radykalnie obniżyło pozycję stosunków międzynarodowych. Jako część politologii znalazły SM miejsce obok nauki o prawach i obowiązkach człowieka, praw człowieka, studiów nad pokojem i konfliktami, historii politycznej, nauk politycznych i studiów nad polityką publiczną.
Badania SM po 1945 r. w niewyobrażalnym wręcz stopniu zostały skupione w Stanach Zjednoczonych. Trudno przy tym przecenić rolę licznych badaczy z Europy. SM znalazły się w "więzieniu" badań o polityce, stanowiących część nauk społecznych. SM uprawiano nadal inaczej w Wielkiej Brytanii, podobnie jak we Francji czynił to Raymond Aron.
Dzięki twórczości Hansa Morgenthaua w Stanach Zjednoczonych przeważał realizm klasyczny. Najbardziej znanym jego dziełem jest Politics among Nations: The Struggle for Power and Peace. On sam bardziej cenił książkę wcześniej wydaną, w 1946 r., Scientific Man versus Power Politics.
Druga debata, względnie uporządkowana, rozpoczęła się w połowie lat 50. i trwała do wyczerpania się rewolucji behawioralnej pod koniec lat 70. Spierano się o metody badań, granice poznania, miejsce SM wśród innych nauk. Zwolennicy zmian przyjmowali jako cel upodobnianie lub zrównanie się w standardach z szeroko rozumianymi naukami przyrodniczymi [natural].
Liczni i nader pomysłowi zwolennicy rewolucji behawioralnej wskazywali na różne możliwości przezwyciężania - podkreślanych z naciskiem - dotychczasowych słabości SM. Miało temu służyć otwieranie się na inne dyscypliny, nie tylko najbliższe, i czerpanie z ich dorobku i metod. Pomniejszano różnice, wskazywano perspektywy ich likwidacji poprzez kumulację dorobku SM.
Tradycjonaliści podkreślali, że przedmiot badań jest trwale na tyle charakterystyczny, że postęp poprzez zapożyczenia i upodobniania się możliwy jest w ograniczonym zakresie. Gdy Morgenthau polemizował z kwestionowaniem przez Martina Wighta teorii, swoiście ją pojmował. Był przeciw abstrakcyjnemu teoretyzowaniu i behawioralnym teoriom jako "mdłym abstrakcjom".
Jorgensen pisze: ""zwrot racjonalistyczny" zmierzał ku dyscyplinie, która będzie radzić sobie lepiej w grach o sumie zerowej, gdzie chodzi o fundusze i dodatkowe zatrudnienie", dodając: "Amerykańskie nauki [SM] były wpływowym, z dobrym zaopatrzeniem finansowym, eksperymentem w jednej części świata, lecz niczym więcej. Ponadto eksperyment często kończył się niepowodzeniem; być może miał imponujące rozmiary, niemniej jednak przynosił zawód".
Kal Holsti w The Dividing Discipline przekonywał, że tylko niektórzy moderniści zmierzali ku ogólnej teorii i przewidywalności. Większość uznawała, że charakter przedmiotu pozwala tylko na ustalanie "mniej lub bardziej znaczących powiązań, współzależności, prawdopodobieństw i trendów".
Realistom, broniącym się skutecznie dzięki mniejszej luce między zapowiedziami a osiąganymi rezultatami, pośpieszył z pomocą, patrząc z pewnego punktu widzenia, Kenneth Waltz. Jego realizm strukturalny, z zapożyczeniami z ekonomii, różnił się zasadniczo od tradycyjnego, lecz ostatecznie przyniósł korzyści zwolennikom realizmu.
Od przełomu lat 70. i 80. nadciągała spoza dyscypliny potężna burza. Yosef Lapid we wrześniu 1989 r., przedstawiając trzecią debatę, umiejscowił ją w erze postpozytywistycznej. Zaczynając od książki socjologa Anthony'ego Giddensa z 1979 r., przywołuje dwa artykuły, Richarda Ashleya oraz wspólny Friedricha Kratochwila i Johna Ruggiego, opublikowane w połowie lat 80. w "International Organization".
Na ważną cechę tej debaty zwrócili uwagę przed kilku laty Thierry Balzacq i Stéphane J. Baele. Otóż "dysydenci" atakują przede wszystkim, nie przywiązując wagi do różnic między wcześniejszymi nurtami, "fundamentalistyczne dyskursy". Przywołując artykuły z "International Organization", wskazują, że chodzi o wywoływanie wielostronnej krytyki istniejących teorii, a nie o przedstawianie w ich miejsce jakiejś własnej nowej i spójnej teorii.
Fiasko empirystyczno-pozytywistycznego modelu miało czynić konieczne, wręcz nieuchronne, niemal we wszystkich naukach społecznych poddawanie pogłębionym sprawdzianom podstaw ontologicznych, epistemologicznych i aksjologicznych. Wszystko, co sądziły o bycie, sposobach poznawania czy o wartościach, musiało podlegać dyskusji.
Mylił się wprawdzie Lapid co do czasu trwania zwątpienia i fermentu metateoretycznego, lecz celnie pokazał zakres wątpliwości. Dotyczyły one tak podstawowych pojęć jak "prawda", "racjonalność", "obiektywność", "rzeczywistość" czy "konsensus".
Choć dostrzegano zagrożenia, jakie mogła nieść z sobą różnorodność, oczekiwano jej co najmniej z wyraźnym przyzwoleniem.
W 2001 r. jako motto artykułu Third Debate Revisited Emmanuel Navon umieścił zdanie: "To, co dzisiaj nazywamy teorią, stanowi tylko maskę dla mody i chciwości". Obejmując swoją uwagą także zmiany w obrębie TSM, autor, przychylnie oceniający debaty "pierwszą" i "drugą", krytykował ostro "trzecią". Przypisywał ją wpływom francuskiego dekonstrukcjonizmu i braku zdolności SM do ogólnych wyjaśnień oraz przewidywania międzynarodowych zjawisk.
Rezultatem była coraz większa różnorodność. Świadectwem przesuwania się granic jest tytuł zbioru tekstów Beyond Paradigms: Analytic Ecclecticism in the Study of World Politics. Przygotowali go w 2010 r. Peter Katzenstein i Rudra Sil. Rezygnacji z paradygmatów towarzyszyła zgoda na eklektyzm, łączenie z sobą różnych składników, teorii, pojęć, pochodzących z różnych źródeł.
Katzenstein i Sil przyznając, że w przeszłości paradygmaty, czyli tradycje badawcze służyły postępowi, stwierdzili, że stały się już one barierą. Można, a nawet jest konieczne unikać pokusy sądzenia, iż ta czy inna tradycja badawcza góruje nad innymi.
W 2021 r. w zbiorze tekstów International Relations Theories Ole W?ver postawił w podsumowaniu wiele pytań, z których podstawowe brzmi: czy istnieje jeszcze dyscyplina po tych wszystkich debatach? Samo pytanie świadczy o panującym nastroju. Obraz ten jest zapewne przerysowany. Sam W?ver zastrzega się, że przywołuje tylko opinie autorów rozdziałów.
Z naciskiem trzeba stwierdzić, że nie dają podstaw, by wątpić w istnienie dyscypliny, sądy, iż świat postmiędzynarodowy [postinternational], zglobalizowany czy określany przez politykę światową [world politics] zastąpił stosunki między państwami [international].
Zjawiska i procesy współczesnej globalizacji zmieniają się i trzeba liczyć się z różnymi scenariuszami. Jednak co najmniej od kilku lat niewiele wskazuje, by miała się zmniejszyć rola państw (choć nie wszystkich) jako głównych uczestników międzynarodowych stosunków politycznych i gospodarczych.
Wzrostowi liczby badaczy, instytucji i krajów, w których są uprawiane SM, towarzyszą zjawiska negatywne i pogarszanie się ich postrzegania w krajach, w których w ciągu pierwszych powojennych dziesięcioleci nagromadziła się największa część ich dorobku. Nauka o SM jest globalna, lecz proporcje w niej uległy częściowej tylko zmianie.
W latach 80. rozwinęła się "trzecia debata", a pod koniec dekady doszło do wszechstronnych zmian w Europie Wschodniej.
W 1991 r. wydano niewielką, nieco ponad sto stron, książeczkę - zbiór tekstów z poprzedniego roku profesora Józefa Kukułki, kilku jego uczniów i Grażyny Michałowskiej pt. Internacjonalizacja życia narodów i państw - co stanowi dziś ciekawe świadectwo.
Jeśli ktoś chciałby poprawić stan dyscypliny uprawianej w Polsce już w kilku uniwersytetach, powinien zacząć od rzetelnej oceny jej krajowych osiągnięć i słabości oraz, co chyba ważniejsze, przedstawić rzeczywisty stan dyscypliny na Zachodzie, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Chyba nie brałem udziału w przedsięwzięciu. W pamięci nie pozostały teksty.
Wówczas mijało ponad dwadzieścia lat od końca "drugiej debaty" i kilkanaście miesięcy od artykułu Lapida, pierwszego podsumowania "trzeciej debaty".
Przytoczę tylko jeden fragment:
Wypada wreszcie ustosunkować się do tego, czy i jaki konkretny paradygmat mógłby "zadomowić się" się w naszej nauce o stosunkach międzynarodowych. [...] Jak wiadomo, w nauce światowej obszar jest pod tym względem dość dobrze zagospodarowany - istnieje kilka dużych, nieźle teoretycznie okrzepłych podejść, aspirujących do rangi teorii dalekiego zasięgu. I naturalnie, obierając określony kierunek, nie należy ignorować dorobku istniejących paradygmatów [...].
Czy można było w Polsce wcześniej śledzić zachodnią literaturę naukową, mieć dostęp do różnych źródeł informacji, jak choćby prasa? Oczywiście, tak, choć jakiekolwiek porównywanie z istniejącymi teraz możliwościami, jest - najłagodniej mówiąc - mało sensowne. Przez wiele lat w pracy naukowej bardzo dużą część czasu i energii trzeba było poświęcić na zgromadzenie źródeł. Szczególną cezurą w najnowszej historii Polski był październik 1956 r. Dotyczy to także stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Konsulat amerykański w Poznaniu otwarto ponownie w 1959 r., natomiast w Krakowie w 1974 r.
Dla mnie, jak dla wielu ludzi ze środowiska akademickiego, biblioteka przy ulicy Stolarskiej była przez ponad dwadzieścia lat miejscem często odwiedzanym. Podobnie było w Warszawie.
Pozwolę sobie na osobisty wtręt. Gdy w październiku 1961 r. zaczynałem studia historyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim, moim kolegą był, bodaj tylko przez jeden semestr, Stefan Meller. W jego wspomnieniach znalazł się passus mnie dotyczący.
Jedno sprostuję: moim miastem rodzinnym był i jest Przemyśl. Prawdą jest, że obu nas interesował wtedy Antonio Gramsci i obaj mieliśmy referaty, których bohaterem był Arnold Toynbee. Nie pamiętam mego referatu w kole historyków studentów UJ. Myślę jednak, że mówiłem jedynie o autorze A Study of History. Podstawą była książka, streszczenie wielotomowego dzieła przez D. C. Sommerville'a, też liczące ponad tysiąc stron, nabyta podczas majowych targów książek zagranicznych w Warszawie, chyba w 1962 r.
Brak jest podstaw do zbyt surowej oceny zbiorów polskich bibliotek, zwłaszcza w przypadku czasopism zagranicznych. W Krakowie najczęściej korzystałem ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej, rzadziej biblioteki obecnego Uniwersytetu Ekonomicznego, w Warszawie z bibliotek Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych oraz Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, rzadziej Biblioteki Głównej UW i Biblioteki SGH. Notabene, trudno inaczej niż wysoko oceniać księgozbiór, zasoby czasopism i prasy zagranicznej. Paradoksem, łatwym do wyjaśnienia, jest załamanie w powiększaniu zbiorów, na szczęście krótkie, w latach 90. Trudno nie wspomnieć pomocy z British Council.
Do Przemyśla docierał jako jedyny dziennik w języku angielskim "International Herald Tribune". Warto przypomnieć żale Miłosza, pracującego wówczas w Kalifornii, że "New York Times" docierał i tam po dwóch-trzech dniach.
Wspomnienia są wątłym świadectwem. Więcej mówią bibliografie, a jeszcze więcej przypisy. Warto zajrzeć po prostu do publikacji z tamtych lat, byle tylko stosować podobne kryteria do publikacji z różnych krajów w tym samym czasie.
Trudno przecenić znaczenie licznych programów, głównie oferowanych przez Stany Zjednoczone, lecz i przez kilka krajów Europy Zachodniej. Stanowiły one część zagranicznej polityki naukowej Zachodu, która - co najmniej od końca lat 50. - mogła liczyć często na pozytywną odpowiedź władz w Polsce.
Przyjmowano w Polsce dorobek amerykańskich nauk społecznych i SM w szczególności, przed 1989 r. i po nim różnie. Trudno było, zwłaszcza prowadząc zajęcia z TSM, nie poświęcać większości czasu ich przedstawianiu.
Pod tym względem szczególnie wyraźnie rysuje się postać Jacka Ziemowita Pietrasia z Lublina, wręcz entuzjasty, lubiącego dzielić się szybko nowościami, gdy tylko tam się pojawiły. Początek nastąpił bodaj w połowie lat 70. Coraz liczniejsze jego publikacje pojawiały się w latach 80. i 90.
Wspomnieć wypada pracę - młodego wówczas - Andrzeja Gałganka o dorobku George'a Modelskiego, poznaniaka z urodzenia. Skromnie wyglądająca książka stała się popularna w ramach zajęć, chyba nie tylko w Krakowie. Choć wydano ją w 1992 r., musiała być poprzedzona kilkoma latami pracy.
W ogóle liczące już kilkadziesiąt lat SM w Polsce zasługują na dalsze wnikliwe i względne bezstronne badania. Bodźcem powinny stać się rezultaty wysiłków profesora Jacka Czaputowicza i jego współpracowników. Zostały one przedstawione najpierw w Polsce jako książka, a potem za granicą, w formie artykułu i książki w języku angielskim.
Już pytanie o początek dyscypliny w Polsce wzbudza spory. Docenić należy wysiłki Adama Redzika z Lublina, Tomasza Pugacewicza z Krakowa i Andrija Haczkewycza ze Lwowa, którzy przypomnieli działalność Ludwika Ehrlicha. Był on wybitnym znawcą prawa międzynarodowego publicznego i wśród jego zasług jest bez wątpienia kształcenie specjalistów-praktyków, najpierw we Lwowie i tuż po II wojnie światowej w Krakowie.
Jako kierunek studiów uniwersyteckich i badań SM pojawiły się dopiero w 1976 r., w trzydzieści lat po "prawdziwym" początku tej dyscypliny na Zachodzie.
W Polsce za początek można dopiero uznać powstanie Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Stanowił wówczas część Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych i początkowo zapewniał studentom politologii tylko możliwość specjalizacji międzynarodowej.
Kształtowały się SM w innych uniwersytetach nieco później, przeważnie w ściślejszym związku z historią lub prawem.
Szczególną rolę w narodzinach SM w Polsce odegrali profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego Remigiusz Bierzanek i Józef Kukułka. Nie powinno się zapominać o roli profesora Franciszka Ryszki.
Pierwszy z nich zasłużył się przede wszystkim jako autor podręcznika Współczesne stosunki międzynarodowe, wydając go najpierw w 1972 r. i, już w rozszerzonej postaci, w 1980 r. Ponadto udostępnił on polskiemu czytelnikowi dzieła Jeana Bodina i Hugona Grocjusza.
Zasługą Józefa Kukułki było natomiast kierowanie przez kilkanaście lat prężnie rosnącym Instytutem Stosunków Międzynarodowych UW, a może jeszcze bardziej wypromowanie wielu doktorów, z których co najmniej ośmiu uzyskało dotąd tytuł profesora. Osiągnęli to kolejno Edward Haliżak, Roman Kuźniar, Ryszard Zięba, Marek Pietraś (z Jackiem Ziemowitem łączy go jedynie to, że pracowali sporo lat razem, tworząc silny ośrodek SM w UMCS), Stanisław Bieleń, Dariusz Popławski, Stanisław Sulowski i Paweł Soroka.
Dorobek Kukułki jako mistrza trudno przecenić, a przecież może on jeszcze się powiększyć. Być może jest on nawet ważniejszy niż, wcale niemały, zbiór jego publikacji. Przyznać się muszę, że wolałem go słuchać, spierać się z nim, rozmawiać. To był wszak odmienny i wart zapamiętania dyskurs.
W polskiej społeczności SM zmiany następowały i nadal następują raczej stopniowo. Kogo do niej zaliczamy? Czy jest w niej najbardziej znany poza Polską, dzielący się niekiedy opiniami w polskiej prasie Jan Zielonka? Nawet przyjmując kryterium pracy w Polsce (co jest dyskusyjne), uprawiający ją stają się częścią wspólnoty globalnej SM. Trzeba mieć nadzieję, że będzie to się działo jeszcze szybciej dzięki młodym i najmłodszym badaczom.
Oceny zależą od kryteriów. Jakie jest miejsce SM w grupie bliskich dyscyplin społecznych (prawo, ekonomia, socjologia i nauka o polityce) i humanistycznych (historia, antropologia i filozofia)? W podtekście tkwi założenie, że istnieją głębokie - i w praktyce niemożliwe do przezwyciężenia - różnice między tą grupą a większością dyscyplin nauki. Cele i metody są i będą zasadniczo różne.
Obecnie jest łatwiej czy trudniej prowadzić badania stosunków międzynarodowych?
Trudne do wyobrażenia są już zmiany w ilości informacji i komentarzy oraz dostępie do nich. Można mówić o nadmiarze i kłopotach z przetwarzaniem. Podstawowym nakazem jest krytyczność i ostrożność. Niestety, pogarsza się jakość. Fake news stanowią skrajny przejaw powszechnego wykorzystywania środków przekazu do realizacji celów, nie tylko politycznych.
Następują zmiany form: obok tradycyjnych środków coraz częściej pojawiają się strony internetowe i blogi. Pomocą służyć mogą teksty agencji prasowych. Coraz liczniejsze są źródła danych statystycznych. Partnerami dla badaczy są dziennikarze, zwłaszcza komentatorzy. Niekiedy granica ulega niemal w ogóle zamazaniu. Należąc do jednego z dwu środowisk, trzeba pamiętać o celach, wymaganiach, metodach itd. Nie musi to przesądzać o rezultatach, o trafności sądów. Francis Fukuyama stał się popularny dzięki esejowi o końcu historii. Charles Krauthammer odpowiedzał myślą o jednobiegunowej chwili.
Podręcznik jest próbą osadzenia głębiej w czasie współczesnych stosunków międzynarodowych. Niekiedy nie istnieje taka potrzeba. Wspólnoty Europejskie/Unię Europejską tworzono dla przezwyciężania przeszłości. W przypadku handlu czy ludności zasadne jest rozpoczynać w połowie XVIII w. Gdy chodzi o Chiny, uwzględnienia wymaga stulecie upokorzeń (określenie to pojawiło się blisko 35 lat przed utworzeniem ChRL).
Globalizacja współczesna przynosi nowe wymagania i pytania w stosunkach międzynarodowych.
Coraz bardziej pluralistyczna wspólnota badaczy nadal będzie się porozumiewać, korzystając głównie z języka angielskiego. Czy nie jest jednak pożądaną, a może nawet i konieczną znajomość co najmniej jednego z języków społeczności, których głosów dotąd brakowało? Chodzi wszak o języki macierzyste naprawdę dużych i ważnych społeczności.
Najwięcej użytkowników posiada obecnie język angielski, blisko 1,5 mld osób. Dla dużej większości nie jest on macierzystym, co przesądza o różnym poziomie znajomości.
Na drugim i trzecim miejscu znalazły się języki dwóch mocarstw Azji: mandaryński, którym posługuje się 1,1 mld ludzi, i hindi (macierzysty dla 180 mln, a użytkowany przez 422 mln). Wysokie miejsca zajmują języki hiszpański - 548,3 mln i francuski - 548,3 mln, co odzwierciedla imperialną przeszłość.
Kolejne miejsca zajmują języki arabski - 274 mln i bengalski - 272,7 mln, rosyjski - 258,2 mln, portugalski - 257,7 mln, urdu - 231,3 mln, indonezyjski - 199 mln i niemiecki - 134,6 mln. Aż trzech z nich używa się na Półwyspie Indyjskim, choć bengalskiego i urdu głównie poza Indiami. Indie są państwem wyjątkowo bogatym w wiele różniących się mocno narodów, religii i języków (https://www.ethnologue.com/insights/ethnologue200/).
Dlaczego język jest tak ważny? Jest mocno związany ze sposobem myślenia i porozumiewania się. Zwłaszcza myślenia. Czy i jak często, nawet znając dobrze język obcy, myślimy używając jego pojęć? Mają też rację ci, którzy powtarzają, że traduttore traditore. Najlepsi tłumacze starają się oddać jak najcelniej myśli w języku, na jaki tłumaczą. Natomiast naszym zadaniem jest dotarcie do myśli u jej źródeł.
Niestety, zapewne nie wszystkie błędy udało się poprawić, a luki uzupełnić.
Zacytuję na zakończenie paradoksalne "pocieszenie" Stephena Walta dla absolwentów SM w Uniwersytecie Harvarda: "Moja generacja zostawiła mnóstwo rzeczy do naprawiania" (Walt 2023).
Będziemy wdzięczni za wszelkiego rodzaju komentarze. Z góry dziękujemy.
Najprostszą i najłatwiejszą drogą porozumiewania się są nasze adresy mailowe:
[email protected], [email protected], i.krzyż[email protected], [email protected].
Lubomir Zyblikiewicz
Rozdział 1Państwa Lubomir Zyblikiewicz
Pojęcie państwa
Państwa w najbardziej ogólnym znaczeniu są najbardziej długowiecznym i istotnym uczestnikiem stosunków i polityki międzynarodowej. Zastrzeżenie jest ważne. Towarzysząc społeczeństwom przez tysiąclecia, ulegały one ogromnym zmianom.
Przyjmując jednak powszechne dziś wyobrażenie państwa lub wiele ze współczesnych definicji, znajdować państwa będziemy dopiero od połowy XVII w.
Lecz i państwo nowożytne ulegało zasadniczym przeobrażeniom. Najwięcej uwagi należy skupić na państwie w ostatnim półwieczu.
Weber w Podstawowych pojęciach socjologicznych pisał:
Związkiem politycznym nazywamy związek panowania wtedy i o ile jego istnienie i obowiązywanie jego porządków w obrębie określonego geograficznego terytorium gwarantowane jest w sposób trwały przez stosowanie fizycznego przymusu i groźbę zastosowania takiego przymusu przez sztab administracyjny. Państwem nazywamy instytucję polityczną prowadzącą ciągłą działalność, jeśli i o ile jej sztab administracyjny rości sobie prawo do monopolu prawomocnego fizycznego przymusu w celu urzeczywistnienia jej porządków (Weber 2002, 40).
Nawiązując do Webera, Dahl i Stinebrickner pisali, że jeśli rządem jest jakikolwiek rząd, który skutecznie utrzymuje w mocy swoje roszczenia do wyłącznego decydowania o zasadach prawomocnego użycia fizycznego przymusu czy siły w celu egzekwowania ustanowionych przez siebie praw na danym terytorium, to "połączenie mieszkańców tego terytorium i funkcjonującego na nim rządu nazywamy państwem" (Dahl, Stinebrickner 2007, 56-57).
Heywood z kolei, dodając nowe elementy, określa państwo jako stowarzyszenie polityczne, "które w określonych granicach terytorialnych ustanawia suwerenne prawo oraz sprawuje władzę poprzez system trwałych instytucji. Instytucje te są wyraźnie publiczne, gdyż ponoszą odpowiedzialność za zbiorową organizację życia społecznego i są finansowane ze środków publicznych. Państwo obejmuje zatem różne instytucje rządowe, ale również sądy, upaństwowiony przemysł, system ubezpieczeń społecznych itd.". Przysługują mu, jako stowarzyszeniu terytorialnemu, "kompetencje zdefiniowane z uwzględnieniem terytorium geograficznego i obejmujące wszystkie osoby żyjące w jego granicach, bez względu na to, czy są jego obywatelami, czy nie". Państwo, podkreśla on, to "stowarzyszenie włączające, obejmujące wszelkie instytucje sfery publicznej oraz wszystkich członków społeczeństwa", a rząd jest jego częścią (Heywood 2008, 109-110).
Inaczej, choć nie sprzecznie, określa państwo Martin Van Creveld. Według niego jest ono korporacją posiadającą osobowość prawną z określonymi prawami i obowiązkami, zdolną do podejmowania różnego rodzaju działań. W odróżnieniu od innych korporacji, państwo udziela uprawnień innym, samo zaś może je otrzymywać jedynie od korporacji tego samego rodzaju. Tylko dla niego zastrzeżone są pewne funkcje, zwane atrybutami suwerenności. Wreszcie, wykonuje je ono "na terytorium swej jurysdykcji w sposób wyłączny i wszechogarniający". Doprowadzając myśl do końca, pisze, że wcześniej, do połowy XVII w., istniały organizacje polityczne [governments], które jednak państwami w przyjętym przez niego rozumieniu nie były.
Te niesłychanie zróżnicowane przedpaństwowe wspólnoty polityczne dzieli na plemiona bez wodzów, plemiona już z wodzami, miasta-państwa o różnym charakterze i imperia, mocne oraz słabe (Van Creveld 1999, 1-2).
Aż do końca feudalizmu brakowało, z wyjątkiem miast-państw, wyraźnego rozdziału "rządu" i "własności" (Van Creveld 1999, 23, 53). Dlatego trudno oszacować koszty utrzymania tych przednowożytnych wspólnot politycznych. Jeśli chodziło o utrzymanie skromnej siły zbrojnej i nielicznej biurokracji, to byłyby niezbyt duże.
Niccol? Machiavelli w Księciu wprowadził nazwę państwa [stato] w miejsce polis, civitas, res publica czy regnum. Jednak Bodin jeszcze w 1576 r. sięgnął po tytuł De la république, a Hobbes prawie sto lat później pisał o civitas lub commonwealth (Bobbio 1989, 57-58).
Poszukający definicji państwa kładli nacisk na środki lub na cele.
Do grupy pierwszej należy historyk wojskowości Michael Howard, historyk Charles Tilly i socjolog Michael Mann. Howard przekonuje, że w ogóle początki Europy zostały "wykute na kowadle wojny", a większość narodów-państw powstałych przed połową XX w. została stworzona przez wojnę lub też ich granice zostały wykreślone drogą wojny lub wewnętrznej przemocy (1991, 39-41). Tilly postrzega państwa jako "organizacje dzierżące przemoc", które "mają wyraźne pierwszeństwo pod pewnymi względami nad wszelkimi innymi organizacjami wewnątrz znacznych terytoriów". Pokazuje on, jak "wojna uczyniła państwa, a państwo czyniło wojny" (1991, 2, 67-95). Dla Manna państwo jest "zróżnicowanym zestawem instytucji i ludzi służących centrum, które rości sobie wyłączne prawo do określanej normami władzy, wspieranej przez fizyczną przemoc" (1986, 37).
Mówiąc o narzędziach, trzeba wspomnieć o prawie. Wprawdzie paremii prawniczej ubi societas ibi civitas ibi ius, czyli "gdzie społeczeństwo, tam państwo, tam prawo", w całości nie da się bronić, lecz związek państwa i prawa, zwłaszcza przy elastycznym rozumieniu tego ostatniego, sięga w bardzo odległą przeszłość i pozostaje nadal wyjątkowo ścisły i wszechstronny.
Do drugiej grupy należą niewątpliwie Thomas Hobbes i John Locke.
Pierwszy ochrony przed złem w stanie natury upatruje w potężnym państwie. Pisze o nim, że "jest jedną osobą, której działań i aktów każdy członek jakiejś dużej wielości stał się mocodawcą, przez ugody, jakie ci ludzie zawarli między sobą w tym celu, by ta osoba mogła użyć siły ich wszystkich i ich środków, jak to będzie uważała za korzystne dla ich pokoju i wspólnej obrony" (1651/2009, 258). Celem nadrzędnym, wartym wielkich wyrzeczeń, włącznie z wolnością, są dla Hobbesa bezpieczeństwo i ład.
Locke, polemizując z Hobbesem kilkadziesiąt lat później, inaczej widział zarówno stan natury, jak i cechy człowieka. Przede wszystkim obawiał się władzy absolutnej. Pisał: "W stanie natury ma rządzić obowiązujące każdego prawo natury. Rozum, który jest tym prawem, uczy cały rodzaj ludzki, [...] że skoro wszyscy są równi i niezależni, nikt nie powinien wyrządzać drugiemu szkód na życiu, zdrowiu, wolności czy majątku" (1689/2015, 258). Trzema wartościami, którym miało służyć liberalne państwo, były życie, wolność i własność. Rzecznik wolności z końca XVII w., popierający "chwalebną rewolucję", miał na myśli jednak nieliczną mniejszość, "ojców, panów, mężów" (Locke 1689/2015, 256), mężczyzn - właścicieli majątków, wówczas głównie ziemskich.
Po upływie kolejnych stu kilkudziesięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels mogli napisać w Manifeście komunistycznym: "Nowoczesna władza państwowa jest jedynie komitetem zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej" (Marks, Engels 2007, 4).
Należy jeszcze zwrócić uwagę na złożoność i zmienność skrótu myślowego państwo-naród [nation-state], związku między państwem i narodem.
Ewolucja nowożytnego państwa
Pojawienie się i stopniowy rozwój nowożytnego państwa umożliwiło dopiero zanikanie feudalizmu. W Europie, inaczej niż w innych częściach świata, gdzie feudalizm również bywał skutkiem osłabienia i rozpadu imperiów, trwał on bardzo długo przez wiele wieków po upadku Rzymu.
Ustrój ten opierał się na sieci lub sieciach wierności, wiążących każdego wasala zarówno ze zwierzchnikiem, jak i podwładnymi. Rząd podzielony był między wieloma nierównymi władcami, powiązanymi więzami wierności [fealty, fidelitas], którzy postrzegali go jako prywatną własność. Społeczeństwo dzieliło się na stany. Przytłaczającą część stanowili przywiązani do ziemi [glebae adscripti], uprawiający ją i utrzymujący nielicznych, którzy tworzyli stan władców świeckich i stan duchowny.
Miasta odgrywały skromną rolę. W 1500 r. w Europie w miastach liczących powyżej 5 tys. mieszkańców żyło 8,4 mln ludzi (11,2% ludności). Miast powyżej 10 tys. było 309, z ludnością blisko 6,2 mln. Największe - Paryż - liczyło 225 tys. mieszkańców, ponad 100 tys. miały Neapol, Mediolan i Wenecja (Bairoch 1988, 255, 270, 28, 45, 49).
Według Tomasza z Akwinu rząd bynajmniej nie miał być sprawowany "przez ludzi, dla ludzi", lecz stanowić integralną częścią boskiego porządku. Istotną zasadą były przywileje trwale przypisane ich posiadaczom. Zdumiewać może dość często spotykane, zwłaszcza wśród katolików, uwielbienie dla XIII w. jako czasów najwspanialszych. Próbowano też, od czasów papieża Leona XIII, sięgać do dziedzictwa tomizmu (Van Creveld 1999, 51-53; Walsh 1907).
Nie wgłębiając się w pojęcie "ciała polityczno-religijnej Christianitas" z dwiema głowami, cesarską i papieską (Wielomski 2017), trzeba uznać ogromną rolę papiestwa i wyjątkowe znaczenie społeczno-polityczno-gospodarcze Kościoła. Jednak tylko na krótko zbliżono się do celu, do teokracji. Zdaniem Jana Baszkiewicza próby te nasiliły się na przełomie wieków XII i XIII, zwłaszcza gdy papieżem był Innocenty III (1198-1216). Z czasem rosły wpływy władców świeckich. Zdaniem Konstantego Grzybowskiego i Baszkiewicza "okres faktycznej i doktrynalnej przewagi papiestwa kończy się w XIV w." (Baszkiewicz 2009, 77-80). Trafna wydaje się też obserwacja, że "w szczelinach między dwoma wielkimi uniwersalnymi organizacjami wyrosły wielkie monarchie, których przeznaczeniem, dużo później, było przekształcić się w państwa" (Van Creveld 1999, 61).
Rewolucja militarna nie tylko zmieniła sposób prowadzenia walki na lądzie i morzach, lecz stanowiła podstawową przesłankę dla kształtowania nowożytnego państwa. Tylko ono było w stanie podołać wyzwaniom pokrywania kosztów. John A. Lynn przedstawia rozwój sił lądowych od 1445 r., czyli od utworzenia we Francji pierwszej w Europie od upadku Rzymu stałej armii. Wyodrębnia cztery fazy, przyjmując jako cezury lata 1624, 1789 i 1871. W pierwszej fazie w czasie pokoju szacunki wahają się od kilkunastu do dwudziestu kilku tysięcy zbrojnych, by spaść do 8,5 tys. po zakończeniu wojen religijnych pod koniec XVI w. Podczas wojen może przekraczano 50 tys. Kilkakrotnie większe liczby pojawiają się po 1624 r., zwłaszcza w czasie wojen. Liczebność armii Ludwika XIII w 1636 r. przekroczyła 200 tys., a siły zbrojne Francji liczyły w wojnach z Hiszpanią (1667-1668) 134 tys., z Holandią (1672-1678) do 279 tys., z Ligą Augsburską (1688-1697) 396 tys., o sukcesję hiszpańską (1701-1714) 392 tys., o sukcesję polską (1733-1738) 205 tys., o sukcesję austriacką (1740-1748) 401 tys., siedmioletniej (1756-1763) 330 tys. (Lynn 1990, 1-4).
Początkowo szybciej rosły siły zbrojne Hiszpanii (z 20 do 100 tys. między 1492 i 1532 r.). Dwadzieścia lat później cesarz Karol V miał już 148 tys. wojowników, więcej niż ktokolwiek w Europie od upadku Rzymu. W apogeum, około 1630 r., Hiszpania doszła do 300 tys. (Tilly 1992, 78).
Szybko rosła armia Prus (zwłaszcza na tle Rosji i Austrii). Działo się to także dzięki zmianom terytorium. Fryderyk Wilhelm (1620-1688) posiadał stałą armię liczącą 31 tys. ludzi, Fryderyk Wilhelm I Pruski (1713-1740) podwoił liczbę z 38 do 80 tys., a Fryderyk II Wielki (1740-1786) do 162 tys. W latach 30. i 40. XIX w. liczyła ona około 200 tys., lecz przeciw Austrii w 1866 r. wystawiły Prusy 355 tys. ludzi, a przeciw Francji (1870-1871) 1,2 mln. Stała armia Niemiec wzrosła z 400 tys. w 1875 r. do 750 tys. w 2013 r. (Lynn 1990, 8-9).
Tabela 1.1. Mężczyźni pod bronią w Europie w latach 1500-1980
Liczba
Liczba
Liczba
Liczba
Liczba
% ludności
% ludności
% ludności
% ludności
% ludności
Lata
1500
1600
1700
1850
1980
1500
1600
1700
1850
1980
Hiszpania
20
200
50
154
342
0,3
2,5
0,7
1
0,9
Francja
18
80
400
439
495
0,1
0,4
2,1
1,2
0,9
Anglia
25
30
292
201
329
1
0,7
5,4
1,1
0,6
Holandia
20
100
30
115
1,3
5,3
1
0,8
Szwecja
15
100
63
66
1,5
7,1
1,8
0,8
Rosja
35
170
850
3663
0,3
1,2
1,5
1,4
Źrodło: Tilly (1990, 79).
Tabela nie w pełni pokazuje miejsce Francji. Była ona w Europie potęgą ludnościową i gospodarczą, co aż do rewolucji przemysłowej szło w parze. Szacunki ludności Europy różnią się, w 1500 r. od 73,8 do 87,7 mln, a jeszcze w 1700 r. od 111,8 do 126,8 mln. W 1500 r., szacując ludność Europy Zachodniej na blisko 57,3 mln, Francji przypisywano 15 mln, Niemcom 12 mln, Włochom 10,5 mln, Hiszpanii 6,8 mln, a Wyspom Brytyjskim blisko 4 mln. Dwieście lat później, przy ludności blisko 81,5 mln w tych krajach mieszkało odpowiednio 21,5 mln, 15 mln, 13,3 mln, 8,8 mln i poniżej 8,6 mln (Maddison 2001, 230-231).
Latem 1794 r. pod bronią w obronie zagrożonej ze wszystkich stron Republiki, w ramach levée en masse znalazł się milion Francuzów. Wkrótce liczba ta malała, do 484 tys. w sierpniu 1795 r., 396 tys. w sierpniu 1796 i 382 tys. w 1797 r. W armii Napoleona natomiast - szacuje się - służyło w ciągu kilkunastu lat 600-650 tys. ludzi.
Jeśli początkowo przeważała Hiszpania, to już od XVII do początku XIX w., przynajmniej na lądzie, dominowała Francja. Była też jedynym mocarstwem, które - podobnie jak i Anglia - budowało państwo, łącząc ściśle przemoc z kapitałem [capitalized coercion mode]. Odróżniało to je od pozostałych państw w Europie, które opierały się bądź na przemocy, bądź na kapitale (Tilly 1992, 30).
Jednym z najważniejszych czynników tworzenia się państw nowożytnych była rewolucja militarna. Pojęcie to pojawiło się w wykładzie Michael Robertsa Rewolucja militarna 1560-1660 w 1955 r. Choć daty budzą wątpliwości, to tezy brzmią przekonująco. Wykorzystywanie czarnego prochu i broni palnej przyniosło zmiany w taktyce walki, zwiększając rolę piechoty i artylerii kosztem konnego rycerstwa. Między 1500 i 1700 r. dziesięciokrotnie zwiększyły się siły zbrojne wielkich mocarstw. Pojawiały się coraz śmielsze i bardziej złożone strategie użycia dużych armii. Dramatycznie zwiększał się wpływ wojny na społeczeństwo (Parker 1996, 1-2).
Choć został zachwiany stosunek między zdolnościami obronnymi i zaczepnymi, dość szybko znaleziono skuteczną odpowiedź. Możliwościom artylerii oblężniczej przeciwstawiono zupełnie nowy rodzaju fortyfikacji, twierdze gwiazdy [trace italienne, bastion fort]. Zdolne do ich budowy były jednak tylko państwa.
Broń nie rdzewiała, wielu mężczyzn często sięgało po nią, by prowadzić wojny przeciwko sobie. Trudno nie określić lat 1500-1700 "najbardziej wojowniczymi". W wieku XVI było mniej niż dziesięć lat pokoju, a w XVII jeszcze mniej, zaledwie cztery lata. W XVI w. Hiszpania i Francja rzadko przestawały walczyć ze sobą, a XVII Imperium Otomańskie, Habsburgowie austriaccy i Szwecja w stanie wojny pozostawali niemal bez przerwy, natomiast na wschodzie Europy Polska i Litwa walczyły przeciw Rosji.
Nieco mniej skłonności do wojen ujawniano w XVIII w., w którym w Europie przez szesnaście lat panował pokój (Parker 1996, 1; por. Van Creveld 2014, 17-59).
"Wojna trzydziestoletnia" wieku XVII przyniosła wyjątkowo trudne do wyobrażenia skutki. "Wojna trzydziestoletnia" wieku XX różniła się, między innymi, dwudziestoletnią przerwą.
Nie przypadkiem nie padło słowo "żołnierze". Współcześnie postrzegamy ich jako mężczyzn (i kobiety) mieszkających w kraju, dla którego walczą. Tak jest od niezbyt dawna. Nazwy w kilku językach (niemiecki Soldat, angielski soldier, francuski soldat, hiszpański soldado czy rosyjski Солдат) wskazują na długą historię najemników, świadczących usługi wojskowe przez określony, zwykle krótki czas za uzgodnione wynagrodzenie (solidus był rzymską grubą złotą monetą). Bodaj najczęściej nazywani są kondotierami, może dzięki Machiavellemu, nieszczędzącemu im krytyki. Przypadkiem szczególnym był Albrecht von Wallenstein, angażujący własny majątek, by wystawić armię (w 1625 r. liczącą 50 tys. ludzi) walczącą dla Habsburgów. Choć stopniowo przechodzono do sił zbrojnych tworzonych z poboru własnych poddanych, to jeszcze w drugiej połowie XVIII w. w Niemczech kwitł Soldatenhandel, którego centrum było księstewko Hesja-Kassel. Przeciw walczącym o niepodległość Stanów Zjednoczonych jego władca, specjalizujący się w świadczeniu takich usług głównie Wielkiej Brytanii, wysłał do Ameryki Północnej 12 tys. swych poddanych. Stanowili oni tam połowę oddziałów z Niemiec walczących po stronie brytyjskiej i czwartą część sił Wielkiej Brytanii (Showalter 2007).
Krok po kroku jednak państwo przejmowało całość przygotowania i prowadzenia wojen. Potrzeby rosły, lecz długo nie były nazbyt duże. Jak pisze Van Creveld, od "wyższych warstw brało ono administratorów i oficerów, od średnich podatki, a od niskich zarówno podatki, jak i ludzi jako mięso armatnie". Zaciąg był najczęściej dobrowolny, a odsetek trafiających do armii i obciążenie podatkami nawet nie zbliżały się do poziomu w demokratycznym, liberalnym państwie w XX w. (Van Creveld 1999, 189-20).
Pełniejszy obraz, bez idealizowania, nakreślił Tilly. W artykule o prowokacyjnym tytule "Prowadzenie wojen i budowanie państwa jako przestępczość zorganizowana" pokazuje, jak blisko znajdują się, należąc do jednego ciągu, działalność policji i prowadzenie wojny, bandytyzm, piractwo i gangsterstwo. Pisze jednak: "Nawet gdy użycie przez rząd siły narzuca wielkie ciężary, część ludzi może przecież zdecydować, że [wartość] innych usług oferowanych przez państwo [government] przewyższa koszty godzenia się na monopol przemocy" (Tilly 1985/2017, 224, 225).
Jego zdaniem "poprzez wzajemne oddziaływanie rywalizacji, zmian technologicznych i samych rozmiarów największych państw wojujących wojna i stwarzanie środków przymusu stawały się wraz z upływem czasu coraz bardziej kosztowne. Wraz z tym coraz mniej było władców, którzy mogli stworzyć militarne środki z ich własnych normalnych zasobów; coraz więcej zwracało się ku krótkoterminowym pożyczkom i długoterminowemu opodatkowywaniu. Obie te czynności przychodziły łatwiej tam, gdzie skupienia kapitału już istniały. Ale wszędzie przynosiły one zmiany w organizacji rządu" (Tilly 1992, 28-29).
Przeobrażenia przed zaistnieniem i w ramach państwa nowożytnego przedstawia schemat:
1) patrymonialne do XV w.;
2) pośrednictwo [brokerage] 1400-1700;
2) nacjonalizacja 1700-1850;
3) specjalizacja od połowy XIX w.
Nowożytne państwo wyłaniało się dość wolno. Długo korzystano z pośredników-przedsiębiorców, którzy rekrutowali najemników i posługiwali się nimi podczas wojen. Pośrednicy ci zapewniali "żywienie wojny", co było wyjątkowo trudne aż do połowy XIX w. Od nich, niezależnych kapitalistów, zależało finansowanie wojen; organizowali oni pożyczki, zarządzali przedsięwzięciami przynoszącymi dochód oraz wprowadzali i zbierali podatki.
Inny schemat, wzbogacony w 1992 r., przedstawia główne rodzaje działalności państwa następująco:
Rysunek 1.1. Główne funkcje państwa
Źródło: Tilly (1992, 97).
Wcześniejszy schemat obejmował jedynie cztery: prowadzenie wojny [war-making], wydobywanie zasobów [extraction], budowanie państw [state making] i zapewnianie ochrony [protection]. Doszły więc produkcja, sądowe rozstrzyganie sporów [adjutication] i rozdzielanie [distribution] dóbr i usług. Można nadal wskazać w nim luki. Czyni to zresztą i Tilly, przedstawiając, jak państwa zmieniały się "ze spotęgowanych maszyn do prowadzenia wojen w organizacje wielozadaniowe [multiple-purpose]". W XIX w. masy ludzkie zalewały miasta i fabryki, co "stworzyło władcom zagrożenia i możliwości, wobec jakich wcześniej nie stawali: zagrożenie zbiorowymi działaniami skupionej klasy robotniczej i możliwości wymuszania oraz nadzorowania jak nigdy wcześniej" (Tilly 1992, 53, 63).
Procesy te uległy później takiemu nasileniu, że skłaniać się można do postrzegania burzliwych dziesięcioleci XIX stulecia jako okresu wręcz względnej stabilności i spokoju. Państwa Zachodu nadążały, chcąc nie chcąc, choć różnie i z różnym powodzeniem, za zmianami. Współcześnie pojawiają się coraz liczniejsze wątpliwości.
Tilly, pisząc na początku lat 90., z naciskiem wskazywał na różnice między nimi a państwami, jakie wyłoniły się z imperiów kolonialnych. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci zmuszają do stawiania wielu trudnych pytań o podobieństwa i różnice między państwami o tak różnej genealogii i ścieżkach rozwojowych.
Warto się zastanowić się nad opinią Tilly'ego: "Władcy nie podejmowali tych trzech doniosłych działań z zamiarem stworzenia narodowych państw - scentralizowanych, zróżnicowanych, niezależnych, rozległych organizacji politycznych, ani też zazwyczaj nie przewidywali, że państwa narodowe wyłonią się z prowadzenia wojny, wydobywania zasobów i akumulacji kapitału" (Tilly 2017, 126). Powstawanie państw narodowych w Europie Zachodniej można postrzegać jako w pewnej mierze skutek uboczny dążeń władców, z pomocą trzech działań wymienionych na końcu cytowanej opinii, do osiągania celów indywidualnych lub dynastycznych, konsolidacji i ekspansji władzy.
Zmiany funkcji nowożytnego państwa pokazują wydatki militarne i "socjalne" Wielkiej Brytanii podczas Pax Britannica i później, do 1950 r., oraz Stanów Zjednoczonych od 1940 r.
Tabela 1.2. Wydatki militarne Wielkiej Brytanii w latach 1880-1950
% wydatków
% dochodu
1880
33
2,5
1890
38
2,4
1895
39
2,6
1905
41
3,3
1913
38
3,7
1923
14
2,7
1933
14
2,8
1938
22
5,3
1948
22
7,5
1950
25
6,9
Źródło: Hicks (1958, 14).
Różnice między udziałami w wydatkach budżetu i w dochodzie narodowym, początkowo ogromne, w międzywojniu mniejsze, mówią o względnie małej roli państwa. Wzrost odzwierciedlał zaostrzanie się rywalizacji geopolitycznej, zwłaszcza w rezultacie Weltpolitik Niemiec, choć wpływ miały i wojny burskie. Przed II wojną światową Wielka Brytania zbliżyła się do kresu swych możliwości.
Ursula Hicks dostrzegła, że wydatki socjalne pojawiły się dopiero w 1890 r.; przekraczając 22 mln funtów, stanowiły mniej niż 2% ogółu wydatków. W 1950 r. wyniosły około 18%, co oznacza udział niższy, lecz już nie rażąco niższy od wydatków militarnych. Największe i najszybciej rosnące, co najmniej od 1923 r., były wydatki na oświatę i ochronę zdrowia. Z czasem coraz wyraźniej widać wydatki związane z bezrobociem, z budownictwem mieszkaniowym, ze zmieniającymi się formami ubezpieczeń społecznych [social security]. W 1951 r. ich kwota sięgnęła 1,642 mld funtów (Hicks 1958, 30-31).
Ustrój Wielkiej Brytanii zmieniał się, oddalając się od idei Locke'a. Po reformach prawa wyborczego w latach 1832 i 1867, w połowie lat 80., wreszcie w 1918 i 1928 r., czynne prawo uzyskali wszyscy dorośli powyżej 21 lat. Od 1969 r. wiek ten obniżono do 18 lat.
W Stanach Zjednoczonych wydatki na siły zbrojne zmieniały się gwałtownie. W 1940 r. stanowiły one 17,5% wydatków federalnych, w 1941 r. już 47,1%, by dojść do prawie 90% w 1945 r. Po kilku latach udział ten spadł do 32%, by pod koniec prezydentury Trumana i na początku kadencji Eisenhowera wzrosnąć do blisko 70%. Eisenhower jednak, przekonany o większym znaczeniu gospodarki, zmniejszył ich udział do około 50%. Kolejni prezydenci zmniejszali go do mniej niż 23% w 1980 r. Podczas prezydentury Ronalda Reagana, po kilku latach wzrostu udziału o kilka procent, tendencja spadkowa powróciła. Od 1994 r. niemal stale udział pozostawał, czasami znacznie poniżej 20%, a w latach 2020 i 2021 nieco tylko przekraczał 11%. Udział tych wydatków w PKB był wielokrotnie mniejszy. W 1940 r. wynosił 1,7%, tylko w latach 1943-1945 wynosił 36-37%, później najczęściej nie sięgał 10%, a w latach 2014-2021 wahał się między 3,1 a 3,4% (https://www.whitehouse.gov/omb/budget/historical-tables, tabele 1.2 i 3.1).
Co najmniej w równym stopniu zmieniały się w Stanach Zjednoczonych wydatki socjalne [welfare]. Przedstawia je wykres 1.1.
Na początku XX w. udział wydatków związanych z polityką opiekuńczą rządu federalnego, władz stanowych i lokalnych w PKB wynosił ledwie 0,1% i, co więcej, do Wielkiego Kryzysu wzrósł tylko do 0,2%. Jednak Nowy Ład zwiększył ich udział w PKB do 2,1% w 1940 r. Oznaczało to niemało z punktu widzenia wydatków rządu federalnego; jednak i ten wskaźnik spadał szybko - z 43,7 do 30,5% w 1941 r., 10,2% w 1942 r. i 2-3% w kolejnych latach wojny. Po latach 1947-1950, kiedy wahał się wokół 30%, i większości lat 50., gdy mieścił się wyraźnie poniżej nawet 20%, już od 1958 r. zaczął niemal nieustanne rosnąć. W latach 60. zbliżył się do 40%, w 1974 r. przekroczył 50%, a w 1995 - 60%. Od 2013 r., z wyjątkiem 2020, sięga lub przekracza 70%, niekiedy znacznie. Udział w PKB był i pozostaje dużo niższy. W 2021 r. (czyli w czasie pandemii) udział wyniósł 6,3% PKB (https://www.usgovernmentspending.com/welfare_spending_history, https://www.whitehouse.gov/omb/budget/historical-tables, tabele 1.2 i 3.1).
Wykres 1.1. Wydatki socjalne w Stanach Zjednoczonych od 1900 r.
Źródło: https://www.usgovernmentspending.com/welfare_spending_history, https://www.whitehouse.gov/omb/budget/historical-tables)
W "kolejce do dziobania" w Waszyngtonie na pierwszych miejscach znajdują się obecnie Departament Ochrony Zdrowia i Służb Socjalnych - 25,2%, Departament Skarbu i Administracja Ubezpieczenia Społecznego - 12,3% i dopiero za nimi Departament Obrony -12,1%, Departament Pracy - 6,8%, Administracja Drobnego Biznesu, Departament Oświaty - 3,3%, Departament Rolnictwa - 3,1% i Departament Spraw Weteranów - 2,5% (https://www.whitehouse.gov/omb/budget/historical-tables/).
Tabela 1.3. Udział wydatków związanych z realizacją polityki społecznej w PKB wybranych państw w 1880 r. i 2016 r.
1880
2016
Australia
0
19,15
Belgia
0,17
29
Francja
0,46
31,55
Hiszpania
0
24,61
Holandia
0,29
22,01
Japonia
0,05
23,06
Kanada
0
17,21
Niemcy
0,5
25,29
Stany Zjednoczone
0,29
19,32
Szwecja
0,72
27,06
Wielka Brytania
0,86
21,49
Włochy
0
28,87
Źródło: https://ourworldindata.org/grapher/social-spending-oecd-longrun?tab=table.
Wykres 1.2. Udział wydatków publicznych w PKB w związku z polityką społeczną
Źródło: Our World in Data based on OECD and Lindert (2004)
Społeczeństwa czerpią wiele żywotnych korzyści z nowożytnego państwa. Konieczne, choć niemożliwe w tym miejscu, jest uwzględnienie wielu różnic między współczesnymi państwami. Zdanie wcześniejsze dotyczy przede wszystkim krajów tradycyjnego Zachodu. Lecz między nimi też są ogromne różnice. Stany Zjednoczone nie można uznać za wzorcowe państwo opiekuńcze. Jest supermocarstwem z trudną do przecenienia rolą gospodarczą i ideologiczną, trzeba jednak uważnie analizować jego doświadczenia. Są przebogatym laboratorium społecznych przeobrażeń. Z braku miejsca ograniczmy się jedynie do trzech symboli: Nowy Ład, reaganomika i bidenomika. Jednocześnie u zatroskanego stanem i perspektywami demokratycznego kapitalizmu Martina Wolfa (Wolf 2023) najwięcej obaw wzbudzają właśnie Stany Zjednoczone.
Przy próbie uogólnień konieczna jest duża doza ostrożności. Nawet ograniczając się do Europy i Ameryki Północnej, znajdujemy wiele ścieżek rozwojowych; wśród kilkudziesięciu państw łatwo odróżnić zasadniczo odmienne od siebie modele społeczno-gospodarczo-polityczne. Co ważniejsze, państwa tradycyjnego Zachodu stanowią mniejszość. Nie chodzi tylko o ludność czy powierzchnię, maleje obecnie wyraźnie również udział w zasobach materialno-ludzkich i wpływ na gospodarkę i politykę współczesnego świata. Należy zauważyć, że spośród 38 państw członkowskich OECD Międzynarodowy Fundusz Walutowy tylko 31 uznaje za gospodarki rozwinięte.
Istniały i istnieją różnice między państwami Europy, razem z anglosaskimi "odgałęzieniami", a państwami, które stanowią większość współczesnego świata. Ciekawe jest pytanie, czy różnice te stają się mniejsze, czy większe. W szczególności warto przyjrzeć się "kryzysowi" państwa. Nie chodzi wcale o państwa określane od kilkudziesięciu lat jako "upadające" [failing] lub "upadłe" [failed], "quasi-państwa", "rozpadłe" [disintegrated], "pokawałkowane" [fragmented] czy "załamane" [collapsed]. Tych i pokrewnych określeń używa się wobec państw powstałych z rozpadu imperiów kolonialnych, najpierw w Ameryce Południowej i Środkowej, później w Azji, na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Afryce Północnej i Subsaharyjskiej oraz na Karaibach. Bodźcem dodatkowym dla debaty o kryzysie państwa stał się dramatyczny rozpad Jugosławii.
Przedmiotem będzie spór o rolę i przyszłość państwa tam, gdzie wydawało się ono odnosić sukces. Świadectwem takiego sukcesu stawało się powszechne używanie określenia "państwo narodowe". Słusznie, gdyż w rzeczywistości to państwa stwarzały sobie narody. Droga do tego wiodła przez złożone kompromisy, uczenie się metodą prób i błędów, dochodzenie do solidarności wewnątrz i między wieloma społeczeństwami. Wielki Kryzys, który wstrząsnął Zachodem, II wojna światowa, ukształtowanie się świata dwubiegunowego prowadziły do powstawania nowych rozwiązań i instytucji. Dominacja keynesizmu w polityce gospodarczej Zachodu, nowe międzynarodowe instytucje gospodarcze i polityka Stanów Zjednoczonych w ciągu co najmniej dwóch dziesięcioleci pozwoliły na odbudowanie Europy Zachodniej i bezprecedensowy rozwój społeczno-gospodarczy nie tylko samego Zachodu.
Już na początku lat 70. pojawiły się jednak niepokojące zjawiska. Prezydent Richard Nixon ogłosił w sierpniu 1971 r. jednostronne porzucenie podstawowych założeń MFW. Potem przyszły dwa "szoki naftowe", pierwszy jako konsekwencja wojny Jom Kipur w październiku 1973 r., a drugi po irańskiej rewolucji islamskiej w 1979 r.
Utrata skuteczności polityki społeczno-gospodarczej i w rezultacie wiarygodności ułatwiła Ronaldowi Reaganowi dokonywanie głębokich zmian. Wcześniej podobną politykę zapoczątkowała w Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, premier od maja 1979 r. aż do wymuszonej rezygnacji w 1990 r.
Trudno powstrzymać się w tym miejscu od poświęcenia sporo uwagi reaganomice i leżącej u jej podstaw myśli Miltona Friedmana. Przede wszystkim ze względu na fatalne i długotrwale skutki dla gospodarki głównie Stanów Zjednoczonych. Trudno jest przewidywać perspektywy polityki gospodarczej obecnego prezydenta, lecz raczej nie budzi wątpliwości główny zamiar. Jest nim usuwanie skutków reaganomiki w ciągu kilku dziesięcioleci, poprzez położenie nacisku na rolę państwa w gospodarce. W wystąpienia inauguracyjnym 20 stycznia 1981 r. Reagan oznajmił: "W tym obecnym kryzysie rząd nie jest rozwiązaniem naszego problemu, rząd jest problemem". Jego lista negatywnych zjawisk obejmowała inflację, bezrobocie, nadmierne i niesprawiedliwe obciążenie podatkami, deficyty budżetowe i zadłużenie. Dodał on, że te bóle Stany Zjednoczone cierpią już od "kilku dziesięcioleci".
Reagan był świetnym mówcą, zdolnym wzbudzać entuzjazm, skutecznym w walce o głosy wyborców politykiem. Jego pozycja wśród prezydentów Stanów Zjednoczonych jest nadal wysoka. W gronie prezydentów po 1900 r. ustępuje on jedynie kilku: Franklinowi D. Rooseveltowi (który z kolei ustępuje miejsca tylko George'owi Washingtonowi), Theodorowi Rooseveltowi, Dwightowi Eisenhowerowi, Harry'emu Trumanowi, Johnowi F. Kennedy'emu i Woodrowowi Wilsonowi.
W programie społeczno-gospodarczym Reagan odrzucał podstawowe elementy dorobku ich wszystkich (w szczególności obu Rooseveltów, Trumana i Wilsona). Koncepcje "reaganomiki" nie były oryginalne, lecz oddziaływały na myślenie milionów ludzi i, co gorsze, na podejmowane w Waszyngtonie decyzje. Obok wpływu poglądów Miltona Friedmana, które - niestety dopiero po dziesięcioleciach - są krytykowane przez wcześniejszych zwolenników, nie brakowało innych, zgoła surrealistycznych, razem tworzących coś, co następca Reagana w Białym Domu nazwał ekonomią voodoo.
Przedmiotem oceny muszą być doraźne, a jeszcze bardziej długotrwałe skutki działań Reagana (wpływy Thatcher były dużo mniejsze) zarówno dla państwa, jak i dla gospodarki. Teraz pytaniem podstawowym dla Stanów Zjednoczonych i ich gospodarki jest to, czy obecnemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych powiedzie się zmniejszenie szkód, które spowodował Reagan w gospodarce amerykańskiej swym fałszywym pojmowaniem roli dwóch instytucji, państwa i rynku, dla gospodarki i społeczeństwa. Nie jest on jedynym odpowiedzialnym za fatalne skutki stosowania przez dziesięciolecia leków gorszych od choroby. Był on jednak prezydentem w ciągu ośmiu wyjątkowo ważnych lat i on rozpoczął błędną politykę.
Próby zmniejszenia zatrudnienia przez rząd federalny zakończyły się niepowodzeniem. Nie udało się zresztą i następcom. Jeśli państwo zwykło zatrudniać - w takiej czy innej formie i na różnych szczeblach - ponad 10 mln ludzi - to dla rządu federalnego pracowało około 2 mln (U.S. Office of Personnel Management b.d.; Light 2020).
W budżecie federalnym przychody wzrosły z 617,8 mld USD w 1982 r. do 991,9 mld USD w 1989 r., a wydatki z 745,7 do 1143,7 mld USD, co przynieść musiało falę deficytów, jakich nie notowano nawet w czasie II wojny światowej. Sięgały one 128 mld USD w 1982 r., 207,8 w 1983 r., 185,4 w 1984 r., 212,3 w 1985 r., 221,2 w 1986 r., 149,7 w 1987 r., 155,2 w 1988 r., i 152,6 mld USD w 1989 r.
PKB wzrastał (z 3313,4 do 5555,7 mld USD w latach 1982-1989) szybciej od przychodów i sporo szybciej od wydatków. Dane te bledną wobec nieuchronnego rezultatu ostatecznego, czyli zadłużenia rządu federalnego. Wzrosło ono z niecałych 998 mld aż o kolejne 1860 mld, do blisko 2858 mld USD, czyli o blisko 186%. Reagan przez dwie kadencje prawie je potroił. Było to zerwanie z całą tradycją troski o równowagę budżetu. Pozornie wyjątkami byli Wilson i Franklin D. Roosevelt, lecz obaj zaciągali długi w czasie wojen światowych (drugi zaczął nieco wcześniej, w odpowiedzi na Wielki Kryzys). Jednak i tak zadłużenia, nawet przy uwzględnieniu zmiany wartości nabywczej, były skromne, 21 mld USD w czasie I wojny światowej i 236 mld USD w latach 1933-1945, czyli ponad 3 kadencje.
Czy i na ile było to świadome działanie w ramach strategii "zagłodzenia bestii", czyli ograniczenia przychodów państwa, by ograniczyć mu możliwości działania? Hasło to przypomina Bruce Bartlett, przez ponad ćwierćwiecze zwolennik cięcia podatków i w ogóle polityki reorientacji polityki gospodarczej, najpierw w Kongresie, potem w administracjach Reagana i George H.W. Busha. Zaczął być jednak coraz bardziej krytyczny dopiero podczas prezydentury Busha młodszego, by ostatecznie uznać reaganomikę za porażkę dopiero jesienią 2009 r.
Bartlett w 2007 r. nakreślił obraz nie tylko celowych działań, lecz i wyniku, gwałtownych zwrotów i sprzecznych z sobą decyzji. W ruchu walczących od co najmniej połowy lat 70. z keynesizmem obok polityków pojawiali się ekonomiści, zwłaszcza ekonomista-ideolog Milton Friedman. Przy lekturze jego tekstów zdumiewać musi trudna wręcz do zrozumienia skłonność do uproszczeń. Wpływa ona na postrzeganie i rozumienie rzeczywistości, rady w kwestii działań oraz oceny skutków tych działań.
Poglądy prawie rówieśników (Friedman, nieco młodszy, zmarł jako 95-latek dwa lata później niż Reagan), znających się od 1967 r., były wyjątkowo bliskie. Jednak Reagan, jako gubernator Kalifornii i prezydent, w odróżnieniu od Friedmana, dogmatycznie nalegającego na cięcie podatków, musiał jakoś liczyć się z rzeczywistością. Zmian podatków było wiele i dokonywały się w obu kierunkach. Po mocnym obniżeniu w 1981 r., o 264,4 mld USD, trzykrotnie jeszcze w latach 1983-1986 zmniejszano podatki, w sumie o 275,3 mld USD. W latach 1982-1988 podnoszono je aż 11 razy, choć łączna kwota uzyskana z podwyżek sięgnęła tylko 132,7 mld USD (Bartlett 2007, 13).
Już 17 lutego 1981 r. Reagan podpisał postanowienie federalne mające "zapewnić zmniejszenie ciężaru obecnych i przyszłych regulacji [oraz] zwiększenie odpowiedzialności agencji za działania regulacyjne". Oczywiście po dziesięcioleciach nietrudno ocenić tę decyzję jako co najmniej ryzykowną.
Uderzenie prezydenta Reagana w państwo szło nieporównanie dalej w deklaracjach niż w czynach, nie mówiąc już o skutkach. Państwo jednak uległo i ulegało dalej osłabieniu. Oszacowanie szkód jest trudne, zależnie od perspektywy czasowej. W dłuższym czasie rośnie udział skutków pośrednich. Trudno też osobno rozpatrywać dwa procesy, obiektywny - rosnącej dysfunkcjonalności państwa, i subiektywny - postrzegania go z coraz większą podejrzliwością i niezadowoleniem.
Paradoksalnie to osłabione państwo okazało się ostatecznie zwycięskim i - przez kilkanaście lat - jedynym supermocarstwem. Wnioski, jakie mogły się ówcześnie narzucać, okazały się fałszywe. Wątpliwa wartość zaczęła się ujawniać dość szybko; konsensus waszyngtoński okazał się zbiorem wskazówek prowadzących na bezdroża. Co zaskakujące, pierwsze fatalne doświadczenia zebrano w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Niedługo później ujemne skutki ujawniły się i w innych regionach.
Dramatyczny kryzys od czerwca 1997 r. dotknął zarówno cztery pierwotne "azjatyckie tygrysy", którym wcześniej ze względów geopolitycznych pozwalano na dużą rolę państwa w gospodarce, jak i duże kraje członkowskie ASEAN. Jedynym krajem nieobjętym recesją były Chiny.
W 2007 r. doszło do wybuchu światowego kryzysu finansowego. W rzeczywistości dotknął on przede wszystkim kraje po obu stronach północnego Atlantyku, ujawniając kruchość systemu finansowego. Okazało się, że jedynie państwo może stawić mu czoła. Państwem tym okazały się wówczas Stany Zjednoczone, choć niemałą rolę odegrały po raz pierwszy Chiny. W wyniku przekształceń pojawiła się w nowej roli koordynatorów gospodarki światowej grupa dwudziestu mocarstw.
Stopniowo obok działań doraźnych pojawiały się próby refom zarówno polityki gospodarczo-finansowej, jak zasadniczej roli państwa w gospodarce. Skutkiem ubocznym było względne zmniejszenie znaczenia i zmiana charakteru Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Po brexicie i kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, ogólnoświatowej pandemii i nowych niepokojach dotyczących banków, dokonywanie uogólnień byłoby jednak przedwczesne.
Państwo nowożytne zmieniało się i zmienia się ciągle. Wyzwania są coraz bardziej złożone i trudniejsze. Pomimo wielu zarzutów pod adresem nawet najlepiej zorganizowanych spośród około dwustu z nich żadne społeczeństwo nie znalazło dotąd rozwiązania alternatywnego.
Wiele pytań o przyszłość państwa pojawiło się w związku ze współczesnymi procesami globalizacji i regionalizacji/integracji. Przyjdzie na nie czas później.
Państwa w stosunkach międzynarodowych
Jakkolwiek zmienia się znaczenie państw w stosunkach międzynarodowych, to co najmniej od czasów nowożytnych właśnie one odgrywają najważniejszą rolę.
Wielu badaczy, definiując państwa, podkreśla element uznania przez inne państwa i przez międzynarodowe organizacje tworzone przez państwa. Współcześnie chodzi przede wszystkim o członkostwo w Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Organizacja ta liczyła jesienią 1945 r. 51 członków założycieli. Wśród nich znajdowały się Białoruś, Filipiny, Indie i Ukraina. Odzwierciedlało to kompromis między Stanami Zjednoczonymi, Związkiem Radzieckim i Wielką Brytanią. Gdyby sięgnąć do jakichkolwiek definicji suwerennego państwa, to lista członków założycieli wzbudzających wątpliwości uległaby znacznemu wydłużeniu. W wyniku kolejnych kompromisów, zwłaszcza w latach 1955 i 1956 (pierwsze odprężenie, zwane także odwilżą), liczba członków wzrosła do 80 w 1956 r. Wśród przyjętych w 1955 r. były Albania, Austria, Bułgaria, Finlandia, Hiszpania, Rumunia, Węgry i Włochy, w 1956 r. Japonia. Ostatni wielki kompromis, w 1973 r., przyniósł przyjęcie Republiki Federalnej Niemiec i Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Gdy w 1958 r. do ONZ należały 82 państwa, to w 2000 r. było ich już 189. Obecnie, po przyjęciu w 2002 r. Szwajcarii i Timoru Wschodniego, w 2006 r. Czarnogóry i 2011 r. Południowego Sudanu, organizacja liczy 193 członków (https://www.un.org/en/about-us/growth-in-un-membership).
Czterdzieści osiem, czyli więcej niż co czwarte z nich, to skrajnie małe państwa (UN 2019). W sumie zamieszkuje je nieco ponad 27 mln ludzi (ok. 3? ludności świata). Różnią się one między sobą: jedenaście najmniejszych liczy od niespełna 11 do 100 tys., natomiast dziesięciu najludniejszych od miliona do dwóch milionów mieszkańców.
Są to, poczynając od najmniejszych: Nauru, Tuvalu, Palau, San Marino, Liechtenstein, Monaco, Wyspy Marshalla, Dominika, Andora, Antigua i Barbuda, Seszele, Tonga, Saint Vincent i Grenadyny, Grenada, Kiribati, Saint Lucia, Samoa, Wyspy św. Tomasza i Książęca, Barbados, Vanuatu, Islandia, Bahamy, Belize, Brunei Darussalam, Malta, Saint Kitts i Nevis, Malediwy, Mikronezja, Republika Zielonego Przylądka, Surinam, Luksemburg, Czarnogóra, Wyspy Solomona, Bhutan, Gujana, Komory, Fidżi, Dżibuti, Suazi, Cypr, Mauritius, Timor Wschodni, Estonia, Trinidad i Tobago, Gwinea Równikowa, Bahrajn, Łotwa i Gwinea Bissau.
Nie inaczej wyglądają te państwa pod względem powierzchni; są bardzo, niekiedy skrajnie, małe. Jedynym wśród nich znaczącym wyjątkiem jest Islandia, z terytorium przekraczającym nieco 100 tys. km2. Pod innymi względami jest, i musi być, podobnie.
Jeśli można się spierać o znaczenie różnych czynników dla istnienia i funkcjonowania państwa w pełnym zagrożeń środowisku międzynarodowym, to bez wątpliwości ludność stanowi warunek konieczny.
Poza Islandią, będącą w omawianej grupie przypadkiem szczególnym, wśród najmniejszych państw znajdziemy posiadające takie czy inne atuty (choćby położenie geograficzne). Nie wiadomo, czy dla większości z nich członkostwo w systemie ONZ stanowi podstawową rację. A trzeba przypomnieć artykuł 2.1 Karty Narodów Zjednoczonych: "Organizacja opiera się na zasadzie suwerennej równości wszystkich członków".
Szczególnym przypadkiem jest Szwajcaria. Z doświadczeniem niezależności, jednym z najdłuższych w Europie (w praktyce od zwycięstwa nad Związkiem Szwabskim w 1499 r., formalnie od 1648 r., choć z zakłóceniami po rewolucji francuskiej), trwała od prawie dwustu lat przy polityce neutralności trwałej i zbrojnej. Po doświadczeniach udziału w Lidze Narodów z siedzibą w Genewie długo utrzymywała dystans (Genewa, obok Wiednia i Nairobi, jest jedną z trzech siedzib ONZ poza Stanami Zjednoczonymi). Dopiero w 2002 r. - po referendum - Szwajcaria stała się członkiem ONZ. Choć krajem dużym nie jest (40 tys. km2 i 8,5 mln mieszkańców), to oprócz dysponowania atutami militarnymi odgrywa - co chyba ważniejsze - czołową rolę w gospodarce i systemie finansowym świata.
Poza organizacjami o uznanie międzynarodowe w stosunkach z innymi państwami starają się państwa, zwłaszcza słabsze. Może to nastąpić w sposób wyraźny lub domniemany, de iure lub de facto. Uznanie może dotyczyć państwa bądź rządu. Od blisko już dwustu lat w przypadku wojny, która nie ma charakteru międzynarodowego, podejmowane są decyzje o uznaniu bądź za stronę walczącą [belligerent], czyli już podmiot prawa międzynarodowego, bądź tylko za powstańców/rebeliantów [insurgent]. To pierwsze oznacza zapowiedź ewentualnego uznania w przyszłości nowego państwa.
Interesujący jest przypadek Kosowa, z ludnością blisko 2 mln, głównie Albańczyków, i terytorium poniżej 11 tys. km2, które ogłosiło swoją niezależność w lutym 2008 r. Stało się to możliwe w rezultacie interwencji zbrojnej NATO przeciwko Jugosławii wiosną 1999 r. Trudno jest dokładnie ustalić państwa, które uznają obecnie Kosowo. Na liście 113 państw, które uznały je w latach 2008-2018 (http://www.beinkosovo.com/countries-that-have-recognized-kosovo-as-an-independent-state/) jest co najmniej kilkanaście, które wycofały uznanie (głównie w ostatnich latach). Uznaje Kosowo raczej od 90 do 100 państw, wśród których są niemal wszystkie najmniejsze. Dopiero spojrzenie na mapę ułatwia ocenę. Uznała je większość państw członkowskich UE (bez Hiszpanii, Rumunii, Grecji, Słowacji i Cypru) oraz Szwajcaria, Norwegia, Czarnogóra, Islandia i oczywiście Albania. Stany Zjednoczone uzyskały wsparcie dla Kosowa ze strony kilku sojuszników (Wielka Brytania, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Japonia i Korea Południowa). Wprawdzie nie wszyscy z 57 członków Organizacji Współpracy Islamskiej udzielili uznania, lecz bez nich poparcie dla Kosowa w Azji, na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Afryce czy Ameryce Łacińskiej i na Karaibach byłoby zupełnie mizerne. Poza nimi w Azji uznają Kosowo Singapur i Timor Wschodni, w Afryce Tanzania, Malawi, Liberia i Suazi, z dużych państw Ameryki Łacińskiej tylko Kolumbia i Peru. Uznanie Kosowa stało się sprawdzianem wpływów Stanów Zjednoczonych.
Ciekawszy, choć odmienny, jest przypadek Tajwanu. Względnie niedawno - pisała Ewa Trojnar - uznanie dla Republiki Chińskiej na Tajwanie deklarowały "tylko 22 państwa" (Trojnar 2015, 145). Ostatnio, po cofnięciu uznania przez Honduras, poinformowano, że liczba państw, poza Watykanem, zmalała z 21 w 2017 r. do 12 (C.C. Rodriguez, In Blow to Taiwan, Honduras Switches Relations to China, "New York Times", 25 marca 2023). Wśród nich nieco większymi są Gwatemala, Haiti i Paragwaj.
Przez pierwsze dwadzieścia lat istnienia ChRL, dzięki poparciu Stanów Zjednoczonych, Republika Chińska (oficjalna nazwa), z ludnością wprawdzie szybko rosnącą, lecz i obecnie liczącą do 24 mln i z obszarem nieco ponad 36 tys. km2, cieszyła się uznaniem jako jedno z pięciu wielkich mocarstw, zajmując stałe miejsce w RB ONZ. Dopiero w końcu października 1971 r. w ZO ONZ, wbrew Stanom Zjednoczonym, dokonało zasadniczej zmiany. Przy poparciu 76, sprzeciwie 35 i 17 wstrzymujących się od głosu uznano ChRL za jedynego przedstawiciela Chin. Republika Chińska przestała być wtedy członkiem ONZ.
W stosunkach dwustronnych uznanie ChRL bądź Republiki Chińskiej odzwierciedlało ówczesny podział na Pierwszy, Drugi i Trzeci Świat. Jeśli już w 1964 r. uznała ChRL, kosztem Tajwanu, Francja, to dopiero w latach 1970-1979 przestało mieć stosunki dyplomatyczne z Republiki Chińską kilkadziesiąt państw, przy czym w 1979 r. przestały utrzymywać stosunki w charakterze oficjalnym także Stany Zjednoczone. Przez kolejne czterdzieści lat nastapiło wiele drobnych zmian, w obu zresztą kierunkach. Na uwagę zasługują bodaj jedynie rezygnacje ZEA w 1984 r., Arabii Saudyjskiej w 1990 r., Korei Południowej i Izraela w 1992 r. oraz RPA w 1998 r.
Wskazana jest ostrożność, i to mniej z powodu utrzymywania stosunków politycznych z Tajwanem przez wiele państw, quasi-dyplomatycznych, a bardziej ze względu na rolę gospodarczą. PKB Tajwanu wzrósł z 478 mld USD w 2000 r. do 1316 mld USD w 2020 r. (dla porównania, w przypadku Polski, wzrósł z 453 do 1294 mld). Jeszcze bardziej widoczny jest Tajwan w handlu światowym, zwłaszcza w eksporcie (udział w produkcie światowym w pobliżu 1%, natomiast w eksporcie 1,8%). Z eksportu prawie 44% trafiło do Chin kontynentalnych, przy czym od 2004 r. udział ten nigdy nie spadł poniżej 38%. Szacuje się, że od 1991 r. z wyspy na kontynent napłynęły inwestycje o wartości 188 mld USD. Choć stosunki między kontynentalnym supermocarstwem a małą wyspą są złożone ekonomicznie, jeszcze bardziej politycznie, to wiele jest elementów współzależności i symbiozy (World Trade Statistics Review 2020, 82; Glaser 2021). Symbolem stała się Taiwan Semiconductor Manufacturing Company (TSMC), założona w 1987 r., górujący mocno nad innymi producent układów scalonych.
Uznanie wzajemne jest jedynie cząstką stosunków międzynarodowych i wcale nie przesądza o ich charakterze. Wątpliwa skuteczność tradycyjnych środków skłania niekiedy do poszukiwania sposobów zmiany ustroju lub co najmniej tego, kto i na ile skutecznie sprawuje władzę w innych, formalnie uznawanych państwach. Intensywność i liczba uczestników gry o stale zmieniających się regułach wydaje się ciągle rosnąć.
Pozornie liczba państw nie powinna być trudna do ustalenia. W obu wcześniejszych wydaniach podręcznika napisałem, że w samej tylko Europie na miejscu około 500 podmiotów politycznych istniejących w 1500 r. pozostało ledwie 18 państw w 1900 r. Wprawdzie różnica między podmiotami politycznymi a państwami jest oczywista, lecz w praktyce nierzadko pozostaje pole do dyskusji. Jeśli ściśle łączymy koniec wojny trzydziestoletniej z narodzinami międzynarodowego systemu westfalskiego suwerennych państw, to ustalenie ich liczby może stanowić przedmiot sporów, nie wspominając już o ich równości. Tak było w przeszłości, nie łatwiej jest i obecnie.
Trwają ożywione dyskusje o pojmowanie i perspektywy systemu westfalskiego. Spojrzenie historyków różni się od przeważającego w SM. Pierwsi skupiają się na konkretnym historycznym zachowaniu uczestników wojny i postanowieniach traktatów pokojowych. Ci drudzy kładą nacisk na rezultat w postaci zasadniczo nowego systemu.
Dla historyków charakterystyczne są artykuły Andreasa Osiandera (2001) i Sebastiana Schmidta (2011). Duża odległość dzieli dominujące w SM, niekiedy sprzeczne, uogólnienia i wyobrażenia od rzeczywistości pierwszej połowy XVII w. Celną wydaje się opinia Stephena D. Krasnera:
Westfalski model, oparty na zasadach autonomii i terytorium, przynosi prosty, przykuwający uwagę, elegancki obraz. Wnosi ład w umysły polityków. Jest analitycznym założeniem dla neorealizmu i neoliberalnego instytucjonalizmu, z których każdy przyjmuje, że państwa można traktować jak gdyby były one autonomicznymi, ujednoliconymi i racjonalnymi aktorami. Jest on empiryczną rzeczywistością dla różnych socjologicznych i konstruktywistycznych teorii polityki międzynarodowej. Co więcej, jest punktem odniesienia dla obserwatorów, którzy dostrzegają poważną erozję suwerenności we współczesnym świecie (Krasner 1995, 115).
Wojnę trzydziestoletnią kończyły trzy traktaty: z Münster w styczniu 1648 r. między Hiszpanią i Holandią oraz traktaty z końca października 1648 r. z Münster między Rzeszą Niemiecką i Francją oraz z Osnabrück między Rzeszą Niemiecką i Szwecją. Pomińmy pytanie, czy wszystkie trzy, czy też tylko dwa ostatnie tworzą pokój westfalski (Osiander 2001, 266, 268). Podobnie można postąpić z innymi uściśleniami, włącznie nawet z formalnym uznaniem suwerenności Szwajcarii. Jednak wyjątek należy uczynić w kwestii "suwerenności terytorialnej", niezbyt ścisłego odpowiednika Landeshoheit. W 1648 r. nie doszło do zmian dotyczących jurysdykcji terytorialnej ani granic w jej sprawowaniu (zewnętrzne w postaci praw Rzeszy i wewnętrzne ramy prawne w poszczególnych częściach składowych). Bardzo uważna lektura traktatów nie pozwala twierdzić, że pojawiły się na obszarze Rzeszy nowe suwerenne podmioty (błędnie m.in. Van Creveld 1999, 86; zob. Osiander 2001, 270-272).
Nie wgłębiając się w gąszcz traktatów, pokazać można zmiany w ustroju Rzeszy i - co ważniejsze - w układzie sił na jej obszarze, w szczególności między Habsburgami i Hohenzollernami. Jeśli wojna trzydziestoletnia, zajmująca w pamięci zwłaszcza Niemców szczególne miejsce, była próbą utrzymania polityczno-terytorialnego status quo i Rzeszy Habsburgów, to ocena musi być jednoznaczna. Doszło do przełomu, a system międzynarodowy w Europie bezspornie zaczął wówczas ulegać zasadniczej zmianie.
Nie oznacza to jednak, że dominujące wyobrażenia o systemie westfalskim odzwierciedlają rzeczywistość systemu międzynarodowego w jakimkolwiek czasie po 1648 r., najpierw w Europie, a potem w świecie. Już tytuł artykułu Krasnera Compromising Westphalia kieruje uwagę na rozbieżności między modelem a rzeczywistością. Naruszenia zasady, że na terytorium państwa narodowego wyłącznie jego władze polityczne decydują o uprawnionym zachowaniu, były i są powszechne. Często - z własnej woli lub pod przymusem - władze państwa przyjmują z zewnątrz ograniczające je normy.
Innym powodem jest powstawanie struktur władzy o innych granicach niż granice państwa, jak choćby Wspólnot Europejskich/Unii Europejskiej czy Wspólnoty Brytyjskiej. Naruszają je również zmiany - pod wpływem z zewnątrz - uznawanych za uprawnione działań, jakie mają miejsce w dużych grupach tworzących wspólnotę polityczną. Służą temu 1) konwenanse, normy zachowania [conventions], 2) zawieranie umów [contracting], 3) przymus [coercion] i 4) narzucenie [imposition]. Każdy z ważnych traktatów pokojowych - utrechcki, wiedeński, wersalski i helsiński - w taki czy inny sposób był pogwałceniem modelu westfalskiego, a "naruszenie Westfalii jest często najlepszym sposobem osiągnięcia pokoju i stabilności" (Krasner 1995/1996, 117). Wreszcie Krasner przyznawał, że nie wszystkie państwa mogą zapewnić sobie samodzielność, i wskazywał, że co najmniej neorealizm "nie ma nic do powiedzenia o takich spenetrowanych niewestfalskich państwach" (Krasner 1995/1996, 116-121).
O ile bezdyskusyjnie doszło do zerwania z przeszłością, porzucenia niewestfalskich form organizacji politycznej, to sam model westfalski był co najwyżej punktem odniesienia lub konwencją, a państwa, nawet w Europie, różniły się między sobą w znacznym stopniu.
Podział na trzy grupy: wielkie mocarstwa, średnie i małe państwa, wydaje się użyteczny, choć pomija on najmniejsze. Nadal pozostają trudności z wyborem kryteriów i czasu pomiaru. Kryteriów powinno być co najmniej kilka, lecz ich znaczenie jest zmienne. Niemal niemożliwe jest uzgodnienie, co i dlaczego jest ważne, gdy chcemy oszacować rozkład władzy/siły. Dlatego wszelkie szacunki łatwo jest podważać.
Janusz Stefanowicz podjął taką próbę w wydanej już pośmiertnie książce (1999). Przyjmując jako zasadnicze kryterium ludność, z modyfikacją przez niedookreślony "rozwój", tworzy listę wielkich mocarstw w arbitralnie wybranych punktach historii nowożytnej. W 1700 r. obejmuje ona Turcję, Szwecję, Holandię, Hiszpanię, Austrię, Francję i Wielką Brytanię. Bitwa pod Połtawą w 1709 r. oraz wojna o sukcesję hiszpańską 1701-1714, zakończona pokojem w Utrechcie podają w wątpliwość wybór Szwecji i Hiszpanii, zaś traktaty: karłowicki z 1699 r. i w Konstantynopolu z 1700 r. czynią to w przypadku Turcji. Natomiast dziwi brak Rosji. W 1800 r. lista obejmuje tylko Austrię, Francję, Prusy, Rosję i Wielką Brytanię. Trudno się nie zgodzić z wyborem, choć dlaczego nie odwołać się do Kongresu Wiedeńskiego, a przy okazji wspomnieć, że formalnie wówczas zróżnicowano państwa (zwyczaj przetrwał ponad sto lat) reprezentowane przez ambasadora lub posła. W 1875 r. lista obejmowała Austro-Węgry, Francję, Wielka Brytanię, Niemcy, Rosję i Włochy. W 1910 r. do tych sześciu mocarstw z Europy doszły Stany Zjednoczone i Japonia. W 1935 r. lista nie uległa zmianie, a jedynie Rosja stała się Związkiem Radzieckim. W 1945 r. pozostały już tylko dwa supermocarstwa, Stany Zjednoczone i Związek Radziecki.
O współczesności Stefanowicz pisze:
Jest wysoce prawdopodobne, że owe sektorowe - to znaczy posiadające niektóre tylko atrybuty potęgi i w ramach polityki globalnej skupiające się na pewnych regionach - mocarstwa światowe staną się w przyszłości również regionalnymi mocarstwami przywódczymi. Oprócz państw wyżej wymienionych [Niemcy, Francja, Rosja, Anglia, Japonia] do takiej roli aspirować mogą Chiny i Indie, nie jest to jednak już tak oczywiste, jak w poprzednich przypadkach (Stefanowicz 1999, 115-116).
Trudno tę prognozę obronić, choć wyrastała z ewolucji systemu międzynarodowego w drugiej połowie XX w. Trafne było jednak przewidywanie nowej "wielobiegunowej" struktury.
Prób było wiele, także i w Polsce, lecz udanych raczej brakuje.
Dość niedawno (w 2009 r.) przedstawiony ranking autorstwa Jűrgena Osterhammela dotyczy stanu tuż przed I wojną światową. Trafnie zauważa on, że wszystkie wielkie państwa wówczas miały ustrój "imperialny" i, z jednym wyjątkiem, same tak się określały. Tym wyjątkiem były Stany Zjednoczone, choć Filipiny były trzecią w ogóle posiadłością kolonialną, po Indiach Brytyjskich i Indiach Holenderskich (Indonezja).
Z koniecznymi zmianami lista przedstawia się tak:
Tabela 1.4. Najludniejsze twory polityczne w końcu 1913 r. (mln)
Imperium Brytyjskie
441 (w tym Wielka Brytania 10,4%)
Chiny
447 (w tym Chińczycy Han 95%)
Rosja
163 (w tym etniczni Rosjanie 44%)
Stany Zjednoczone
108 (Stany Zjednoczone 91%)
Francja
89 (w tym Francja 46%)
Niemcy
79 (w tym Niemcy 84%)
Japonia
61 (w tym Japonia 85%)
Holandia
56 (w tym Holandia 11%)
Austro-Węgry
52
Włochy
39 (w tym Włochy 95%)
Imperium Osmańskie
21
Meksyk
15
Źródło: Osterhammel (2013, 166).
Trudno przyjąć informację, a raczej dezinformację, że etniczni Rosjanie stanowili 67% ludności Rosji, podobnie jak zdumiewa dodanie do Rosjan 18% Małorusinów, czyli Ukraińców, i 5% Białorusinów z przywoływanego przez niego spisu ludności. Natomiast tłumacz nie zadał sobie trudu, by wyjaśnić określenia "heksagon" i "but"; chodzi po prostu o kształty terytoriów Francji i Włoch. I jeszcze uwaga: Osterhammel, przekonująco pokazawszy, jak bardzo tracił na ważności czynnik demograficzny, tylko z niego korzysta, przedstawiając rozdział władzy między wielkimi mocarstwami przed wybuchem I wojny światowej. A już tylko współczując, jako koledze, zwrócę uwagę, że Francuzi od kilkudziesięciu lat musieli żyć bez cesarza.
Trudno nie wspomnieć programu badawczego The Correlates of War Project. Zapoczątkował go w 1963 r. J. David Singer, politolog z University of Michigan, wspomagany długo przez historyka Melwina Smalla. Po rezygnacji Singera pod koniec lat 90, programem kieruje Zeev Meoz (Izmirlioglu). Dane National Material Capabilities (NMC) obejmują sześć wskaźników: ludność, ludność miejską, produkcję żelaza i stali, konsumpcję energii, liczebność sił zbrojnych i wydatki militarne. Najnowsza wersja, obejmująca lata 1816-2016, pochodzi z lipca 2021 r. (https://correlatesofwar.org/data-sets/national-material-capabilities). Trudno nie postawić pytania, czy nie zestarzały się, choć w różnym stopniu, wskaźniki, z wyjątkiem ostatniego. Lecz i w przypadku wydatków być może ważniejsza od informacji jest jej analiza.
Rezultaty tych badań znalazły odzwierciedlenie w dwu książkach Singera i Smalla, The Wages of War (1972). i Resort to Arms (1982) oraz w artykułach opublikowanych na przestrzeni kilkudziesięciu lat (m.in. Singer, Small 1966a, Singer, Small 1966b; Russett et al. 1968; Singer, Small 1968; Small, Singer 1969; Singer 1972; Singer, Small 1972; Singer et al. 1972; Small, Singer 1973; Small 1977; Singer 1980; Wayman et al. 1983; Sarkees et al. 2003).
Interesująco, zwłaszcza metodologicznie, przedstawia się próba uczonego młodszego pokolenia, Benjamina O. Fordhama. Warto w szczególności polecić go badaczom uprawiającym potęgometrię. Autor wykorzystuje w analizie udziały badanych państw w trzech zmiennych: w ogólnym potencjale zbrojnym, zdolności rzutowania potencjału zbrojnego [power projection capability] i w reprezentacji dyplomatycznej. Rezultaty w czterech wybranych okresach, 1816-1869, 1870-1913, 1946-1989 i 1990-2001 przedstawia w tabeli (Fordham 2011, 593). W nieco zmodyfikowanej formie rezultat wygląda następująco.
Tabela 1.5. Mocarstwa: potencjał zbrojny, jego rzutowanie i dyplomacja w latach 1816-2001
1816-69
1870-1913
1946-89
1990-2001
Ogólny potencjał zbrojny
Rosja 0,24
Rosja 0,18
ZSRR 0,24
USA 0,21
Francja 0,18
Francja 0,14
USA 0,23
Chiny 0,08
Wielka Brytania 0,13
Niemcy 0,12
Chiny 0,1
Rosja 0,08
Austro-Węgry 0,11
Wielka Brytania 0,11
Wielka Brytania 0,04
Indie 0,03
USA 0,06
Chiny 0,09
Francja 0,03
Francja 0,03
Prusy 0,05
Austro-Węgry 0,06
Indie 0,02
RFN 0,03
Hiszpania 0,04
USA 0,05
RFN 0,02
Japonia 0,03
Imperium Osmańskie 0,03
Włochy 0,05
Polska 0,02
Wielka Brytania 0,03
Sardynia/Włochy 0,03
Imperium Osmańskie 0,04
Turcja 0,02
Korea Północna 0,03
Królestwo Obojga Sycylii 0,03
Hiszpania 0,03
Włochy 0,01
Korea Południowa 0,02
Rzutowanie potencjału zbrojnego
Wielka Brytania 0,31
USA 0,35
ZSRR 0,24
USA 1,05
Francja 0,29
Wielka Brytania 0,25
USA 0,23
Japonia 0,14
USA 0,2
Francja 0,18
Wielka Brytania 0,04
Wielka Brytania 0,12
Rosja 0,14
Rosja 0,14
Chiny 0,1
Rosja 0,1
Austro-Węgry 0,09
Niemcy 0,14
Francja 0,03
Francja 0,08
Prusy 0,05
Włochy 0,06
RFN 0,02
RFN 0,08
Meksyk 0,04
Austro-Węgry 0,06
Polska 0,02
Arabia Saudyjska 0,05
Brazylia 0,04
Iran 0,05
Kanada 0,01
Kuwejt 0,04
Hiszpania 0,03
Norwegia 0,03
NRD 0,01
Włochy 0,03
Holandia 0,03
Hiszpania 0,03
Włochy 0,01
Kanada 0,03
Dyplomacja
Francja 0,89
Francja 0,94
USA 0,88
USA 0,9
Wielka Brytania 0,83
Wielka Brytania 0,92
Wielka Brytania 0,88
Francja 0,84
Prusy 0,79
USA 0,91
Francja 0,88
Belgia 0,84
Austro-Węgry 0,76
Niemcy 0,9
Włochy 0,82
Chiny 0,81
Rosja 0,73
Włochy 0,87
Holandia 0,79
RFN
Holandia 0,6
Hiszpania 0,81
Belgia 0,78
Wielka Brytania 0,8
Szwecja 0,58
Belgia 0,76
RFN 0,78
Rosja 0,79
Sardynia/Włochy 0,56
Austro-Węgry 0,7
Szwecja 0,74
Japonia 0,69
Hiszpania 0,55
Rosja 0,66
Japonia 0,71
Włochy 0,68
Brazylia 0,54
Portugalia 0,56
Szwajcaria 0,7
Egpit
Źródło: opracowanie własne na podstawie Fordham (2011, 593).
Uderzać musi duża luka dla lat 1914-1945. Skłania to, by sięgnąć do rozległego, wartego nadal przestudiowania studium współautorstwa badacza i dziennikarza o wielkich mocarstwach w okresie międzywojennym (Simonds, Emeny 1935). Wspominali je już polscy autorzy. Książka ukazała się w 1935 r., później wydawano ją, ze zmianami i z nieco zmienionym podtytułem, w latach 1937 i 1939 oraz - po długiej przerwie - w 2012 r. Ciekawa jest nie tyle dość oczywista lista siedmiu mocarstw, ile podział ich na dwie przeciwstawne sobie grupy. Pierwszą tworzyły mocarstwa zaspokojone, z zasobami umożliwiającymi rozwój: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja i Rosja/Związek Radziecki. Druga obejmowała mocarstwa bez warunków niezbędnych do życia i rozwoju: Niemcy (z dodatkową "krzywdą" w postaci 10 mln Niemców poza granicami Niemiec), Włochy i Japonia. Swoistego uzasadnienia postulatu Lebensraum dostarcza choćby tabela 1.6.
Tabela 1.6. Dane dotyczące obszaru, jego wykorzystania i ludności mocarstw między I a II wojną światową
USA
Niemcy
Wielka Brytania
Francja
Rosja
Włochy
Japonia
Terytorium mile kwadratowe
3 088 519
180 972
94 400
212 700
8 438 000
119 700
152 360
% ornych i pastwisk
42
63,4
80
67
30
73,5
18,9
% uprawianych
18,8
59
31
46,6
15
68,6
15,5
mln ludności
125
66
45
42
165
42
67
Ludność/mila kwadratowa orna
100
578
596
294
66
477
2418
Roczny wzrost ludności
756 000
336 000
170 000
55 000
2 500 000
423 000
908 000
Źródło: Simonds, Emeny (1935, 89).
Liczne, mocno prowokujące, subiektywne wypowiedzi autorów trzeba oceniać w kontekście historycznym połowy lat 30. Pozostaje bez odpowiedzi pytanie, na ile wpływały one na sposób myślenia establishmentu i szerokiej opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych. Nie sposób nie przytoczyć konkluzji, że by uzyskać rezygnację z wybranej przez trzy "rewizjonistyczne" mocarstwa polityki, konieczne byłoby przekonać je, że "cele są nieosiągalne nawet poprzez wojnę albo [...] są osiągalne z pomocą innych dostępnych środków, albo, w końcu, że nawet jeśli ich cele są do zrealizowania poprzez wojnę, to ostateczna konsekwencja konfliktu będzie tak rujnująca, że pozostawi je w jeszcze bardziej niekorzystnej sytuacji niż wcześniejsza" (Simonds, Emeny 1935, 122).
Dla kilku problemów musi się jeszcze znaleźć miejsce w tym rozdziale.
Do nich należą wydatki na siły zbrojne w XXI w. Warto zacząć od wykresu przedstawiającego ich ewolucję w latach 1988-2021.
Wykres 1.3. Światowe wydatki na siły zbrojne z podziałem na regiony w latach 1988-2021
Źródło: SIPRI, World military expenditure passes $2 trillion for first time, 25 kwietnia 2022.
Jeśli ostatnie lata XX w. przyniosły dywidendę pokojową, spadek wydatków o około 500 mld USD, czyli z grubsza o 1/3, to w ciągu 20 lat XXI w. niemal nieustające ich wzrosty doprowadziły do przekroczenia po raz pierwszy pułapu 2 bln USD. Dodać należy, że dane te są wyrażane w dolarach o wartości z 2020 r. Zmiany są dostrzegalne w przypadku wszystkich regionów, lecz najbardziej widoczny jest udział obu Ameryk, za którym kryje się przede wszystkim udział Stanów Zjednoczonych.
Nieco bardziej szczegółowe dane przynosi tabela przedstawiająca wydatki 10 czołowych państw w latach 2000-2021. Zacznijmy od przytoczenia trafnej oceny SIPRI: udział pierwszych pięciu państw, Stanów Zjednoczonych, Chin, Indii, Rosji i Wielkiej Brytanii, stanowił około 62% wydatków całego świata. W ogromnej mierze jest tak dzięki Stanom Zjednoczonym z ich wydatkami blisko 768 mld USD, czyli ponad 36,3%. Znajdujące się za nimi od 2002 r. Chiny (2 lata wcześniej przed nimi były jeszcze Wielka Brytania, Japonia, Francja i Niemcy) zwiększyły swoje wydatki z 42 mld w 2000 r. do 270 mld w 2021 r. Sporo za nimi znalazły się Indie (blisko 73,6 mld), które od zamykającej pierwszą dziesiątkę Korei Południowej dzielą nieporównywalnie mniejsze różnice.
Tabela 1.7. Wydatki na zbrojenia 2000-2021
2000
2001
2002
2003
2004
2005
2006
2007
2008
2009
Stany Zjednocznone
481080
484986
544548
619785
675516
706630
716812
735939
789474
851598
Chiny
42200
50038
57471
62197
68509
75231
86596
95192
104150
126380
Indie
30731
31802
31703
32411
37649
40067
40391
40879
46367
54590
Rosja
21810
23570
26110
27378
28616
32519
55994
39179
43049
45167
Wielka Brytania
49435
51393
54448
58325
59049
59601
59874
61505
64197
65226
Japonia
47191
48017
48256
48317
48124
48137
47425
46809
46358
47227
Arabia Saudyjska
31884
33961
29810
30022
33314
40229
45827
52787
51809
53243
Francja
46044
45902
46845
48258
49575
48559
48783
48765
48410
51992
Niemcy
43390
42677
42793
42208
40915
34099
36378
39439
40371
41900
Korea Południowa
20951
21550
22144
22897
23903
25852
26783
27996
29828
31703
2010
2011
2012
2013
2015
2016
2017
2018
2019
2020
2021
Stany Zjednocznone
875942
865570
817492
754611
692111
689988
682878
703431
743403
778397
76770
Chiny
132604
142353
1567979
169742
197681
209060
221918
234917
246361
257973
270017
Indie
54810
55340
55144
54737
57590
63468
67939
70902
75249
42937
73575
Rosja
46085
49183
56986
59763
69033
74006
59969
57709
60296
61712
63495
Wielka Brytania
64130
61961
60241
58038
54810
54618
54254
54979
57713
50675
62489
Japonia
47392
48030
47451
47250
48597
48302
47991
50411
52042
51971
55774
Arabia Saudyjska
55415
56168
63567
72832
91570
65519
73054
75567
49915
64558
53759
Francja
49527
48054
47316
47010
49136
51041
51713
50437
51270
52747
53560
Niemcy
42002
41151
42326
40762
41511
43253
44480
45710
50149
53211
52488
Korea Południowa
31967
32405
32405
34236
36965
37892
38589
40546
43602
45524
47676
Źródło: SIPRI, World military expenditure passes $2 trillion for first time, 25 kwietnia 2022.
W 1990 r., gdy kończył się świat dwubiegunowy, kolejność była następująca: Stany Zjednoczone, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Japonia, Włochy, Arabia Saudyjska, Chiny i Kanada. Po dziesięciu latach zmianie uległ zarówno skład, jak i kolejność. Poniżej Stanów Zjednoczonych miejsca zajęły Wielka Brytania, Japonia, Francja, Niemcy, Chiny, Arabia Saudyjska, Indie, Rosja i Korea Południowa.
Od 2016 r. australijski Lowy Institute for International Policy ułatwia porównywanie sieci dyplomatycznych i konsularnych poszczególnych państw. W najnowszym zestawieniu uwzględniono przedstawicielstwa 63 państw, Unii Europejskiej i Tajwanu. Rezultaty przedstawia tabela 1.8.
Tabela 1.8. Przedstawicielstwa 10 czołowych państw w 2021 r.
Wszystkie
Ambasady
Konsulaty
Stałe misje
Chiny
275
171
94
8
Stany Zjednoczone
267
167
82
11
Francja
264
161
88
14
Japonia
248
151
66
9
Turcja
246
142
91
11
Rosja
243
144
85
11
Wielka Brytania
222
156
49
11
Niemcy
220
147
60
11
Hiszpania
217
116
90
10
Brazylia
211
132
66
11
Źródło: Lowy Institute (2021).
Drobne zmiany można zauważyć w porównaniu z rankingiem z 2019 r. Wówczas Chiny miały 276 przedstawicielstw, w tym 169 ambasad, Stany Zjednoczone odpowiednio 273 i 168, Francja 267 i 161, Japonia 247 i 151, Rosja 242 i 144, Turcja 235 i 140, Niemcy 224 i 150. Dostrzegalne jest pewne ograniczenie ambicji Brazylii (wcześniej 222 i 138), natomiast nastąpiła ekspansja Wielkiej Brytanii (wcześniej 208 i 152).
Przyciąga uwagę zmiana, która miała miejsce kilka lat wcześniej. Zamieniły się wtedy miejscami Stany Zjednoczone i Chiny; w 2017 r. te pierwsze miały jeszcze 274 przedstawicielstwa, z czego 167 ambasad, natomiast Chiny posiadały odpowiednio 271 i 164.
Tuż za pierwszą dziesiątką znajdują się Włochy (208 i 123), Indie (184 i 125), Korea Południowa (183 i 115), Meksyk (156 i 80), Argentyna (155 i 84), Holandia (153 i 106), Szwajcaria (146 i 103), Kanada (143 i 95), (141 i 130) i zamykająca drugą dwudziestkę Polska (140 i 90).
Suwerenność
Niewiele miejsca można tu poświęcić suwerenności. Z pewnością nazbyt mało, zarówno ze względu na znaczenie oraz złożoność, jak i sporność w ocenach. Kilkoma pytaniami jej istotnie dotyczącymi będzie można zająć się podczas omawiania perspektyw współczesnej globalizacji. Zacząć można od Jeana Bodina, pomijając starożytność i średniowiecze.
Bodin (1530-1596) jest autorem Sześciu ksiąg o Rzeczypospolitej, wydanych w 1576 r. (wyd. polskie 1958). Wbrew tytułowi jest on zwolennikiem monarchii, oceniając ją wyżej od demokracji i arystokracji. Bez względu na to, do kogo należy, a kto jest depozytariuszem, "suwerenność, [...] władza rozkazywania [...] jest absolutną i nieustającą władzą, [...] nie jest ograniczona ani co do władzy, ani co do zakresu, ani co do pewnego czasu". Zasadne jest widzieć ją jako absolutną, trwałą, wieczną, niepodzielną i nieograniczoną (Bodin 1958, 88-95).
W opinii Bodina "ten jest w pełni suwerenny, kto jest zależny, po Bogu, jedynie od swego miecza". Pisze podczas wielkiej zmiany, o czym świadczy przywoływanie zarówno Boga, jak i miecza. Nieprędko ukształtuje się monarchia absolutna we Francji i w innych krajach. Pozornie niczym nieskrępowana, żadnymi prawami wcześniej ustanowionymi nieograniczona, zależna jedynie od chwilowego pragnienia sprawującego ją, władza podlega prawom Boga i natury. Wsparcia Bodin szuka u średniowiecznego papieża Innocentego IV z XIII w. (Bodin 1958, 148, 104-105).
W praktyce suwerenność obejmuje 1) prawodawstwo, 2) decyzje o wojnie i pokoju, 3) powoływanie głównych urzędników, 4) orzekanie w ostatniej instancji, 5) prawo łaski, 6) wierność i hołd lenny, 7) prawo bicia monety i 8) prawo nakładania danin i podatków (Bodin 1958, 183-219).
Wprowadzenie idei suwerenności w życie zależało nie tyle od miecza, który przestawał, wraz z innymi środkami walki, być użytecznym. Również i proca, w języku francuski fronde, była bronią przegranych. Wymagało ono rewolucji militarnej, z której mogło skorzystać i podołać jej wymaganiom tylko scentralizowane państwo. Rewolucja taka, zwłaszcza artyleria, piechota uzbrojona w broń palną, zupełnie nowego rodzaju twierdze stwarzały zupełnie nowy układ sił.
Pojęcie suwerenności ma wiele znaczeń. Stephen D. Krasner w książce Sovereignty: Organised Hipocricy proponuje odrębne traktowanie 1) międzynarodowej suwerenności prawnej, 2) suwerenności westfalskiej, 3) suwerenności wewnętrznej i 4) suwerenności współzależności. Pierwsza dotyczy praktyki wzajemnego uznawania swoich praw przez niezależne byty [entities] terytorialne, czyli inne państwa. Warto dodać, że w grę wchodzi również uznawanie pośrednio, przez organizacje państw, obecnie Organizację Narodów Zjednoczonych. Suwerenność westfalska mówi o organizacji politycznej, która wyklucza ze struktur władzy na danym terytorium aktorów zewnętrznych. Suwerenność wewnętrzna dotyczy formalnej organizacji władzy politycznej i zdolności władzy publicznej do sprawowania skutecznie kontroli w obrębie granic. Wreszcie w ostatnim przypadku chodzi o zdolności regulowania strumieni informacji, idei, towarów, ludzi, zanieczyszczeń lub kapitału przekraczających granice.
Interesują Krasnera dwie pierwsze. Łączą je kwestie władzy [authority] i prawowitości [legitimacy], lecz nie kontroli [control]. Sprawowanie skutecznej kontroli wewnątrz granic wspólnoty politycznej [polity] mieści się w ramach suwerenności wewnętrznej. O ile suwerenność międzynarodową i westfalską łączą wspólne kwestie, to różnią zasady (Krasner 2001, 4, 12-18).