Z wyżłami przez Europę - dr hab. n. med. Zbiegniew Lesław Ciemniewski

Kup ebooka

21.50 zł
17.85 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Obóz Vu­og­ga­tj?lme

Następ­nego dnia z wielką cie­ka­wo­ścią wy­cho­dzimy z domu, aby zo­ba­czyć świat wo­kół nas. Dom bę­dący na­szą kwa­terą jest jed­nym z kilku po­dob­nych obiek­tów wy­glą­da­ją­cych na nie­dawno wy­bu­do­wane. Ca­łość zlo­ka­li­zo­wana jest na zbo­czu, u stóp któ­rego roz­ciąga się spore je­zioro. Ota­cza­jące nas wzgó­rza oraz je­zioro czę­ściowo prze­sła­nia po­ranna mgła. Ca­łość spra­wia bar­dzo senne, je­sienne i w su­mie smutne wra­że­nie. W cza­sie krót­kiego spa­ceru z psami wi­dzimy rów­nież lą­do­wi­sko dla śmi­głow­ców z han­ga­rem kry­ją­cym, jak się nie­długo okaże, więk­szą ma­szynę od sto­ją­cej na pły­cie.

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień pierw­szy

Po śnia­da­niu i krót­kich usta­le­niach z Ki­mem ru­szamy na po­lo­wa­nie. Na ten pierw­szy raz bie­rzemy ze sobą młode psy, Gapę i Go­rana, rów­nież dla­tego, że chcemy dać im szansę na wy­szu­mie­nie się po dłu­giej po­dróży. Jaga i Flora zo­stają w domu.

Plan jest pro­sty: śmi­gło­wiec wy­nosi nas na gra­nicę lasu po­ra­sta­ją­cego zbo­cza nad na­szym obo­zem, a my, po­lu­jąc, pe­ne­tru­jemy oko­licę i sa­mo­dziel­nie scho­dzimy do obozu. Pierw­szy lot he­li­kop­te­rem i pierw­sze py­ta­nie: jak za­cho­wają się młode wy­żły? Ku na­szej ra­do­ści za­cho­wują się tak, jak gdyby całe ży­cie la­tały śmi­głow­cem na po­lo­wa­nie. Zresztą star­sze suki z rów­nie sto­ic­kim spo­ko­jem przyjmą ten do­syć nie­zwy­kły prze­cież śro­dek trans­portu. Lą­du­jemy na ska­li­stym te­re­nie po­kry­tym do­syć gę­sto ni­ską pło­żącą się ro­ślin­no­ścią. Wszystko ocieka po­ranną wil­go­cią, w za­głę­bie­niach te­renu spo­ty­kamy liczne, w więk­szo­ści za­ra­sta­jące mniej­sze i więk­sze oczka wody. Roz­dzie­lamy się na dwa ze­społy, tak aby po­zo­sta­jąc w kon­tak­cie wzro­ko­wym, dać jed­no­cze­śnie na­szym wy­żłom swo­bodę pracy. Ja z Gapą, Ha­nia oraz to­wa­rzy­szący nam tego dnia Kim sta­no­wimy pierw­szy ze­spół. Drugi two­rzą Ma­ciek z Martą i Go­ra­nem. Ten układ dla uważ­nego czy­tel­nika może mieć zna­cze­nie rów­nież dla­tego, że al­bum za­wiera zdję­cia wy­ko­nane za­równo przez Ha­nię, jak i przez Martę, tak że dają cza­sem ob­raz zda­rzeń z dwóch per­spek­tyw.

Ru­szamy pod górę, pe­ne­tru­jąc szer­sze wy­płasz­cze­nia - swego ro­dzaju gi­gan­tyczne stop­nie - po­prze­ci­nane ko­lej­nymi wa­łami skał. Ge­ne­ral­nie idziemy co­raz wy­żej w kie­runku szczytu na­szej góry. W wielu miej­scach spo­ty­kamy ślady obec­no­ści par­dwy, ale pta­ków długo nie udaje się nam zo­ba­czyć. Mi­łym prze­ryw­ni­kiem jest słonka pięk­nie wy­sta­wiona przez Go­rana nad jed­nym z ma­łych ba­gie­nek. Idzie bez strzału. Święty Hu­bert mnie pierw­szemu daje szansę zdo­by­cia par­dwy. Pe­ne­tru­jemy wtedy do­syć sze­roką prze­strzeń tun­dry, po­fał­do­waną licz­nymi ka­mien­nymi pa­gór­kami. W pew­nym mo­men­cie Gapa staje w stójce i roz­po­czyna dłu­gie, na­wet bar­dzo dłu­gie do­cią­ga­nie. Idę uważ­nie za nią po do­syć od­kry­tym te­re­nie. Ko­lejne stójki i ko­lejne do­cią­ga­nie. Za­czy­nam tra­cić wiarę we wska­za­nia suki, bo prze­cież to jej pierw­sze w ży­ciu par­dwy. Jed­nak po przej­ściu ko­lej­nych kil­ku­dzie­się­ciu me­trów da­leko, na gra­nicy sku­tecz­nego strzału, pod­nosi się piękne stadko pardw li­czące chyba około 20 osob­ni­ków. Strze­lam - pu­dłuję. Cóż, ta­kie jest po­lo­wa­nie. Ana­li­zo­wa­łem póź­niej to zda­rze­nie na różne spo­soby i z dzi­siej­szej per­spek­tywy wy­daje mi się, że po pro­stu od­le­głość była zbyt duża na pewny strzał.

Nie­długo po moim pu­dle swoją szansę do­staje Ma­ciek. Pro­wa­dzony pięk­nie przez Go­rana, przy­piera swoje stadko do gra­nicy bar­dziej otwar­tego te­renu, co skła­nia ptaki do startu. Po­mimo emo­cji strzela sku­tecz­nie - i tak pierw­sza par­dwa za­wisa na na­szych tro­kach. Za­równo Go­ran, jak i Gapa do­stają też swoją szansę na aport nie­zna­nego wcze­śniej tro­feum i nie spra­wiają nam za­wodu. Nie dość na tym, całą ak­cję pięk­nie ob­fo­to­gra­fo­wuje Marta, wy­ko­nu­jąc jedne z cie­kaw­szych zdjęć na­szej wy­prawy (fot. 1-4). Tego dnia, choć spo­ty­kamy par­dwy, nie do­cho­dzimy już do strzału.

Drogę do obozu za­pa­mię­ta­łem z nie­zbyt do­brej strony. Roz­bo­lało mnie ko­lano, i to tak, że my­śla­łem mo­men­tami, iż nie zro­bię ani jed­nego kroku wię­cej. Mie­li­śmy już w no­gach po­nad 20 ki­lo­me­trów po gór­skich wer­te­pach, co skru­pu­lat­nie ob­ser­wo­wał Kim na apli­ka­cji swo­jej ko­mórki. W tym miej­scu mała dy­gre­sja: pro­szę so­bie wy­obra­zić, że prak­tycz­nie wszę­dzie, gdzie po­lo­wa­li­śmy, do­stępny był sy­gnał ko­mór­kowy i moż­liwa łącz­ność z ca­łym świa­tem. Nie wiem, jak Szwe­dzi to ro­bią, tym bar­dziej że ab­so­lut­nie ni­g­dzie w gó­rach nie było wi­dać an­ten.

Droga po­wrotna pro­wa­dzi stromo w dół, im ni­żej, tym bar­dziej stromo i co gor­sza, po do­tar­ciu do li­nii lasu mu­simy się prze­bi­jać przez uciąż­liwe chasz­cze. Po dro­dze psy wy­pła­szają głuszca, który przy­po­mina, że tun­dra szczy­tów to kró­le­stwo par­dwy, na­to­miast strefa lasu to już jego świat.

Na kwa­te­rze je­ste­śmy tuż przed zmro­kiem. Po­tem prysz­nic, ko­la­cja, spora dawka aspi­ryny, wsta­wie­nie bu­tów do prze­myśl­nej su­szarki, krótka roz­mowa o pla­nach na ju­tro i do łó­żek.

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień drugi

Dru­giego dnia mie­li­śmy po­le­cieć do od­le­głego o po­nad 20 ki­lo­me­trów ło­wi­ska bę­dą­cego, zda­niem Kima, naj­lep­szym w oko­licy te­re­nem na par­dwy. Kim wspo­mi­nał z roz­rzew­nie­niem swoje po­lo­wa­nia w tej oko­licy przed kilku laty, da­jące roz­kłady po kil­ka­na­ście sztuk dzien­nie. Pełni do­brych na­dziei na udany dzień wsie­dli­śmy z ochotą do śmi­głowca, bio­rąc tym ra­zem ze sobą we­te­ranki, Jagę i Florę (fot. 5). Młode psy bez pro­te­stu zo­stały w domu i le­czyły swoje obite wczo­raj­szym po­lo­wa­niem łapy. Dzień za­po­wia­dał się ina­czej niż po­przedni. Słońce prze­bi­jało się przez chmury, co­raz czę­ściej wi­dać było błę­kit nieba i cały świat od razu za­czął wy­glą­dać bar­dziej ra­do­śnie. Po­pra­wiły się też wy­raź­nie wa­runki do ro­bie­nia zdjęć. Miej­sce, gdzie przy­le­cie­li­śmy, było rze­czy­wi­ście nie­zwy­kle piękne. Roz­le­gły pła­sko­wyż, o wy­raź­nie mniej su­ro­wej i bar­dziej uroz­ma­ico­nej ro­ślin­no­ści, oto­czony był ła­god­nie opa­da­ją­cymi wznie­sie­niami. Znacz­nie więk­sza niż wczo­raj przej­rzy­stość po­wie­trza po­tę­go­wała wra­że­nie ogromu prze­strzeni przed nami (fot. 6). Wy­da­wało się, że wzrok sięga po krańce ziemi.

Ru­szy­li­śmy, po­dob­nie jak wczo­raj, w dwóch ze­spo­łach. Ma­ciek z Martą wziął ze sobą Jagę. Ja z Ha­nią i Ki­mem po­lo­wa­li­śmy z Florą.

Nie­stety, pardw było nie­zbyt dużo, wy­raź­nie mniej niż wczo­raj. Przede wszyst­kim spo­ty­kane stadka li­czyły naj­wy­żej kilka sztuk, na­tra­fia­li­śmy też na po­je­dyn­cze ptaki. Nasz prze­wod­nik był bar­dzo za­sko­czony tym sta­nem rze­czy i roz­wa­żał sze­roko moż­liwe po­wody tego. Za je­den z nich uwa­żał zbyt wielką pre­sję ło­wiecką ze strony wspo­mnia­nych wcze­śniej nor­we­skich my­śli­wych. Wielką przy­jem­ność na­to­miast spra­wiała mi praca Flory, która cho­dziła sze­roko, sys­te­ma­tycz­nie i mą­drze. Dość po­wie­dzieć, że Kim, do­świad­czony za­wo­dowy my­śliwy, po­lu­jący ze swoim se­te­rem an­giel­skim od lat, chwa­ląc sukę, po­wie­dział, że chciałby mieć po niej szcze­niaka. Jako ho­dowca nie mo­głem usły­szeć więk­szego kom­ple­mentu.

Po­mimo mniej­szego niż ocze­ki­wany stanu pardw ten dzień z pew­no­ścią za­li­czy­li­śmy do bar­dzo uda­nych za sprawą kilku zda­rzeń.

Zdo­by­łem swoje pierw­sze par­dwy, i to w spo­sób da­jący sporą sa­tys­fak­cję. Pierw­sza wy­rwała się nie­spo­dzie­wa­nie pra­wie spod na­szych stóp, z głę­bo­kiej, ale nie­zbyt sze­ro­kiej roz­pa­dliny te­renu. Flora do­bie­gała do skraju roz­pa­dliny, ja sze­dłem spo­koj­nie z bro­nią na ra­mie­niu, ni­czego nie po­dej­rze­wa­jąc. Bły­ska­wicz­nie się­gną­łem po du­bel­tówkę i od­da­łem szybki strzał z rzutu w mo­men­cie, kiedy par­dwa cho­wała się za skałą. Chwila nie­pew­no­ści. Po­sła­łem Florę, która po chwili wy­bie­gła zza skały ze śnież­no­bia­łym pta­kiem w ku­fie (fot. 7, 8). Ra­dość, gra­tu­la­cje od Kima za piękny strzał.

Drugą do­sta­łem od świę­tego Hu­berta w na­stę­pu­jący spo­sób. Na­sze dwa ze­społy szły rów­no­le­gle w od­le­gło­ści może 100-150 me­trów. Psy pra­co­wały przed nami. W pew­nym mo­men­cie Jaga, pra­cu­jąca przed Mać­kiem i Martą, za­zna­czyła zwie­rzynę i za­częła po­woli do­cią­gać. Po­je­dyn­cza par­dwa ze­rwała się ze spo­rej od­le­gło­ści, nie da­jąc Mać­kowi szansy na sku­teczny strzał, i skie­ro­wała się w na­szą stronę. Za­pewne nie wi­działa nas, gdyż by­li­śmy wy­raź­nie wy­żej niż pierw­sza grupa. Strze­li­łem - jest! Do­bie­gła Jaga, pod­nio­sła ptaka i za­apor­to­wała Mać­kowi (fot. 9).

Po­tem jesz­cze parę razy spo­tka­li­śmy ptaki, które jed­nak nie do­pusz­czały nas na od­le­głość strzału. Kil­ka­krot­nie suki wy­sta­wiały, ale nie uda­wało się nam dojść zwie­rza w trud­nym te­re­nie. Za­li­czy­łem też jedno pu­dło do nie­spo­dzie­wa­nie zry­wa­ją­cego się ko­gutka, który po spu­dło­wa­nym strzale "ob­śmiał" mnie w spe­cy­ficzny iro­niczny spo­sób. Tak, zda­niem Kima, re­agują ko­gutki par­dwy na pu­dło. Trzeba było uwie­rzyć mu na słowo

Tego dnia mie­li­śmy też tro­chę czasu na od­po­czy­nek, wy­pi­cie te­re­no­wej kawy, spo­kojne omó­wie­nie dnia i uważne obej­rze­nie na­szej zdo­by­czy (fot. 10).

Oprócz do­cho­dze­nia pta­ków, pięk­nej pracy psów, wspa­nia­łej prze­strzeni wo­kół nas i na­prawdę pięk­nej po­gody ten dzień dał nam jesz­cze szansę na dwa nie­zwy­kłe spo­tka­nia. Około po­łu­dnia na skraju opa­da­ją­cej w kie­runku je­ziora po­wierzchni zo­ba­czy­li­śmy, ku na­szemu zdzi­wie­niu, spore stado - może le­piej chmarę, szu­ka­jąc lep­szego słowa w ło­wiec­kiej gwa­rze - re­ni­fe­rów. Spo­ty­ka­li­śmy je póź­niej kil­ku­krot­nie, ale ten pierw­szy raz szcze­gól­nie wy­rył mi się w pa­mięci. Wi­dząc nas, spo­koj­nie od­da­liły się bez żad­nych ob­ja­wów pa­niki. W tam­tych stro­nach wszyst­kie ży­jące swo­bod­nie re­ni­fery były w isto­cie wła­sno­ścią któ­rejś z ro­dzin Sa­amów, od­wiecz­nych miesz­kań­ców La­po­nii. Na­sze psy za­cho­wały się spo­koj­nie, prze­pi­sowo re­spek­tu­jąc zwie­rza.

Nie­długo po­tem spo­tka­li­śmy praw­dzi­wego króla tam­tego świata - wiel­kiego byka ło­sia. Po­tężny ło­pa­tacz, zda­niem Kima ni­gdy wcze­śniej nie­wi­dziany w tam­tych stro­nach, spo­koj­nie prze­ma­sze­ro­wał może 200 me­trów od nas. Suki bez wi­docz­nej emo­cji od­pro­wa­dziły go wzro­kiem, a my z wielką przy­jem­no­ścią przy­glą­da­li­śmy się po­tęż­nej syl­wetce, ale przede wszyst­kim po­tęż­nym, omal ala­skań­skim ro­so­chom. Wi­dok był za­pewne rów­nież nie­zwy­kły i po­ru­sza­jący dla na­szego prze­wod­nika, który opo­wia­dał nam przy po­łu­dnio­wej ka­wie, że ta­kie zło­to­me­da­lowe byki są w Szwe­cji na wagę złota. Do­słow­nie! W szwedz­kich cza­so­pi­smach ło­wiec­kich po­ja­wiają się cza­sem ogło­sze­nia typu: "Po­szu­kuję moż­li­wo­ści zdo­by­cia zło­to­me­da­lo­wego ło­sia. Cena nie gra roli!!!". Na­prawdę!

W dro­dze na miej­sce umó­wio­nego spo­tka­nia ze śmi­głow­cem za­częła psuć się po­goda, nad­cią­gnął lo­do­waty pół­nocny wiatr, za­czął pa­dać deszcz. Wi­dok nad­la­tu­ją­cego trans­portu był na­prawdę mi­łym za­koń­cze­niem tego dnia w gó­rach.

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień trzeci

Trze­ciego dnia po­goda przy­go­to­wała dla nas małą nie­spo­dziankę. Obu­dzi­li­śmy się w świe­cie otu­lo­nym gę­stą, wil­gotną i zimną mgłą. Zje­dli­śmy spo­koj­nie śnia­da­nie, ale mgła nie miała za­miaru ustę­po­wać, co ozna­czało, że z lotu śmi­głow­cem nici. Cóż, zmiana pla­nów była ko­nieczna. Kim za­pro­po­no­wał, by po­je­chać drogą nr 95 około 20 ki­lo­me­trów w kie­runku nor­we­skiej gra­nicy i za­po­lo­wać w tam­tych stro­nach. In­nego roz­wią­za­nia nie było, to­też spa­ko­wa­li­śmy się i w drogę. Drogę zresztą cie­ka­wie wi­jącą się po­mię­dzy ota­cza­ją­cymi ją gó­rami i do tego opa­li­ko­waną po obu stro­nach wy­so­kimi na co naj­mniej dwa me­try tycz­kami. Po co tyczki? Przez część zi­mo­wych ty­go­dni droga ta jest zu­peł­nie nie­prze­jezdna, ale przez ja­kiś czas można z niej ko­rzy­stać i wtedy jej prze­bieg pod śnie­giem wska­zują wy­sta­jące ze śniegu szczyty ty­czek. Nie­źle, prawda? Nasz prze­wod­nik opo­wia­dał też, że kiedy droga jest jesz­cze prze­jezdna, ale bie­gnie w wą­skim śnież­nym wą­wo­zie, czę­sto się zda­rza, że kie­rowca traci orien­ta­cję, co unie­moż­li­wia dal­szą jazdę. Oto­czony stu­pro­cen­tową bielą w śnież­nym wą­wo­zie, nie po­trafi roz­po­znać wła­ści­wego kie­runku jazdy, co w zi­mo­wym cza­sie może być śmier­tel­nie nie­bez­pieczne.

Ru­szy­li­śmy. Po prze­je­cha­niu kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów mgła za­częła rzed­nąć, aż w końcu zu­peł­nie się roz­pro­szyła. Po prze­by­ciu ko­lej­nych ki­lo­me­trów za­trzy­ma­li­śmy się na ma­łym przy­droż­nym par­kingu. W te­ren ru­szy­li­śmy w zwy­kłym skła­dzie, ma­jąc tym ra­zem ze sobą Gapę i Go­rana.

Wę­dro­wa­li­śmy ścież­kami Sa­amów, zna­czą­cych przez setki lat swoje trasy spe­cy­ficz­nymi ka­mien­nymi kop­czy­kami (fot. 11). Może warto w tym miej­scu wspo­mnieć, że lud ten, za­miesz­ku­jący pół­nocną Skan­dy­na­wię od 10 ty­sięcy lat, ży­jący z ło­wiec­twa i ho­dowli re­ni­fe­rów, wspa­niale przy­sto­so­wał się do ży­cia w tych eks­tre­mal­nych wa­run­kach. Kim za­wsze mó­wił z po­dzi­wem o umie­jęt­no­ściach ło­wiec­kich Sa­amów, ale też o nie­zwy­kłej wy­trzy­ma­ło­ści i zdol­no­ści do znaj­do­wa­nia wła­ści­wej drogi w tej dzi­kiej prze­strzeni.

W prze­rwie w po­lo­wa­niu opo­wia­dał nam, że kilka lat wcze­śniej, późną już je­sie­nią, po sku­tecz­nie za­koń­czo­nym po­lo­wa­niu na ło­sia po­wstał pro­blem, jak za­brać tu­szę. Zbli­żała się noc, a do ludz­kich osie­dli droga była bar­dzo da­leka. Z po­mocą przy­szedł wtedy młody Saam, który po pro­stu wziął swo­jego qu­ada, za­ła­do­wał na niego tu­szę i po­je­chał nocą przez góry do swo­jej ro­dziny miesz­ka­ją­cej po dru­giej stro­nie nor­we­skiej gra­nicy. Kto miał oka­zję wę­dro­wać przez te oko­lice, zro­zu­mie po­dziw Kima. Zresztą może warto też po­wie­dzieć, że po okre­sie dys­kry­mi­na­cji oraz si­ło­wej wręcz asy­mi­la­cji przez rządy Nor­we­gii i Szwe­cji Sa­amo­wie zbu­do­wali dla swo­jej wspól­noty względną au­to­no­mię. W ło­wiec­twie ozna­cza ona na przy­kład, że mogą po­lo­wać na ca­łym te­re­nie eks­te­ry­to­rial­nie, to zna­czy nie ba­cząc na wła­sność te­renu czy uzgod­nione w lo­kal­nych wspól­no­tach plany po­zy­ska­nia ło­wiec­kiego. Oni po pro­stu są u sie­bie.

Wróćmy jed­nak do na­szego po­lo­wa­nia. Tego dnia pe­ne­tro­wa­li­śmy małe pła­sko­wyże, scho­dzi­li­śmy w nie­wiel­kie do­liny, któ­rych dno skry­wało za­ra­sta­jące je­ziora, prze­szu­ki­wa­li­śmy ska­li­ste zbo­cza - i nic. Nie spo­tka­li­śmy żad­nej par­dwy, choć wie­lo­krot­nie tra­fia­li­śmy na ślady ich by­to­wa­nia, rów­nież na ślady że­ro­wa­nia dra­pież­ni­ków zna­czone roz­sy­pa­nym sze­roko bia­łym pie­rzem. Psy kil­ka­krot­nie sy­gna­li­zo­wały obec­ność pta­ków, jed­nak nie dane nam było do nich dojść. Kim su­ge­ro­wał, że te­ren jest zbyt do­stępny dla miej­sco­wych my­śli­wych i dla­tego mocno opo­lo­wany, a czę­sto pło­szone par­dwy prze­nio­sły się w wyż­sze par­tie gór. Mniej­sza dawka ło­wiec­kich emo­cji sprzy­jała chwi­lom za­dumy, spo­koj­nym roz­mo­wom, a na­szym mło­dym wy­żłom da­wała chwilę na praw­dzi­wie szcze­nięcą za­bawę (fot. 12).

Wra­ca­li­śmy do sa­mo­cho­dów na­sy­ceni ru­chem, prze­strze­nią, wspa­nia­łymi wi­do­kami, lecz bez zdo­by­czy. Cóż, ta­kie jest po­lo­wa­nie. Jed­nak ten dzień i ło­wiec­kie nie­po­wo­dze­nie uto­ro­wały nam drogę do nie­zwy­kłej nie­pla­no­wa­nej wcze­śniej przy­gody. Je­żeli po­lo­wa­nie na par­dwy jest uko­ro­no­wa­niem mo­ich po­lo­wań z wy­żłami, to ko­lejny dzień przy­niósł uko­ro­no­wa­nie tego wy­jazdu.

A było to tak.

W cza­sie wie­czor­nego spo­tka­nia Kim miał nie­we­sołą minę, gdyż czuł, że tro­chę za­wiódł na­sze ocze­ki­wa­nia. Miał jed­nak przy­go­to­waną kró­lew­ską ofertę. Za­czął od tego, że przy­glą­da­jąc się nam przez ostat­nie dni, oce­nił z uzna­niem na­sze kwa­li­fi­ka­cje ło­wiec­kie oraz kwa­li­fi­ka­cje na­szych psów. Wspo­mniał, że w Szwe­cji obo­wią­zuje nie­pi­sana za­sada mó­wiąca, że Skan­dy­na­wo­wie mogą po­lo­wać sa­mo­dziel­nie, na­to­miast ob­co­kra­jowcy przy­jeż­dża­jący na po­lo­wa­nie je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie lo­kal­nego prze­wod­nika. Kryło się w tej za­sa­dzie, choć nie zo­stało ja­sno wy­ar­ty­ku­ło­wane, prze­ko­na­nie, że tu­tej­sze ło­wiec­two sta­wia progi trudne cza­sem do prze­kro­cze­nia "zwy­kłemu" eu­ro­pej­skiemu my­śli­wemu. Kim opo­wie­dział nam o swoim do­świad­cze­niu z pew­nym zna­nym an­giel­skim ku­cha­rzem, który przy­je­chał zo­ba­czyć po­lo­wa­nie na głuszce i przy oka­zji po­ka­zać swoim te­le­wi­zyj­nym fa­nom, jak przy­rzą­dza się dary skan­dy­naw­skich gór. An­glik o mało nie padł z wy­cień­cze­nia już po pierw­szym dniu oglą­da­nia, w jaki spo­sób za­peł­nia się skan­dy­naw­ską spi­żar­nię, i na za­wsze po­zo­stał przed­mio­tem żar­tów miej­sco­wych my­śli­wych.

Tak oto wpro­wa­dził nas Kim w swoją pro­po­zy­cję. Jaką? Za­pro­po­no­wał nam mia­no­wi­cie po­lo­wa­nie na gór­ską par­dwę, ży­jącą w nie­zwy­kle trud­nym te­re­nie pod szczy­tami gór - po­zwala się na nią po­lo­wać je­dy­nie nie­licz­nym. Do­dał, że we­dług jego wie­dzy nie po­lo­wał na nią jesz­cze nikt z Eu­ropy ro­zu­mia­nej jako świat le­żący na po­łu­dnie od Skan­dy­na­wii. Je­żeli wy­ra­zimy zgodę, po­le­cimy śmi­głow­cem pod szczyt naj­wyż­szej góry w oko­licy, na wy­so­kość około 1200 me­trów. Po­lo­wa­nie od­bę­dzie się na gra­nicy śniegu, w bar­dzo trud­nym ska­li­stym te­re­nie. Zgo­dzi­li­śmy się oczy­wi­ście z ra­do­ścią.

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień czwarty

Ranek wstał mgli­sty i za­czę­li­śmy się oba­wiać po­wtó­rze­nia wczo­raj­szego sce­na­riu­sza. Na szczę­ście około dzie­wią­tej niebo się prze­tarło i pi­lot zgo­dził się le­cieć. Tym ra­zem wzią­łem ze sobą Florę, a Ma­ciek Go­rana, gdyż nie­młoda już Jaga nie da­wała fi­zycz­nie rady, a po­lo­wa­nie za­po­wia­dało się na wy­jąt­kowo cięż­kie. Go­ran, po­mimo mło­dego wieku, był bar­dzo moc­nym, dy­na­micz­nie pra­cu­ją­cym psem i w po­przed­nich dniach po­ka­zał, że można na niego li­czyć w każ­dych wa­run­kach.

Wsie­dli­śmy jak zwy­kle do "na­szego" śmi­głowca, ru­sza­jąc na spo­tka­nie nie­zwy­kłej przy­gody. Po dłuż­szym niż zwy­kle lo­cie wy­lą­do­wa­li­śmy pod szczy­tem naj­wyż­szej góry w na­szej oko­licy, na wy­so­ko­ści około 1200 m n.p.m. Miej­scem lą­do­wa­nia było obrzeże nie­wiel­kiego je­ziorka, po­kryte mchami i po­ro­stami cze­pia­ją­cymi się ska­li­stego pod­łoża, na szczę­ście do­syć pła­skie. Woda w je­ziorku za­mar­z­nięta była wo­kół brze­gów. Tem­pe­ra­tura wy­no­siła dwa, trzy stop­nie po­ni­żej zera. Śmi­gło­wiec po chwili od­le­ciał - zo­sta­li­śmy sami.

Przed sobą mie­li­śmy zbo­cze po­kryte mniej­szymi i więk­szymi odła­mami skal­nymi z za­le­ga­ją­cymi po­mię­dzy nimi du­żymi pła­tami śniegu. Ru­szy­li­śmy pod górę przez to skalne ru­mo­wi­sko. Po­wy­żej zbo­cza za­my­ka­ją­cego na­szą nie­wielką do­linę miała być więk­sza prze­strzeń, na któ­rej mie­li­śmy szu­kać par­dwy gór­skiej. W cza­sie mar­szu po ska­li­stym zbo­czu spo­tka­li­śmy w kilku miej­scach na śniegu tropy pardw oraz ich od­chody. Trudno uwie­rzyć, że w ta­kich wa­run­kach mogą żyć te ku­ro­pa­twy pół­nocy, ale "śnieżna księga" nie po­zo­sta­wiała żad­nych wąt­pli­wo­ści. Z nie­ma­łym tru­dem wy­do­sta­li­śmy się na szczyt do­linki.

Po­goda po­pra­wiła się wy­raź­nie, co­raz czę­ściej przez chmury prze­bi­jało słońce. O ile do tej pory prze­strzeń, w któ­rej po­lo­wa­li­śmy, ro­biła wiel­kie wra­że­nie, o tyle te­raz per­spek­tywa, która się przed nami otwarła, była po pro­stu nie­wia­ry­godna. Mie­li­śmy wra­że­nie, że świat leży u na­szych stóp w po­kry­tych snu­ją­cymi się mgłami do­li­nach i w ota­cza­ją­cych je wznie­sie­niach (fot. 13-14).

Na po­łu­dnio­wych sto­kach na­szej góry spo­dzie­wa­li­śmy się spo­tkać par­dwę. Po­dzie­li­li­śmy się po­now­nie na dwa ze­społy. Ja z Ha­nią i Ki­mem oraz z Florą po­szli­śmy wzdłuż le­wego brzegu po­tęż­nego żlebu, który roz­cią­gał się przed nami. Ma­ciek z Martą i Go­ra­nem po­szli na prawy jego skłon. Te­ren, choć bar­dziej pła­ski niż po­cząt­kowo, był nie­zwy­kle trudny. Skały, skały i jesz­cze raz skały po­prze­dzie­lane je­dy­nie tu i ów­dzie ma­łymi po­wierzch­niami żwi­ro­wymi z cze­pia­ją­cym się ich ży­ciem. Trud­ność te­renu po­le­gała też na tym, że co chwila do­cho­dzi­li­śmy do gwał­tow­nie opa­da­ją­cych w dół usko­ków, stwa­rza­ją­cych wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo upadku z du­żej wy­so­ko­ści dla wy­żłów, nie­przy­wy­kłych prze­cież do tej ka­te­go­rii za­gro­że­nia.

Nie za­wie­dli­śmy się na swo­ich po­moc­ni­kach. Za­równo Flora, jak i Go­ran pra­co­wały twardo i mą­drze, trak­tu­jąc nie­zwy­kłą prze­strzeń po­lo­wa­nia z na­tu­ral­nym spo­ko­jem. Były na­prawdę su­per! Pardw spo­tka­li­śmy nie­mało, ale doj­ście do strzału było nie lada za­da­niem. Stadka rwały się z du­żej od­le­gło­ści, nie da­jąc szansy na sku­teczny strzał, a na­wet na ko­lejne spo­tka­nie.

Mnie los dał jedną je­dyną szansę na zdo­by­cie tego nie­zwy­kłego tro­feum.

Scho­dzi­li­śmy z Florą sze­ro­kim ka­mien­nym sto­kiem zwró­co­nym na po­łu­dnie. Ha­nia z cięż­kim apa­ra­tem zo­stała sporo za nami, Kim był jesz­cze da­lej. W pew­nym mo­men­cie pod­nió­sł­szy wzrok, zo­ba­czy­łem Florę w twar­dej stójce przed wiel­kim gła­zem, na skraju scho­dzą­cego stromo w dół stoku. Spoj­rza­łem wy­żej i zo­ba­czy­łem sie­dzące na gła­zie dwie par­dwy sta­ra­jące się wto­pić w po­wierzch­nię skały. Od­le­głość nie prze­kra­czała 20 me­trów. Mia­łem swoją ło­wiecką szansę! Nie­stety zgu­biła mnie ło­wiecka chci­wość, ka­żąca za­ło­żyć strze­le­nie du­bletu. Par­dwy ze­rwały się bły­ska­wicz­nie - jedna ostro w prawo, druga rów­nie ostro w lewo. Strze­li­łem pierw­szą na prawo i spu­dło­wa­łem na czy­sto. Zło­ży­łem się do dru­giej. Strzał - do­stała, ale lo­tem ko­szą­cym spły­nęła w głąb żlebu, na któ­rego skraju cała ak­cja miała miej­sce. Upa­dła w ru­mo­wi­sko skalne ze 100 me­trów da­lej i może z 20-30 me­trów ni­żej. Nie cze­ka­jąc, ru­szy­łem z Florą w tym kie­runku, po­ko­nu­jąc ka­mienne zbo­cze tak szybko, jak się tylko dało.

Po­szu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły nie­stety żad­nego re­zul­tatu. Kim, który z góry ob­ser­wo­wał całe zda­rze­nie, po­wie­dział mi póź­niej, że szansa na zna­le­zie­nie po­strzałka par­dwy wśród ru­mo­wi­ska skal­nego, peł­nego roz­pa­dlin i szcze­lin, równa jest zeru. Cóż, trzeba było prze­łknąć gorzką lek­cję. Nie zdo­by­łem swo­jej gór­skiej par­dwy, ale ob­raz tych kilku chwil będę miał pod po­wie­kami do końca ży­cia.

Swoją szanse wy­ko­rzy­stał na­to­miast Ma­ciek, ma­jący do po­mocy do­sko­nale pra­cu­ją­cego Go­rana. Pe­ne­tru­jąc prawą stronę żlebu, zdo­był aż trzy par­dwy, sta­jąc się tym sa­mym za­pewne jed­nym z nie­wielu, a może je­dy­nym spoza Skan­dy­na­wii, któ­rzy zdo­byli to tro­feum (fot. 15-18). Ma­ciej i Marta mieli też to szczę­ście, że spo­tkali na tej wy­so­ko­ści ru­szo­nego przez Go­rana za­jąca bie­laka oraz wę­dru­jącą gro­madkę re­ni­fe­rów. Trudno do­prawdy zro­zu­mieć, jak one dają so­bie radę w tej ka­mien­nej nie­go­ścin­nej kra­inie.

Wra­ca­li­śmy na spo­tka­nie ze śmi­głow­cem omal pi­jani prze­strze­nią i ło­wiec­kimi wra­że­niami. W dro­dze po­wrot­nej znowu w wielu miej­scach wi­dzie­li­śmy liczne po­zo­sta­ło­ści po par­dwach, jed­nakże ptaki rów­nież te­raz nie dały nam szansy na spo­tka­nie. Cze­ka­jąc na trans­port, oglą­da­li­śmy z wielką cie­ka­wo­ścią zdo­byte przez Maćka ptaki, które po­tra­fią żyć w tak skraj­nie nie­ko­rzyst­nych dla nich wa­run­kach.

Tak za­koń­czyła się na­sza przy­goda, a wła­ści­wie ta jej część, która wią­zała się z po­lo­wa­niem na par­dwy (fot. 19-20).

Po krót­kim od­po­czynku ru­szy­li­śmy na po­łu­dnie, do od­le­głego o po­nad 300 ki­lo­me­trów obozu ło­wiec­kiego Sva­nis. W pla­nie było po­lo­wa­nie na głuszce i cie­trze­wie z wy­żłami lub szpi­cami w tra­dy­cyjny szwedzki spo­sób. Nie chcąc od­bie­gać zbyt da­leko od głów­nego wątku, po­wiem je­dy­nie tyle, że o tej po­rze roku zdo­by­cie spod wy­żła głuszca czy cie­trze­wia moż­liwe jest tylko przy­pad­kowo. Czas na ta­kie po­lo­wa­nie to sam po­czą­tek ło­wiec­kiego se­zonu, czyli prze­łom sierp­nia i wrze­śnia, gdy ptaki zgru­po­wane są jesz­cze w ro­dzin­nych stad­kach.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Spis tre­ści

Słowo wstępne

Roz­dział 1. Par­dwy w szwedz­kiej tun­drze

Po­czą­tek drogi

Obóz Vu­og­ga­tj?lme

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień pierw­szy

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień drugi

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień trzeci

Po­lo­wa­nie na par­dwy - dzień czwarty

Roz­dział 2. Kla­syka "du­żego pola"- ku­ro­pa­twy

Moje pierw­sze po­lo­wa­nia

Ło­wi­ska wiel­ko­pol­skie

Ło­wi­ska świę­to­krzy­skie

Ło­wi­ska ma­zo­wiec­kie

Ku­ro­pa­twy na Bia­ło­rusi i w Ru­mu­nii

Bia­ło­ruś

Ru­mu­nia

Roz­dział 3. Kla­syka "ma­łego pola" - z wy­żłem na prze­piórki

Prze­piórki w pol­skich ło­wi­skach

Prze­piórki na po­lach Ukra­iny

Pierw­sze do­świad­cze­nie

Prze­piórki na Ukra­inie po raz drugi

Roz­dział 4. Ka­cze łowy

Ma­zur­skie kaczki

Kaczki na Opolsz­czyź­nie

Stawy oświę­cim­skie oraz po­lo­wa­nia w moim kole

Roz­dział 5. Gęsi - nowe wy­zwa­nie

Roz­dział 6. Ba­żant - godny ry­wal.

Pol­skie ło­wi­ska

Ko­guty w do­li­nie Du­naju

Roz­dział 7. Na bia­ło­ru­skich i ukra­iń­skich bło­tach

Bia­ło­ru­skie Po­le­sie z Jagą i Florą

Ukra­iń­skie Po­dole - be­kasy nad Bo­hem

Roz­dział 8. Moje wy­żły

Bim - Atom z Szysz­ko­wia

Jaga - Jaga II z Czar­nego Dworu

Flora - Flora Czarny Dwór ze Skol­ni­tego

Gapa - Gaga ze Skol­ni­tego

Go­ran - Go­ran ze Skol­ni­tego

Hera - Hera ze Skol­ni­tego

Za­koń­cze­nie

Przy­cho­dzi w ży­ciu taki mo­ment, kiedy po­ja­wia się po­trzeba mó­wie­nia o spra­wach two­rzą­cych wła­sną prze­szłość, bę­dą­cych ele­men­tem toż­sa­mo­ści, przy­wra­ca­ją­cych za­ra­zem pa­mięć o naj­lep­szych emo­cjach mło­do­ści.

Taka po­trzeba za­wi­tała rów­nież na próg mo­jego domu jako nie­od­łączna to­wa­rzyszka prze­mi­ja­nia. Upły­wa­jący szybko czas za­ciera skalę, na któ­rej umiesz­czono po­szcze­gólne ele­menty ży­cio­wej ukła­danki we­dle ich wagi, a może ra­czej do­kłada do tej skali - obok twar­dych ele­men­tów two­rzą­cych ży­ciową co­dzien­ność - ele­menty mięk­kie, bu­do­wane na emo­cjach czy war­to­ściach z czasu mi­nio­nego, czy­niąc z nich za­ra­zem istotną część prze­szło­ści.

Gniazdo ro­dzinne ojca - dwór w Kwiat­kow­cach koło So­bot­nik (współ­cze­śnie Bia­ło­ruś), lata 20. XX stu­le­cia. Za­równo dwór, jak i za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze ro­ze­brano w la­tach 50. na po­trzeby bu­do­wa­nego koł­chozu. Dwór wraz z kil­ku­set­hek­ta­ro­wym ma­jąt­kiem ziem­skim był po­sa­giem mo­jej babci Emi­lii z domu Umia­stow­skiej. Jedna z sie­dzib rodu Umia­stow­skich, piękny pa­łac w Żem­ło­sła­wiu, le­żała dwa ki­lo­me­try od Kwiat­kow­ców, a w So­bot­ni­kach do dzi­siaj stoi w nie­na­ru­szo­nym sta­nie piękny ko­ściół ufun­do­wany przez ro­dzinę babci w XVIII stu­le­ciu. Ob­raz Ka­ta­rzyny Cy­buli.

Nie lu­bię pi­sać o so­bie, ale nie spo­sób po­mi­nąć tego wątku, skoro chcę opo­wie­dzieć o tym, co sta­nowi prze­cież nie­mały frag­ment mo­jej prze­szło­ści. Istotna tu jest moja droga do ło­wiec­twa, a w szcze­gól­no­ści do po­lo­wa­nia z wy­żłem - i o tym słów parę.

Po­cho­dzący z Kre­sów mój Oj­ciec po­lo­wał w ro­dzin­nych stro­nach od mło­do­ści. W tam­tych cza­sach w świe­cie kre­so­wych dwo­rów po­lo­wa­nie było waż­nym ele­men­tem co­dzien­nego ży­cia. Po­lo­wali wszy­scy, na­wet moja bab­cia mo­gła się po­chwa­lić wil­kiem na roz­kła­dzie. Od za­wsze były też w domu psy my­śliw­skie. Po­lo­wano wtedy czę­sto z goń­czymi czy char­tami, ale był rów­nież wy­żeł nie­miecki imie­niem Trop, który nie­stety za­gi­nął w cza­sie wo­jen­nej za­wie­ru­chy. Ło­wiec­kie opo­wie­ści Ojca były moją ulu­bioną do­mową "lek­turą" w okre­sie przed­szkol­nym i szkol­nym. Z za­par­tym tchem słu­cha­łem o przed­wo­jen­nych to­ko­wi­skach cie­trzewi na łą­kach nad Ga­wią, o dziadku strze­la­ją­cym z le­wego ra­mie­nia ze spe­cjal­nie za­ma­wia­nej du­bel­tówki, o po­le­skich po­lo­wa­niach na gru­bego zwie­rza, o po­wo­jen­nych wy­jaz­dach na za­jące na Lu­belsz­czy­znę, skąd do War­szawy - bo tam wtedy miesz­kali ro­dzice - przy­wo­żono po­koty cię­ża­rówką. Pa­mię­tam też opo­wie­ści Ojca o po­lo­wa­niach na ku­ro­pa­twy na Ku­ja­wach z wy­żłem szorst­ko­wło­sym imie­niem Trop - in­nym niż ten przed­wo­jenny - gdzie do no­sze­nia ptac­twa nie wy­star­czył je­den po­moc­nik, a roz­kłady na do­brego strzelca do­cho­dziły do 100 sztuk dzien­nie; o po­lo­wa­niach na kaczki nad Wartą; o wielu, wielu in­nych.

Po przy­mu­so­wej prze­pro­wadzce na Śląsk na po­czątku lat 50. XX wieku oj­ciec dużo po­lo­wał na je­le­nie. Wspólne wy­jazdy na ry­ko­wi­sko, opo­wie­ści ojca i jego ko­le­gów na ło­wiec­kiej kwa­te­rze, po­tem udział we wspa­nia­łych kon­cer­tach króla pusz­czy, za­pa­chy i barwy je­sien­nej kniei to ko­lejne etapy mo­jej ło­wiec­kiej edu­ka­cji. Koło ło­wiec­kie, w któ­rym zresztą do dzi­siaj po­luję, oprócz wspa­nia­łego ło­wi­ska na je­le­nie miało (i na­dal ma) rów­nież drugi ob­wód za­sobny w drobną zwie­rzynę. Ba­żanty, kaczki i za­jące, a na­wet ku­ro­pa­twy - wła­śnie tam zna­la­złem ważne i cie­kawe pole po­zwa­la­jące mi bu­do­wać ło­wiec­kie do­świad­cze­nie. Oj­ciec bar­dzo lu­bił po­lo­wa­nie na drobną zwie­rzynę, szcze­gól­nie na ba­żanty i ku­ro­pa­twy, mie­li­śmy więc ko­lejne wy­żły szorst­ko­włose. Ostatni z nich, imie­niem Bim, nie tylko wspa­niale po­lo­wał na ptac­two, ale był rów­nież zwy­cięzcą wielu wy­staw - mię­dzy in­nymi w roku 1971 otrzy­mał ty­tuł Zwy­cięzcy Pol­ski na Mię­dzy­na­ro­do­wej Wy­sta­wie Psów Ra­so­wych w Po­zna­niu. Wie­lo­krot­nie jeź­dzi­łem z Oj­cem i Bi­mem na roz­ma­ite kon­kursy wy­żłów.

W tam­tych cza­sach za­równo w polu, jak i na kon­kur­sach kró­lo­wał wy­żeł nie­miecki szorst­ko­włosy, a Śląsk był praw­dzi­wym za­głę­biem do­brych ho­dowli i kom­pe­tent­nych ho­dow­ców oraz sę­dziów. Na­zwi­ska ta­kie, jak Ja­siek, Tar­naw­ski, Gu­staw, Dem­bi­niok, Fą­fara i wiele in­nych przez dzie­się­cio­le­cia bu­do­wały po­zy­cję ślą­skiej ky­no­lo­gii ło­wiec­kiej.

Trzeba jed­nak po­wie­dzieć, że praw­dziwą szkołą po­lo­wa­nia z wy­żłem na ptac­two były nie kon­kursy, ale re­alne ło­wiec­two. Nikt w tam­tych cza­sach nie ko­ja­rzył słowa "tre­ning" z czymś in­nym niż ucze­nie psa pod­sta­wo­wych ele­men­tów re­la­cji z my­śli­wym. Tak więc "tre­no­wało się" - a wła­ści­wie czę­ściej szko­liło - po­słu­szeń­stwo, cho­dze­nie przy no­dze, odło­że­nie czy do­sko­na­łość aportu. Nikt nie tre­no­wał stójki, wody czy nie­wol­ni­czego re­spek­to­wa­nia zwie­rzyny, gdyż po­lo­wało się na ptac­two czę­sto, a ów­cze­sne stany ba­żan­tów, ku­ro­patw czy ka­czek trudne są dzi­siaj do wy­obra­że­nia. Prze­strze­nią tre­nin­gową było ło­wi­sko i do­bry pies w rę­kach do­świad­czo­nego me­nera osią­gał szybko ło­wiecką spraw­ność w spo­sób omal na­tu­ralny. Sta­ty­styki z tam­tych lat mó­wią, że 50-70 pro­cent pol­skich my­śli­wych po­lo­wało na ptac­two łowne i/lub za­jące. Zna­cząca część z nich miała psy, w tym bar­dzo wielu wy­żły i - co waż­niej­sze - po­lo­wała z nimi. Jak po­lo­wała, to już ma­te­riał na inną opo­wieść, ale z pew­no­ścią bliż­sze to było ło­wiec­twu ro­bot­ni­czo-chłop­skiemu niż dwor­skiemu. Cóż, ta­kie to były czasy i nie­stety wiele z tej ky­no­lo­gicz­nej "tra­dy­cji" prze­trwało do dziś.

Mój pierw­szy byk w cza­sie po­lo­wa­nia zbio­ro­wego, 28 I 1978 r., le­śnic­two Bo­ro­wiec, nad­le­śnic­two Rudy Ra­ci­bor­skie

Wielki ody­niec strze­lony w Le­sie Ba­ra­no­wic­kim, 16 IX 1978 r.

W roku 1972 zda­łem eg­za­min ło­wiecki, a po­tem ży­cie już tylko na­bie­rało tempa. Po­sze­dłem na stu­dia, na­de­szły nowe czasy, oże­ni­łem się, po­ja­wiły się ko­lejne dzieci. Bar­dzo dużo pra­co­wa­łem i rów­nie dużo po­lo­wa­łem, ale tro­chę ina­czej niż wcze­śniej. Zmniej­szyły się stany zwie­rzyny drob­nej, na­to­miast ro­sły je­leni, dzi­ków czy da­nieli. Na nich kon­cen­tro­wała się moja ło­wiecka emo­cja, one po­chła­niały czas dany na po­lo­wa­nie. W domu po­ja­wiły się jam­niki, po­tem nie­miecki te­rier my­śliw­ski. W roku 1982 za­ło­ży­łem za­re­je­stro­waną w FCI "ho­dowlę ze Skol­ni­tego", ist­nie­jącą do dnia dzi­siej­szego. Choć za­wsze ma­rzy­łem o wła­snym wy­żle, prze­wrotny los za­de­cy­do­wał za mnie ina­czej. Przy­szedł rok 1999, który ozna­czał czas prze­pro­wadzki do wy­bu­do­wa­nego na wsi pod Psz­czyną domu ma­rzeń, prze­pro­wadzki, która miała być po­łą­czona z za­ku­pem wy­żła. Kilka mie­sięcy wcze­śniej żona na­mó­wiła mnie do obej­rze­nia szcze­nia­ków la­bra­dora re­trie­vera u swo­jej zna­jo­mej. O ra­sie tej prak­tycz­nie ni­czego wtedy nie wie­dzia­łem, ale po­je­cha­łem z cie­ka­wo­ścią. Tak oto la­bra­dory wkro­czyły do mo­jego ży­cia ło­wiec­kiego i nie tylko. Kre­mowa Mufa oka­zała się psem wspa­nia­łym i wy­jąt­ko­wym. Była zna­ko­mi­tym cier­pli­wym i do gra­nic moż­li­wo­ści od­da­nym to­wa­rzy­szem ży­cia oraz cu­dow­nym po­moc­ni­kiem na po­lo­wa­niach. W po­lo­wa­niach na kaczki czy ba­żanty była nie­do­ści­gnioną mi­strzy­nią spraw­no­ści, cier­pli­wo­ści i sku­tecz­no­ści. Do­cho­dziła byki na ry­ko­wi­skach jak ra­sowy po­so­ko­wiec. Po pro­stu była wspa­nia­łym, wy­jąt­ko­wym przed­sta­wi­cie­lem swo­jej rasy. W tam­tym cza­sie zo­sta­łem pre­ze­sem koła ło­wiec­kiego, w któ­rym po­lo­wał Oj­ciec, a te­raz po­lu­jemy ja, mój syn Ma­ciej i brat. Bar­dzo dużo po­lo­wa­łem na ba­żanty i kaczki z Mufą, a po­tem też z jej córką Ne­ską i ku­zynką Bubą, aż przy­szła wio­sna 2004 roku.

Mufa ze zna­le­zio­nymi w cza­sie ry­ko­wi­ska by­kami

Któ­re­goś dnia za­dzwo­nił Woj­tek Bur­ski, któ­rego wcze­śniej nie zna­łem, z pro­po­zy­cją włą­cze­nia mnie do Ko­mi­tetu Ho­no­ro­wego Eu­ro­pej­skiej Klu­bo­wej Wy­stawy Wy­żłów, która miała się od­być la­tem u stóp zamku w Mosz­nej na Opolsz­czyź­nie. Zgo­dzi­łem się bez wa­ha­nia. Tak za­czął się mój po­wrót do wy­żłów, po­wrót do ma­rzeń, po­wrót do świata mło­dzień­czych ło­wów. Wy­stawa ta była czymś wy­jąt­ko­wym w ów­cze­snej pol­skiej i - śmiem twier­dzić - rów­nież eu­ro­pej­skiej ky­no­lo­gii. Wspa­niała sce­ne­ria wy­jąt­ko­wego zamku i parku przy nim, ale przede wszyst­kim lu­dzie - znawcy i mi­ło­śnicy wy­żłów z ca­łej Eu­ropy, od Au­strii po Es­to­nię - stwo­rzyli kli­mat, do któ­rego czę­sto wra­cam my­ślami.

Po kilku mie­sią­cach w domu po­ja­wiła się Jaga z ho­dowli Wojtka i tak roz­po­częła się moja przy­goda z nie­miec­kimi wy­żłami krót­ko­wło­symi. Ta przy­goda trwa do dzi­siaj i stała się kanwą ni­niej­szej opo­wie­ści. Pięt­na­sto­let­nia dziś Jaga żyje na­dal na za­słu­żo­nej eme­ry­tu­rze w moim domu, po niej po­ja­wiły się jej córka Flora, po­tem jej wnuczka Gapa, a na­stęp­nie jej pra­wnuczka Hera. Tak po­wstała li­nia ho­dow­lana wy­żłów nie­miec­kich krót­ko­wło­sych "ze Skol­ni­tego", któ­rej po­tom­ków można zna­leźć w ro­do­wo­dach wielu ho­dowli pol­skich, cze­skich, sło­wac­kich, wę­gier­skich, ukra­iń­skich czy ro­syj­skich. Chcę tu­taj po­dzie­lić się swo­imi wspo­mnie­niami i prze­my­śle­niami, przede wszyst­kim jed­nak po­ka­zać wy­żły na po­lo­wa­niach - od gór­skiej tun­dry pół­noc­nej Szwe­cji po nad­du­naj­skie rów­niny w Ru­mu­nii, nie po­mi­ja­jąc oczy­wi­ście pol­skich ło­wisk.

Jesie­nią 2013 roku, a więc już osiem lat temu, dane mi było prze­żyć po­lo­wa­nie bę­dące uko­ro­no­wa­niem mo­jej przy­gody z wy­żłami. Po­lo­wa­nie nie­zwy­kłe przez sce­ne­rię, w któ­rej się od­by­wało, po­lo­wa­nie nie­zwy­kłe, gdyż po­sta­wiło nam wszyst­kim - lu­dziom i wy­żłom - praw­dzi­wie wiel­kie wy­zwa­nie w fi­zycz­nym zde­rze­niu z od­le­gło­ścią oraz pier­wotną nie­go­ścinną, dziką kra­iną.

Py­ta­nie, dla­czego roz­po­czy­nam wła­śnie tym tak wy­jąt­ko­wym po­lo­wa­niem, za­miast za­mie­ścić je jako zwień­cze­nie ni­niej­szych opo­wie­ści? Dla­czego po­lo­wa­nie tak od­le­głe od co­dzien­nego do­świad­cze­nia pol­skich - i za­pewne nie tylko pol­skich - my­śli­wych po­lu­ją­cych z wy­żłami ma otwie­rać se­rię mo­ich wspo­mnień, spy­cha­jąc być może w cień "zwy­klej­sze" ło­wiec­kie do­świad­cze­nia?

Spró­buję to wy­ja­śnić, ale w tym celu trzeba ko­niecz­nie się­gnąć do hi­sto­rii psów wy­sta­wia­ją­cych, przy czym pro­szę Czy­tel­nika, aby przy­jął ze zro­zu­mie­niem pewne uprosz­cze­nia w tej czę­ści tek­stu wy­ni­ka­jące z ko­niecz­no­ści trzy­ma­nia się głów­nej osi nar­ra­cji. Za­in­te­re­so­wa­nych szcze­gó­łami hi­sto­rii wy­żłów od­sy­łam do nie­zwy­kle cie­ka­wej książki bry­tyj­skiego ary­sto­kraty Wil­liama Ar­kw­ri­ghta wy­da­nej w 1902 roku, za­ty­tu­ło­wa­nej The Po­in­ter and His Pre­de­ces­sors: An Il­lu­stra­ted Hi­story of the Po­in­ting Dog from the Ear­liest Ti­mes. Na szczę­ście w wer­sji ory­gi­nal­nej do­stępna jest w prze­strzeni in­ter­ne­to­wej pod ad­re­sem https://bo­oks.go­ogle.pl/bo­oks?id=mSuC­DwA­AQBAJ&print­sec=front­co­ver&hl=pl#v=one­page&q&f=false (do­stęp luty 2021).

Hi­sto­ria współ­cze­snych bry­tyj­skich, ale też w nie­ma­łym stop­niu kon­ty­nen­tal­nych wy­żłów roz­po­częła się od sta­rego hisz­pań­skiego wy­żła (ang. Old Spa­nish Po­in­ter). Przy­wie­zione do An­glii psy długo jesz­cze były na­zy­wane hisz­pań­skimi po­in­te­rami, na­to­miast ich ewo­lu­cja do nie­zrów­na­nych ras bry­tyj­skich psów wy­sta­wia­ją­cych to było już w pełni dzieło an­giel­skich ho­dow­ców i my­śli­wych. Na roz­le­głych prze­strze­niach wrzo­so­wisk Szko­cji i pół­noc­nej An­glii, w ma­jąt­kach ziem­skich za­moż­nych bry­tyj­skich ro­dzin prze­kształ­cono stop­niowo cięż­kie psy hisz­pań­skie w lek­kie, zna­ko­mi­cie bie­ga­jące psy wy­sta­wia­jące do pracy w du­żym polu. Główny na­cisk w ho­dowli po­ło­żono na siłę wia­tru, wy­trzy­ma­łość i szyb­kość oraz sze­ro­kość cho­dów i stójkę - jed­nym sło­wem, stwo­rzono ide­alne psy de­dy­ko­wane tylko do pracy przed strza­łem. Nie wy­ma­gano od nich aportu. Do tego celu wy­ko­rzy­sty­wano re­trie­very czy spa­niele. W dru­giej po­ło­wie XIX stu­le­cia opra­co­wano w An­glii za­sady kon­kur­sów po­lo­wych, co w po­łą­cze­niu ze spor­to­wym za­cię­ciem Bry­tyj­czy­ków i ich ta­len­tem ho­dow­la­nym do­pro­wa­dziło do wy­rów­na­nia eks­te­rieru i jesz­cze bar­dziej wy­su­bli­mo­wało po­ten­cjał po­lowy ich wy­żłów.

Współ­cze­sne rasy wy­żłów kon­ty­nen­tal­nych, choć mają też za sobą bar­dzo długą hi­sto­rię, ukształ­to­wały się w du­żym stop­niu na fun­da­men­cie wy­żłów an­giel­skich, głów­nie po­in­tera. Wy­żły kon­ty­nen­talne, szcze­gól­nie rasy środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie, po­wsta­wały do po­lo­wa­nia w in­nej prze­strzeni przy­rod­ni­czej niż wy­żły bry­tyj­skie, inne też były ocze­ki­wa­nia my­śli­wych co do ich po­ten­cjału ło­wiec­kiego. Ocze­ki­wano do­sko­na­łego aportu, pracy w wo­dzie, cię­to­ści wo­bec dra­pież­nika, pracy na sfar­bo­wa­nym tro­pie. Jed­nym sło­wem, na­ło­żono na nie ba­gaż cech i umie­jęt­no­ści nie­zbęd­nych do pracy wszech­stron­nej. Warto jed­nak za­uwa­żyć - a szcze­gól­nie do­brze wi­dać to w nie­miec­kich re­gu­la­mi­nach pracy - że cią­gle jesz­cze fun­da­men­tem cech ocze­ki­wa­nych przez ho­dow­ców są ce­chy zwią­zane z kla­syczną pracą w du­żym polu: spo­sób szu­ka­nia, stójka, siła wia­tru, styl pracy. Wy­ma­ga­nia w cza­sie te­stów pracy zwią­zane z apor­tem, pracą w wo­dzie, pracą tro­pową po­ja­wiają się na ko­lej­nych eta­pach roz­woju psa i są waż­niej­sze dla oceny stop­nia wy­szko­le­nia, efek­tyw­no­ści pracy szko­le­nio­wej, przy­dat­no­ści do re­al­nego ło­wiec­twa niż dla oceny cech wro­dzo­nych.

Wra­cam do po­cząt­ko­wego py­ta­nia. Dla­czego po­lo­wa­nie na par­dwy w gór­skiej tun­drze pół­noc­nej Szwe­cji roz­po­czyna moje opo­wie­ści, za­miast je wspa­niale za­koń­czyć?

Pa­mię­tam chwilę, kiedy po raz pierw­szy po kil­ku­mi­nu­to­wym lo­cie śmi­głow­cem wy­lą­do­wa­li­śmy z Go­ra­nem i Gapą pod szczy­tem nie­wy­so­kich gór ota­cza­ją­cych nasz ło­wiecki obóz. Pa­mię­tam chwilę, kiedy zo­ba­czy­łem ska­li­sty te­ren po­ro­śnięty miej­scami pło­żącą się kar­ło­watą brzozą i wierzbą, mchami oraz po­ro­stami, po­prze­ci­nany cie­kami kry­sta­licz­nie czy­stej wody i do­tkną­łem go stopą. Pa­mię­tam wresz­cie chwilę, kiedy uj­rza­łem ogrom prze­strzeni, w któ­rej mie­li­śmy wy­szu­kać stadka pardw. Po­lo­wa­nie w ta­kich wa­run­kach po­zwala zro­zu­mieć w pełni wy­jąt­ko­wość pracy i pre­dys­po­zy­cji wy­żła, zro­zu­mieć sens jego wy­siłku, który spro­wa­dza się prze­cież przede wszyst­kim do wy­szu­ka­nia i wska­za­nia my­śli­wemu zwie­rzyny za­to­pio­nej w roz­le­głej prze­strzeni i przez tę prze­strzeń sku­tecz­nie chro­nio­nej. Na ba­żanty, kaczki, prze­piórki, na­wet na ku­ro­pa­twy we współ­cze­snej Eu­ro­pie można sku­tecz­nie po­lo­wać z omal każdą grupą psów my­śliw­skich, a na upar­tego na­wet "na dep­taka". Na ptac­two w ta­kiej prze­strzeni, z jaką dane było nam się zmie­rzyć, z pew­no­ścią nie! Ło­wiecka prze­strzeń, w któ­rej przy­szło nam i na­szym wy­żłom po­lo­wać, jest kwin­te­sen­cją sensu ukształ­to­wa­nia rasy psów wy­sta­wia­ją­cych, mo­de­lo­wym po­li­go­nem te­stu­ją­cym za­równo wy­żła, jak i jego prze­wod­nika i bez­li­to­śnie ujaw­nia­ją­cym wszel­kie sła­bo­ści ze­społu czło­wiek-wy­żeł.

Cel na­szej wy­prawy - par­dwa mszarna (La­go­pus la­go­pus), zwana cza­sem ku­ro­pa­twą pół­nocy - za­miesz­kuje trudno do­stępne re­giony pół­kuli pół­noc­nej. W Eu­ro­pie za­sięg jej wy­stę­po­wa­nia obej­muje Wy­spy Bry­tyj­skie, głów­nie Szko­cję oraz pół­nocną An­glię, po­nadto Ir­lan­dię, Pół­wy­sep Skan­dy­naw­ski, kraje nad­bał­tyc­kie, pół­nocną Ro­sję. W cza­sach I Rzecz­po­spo­li­tej par­dwa za­miesz­ki­wała jej pół­nocno-wschod­nie ru­bieże, stąd znana jest z pol­skiego pi­śmien­nic­twa ło­wiec­kiego. Choć współ­cze­śnie nie ma jej sta­no­wisk na te­re­nie Pol­ski, cią­gle jest za­li­czana do ga­tun­ków ro­dzi­mych. Były na­wet próby od­bu­dowy jej po­pu­la­cji w pół­noc­nej Pol­sce, jed­nak nie­sku­teczne. Sys­te­ma­tyka przy­rod­ni­cza dzieli ją na kil­ka­na­ście pod­ga­tun­ków ufor­mo­wa­nych w róż­nych prze­strze­niach przy­rod­ni­czych. Dla ło­wiec­twa ważny jest pod­ga­tu­nek par­dwy mszar­nej na­zwany par­dwą szkocką (L. la­go­pus Sco­tia), za­miesz­ku­jący bar­dzo licz­nie Szko­cję, pół­nocną An­glię i Ir­lan­dię, gdyż rasy wy­żłów bry­tyj­skich ukształ­to­wane zo­stały w du­żym stop­niu na po­trzeby po­lo­wa­nia wła­śnie na te ptaki na roz­le­głych i trudno do­stęp­nych wrzo­so­wi­skach Wysp Bry­tyj­skich. Do dzi­siaj dzień 12 sierp­nia - zwany Glo­rious Twel­fth - jest tra­dy­cyj­nie po­cząt­kiem wiel­kiego se­zonu ło­wiec­kiego w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Szkoda, że współ­cze­śnie to wspa­niałe po­lo­wa­nie zo­stało mocno sko­mer­cja­li­zo­wane i od­bywa się zwy­kle me­todą pę­dzeń.

Dru­gim ga­tun­kiem - po­dob­nym, ale jed­nak ma­ją­cym od­rębne miej­sce w sys­te­ma­tyce przy­rod­ni­czej - z któ­rym los ze­tknął nas w Szwe­cji, była par­dwa gór­ska (La­go­pus muta). Ptak ten, bar­dzo po­dobny do par­dwy mszar­nej, lecz nieco mniej­szy od niej, za­miesz­kuje nie­do­stępne skalne ru­mo­wi­ska po­wy­żej gra­nicy lasu mię­dzy in­nymi na Pół­wy­spie Skan­dy­naw­skim.

Po­czą­tek drogi

O po­lo­wa­niu z wy­żłem na par­dwy ma­rzy­łem od lat, a ma­rze­nie to pod­sy­ca­łem opi­sami po­lo­wań z prze­szło­ści. Moją ulu­bioną lek­turą był Rok my­śli­wego au­tor­stwa Wło­dzi­mie­rza Kor­saka wy­dany w 1922 roku, opa­trzony przed­mową sław­nego Jó­zefa Weys­sen­hoffa, opi­su­jący ło­wiec­two na zie­miach pol­skich na po­czątku XX stu­le­cia. Książka wspa­niale na­pi­sana, ale przede wszyst­kim prze­ka­zu­jąca in­for­ma­cje pió­rem czło­wieka do­sko­nale obzna­jo­mio­nego z te­ma­tem, na który pi­sał. Roz­dział XII za­wiera zna­ko­mity opis po­lo­wa­nia na par­dwy, a w tek­ście zda­nie: "To po­lo­wa­nie, naj­pięk­niej­sze i naj­mil­sze z po­lo­wań wy­żło­wych...". Koń­cząc ten roz­dział, au­tor pi­sze:

W je­sienne, cie­płe i ci­che dnie, gdy w po­łu­dnie słońce do­brze jesz­cze przy­grzewa, a po ciem­nym błę­ki­cie snują się sre­brzy­ste nici ba­biego lata i z nie­zmie­rzo­nych wy­so­ko­ści do­la­tuje tę­skny głos od­la­tu­ją­cych żu­rawi, par­dwy, wy­grzane na słońcu, nie­raz bli­sko jesz­cze do­pusz­czają i po­lo­wa­nie ta­kie, na tle cud­nej zło­tej je­sieni, na bez­brzeż­nym mszy­stym od­lu­dziu, nie­za­tarte w du­szy zo­sta­wia wspo­mnie­nia.

Czyż nie można za­cząć ma­rzyć?

Ma­rze­nia to jedno, a prze­ku­wa­nie ich w czyn to cał­kiem co in­nego. To dru­gie za­jęło mi co naj­mniej dwa lata: tyle czasu szu­ka­łem wła­ści­wego biura po­lo­wań, a sze­rzej - wła­ści­wych lu­dzi zna­ją­cych te­mat. Po­cząt­kowo roz­glą­da­łem się za moż­li­wo­ścią do­tar­cia do ło­wisk pół­noc­nej Ro­sji, po­tem Fin­lan­dii, ale bez więk­szego po­wo­dze­nia. Po­lo­wa­nie w oko­li­cach ro­syj­skiego Mur­mań­ska, o któ­rym opo­wia­dał mi ko­lega z Ukra­iny, nie zna­la­zło ak­cep­ta­cji miej­sco­wej wła­dzy - wia­domo, wielka baza ma­ry­narki wo­jen­nej itp. Fin­lan­dię od­ra­dzono mi mię­dzy in­nymi ze względu na re­alny pro­blem z do­tar­ciem do ło­wi­ska i osta­tecz­nie tra­fi­łem na ofertę pol­skiej firmy or­ga­ni­zu­ją­cej po­lo­wa­nia za gra­nicą: na jej stro­nie in­ter­ne­to­wej zna­la­złem in­for­ma­cję o moż­li­wo­ści po­lo­wa­nia na par­dwy w Szwe­cji. Po kilku roz­mo­wach prze­kie­ro­wano mnie do nor­we­skiego part­nera tej firmy i przez niego do­tar­łem osta­tecz­nie do szwedz­kiego or­ga­ni­za­tora. Uf! Po­tem na­stą­pił okres ko­lej­nych uzgod­nień - ważny, gdyż ło­wi­sko w zu­peł­nie nie­zna­nym mi te­re­nie po­ło­żone było pra­wie 3000 ki­lo­me­trów od domu i każdy szcze­gół miał duże zna­cze­nie dla spraw­nej or­ga­ni­za­cji wy­prawy.

Ja­kie jesz­cze ele­menty wa­żyły na na­szych pla­nach? Pierw­szy - czas po­lo­wa­nia. W Szwe­cji, w pro­win­cji Nor­r­bot­ten na ob­sza­rze szwedz­kiej La­po­nii, gdzie znaj­do­wało się na­sze przy­szłe ło­wi­sko, se­zon po­lo­wań na par­dwy roz­po­czy­nał się 28 sierp­nia i trwał długo, pra­wie do końca zimy. Trzeba po­wie­dzieć, że tra­dy­cyj­nie po­lo­wano w Szwe­cji na par­dwy zimą, do­cho­dząc ptaki na nar­tach i strze­la­jąc kulą. Może nam wyda się to dziwne, ale za­pew­niam, że w tam­tym te­re­nie, szcze­gól­nie zimą, po­trzeba nie lada spraw­no­ści fi­zycz­nej, ostro­ści wzroku i spraw­no­ści strze­lec­kiej, aby zdo­być par­dwę na obiad. Z per­spek­tywy mo­jej dzi­siej­szej wie­dzy mogę tylko ni­sko i z po­dzi­wem po­kło­nić się szwedz­kim czy la­poń­skim my­śli­wym. Dla nas ter­min zi­mowy nie wcho­dził oczy­wi­ście w ra­chubę. Po­ja­wiły się dwie prak­tyczne moż­li­wo­ści. Pierw­sza za­kła­dała po­lo­wa­nie we wrze­śniu, czyli w naj­lep­szym cza­sie dla po­lo­wa­nia z wy­żłem. Pro­ble­mem było to, że w tym ter­mi­nie ło­wi­sko prze­ży­wało zwy­kle praw­dziwy na­lot my­śli­wych nor­we­skich, co ozna­czało ogra­ni­cze­nie prze­strzeni do po­lo­wa­nia i sze­reg in­nych nie­do­god­no­ści, ta­kich jak na przy­kład pro­blem z do­stę­pem do śmi­głowca. Druga moż­li­wość za­kła­dała po­lo­wa­nie za­raz po przej­ściu "nor­we­skiej na­wał­nicy", co otwie­rało dla nas i na­szych psów całe ło­wi­sko oraz po­zwa­lało na swo­bodne kre­owa­nie miej­sca po­lo­wa­nia każ­dego ko­lej­nego dnia. Or­ga­ni­za­to­rzy za­pew­niali, że stan par­dwy jest na tyle duży i sta­bilny, iż spo­tka­nie pta­ków nie bę­dzie pro­ble­mem. Czas po­ka­zał, że nie do końca tak było. Ten drugi ter­min krył też w so­bie ry­zyko opa­dów śniegu, co mo­gło po­krzy­żo­wać nieco na­sze plany. Osta­tecz­nie przy­ję­li­śmy drugą z pro­po­zy­cji, za­ło­żyw­szy, że waż­niej­sza jest dla nas swo­boda po­lo­wa­nia niż po­ten­cjal­nie więk­sza liczba pardw na tro­kach. W śniegi na po­czątku paź­dzier­nika tro­chę trudno było nam uwie­rzyć i choć na miej­scu nie mie­li­śmy z tym pro­blemu, to ry­zyko rze­czy­wi­ście nie było tylko teo­re­tyczne. Or­ga­ni­za­to­rzy na­mó­wili nas jesz­cze do po­świę­ce­nia dwóch dni na ko­niec po­bytu i po­sma­ko­wa­nia po­lo­wa­nia na głuszce i cie­trze­wie z wy­żłem lub tra­dy­cyj­nie po szwedzku, ze szpi­cem. Przy­ję­li­śmy tę pro­po­zy­cję.

Osta­tecz­nie ramy cza­sowe wy­jazdu wy­glą­dały na­stę­pu­jąco:

- 29 wrze­śnia rano wy­jazd,

- 30 wrze­śnia póź­nym wie­czo­rem spo­tka­nie z or­ga­ni­za­to­rem w miej­sco­wo­ści Lu­le? w pro­win­cji Nor­r­bot­ten,

- tego sa­mego dnia, po krót­kim od­po­czynku, wspólny wy­jazd do obozu my­śliw­skiego Vu­og­ga­tj?lme od­le­głego o po­nad 300 ki­lo­me­trów,

- 1-4 paź­dzier­nika po­lo­wa­nie na par­dwy w oko­li­cach obozu,

- 5 paź­dzier­nika lub wie­czo­rem 4 paź­dzier­nika po po­lo­wa­niu prze­jazd do obozu Sva­nis w oko­li­cach Lu­le?,

- 6-7 paź­dzier­nika po­lo­wa­nie na głuszce i cie­trze­wie w oko­li­cach obozu Sva­nis,

- 8 paź­dzier­nika wy­jazd do Pol­ski,

- 9 paź­dzier­nika przy­jazd do domu.

Ko­lej­nym ele­men­tem w bu­do­wa­niu sce­na­riu­sza wy­jazdu był pro­blem od­le­gło­ści do po­ko­na­nia. Trasa przed nami li­czyła nie­wiele mniej niż 3000 ki­lo­me­trów i pro­wa­dziła pra­wie pod koło pod­bie­gu­nowe. Jed­nym sło­wem, cztery dni prze­zna­czone na prze­jazd tam i z po­wro­tem ozna­czały pra­wie 6000 ki­lo­me­trów trasy do po­ko­na­nia! Po dro­dze mu­sie­li­śmy się jesz­cze prze­pra­wić przez Bał­tyk. Dla uru­cho­mie­nia wy­obraźni można po­wie­dzieć, że dy­stans, z któ­rym mu­sie­li­śmy się zmie­rzyć, był nie­wiele krót­szy od od­le­gło­ści po­mię­dzy na­szym do­mem a por­tu­gal­skimi krań­cami Eu­ropy. Grupa skła­dała się z czte­rech osób oraz z czte­rech wy­żłów. Je­cha­li­śmy w skła­dzie: ja z sy­nem Ma­cie­jem jako ze­spół po­lu­jący oraz moja star­sza córka Ha­nia i żona Maćka, Marta. Dziew­czyny, oprócz udziału w or­ga­ni­za­cji róż­nych szcze­gó­łów po­bytu, miały re­ali­zo­wać fo­to­re­por­taż z wy­jazdu. Pla­no­wa­li­śmy wziąć ze sobą cztery na­sze wy­żły, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że praca przez cztery ko­lejne dni w trud­nym te­re­nie bę­dzie zbyt ob­cią­ża­jąca dla jed­nego czy dwóch psów. Za­bra­li­śmy więc ze sobą dzie­wię­cio­let­nią Jagę - matkę rodu - jej córkę, pię­cio­let­nią Florę, oraz Go­rana i Gapę - pół­to­ra­roczne po­tom­stwo Flory.

Jak w ta­kim skła­dzie do­stać się pra­wie pod koło pod­bie­gu­nowe? Z góry od­rzu­ci­li­śmy prze­lot sa­mo­lo­tem, gdyż taką moż­li­wość wy­klu­czała prze­siadka w Sztok­hol­mie, a po­tem ko­niecz­ność po­ko­ny­wa­nia znacz­nych od­le­gło­ści w re­jo­nie po­lo­wa­nia z psami i ca­łym wy­po­sa­że­niem. Po­zo­stał nam je­dy­nie sa­mo­chód, a wła­ści­wie dwa sa­mo­chody. Do mo­jej na­vary i Maćka kugi za­ła­do­wa­li­śmy górę odzieży i bu­tów, apro­wi­za­cję na kilka dni, broń i amu­ni­cję, karmę dla psów oraz dzie­siątki drob­nych, ale cza­sem nie­zbęd­nych rze­czy, w tym sprzęt fo­to­gra­ficzny. Nis­sa­nem je­cha­łem ja z Ha­nią oraz Flora i Jaga, for­dem - Ma­ciek z Martą oraz Go­ran z Gapą. Może to za­brzmi śmiesz­nie, ale psy miały po­dróż bar­dziej kom­for­tową niż my. Oglą­dały mi­janą prze­strzeń z pon­to­nów na tyl­nym sie­dze­niu, cza­sem tylko roz­pro­sto­wu­jąc ko­ści na krót­kim spa­ce­rze.

Ostat­nią część sce­na­riu­sza, już na miej­scu, na­pi­sało ży­cie.

Wcze­snym ran­kiem 29 wrze­śnia wy­jeż­dżamy z domu. Pol­skimi, po­tem nie­miec­kimi au­to­stra­dami do­cie­ramy do So­śnicy (Sas­snitz), gdzie ła­du­jemy się na prom do szwedz­kiego Trel­le­borgu. Po po­nad czte­rech go­dzi­nach na mo­rzu lą­du­jemy na szwedz­kim wy­brzeżu. No­cu­jemy w przy­droż­nym za­jeź­dzie przed Sztok­hol­mem. Na­stęp­nego dnia, po prze­bi­ciu się przez korki Sztok­holmu, wjeż­dżamy na au­to­stradę E4, którą po prze­je­cha­niu po­nad 900 ki­lo­me­trów do­cie­ramy na miej­sce spo­tka­nia z or­ga­ni­za­to­rem po­lo­wa­nia. Trzeba po­wie­dzieć, że zza kie­row­nicy sa­mo­chodu Szwe­cja jest ba­aar­dzo dłu­gim kra­jem. W Lu­le? czeka nasz prze­wod­nik imie­niem Kim. Oka­zuje się wy­so­kim, mocno zbu­do­wa­nym sym­pa­tycz­nym Szwe­dem, w któ­rego ży­łach - jak nam opo­wie póź­niej - pły­nie nie­mało krwi Sa­amów. Spo­ty­kamy się w ca­ło­do­bo­wej re­stau­ra­cji szyb­kiej ob­sługi, która jak wy­nika ze słów Kima, na­leży do du­żej sieci roz­sia­nej po ca­łej Szwe­cji. Nie by­łoby w tym nic szcze­gól­nego, gdyby nie in­for­ma­cja, że za­ło­ży­cie­lem tej sieci i wła­ści­cie­lem za­ra­zem jest Po­lak na­zwi­skiem Zio­bro.

Po krót­kim po­siłku ru­szamy da­lej, w po­nad trzy­stu­ki­lo­me­trową trasę do obozu Vu­og­ga­tj?lme le­żą­cego przy dro­dze nr 95, która łą­czy tę część szwedz­kiej La­po­nii z Nor­we­gią. O tra­sie mogę po­wie­dzieć tylko tyle, że choć je­cha­li­śmy do­brą drogą przez co­raz bar­dziej dzie­wi­czy i cie­kawy te­ren, to moim głów­nym ma­rze­niem było do­cze­ka­nie jej końca. Przed pół­nocą je­ste­śmy na miej­scu. Kwa­tera oka­zuje się bar­dzo wy­god­nym, ty­powo szwedz­kim do­mem z wszyst­kim moż­li­wymi wy­go­dami. Sen przy­cho­dzi bar­dzo szybko i rów­nie szybko na­staje po­ra­nek.