Zakochaj się w życiu - Ewa Foley

Kup ebooka

59.90 zł
46.71 zł (46,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do nowego wydania

Jestem Ewa Foley. Dzię­kuję za to, że zapra­szasz mnie do swo­jego życia, kupu­jąc wzno­wioną edy­cję mojej legen­dar­nej książki Zako­chaj się w życiu. pod­ręcz­nik małych i dużych kro­ków dla poszu­ku­ją­cej duszy, po raz pierw­szy wyda­nej przez wydaw­nic­two Feeria (wtedy Ravi) w 2000 roku.

Witaj w świe­cie zako­cha­nych w życiu! A może jesz­cze nie nale­żysz do ich grona, ale spodo­bał ci się ten pomysł lub bar­dzo pra­gniesz, aby się ziścił? A może ktoś życz­liwy poda­ro­wał ci tę książkę, bo zako­cha­nie się w życiu dobrze mu zro­biło...

Jest rok 2024 - od powsta­nia Zako­chaj się w życiu minęło ćwierć wieku... Potem napi­sa­łam jesz­cze dwie książki: Powiedz życiu tak! oraz Bądź anio­łem swo­jego życia - któ­rych nakład został wyczer­pany, ale także czeka je wzno­wie­nie.

Książka, którą wła­śnie masz w rękach, jest prak­tycz­nym porad­ni­kiem, który pomoże ci zna­cząco pod­nieść jakość two­jego życia, zdro­wia i rela­cji, doko­ny­wać wła­ści­wych wybo­rów i cie­szyć się peł­nią prze­bu­dzo­nego szczę­ścia.

Pisa­łam te eseje z potrzeby dzie­le­nia się świa­tłem świa­do­mo­ści, pisa­łam, aby wię­cej rozu­mieć, aby bar­dziej cenić cud życia, śmiać się gło­śniej, ufać głę­biej, oddy­chać peł­niej, kochać moc­niej... Pisało tę książkę też moje barwne życie, które za pośred­nic­twem wielu róż­no­rod­nych doświad­czeń uczyło mnie, aby w codzien­no­ści dostrze­gać to, co piękne, aby w naj­trud­niej­szych chwi­lach zacho­wać pogodę ducha, a w tych naj­szczę­śliw­szych pie­lę­gno­wać w sercu wdzięcz­ność.

Czas, który upły­nął od uka­za­nia się jej na rynku pol­skim po raz pierw­szy, wypeł­niony był bez­cen­nymi lek­cjami, inten­sywną nauką i nie­wy­godą, która inspi­ro­wała mnie do dal­szego roz­woju. Były to naj­lep­sze lata mojego doj­rza­łego życia i z ręką na sercu mogę dzi­siaj powie­dzieć, że życie zaczyna się po sie­dem­dzie­siątce...

W ciągu tych lat zro­zu­mia­łam wiele o życiu, o śmierci, o stra­cie, o mocy wdzięcz­no­ści, o prze­bu­dze­niu, o sile ponad­cza­so­wej i ponadwy­mia­ro­wej miło­ści...

Tak wiele się zmie­niło w moim życiu przez te lata... Nie wiem nawet, od czego zacząć...

Wspo­mnę więc tylko o naj­waż­niej­szym: moi uko­chani rodzice Euge­nia i Antoni oraz jedyny syn Maciek ode­szli z tego świata. Rodzice byli scho­ro­wani i w pode­szłym wieku, a Maciek zgi­nął nagle i nie­spo­dzie­wa­nie w tra­gicz­nym wypadku moto­cy­klo­wym w 2005 roku, mając 27 lat... Zabił tylko sie­bie. Nikt inny nie ucier­piał. Była Wielka Sobota i spę­dzi­li­śmy ten dzień razem z jego uko­chaną Oleńką i jej małym syn­kiem w rado­ści, miło­ści i szczę­ściu... Potem wsiadł na motor i już ni­gdy z tej prze­jażdżki nie wró­cił do domu...

Wiem, że duchem Maciek jest cią­gle z nami - opie­kuje się tymi, któ­rzy go znali i kochali, pomaga, dora­dza, pro­wa­dzi i chroni. Dzię­kuję wam, kochani, że się ze mną tymi pięk­nymi i wzru­sza­ją­cymi opo­wie­ściami dzie­li­cie. Maciek żył na ziemi dwa­dzie­ścia sie­dem boga­tych i kolo­ro­wych lat... Dużo o nim pisa­łam w książ­kach i opo­wia­da­łam na warsz­ta­tach, cza­sami odwie­dzał mnie nie­spo­dzie­wa­nie w trak­cie zajęć. Gdy miał 21 lat, posta­no­wił przejść ze mną przez ogień - mamy piękne zdję­cie, jak idziemy uśmiech­nięci po roz­ża­rzo­nych węglach, trzy­ma­jąc się za ręce pod czu­łym prze­wod­nic­twem sza­manki Mat­tie.

Czę­sto nazy­wa­łam Maciu­sia moim naj­więk­szym nauczy­cie­lem "prze­bra­nym za syna". Gdy miał 18 lat, dosta­łam od niego List od mojego syna, który umie­ści­łam w tej książce (patrz część IV, s. 419). A potem przy­szedł czas naj­trud­niej­szej lek­cji. Przy­szedł nagle, nie­spo­dzie­wa­nie, bez uprze­dze­nia. Maciek uro­dził się tak jak chciał, żył tak jak chciał i odszedł tak jak chciał: szybko i inten­syw­nie. Pogrzeb Maćka odbył się 1 kwiet­nia 2005 roku, w prima apri­lis. Wraz z jego tatą Tom­kiem żegna­li­śmy go w gro­nie naj­bliż­szej rodziny, jego wspa­nia­łych przy­ja­ciół i odda­nych mu, kocha­ją­cych ludzi.

To taki para­doks - żegna­li­śmy go, a on prze­cież cią­gle jest z nami... Tylko ina­czej. A ja wciąż prze­cież jestem jego mamą... Dzię­kuję wszyst­kim, któ­rzy oto­czyli mnie swoją czu­jącą obec­no­ścią, dzię­kuję tym z was, któ­rzy nie­śli mnie swoją miło­ścią na odle­głość. Dzię­kuję, że jeste­ście w moim życiu. Pro­szę, zostań­cie na dłu­żej. Pro­szę, ponie­ście mnie jesz­cze tro­chę...

Życie to gra losowa. Ja wciąż tu jestem, tuż przed sie­dem­dzie­sią­tymi dru­gimi uro­dzi­nami. Na jak długo przy­cho­dzimy tu, na zie­mię, pozo­staje tajem­nicą. Jest ten pierw­szy oddech i jest ten ostatni. Nie wiem, kiedy ja go wezmę, więc do tego czasu po pro­stu jestem szczę­śliwa, bo wie­rzę, że mam wpływ nie tylko na szczę­ście swoje, lecz także na szczę­ście innych. Żyję zatem tak, aby moi naj­bliżsi i ci, któ­rzy poja­wiają się na moich wykła­dach i zaję­ciach, byli sil­niejsi i bar­dziej zado­wo­leni. Bo trzeba pamię­tać, że wieczne narze­ka­nie i niezado­wo­lenie może zepsuć nawet naj­wspa­nial­sze chwile...

Wiem jedno: MOJE ŻYCIE JEST CUDEM! TWOJE TEŻ!

Codzien­nie podej­muję zobo­wią­za­nie wobec sie­bie, że będę żyła tak, jakby to miał być ostatni dzień mojego życia. Codzien­nie posta­na­wiam postę­po­wać według zasady carpe diem - chwy­tam każdy dzień łap­czy­wie, rado­śnie i z wdzięcz­no­ścią w sercu. Cie­szę się każdą chwilą...

Pomyśl tylko: dzi­siaj jest pierw­szy dzień reszty two­jego życia! Nie warto mar­no­wać cen­nego czasu na nie­za­do­wo­le­nie, kłót­nie, zamar­twia­nie się, fru­stra­cję, plot­ko­wa­nie czy narze­ka­nie. Tak stra­co­nych chwil już ni­gdy nie odzy­skasz! Ni­gdy. Czas two­jego życia to jedyna bez­cenna rzecz, którą naprawdę masz! Wyko­rzy­stuj go mądrze i świa­do­mie. Prze­budź się!

Nie sta­raj się osią­gnąć suk­cesu - im bar­dziej uczy­nisz go swym celem, tym trud­niej będzie ci go zdo­być. Ponie­waż suk­ces, podob­nie jak szczę­ście, nie jest czymś, za czym można się uga­niać - musi wynik­nąć... jako nie­za­mie­rzony efekt uboczny poświę­ce­nia się cze­muś więk­szemu niż wła­sny los.

Vik­tor Frankl

Wie­rzę, że wszy­scy jeste­śmy uczniami naj­lep­szego uni­wer­sy­tetu w galak­tyce i mamy sporo szczę­ścia, że dosta­li­śmy się do szkoły na Ziemi. Wie­rzę też, że szczę­ście nie jest czymś, co się wyda­rza. Nie jest wyni­kiem uśmie­chu losu ani dzie­łem przy­padku. Nie można go kupić za pie­nią­dze ani uzy­skać dzięki wła­dzy. Nie zależy od oko­licz­no­ści zewnętrz­nych, ale raczej od ich inter­pre­ta­cji. Szczę­ście jest sta­nem ist­nie­nia, który wynika z cał­ko­wi­tego zaan­ga­żo­wa­nia się w życie i który należy sta­ran­nie pie­lę­gno­wać. W takim sta­nie zado­wo­le­nia z każ­dej rze­czy umiesz kon­tro­lo­wać wewnętrzne doświad­cze­nia, zarzą­dzać swo­imi prze­ży­ciami, roz­wią­zy­wać pro­blemy dnia codzien­nego, poko­ny­wać prze­szkody w dro­dze do speł­nie­nia, podej­mo­wać naj­lep­sze decy­zje, a poprzez to odzy­sku­jesz samo­ste­row­ność i two­rzysz bajeczną rze­czywistość.

Medy­tuj nad taką postawą przez kilka dni i spo­dzie­waj się cudów:

Moje zaan­ga­żo­wa­nie pod­nosi mój poziom ener­gii. Moja ener­gia pod­nosi moją zdol­ność do dzia­ła­nia. Moje dzia­ła­nie pod­nosi poziom mojego suk­cesu. Mój suk­ces pod­nosi mój poziom zaan­ga­żo­wa­nia.

Życie każ­dego czło­wieka jest baśnią napi­saną przez Boga.

Hans Chri­stian Ander­sen

Oby twoje prze­bu­dzone życie było naj­pięk­niej­szą baśnią, pełną świa­tła i szczę­ścia!

Ewa Foley War­szawa, lipiec 2024

PS Umów się dzi­siaj ze sobą, że szczę­ście i reali­za­cja marzeń odgry­wają w twoim życiu więk­szą rolę niz daw­niej. Taka inten­cja sprawi, że to, co wyda­wało się nie­moż­liwe, sta­nie się co naj­wy­żej nie­praw­do­po­dobne - a gdy tylko w pełni się zaan­ga­żu­jesz i wło­żysz w to wysi­łek, speł­nie­nie two­ich marzeń sta­nie się nie­uchronne.

Wstęp

Cokol­wiek potra­fisz lub myślisz, że potra­fisz, roz­pocz­nij to. Odwaga ma w sobie geniusz, potęgę i magię.

Johann W. Goethe

Pisa­nie tej książki roz­po­czę­łam wiele lat temu. Wtedy nie wie­dzia­łam jesz­cze, że opra­co­wu­jąc tek­sty do kaset z wykła­dami i medy­ta­cjami, przy­go­to­wuję mate­riały do książki. W opra­wio­nym w szare płótno zeszy­cie zaczę­łam zapi­sy­wać swoje spo­strze­że­nia i olśnie­nia, prze­ło­mowe momenty w życiu, które zmie­niały moje spoj­rze­nie na świat, opo­wie­ści z podróży, sny, prze­my­śle­nia, odkry­cia, modli­twy, ulu­bione wier­sze, cytaty mądrych ludzi, afo­ry­zmy. Od czasu do czasu poja­wiały się reflek­sje na temat medy­ta­cji, wizu­ali­za­cji czy pro­ce­dur mają­cych na celu pod­nie­sie­nie jako­ści mojego życia. Cza­sami były to małe kroki, a cza­sami ogromne. Wszyst­kie je zapi­sy­wa­łam. Wszyst­kie spraw­dza­łam w swoim życiu. Dzia­łają!

Ta książka wołała mnie od lat. Napisz mnie. Napisz mnie - szep­tała uwo­dzi­ciel­sko, ile­kroć sia­da­łam przed kom­pu­te­rem. Ja oczy­wi­ście mia­łam waż­niej­sze rze­czy do zro­bie­nia, a zresztą kto by chciał czy­tać coś, co napi­sa­łam...?

W roku 1994 przy­szedł list od Darka Ros­sow­skiego z łódz­kiego wydaw­nic­twa Ravi z ofertą wyda­nia mojej książki. Jakiej książki? Prze­cież nie zamie­rzam ani pisać, ani wyda­wać żad­nej książki! W odpo­wie­dzi podzię­ko­wa­łam tylko za zapro­sze­nie do współ­pracy. W ramach tej współ­pracy napi­sa­łam przed­mowę do pięk­nej książki Chri­stiny Tho­mas Prze­bu­dze­nie duszy, bo wła­śnie wró­ci­łam ze szko­le­nia w jej Insty­tu­cie Świa­tła Wewnętrz­nego w Taos, New Mexico.

Parę lat póź­niej na festi­walu ezo­te­rycz­nym w Kra­ko­wie wiele osób pytało mnie, gdzie można kupić moją książkę. Te sygnały także zigno­ro­wa­łam. Ale kiedy w zeszłym roku roz­en­tu­zja­zmo­wana młoda kobieta rzu­ciła mi się na szyję po wykła­dzie, mówiąc: "Pani książka zmie­niła moje życie!", musia­łam zasto­so­wać zasadę, któ­rej uczę od lat: do trzech razy sztuka, czyli jeżeli coś - infor­ma­cja, zwrot, komen­tarz, osąd, opi­nia - przy­cho­dzi do cie­bie trzy razy z rzędu, powi­nie­neś się tej spra­wie przyj­rzeć uważ­nie, bo wszech­świat usi­łuje ci coś powie­dzieć...

Wszech­świat prze­ma­wiał do mnie gło­śno i wyraź­nie: "Czas na książkę. Ona już ist­nieje, czas spro­wa­dzić ją na plan fizyczny". Mój opór był sil­niej­szy. Tak samo jak lata temu zwle­ka­łam z wyda­niem pierw­szej kasety audio, podob­nie ten pro­jekt pisa­nia odkła­da­łam na "póź­niej", na inny czas. Postę­po­wa­łam jak Scar­lett O'Hara. "Pomy­ślę o tym jutro", mówi­łam sobie i tak mijały mie­siące i lata.

Pod koniec roku 1999 w Syd­ney mówi­łam mojej austra­lij­skiej przy­ja­ciółce Sandy, jaki mam z "tą książką" dyle­mat. Sandy cier­pli­wie wysłu­chała moich dłu­gich wywo­dów, dla­czego w tej chwili abso­lut­nie nie mogę pisać książki, po czym uśmiech­nęła się słodko i powie­działa:

- But dar­ling, prze­cież ty tę książkę piszesz od lat. Tak naprawdę już ją napi­sa­łaś! Każda z two­ich kaset jest roz­dzia­łem książki. Ile kaset już wyda­łaś?

- Chyba osiem­na­ście - wymam­ro­ta­łam nie­wy­raź­nie, zdu­miona jej komen­ta­rzem.

- No wła­śnie, już masz osiem­na­ście roz­dzia­łów! - Sandy uśmie­chała się pro­mien­nie. Jej piękna twarz lśniła świa­tłem inspi­ra­cji. - Zaraz na początku stycz­nia roku 2000 odpraw taki rytuał: roz­rzuć kasety przed sobą i poproś, by Duch Książki usta­wił je w kolej­no­ści.

Wie­dzia­łam, po pro­stu wie­dzia­łam w każ­dej komórce mojego ciała, że TO JEST TO, że Sandy po raz kolejny w moim życiu wska­zała mi coś oczy­wi­stego, czego ja - zaśle­piona i uparta w swo­ich pomy­słach na sie­bie i życie - nie byłam w sta­nie dostrzec.

Wszystko, co potrze­buję wie­dzieć, przy­cho­dzi do mnie w jasny i zro­zu­miały spo­sób we wła­ści­wym cza­sie, z wła­ści­wego źró­dła.

Ewa Foley

Od razu zaczę­łam pra­co­wać z "duchem" tej książki - pro­si­łam o prze­wod­nic­two, o pomy­sły, o radę. Codzien­nie pali­łam rytu­alny ogień w mojej por­ce­la­no­wej pira­midce i codzien­nie w medy­ta­cji widzia­łam sie­bie pod­pi­su­jącą książkę, widzia­łam ją na wysta­wach księ­garń, u sie­bie w domu na półce. Ostat­nie tygo­dnie roku 1999 czę­sto spę­dza­łam w samot­no­ści. Uczy­łam się ciszy. Po raz kolejny doce­ni­łam prak­tykę duchową ciszy i samot­no­ści. Na syl­we­stra zosta­łam sama w domu mojej sio­stry. Wyłą­czy­łam tele­fon. Zre­zy­gno­wa­łam z oglą­da­nia naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych fajer­wer­ków na pół­kuli połu­dnio­wej nad syd­ney­skim Har­bour Bridge z eks­klu­zyw­nej willi zna­jo­mych. Spę­dzi­łam ostatni dzień roku - do póź­nego wie­czora - na mojej ulu­bio­nej plaży Shelly Beach, słu­cha­jąc fal, medy­tu­jąc, czy­ta­jąc poezje Rumiego. Po przyj­ściu do domu zro­bi­łam sobie cudowną kąpiel w olej­kach ete­rycz­nych. O pół­nocy obej­rza­łam w tele­wi­zji świetlny pokaz na moście oraz taniec Abo­ry­ge­nów pod ich świętą skałą Uluru (Ayers Rock) w cen­trum Austra­lii i poszłam spać.

Aby coś zro­bić, trzeba zacząć.

Horace Gre­ely

Wcze­śnie rano 1 stycz­nia roku 2000 roz­rzu­ci­łam przed sobą kasety. Stało się! Na pod­ło­dze poja­wiła się kolo­rowa man­dala. Kasety same uło­żyły się na swo­ich miej­scach. Moja ręka prze­rzu­cała je z miej­sca na miej­sce. Poja­wiły się cztery czę­ści. Co może nie jest takie dziwne, zwa­żyw­szy, że jestem nume­ro­lo­giczną czwórką. Jedna kaseta, Zako­chać się w życiu, naprawdę chciała być pierw­sza. Przed­sta­wiła mi się jako tytuł książki. Pytam więc książkę: "Czym masz być?". Ona mi odpo­wiada: "Pod­ręcz­ni­kiem małych i dużych kro­ków". "Dla kogo?" - pytam dalej. "Dla poszu­ku­ją­cej duszy". Zapi­sa­łam to wszystko. Kor­ciło mnie oczy­wi­ście, żeby zapy­tać: Poszu­ku­ją­cej czego? Ale to była tylko pokusa. A cze­goż innego my, ludzie, poszu­ku­jemy, jak nie szczę­ścia i speł­nie­nia???

Pra­co­wa­łam z moją kase­tową man­dalą codzien­nie. Nie­które kasety zmie­niały wie­lo­krot­nie kolej­ność. Czę­sto poja­wiały się nowe pomy­sły. Nie podej­rze­wa­łam wtedy, że nowe roz­działy tej książki będą powsta­wały do dnia odda­nia skryptu do wydaw­nic­twa!

Ku mojemu zdu­mie­niu kot sio­stry, któ­rym opie­ko­wa­łam się w cza­sie jej nie­obec­no­ści, nie ruszał bała­ganu na pod­ło­dze. "Ruszył" go, i to sku­tecz­nie, Char­les, mój szwa­gier. Któ­re­goś dnia kot zapo­lo­wał na ptaka i cały pokój pokryty został pió­rami. Char­les zgar­nął ukła­dankę jed­nym zama­szy­stym gestem i uło­żył kasety w stertę na moim łóżku. Po czym zaczął odku­rzać! Jak to zoba­czy­łam po powro­cie do domu, wpa­dłam w panikę. Tyle tygo­dni mojej pracy! Wszystko wymie­szane, wszystko stra­cone!

Doświad­cze­niem nie jest to, co się czło­wie­kowi przy­tra­fia, lecz to, co on z tym robi.

Aldous Hux­ley

Zroz­pa­czona usia­dłam przy mojej zbu­rzo­nej man­dali i nagle przy­szła myśl: Prze­cież wiesz, dokład­nie wszystko pamię­tasz. Wie­dzia­łam, pamię­ta­łam, zapi­sa­łam...

Jesz­cze z Syd­ney napi­sa­łam do wydaw­nic­twa Ravi, że książka, o którą pytali wiele lat temu, jest pra­wie gotowa. Ucie­szyli się. Zain­spi­ro­wało mnie to do dal­szej pracy. Pisa­nie książki to nie­wia­ry­god­nie trudna praca, zwłasz­cza jeżeli robi się to po raz pierw­szy. Wymaga to dłu­gich lat poszu­ki­wań i zbie­ra­nia doświad­czeń, a potem mie­sięcy cią­głego prze­pi­sy­wa­nia i wpro­wa­dza­nia zmian. Niniej­sza książka jest owo­cem tysięcy godzin pro­wa­dzo­nych przeze mnie semi­na­riów i spo­tkań. Chcia­ła­bym podzię­ko­wać wszyst­kim wspa­nia­łym ludziom, któ­rzy przez lata uczest­ni­czyli w orga­ni­zo­wa­nych przeze mnie warsz­ta­tach. Od nich nauczy­łam się naj­wię­cej!

Więk­szość auto­rów naj­pierw pisze książki, a potem przy­go­to­wuje na ich pod­sta­wie nagra­nia. Bar­dzo lubię słu­chać takich ksią­żek. Ja zro­bi­łam odwrot­nie. Wiele roz­dzia­łów z tej książki jest dostęp­nych na kase­cie audio, co zazna­czone jest na końcu roz­działu. W tym miej­scu pole­cam też książki, które warto prze­czy­tać i które pomogą ci w zgłę­bie­niu danego tematu.

Infor­ma­cje zawarte w tej książce pocho­dzą z tak wielu źró­deł, że nie zawsze byłam w sta­nie zapa­mię­tać, gdzie lub od kogo po raz pierw­szy coś usły­sza­łam. Prze­pra­szam tych wszyst­kich, któ­rych wkład nie został przeze mnie w tej pracy zazna­czony, i bar­dzo im wszyst­kim dzię­kuję.

Moja modli­twa:

Dzię­kuję Ci, Boże,

Za zdro­wie i pokarm,

Za miłość i przy­ja­ciół,

Za wszystko, co zsy­łasz mi w swo­jej dobroci.

Dzię­kuję Ci, Ojcze nie­bie­ski.

Życie pomaga mi w każ­dej potrze­bie i zaspo­kaja każdy głód. Jest wciąż obok i pro­wa­dzi mnie w każ­dym momen­cie dnia. Wszystko: to, kim jestem, co robię i kim będę, zawdzię­czam miło­ści życia. Życie mnie kocha.

Zako­chana w życiu, uro­dzona w roku Wod­nego Smoka Ewa Foley Wilga, lipiec w roku Meta­lo­wego Smoka

Rok Meta­lo­wego Smoka powi­nien być rokiem nadziei. Przy­nie­sie zdo­by­cze, które okażą się donio­słe dla przy­szło­ści, ale także zna­czące ostrze­że­nia dla całej ludz­ko­ści. (...) W latach smoka nie ma spraw nija­kich, na małą skalę czy zacho­waw­czych. Pre­mio­wana jest deter­mi­na­cja w dzia­ła­niu i śmia­łość w przed­się­wzię­ciach. Nawet gdyby wszystko oka­zało się nieco ilu­zo­ryczne, nie zmie­nia to ogól­nego odczu­cia poprawy sytu­acji, co jest kolejną cechą cha­rak­te­ry­styczną nada­waną światu przez smoki.

Jacek Kryg

Jesteś tym, czym głę­bo­kie twe pra­gnie­nie. Jakie twe pra­gnie­nie, taka twoja wola. Jaka twoja wola, taki czyn.

Upa­ni­szady

Kopalnia diamentów

Są tylko dwa spo­soby na życie. Jeden to życie tak, jakby nic nie było cudem. Drugi to życie tak, jakby wszystko było cudem.

Albert Ein­stein

Rus­sell H. Con­well, kore­spon­dent ame­ry­kań­ski, wygło­sił wykład pod powyż­szym tytu­łem ponad 6 tysięcy razy w latach 1877-1925. Po publi­ka­cji tekst ów stał się kla­syką inspi­ru­ją­cej lite­ra­tury. Gdy słu­cha­łam tego wykładu po raz pierw­szy, zro­zu­mia­łam dla­czego. Otóż Con­well opo­wiada w nim o życiu per­skiego far­mera Ali Hafeda. Któ­re­goś dnia Hafed sprze­dał swoją farmę, odszedł od rodziny i udał się w podróż dookoła świata w poszu­ki­wa­niu bogac­twa. Szu­kał wszę­dzie dia­men­tów, któ­rych tak bar­dzo pożą­dał. W końcu, po wielu latach tułaczki, samotny i bez­domny, w despe­ra­cji tar­gnął się na wła­sne życie. To poszu­ki­wa­nie bogac­twa go zabiło. Tym­cza­sem far­mer, który kupił zie­mię od Hafeda, był wdzięczny za każde źdźbło trawy, które do niego nale­żało, i wle­wał miłość i wytę­żoną pracę w swoją nowo nabytą posia­dłość. Każ­dego wie­czora, spo­ży­wa­jąc wraz z rodziną owoce swo­jej cięż­kiej pracy przy wspól­nym stole, cie­szył się tym, co ma - był zado­wo­lony z życia. Któ­re­goś dnia zro­bił zdu­mie­wa­jące odkry­cie. W opusz­czo­nym przez Ali Hafeda ogro­dzie odna­lazł kopal­nię dia­men­tów. Pro­sty far­mer miał bogac­two prze­kra­cza­jące jego naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia.

Con­well przy­ta­czał tę przy­po­wieść, aby prze­ka­zać cudowne i nie­zwy­kle posła­nie: w każ­dym z nas tkwi źró­dło obfi­to­ści i ziarna wiel­ko­ści. W każ­dym z nas tkwi jakieś marze­nie. Czeka, aby­śmy je odkryli i zre­ali­zo­wali. Kiedy pie­lę­gnu­jemy swoje marze­nie i potem inwe­stu­jemy w miłość, twór­czą ener­gię, upór i wiarę w sie­bie samych, osią­gamy auten­tyczny suk­ces.

Gdzie jest twoja kopal­nia dia­men­tów? Jeżeli mógł­byś robić, co tylko sobie zaży­czysz - co by to było? Tak! Wła­śnie to, co w tej chwili wydaje ci się nie­moż­liwe! Czy otwo­rzył­byś sklep, czy zajął­byś się rodziną, czy zapro­jek­to­wał­byś sukienkę wie­czo­rową, czy zbu­do­wał­byś wio­skę eko­lo­giczną, czy napi­sał­byś sce­na­riusz fil­mowy czy książkę, która zmieni ludz­kie życie?

Na każ­dego z nas czeka kopal­nia dia­men­tów. Czeka, aż ją odkry­jemy, zatrosz­czymy się o nią i zaczniemy kopać. Wszy­scy mamy miej­sce, od któ­rego możemy zacząć. Puść wodze swo­jej wyobraźni, bo to ona zawiera matrycę two­jej duszy na speł­nione życie. Na wybra­nej przez sie­bie ścieżce roz­woju oso­bi­stego zorien­tu­jesz się, że suk­ces, auten­tyczne szczę­ście, finan­sowe zabez­pie­cze­nie znaj­dują się tak bli­sko jak twój ogród. Mam nadzieję, że książka ta przy­bliży cię do wła­snej kopalni dia­men­tów.

Jeste­śmy tym, co robimy naj­czę­ściej. Dosko­na­łość nie jest zatem uczyn­kiem, ale zwy­cza­jem.

Ary­sto­te­les

Zakochaj się w radości

Praw­dziwa radość życia jest nie­roz­łącz­nie zwią­zana z samo­dziel­nym poszu­ki­wa­niem tego, co nas satys­fak­cjo­nuje, i z chę­cią słu­że­nia innym.

Uśmie­chaj się, a świat będzie uśmie­chał się do cie­bie!

Życie jest zbyt poważne, aby brać je na serio.

Oscar Wilde

W zamian za jeden uśmiech dosta­niesz ich tysiąc.

powie­dze­nie chiń­skie

Teo­re­tycz­nie wiemy wszy­scy, że radość powinna być natu­ralną cząstką naszego życia, a jed­nak jakoś tak się dzieje, że jeste­śmy oddzie­leni od tej czę­ści nas, która doświad­cza pokoju i zjed­no­cze­nia ze wszyst­kim. Czę­sto musimy uczyć się na nowo, czym jest radość - tak jak­by­śmy ponow­nie pozna­wali dawno utra­co­nego przy­ja­ciela. Wtedy możemy zoba­czyć, że życie jest piękne i że wszystko ma swój cel. Geo­r­gij Gur­dżi­jew powie­dział kie­dyś, że "współ­cze­sny czło­wiek jest zahip­no­ty­zo­wany swoim dzia­ła­niem". Być może takie wła­śnie jest twoje życie. Żyjesz coraz szyb­ciej, robisz coraz wię­cej, życie jest coraz bar­dziej skom­pli­ko­wane i zło­żone, a związki, finanse, emo­cje odsu­wają cię od pro­stej prawdy w twoim sercu. W końcu znaj­du­jesz się w miej­scu, w któ­rym czu­jesz się zupeł­nie bez­radny.

W codzien­nym życiu wpływa na nas tak wiele czyn­ni­ków, nad któ­rymi nie mamy kon­troli, że sta­jemy się bez­wład­nymi auto­ma­tami w sys­te­mie czy - jak mawiał Gur­dżi­jew - maszy­nami. Jeżeli żyjesz w takich ryzach, despe­racko sta­ra­jąc się trzy­mać wszystko pod kon­trolą, sam wiesz, jak łatwo we współ­cze­snym życiu stra­cić kon­takt z miej­scem prawdy w swoim wnę­trzu. Miej­scem, w któ­rym doświad­czamy spo­koju; gdzie wszystko ma sens; gdzie związki mię­dzy­ludz­kie są ważne i pełne miło­ści, a finanse zrów­no­wa­żone; gdzie rozu­miesz dzięki Wyż­szemu Ja, które jest w tobie, że jest jakiś wyż­szy cel ponad tym wszyst­kim; że jesteś w podróży ducho­wej zwa­nej życiem.

Z czy­sto meta­fi­zycz­nego punktu widze­nia my, ludzie, jeste­śmy w pew­nym sen­sie chro­nieni przez to, że nasze myśli nie mate­ria­li­zują się natych­miast. Ozna­cza to, że jeżeli przez jakiś czas w two­jej gło­wie poja­wiają się same nega­tywne myśli, to nie­ko­niecz­nie od razu doświad­czasz nega­tyw­nych kon­se­kwen­cji tego w swo­jej rze­czy­wi­sto­ści. Nie­stety wynika też z tego, że nawet piękne, wyso­ko­wi­bra­cyjne myśli też nie od razu się urze­czy­wist­niają. Pro­blem poja­wia się wów­czas, gdy wyobraź­nia wybiega do przodu, two­rząc fan­ta­zje znacz­nie prze­kra­cza­jące rze­czy­wi­stość.

Przy­glą­da­jąc się histo­rii świata od końca dru­giej wojny świa­to­wej, zauwa­żamy ogromne przy­śpie­sze­nie na każ­dym pozio­mie ludz­kiej inte­rak­cji. Świat staje się coraz bar­dziej wyma­ga­jący. Coraz wię­cej osób sięga po nar­ko­tyki w celu posze­rze­nia swo­jej świa­do­mo­ści i lep­szego samo­po­czu­cia. Widzimy, jak cywi­li­za­cja świata wybiega swoją wyobraź­nią w przy­szłość, zamiast pozo­sta­wać w cza­sie teraź­niej­szym, żyć prawdą, akcep­to­wać to, co jest, wie­dząc, że eks­pan­sja i tak nastąpi.

Nasza wewnętrzna jaźń roz­wija się powoli, stop­niowo, w miarę moż­li­wo­ści radze­nia sobie z kolej­nymi eta­pami tego roz­woju. Nato­miast inte­lek­tu­alna część nas, czyli umysł, działa o wiele szyb­ciej niż duch. Tak więc jeste­śmy świad­kami świata, w któ­rym ludzka wyobraź­nia wykre­owała eks­pan­sję, pęd w przy­szłość, a na pozio­mie zbio­ro­wej pod­świa­do­mo­ści wiemy wszy­scy, że teraz jest wła­śnie czas, aby się zatrzy­mać, wyco­fać z tego sza­lo­nego biegu, odkryć swoje war­to­ści, sza­no­wać je i żyć w zgo­dzie z nimi.

Innymi słowy, twoje wewnętrzne ja pra­gnie spo­koju, wzywa do stwo­rze­nia sank­tu­arium w twoim życiu, a zewnętrzne ja popy­cha cię do przodu. To cią­głe odsu­wa­nie się od ciszy, od wewnętrz­nej rów­no­wagi i od swo­jej prawdy u więk­szo­ści ludzi powo­duje wewnętrzny kon­flikt, który roz­lewa się na wszyst­kie rejony życia. Twoje życie traci rów­no­wagę - jest w nim za dużo spraw, za dużo się dzieje, kró­luje dez­orien­ta­cja. Twoje wewnętrzne ja się pod­daje. Tra­cisz kon­trolę nad swo­imi spra­wami. Wtedy przy­cho­dzi kry­zys - wszystko się roz­pada.

Jedną z rze­czy wystę­pu­ją­cych w mitach jest to, że nawet na dnie otchłani dobiega nas głos zba­wie­nia. Czarną chwilą jest taka chwila, w któ­rej nadejść ma praw­dziwa wia­do­mość o trans­for­ma­cji. W naj­ciem­niej­szej chwili poja­wia się świa­tło.

Joseph Camp­bell

Brak rów­no­wagi prze­ja­wia się na różne spo­soby. Jed­nym z nich jest POWAGA. Zaczy­namy coraz poważ­niej trak­to­wać sie­bie i swoje sprawy. A prze­cież praw­dziwa ludzka natura to nie­po­ważna, wylu­zo­wana radość - nie­malże dzie­cięca nie­win­ność. Jed­nak gdy inte­lekt przej­muje wła­dzę nad twoim życiem, zaczyna w nim domi­no­wać powaga. Wtedy wszystko jest sprawą życia i śmierci. Jeżeli na przy­kład nie napi­szesz tego listu teraz, NATYCH­MIAST, i nie zro­bisz obiadu na godzinę 16.30, to całe twoje życie będzie zruj­no­wane. Jeżeli praca z afir­ma­cjami nie da ci natych­mia­sto­wego rezul­tatu - to nie warto żyć! Ta cho­ro­bliwa powaga powo­duje, że cią­gle trzeba się nakrę­cać. Inte­lekt wymaga tego pobu­dza­nia jako spo­sobu na zrów­no­wa­że­nie sza­lo­nego tempa życia.

Pro­blem z chro­nicz­nym pobu­dza­niem polega na tym, że trzeba ule­gać mu coraz czę­ściej. W efek­cie, wcze­śniej czy póź­niej, wpa­dasz w błędne koło. Wypeł­niasz swoje życie jesz­cze bar­dziej, żeby pora­dzić sobie z tym wszyst­kim, co ono nie­sie! I tak masz tele­wi­zję, radio, nar­ko­tyki, pro­zak, alko­hol i tysiąc róż­nych spo­tkań, na któ­rych po pro­stu musisz być, i te ter­miny i sprawy, które musisz zała­twić. Zanim się zorien­tu­jesz, nad­cho­dzi wie­czór, a ty padasz na łóżko w sta­nie skraj­nego wyczer­pa­nia. Twój duch pozba­wiony jest jakiej­kol­wiek ener­gii. A potem wsta­jesz rano i dzi­wisz się, że czu­jesz zmę­cze­nie. Znowu wpa­dasz w ten sam kie­rat! Skut­kiem takiego stylu życia jest utrata wraż­li­wo­ści. Tra­cimy kon­takt z tą wraż­liwą, zmy­słową cząstką sie­bie. A bez zmy­sło­wo­ści trudno jest doce­nić życie, doce­nić piękno, mięk­kość, łagod­ność i bogac­two swo­jego serca... Tak więc jeżeli w twoim sercu nie ma tej zmy­sło­wo­ści, bo przez lata nie była ona pie­lę­gno­wana, to gdy patrzysz na łubiankę pełną pach­ną­cych tru­ska­wek lub na bukiet kwia­tów albo gdy sły­szysz frag­ment pięk­nej muzyki, trudno ci to piękno doce­nić. Ta zdol­ność została gdzieś po dro­dze utra­cona. Kon­se­kwen­cją jest prze­pra­co­wany umysł. Zaczy­namy zbyt dużo myśleć, spe­ku­lo­wać i wciąż "głów­ko­wać". Powoli nasza oso­bo­wość prze­siąka tymi nie­har­mo­nij­nymi myślami, a umysł zaczyna marzyć o rze­czach, któ­rych nie ma! Wydaje się, że nie­liczni potra­fią w pełni zaak­cep­to­wać miej­sce, w któ­rym są w danym momen­cie. Nasza wyobraź­nia cią­gle wybiega w przód i kiedy już znaj­dziemy się tam, gdzie pra­gnę­li­śmy się zna­leźć, to wyobraź­nia ponow­nie wybiega do przodu. Żyjemy w spo­łe­czeń­stwie, które ni­gdy nie jest pogo­dzone z miej­scem, w któ­rym aktu­al­nie się znaj­duje... ni­gdy nie jest zado­wo­lone z tego, co ma.

Pierw­szym kro­kiem do roz­wi­nię­cia praw­dzi­wej, nie­okieł­zna­nej rado­ści życia jest dotar­cie do miej­sca, w któ­rym akcep­tu­jesz swoje oto­cze­nie i to, kim jesteś TERAZ.

To miej­sce cichej satys­fak­cji, wdzięcz­nego zado­wo­le­nia z sie­bie i z życia. Pogo­dze­nia ze sobą. Jeżeli nie znaj­dziesz tego miej­sca, będziesz cią­gle nie­za­do­wo­lony i nie­pewny. Czę­sto pierw­sze zada­nie, które daję uczest­ni­kom moich zajęć, brzmi: Nie narze­kaj przez 21 dni!

Gdy­by­śmy tylko mogli prze­stać narze­kać, to wtedy natu­ralne miłość i dobro w naszych ser­cach, natu­ralne połą­cze­nie ze wszyst­kim, mogłyby natu­ral­nie zaist­nieć i doświad­cza­li­by­śmy sta­łej rado­ści. Ale umysł jest sprytny - przy­krywa to, co czu­jemy swoją wyobraź­nią i zdol­no­ścią do prze­my­śleń, a poza tym jeste­śmy zahip­no­ty­zo­wani nie­usta­ją­cymi dzia­ła­niami; trudno się dzi­wić, że tra­cimy kon­takt ze sobą...

Wie­rzę, że powrót do tego miej­sca w swoim wnę­trzu jest moż­liwy i naprawdę pro­sty. To tylko sprawa prze­war­to­ścio­wa­nia, czyli nada­nia war­to­ści temu, co już masz. Nie ozna­cza to wcale końca marzeń, ambi­cji i celów. Praw­dziwe jest to, co jest teraz. Jeżeli to, co jest teraz, jest dla cie­bie naj­waż­niej­sze, to wtedy każdy moment każ­dego dnia jest naj­waż­niej­szy. Ina­czej okaże się, że cią­gle zasta­na­wiasz się, czego potrze­bu­jesz do szczę­ścia. I być może mówisz coś takiego: "Wła­ści­wie to jestem szczę­śliwa, ale... jeżeli ten dosko­nały zwią­zek w końcu pojawi się w moim życiu, to wtedy będę naprawdę szczę­śliwa". No i masz zapew­nione - tydzień póź­niej spo­ty­kasz tego ide­al­nego faceta, ale zamiast powie­dzieć sobie: "To jest to", mówisz: "No tak - ten zwią­zek jest fajny, ale... gdy zacznę zara­biać 20 tysięcy zł mie­sięcz­nie, wtedy będę szczę­śliwa".

Ni­gdy nie docie­ramy do miej­sca rów­no­wagi, jeśli nie możemy powie­dzieć sobie: To jest to. Jestem szczę­śliwy. Nie mam może jesz­cze wszyst­kiego, czego pra­gnę, ale jestem szczę­śliwy z tym, co mam.

Wszyst­kie mistyczne filo­zo­fie świa­towe mówią jedno i to samo:

Zatrzy­maj się. Ucich­nij. Zasty­gnij w bez­ru­chu. Zaak­cep­tuj miej­sce, w któ­rym jesteś teraz.

Prze­sła­nie róż­no­ra­kich tra­dy­cji suge­ruje zaprze­sta­nie spe­ku­la­cji umy­sło­wej na temat zna­cze­nia życia i zada­wa­nia tego bez­sen­sow­nego pyta­nia: "Dla­czego?". Jeżeli uda ci się uspo­koić umysł na tyle, by dotrzeć do miej­sca akcep­ta­cji, to nagle te wszyst­kie burze wokół cie­bie, te pra­gnie­nia, te nie­za­do­wo­le­nia (w końcu umysł ma to do sie­bie, że jest stale nie­za­do­wo­lony), ta ener­gia wypala się, uspo­kaja, przy­ci­cha. Wtedy możesz skon­tak­to­wać się ze swoim praw­dzi­wym wewnętrz­nym jeste­stwem i zacząć dostrze­gać, co jest praw­dziwe, co jest rze­czy­wi­ste. Co wymaga zmiany, a co trzeba zosta­wić tak, jak jest. Akcep­ta­cja jest tak pro­sta - to prze­cież tylko opi­nia. Brak akcep­ta­cji to też tylko opi­nia. Jest tak, jak jest. Gdy dotrzesz do miej­sca akcep­ta­cji, będziesz abso­lut­nie wolny. Możesz spo­koj­nie patrzeć na kogoś ze swo­jej rodziny, kto robi bez­sen­sowne rze­czy, i zamiast pró­bo­wać zmie­niać tę osobę na siłę, możesz po pro­stu powie­dzieć sobie: Ona jest taka, jaka jest. On jest taki, jaki jest. Wtedy mogą wyda­rzyć się dwie rze­czy: albo ta osoba się zmieni, albo nie. Ale bez względu na to, co się sta­nie - dla cie­bie nie ma to zna­cze­nia. Jeżeli jej wybór wpływa na cie­bie w nie­po­żą­dany spo­sób, to masz ten wspa­niały dar od Boga - nogi: po pro­stu odejdź!

Filo­zo­fię typu "jest tak, jak jest" możesz zasto­so­wać we wszyst­kich dzie­dzi­nach swo­jego życia. W końcu to tylko opi­nie powo­dują nasze zmar­twie­nia. Im mniej będziesz mieć opi­nii, w tym więk­szym stop­niu będziesz wolny. W końcu to tylko opi­nia nie­któ­rych ludzi, że musisz być bogaty. Jest tak, jak jest - albo jesteś bogaty, albo nie! To tylko opi­nia mówi, że musimy mieć pokój na świe­cie. Wole­li­by­śmy, żeby był pokój. Ale cóż zro­bić, gdy cią­gle są kon­flikty? Czy pozwo­lisz, żeby zmar­no­wało ci to życie? Natu­ral­nie, że wolał­byś mieć zdrowe ciało. Ale co wtedy, jeżeli twoją karmą czy prze­zna­cze­niem w tym życiu jest posia­da­nie ciała, które nie jest w pełni sprawne i mocne? Czy w związku z tym pozwo­lisz, żeby życie prze­szło ci koło nosa? Czy to, że kule­jesz, powstrzyma cię od spa­ce­ro­wa­nia po lesie? NIE POZWÓL NA TO! Jest tak, jak jest. Jeżeli kule­jesz, to kule­jesz. To cho­dzisz na "kulawe" spa­cery po lesie. Ale cho­dzisz!

W miarę jak to miej­sce akcep­ta­cji staje się twoim natu­ral­nym sta­nem, zaczy­nasz rozu­mieć, że nie da się doko­nać zmiany na siłę. Zmie­nisz się, kiedy będziesz gotów do zmiany! Twoje życie się zmieni, jak doj­rze­jesz do jego zmiany. Doświad­czy­łam tego w swoim życiu z pale­niem papie­ro­sów. Pew­nego dnia po pro­stu pale­nie prze­stało mi spra­wiać przy­jem­ność. Pali­łam jesz­cze przez parę tygo­dni, aż przy­szedł TEN dzień. I prze­sta­łam! Koniec, kropka. Potem przez wiele lat, kiedy mia­łam na to ochotę (raz na kilka mie­sięcy czy lat), zapa­la­łam papie­rosa, a teraz po pro­stu nie palę.

Prze­nie­sie­nie się z miej­sca cią­głej kon­fu­zji w miej­sce spo­koj­nej pro­stoty, w miej­sce zmy­sło­wo­ści życia jest naprawdę pro­ste.

Zako­cha­nie się w życiu to pełna akcep­ta­cja go takim, jakie jest.

A jak możesz objąć życie bez zaak­cep­to­wa­nia go takim, jakie jest? Jeżeli nie zaak­cep­tu­jesz życia, wtedy cią­głe zamar­twia­nie się nie pozwoli ci w pełni wszyst­kimi zmy­słami doce­niać życia. Co ci po zapro­sze­niu na to nie­zwy­kłe przy­ję­cie, skoro jesteś tak zaafe­ro­wany tym, że jesteś na tym przy­ję­ciu, iż zapo­mi­nasz o tym, żeby jeść?

Dzisiaj

Po pierw­sze: zaak­cep­tuj dobroć swo­jego serca i miej­sce, w któ­rym jesteś w życiu. Po dru­gie: zaproś z powro­tem do swo­jego życia natu­ralną dzie­cięcą pro­stotę. "Pożycz" małe dziecko od sio­stry, kuzy­nów, zna­jo­mych, sąsia­dów i spędź z nim 24 godziny. Obser­wuj to dziecko. Niech ono będzie twoim nauczy­cie­lem na tym szko­le­niu z dzie­cię­cej nie­win­no­ści. Po trze­cie: zre­zy­gnuj świa­do­mie z nadak­tyw­no­ści w życiu i w gło­wie. Po czwarte: zre­zy­gnuj z powagi. Pozwól sobie na bycie rado­snym lek­ko­du­chem. To nie jest takie trudne - przej­rzyj swoje życie i sprawdź, które rejony są zbyt poważne, zbyt nadęte, zbyt skom­pli­ko­wane. Wróć do magicz­nego momentu tu i teraz, w któ­rym doświad­czasz pełni swo­jej mocy.

Życie jest radosne, życie jest piękne

W miarę jak roz­wi­jasz w sobie wolne od trosk i zmar­twień podej­ście do życia, sta­jesz się wędrow­cem, który jest jed­no­cze­śnie zor­ga­ni­zo­wany i niezor­ga­ni­zo­wany. Który przy­bywa na czas, a cza­sami się spóź­nia. Na któ­rym można pole­gać, a cza­sami nie... Wraz z roz­wo­jem takiego podej­ścia wyzwa­lasz się z rutyny i sta­jesz wolną osobą. Osobą, która chcia­łaby, żeby sprawy ukła­dały się w okre­ślony spo­sób, ale jeśli dzieje się ina­czej, to też jest szczę­śliwa, też się uśmie­cha.

Jeżeli nie sprze­da­jesz światu jakie­goś wymy­ślo­nego wize­runku sie­bie, jeżeli nie musisz utrzy­my­wać jakiejś spe­cjal­nie waż­nej pozy­cji czy jakiejś nie­praw­dzi­wej cechy, możesz stop­niowo wró­cić do tego, kim naprawdę jesteś. Możesz auten­tycz­nie być sobą, nie musząc nikomu z niczego się tłu­ma­czyć, niczego udo­wad­niać. Albo akcep­tu­jesz sie­bie w pełni takim, jakim jesteś, albo nie.

Jeżeli akceptujesz siebie, to do czego ci potrzebna akceptacja innych...?

Wtedy jesteś w tej kom­for­to­wej sytu­acji, że albo cię lubią, albo nie, albo cię wspie­rają, albo nie, albo są po two­jej stro­nie, albo nie. Dla cie­bie nie ma to żad­nego zna­cze­nia, bo ty w pełni akcep­tu­jesz sie­bie. Jesteś na cudow­nej i moc­nej pozy­cji, z któ­rej ni­gdy nie musisz się tłu­ma­czyć, wyja­śniać, ni­gdy też nie musisz prze­pra­szać i kom­bi­no­wać. JEST TAK, JAK JEST. Piękno takiej postawy tkwi w tym, że nie musisz trzy­mać się kur­czowo niczego, co jest sztuczne i nie­praw­dziwe. Po pro­stu daj sobie prawo do tego, że jesteś czło­wie­kiem - że nic, co ludz­kie, nie jest ci obce.

Nie tak dawno temu byłam tłu­ma­czem na zaawan­so­wa­nym semi­na­rium meta­fi­zycz­nym dla ponad 600 uczest­ni­ków. Temat był bar­dzo poważny, a słu­cha­cze bar­dzo zaan­ga­żo­wani. W pew­nym momen­cie instruk­tor podał wyja­śnie­nie jakiejś bar­dzo waż­nej kwe­stii... Powie­dział coś po angiel­sku w taki spo­sób, że mnie, Polce, wydało się to nie­praw­do­po­dob­nie śmieszne i przy­wo­łało mnó­stwo fry­wol­nych sko­ja­rzeń. Z całej siły trzy­ma­jąc fason, prze­tłu­ma­czy­łam pierw­szą cześć zda­nia - a potem nagle par­sk­nę­łam śmie­chem... Jak już zaczę­łam się śmiać, to wygięło mnie w pół. Zaczę­łam rżeć... potem chi­cho­tać... a potem już nie mogłam się opa­no­wać, bo kątem oka zła­pa­łam zdu­miony wyraz twa­rzy pro­wa­dzą­cego. Sala na chwilę zamarła... a potem nagle gruch­nął wszech­ogar­nia­jący śmiech. Pro­wa­dzący po chwili dez­orien­ta­cji przy­łą­czył się do nas. Po jakimś cza­sie otar­łam łzy i byłam gotowa do tłu­ma­cze­nia. Instruk­tor powie­dział to samo zda­nie i w tym samym momen­cie ja znowu ryk­nę­łam śmie­chem. Sala ze mną. I tak było ze trzy razy. W końcu pomię­dzy wybu­chami śmie­chu, trzy­ma­jąc się za brzuch, zaczę­łam pro­sić, żeby ktoś mnie zastą­pił. Tak skoń­czyła się moja repu­ta­cja poważ­nej, pro­fe­sjo­nal­nej tłu­maczki, która zawsze nad sobą panuje. To było bar­dzo ludz­kie - to był taki moment jak w kome­dii, który przy­po­mi­nał, że w całej powa­dze tych duchowo-meta­fi­zycz­nych roz­trzą­sań czę­sto zapo­mi­namy się śmiać. Zapo­mi­namy, że jeste­śmy tylko ludźmi. Zapo­mi­namy, że to wszystko jest nie­praw­do­po­dob­nie śmieszne. To bar­dzo ważne, żeby nie trak­to­wać sie­bie zbyt serio. Śmiech to zdro­wie! Za każ­dym razem, gdy się dobrze wyśmie­jesz, możesz zoba­czyć radość we wszyst­kim, co cię ota­cza.

I tak jak w tej sce­nie. Sytu­acja była co naj­mniej żenu­jąca, a ja po pro­stu pozwo­li­łam sobie na głupi chi­chot, który pocią­gnął za sobą roz­ba­wie­nie całej sali. Śmia­li­śmy się przez kil­ka­na­ście minut, odpo­czę­li­śmy i do tej pory docie­rają do mnie opo­wie­ści, że był to naj­moc­niej­szy punkt pro­gramu tego week­en­do­wego semi­na­rium. Jestem czło­wie­kiem i daję sobie prawo do zwy­kłych ludz­kich ułom­no­ści. Nie jestem dosko­nała i mam nadzieje, że ni­gdy nie będę. Mam za to w sobie dzie­cięcą cie­ka­wość i zachwyt. Cią­gle się uczę.

Nikt z nas nie przy­szedł na ten plan fizyczny po to, żeby być dosko­na­łym. Samo to, że nie jeste­śmy dosko­nali, czyli całe te duchowe poszu­ki­wa­nia, to prze­cież taka wspa­niała przy­goda. Daruj sobie - nie musisz wyma­gać od wszyst­kich wokół cie­bie, by byli dosko­nali. Ta wła­śnie świa­do­mość nie­do­sko­na­ło­ści pozwala obu­dzić się w twoim sercu potrze­bie wyba­cza­nia. Sobie i całemu światu.

Pomyśl o wszyst­kich swo­ich błę­dach, upad­kach i poraż­kach. Jeden z moich wiel­kich nauczy­cieli, David Neenan, na szko­le­niu Busi­ness & You - The Wor­king Game (Biz­nes i ty - gra, która działa), powta­rza wie­lo­krot­nie w cza­sie trzech dni tych opar­tych na grach edu­ka­cyj­nych zajęć: Mista­kes are great moments! Błędy to wiel­kie chwile. Błędy są jedy­nymi momen­tami, w któ­rych naprawdę możemy się uczyć.

Uro­dzi­li­śmy się bez instruk­cji obsługi. Nie jeste­śmy urzą­dze­niem, który zaopa­trzono w prze­wod­nik z infor­ma­cjami doty­czą­cymi użyt­ko­wa­nia. Poja­wi­li­śmy się na Ziemi w wymia­rze fizycz­nym i racz­ku­jąc, pró­bu­jemy zro­zu­mieć, o co tu cho­dzi, co jest grane. Nie mamy żad­nych wska­zó­wek. Nikt nas nie wziął za rękę i nie powie­dział: Słu­chaj, to jest tak i tak. Idziesz w dobrą stronę. Nie pozwól też, aby poczu­cie winy i wstydu prze­jęło pano­wa­nie nad twoim życiem.

Wszyst­kie błędy, które popeł­ni­łeś, były ci potrzebne! Tak samo jak były potrzebne wszyst­kim oso­bom, na które twoje błędy miały wpływ!

Jeżeli nie teraz, to kiedy? Jeżeli nie ty, to kto

Zacznij uzdra­wiać swoje życie. Jeżeli w prze­szło­ści była wokół cie­bie jakaś "zła ener­gia", to co z tego? Możesz posta­no­wić - jak tylko będziesz gotów - że ta ener­gia jest piękna. Możesz zacząć ją postrze­gać jako kolejną oka­zję do nauki. Stop­niowo, w miarę jak robisz prze­gląd swo­jego życia, możesz zre­zy­gno­wać z opi­nii typu: "Nie powin­nam była tego zro­bić! Powin­nam zro­bić to!". Zro­bi­łam, co zro­bi­łam. I tu wra­camy do zasad­ni­czej sprawy - jak mamy roz­wi­nąć w sobie tę duchową har­mo­nię i zrów­no­wa­żoną postawę, która zapewni nam stałą radość. Co jest esen­cją tej har­mo­nii? Wie­rzę, że jest nią wła­dza nad swoim życiem. Ma to miej­sce wtedy, kiedy panu­jesz nad tym, co wyda­rza się w twoim życiu, czyli masz kon­trolę nad swoją rze­czy­wi­sto­ścią.

Kiedy cisza i spo­kój zaczy­nają ist­nieć w twoim świe­cie, w natu­ralny spo­sób nawią­zu­jesz kon­takt z tą czę­ścią sie­bie, którą można nazwać Wyż­szym Ja. To wła­śnie Wyż­sze Ja wpro­wa­dza rów­no­wagę do każ­dego aspektu two­jego życia. W miarę jak ta duchowa ener­gia w tobie osiąga coraz wyż­szą wibra­cję, w miarę jak coraz bar­dziej kon­cen­tru­jesz się na pięk­nie, wdzięcz­no­ści i rado­ści, zni­kają wszyst­kie kon­flikty. Zmar­twie­nia i walka już nie mają miej­sca w twoim życiu.

Life was not meant to be a strug­gle. (Życie nie ma być walką).

Stu­art Wilde

Będą oczy­wi­ście wysi­łek i inten­syw­ność, nie­zbędne do osią­gnię­cia two­ich celów, lecz nie będzie to walka. To wysi­łek bez emo­cji. To pro­stota w tobie, która rozu­mie, że ty nic nie rozu­miesz, że wiesz, iż nic nie wiesz. Nie musisz wie­dzieć wszyst­kiego, by doświad­czać spo­koju, czuć się bez­piecz­nie i cie­szyć życiem. Nie musisz wie­dzieć, co wyda­rzy się w przy­szłym tygo­dniu. Nie musisz spe­ku­lo­wać, czy się uda, czy nie. Albo się uda, albo nie. Albo będzie tak, albo ina­czej. Nie­spo­dzie­wa­nie oto­czy cię har­mo­nia emo­cjo­nalna, a w twoją stronę zaczną pły­nąć tylko piękno, zmy­sło­wość, obfi­tość, świe­żość i poczu­cie wol­no­ści. Jeden z moich nauczy­cieli, Stu­art Wilde, twier­dzi, że tego stanu doświad­cza mniej niż 1 pro­cent miesz­kań­ców Ziemi. Dla­czego? Zapy­tany odpo­wiada: "Bo umy­sły więk­szo­ści ludzi wypeł­nione są nie­za­do­wo­le­niem i kon­fu­zją".

...według mnie życie jest pro­ste, a kom­pli­ku­jemy je sami, cała rzecz w tym, aby na powrót dotrzeć do jego pro­stoty...

Brock Tully

Warto wró­cić do pro­stoty i zmy­sło­wo­ści, któ­rej doświad­czasz, obser­wu­jąc bawiące się kociaki. Warto doce­nić piękno sma­ko­wi­tego posiłku. Warto doce­nić piękno mniej sma­ko­wi­tego posiłku, bo to pozwala ci pamię­tać, jak sma­kuje coś dobrego. Warto pozwa­lać ludziom robić to, co robią. Może nie zga­dzasz się z ich dzia­ła­niem, ale pozwa­lasz, by robili swoje. Wtedy wraca twoja moc. Wraca jako indy­wi­du­al­ność, twór­czy auten­tyzm, nie­win­ność, które wyzwa­lają cię z narzu­co­nych sobie samemu ogra­ni­czeń i dają szansę na wyra­że­nie swo­jej wyjąt­ko­wo­ści.

Trzeba się zgubić, aby się odnaleźć

Gdy tylko uspo­ko­isz swój umysł, stop­niowo zaczniesz wra­cać do rado­snego doświad­cza­nia bycia czę­ścią wszyst­kiego, do poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i spo­koju.

A czym jest lęk? Lęk jest wyłącz­nie sztuczką, tri­kiem two­jej wyobraźni, piszą­cej sce­na­riu­sze, które mogą, lecz nie muszą się wyda­rzyć. Gdy czu­jesz się ze sobą bez­piecz­nie i doświad­czasz rów­no­wagi wewnętrz­nej, to nawią­zu­jesz natu­ral­nie kon­takt z tą cząstką sie­bie, która nie zna lęku. Zwie­rzęta nie sie­dzą w lesie, zasta­na­wia­jąc się, czy za trzy i pół mie­siąca będą miały co jeść. Po pro­stu akcep­tują to, co jest. Mam teraz co jeść. A jeżeli teraz mam, to dla­czego nie miał­bym mieć za trzy mie­siące? A jak nie będzie co jeść za trzy mie­siące, to co z tego?

Jest tak, jak jest.

Wtedy natu­ral­nie roz­wi­jasz zdol­ność do kocha­nia, do peł­nego bra­nia udziału w uczcie życia, w któ­rej wszystko przy­nosi radość i pomyśl­ność... Roz­ko­szu­jesz się życiem, widzisz tylko piękno wokół sie­bie, sły­szysz muzykę, czu­jesz szczę­ście. Obser­wu­jesz z cie­ka­wo­ścią sub­telne zmiany ener­gii wokół sie­bie. Wła­śnie na tym polega róż­nica mię­dzy zaan­ga­żo­wa­nym uczest­ni­kiem a zdy­stan­so­wa­nym obser­wa­to­rem. Nie suge­ruję oczy­wi­ście, żebyś sie­dział na kra­węż­niku i w niczym nie brał udziału. Możesz być zaan­ga­żo­wany, możesz podej­mo­wać kon­se­kwentne dzia­ła­nia, możesz zazna­czyć swoją obec­ność w świe­cie, ale nie musisz pod­cho­dzić do tego tak emo­cjo­nal­nie. Możesz zro­bić od czasu do czasu krok w tył i pozwo­lić, by piękno wypeł­niło każdą komórkę two­jego jeste­stwa. W takim sta­nie we wszyst­kim, co robisz - nie­za­leż­nie od tego, czy piszesz list do przy­ja­ciela, medy­tu­jesz o zacho­dzie słońca, malu­jesz, gdy pada deszcz, czy bawisz się ze swoim dziec­kiem - zauwa­żasz natu­ralny rytm, natu­ralne piękno. I wtedy zako­cha­nie się w sobie - nie w ego­cen­tryczny spo­sób, ale poko­cha­nie sie­bie, bo pojed­na­łeś się ze sobą, bo wyba­czy­łeś sobie, bo doce­niasz sie­bie, bo wiesz, że jesteś tym wol­nym od trosk wędrow­cem - pozwala ci zako­chać się z życiu. Możesz wtedy ze zdu­mie­niem doj­rzeć piękno we wszyst­kim. Możesz odkryć odwagę od zawsze ist­nie­jącą w twoim sercu. Możesz obser­wo­wać tę odwagę, idąc po mistrzow­sku przez życie, które cie­bie kocha.

To jesteś TY - pełna rado­ści życia, pełna piękna i zmy­sło­wo­ści istota w jed­no­ści ze wszyst­kim. Ta istota pozwala, by życie było takie, jakie jest. Jeżeli to zro­bisz, to ist­nie­jąca we wszyst­kim wiecz­ność sta­nie się czę­ścią two­jego serca. Wtedy zapa­nują w nim radość i miłość. Już nie musisz wal­czyć o szczę­ście. Szczę­ście jest natu­ralną kon­se­kwen­cją miło­ści, kró­lu­ją­cej w twoim sercu. Tak oto zako­cha­nie się w życiu jest naj­bar­dziej natu­ralną rze­czą. Jest darem od Boga!

Życie cię kocha. Pamię­taj o tym!

Audio

Ewa Foley, Zako­chać się w życiu, ISI, 1997.

Zakochaj się w oddechu

Każdy świa­domy oddech służy Twemu wyzwo­le­niu. Każdy nie­uświa­do­miony zatrzy­muje Cię w wię­zie­niu.

Para­ma­hansa Yoga­nanda

Od odde­chu wiele zależy: wpływa on zarówno na nasze zdro­wie, jak i na ener­gię oraz nastrój, w jakim się znaj­du­jemy. Oddech jest pro­ce­sem nie tylko bio­lo­gicz­nym, ale też emo­cjo­nal­nym i ducho­wym. Oddech towa­rzy­szy nam od pierw­szych chwil życia. Jego rytm zmie­nia się pod wpły­wem myśli, nastro­jów i uczuć, pomię­dzy odde­chem a psy­chiką ist­nieje ści­sły zwią­zek.

Przy­bie­ra­jące na sile zanie­czysz­cze­nie powie­trza, codzienny pośpiech i stre­so­rodne sytu­acje nie­ko­rzyst­nie wpły­wają na spo­sób, w jaki oddy­chamy. Nara­sta liczba scho­rzeń dróg odde­cho­wych i płuc­nych. W naszych cza­sach na nowo odkry­wana jest pra­stara wie­dza na temat zapo­bie­gaw­czych i tera­peu­tycz­nych korzy­ści pły­ną­cych z prak­tyk odde­cho­wych. Zapo­bie­gają one złym nawy­kom odde­cho­wym oraz usu­wają fizyczne i duchowe napię­cie, przy­czy­nia­jąc się w ten spo­sób do poprawy ogól­nego samo­po­czu­cia.

Świa­doma praca z odde­chem była przez tysiąc­le­cia inte­gralną czę­ścią róż­nych odmian jogi. Świa­doma praca z odde­chem jako metoda psy­cho­fi­zycz­nego odra­dza­nia się została na nowo odkryta przez Ame­ry­ka­nina Leonarda Orra w latach sie­dem­dzie­sią­tych i nazwana "rebir­thin­giem". Szybko wzbu­dziła zain­te­re­so­wa­nie psy­cho­lo­gów, któ­rzy zaczęli włą­czać ją do pro­cesu tera­peu­tycz­nego jako dosko­nałe, pro­ste i natu­ralne narzę­dzie oczysz­cza­nia umy­słu i ciała ze zgro­ma­dzo­nych napięć, blo­kad i ura­zów psy­chicz­nych.

Rebir­thing uzdra­wia spo­sób oddy­cha­nia oraz zwią­zane z nim sche­maty emo­cjo­nalne. Leonard Orr pisze:

Rebir­thing, będąc nową jogą, nie jest dys­cy­pliną. Jest on inspi­ra­cją, aktem ucze­nia się oddy­cha­nia od samego odde­chu. Jest on połą­cze­niem wde­chu z wyde­chem w swo­bod­nym intu­icyj­nym ryt­mie dotąd, aż oddech wewnętrzny, to jest Duch - samo źró­dło odde­chu, zjed­no­czy się z powie­trzem, z odde­chem zewnętrz­nym.

Po raz pierw­szy zetknę­łam się z tą metodą odra­dza­nia psy­cho­fi­zycz­nego na początku lat osiem­dzie­sią­tych w Austra­lii, w cza­sie pro­wa­dzo­nego przez Son­drę Ray Tre­ningu Związ­ków Miło­ści (LRT - Loving Rela­tion­ships Tra­ining). Ta pierw­sza sesja odde­chowa była dla mnie wiel­kim ducho­wym prze­ży­ciem, mistycz­nym doświad­cze­niem, które odmie­niło moje życie, ciało i umysł. Posta­no­wi­łam wtedy ją zgłę­bić i czy­nię to do tej pory. Z wyjąt­kiem, być może, medy­ta­cji, nie znam innego narzę­dzia tak prze­obra­ża­ją­cego jak rebir­thing. Rebir­thing w dosłow­nym tłu­ma­cze­niu ozna­cza "odro­dze­nie" czy "ponowne naro­dziny". Nie jest prak­tyką reli­gijną (choć ja oso­bi­ście uwa­żam, że jest święty) ani też żadną inną formą tera­pii (cho­ciaż coraz czę­ściej psy­cho­lo­go­wie posłu­gu­jący się tą metodą twier­dzą, że jest o wiele szyb­szy i efek­tyw­niej­szy od wielu rodza­jów psychotera­pii). Jest jedną z naj­szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cych się, naj­bar­dziej popu­lar­nych na świe­cie metod samo­do­sko­na­le­nia. Jest pro­ce­sem roz­woju oso­bi­stego, który opiera się na dwóch fila­rach. Jed­nym jest pro­sta tech­nika oddy­cha­nia, któ­rej celem jest łagodne i deli­katne usu­nię­cie stresu, blo­ków i stłu­mio­nych emo­cji w sfe­rze men­tal­nej, umy­sło­wej i fizycz­nej, szcze­gól­nie tych, które powstały w cza­sie porodu i we wcze­snym dzie­ciń­stwie. Dru­gim jest filo­zo­fia mówiąca, że myśl ludzka jest twór­cza; poprzez myśli czło­wiek kreuje swoją rze­czy­wi­stość.

Więk­szość z nas obcią­żona jest blo­kami ener­gii nega­tyw­nej, i to w takim stop­niu, że nie możemy w pełni doświad­czać życia. Ponie­waż bloki te tkwią wewnątrz nas od bar­dzo dawna, zwy­kle nawet nie zda­jemy sobie sprawy z ich ist­nie­nia. Nie wiemy, że to one powo­dują więk­szość życio­wych pro­ble­mów. Głę­bo­kie, pełne, połą­czone oddy­cha­nie w cza­sie trwa­ją­cej około godziny medy­ta­cji uzdra­wia i oczysz­cza z tej obcią­ża­ją­cej ciało, umysł i emo­cje ener­gii. Rezul­ta­tem jest rado­sna inte­gra­cja, co pozwala nam peł­niej kochać i bar­dziej cie­szyć się życiem. Rebir­thing jest nauką o rado­ści, pro­wa­dzoną przez całe życie. Jest sztuką świa­do­mego odde­chu.

Natych­mia­stowe korzy­ści z sesji odde­cho­wych są nastę­pu­jące:

reduk­cja stresu poprzez głę­boką relak­sa­cję, lep­sze zdro­wie i dosko­nałe samo­po­czu­cie, wię­cej mło­dzień­czej wital­no­ści i ener­gii, sta­bi­li­za­cja emo­cjo­nalna, efek­tyw­niej­sze roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, zwięk­sze­nie zdol­no­ści postrze­ga­nia i doko­ny­wa­nia pozy­tyw­nych zmian, jasność umy­słu, popraw­niej­sze i łatwiej­sze sto­sunki mię­dzy­ludz­kie, spo­kój wewnętrzny, zdol­ność do współ­od­czu­wa­nia i empa­tii, poczu­cie trwa­łego szczę­ścia, posze­rze­nie świa­do­mo­ści, poczu­cie wła­snej war­to­ści i god­no­ści, poczu­cie wypeł­nie­nia ener­gią, stan rów­no­wagi wewnętrz­nej, odczu­cie połą­cze­nia ze źró­dłem ener­gii kosmicz­nej, głę­bo­kie poczu­cie celu i sensu życia.

Zanim opo­wiem, jak działa metoda świa­do­mego połą­czo­nego oddy­cha­nia, chcia­ła­bym wyja­śnić, dla­czego działa. Działa, ponie­waż zmie­nia nasze nega­tywne, destruk­cyjne podej­ście i skłon­no­ści w życiu na pozy­tywne oraz usuwa fizyczne, men­talne i emo­cjo­nalne bloki prze­cho­wy­wane w ciele jako stres. Czę­sto przy­czyną tych blo­ków jest nega­tywne myśle­nie. Uwa­żam, że ze wszyst­kich badań, które mogą być prze­pro­wa­dzane na świe­cie, naj­waż­niej­sze doty­czą tego, w jaki spo­sób myśli, prze­ko­na­nia i podej­ścia kształ­tują ludz­kie doświad­cze­nia. Chcia­ła­bym poświę­cić temu zagad­nie­niu tro­chę czasu w nadziei, że zain­spi­ruję cię do dal­szych prze­my­śleń.

Jestem pewna, że wiesz już, iż samo życze­nie sobie, żeby coś się zmie­niło w twoim życiu, nie wystar­cza. Nawet gdyby poja­wiła się wróżka, poma­chała magiczną różdżką i natych­miast wszystko by się zmie­niło - zapew­niam cię, że w nie­dłu­gim cza­sie twoje życie sta­łoby się znowu takim samym odbi­ciem two­ich wła­snych wewnętrz­nych uczuć, prze­ko­nań, myśli i obra­zów o nim.

Wyobraź sobie, że sie­dzisz w kinie i oglą­dasz film. Odwróć się w stronę pro­jek­tora. Co widzisz? Po pro­stu biały snop świa­tła. Gdy­byś wstał i pod­szedł do ekranu, prze­ko­nał­byś się, że jest to zwy­kła biała powierzch­nia. A prze­cież w cza­sie filmu uka­zuje się na nim tyle dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, tyle inten­syw­nych prze­żyć. Skąd one się biorą? Cały ten dra­mat zawarty jest na taśmie fil­mo­wej wło­żo­nej do pro­jek­tora. Gdy­byśmy bli­żej przyj­rzeli się tej taśmie, zoba­czy­li­by­śmy, że składa się ona z nie­ru­cho­mych kla­tek foto­gra­ficz­nych. Ale gdy wło­żysz ją do pro­jek­tora fil­mo­wego i zaczniesz wyświe­tlać, spra­wia wra­że­nie ruchu, wydaje się rze­czy­wi­sta. Wygląda praw­dzi­wie, brzmi praw­dzi­wie, odbiera się ją praw­dzi­wie. Te wła­śnie obrazki na taśmie fil­mo­wej można porów­nać do prze­cho­wy­wa­nych przez cie­bie myśli i prze­ko­nań. Neu­tralne białe świa­tło, które prze­pływa przez ten film, two­rzy na bia­łym, neu­tral­nym ekra­nie dra­mat, który by­naj­mniej nie jest neu­tralny. I tak samo jak w kinie: jeżeli chcesz zoba­czyć coś innego - w końcu bez sensu byłoby obwi­niać to, co jest już na ekra­nie - musisz zmie­nić film!

Kiedy podej­mu­jesz świa­domą pracę nad sobą, jaką pro­po­nuje rebir­thing, to tak jak­byś zwal­niał tempo wyświe­tla­nia filmu, abyś mógł się lepiej przyj­rzeć poje­dyn­czym obra­zom i w ten spo­sób odkryć znie­kształ­ce­nie, któ­rego nie mogłeś dostrzec przy więk­szej szyb­ko­ści wyświe­tla­nia.

Aby doświad­czyć innego świata, nie możesz zaczy­nać od zmiany tegoż świata, lecz od zmiany sie­bie i swo­ich wewnętrz­nych fil­trów, bo dopiero wtedy będziesz mógł oglą­dać świat przez czy­sty filtr i w pełni podzi­wiać jego piękno. Odkry­cie, że nasz filtr jest lekko przy­bru­dzony czy zanie­czysz­czony doświad­cze­niami z prze­szło­ści, to czę­sto już pierw­szy krok w kie­runku uzdro­wie­nia. Możemy wtedy świa­do­mie zacząć pracę w prze­ko­na­niu, że nasze życie zależy od nas, że możemy pod­nieść jego jakość, doko­nać pozy­tyw­nych zmian poprzez zmianę myśli, prze­ko­nań i decy­zji, które pod­ję­li­śmy w prze­szło­ści. Dla mnie było to jed­nym z naj­waż­niej­szych odkryć. Do tego czasu żyłam prze­ko­nana, że dzieje mi się krzywda, że życie jest nie­spra­wie­dliwe, że jestem ofiarą ota­cza­ją­cego mnie świata i oko­licz­no­ści, mojego męża, mojego szefa.

Dzi­siaj wie­rzę, że nie ma ofiar - wszy­scy jeste­śmy tu na ochot­nika. Wie­rzę, że to my kreu­jemy swoją rze­czy­wi­stość tak, aby się w końcu prze­bu­dzić i jak naj­wię­cej nauczyć.

Pew­nie sam fakt, że teraz czy­tasz te słowa, świad­czy o tym, że jesteś gotów się prze­bu­dzić i żyć świa­do­mie. Podobno nauczy­ciel poja­wia się wtedy, gdy uczeń jest gotów go przy­jąć. Nauczy­cie­lem może być prze­czy­tana książka, "przy­pad­kowo" (piszę w cudzy­sło­wie, bo zapewne wiesz, że nie ma przy­pad­ków...) usły­szana audy­cja w radio, tekst z reklamy tele­wi­zyj­nej czy napis na samo­cho­dzie. Wiele lat temu, kiedy roz­pa­dał się mój kolejny zwią­zek, a ja sama pogrą­ża­łam się z tego powodu w bar­dzo nie­cie­ka­wym nastroju, jadąc do Syd­ney, zoba­czy­łam na poru­sza­ją­cym się przede mną samo­cho­dzie napis:

Expect a miracle. (Spo­dzie­waj się cudu).

Tego samego wie­czoru kole­żanka zapro­siła mnie na wykład wpro­wa­dza­jący do... Kursu Cudów - i w ten spo­sób poja­wiło się w moim życiu dzieło-nauczy­ciel Kurs Cudów!!! Inny przy­kład: wio­sna 1995 roku, w księ­garni we Wro­cła­wiu mój przy­ja­ciel dosłow­nie wło­żył mi do ręki książkę Tajem­nice Chri­stiny Tho­mas. Prze­szły mnie dresz­cze, lecz widocz­nie nie byłam gotowa, bo ją odło­ży­łam. Po powro­cie do War­szawy zna­la­złam Tajem­nice na moim biurku. Inna bli­ska osoba posta­no­wiła mi ją poda­ro­wać. Ufajmy swoim przy­ja­cio­łom! Czę­sto są to nasi prze­wod­nicy duchowi w ciele fizycz­nym. To wiel­kie bło­go­sła­wień­stwo mieć ich w swoim życiu. Otwo­rzy­łam książkę na stro­nie 70 i mój wzrok padł na zda­nie: Oddech jest bra­ku­ją­cym ogni­wem!

Czy­ta­jąc, czu­łam czy­stość i piękno duszy Chri­stiny. Tak bar­dzo chcia­łam ją poznać. Po kilku dniach z Anglii przy­szła gazetka Sto­wa­rzy­sze­nia Rebir­the­rów Bry­tyj­skich "Bre­athe" (Oddy­chaj), a w niej ulotka o tre­ningu Chri­stiny Tho­mas w Anglii. Nie­stety, widocz­nie znowu nie byłam gotowa na spo­tka­nie z nią, bo daty pokry­wały się z moimi uprzed­nio potwier­dzo­nymi zaję­ciami, któ­rych nie mogłam odwo­łać. Dałam tę ulotkę mojej zna­jo­mej, która natych­miast zare­zer­wo­wała bilet i pole­ciała na ten tre­ning, bio­rąc ze sobą mój list do Chri­stiny, zapra­sza­jący ją do Pol­ski. W trak­cie tre­ningu Chri­stina nagle zaczęła opo­wia­dać, jak bar­dzo bli­ska jest jej Pol­ska, że od kilku lat ma wizje zwią­zane z Pol­ską i Pola­kami i że bar­dzo kocha nasz kraj, mimo że ni­gdy w nim nie była, bo nie miała od nikogo zapro­sze­nia... W tym momen­cie wstała moja "kurierka" i wrę­czyła Chri­sti­nie list, mówiąc: "Oto zapro­sze­nie. Wła­śnie je przy­wio­złam!".

Chri­stina była tak poru­szona, że popły­nęły jej łzy. Tak samo jak ja pła­ka­łam ze wzru­sze­nia, trzy­ma­jąc ją za ręce i patrząc w jej piękne, czy­ste, szma­rag­dowe oczy, kiedy w końcu spo­tka­ły­śmy się kilka mie­sięcy póź­niej. Chri­stina w odpo­wie­dzi na mój list zapro­siła mnie na pro­wa­dzoną corocz­nie dwu­ty­go­dniową inten­sywną mię­dzy­na­ro­dową szkołę rebir­thingu w zało­żo­nym przez nią Inner Light Insti­tute (Insty­tut Świa­tła Wewnętrz­nego) w sta­nie Wir­gi­nia w USA. Natych­miast zare­zer­wo­wa­łam bilet. Bar­dzo się bałam, ale wie­dzia­łam, że muszę tam jechać. Wyru­szy­łam w drogę, zbie­ra­jąc całą odwagę, jaką mia­łam, bo wie­dzia­łam, że jest to skok w nie­znane. I prze­czu­cia mnie nie myliły - w cza­sie tych dwóch tygo­dni sko­czy­łam w prze­paść nie­znanego, spo­tka­łam się z moim cie­niem, ze swoim "ter­ro­ry­stą", jak Chri­stina nazywa te wyparte, głę­boko ukryte w każ­dym z nas ener­gie. I prze­ży­łam! Teraz cień ów jest moim sprzy­mie­rzeń­cem.

Jestem prze­ko­nana, że oddech jest fak­tycz­nie bra­ku­ją­cym ogni­wem mię­dzy duchem (duszą) i mate­rią (cia­łem). Twój oddech jest pomo­stem mię­dzy świa­tem widzial­nym a niewidzial­nym, jest punk­tem wymiany mię­dzy tym, co przyj­mu­jesz, a tym, co wyda­lasz, punk­tem, w któ­rym myśl daje formę duchowi. Oddech to życie, to ener­gia życiowa.

W Indiach jest ona nazy­wana "praną", w Japo­nii "ki", w Chi­nach "chi", w Egip­cie zwana była "ka". Oddy­cha­nie zaczyna się w chwili uro­dze­nia, a koń­czy w momen­cie śmierci. Ludzie mogą żyć tygo­dniami bez jedze­nia, całe dnie bez wody, ale tylko około trzech minut bez oddy­cha­nia. Przyj­rzyjmy się bli­żej oddy­cha­niu i spró­bujmy zro­zu­mieć, jak i dla­czego jest ono tak mocno wple­cione w nasze życie.

Jakość two­jego oddy­cha­nia odzwier­cie­dla jakość two­jego życia. Spo­sób, w jaki oddy­chasz, odsła­nia twoje zasad­ni­cze nasta­wie­nie do życia; w trak­cie rebir­thingu twój oddech zostaje w spo­sób natu­ralny przy­wró­cony rów­no­wa­dze i har­mo­nii, którą znał­byś cały czas, gdyby nie trauma pierw­szego odde­chu. Wróćmy więc do począt­ków. Do pierw­szego odde­chu nowo­rodka. Kiedy rodzi się dziecko, jego pierw­szemu odde­chowi czę­sto towa­rzy­szą ból (szcze­gól­nie gdy pępo­wina zostaje zbyt szybko prze­cięta), strach, odczu­cia zwią­zane z zim­nem, oddzie­le­niem od matki, hała­sami i bra­niem na ręce przez obcych. Dziecko, które dotych­czas żyło w przy­ja­znym mu łonie matki, w sta­łej tem­pe­ra­tu­rze, zostaje nagle wyrwane na świat. Na prze­ra­ża­jący, nie­przy­ja­zny świat. I tak jak ty zapewne koja­rzysz uczu­cia i doświad­cze­nia z prze­szło­ści z pewną melo­dią lub zapa­chem, tak dziecko może koja­rzyć wiele nega­tyw­nych odczuć z oddy­cha­niem.

To koja­rze­nie oddy­cha­nia z nega­tyw­nymi uczu­ciami w momen­cie naro­dzin czę­sto powo­duje, że boimy się samego słowa rebir­thing, czu­jemy nie­chęć do tej metody, uni­kamy jej - no i oczy­wi­ście wstrzy­mu­jemy oddech za każ­dym razem, gdy prze­ży­wamy jakiś stres. Jest to pod­świa­domy mecha­nizm uni­ka­nia bólu prze­ży­tego wraz z tym pierw­szym odde­chem. W kon­se­kwen­cji oddy­chamy płyn­nie i swo­bod­nie tylko wtedy, kiedy jeste­śmy odprę­żeni i czu­jemy się bez­piecz­nie.

Praca domowa

Napisz spra­woz­da­nie ze swo­ich naro­dzin, zwane skryp­tem poro­do­wym, zawie­ra­jące nastę­pu­jące dane: wiek rodzi­ców (w cza­sie two­ich naro­dzin) oraz wiek sióstr i/lub braci. Czy było cesar­skie cię­cie, czy był to poród przed­wcze­sny, poślad­kowy, wywo­ły­wany, czy byłeś w inku­ba­to­rze, czy uro­dzi­łeś się po cza­sie, czy z pępo­winą owi­niętą dookoła szyi, czy zaszły jakieś inne nie­zwy­czajne oko­licz­no­ści?

Jeżeli nie pamię­tasz bądź nie możesz zdo­być takiej infor­ma­cji, nie martw się. Czę­sto wspo­mnie­nia poja­wiają się w cza­sie sesji rebir­thingu, a cza­sem uwal­niają się z ciała bez udziału umy­słu. Każde naro­dziny są oczy­wi­ście indy­wi­du­alną sprawą, nie­po­wta­rzalną i nie­po­rów­ny­walną. Spe­cy­ficzne fizyczne i emo­cjo­nalne oko­licz­no­ści twych naro­dzin skło­niły cię do wycią­gnię­cia wnio­sków, które sta­no­wią two­rzywo two­ich zasad­ni­czych nasta­wień wobec sie­bie samego i życia.

Dr Eve Jones, jedna z moich wspa­nia­łych nauczy­cie­lek, mawiała: "Prze­trwa­łeś swoje naro­dziny, czyli naj­więk­szy i naj­trud­niej­szy test swo­jego życia masz za sobą. Reszta to pestka". No wła­śnie - i tu mam dla cie­bie pyta­nie: Może nad­szedł czas, by wszystko szło łatwiej, by zrzu­cić pan­cerz i pod­dać się łagod­niej­szemu i bar­dziej kocha­ją­cemu spo­so­bowi ist­nie­nia? Wła­śnie w tym pomaga rebir­thing.

Ponie­waż nasz skrypt poro­dowy czę­sto jest sce­na­riu­szem, który powta­rzamy w życiu, po napi­sa­niu tego skryptu warto skon­tak­to­wać się z pro­fe­sjo­nal­nym rebir­the­rem, czyli prak­ty­kiem odde­chu, by omó­wić swoje naro­dziny i spraw­dzić, czy ta metoda roz­woju oso­bi­stego jest odpo­wied­nia dla cie­bie. Rebir­thing nie jest dla wszyst­kich. Na pewno nie można go pogo­dzić z nar­ko­ty­kami. Pełne, świa­dome oddy­cha­nie łączy cię z ener­gią życiową, a nar­ko­tyki odci­nają cię od niej. Także jeżeli jesteś pod opieką psy­chia­tryczną czy zaży­wasz leki prze­pi­sane przez leka­rza, które sil­nie oddzia­łują na psy­chikę, na przy­kład środki anty­de­pre­syjne, psy­cho­tro­powe czy wszel­kiego rodzaju środki uspo­ka­ja­jące, powi­nie­neś - oczy­wi­ście po uzy­ska­niu na to zgody swo­jego leka­rza - zaprze­stać przyj­mo­wa­nia leku, odcze­kać jakiś czas, aż sub­stan­cja czynna zosta­nie usu­nięta z orga­ni­zmu (około 6 mie­sięcy), i wtedy przy­stą­pić do rebir­thingu. Ja zwy­kle nie przyj­muję na sesje (indy­wi­du­alne czy gru­powe) osób, które biorą jakie­kol­wiek leki dzia­ła­jące na psy­chikę, ponie­waż uwa­żam, że przy­nio­słoby to odwrotne skutki. Leki wpły­wają hamu­jąco na emo­cje, a świa­dome, pełne oddy­cha­nie wpro­wa­dza cię w kon­takt z emo­cjami stłu­mio­nymi w pod­świa­do­mo­ści i inte­gruje je z twoją psy­chiką. Zda­rzają się od tego wyjątki, na przy­kład gdy zaapli­ko­wany lek ma prze­ciw­dzia­łać depre­sji o pod­łożu przede wszyst­kim fizycz­nym. To wszystko trzeba prze­dys­ku­to­wać z rebir­the­rem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki