Za czerwoną zasłoną - Roxy Gray

Kup ebooka

9.99 zł
7.44 zł (6,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Głaszcze mnie ręką po brzuchu. Poza ciepłem dotyku nie czuję nic. Leżę spokojnie, czekając, aż zacznie przesuwać się niżej. Znam już przecież przebieg gry wstępnej. Najpierw są piersi, potem brzuch, następnie wnętrza ud, aby w końcu dostać się do upragnionej groty pełnej wilgoci i ciepła. Zanurzyć usta w Sezamie, żeby zachłannie i łapczywie językiem i wargami wtargnąć do jego wnętrza. Ma do tego prawo. W końcu zapłacił, tak jak było przyjęte - z góry.

Właściwie tych na lizanie znoszę gorzej od tych, którzy wpadają na szybkiego gola i po piętnastu minutach najczęściej jest już po sprawie. Ci "liżący" zostają dłużej, jakby z każdego skrawka mojego ciała chcieli zlizać tęsknotę za kobiecym ciałem, którego bliskość z różnych powodów nie jest im dana, albo dlatego że sami sobie są winni. Wielu z nich ma przecież żony, przyjaciółki, partnerki, a mimo to oni przychodzą do mnie. Czegoś musi im brakować w tych związkach. A może zdążyli się już znudzić kobietami, które co noc oferują im ten sam schemat: zapach, czułość, wzdychania i jęki?

Teraz zbliża się do czarownego trójkąta, którego tak bardzo pragnie. Rozchylam lekko uda, przygotowując się do stoczenia bitwy. Nie lubię tego czysto fizycznego drażnienia łechtaczki przez faceta, do którego nic nie czuję. Muszę za każdym razem porządnie się sprężyć, aby nie wypuścić soków, bo to lubią najbardziej. Za wszelką cenę chcą doprowadzić mnie do orgazmu, jakby było to osiągnięcie na miarę wbicia piłki do bramki. Im bardziej są zaangażowani w zrealizowanie swojego celu, tym bardziej prężę ciało, aby nie dać im tej satysfakcji.

Wreszcie kończy podniecony wyrzutem moich udawanych westchnień i jęków, które wliczam w cenę. Doskonale wiem, że przy moim symulowanym orgazmie sam robi sobie ręką. Idzie do łazienki, aby obmyć twarz. Jest czyściochem. Wielu po sprawie naciąga na siebie ciuchy i szybko umyka, nie myjąc się.

- Uff... - Wzdycham, idąc pod prysznic po wyjściu delikwenta i skwapliwie wkładam sto dolarów do schowka w kuchni.

Dom, w którym pracuję, jest sześciopiętrową kamienicą wybudowaną jeszcze w latach siedemdziesiątych i mieści się przy 58 ulicy. Jest to dość stara rudera, ale właściciel mieszkania, tak jak w innych tego typu domach, w których mieszkają również zwykli lokatorzy, żąda setki dolców dziennie w zamian za korzystanie z tak zwanej "prywatnej strefy". Wszystko jest tak zakamuflowane, że wchodzącego do środka frajera nikt nie podejrzewa o to, że właśnie idzie spotkać się z prostytutką.

Mieszkanie znajduje się na ostatnim, szóstym piętrze, na które można wjechać windą. Jest to właściwie jeden duży pokój z łazienką, w którym w jednej części została wbudowana kuchnia. Łazienka jest tak mała, że nie wystarcza miejsca na pralkę, więc często zanoszę pościel i bieliznę do pralni dwie ulice dalej. Czasami z nudów piorę bieliznę w rękach i wywieszam ją w jedynym wielkim oknie wychodzącym na kwadratowe podwórze.

Zabudowana kuchnia jest imponująca. Ma cały rząd stojących i wiszących szafek wraz z kuchenką gazową, mikrofalą i całym kuchennym sprzętem do dyspozycji. Mogę tam więc spokojnie pichcić potrawy, ale ponieważ jeszcze niezbyt dobrze potrafię gotować, często korzystam z gotowych dań, które zwyczajnie wrzucam do mikrofalówki i już po kilku minutach mam gotowy lunch.

Na podwórzu rośnie wielka mimoza, która na wiosnę obleka się w fioletowe kwiatki, i już drugi rok z rzędu mogę podziwiać jej piękno. Często siadam przy oknie i czekając na kolejnego klienta, gapię się na drzewo, marząc o lepszym życiu - o tym, że kiedy odłożę już potrzebną gotówkę, założę jakąś fundację dla potrzebujących, chorych, narkomanów czy zwierząt i jednocześnie będę mogła z tego żyć na odpowiednim poziomie. Od zawsze miałam potrzebę pomagania innym i interesowałam się sprawami społecznymi, dlatego podjęłam studia z socjologii. Z drugiej strony ciągnęło mnie do pieniędzy. Lubiłam ładne, drogie ciuchy, kosmetyki, szykowne buty i marzyłam o własnym mieszkaniu.

W budynku jest winda, którą odwiedzający mogą do mnie wjechać na ostatnie piętro o lekko skośnym dachu - w Paryżu nazwano by ten przybytek mansardą. Dla mnie to mieszkanie jest OK, szczególnie, że za sąsiada mam cichego, sympatycznego lokatora, który zawsze na korytarzu lub w windzie grzecznie pozdrawia mnie: "Hello, how are you today?", na co ja niezmiennie odpowiadam: "Oh, I'm fine, and you?". Na tym praktycznie kończy się wymiana zdań między nami.

Dom zamieszkują w większości dziwni lokatorzy, których czasem spotykam w windzie. Nikt nie próbuje nawiązać ze mną rozmowy, co właściwie w mojej sytuacji jest mi na rękę. Tak, jakby wszyscy wiedzieli, czym się zajmuję, ale każdy nabierał wody w usta.

Dopiero po około roku odkryłam, że na parterze urzęduje tu tak jak ja pewna Meksykanka, której na imię Margarida. Jak na tę nację przystało, ma ona szeroko rozbudowane biodra, wydatne piersi oraz bujne, długie, czarne włosy, które często wiąże w kok. Jest miła, dlatego po pewnym czasie trochę się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Początkowo jednak Margarida nie była skłonna do zwierzeń, kiedy pytałam ją o bardziej osobiste sprawy. Czasami widziałam, jak przychodził do niej dość młody, modnie ubrany i obwieszony złotą biżuterią amigo. Pojawiał się dość regularnie, a ja podejrzewałam, że jest to jej alfons. W końcu Margarida dobiegała już prawie czterdziestki, więc nie można było sądzić, że taki macho przychodzi do niej tylko dla przyjemności.

Charakterystyczny gong u drzwi oznajmia kolejnego gościa. Za każdym razem odczuwam tę samą mieszaninę niepewności i nawet lekkiego strachu, kiedy słyszę ten dźwięk. Sąsiad wraca z pracy dopiero około dziewiętnastej, więc za dnia jestem u góry praktycznie sama. Na dole właściciel zamontował domofon z kamerą, dlatego przynajmniej zawsze mogę rzucić okiem, kogo wpuszczam do budynku. Tym razem jest to Włoch, który wpada regularnie co tydzień na krótki numer. Lubię go. Znamy się już prawie od roku i nawet się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Bez obaw wpuszczam go więc na górę.

- Hello, Bella! Jak się masz? Pięknie wyglądasz, jak zwykle! - wita mnie w drzwiach. Włosi lubią obdarzać kobiety komplementami.

Już po kilku minutach jest w moim łóżku i nie bawiąc się w szczegóły, penetruje moje wnętrze dość małym penisem, za to z wielkim zaangażowaniem. Za każdym razem przymykam oczy, wydając wyuczone jęki i westchnienia. Nie mija pięć minut i Fabio jest ugotowany. Leży jeszcze jakiś czas przy mnie przytulony do mojego ramienia, uspokajając oddech.

- Taka piękna ragazza. Dlaczego nie wyjdziesz za mąż i nie urodzisz dzieci?

- Och, Fabio - wzdycham - to skomplikowane. W życiu nie wszystko jest tak łatwe, jak się wydaje. Oczywiście mogłabym kogoś poznać, może się zakochać, urodzić dzieci, zająć się domem albo nawet pójść do normalnej pracy, ale mnie nie odpowiada taki model życia. Chcę być niezależna i posiadać coś własnego, do czego żaden mężczyzna nie będzie miał prawa się wtrącać, oraz mieć czas do swojej wyłącznej dyspozycji. Rozumiesz to, Fabio? A dzieci? Uważam, że jestem na nie za młoda. Na to może przyjdzie później czas. Mam dopiero dwadzieścia trzy lata i nie zamierzam zajmować się pieluchami! A teraz zmykaj już. - Wypycham go lekko z łóżka. - Za godzinę przychodzi następny klient z poważną kasą.

- Jasne, już mnie nie ma. - Fabio żegna się, całując mnie w policzek. - Do zobaczenia, Lauro! Uważaj na siebie!

Po pożegnaniu Włocha wskakuję jak zwykle pod prysznic. Następnie wcieram w ciało obłędnie pachnący balsam, poprawiam włosy i makijaż. Nakładam drogą, koronkową bieliznę i narzucam na siebie lekko prześwitujący szlafroczek sięgający połowy uda. Klientom, którzy płacą więcej, należy się wyższa jakość usługi, a ten, który się zapowiedział, płaci aż dwieście pięćdziesiąt dolarów za godzinę.

Po przewietrzeniu mieszkania od papierosów, które wypaliliśmy z Fabiem, i spryskaniu pokoju waniliowym odświeżaczem siadam w moim ulubionym fotelu i odliczam minuty do umówionego spotkania. Pięć po piątej odzywa się dzwonek u drzwi. Wstaję i na wysokich szpilkach wpuszczam gościa na górę. W średnio drogim, szarym garniturze z zawiązanym pod szyją bordowym krawatem kontrastującym ze świeżością białej koszuli sprawia wrażenie zadbanego. Choć nie znamy się bliżej (był u mnie do tej pory zaledwie raz), przypuszczam, że jest pracownikiem jednej z korporacji, których skupisko mieści się w sąsiedniej dzielnicy, oddalonej niecałe dziesięć mil stąd. Facet musi być rodzajem gryzipiórka, sekretarzem, może księgowym, ale z pewnością nie doradcą podatkowym czy menagerem. Ci płacą więcej, z własnej woli, bo po prostu ich na to stać.

Otwieram drzwi i zapraszam gościa do środka. Na oko pięćdziesięcioletni David, trochę sztywny w obejściu, o twarzy bez wyrazu, ale bardzo spokojny, pozdrawia mnie zwyczajowym: Hello. Wiem już z ostatniego spotkania, że przeprawa z nim będzie dość uciążliwa, ale bezpieczna. David ma swoje wymagania. Chce sam rozbierać mnie z frywolnej bielizny. Po zdjęciu marynarki i krawata podchodzi do mnie, rozpoczynając ustalony rytuał.

Najpierw odgarnia moje włosy z szyi i delikatnie ją całuje. Następnie niezgrabnymi ruchami odpina stanik i rzuca go na łóżko. Obejmuje moje piersi od tyłu, lekko miętosząc je rękoma. Zapach moich drogich perfum miesza się z jego średnio drogą wodą po goleniu. Aerozol, który rozpuściłam w pokoju, dodaje do tego połączenia chemicznej woni wanilii. Robi mi się duszno, więc otwieram okno. Czuję, jak z każdym ruchem David wydziela z siebie kropelki potu, za czym nie przepadam.

Teraz rozprawia się z majtkami. Ściąga mi je do połowy ud i całuje pośladki. Sprawia mi to nawet przyjemność, ale jest to tylko krótki moment podczas całego spektaklu. Uwalnia mnie z majtek i teraz stoję naga, czekając, aż on się całkiem rozbierze. Kładziemy się do łóżka. David jest już bardzo podniecony, więc niezwłocznie przystępuje do dzieła. Rozchylam nogi i od tej pory zaczynam myśleć o tym, co kupię dzisiaj na kolację w markecie, albo czy przejdę się po ulicy z butikami, żeby uzupełnić garderobę. Zbliża się lato, a ja potrzebuję kilku nowych sukienek, takich zwykłych, które zakłada się do parku albo do zoo czy też na wycieczkę statkiem po kanale. Nowy kostium kąpielowy też by mi się przydał na letnie wypady na Long Beach.

David w międzyczasie kończy pierwsze podejście i kładzie się zasapany obok mnie. Wstaję teraz na papierosa i robię sobie drinka. David nie pije, bo przyjechał tu samochodem. Przed nami jeszcze druga runda. Tej nie lubię, bo muszę włożyć więcej wysiłku, aby pobudzić go do kolejnego strzału. Po wypiciu whisky rozluźniam się jednak co nieco i aby szybko zakończyć sprawę, pracuję z większym zaangażowaniem. Mija dwadzieścia minut, które wydają mi się wiecznością. Udaje mi się jednak doprowadzić Davida do wyczerpującego końca. Leży jeszcze jakiś czas w łóżku, odpoczywając jak po trudnej przeprawie.

Właściwie wcale ze sobą nie rozmawiamy, bo i o czym? Żyjemy przecież w dwóch odrębnych światach. Podejrzewam, że on ma żonę, rodzinę, dorosłe dzieci i tak jak większość z nich po dwudziestu albo i więcej latach małżeństwa, regularnie skacze na boki, nie mając odwagi rozwieść się z długoletnią partnerką. Może ją nawet kocha, ale wspólne życie wypaliło już dawno namiętność w związku. Nie pytam go jednak o nic, bo w gruncie rzeczy wcale mnie to nie interesuje, chyba że do prywatnej statystki.

Po umyciu się i ubraniu David opuszcza mój mały przybytek rozkoszy. Teraz w końcu mam czas dla siebie. Robię późny lunch, ponieważ czuję głośne burczenie w żołądku. W mojej dobrze wyposażonej kuchni nastawiam mikrofalę z lasagne. Otwieram do tego dobrze schłodzoną butelkę białego wina. Siadam przy stoliku w moim ulubionym fotelu i słuchając śpiewu ptaków wijących gniazda na mimozie, z apetytem zajadam całkiem smaczny posiłek. Siedząc tak samotnie, popijam wino, zastanawiając się, czy nie rzucić tego wszystkiego i tak jak zaplanowali to moi przybrani rodzice, dokończyć studia, aby "wyjść na ludzi". W końcu przebrnęłam już przez dwa lata socjologii i przy dobrych chęciach mogłabym te studia ukończyć.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat i rodzice wyznali mi prawdę o mojej adopcji, coś we mnie jakby pękło. Praktycznie od urodzenia byłam przekonana, że są moimi biologicznymi rodzicami, chociaż czasami, bardzo rzadko, intuicyjnie wydawali mi się obcy. Były to tylko krótkie momenty, ale ja je czułam, nie potrafiąc wytłumaczyć sobie, dlaczego. Kiedy dzień po urodzinach powiedzieli mi o tym, wpadłam w rodzaj czarnej dziury. Pod wpływem jakiegoś wewnętrznego protestu i - jak to wówczas odebrałam - poczucia niesprawiedliwości, szukając ucieczki od rzeczywistości, zaczęłam zadawać się z osiedlowym elementem i popadłam w uzależnienie od dragów. Początkowo była to tylko trawka, później doszły koka, amfa i inne. Trwało to dobry rok do czasu, kiedy na świadectwie z college'u prawda wyszła na jaw.

Rodzice walczyli o mnie jak lwy i wyciągnęli mnie z dołka po tym, jak odbyłam odwyk i wiele spotkań z psychologiem. Ukończyłam college i nawet dostałam się na studia w wymarzonym Nowym Jorku, a życie jakby na nowo nabrało dla mnie sensu - jednak nie na długo. Na studenckich imprezach, choć od narkotyków trzymałam się z daleka, zaczęłam pić. Po nadmiarze alkoholu wpadałam często w przeraźliwe napady smutku i tęsknoty za prawdziwymi rodzicami. Nic i nikt nie potrafił ukoić tego głębokiego bólu. Moi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałam zaledwie rok. Jako dwulatka trafiłam więc do adopcji i tak przez osiemnaście lat żyłam w przeświadczeniu, że ludzie, którzy mnie wychowywali, byli moją prawdziwą rodziną. Nieraz zastanawiałam się nad tym, dlaczego postanowili wyznać mi prawdę. Czy było to rzeczywiście dobre posunięcie? W końcu, może żyjąc w nieświadomości, łatwiej sprostałabym wyzwaniom losu?

Studia zaczęłam od dobrych ocen. Nie byłam głupia, a nauka przychodziła mi łatwo. Pod koniec drugiego roku moje oceny zjechały w dół, ciągle miałam nienadrobione zaliczenia, a ja swój smutek znowu topiłam w alkoholu. W końcu dziekan zagroził mi powtórzeniem roku. Miałam wszystkiego dość i nadal jakaś niewytłumaczalna siła ciągnęła mnie na dno.

Na peryferiach naszego miasteczka były trzy burdele. Nieraz jako nastolatkowie udawaliśmy się do tej intrygującej dzielnicy, aby obserwować, co dzieje się przed budynkami mocno oświetlonymi czerwonym światłem neonów. Fascynowały nas drogie samochody oraz kobiety ubrane w wyzywające stroje, stojące przy drzwiach i zachęcające mężczyzn, aby weszli do środka. Jako dzieciaki nie rozumieliśmy jeszcze, o co w tym wszystkim chodzi.

Na studiach moja najbliższa koleżanka wyznała mi pewnego dnia, że aby opłacać sobie naukę i mieć kasę na drogie ciuchy, jest od pewnego czasu z jednym tak zwanym "sponsorem". Kiedy na imprezie opowiedziała mi, jak to wszystko funkcjonuje, nabrałam ochoty na taki eksperyment. Rodzice zapewniali mi wprawdzie minimum finansowe, ale ja w skrytości ducha marzyłam o tych drogich, ładnych kieckach i błyskotkach, jakimi imponowała mi Olivia.

Była ona wysoką, ładną blondynką, o perfekcyjnej figurze i pełnych, zaokrąglonych piersiach. Ja w przeciwieństwie do niej wydawałam się sobie szarą myszką. Ot, przeciętnej urody szatynka, metr sześćdziesiąt wzrostu, o zbyt wąskich ustach, szarozielonych oczach, drobnym biuście i zbyt szerokich - jak na mój gust - biodrach. Nie wierzyłam, że jakiś zamożny, starszy facet chciałby się mną zainteresować, a co dopiero finansować moje wybujałe zachcianki. Jednak dzięki Olivii niespodziewanie przeobraziłam się z brzydkiego kaczątka w kobietę wampa.

Pewnego dnia przyjaciółka zabrała mnie do fryzjera i kazała podciąć i przefarbować moje włosy na platynowy blond. Następnie doszła wizyta u kosmetyczki i zakupy w drogiej dzielnicy handlowej, gdzie za pożyczone od Olivii pieniądze kupiłam odjazdową kieckę i szałowe szpilki. Olivia pstryknęła mi kilka zdjęć i wstawiła na odpowiednie portale internetowe. Nie minęły dwa dni i już zgłosili się potencjalni opiekunowie. Przeglądając ich profile, na początku byłam przerażona. Faceci pod pięćdziesiątkę, nawet i starsi, wydawali mi się obleśnymi dziadami, o sflaczałych ciałach i obwisłej skórze. Miałam wówczas dopiero dwadzieścia jeden lat, a ci mężczyźni przypominali wyglądem mojego zastępczego ojca! Szczególnie nie podobali mi się ci bardzo owłosieni, którzy dumnie prezentowali klatkę piersiową w rozchylonej koszuli, albo ci z gęstą brodą. Niektórzy byli łysi albo całkiem siwi. Inni mieli sporą nadwagę. Takich nie lubiłam najbardziej.

- Co za obrzydlistwo - skarżyłam się Olivii, kiedy wspólnie przeglądałyśmy oferty.

W końcu zdecydowałam się na przetestowanie dwóch kandydatów i po wstępnej rozmowie na czacie umówiłam się na spotkanie.

Pierwszy z nich miał na imię Harry. Miał żonę, trójkę dorosłych już dzieci i był bardzo zamożny. Zabrał mnie kilka razy na drogie zakupy, kolację i do ekskluzywnych hoteli. W hotelowych pokojach uprawialiśmy seks, a potem Harry ulatniał się do domu. Jednak albo nie przypadłam mu do gustu, albo jako nowicjuszka popełniłam jakieś błędy - w każdym razie po czwartym spotkaniu Harry powiadomił mnie, że wyjeżdża na jakiś czas w interesach do Europy i od tego momentu więcej się ze mną nie skontaktował.

Z tym drugim, o imieniu Kit, też nie miałam zbyt dużo szczęścia. Był dość przystojny, nawet nie taki stary, bo czterdziestosześcioletni i wynajął dla nas małą kawalerkę na Brooklynie, gdzie regularnie się spotykaliśmy. Na początku byłam zachwycona mieszkaniem oraz prezentami, jakimi mnie obdarowywał. Dawał mi też miesięcznie dwa tysiące dolarów, co w moim przypadku wydawało się być zawrotną sumą. Miałam już szafę pełną drogich ciuchów, butów i torebek. Wytrzymałam pół roku. Najbardziej odrażało mnie w nim to, że strasznie się pocił. Choć z wyglądu jeszcze by uszedł, fakt, że przy byle okazji zlewał się potem, a podczas snu głośno zgrzytał zębami, okropnie na mnie działał.

Kit co prawda nie miał rodziny, ale i z nim nie czułam się zbyt szczęśliwa. Wyjścia do klubów, po zakupy czy do restauracji kończyły się zawsze tym samym. Lądowaliśmy w łóżku, aby zakończyć wieczór numerem. Myślałam, że skoro jest wolny, zabierze mnie na jakiś wyjazd czy choćby wycieczkę. Bardzo marzyłam, aby choć raz wybrać się do Kalifornii. Nic z tych rzeczy. Kiedy namawiałam go na podróż, za każdym razem tłumaczył się nawałem pracy i brakiem czasu. Czułam się sfrustrowana. Zaniedbałam naukę i zaczęłam jeszcze więcej pić. Groziło mi powtórzenie roku. Olivia widziała, co się ze mną dzieje i któregoś dnia, kiedy siedziałyśmy w naszym ulubionym klubie, podsunęła mi myśl, abym się usamodzielniła.

- Znam taką jedną, mieszka w domu obok. Jeździ mercem typu SUV, ma superdrogie ciuchy i jest obwieszona piękną biżuterią. Gołym okiem widać, że dobrze się jej powodzi. Wszyscy wiedzą, że przyjmuje frajerów, choć robi to bardzo dyskretnie - opowiadała Olivia.

- No, ale ilu ona musi przyjmować i za jakie stawki, skoro stać ją na to wszystko?

- Nie wiem dokładnie. Słyszałam jednak, że dziewczyny biorą po sto, dwieście dolców od numeru. Sama policz, ile to wychodzi na miesiąc, zakładając, że przyjmiesz od trzech do pięciu dziennie...

- Wow! To całkiem niezła sumka!

- Myślę, że w twoim przypadku byłoby to lepszym rozwiązaniem, bo jak widać, z jednym trudno ci wytrzymać. Tylko co z nauką? Nie będziesz już miała czasu na wkuwanie.

- Ach, pieprzę te studia. Szczerze? Już dawno nudziły mnie te socjologiczne flaki z olejem.

- Masz rację. Ja też nie jestem zachwycona studiami, ale jakiś papier trzeba mieć. Jeszcze może się w życiu przydać. I weź pod uwagę, co powiedzą twoi rodzice, jeśli przerwiesz studia?

- Wiesz, Olivio, to są moi przybrani rodzice. Nigdy ci o tym nie wspominałam.

- Coś takiego! Kiedy się o tym dowiedziałaś?

- Wyznali mi prawdę dzień po moich osiemnastych urodzinach.

- Oh, my God! To musiał być dla ciebie ogromny szok. Z drugiej strony, wydaje mi się, że postąpili fair, abyś nie przeżyła reszty życia w nieświadomości.

- Tak, chyba tak. Jednak od tego czasu mam wrażenie, że żyję w zawieszeniu. Rozumiesz co mam na myśli?

- Mogę to sobie wyobrazić.

Rozmawiałyśmy tak jeszcze długo, a ja byłam wdzięczna Olivii, że mnie słucha i rozumie, co odczuwam. Po tej rozmowie postanowiłam skończyć z Kitem i - tak jak to określiła przyjaciółka - usamodzielnić się.

Przetrzepałam wszelkie możliwe ogłoszenia wynajmów i po dość długich poszukiwaniach trafiłam wreszcie na Johna, który oddał mi swoje przytulne mieszkanko na wynajem za stawkę stu dolarów dziennie. Początkowo cena mnie zszokowała, ale - jak się z czasem dowiedziałam - inne dziewczyny też musiały płacić tyle albo więcej. Rodziców powiadomiłam, że na rok przerywam studia, ponieważ znalazłam pracę i chcę odłożyć sobie trochę gotówki. Nie wyrazili sprzeciwu, będąc prawdopodobnie zadowolonymi, że nie muszą przelewać miesięcznie sporej gotówki na moje utrzymanie, w tym za akademik. Nie należeli w końcu do zamożnych. Ojciec pracował w administracji, a matka na pół etatu w urzędzie pracy.

Z trudem dobrnęłam do końca roku akademickiego i udało mi się go zaliczyć z dość miernymi ocenami. Kiedy wprowadziłam się do mieszkania, wreszcie poczułam się wolna. Zawsze miałam fioła na punkcie czerwonego koloru, więc apartament urządziłam we wszystkich możliwych jego odcieniach. Bordowe zasłony, czerwona kapa na łóżko, karminowe poduszki, przetykane złotą nicią i różowe abażury na lampy. Na drewnianej, lakierowanej podłodze rozłożyłam imitację tygrysiej skóry.

John, właściciel, był sympatycznym, starszym mężczyzną koło sześćdziesiątki, dorabiającym wynajmem do skromnej renty. Od czasu, kiedy uległ wypadkowi, miał zdeformowaną stopę, więc lekko kulał i nikt nie chciał więcej zatrudnić inwalidy. Był swego rodzaju złotą rączką i dokonywał sam wszelkich napraw związanych z elektryką czy kanalizacją. Z zawodu był stolarzem, dlatego z dumą prezentował mi pięknie zabudowaną kuchnię w drewnie oraz fantazyjny parkiet, którym zachwyciłam się od pierwszego wejrzenia.

Sam pokój był ładny, przestronny z wbudowaną, dużą szafą i mógł mieć jakieś 25 metrów kwadratowych. Jedynymi mankamentami były zbyt mała łazienka i brak pralki, na którą nie było już miejsca. Chcąc nadać wnętrzu jeszcze bardziej intymnego charakteru, wpadłam na pomysł, żeby nad łóżkiem zawiesić baldachim. Poprosiłam więc Johna, aby wykonał dla mnie taką konstrukcję.

- Czemu nie? - odparł i już po dwóch tygodniach zainstalował baldachim tak, jak sobie zażyczyłam. Na stelażu przytwierdzonym do ścian i sufitu zawiesiłam zwiewny, tiulowy materiał, który u wezgłowia opadał lekkim łukiem na łóżko, oczywiście w kolorze czerwonym.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.