Zagrożenia i wypaczenia życia zakonnego - Dysmas de Lassus

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Przedmowa

Życie konsekrowane: przygoda fascynująca czy niebezpieczna? Wstęp do polskiego wydania

Wstęp

Wprowadzenie

Ermenonville, 3 marca 1974

Doszukać się przyczyn

Forma charakterystyczna dla choroby

Słabe punkty

Układ odpornościowy

Skarb w naczyniach glinianych

1. Płomienna miłość. Między mądrością a szaleństwem

Iść do końca

Pojęcia granicy i ryzyka

Życie zakonne ma w sobie coś ekstremalnego

Poza granicą - wypaczenie

Wypaczenia sekciarskie

Podsumowanie autorstwa Isabelle Chartier-Siben

Podsumowanie siostry Chantal-Marie Sorlin

Przykład z życia wzięty

2. Pojawienie się wypaczenia sekciarskiego

Porywający założyciel

Dynamika grupy i rywalizacja

Ofiara i współwinowajca

Ciąg identycznych zachowań

Atmosfera sprzyjająca kłamstwu

Filar

Odniesienie do informacji

Konsekwencje takiej atmosfery

3. Charyzmat a instytucja

Ryba psuje się od głowy

Konieczność instytucji

Owocne napięcie między instytucją a charyzmatem

Obiektywizm a afektywność

4. Życie wspólne

Służba władzy

Władza i posłuszeństwo płynące z Wcielenia

Dla przełożonego ten, kto jest posłuszny, zajmuje miejsce Chrystusa

Przykład Świętej Rodziny

Struktura piramidalna

Zakazać wymiany myśli między członkami

Kontrolowanie myślenia

Pycha i izolacja

Jednomyślność

Atmosfera wyjątkowości

Pułapka instytucjonalizacji charyzmatu

Kult jedności

Przykład, zaufanie i komunia

5. Odniesienie do świata zewnętrznego

Odseparowanie od świata

Kryteria zdrowego odseparowania

Sekret

Czytanie korespondencji

Oblicze pokazywane światu

Ograniczenia narzucane spowiednikowi z zewnątrz

6. Posłuszeństwo, a szczególnie jego trzeci stopień

Posłuszeństwo - kamień będący fundamentem życia zakonnego

Czynność człowieka i czynność ludzka

Wola przełożonego nie jest wolą Boga

Trzeci stopień posłuszeństwa

Refleksja na temat Opatrzności

Gdy granice posłuszeństwa zostają przekroczone

Czy można zrezygnować ze swojego rozumu?

Formuła świętego Jana Klimaka

Posłuszeństwo Kościołowi

Królewski trakt posłuszeństwa

7. Asceza i wyrzeczenie

Niebezpieczeństwa duchowości posuniętej do skrajności

Wziąć siedem dawek naraz

Tradycyjność nie wystarcza

Asceza i pokuta cielesna

Równowaga

Pokora

Ofiara

Pokusa pod pozorem dobra

Wyrzeczenie nigdy nie jest na pierwszym miejscu

Duchowość substytucji

8. Towarzyszenie Duchowe

Ojcostwo duchowe

Ptak uwięziony w klatce

Wolność i przymus w towarzyszeniu

Niebezpieczeństwa związane z wprowadzeniem obcych tradycji

Starzec

Prawdziwi i fałszywi starcy

Rola opata lub przeora

Rozeznanie i towarzyszenie

Idealizm i ignorowanie tego, co ludzkie

Łaska nie niszczy natury

Źródło na pustyni

Otwartość serca

Przejrzystość czy kontrola?

Pogwałcenie sekretu

Szczególne aspekty wspólnot żeńskich

9. Nadużycie duchowe

Analiza problemu

Pierwszy kierunek - przejęcie władzy nad sumieniem

Drugi kierunek - wymaganie całkowitej uległości

Trzeci kierunek - doktryna duchowa

Nazywać zło bardziej precyzyjnie

Zniekształcony obraz Boga

Podjąć środki ostrożności

Zapewnić wolność: kanon 630 Kodeksu z 1983 roku

Towarzyszyć we właściwy sposób

Pokusy zagrażające kierownikowi duszy

Szczególny przypadek magistra nowicjatu

Bóg - źródło naszej wolności

10. Wykorzystywanie seksualne

Nadużycie władzy czy nadużycie zaufania?

Zaufanie osłabia zmysł krytyczny

Usprawiedliwienia duchowe

Stopniowe budowanie bliskości

Niesłuszna sakralizacja posłuszeństwa

Zdarza się to, co nie ma prawa się zdarzyć

Obciążanie poczuciem winy

Zawładnięcie

W osobistej relacji

We wspólnocie

Dziwne podobieństwo

Wykorzystywanie homoseksualne w życiu zakonnym

11. Ofiary

Postawić w centrum dawne, obecne i przyszłe ofiary

Uwierzyć ofiarom

Długa droga krzyżowa ofiar

Serce współczujące ofiarom

Czystość, sprawiedliwość i miłosierdzie

12. Elementy naprawy i prewencji

Przenikliwe spojrzenie

Jak wyjść z tego zamknięcia?

Pozwolić mówić

Służba prawdzie

Drobne kłamstwa

Okoliczności

Jedno kłamstwo może skrywać inne

Usprawiedliwienie kłamstwa

Kłamstwo niszczy relację, ponieważ niszczy zaufanie

Świadkowie Boga

Układ odpornościowy

Reguła instytutu i prawo Kościoła

Wizytacje - kanoniczna i apostolska

Spojrzenie z zewnątrz

Na obrzeżach życia zakonnego

Formacja, towarzyszenie duchowe

Bogactwo tradycji chrześcijańskiej

13. Dyskretne piękno

Pochwała prostoty

Owoce Ducha

Pokora i prawda

Żarliwość i wolność

Zaufanie

Miłość braterska

Szczęście

Podsumowanie

ANEKS. Świadectwo młodej kobiety, którą pociągało życie zakonne

Życie konsekrowane: przygoda fascynująca czy niebezpieczna? Wstęp do polskiego wydania

Życie zakonne, nawet we wspólnotach typowo apostolskich, to życie za zamkniętymi drzwiami. Cech pociągającej tajemniczości nadaje życiu zakonnemu fakt, iż wciąż wielu jest takich, którzy wielkodusznie wchodzą na tę drogę, wiążącą się z dobrowolnie przyjętymi ograniczeniami, jakie nakładają zakonne śluby. Nie można przejść obojętnie wobec wielu przykładów takiego sposobu realizowania wielkich duchowych pragnień, tym bardziej, że wyrastają one na gruncie osobistego przekonania, że taka jest Boża. A jakby tego wszystkiego było za mało, dochodzi do tego jeszcze fakt, że decyzja o wstąpieniu do zakonu jest "na całe życie". To między innymi z tych powodów jeszcze nie tak dawno temu wszystkich, którzy decydowali się wejść na tę drogę, uważano za swoistych "bohaterów" - przynajmniej w niektórych środowiskach. Patrzono na nich z podziwem i z zazdrością, ale także ze współczuciem, jako na tych, którzy wyrzekają się wszystkiego. Język opisujący zakonników i zakonnice podkreślał wyodrębnienie i ich separację od "świata", a w pewnym nurcie teologicznym uważano nawet, parafrazując słowa Jezusa, że w przeciwieństwie do wszystkich innych, ci za zakonnymi murami "obrali lepszą cząstkę". Wydawać by się mogło, że przekroczenie klasztornej furty równoznaczne jest z wejściem w jakiś bliżej nieokreślony przedsionek nieba...

Tymczasem dzienniki duchowe wielu świętych, a także różnego rodzaju zapiski niekanonizowanych zakonników i sióstr zakonnych pełne są przykładów dziwacznych i nie-dających się w żaden sposób uzasadnić doświadczeń, przez które nakazano im przejść w imię świętego posłuszeństwa i ćwiczenia się w pokorze, w imię zachowania Tradycji i wierności Bogu, w imię poświęcenia, które nie wiadomo czemu miało służyć i dokąd prowadzić. My, współcześni zakonnicy i siostry zakonne, między innymi dlatego patrzymy na te osoby jako na niedościgłe ideały, ponieważ wiemy, że sami nie bylibyśmy w stanie przejść przez taką szkołę łamania charakterów. Podziwiamy ich, ale też coraz częściej - Bogu niech będą dzięki - widzimy, że doświadczenia takie nikomu nie są potrzebne i nie mają żadnego sensu. Nie tyle nie bylibyśmy w stanie poddać się presji, jaką zakonnicy i siostry zakonne kiedyś musieli znieść, ale nawet tego nie chcemy. Świadomość taka w zupełnie nowym świetle stawia życie zakonne i radykalnie zmienia jego obraz. Czy to oznacza, że jesteśmy gorsi, mniej święci i mniej wierni Tradycji? Żadną miarą! Widzimy jednak, że świętość życia zakonnego nie polega na ślepym naśladowaniu tego, co było, ale na twórczej odpowiedzi na potrzeby czasu, bo Bóg nie powołuje nas do tego, abyśmy odseparowali się od świata, lecz byśmy w dialogu ze światem, wspólnie z naszymi świeckimi braćmi i siostrami, szukali śladów Bożej obecności i we wspólnej pielgrzymce doszli tam, gdzie wszyscy zdążamy - do królestwa Bożego. Pomimo zmieniających się czasów to jedno pozostaje niezmienne: Bóg i Jego królestwo. Wszystko inne musimy dostosować do czasów, w jakich przyszło nam żyć.

Jeśli wspólnota zakonna nie jest wystarczająco dynamiczna i zdolna odczytać sens zmian, jakie zachodzą we współczesnym świecie, albo gdy ci, którzy wspólnotom przewodzą, żyją w pysznym przekonaniu, iż raz na zawsze posiedli dostęp do prawdy i mądrości, wówczas następuje powolna korupcja całego organizmu, a życie zakonne staje się czymś oderwanym od rzeczywistości: niepraktycznym i zbędnym... Jeśli zaś wspólnota zakonna, posiadająca własny charyzmat, duchowość i metodologię działalności duszpasterskiej nie jest w stanie dostosować się do wymagań współczesności, niewątpliwie jest to znak, że taka wspólnota staje się zbędna.

Autor książki już na samym wstępie zaznacza, że jego dzieło jest efektem rozmów z wieloma zakonnikami i siostrami zakonnymi, których określa mianem "ofiar życia zakonnego". Czy to oznacza, że na jakimś etapie życia w strukturach wspólnot, do których weszli, zostali oszukani? Zanim powiemy "tak", weźmy pod uwagę fakt, że dla każdego, kto puka do drzwi domu zakonnego, wraz z rozpoczęciem pierwszego etapu życia konsekrowanego zaczyna się proces formacji, czyli czas, w którym on lub ona musi poznać wspólnotę i ją pokochać, a wspólnota musi poznać i pokochać ją lub jego. Życie zakonne musi być miłością z wzajemnością. Ale tak jak młody kandydat lub kandydatka musi nauczyć się czerpać z bogatego skarbca Tradycji, tak wspólnota nie może ograniczyć się do "formowania" młodych, ale musi z pełną otwartością czerpać z ich doświadczenia i charyzmatu, ponieważ to młode pokolenia wnoszą świeży powiew Ducha, dzięki któremu wspólnota nie pozostanie zamknięta na to, czym żyje świat. Każde nowe powołanie to zadanie dla całej wspólnoty, która sama musi się nauczyć jego lub ją kochać. Ten, kto formuje innych, sam musi się zmieniać. Gdy jednak zdarzy się sytuacja, że za wspólnotę odpowiedzialny jest ktoś, kto zamiast realizować Bożą strategię, siebie samego stawia jako wzór do naśladowania i domaga się dowodów wdzięczności, nietrudno o tragedię. Właśnie wtedy jego podwładni stają się "ofiarami".

Dziś wiemy, że we współczesnym Kościele nie da się skutecznie rządzić ludźmi za pomocą dekretów, których treść i zakres nie zostałyby wcześniej skonsultowane i rozeznane. Przy czym rozeznanie zawsze musi mieć charakter wspólnotowy - nie da się rozeznawać jednoosobowo. Decyzje natomiast podejmuje się indywidualnie, i ten, kto stoi na czele zakonnej wspólnoty, nie może być pozbawiony tej umiejętności (decyzje niepodjęte albo odsunięte w czasie wcale nie rozwiązują problemów, a w dodatku są duchowo i materialnie bardzo kosztowne). Rozeznanie dokonuje się na przecięciu wymiany opinii i wizji, i musi uwzględniać zarówno osobiste uzdolnienia konkretnej osoby, jak i misję całej wspólnoty, która ostatecznie istnieje z woli Bożej i powinna realizować Bożą strategię w świecie. Jeśli przełożony przy karygodnym braku pokornego uznania właściwego miejsca w strukturze - w której koniecznie należy uwzględnić czynnik nadprzyrodzony - staje się ostatecznym punktem odniesienia, struktura zaczyna niebezpiecznie się chwiać.

Dziś, nie tracąc przekonania, że życie zakonne jest ważnym obszarem na mapie Kościoła, jesteśmy gotowi, aby zupełnie otwarcie mówić nie tylko o jego pozytywnych aspektach, ale także o zagrożeniach i wypaczeniach, do jakich może dochodzić w klasztorach. Tym bardziej, że kryje się za nimi cierpienie konkretnych osób, które z entuzjazmem pragną realizować duchową misję. Otwartość w piętnowaniu błędów oczywiście nie wyeliminuje zła, ale znacznie go ograniczy. Mając świadomość, że zarówno sama struktura musi być w znacznej mierze elastyczna, jak i fakt, że za błędy najczęściej odpowiedzialny jest tzw. czynnik ludzki, jako osoby konsekrowane musimy rozwinąć w sobie wrażliwość, która pomoże nam wspierać wszelkie przejawy dobra, ale także identyfikować i przeciwstawiać się złu. Innymi słowy, musimy mieć otwarte oczy, w pełnej świadomości, że od naszej postawy dzisiaj zależy jakość życia zakonnego. Tylko wtedy, gdy jako zakonnicy i siostry zakonne będziemy dynamiczni i wiarygodni, będziemy w stanie przyczyniać się do aktywnego wspierania Kościoła żyjącego we współczesnym świecie.

Jakub Kołacz SJ

przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego w latach 2014-2020, dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM, członek komisji wyjaśniającej nadużycia dominikanina Pawła M.

Wprowadzenie

Podsumowując przemówienie o piętnastu chorobach, papież Franciszek stwierdził:

"Kiedyś czytałem, że kapłani są jak samoloty: mówi się o nich tylko wtedy, kiedy upadają, lecz jest wielu, którzy szybują. Liczni krytykują, a nieliczni modlą się za nich. To bardzo sympatyczne zdanie, ale i bardzo prawdziwe, ponieważ wskazuje na znaczenie i delikatny charakter naszej posługi kapłańskiej i mówi o tym, jak wielką szkodę może wyrządzić tylko jeden kapłan, który "upada", całemu Ciału Kościoła"1.

Moglibyśmy odnieść te słowa do życia zakonnego. Wszelkie życie społeczne - rodzina, szkoła, przedsiębiorstwo, gmina, kraj itd. - doznaje sukcesów i porażek. Porażki wspólnot zakonnych mają jednak w sobie coś szczególnie bolesnego, gdyż można do nich zastosować przysłowie: Corruptio optimi pessima2. Wspólnoty te powinny pomagać swoim członkom znajdować wewnętrzną wolność w darze, miłości, służbie, w pełni Ducha, jakże to więc możliwe, że niekiedy dzieje się coś przeciwnego i dają one śmierć zamiast życia? Zadanie tego pytania nie ma w sobie nic obrazoburczego i nie zamierza przynosić szkody życiu zakonnemu, lecz przeciwnie, chronić je przed zagrażającymi mu niebezpieczeństwami.

Katastrofy lotnicze robią wrażenie swymi rozmiarami. A przecież samolot od dawna jest nieporównanie bezpieczniejszym środkiem transportu od samochodu. Przebycie tysiąca kilometrów samochodem stanowi 45-krotnie większe ryzyko śmierci niż pokonanie ich samolotem, a 346 ofiar katastrofy DC-10 w Ermenonville, nawet jeśli sprawia większe wrażenie, nie może pozwolić zapomnieć o 13 000 ludzi zabitych na drogach w ciągu tegoż roku. A jednak wszyscy jeżdżą. Samolot stał się najbezpieczniejszym środkiem transportu dzięki nieustępliwości: każdy poważny wypadek pociąga za sobą pogłębione i kosztowne badania w celu ustalenia z możliwie jak największą pewnością dokładnej przyczyny katastrofy. Na tej podstawie można wywnioskować, jakie środki należy podjąć, by taki wypadek się nie powtórzył.

To samo moglibyśmy powiedzieć o katastrofach w życiu zakonnym. Poniższe stronice pokażą, że nie są one niczym innym niż klasycznymi wypadkami życia w społeczeństwie, ale bardziej szokują ze względu na profesję życia ewangelicznego, które podkreśla sprzeczność i może nadać wypadkom znacznie większą doniosłość. Podobnie jak transport lotniczy, życie zakonne stanowi przypadek skrajny. Zakonnicy starają się dojść do granicy daru, a to powoduje większe ryzyko przekroczenia tej granicy. Stąd konieczność przeanalizowania wypadków, które miały miejsce, aby móc wprowadzić konieczne środki zapobiegawcze. Czy zadano sobie trud, żeby zbadać przyczyny porażek i wypaczeń życia zakonnego? Do tej pory literatura przedmiotu była bardzo wątła, prawdopodobnie dlatego, że sama myśl o tym, iż życie zakonne może przedstawiać jakieś zagrożenia, właściwie nie mieściła się w głowie. Sprawa nadużyć w życiu zakonnym wypłynęła w końcu na powierzchnię pod presją kwestii wykorzystywania seksualnego. We Francji niewątpliwy zwrot stanowią poświęcone temu zagadnieniu zebrania Konferencji Monastycznej Francji w 2016 i 2017 roku. Od tamtej pory można ten temat podejmować otwarcie. Niniejsza książka powstała jako wkład w analizę i prewencję, sytuując się jak najbliżej życia wspólnotowego, gdyż niebezpieczeństwo wyraźnie zidentyfikowane stanowi znacznie mniejsze zagrożenie niż niebezpieczeństwo ukryte. Pewien tragiczny przykład konsekwencji niefrasobliwości w tej dziedzinie pomoże zrozumieć, o co toczy się gra.

Ermenonville, 3 marca 1974

Samolot Tureckich Linii Lotniczych z Istambułu do Londynu rozbił się w lesie Ermenonville po śródlądowaniu w Paryżu. 346 ofiar, nikt nie przeżył, najpoważniejsza katastrofa lotnicza na terenie Francji. Samolot typu DC-10 zderzył się z ziemią przy prędkości 700 km na godzinę, maszyna rozbiła się na drobne kawałki, ciała pasażerów były niemożliwe do rozpoznania. A tego wypadku można było uniknąć.

Przyczynę łatwo ustalono: w trakcie lotu urwały się drzwi do luku bagażowego. Tę wadę znano od lat. Była sygnalizowana od razu przy opracowywaniu konstrukcji samolotu. W niecały rok po dopuszczeniu tego statku powietrznego do użytku ledwo udało się uniknąć wypadku, przed którym ostrzegali inżynierowie: drzwi urwały się, poważnie uszkadzając samolot, i tylko mistrzostwo pilota sprawiło, że bezkolizyjnie sprowadził maszynę na ziemię. Ponieważ ofiar nie było, konstruktor nie chciał sobie uświadomić rozmiarów niebezpieczeństwa i uzyskał to, że nie spotkały go przewidziane w takim razie sankcje; zobowiązał się do podjęcia niezbędnych kroków, ale zrobił to tylko połowicznie. Ostatecznie kłamstwo spowodowało katastrofę: do książki serwisowej samolotu z Ermenonville ktoś wpisał, że konieczne poprawki zostały poczynione, podczas gdy tak nie było. Ukryte zagrożenie ujawniło się w końcu w tragiczny sposób.

Konstruktora, który chciał ochronić swój wizerunek, bezpośrednio dotknęły konsekwencje jego lekkomyślności. Procesy i kary finansowe doprowadziły do krachu spółki lotniczej. Przewoźnik przestał istnieć w 1997 roku.

Doszukać się przyczyn

Niedawne ujawnienie nazbyt wielu wypaczeń w życiu zakonnym odgrywa dzisiaj tę samą rolę, co katastrofa w Ermenonville. Nie sposób już ignorować zagrożeń, na jakie narażone jest życie zakonne za sprawą praktyk pozbawionych roztropności czy jawnie zdeprawowanych. Idzie o psychiczne i duchowe życie ludzi. Czy powinniśmy dojść do tych samych wniosków, co specjaliści od bezpieczeństwa w ruchu powietrznym? Czy aby doszło do naprawy znanej wady konstrukcyjnej samolotu, iluś ludzi musiało zginąć? Gdy bowiem nie ma ofiar, nic się nie zmienia, na pierwszym miejscu stoją pieniądze3. W dziedzinie życia zakonnego kryterium stanowią oczywiście nie pieniądze, ale reputacja.

Zastosowanie lekarstwa prowadzi dzisiaj przez poważną analizę sytuacji. Trzeba cofnąć się aż do przyczyn stwierdzonych wypaczeń, spróbować zrozumieć wadliwe procedury, istniejące zagrożenia, granice, których nie wolno przekraczać, zabezpieczenia, jakie należy wprowadzić, formację, jaką należy zapewnić, instytucjonalne regulacje, jakie należy wprowadzić lub ulepszyć.

Być może analiza tych spraw zaniepokoi niektórych. Jeśli jednak przyczyni się do tego, że życie zakonne stanie się bezpieczniejsze, że uniknie się niektórych wypaczeń, to na dłuższą metę obraz życia zakonnego powinien na tym zyskać, chociażby dzięki wnikliwemu spojrzeniu, które bada funkcjonowanie tego życia z samego jego wnętrza.

Podczas pracy nad książką ukazał się cały ciąg zaskakujących analogii. Okazało się, że w bardzo różnych środowiskach działają te same mechanizmy: we wspólnotach nowych lub tradycyjnych, należących niekiedy do wielkich zakonów, w nowych formach życia konsekrowanego, w ruchach... Wszystkie odmiany katolickiego życia zakonnego okazały się podatne na tę samą chorobę. Poza obrębem katolicyzmu książeczka pastora Jacquesa Poujola Abus spirituels odmalowuje dokładnie taki sam obraz w bardzo odmiennym środowisku, ponieważ w protestantyzmie życie zakonne niemal nie istnieje, a książka osadzona jest w kontekście Kościołów (w protestanckim rozumieniu) lub parafii4. Film autorstwa Anne i Jean-Claude'a Duret Emprise et abus spirituel przedstawia przypadki wywodzące się z nowych, niechrześcijańskich nurtów religijnych5. Pracownik wielkiego międzynarodowego banku twierdził, że w swoim środowisku zawodowym zna przykłady wszystkich wymienionych problemów. Z pewnością można by je napotkać w innych wielkich strukturach, takich jak partie polityczne. Prace prowadzone niezależnie od siebie w bardzo odmiennych kontekstach doprowadzają zatem do tego samego wniosku. To zaskakujące w pierwszej chwili stwierdzenie zmusza nas od razu do spojrzenia szerzej. Dysfunkcje, o których będzie mowa w tej książce, nie są cechą charakterystyczną życia zakonnego, lecz są przejawami bardziej zasadniczej dysfunkcji istniejącej w ludzkiej naturze, a związanej ze sprawowaniem leadership. Angielskie słowo zostało użyte rozmyślnie, gdyż nie pokrywa się ono z francuskim pojęciem władzy. Leader to urodzony przywódca, człowiek posiadający cechy, które pociągają, skupiają, fascynują. Cechy te mogą uczynić z niego wielkiego przywódcę, jeśli łączą się z innymi cechami, które zrównoważą naturalne słabości leadera; może on również stać się wielkim wyzyskiwaczem, jeśli jego psychika jest silnie egocentryczna.

Forma charakterystyczna dla choroby

Różne formy zawładnięcia6 i nadużycia duchowego pojawiające się w życiu zakonnym są więc do siebie podobne. Ich specyfika bierze się z wykorzystywanych narzędzi, wywodzących się wprost z życia zakonnego. Szacunek dla autorytetu uświęcony złożonym ślubem, pragnienie jedności między wszystkimi, objawionej w paschalnym testamencie Jezusa, wyrażanie zjednoczenia z Bogiem za pomocą słownictwa zaczerpniętego z zaślubin, które znajdujemy u wielkich mistyków, pokora, ofiara, wyrzeczenie, nawrócenie, ubóstwo: wszystkie te wymiary życia zakonnego mogą zostać odwrócone od ich celu i wykorzystane do służenia chorobie, która ma coś wspólnego z rakiem. Nowotwór nie polega na zanikaniu, ale raczej jest życiem, które rozrasta się w nieuporządkowanym namnażaniu i w końcu staje się toksyczne. W jaki sposób podstawowe wymiary życia zakonnego mogą stać się toksyczne? To pytanie mogłoby streścić linię wiodącą niniejszych rozważań.

Do pytania o formę musi dojść pytanie o intensywność. Pewna chrześcijańska organizacja starała się niegdyś podać definicję sekt, aby pomóc w lepszym ich wykrywaniu. Definicja ta przedstawiała jednak niebezpieczeństwa, gdyż użyta ze złą wolą mogłaby objąć życie zakonne, a szczególnie klauzurowe. A zatem rozpatrywanie formy nie wystarczy. Różnica między wieczornym wietrzykiem, silnym wiatrem i cyklonem wynika nie z żywiołów, z którymi mamy tu do czynienia, gdyż zawsze jest to powietrze w ruchu, ale z ich różnej intensywności. Marynarze, dla których ocena intensywności jest sprawą zasadniczej wagi, opracowali skalę. Mówi się o wietrze mającym siłę od 1 do 10, i każdy musi wiedzieć, ile zdoła wytrzymać jego statek i umiejętności jego załogi. Przy ocenie zjawisk związanych z sektami pojęcie to było zbyt słabo podkreślane. Próbowano przede wszystkim znaleźć cechy czegoś, co byłoby sekciarskie samo w sobie. Tymczasem zjawisko sekty wykorzystuje także dynamiki, które do pewnego stopnia są całkowicie normalne i zdrowe, ale zaczynają stawać się niebezpieczne, kiedy intensywność przekroczy pewne granice. Brak tego pojęcia bardzo utrudnia ocenę wypaczenia sekciarskiego, gdyż wspólnota podkreśli, że wszystkie stosowane środki są tradycyjne. Być może bardziej niż definicji zjawiska sekty potrzebowalibyśmy pewnej skali, która pozwoliłaby odróżnić pomyślny wiatr od nawałnicy.

Słabe punkty

Stopień zagrożenia zależy także od słabych punktów badanego systemu, a nie zawsze jesteśmy w stanie je ocenić. Eksperyment Milgrama bardzo bezpośrednio dotyka kwestii wypaczeń. Chcąc ocenić wpływ autorytetu na ludzi, Milgram wymyślił eksperyment angażujący trzy osoby: osobę badaną, "ucznia" mającego przyswoić sobie spisy słów, i eksperymentatora pilotującego eksperyment. Badany miał wymagać od ucznia zapamiętywania słów, a w razie błędnej odpowiedzi przesyłał mu coraz silniejsze wstrząsy elektryczne, aż do 450 wolt, która to wartość była jasno określona jako niebezpieczna. Od 150 wolt uczeń zaczynał krzyczeć i błagać o uwolnienie. Tymczasem w rzeczywistości uczeń był aktorem i nie otrzymywał żadnych wstrząsów elektrycznych, ale testowany człowiek o tym nie wiedział. Przed eksperymentem konsultowani psychologowie i psychiatrzy sądzili, że tylko jeden testowany człowiek na tysiąc posunie się aż do 450 wolt, co oznaczało, że nikt. Tymczasem pod wpływem stanowczego i pewnego siebie eksperymentatora, który żądał od testowanego, by kontynuował, gdy ten zaczynał się niepokoić, 62,5% osób testowanych posunęło się do 450 wolt. W zmodyfikowanej formie bez udziału eksperymentatora nikt nie posunął się tak daleko. Wynik eksperymentu jest niepokojący, gdyż wykazuje, że człowiek bardzo pewny siebie i prezentujący się jako autorytet (biała bluza w przypadku eksperymentatora) może wywierać znaczący wpływ na innego człowieka, wykraczający daleko poza to, czego można by się spodziewać, aż po nakazywanie mu dokonywania czynów, które ten człowiek potępia, ale które czuje się obowiązany spełnić, ponieważ mówi mu to autorytet.

Eksperyment ten został przeprowadzony w latach 60., w czasach, gdy autorytet i władza cieszyły się większym szacunkiem niż dzisiaj. Jeśli jednak popatrzymy na wpływ "poprawności politycznej", która nie jest niczym innym niż jednolitym sposobem myślenia narzucanym przez jakiś autorytet moralny posługujący się dyskusyjnymi metodami, to nie ma powodów, by czuć się bezpiecznie: dzisiaj człowiek nie jest mniej podatny na wpływy niż kiedyś, a mechanizm nadużywania autorytetu pokazał swą niszczycielską siłę w dramatach wykorzystania seksualnego. Wysoka wartość przypisana posłuszeństwu w życiu zakonnym sprawia, że jest ono szczególnie podatne na wpływ nadużycia duchowego, które jest mniej widoczne i trudniejsze do uchwycenia.

Układ odpornościowy

Ochrona okazuje się zatem niezbędna, tym bardziej konieczna, że ostatnie dziesięciolecia pokazały, iż niewielu nowym wspólnotom udało się uniknąć wszelkiego rodzaju dysfunkcji. Gdzie tkwi błąd, skoro jeszcze kilka lat temu te wspólnoty były przedstawiane jako przyszłość Kościoła? Były wyjątkowo żarliwe, nacechowane wielką płodnością, niewątpliwym dynamizmem i zdolnością do podejmowania nowych dróg. Czemu zatem okazały się tak kruche?

Każdy żywy organizm stale jest celem rozmaitych ataków i zawdzięcza przetrwanie pewnemu systemowi obronnemu - układowi odpornościowemu - mającemu identyfikować i eliminować elementy niebezpieczne czy zakłócające. Ludzkie społeczności także posiadają układ odpornościowy, jednocześnie prewencyjny i represyjny, a jeśli go zabraknie, ulegają anarchii i prawu silniejszego. Życie zakonne tym bardziej potrzebuje takiego układu, bo wzniosły cel, jaki sobie stawia, bardziej je uwrażliwia na wszelkiego rodzaju ataki wynikające z ambicji, nierozwagi, zazdrości, zamiłowania do władzy itd. W doświadczeniach porażki często najbardziej brakowało po prostu umiaru7 w monastycznym rozumieniu tego pojęcia. Tradycja monastyczna zawsze miała go w wielkim poważaniu, gdyż w życiu, które dąży do doskonałości, pokusa pod pozorem dobra znajduje podatny grunt.

Skarb w naczyniach glinianych

Ten, kto chciałby widzieć w tym tekście zakwestionowanie życia zakonnego, myliłby się całkowicie. Został on napisany przez zakonników i zakonnice, którzy mają świadomość wszystkiego, co dało im życie konsekrowane i którym leżało na sercu jedynie to, by przyczynić się do przywrócenia mu całego piękna tam, gdzie mogło je utracić, i dać wszystkim narzędzia pozwalające unikać wypadków drogowych, a przynajmniej ograniczać ich konsekwencje.

Wszystko co prawda zaczęło się od wielkiego smutku: od cierpienia mężczyzn i kobiet, którzy niegdyś usłyszeli wezwanie miłości Boga, w porywie swej młodości zapragnęli oddać Mu życie, ufając wielowiekowej mądrości życia zakonnego, i którzy zostali zwiedzeni. Poprowadzono ich niebezpiecznymi drogami, ich upadek był poważny, skrzydła połamane, obraz Boga zniekształcony. Mniej lub bardziej rozbici, potrzebowali całych lat, by się odbudować, i nie zawsze im się to udało. Nienaprawialne ślady, które pozostały po kilkudziesięciu latach, cierpienie płynące ze zderzania się z oskarżeniami o złą wolę i z próbami tuszowania przez odpowiedzialnych za wspólnoty i milczący Kościół, z niezrozumieniem lub, co jeszcze bardziej bolesne, z odmową dostrzeżenia i z próbą wyciszenia skandalu - tego wszystkiego nie można było ignorować. Znamy długą walkę ofiar pedofilii o oficjalne uznanie powagi sytuacji. Ofiarom życia zakonnego także bardzo trudno jest dojść do głosu, gdyż ich cierpienie trudniej pojąć. Ten właśnie przejmujący smutek doprowadził do napisania niniejszej książki, po to, by większa wiedza o niebezpieczeństwach i wielowiekowej mądrości pozwalającej ich uniknąć przyczyniła się do ograniczenia liczby bolesnych niepowodzeń.

Walka duchowa, najistotniejszy wymiar życia zakonnego, nie może zatrzymać się na wymiarze osobistym. Wiemy, że dobro i zło toczą w nas wojnę, i że wojna ta będzie trwać aż do śmierci. Wspólnoty nie są chronione przed tym zmaganiem i przed tymi upadkami, gdyż przechowują swój "skarb w naczyniach glinianych" (2 Kor 4,7). Także i w nich, na poziomie wspólnoty czy instytucji, konsekwencje mieszkającego w nas zła dają się odczuć i nieustannie zagrażają pięknu ich ideału.

Zamysłem niniejszej książki było uświadomienie niebezpieczeństw i elementów zepsucia, podjęcie wszelkich środków, by umocnić albo wprowadzić układ odpornościowy chroniący ludzi i wspólnoty, czerpanie z mądrości nagromadzonej przez wieki tradycji życia zakonnego tego, co konieczne, aby wymagająca szkoła miłości i świętości nie stała się psychicznym i duchowym zniewoleniem.

Chcieliśmy również, by ofiary nieroztropności czy nieświadomości wiedziały, że ich cierpienie ostatecznie nie okaże się daremne, skoro mogło przyczynić się do tego, by inni nie poszli tymi samymi mrocznymi drogami. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za to, by nie poprzestać na szczerym, lecz jałowym współczuciu. Podwójne wyzwanie ludzi pełniących kierownicze funkcje zawiera się w dwóch słowach: przenikliwość i odwaga. W ten sposób każdy na swoim miejscu będzie umiał podejmować niezbędne decyzje, choćby wydawały się one bolesne. Chodzi tu o wiarygodność życia zakonnego.

1 Przemówienie Papieża Franciszka podczas spotkania z członkami Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2014, "L'Osservatore Romano", wyd. polskie, nr 1/2015, s. 42.

2 Zepsucie najlepszego jest czymś najgorszym. Innymi słowy, jeśli wielkie dobro się zepsuje, to staje się wielkim złem. Człowiek obdarzony wielkimi zaletami może uczynić wiele dobra. Jeśli jednak ulegnie deprawacji, będzie czynić zło dużego formatu, tak jak niegdyś czynił dobro.

3 Koncern Boeing nie zachował się dużo lepiej niż firma McDonnell Douglas: historia lotu 811 American Airlines dowodzi, że odmowa otwartego przyjrzenia się zagrożeniom nie jest wyjątkiem.

4 J. Poujol, Abus spirituel, S'affranchir de l'emprise, Paris, Empreinte temps présent, 2015.

5 J.-C. et A. Duret, Emprise et abus spirituel, 52', jcd production/kto 2018. Disponible sur www.jcdproductions.fr.

6 Francuskie słowo l'emprise, w kontekście duchowym tłumaczone jako owładnięcie (przez Ducha Świętego), tutaj jest tłumaczone jako zawładnięcie (przez manipulatora), zniewolenie, zniewalający wpływ (przyp. tłum.).

7 W literaturze monastycznej umiar (discretio) odpowiada wyczuciu miary, które płynie z mądrości wynikającej z doświadczenia. Przeciwieństwem byłby nadmiar, nadużycie, przesada.

1 Płomienna miłość Między mądrością a szaleństwem

Iść do końca

Iść do końca. Czyż nie tak można określić głębokie pragnienie życia zakonnego? Iść do końca miłości, do końca daru, dla Tego, który "do końca nas umiłował" (por. J 13,1). Iść razem z Nim aż po krzyż, aż po śmierć, i także aż do chwały. Iść do końca, iść do granic, tak jak to czynili jakże nierozumni niekiedy święci. Ideał jest piękny, fascynujący i nikt go nigdy nie usunie z życia zakonnego. Cokolwiek o tym mówić, i to w najbardziej różny sposób, właśnie tutaj bije serce życia zakonnego: odpłacać miłością za miłość. A wobec nieograniczonego ogromu Bożej miłości, serce pragnie dawać siebie bez ograniczeń.

Postawa ta bynajmniej nie skłania ku mądrości, ale raczej ku szaleństwu. Pełnemu pasji młodzieńcowi mądrość może się wydać nazbyt bojaźliwa, nazbyt rozważna, nazbyt ludzka. Gdy mu ukazać ideał nienaruszony, absolutny, niezróżnicowany, może zapali się entuzjazmem i się zaangażuje. Jeśli jednak przewodnikowi zabraknie mądrości, nietrudno przewidzieć wpadnięcie w poślizg.

I odwrotnie, postawa "zero ryzyka" odebrałaby życiu zakonnemu całe uniesienie, skupiając zakonnika na samym sobie i na swoim bezpieczeństwie. Czy można wyobrazić sobie wyprawę górską pozbawioną jakiegokolwiek ryzyka? To już równie dobrze można pojechać kolejką linową.

Jak zachować uniesienie miłości i jej pozorne szaleństwo, nie czyniąc z niej szaleństwa, które niszczy? Różne tradycje życia zakonnego, które przetrwały wieki, umiały usytuować się względem tego niebezpieczeństwa, rozwinęły pewną mądrość, roztropność i spójność, które skonkretyzowały się w różnych regułach. Mądrość ta, zniesławiona w okresie Soboru Watykańskiego II jako nazbyt skostniała, była niekiedy odsuwana na bok. Po kilkudziesięciu latach doświadczeń stało się jasne, że niewątpliwie wymagała ona gruntownego oczyszczenia, ale jej porzucenie doprowadziło do czegoś, co było przeciwieństwem wytyczonego celu. Widać to szczególnie wyraźnie w konsekwencjach odrzucenia litery i prawa w imię wolności Ducha. Intencja była wielkoduszna: przywrócić Ewangelii jej przestrzeń i większą wierność Jezusowi. Tyle że zapomniano o zabezpieczeniach. Wyrzucone drzwiami prawo wróciło oknem w postaci wszechwładnych autorytetów, których każde słowo było wyrocznią, gdyż było natchnione bezpośrednio przez Ducha. Przynajmniej tak utrzymywano.

Ukierunkowanie, ujęcie uniesienia życia zakonnego w pewne ramy tak, by go nie zagasić, zawsze będzie wyzwaniem. Czyżby więc w miłowaniu Boga istniała jakaś granica? Nie, jak precyzuje święty Bernard "miarą miłości Boga jest miłość bez miary"8. Istnieją natomiast granice właściwe dla naszego człowieczeństwa, naszych sił fizycznych, naszego zdrowia, naszej psychiki, i tutaj kryją się niebezpieczeństwa: miłość nie ma granic, nikt nigdy nie będzie miłował zbyt wiele, ale środki mające rozwijać miłość obejmują pewne granice i jeśli zostaną przekroczone, dany środek zamiast dawać życie, może przynieść śmierć.

Z tych uwag wyłania się pierwszy istotny wniosek: miłość nie ma granic, ponieważ jest boska, lecz wyrazy miłości mają granice, ponieważ są ludzkie.

Tę kwestię pomoże zrozumieć pewien prosty przykład: młody człowiek chce wyrazić miłość swojej ukochanej, ofiarując jej na urodziny bukiet kwiatów. Czy tę miłość wyrazi lepiej, jeśli jej ofiaruje całą ciężarówkę kwiatów, z którymi ona oczywiście nie będzie wiedziała, co zrobić? Albo czy wyrazi ją lepiej, jeśli wybierze bukiet niezwykle rzadkich kwiatów po zawrotnej cenie, przez co później nie będzie mógł jej sprawiać innych prezentów, gdyż już nie będzie miał na to środków? W obydwu przypadkach środek wyrazu został uznany za cel: miłości nie mierzy się rozmiarem czy ceną podarunku. Wyraził to Dostojewski w Idiocie: kupiec Rogożyn nie umie się powstrzymać od wyznania, ile worków mąki kosztowały go prezenty ofiarowane Nastazji i to niszczy jej cały urok chwili. Ten, kto kocha, musi pogodzić się z tym, że żadna materialna rzeczywistość nie zdoła adekwatnie wyrazić jego miłości, może być tylko jej znakiem. Jeśli miłość jest prawdziwa, będzie trwała zawsze i ma coś z nieskończoności. Nieskończoność nie ma miary.

Miłość do Boga może zatem wyrażać się w ofiarach - na przykład w poście. Zakonnik nigdy jednak nie zdoła powiększyć swojego postu w miarę wzrastania swojej miłości, gdyż natrafi wtedy na dwie granice - liczbę dni tygodnia i potrzebę żywienia swojego ciała.

Miłość zawsze więc może wzrastać, ale nie mogą wzrastać konkretne sposoby jej wyrażania. Zawsze będą one zawodne, a ten, kto kocha, zawsze z tego powodu będzie miał trochę żalu, ale coraz mniej, im bardziej bowiem jego miłość będzie się pogłębiać, tym lepiej będzie się streszczać w paru prostych słowach: kocham cię i jestem pewien twojej miłości, i to nam wystarczy. Przy dokonaniu niezbędnych przekształceń, to samo można by powiedzieć o wszystkich cnotach - o pokorze, ubóstwie itd. - i o wszystkich wymiarach życia duchowego, które łączą nas z Bogiem.

Pojęcia granicy i ryzyka

Ryzyko zwykle wiąże się z granicą. Żeglarz, który chce wygrać wyścig, stara się wykorzystać wiatr do granic możliwości swojego statku. Jeśli wypłynie zbyt daleko, jeśli nie potrafi oszacować siły wiatrów, jeśli doskonale nie zna ograniczeń własnych i swego statku, ryzykuje wywrotką. Trzeba dodać: jeśli starannie się nie przygotował, jeśli nie zrobił szczegółowego przeglądu całego statku, ryzykuje jego zniszczeniem. Ponieważ chce dać maksimum, a zatem utrzymać się tuż przy możliwej do przyjęcia granicy, musi poświęcić wiele uwagi przygotowaniom do podróży i dowieść wielkiej mądrości w kierowaniu statkiem podczas wyścigu. Urlopowicz, który uprawia windsurfing w odległości kilku kabli od brzegu, nie potrzebuje tylu zabezpieczeń.

Ryzyko jest częścią ludzkiego życia. Każda relacja między ludźmi obejmuje jakieś ryzyko, zwłaszcza na początku. Usunięcie ryzyka oznaczałoby usunięcie zaufania, przyjaźni, miłości, poświęcenia, wszystkich okoliczności, w których oczekujemy odpowiedzi od innego człowieka, odpowiedzi, co do której nie możemy mieć pewności, ponieważ ten człowiek, tak samo jak my, jest istotą wolną. Simone Weil umieszcza ryzyko wśród najistotniejszych potrzeb ludzkiej duszy, razem z bezpieczeństwem.

Ryzyko jest istotną potrzebą duszy. Brak ryzyka wywołuje rodzaj nudy, która paraliżuje inaczej niż lęk, ale niemal w tym samym stopniu. Istnieją sytuacje, w których lękowi nie towarzyszy określone poczucie ryzyka, wówczas obydwie te choroby występują równocześnie.

Ryzyko oznacza niebezpieczeństwo, które narzuca przemyślaną reakcję, a więc nie przekracza możliwości duszy ludzkiej, nie poraża jej trwogą. W pewnych przypadkach zawiera w sobie motywy gry, w innych, gdy określona powinność zmusza człowieka do stawiania mu czoła, wytwarza najsilniejszy z możliwych bodźców9.

Sprawdza się to całkowicie w odniesieniu do zaufania i do miłości.

Życie zakonne ma w sobie coś ekstremalnego

Ludzie wchodzący w życie zakonne powinni mieć świadomość, że ekstremalny charakter tego życia - iść do końca - pociąga za sobą związane z nim niebezpieczeństwa z tego samego tytułu, co wszelkie doświadczenie sportowe, które w zamierzeniu ma posunąć się daleko. Tej świadomości często brakuje kandydatom, co sprawia, że jest ona tym bardziej niezbędna przełożonym.

Ktoś, kto angażuje się w życie zakonne, chce całkowicie oddać się Bogu, rzuca na szalę całe swoje życie. Poddaje się z zaufaniem innej osobie (lub osobom), by wejść w doświadczenie, którego nie zna. Na przykład czystość i asceza wprowadzają go w dynamikę bardzo odmienną od dynamiki świata; życie wspólne w posłuszeństwie rządzi się swoimi prawami. W wymiarze wewnętrznym czymś równie radykalnym może być praca. Pewien postulant po półtora miesiąca mówił: "Przeszedłem na Kärchera!". Obraz pochodził z wykonywanej przezeń pracy: kazano mu czyścić ściany za pomocą urządzenia wysokociśnieniowego. Życie wewnętrzne odsłania bowiem to, co było ukryte pod nurtem zwyczajności. Dla młodego zakonnika granica między tym, co normalne i tym, co anormalne, staje się trudna do zlokalizowania, a kierując się ofiarnością, jest on w stanie podporządkować się dziwnym rzeczom, jeśli się tego od niego wymaga. Jeśli formatorowi brakuje roztropności lub świadomości istnienia zagrożeń, może to pociągnąć za sobą mniej lub bardziej poważne konsekwencje. Jeśli otwarcie przekracza ograniczenia życia zakonnego, żądając, by mu się bezwarunkowo i bezrefleksyjnie podporządkowywano, wówczas popada w to, co nosi miano wypaczenia sekciarskiego.

Aby nie dramatyzować, należy zauważyć, że tę samą refleksję można poczynić w odniesieniu do rodzin: pedagogia rodziców nigdy nie jest doskonała, katastrofy zawsze są możliwe, ale nie można ich uważać za zjawisko stałe. Życie zakonne posiada natomiast istotne zabezpieczenie: regułę, która stawia (lub powinna stawiać) konieczne granice. Doświadczenie jednak uczy, że wypadki istnieją, i należy mieć tego świadomość.

Skądinąd niektóre propozycje, pełne dobrej woli, nie uwzględniają faktu, że ich skrajna ostrożność doprowadza do zniszczenia porywu życia zakonnego. Chęć usunięcia zagrożeń przez "zrównanie w dół" sprowadza się do propozycji ograniczenia prędkości do 130 km na godzinę podczas całodobowego wyścigu samochodowego w Le Mans. Nie będzie już więcej wypadków, ale wyścigu też już nie będzie.

Ryzyko zerowe nie istnieje ani w rodzinie, ani w przedsiębiorstwie, ani w życiu jako takim. Nie można z tego wyciągać wniosku, że każde ryzyko jest czymś normalnym: niektóre niebezpieczeństwa są możliwe do przyjęcia, inne są bezsensowne. Ryzyko należy podejmować z otwartymi oczyma i z właściwą świadomością sytuacji.

Ani zbyt wiele, ani zbyt mało; życie zakonne kroczy więc po linii grzbietu górskiego, jeśli nie chce utracić rozmachu i smaku, a jednocześnie nie chce narazić swoich członków na niebezpieczeństwo.

Poza granicą - wypaczenie

Nikt nie może żyć bez rzeczy, które dają mu oparcie: bez radości, nadziei, miłości, przyjemności czy jeszcze innych. Człowiek, który przeżywa przykrą i pełną napięć sytuację w pracy, da sobie z nią radę, jeśli wracając do domu, zastaje tam atmosferę serdeczną i pełną zrozumienia, która pozwoli mu usunąć nagromadzone napięcie. Jeśli jednak w domu sytuacja jest napięta, jeśli nie ma przyjaciół, którym mógłby się zwierzać, krótko mówiąc, jeśli nie ma żadnego zaworu bezpieczeństwa, prędzej czy później się załamie.

Tak więc we wspólnocie, która cała jest zdrowa, zakonnicy są w stanie znieść jakiś trudny aspekt, na przykład zgryźliwego przełożonego. Z pomocą życia duchowego będą w stanie dostrzec tutaj okazję do uczenia się cierpliwości, daru z siebie, współczucia względem tych, którzy bardziej cierpią. Jakość życia duchowego i braterskiego pozwala unieść brzemię. Jeśli jednak przełożony, broniąc swego autorytetu, zablokował relacje między zakonnikami i jeśli jeszcze będzie rozbudzał w innych poczucie winy, które niszczy od wewnątrz, ostaną się tylko ludzie prowadzący już bardzo dojrzałe życie duchowe, opierający się na miłości Boga, podczas gdy inni doznają poważnych szkód.

To, co stwarza sytuację wypaczenia, nie może więc ograniczać się do jednego elementu. Zawsze w grę wchodzi zbiór zbieżnych elementów i przy rozeznaniu trzeba to brać pod uwagę.

Wypaczenia sekciarskie

Sekty a wspólnoty zakonne

Wspólnota może niepostrzeżenie ewoluować w stronę funkcjonowania o charakterze sekciarskim z powodu podobieństw, jakie istnieją między życiem sekty a życiem normalnej wspólnoty zakonnej, tak jak istnieją podobieństwa między dyktaturą a normalnym społeczeństwem. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z życiem wspólnym, z przełożonym otaczanym szacunkiem, z ideałem, który kontrastuje z otaczającym środowiskiem i dlatego pociąga za sobą pewną rozłąkę, z ideałem, który przyciąga, z formacją, która stara się ogarnąć całą osobę, z pragnieniem radykalizmu, który skłania do akceptacji surowości życia lub formacji, z wyrzeczeniem się niektórych aspektów dobrobytu, aby zdyscyplinować ciało dla dobra ducha. Może to objąć jakiś wymiar ubóstwa, z oddawaniem swoich zasobów do wspólnej kasy. Te wszystkie środki same w sobie są neutralne i wszystko zależy od tego, w jaki sposób są stosowane.

W podsumowaniu swojej książki Les droits de l'homme dénaturé Grégor Puppinck podaje nam ciekawy klucz interpretacji:

"Nic bardziej nie przypomina działania nadnaturalnego niż działanie anty-naturalne: a przecież jedno będzie ludzkie, a drugie nieludzkie; jedno ma na względzie większe dobro, a drugie swoją własną potęgę. Każdego dnia musimy wybierać między jednym a drugim. Wybór często jest trudny. Adop-towanie sieroty jest aktem nadnaturalnym nacechowanym wielkim człowieczeństwem, podczas gdy rozmyślne wyprodukowanie sieroty za pomocą GPA lub anonimowego PMA10 jest anty-naturalne i nieludzkie. Sędziowie są w błędzie, gdy pozwalają na GPA, ponieważ przypomina ono adopcję. Są tutaj dwa symetryczne sposoby przekraczania natury, a tylko jeden jest ludzki. Tak samo jest we wszystkich innych dziedzinach"11.

Chirurg i morderca posługujący się białą bronią obaj używają narzędzi powodujących ciężkie zranienia. Przepastna różnica wynika zarówno z intencji, gdyż jeden chce ocalić życie, a drugi chce zabić, jak ze sposobu, w jaki wykorzystane zostaje narzędzie, które samo w sobie jest niebezpieczne. W sektach występuje więc wiele tych samych elementów, które cechują zdrowe życie we wspólnocie, co uniemożliwia wytyczenie wyraźnej granicy na poziomie samego opisu. Trzeba spojrzeć na cel: czy jest nim podporządkowanie czy wyzwolenie?

Krótki opis zjawiska zawładnięcia

Film Jean-Claude'a i Anne Duret Emprise et abus spirituel (Zawładnięcie i wykorzystanie duchowe) znakomicie przedstawia zjawisko zawładnięcia. Mélanie, była członkini pewnego nurtu duchowego w obrębie nowych ruchów religijnych, opisuje tam swoją drogę, ludzkie i duchowe poszukiwania, które sprawiają, że wchodzi ona do grupy, która serdecznie ją przyjmuje: "Miałam poczucie, że jestem witana jak VIP, miałam wrażenie aż przesadnie dobrego przyjęcia i to mnie trochę zaskoczyło, zdziwiło". Z nauczania dowiaduje się, że "jest jeden Mistrz i Mistrz ma odpowiedź na wszystko. Mistrz widzi wszystko". Jej relacja z Bogiem, która zawsze była na pierwszym planie, schodzi na drugi. Proponują jej przynależność do elitarnej grupy. Po wielu latach, kiedy jest już głęboko zaangażowana, przychodzi czas, gdy Mistrz staje się zmienny. Występujące na przemian przejawy zaufania i nieoczekiwane, publiczne reprymendy trwale wytrącają ją z równowagi. "Wielokrotnie byłam zastraszana". I wtedy pojawiają się żądania o charakterze seksualnym. "Pewnego dnia lekarz zdiagnozował u mnie raka. Poszłam do Mistrza, żeby go wypytać o sens tego raka. Od tej chwili zostało mi zaproponowane układanie seksualnych scenariuszy, które byłyby jednym z rozwiązań. Pierwsze etapy zaakceptowałam, nawet jeśli były dla mnie brutalne, bo wiedziałam, że jestem w potrzasku, że nie mogę zachować się inaczej. Powiedziałam sobie, że jeśli na to się zgodzę, to być może nie wydarzy się nic więcej, nie wywoła to jego gniewu i uniknę najgorszego. A w rzeczywistości to się stawało coraz bardziej intensywne". W tym piekle Mélanie dochodzi do stanu całkowitego wyczerpania. "Czuję się martwa za życia, powoli to sobie uświadamiam. Jestem u kresu wytrzymałości, jestem wyczerpana, nie wiem już, kim jestem, wszystko tracę...". Wreszcie pewnego dnia, wobec kolejnego żądania uświadamia sobie, że Mistrz chce z niej zrobić niewolnicę, następuje odblokowanie, Mélanie budzi się i mówi "nie".

W punkcie wyjścia grupa i Mistrz ofiarowywali wyzwolenie, otwarcie. Na końcu kobieta stwierdza prawdziwe zniewolenie, również myślenia: "nasza świadomość powoli musi maleć, istnieje zbyt wiele paradoksów między tym, co jest nam wydzielane a tym, co my sami myślimy".

Podobna dynamika może się wytworzyć - przeważnie w sposób bardziej zniuansowany - w grupie chrześcijańskiej. Oczarowanie, przyjęcie wśród przesadnych komplementów, wejście w świat, który ma odpowiedź na wszystko i który się izoluje z powodu przekonania, że wyrasta ponad ogół. Później, gdy minie okres łaski, cierpkie krytyki i negacja wszystkiego, co stanowi o wartości osoby, doprowadzają do krótkiego, często słyszanego stwierdzenia: "Już nie wiem, kim jestem". Znikają punkty odniesienia i piekło na ogół zaczyna się dlatego, że nic już nie ma sensu.

Podsumowanie autorstwa Isabelle Chartier-Siben

A przecież wszystkie proponowane praktyki jawiły się jako bardzo tradycyjne. Doktor Isabelle Chartier-Siben, lekarz, psychoterapeuta i wiktymolog, objaśnia ten proces12.

Odwrócony prawdziwy sens cnót

Posłuszeństwo, które powinno uczyć nas miłowania, może zostać wykorzystane do zniewolenia obejmującego nawet umysł i stać się służalczym podporządkowaniem wbrew swojemu sumieniu, rezygnacją z odpowiedzialności za swoje czyny i z wszelkiego osobistego myślenia. Pokora, która powinna stawiać nas w prawdzie o nas samych, może obrócić się w zniszczenie uzasadnionego szacunku do siebie, niezbędnego do życia. Dar z siebie, podstawowy motor działania w powołaniu zakonnym, może zostać posunięty tak daleko, że stanie się zaprzeczeniem siebie, i dlatego mówi się o psychologicznym morderstwie.

Uwielbienie, samo w sobie w najwyższym stopniu pozytywne, staje się swoim zaprzeczeniem, kiedy błogosławi się Pana wszędzie, zawsze i za wszystko, bez rozeznania. W końcu człowiek dochodzi do tego, że zamyka oczy na pewne naprawdę ciężkie i bolesne sytuacje, nie szukając ani ich przyczyn, ani środków zaradczych, podejmując tylko uwielbienie Boga, który jednoczy człowieka z męką Chrystusa. A jednocześnie uwielbienie staje się magią, jeśli sądzi się, że Bóg automatycznie wkroczy i wszystko zmieni.

Przebaczenie, kamień węgielny duchowej budowli, może przybierać dziwaczne formy, włącznie z odwróceniem ról:

"Dopuszczający się wykorzystywania przewodnik duchowy wymaga, by chrześcijanin przebaczał swemu winowajcy bez skruchy z jego strony, oczywiście mając na myśli także samego siebie. Wobec oczywistego wykroczenia ze strony manipulatora, zidentyfikowanego i uchwyconego przez wierzącego, manipulator odpowiada, że musi on przebaczyć bezwarunkowo, bo inaczej Bóg mu nie przebaczy. Z ofiary udaje mu się zrobić winowajcę... Szczyt przewrotności!"13.

Mówiąc bardziej obrazowo: "Nadepnąłem ci na nogi i musisz mnie przeprosić, bo postawiłaś swoje stopy pod moimi". Odwrócenie winy, o czym będzie mowa w związku z wykorzystywaniem seksualnym, ilustruje to zjawisko w sposób szczególnie dramatyczny.

Milczenie, które jest cenne, gdy jest uzasadnione, może stać się słowem uwięzionym pod różnymi pretekstami, jak ten, by nie rozgłaszać "otrzymanych szczególnych łask", albo chronić "równowagę wspólnoty". Może to prowadzić do ukrywania prawdy podczas odwiedzin biskupów czy wizytacji kanonicznych.

Klauzura, ustanowiona po to, by ułatwiać życie wewnętrzne przy jednoczesnym zachowaniu istoty relacji, może być wykorzystywana do tego, by przeciąć wszelkie więzi ze światem zewnętrznym dla uniknięcia jakiegokolwiek wpływu, który mógłby zakwestionować niektóre aspekty życia wspólnoty.

Zwodnicze zobowiązania

Wymuszona przejrzystość może przemienić owocność otwartości serca w zniesienie sekretu towarzyszenia czy nawet tajemnicy spowiedzi, w całkowitą utratę jakiejkolwiek osobistej intymności przez obowiązek mówienia o wszystkim swojemu przełożonemu.

Upragniona przez Jezusa jedność staje się "obowiązkiem wierności", "ślubem jedności", "ślubem zaufania", co przeradza się w unifikację myślenia, zakazującą wszelkiej zdrowej krytyki, a nawet jakiejkolwiek osobistej refleksji.

Narzucony zamęt

Pomieszanie forum internum (wewnętrzna instancja rozstrzygająca - sumienie) z forum externum (zewnętrzna instancja rozstrzygająca - prawo), ale również pomieszanie poziomów interpretacji, kiedy wobec jakiegokolwiek oporu czy stawiania pytań stosuje się modlitwę o uwolnienie czy nawet egzorcyzm. Skoro coś niszczy jedność, może pochodzić wyłącznie od szatana.

Modlitwa o uwolnienie nad zakonnikiem, który ma wątpliwości co do swojego powołania w chwili składania profesji, wchodzi w zakres nadużycia duchowego, gdyż ukryte między wierszami przesłanie jest bardzo jasne: "Bóg chce, żebyś złożył profesję, a szatan chce ci w tym przeszkodzić". Zakonnik nie jest wówczas wolny, gdyż zdecydowano za niego, i profesja mogłaby być nieważna. Jego sytuacja w chwili profesji może budzić poważne obawy.

Podsumowanie siostry Chantal-Marie Sorlin

Opublikowana w Documents épiscopat oraz w opracowaniu Konferencji Monastycznej Francji Vie religieuse et liberté analiza siostry Chantal-Marie Sorlin "Wypaczenia sekciarskie we wspólnotach katolickich"14 podaje kilkunastostronicowy zarys dynamiki wypaczeń, ujętej w czterech etapach. "Przyciągnąć i uwieść, wprowadzić kult osobowości, doprowadzić do zerwania ze światem zewnętrznym, uwarunkować, zmanipulować, wykorzystać, ustanowić niespójność życia".

Wszystkie elementy omawiane przez siostrę Chantal-Marie pojawiają się na kolejnych stronicach, chociaż badania były prowadzone całkowicie niezależnie. Potwierdza to podsumowanie jej analizy:

"Wszystkie wypaczenia wymienione w niektórych wspólnotach katolickich są całkowicie tożsame z wypaczeniami, jakie można napotkać we wszelkiego rodzaju grupach sekciarskich. To pokazuje, że linia zła nie przebiega między światem zewnętrznym a nami, między naszymi wspólnotami a światem, ale przebiega przez nasze wnętrze. Zarówno w kontekście chrześcijańskim jak i na poziomie świeckiego państwa wypaczenia są te same, ponieważ wszyscy ludzie zostali ulepieni z tej samej gliny; trzy pokusy: władzy, posiadania i rozkoszy są uniwersalne. Obecność tych wypaczeń jest po prostu czymś jeszcze poważniejszym, gdy napotykamy je tam, gdzie mielibyśmy prawo spotkać świadków Boga i owoce świętości"15.

Cebula

Blandine de Dinechin i Xavier Léger w swojej książce Abus spirituels et dérives sectaires przytaczają wnioski siostry Chantal-Marie Sorlin, po czym podkreślają pewną dodatkową trudność:

"Kryteria te nastręczają pewną trudność: zostały opracowane przez badaczy na podstawie świadectw dawnych adeptów i ujawniają sztuczki stosowane przez większość sekciarskich wspólnot w celu rekrutacji, manipulacji, oszukania. O ile jednak te zestawienia są przydatne dla ofiar, pomagając im odczytać na nowo ich nieszczęśliwe doświadczenie, to nie pozwalają bezpośrednio ocenić szkodliwości danej wspólnoty, gdy się patrzy na nią z zewnątrz. Aby dowiedzieć się więcej, trzeba wejść do wspólnoty.

Specjaliści od wypaczeń sekciarskich przywołują więc pewien obraz: sekty są zbudowane na wzór cebuli, z wielu warstw. Im głębiej wchodzi się w sektę, tym silniejsze i bardziej represyjne stają się mechanizmy psychologicznego zawładnięcia"16.

Opisują zatem zjawisko jako składające się z pięciu warstw: to, co ze wspólnoty widać na zewnątrz; to, co widać, kiedy zaczyna się bywać we wspólnocie; to, co się odkrywa, kiedy się wchodzi do wspólnoty; to, co się odkrywa po kilku miesiącach; to, co się (ewentualnie) odkrywa po kilku latach.

Przykład z życia wzięty

Ojciec Braconnier w książce Radiographie d'une secte au-dessus de tout soupçon17, opowiada o swoim doświadczeniu z Rodziną z Nazaretu (Famille de Nazareth), której początki sięgają 1965 roku. W krótkiej historii tej Rodziny, założonej przez ojca Marcela C., pojawia się wiele wymienionych wyżej elementów.

"Wspaniały kapłan. Od razu wydał mi się nie tylko kimś, kto umie oczarować, ale kto umie również słuchać i zrozumieć, co czuję. Byłem pod wielkim wrażeniem jego prostoty, bezpośredniości, udzielającej się radości i niezwykłego daru gawędziarstwa. Tak dalece, że na koniec naszego pierwszego spotkania natychmiast zgodziłem się wejść do grupy, o której przed chwilą wiele mi opowiedział".

Wszystko zaczęło się w 1961 roku od kręgu biblijnego założonego przez księdza Marcela C. w jednej z parafii na zachodnich przedmieściach Paryża. Młodzi byli zachwyceni sposobem, w jaki przybliżał tekst do życia za pomocą ciągłego odnoszenia tekstów biblijnych do spraw aktualnych. To skłaniało ich do podjęcia rzeczywistego zaangażowania. Po kilku tygodniach było ich ze trzydzieścioro. Grupa biblijna stała się fraternią zakotwiczoną w duchowości ojca Karola de Foucauld: przylgnięcie do Jezusa, częsta komunia i adoracja, studia biblijne i zaangażowanie na rzecz najuboższych. Marcel dodał do tego praktykowanie "rewizji życia", ćwiczenie przejrzystości prowadzone wspólnie w grupie pięciu małych braci. Jeden z nich wspomina:

"Mieliśmy poczucie ogromnego wyzwolenia: od razu poruszaliśmy nasze problemy, do tej pory trzymane w sekrecie przed sobą nawzajem, chociaż byliśmy świetnymi kumplami...". Autor mówi dalej:

"Ja sam początkowo uważałem to za dość przykrą próbę. Bałem się, że zechcą, bym zaczął jako pierwszy i wyznał grzechy, które w moim przekonaniu byłem zdolny popełnić jako jedyny. Gdy jednak zrozumiałem, że tak samo jest z pozostałymi małymi braćmi, przeżyłem to doświadczenie jako wyzwalające pod każdym względem".

Wyraźnie było widać wzajemne przywiązanie między braćmi, serdecznie kochali tego ojca, przez którego też czuli się ogromnie kochani i mieli do niego pełne zaufanie. W 1968 roku do braci dołączyły małe siostry, zaś w 1971 roku Rodzina z Nazaretu została oficjalnie uznana przez arcybiskupa Chambéry. W 1973 roku Rodzina liczy 300 członków. Chociaż był w niej okres próbny, nie była to wspólnota zakonna, przyjmowano małżeństwa, każdy mógł mieszkać u siebie, ale na ogół miejsca zamieszkania tworzyły skupisko. "Począwszy od lat 70, oczarowywał już nie Marcel, ale miejscowa wspólnota, która przyciągała i rekrutowała". Do tej pory widać samo piękno, wydaje się, że Rodzina osiągnęła dojrzałość.

Jak to się dzieje, że niecałe dwa lata później, latem 1974 roku, wspólnota zrywa z Kościołem i tworzy tajną wspólnotę pod przykrywką świeckiego stowarzyszenia - Vivre au grand air - oficjalnie przedstawianego jako grupa kolegów, zanim w 1981 roku przerodziła się w międzynarodowe stowarzyszenie zajmujące się badaniami naukowymi, którego członkowie deklarują się jako ateiści, a wielu aktywnie domaga się unieważnienia chrztu? Grupa przestaje istnieć w 1985 roku. Co się stało? Odkrycie Odnowy Charyzmatycznej w 1973 roku doprowadziło do przekraczania miary w różnych dziedzinach, co przyciągnęło uwagę biskupów opiekunów. Wkrótce potem Marcel przyjął heterodoksyjne poglądy teologiczne, z których najistotniejszym była opinia, że kapłan nie jest konieczny do konsekrowania chleba i wina; nakłaniał fraternie, by konsekrowały samodzielnie. Pod koniec roku Marcel ogłosił, że nadchodzi koniec czasów, podjęto duchowe i materialne przygotowania na mający rychło nastąpić ucisk. Wszystko to było zaskakujące i wielu biskupów, a także ojciec Voillaume, wyrażało niepokój. Marcel zinterpretował to jako wolę przywłaszczenia czy wręcz prześladowanie. Po bardzo intensywnych przygotowaniach urządził głosowanie członków Rodziny na temat ich odniesienia do Kościoła i ogromna większość opowiedziała się za zdystansowaniem. Zerwanie nastąpiło w 1974 roku. W październiku tegoż roku Marcel stwierdził, że Kościół katolicki jest historycznym oszustwem. W kolejnych latach Marcel usiłował zebrać to, co zostało z Rodziny, która opierała się już wyłącznie na nim. W dniu, w którym jego wciąż pogłębiający się obłęd przekroczył wszelkie granice i musiano go odizolować, grupa rozproszyła się bardzo szybko. A przecież wszystko tak dobrze się zaczęło.

We wprowadzeniu do swojej książki autor próbuje poddać to zjawisko analizie i wyodrębnia dwa elementy: wielki czar, jaki roztaczał Marcel oraz oswobodzicielski klimat Rodziny wytworzyły w umyśle "ocalonego" niczym nieograniczony obowiązek wdzięczności, a zatem uzależnienie emocjonalne, które znacznie ograniczało zmysł krytyczny. Przy takiej dynamice uzależnienie członków wzmocniło ego, a niebawem i obłęd lidera, który stopniowo uruchomił wszystkie klasyczne techniki służące utrzymaniu władzy: posługiwanie się przejrzystością w celu kontrolowania myśli, odsunięcie tych, którzy stawiają sobie pytania, zerwanie z rodzinami18. Ten ostatni punkt wydaje się autorowi tak ważny, że pisze on, iż spotkanie na nowo ludzi, którzy odeszli, z ich rodzinami, było najwyraźniejszym znakiem, że opuścili oni grupę19.

"Dzisiaj jestem przekonany, że ta wspólnotowa przygoda, rozpoczęta w latach 60. i zakończona dwadzieścia pięć lat później, mogłaby rozwinąć się pomyślnie, czyli umocnić się i utrwalić, gdyby katolicka hierarchia zainterweniowała wcześniej i bardziej energicznie, po to, by (między innymi) nakłonić Rodzinę z Nazaretu do respektowania własnych konstytucji. A przynajmniej umożliwiłoby to ograniczenie szkód, znacznych zarówno w wymiarze ludzkim, jak w dziedzinie wiary. (...)

Jeśli Kościół, "ekspert w człowieczeństwie", nie narzuci w przyszłości pewnych zabezpieczeń, inne wspólnoty mające jego poręczenie czy wręcz przezeń chronione, dramatycznie się roztrzaskają"20.

Nie ma pewności, czy Kościół mógł zapobiec odchyleniom Rodziny z Nazaretu, ale prawdą jest, że lepsze poznanie działających tam mechanizmów pomogłoby ograniczyć szkody, gdyż początkowe owoce były dobre.

Chrześcijańskie systemy wykorzystania

Przytoczony wyżej przykład nie jest jedynym, skoro świadek, który opuścił pewną istniejącą jeszcze wspólnotę, pisze, że całe stronice "są dokładną kopią tego, co mogliśmy poznać". W przypadku Rodziny z Nazaretu wszystko pochodzi od jednej osoby. Jacques Poujol trafnie rozróżnia dwa główne źródła nadużyć duchowych: mogą one pochodzić od "osobowości manipulującej", takiej jak Marcel C., lub od "systemu wykorzystania", czyli od grupy. Jedno i drugie może się sprzęgnąć, a wykorzystująca grupa często jest usamodzielnioną pozostałością po jakiejś manipulującej osobowości. W odniesieniu do grupy Poujol dodaje ważną uwagę: "W obrębie systemu wykorzystującego nawet ktoś, kto sam nie wykorzystuje, ale znajduje się w takiej grupie, nie jest chroniony przed takim samym funkcjonowaniem jak wykorzystujący". Podaje przykład "ofiary, która jest podatna na stopniowe przejmowanie tyranizowania swoich dzieci, współmałżonka czy otoczenia, nie zdając sobie z tego sprawy z tej prostej przyczyny, że odtwarza autorytaryzm, jakiemu jest poddana"21. Ten efekt skażenia, o którym będzie mowa w następnym rozdziale, ma wielkie znaczenie przy utrzymaniu ciągłości wykorzystania. Poujol jest nader pesymistyczny co do możliwości ewolucji zdeprawowanej grupy: "religijny system wykorzystywania nigdy się nie zmienia"22. Wypowiada się on w kontekście protestanckim. W kontekście katolickim możliwość odwołania się do władzy nadrzędnej ukazuje różne możliwe drogi, bez obaw można jednak powtórzyć jego stwierdzenie, z leciutkim niuansem: religijny system wykorzystania nigdy nie zmienia się sam.

Konieczność mądrości

Czy to, co było dobre, staje się złe? Po tym, co właśnie zostało powiedziane, takie pytanie może przyjść na myśl. W rzeczywistości jednak żaden środek sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły, wszystko zależy od intencji tego, kto go używa, od sposobu, w jaki jest używany i od okoliczności. Samochód jest znakomitym środkiem transportu. Może jednak zadać śmierć wskutek okoliczności niezależnych od woli kierowcy, na przykład usterki mechanicznej czy błędu innego kierowcy. Może też zadać śmierć przez nierozwagę: intencja nie była zła, ale została niebezpiecznie wykorzystana. Może też zadać śmierć intencjonalnie, jeśli w tym celu samochodu użyje terrorysta. Jeśli jednak nawet z punktu widzenia intencji te przypadki różnią się od siebie, to z punktu widzenia ofiar rezultat jest ten sam - śmierć. Tym, co ujawnia się w historii Rodziny z Nazaretu, jest powolna przemiana intencji od chwili, gdy Marcel zaczął żywić obsesję sprawowania kontroli nad grupą. Od tej pory nawet praktyki zazwyczaj dobre stawały się coraz bardziej szkodliwe, na przykład kiedy okazane mu zaufanie wykorzystywał do tego, by nie pozwolić członkom samodzielnie myśleć. Zamiast pomagać im wzrastać, odpłacając zaufaniem, zawłaszczył zaufanie, którym go obdarzyli, i wykorzystał po to, by trzymać ich w garści.

Dlatego istnieje możliwość robienia złego czy wręcz destrukcyjnego użytku ze środków tradycyjnych przecież w życiu zakonnym; doświadczenie ich stosowania wykazało, że ułatwiają one postępy w życiu duchowym, ale pod oczywistym warunkiem, że są mądrze stosowane. I na tym właśnie polega cały problem.

Ta uwaga pozwala przywrócić właściwe miejsce pewnemu alibi, które łatwo wprowadza w błąd. Stosowanie tradycyjnych praktyk często jest przedstawiane jako rękojmia bezpieczeństwa: "Jesteśmy w najczystszej tradycji życia zakonnego, niczego sami nie wymyśliliśmy, przyjmujemy wielkie zasady, zalecane od zawsze". Warto podkreślić, że tradycyjna praktyka sama w sobie nie stanowi gwarancji należytego użytku. Owocność życia zakonnego nie bierze się ze stosowania tej czy innej praktyki, lecz wynika z mądrości, która w sposób harmonijny, zróżnicowany i spersonalizowany łączy środki, które bynajmniej nie są samodzielne, lecz każdy z nich na swoim miejscu służy wspólnemu pragnieniu wszystkich - odpowiedzi na miłość Boga.

Powiązanie cnót

Życie zakonne nie jest bezbronne wobec wymienionych niebezpieczeństw. Granica cnót znalazła wyraz w znanej formule: in medio stat virtus, cnota znajduje się pośrodku, czyli między dwiema skrajnościami. Formuły tej nie lubią zwolennicy tego, co ekstremalne, a przecież sam język ma słowa wyrażające to umiejscowienie pośrodku: szlachetna cnota, jaką jest odwaga, ma po swojej prawej i lewej stronie bojaźliwość i zuchwałość. A zatem znalezienie się pośrodku bynajmniej nie oznacza przeciętności, chodzi raczej o linię grzbietową, mającą po obu stronach dwa niebezpieczne zbocza.

Autorzy z dziedziny życia duchowego podkreślali również zależność cnót od siebie nawzajem - powiązanie cnót. Święty Doroteusz z Gazy w jednej z nauk zilustrował tę współzależność, genialnie posługując się obrazami w rozdziale O duchowej budowie i o harmonii cnót:

"A jak buduje się dom duchowy? Od widzialnego budownictwa możemy się tego dokładnie nauczyć. Bo człowiek, który taki dom chciałby zbudować, powinien zabezpieczyć go ze wszystkich stron i budować wszystkie cztery ściany, zamiast troszczyć się o jedną część, a zaniedbywać inne. W przeciwnym przypadku nie miałby żadnego pożytku, ale wszystkie jego trudy i koszty poszłyby na marne. Tak jest i z duszą. Nie powinien człowiek zaniedbywać żadnej duchowej budowy, ale równo i harmonijnie wznosić całość"23.

A mówiąc o tych, którzy starają się rozwinąć tylko jedną cnotę, dodaje:

"Tacy podobni są do człowieka, który zbudował jedną ścianę i wywiódł ją tak wysoko, jak tylko mógł. A widząc wysokość tej ściany myśli, że zrobił coś wielkiego. Nie wie, że pierwszy wiatr, kiedy nadejdzie, zwali tę ścianę. Stoi bowiem sama i nie ma oparcia w innych ścianach. Ani też schronienia nie można sobie zrobić z jednej ściany, bo ze wszystkich innych stron jest się odkrytym. Nie tak więc trzeba postępować, ale raczej kto chce sobie dom zbudować i znaleźć w nim schronienie, powinien w nim zbudować wszystkie ściany i zabezpieczyć go ze wszystkich stron".

Następnie Doroteusz wymienia kilka cnót, a przede wszystkim fundament, którym jest wiara, po czym przypomina kamień posłuszeństwa, kamień wielkoduszności, kamień wstrzemięźliwości, kamień współczucia, kamień wyrzeczenia się własnej woli, kamień łagodności i tak dalej... Doroteusz nie zapomina o miłości, która jest dachem domu. I wreszcie pojawia się pokora, zwieńczenie i strażniczka wszystkich cnót.

Pozostaje jeszcze jeden zasadniczy element, bez którego cały trud poszedłby na marne:

"Oto już dom wykończony. (...) Czy może jeszcze czegoś brakuje? Tak, jeszcze jedno opuściliśmy. Co mianowicie? To, żeby budowniczy był mistrzem. Bo jeśli nie jest mistrzem, i zbuduje choć trochę krzywo, dom się kiedyś zawali.

Tak więc niewprawny mnich, który czyni akt pokory z pragnieniem zyskania pochwał, łączy pokorę z próżną chwałą. To tak, jak położyć kamień i potem go odrzucić".

Rozeznanie i równowaga okazują się więc niezbędne, i obydwa stanowią istotę umiaru w tym znaczeniu, jakie temu słowu nadaje literatura monastyczna.

Umiar

Niektórzy reformatorzy niezbyt sobie cenią tę cnotę. Doświadczył tego już Jan od Krzyża wobec wikariusza generalnego kongregacji karmelitów bosych, Nicolasa Dorii, który głosił najsurowszy ascetyzm i utrzymywał, że przez ów rzekomy umiar dusze idą na zatracenie. Nikt nie posądzi Jana od Krzyża o minimalizowanie wymiaru ascezy, u niego jednak zawsze pozostaje ona na właściwym miejscu, podporządkowana miłości. U Dorii przeciwnie, asceza zajmuje pierwsze miejsce i daje się to odczuć w całej równowadze życia zakonnego. Sytuacja ta nie stanowiła co prawda wypaczenia sekciarskiego, ale pokazuje, że niebezpieczeństwo nie pojawiło się wczoraj, a reforma przeprowadzona przez Teresę z Ávili mogła z tego powodu zostać dogłębnie zniekształcona. Rozstrzygnęła historia. Kto dzisiaj pamięta o Dorii?

Granice między normalnym życiem wspólnotowym a sytuacją wypaczenia nie są więc ostro wyznaczone i to utrudnia rozeznanie. Obie strony mówią o wolności, o szacunku, o prymacie tego, co duchowe, o posłuszeństwie, regule, tradycji itd. Używa się tego samego języka i również tych samych środków, a im bardziej problematyczna jest sytuacja, tym staranniej pielęgnowana jest fasada, ukazując pozór, który przez długi czas może łudzić. Różnica pojawi się w przejawach zachwiania równowagi, w przekraczaniu miary, w rzekomym "absolucie", który przesunął się z celu na środki. Ujawni się w konsekwencjach dotykających ludzi. Czy jednak przełożeni będą umieli rozpoznać sygnały alarmowe?

8 "Przyczyną miłości Boga jest sam Bóg; miarą miłości Boga jest miłość bez miary", święty Bernard z Clairvaux, O miłowaniu Boga (De diligendo Deo), 1, w: O miłowaniu Boga i inne traktaty, tłum. S. Kiełtyka SOCist, Poznań 2000, s. 22.

9 Simone Weil, Zakorzenienie, w: Zakorzenienie i inne fragmenty. Wybór pism, tłum. A. Wielowieyski, Kraków 1961, s. 192-193.

10 GPA (gestation pour autrui) = surogacja. PMA (procréation médicalement assistée) = techniki rozrodu wspomaganego medycznie.

11 G. Puppinck, Les droits de l'homme dénaturé (Prawa wynaturzonego człowieka), Paris, Éd. du Cerf, 2018, Conclusion, s. 285. Słowo "wynaturzony" jest w liczbie pojedynczej, gdyż odnosi się do człowieka, a nie do praw.

12 I. Chartier-Siben jest przewodniczącą l'Association C'est-a-dire, Stowarzyszenia pomocy ofiarom wykorzystywania fizycznego, psychologicznego i duchowego.

13 J. Poujol, Abus spirituel, S'affranchir de l'emprise, s. 41.

14 Siostra Chantal-Marie Sorlin należy do wydziału do spraw wypaczeń sekciarskich we wspólnotach katolickich. Zob. Les dérives sectaires dans des communautés catholiques, w: Vie religieuse et liberté, approche canonique, pastorale, spirituelle et psychologique, wydane przez CORREF (Konferencję Zakonników i Zakonnic Francji), Paris 2018,

s. 7-25. Przedruk w Documents épiscopat, nr 11/2018, wydane przez sekretariat ogólny Konferencji Episkopatu Francji.

15 Tamże, Documents épiscopat, s. 23; Vie religieuse et liberté, s. 24.

16 B. de Dinechin i X. Léger, Abus spirituels et dérives sectaires dans l'Église, Paris, Mediaspaul 2019, s. 27.

17 O. Braconnier, Radiographie d'une secte au-dessus de tout soupçon, Paris, Éd. du Cerf, 1995. Wszystkie poniższe cytaty pochodzą z tej książki, s. 13, 15, 16, 49.

18 List syna do owdowiałej matki, która w Rodzinie z Nazaretu miała trzech synów, jest niesłychanie agresywny. "Wobec kobiety takiej jak pani, która nie ma w sobie nic z matki oprócz spełnienia roli polegającej na urodzeniu, ten właśnie ton jest odpowiedni", list cytowany tamże, s. 213-214.

19 Tamże, s. 221.

20 Tamże, s. 218-219.

21 J. Poujol, Abus spirituel, S'affranchir de l'emprise, s. 12, 33 i 59-60.

22 Tamże, s. 69.

23 Doroteusz z Gazy, Różne nauki świętego naszego ojca Doroteusza, 14, tłum. M. Borkowska OSB, Kraków 2010, s. 217-220.