Przedmowa wydawcy
To prawda: historię dochodzenia do
zdrowia wielokrotnie już przedstawiano w literaturze
psychoterapeutycznej. Od początku XX wieku coraz więcej psychiatrów
decydowało się na opublikowanie szczególnie obrazowych lub
interesujących opisów przypadków, pacjenci zaś, by nie pozostać w tyle,
również coraz częściej udostępniali czytelnikom własne, retrospektywne
wersje. Wyjątkowość niniejszej książki polega na tym, że opisano w niej
przebieg leczenia jednocześnie z punktu widzenia pacjentki i lekarza,
przy czym opis ten powstawał w miarę rozwoju delikatnej i trudnej
relacji, która dla obojga miała znaczenie osobiste.
Praca ta jest wynikiem eksperymentu, który podjął mój mąż, doktor Irvin
Yalom, pracownik Uniwersytetu Stanforda, razem ze swoją pacjentką, znaną
od tej pory jako Ginny. Jesienią 1970 roku mąż uznał, że Ginny nie
powinna dłużej uczestniczyć w terapii grupowej, którą prowadził wraz z koterapeutą, ponieważ przez półtora roku najwyraźniej nie poczyniła w tych warunkach żadnych postępów. Zaproponował jej wówczas, by
kontynuowała terapię u niego indywidualnie. Jednym z problemów Ginny
była "niemoc twórcza" (poważny kłopot dla początkującej pisarki), doktor
Yalom zastrzegł więc, że za leczenie będzie mu płacić opisami sesji, co
miało być oczywistym bodźcem dla jej twórczości. Jednocześnie
postanowił, że sam również będzie sporządzał własne sprawozdania z ich
cotygodniowych spotkań. Zgodnie z jego założeniem co sześć miesięcy
mieli się wymieniać tymi raportami; mój mąż miał nadzieję, że taka
procedura przyniesie korzyść terapeutyczną. Od tej chwili przez dwa lata
lekarz i pacjentka spisywali swoje wspomnienia ze wspólnie spędzonej
godziny, często też dodawali własne refleksje, interpretacje, emocje i skojarzenia, których nie wypowiedzieli podczas sesji.
Mój mąż prawie nigdy nie omawia ze mną swoich pacjentów, tym razem
jednak, zastanawiając się nad metodą zachęcenia Ginny do pisania,
wtajemniczył mnie w niektóre swoje rozmyślania. Jestem profesorem
literatury, wiedział więc, że ten projekt naprawdę mnie zainteresuje.
Zaproponowałam, by starannie przechowywał oba komplety sprawozdań aż do
zakończenia terapii i dopiero wtedy zdecydował, czy zasługują na to, by
je udostępnić większej liczbie odbiorców. Prywatnie byłam ciekawa, czy
te spisywane po sesjach raporty mogłyby się złożyć na całkiem nadającą
się do publikacji pozycję literacką, z dwójką odrębnych bohaterów i dwoma odmiennymi, łatwo rozpoznawalnymi stylami pisarskimi -?jak w powieści epistolarnej.
Dlatego dwa lata później ze szczególnym zainteresowaniem czytałam
rękopis. Moja -?i innych, bardziej bezstronnych sędziów -?entuzjastyczna
ocena przekonała autorów, że warto go opublikować. Konieczne było
wprowadzenie pewnych zmian, by ukryć tożsamość pacjentki i dostosować
spisaną z taśmy wersję lekarza do wymogów tekstu książkowego, zasadniczo
jednak Czytelnik otrzymuje do rąk zapis oryginalny. Do dramatu
psychoterapeutycznej symbiozy nie dodano żadnych uzupełniających myśli
ani fikcyjnych wydarzeń. Sprawozdań lekarza niczym nie uzupełniono ani
nie usunięto z nich żadnej znaczącej refleksji, brakuje w nich jedynie
zawartości paru taśm, które, niestety, gdzieś się zawieruszyły i nie
sposób było ich odnaleźć. Poza nieznacznymi poprawkami stylistycznymi
sprawozdania Ginny właściwie pozostały niezmienione.
Kilkoro czytelników stwierdziło, że rękopis bez pewnego materiału
wyjaśniającego jest trudny do czytania; inni bardzo chcieli wiedzieć, co
się działo z Ginny potem. Dlatego doktor Yalom i Ginny, półtora roku po
ostatniej sesji terapeutycznej, napisali, każde z osobna, przedmowę i posłowie. Istotnie, przynoszą one pewne dodatkowe informacje i sporo
wyjaśniają zarówno z perspektywy osobistej, jak i profesjonalnej. Moim
zdaniem wszakże zasadniczą część tekstu nadal można czytać jak powieść,
jak historię dwojga ludzi, którzy się spotkali w intymnej przestrzeni
psychiatrycznego t?te-a-t?te, a teraz dają się Czytelnikowi poznać
tak, jak się poznali wzajemnie.
Marilyn Yalom
20 lutego 1974 roku
Przedmowa doktora Yaloma
Zawsze boleśnie przeżywam chwile, gdy w starych notesach znajduję długie listy na wpół zapomnianych nazwisk
pacjentów, z którymi doświadczałem uczuć najdelikatniejszych i najbardziej poruszających. Tylu ludzi, tyle subtelnych chwil! Co się z nimi stało? Szafki wypchane teczkami z dokumentacją, sterty taśm
magnetofonowych często przywodzą mi na myśl olbrzymi cmentarz: życia
ściśnięte w historiach chorób, głosy schwytane w pułapki taśm
elektromagnetycznych bezgłośnie i nieskończenie odgrywające swoje
dramaty. Przebywanie wśród tych pomników sprawia, że odzywa się we mnie
dotkliwe poczucie przemijania. Nawet całkowicie zanurzony w teraźniejszości czuję za plecami uważne, wyczekujące widmo rozkładu -
rozkładu, który ostatecznie pokona żywe doświadczenie, a zarazem, za
sprawą samej tylko swej nieuchronności, nada wszystkiemu odcień
wzruszenia i piękna. Pragnienie opowiedzenia o tym, co przeżyłem z Ginny, jest nie do odparcia; intryguje mnie możliwość powstrzymania
rozkładu, przedłużenia naszego krótkiego wspólnego życia. O ileż lepiej
wiedzieć, że będzie istniało w umyśle czytelnika, niż że tkwi gdzieś w opuszczonym magazynie nieczytanych notatek i niesłuchanych taśm.
Historia zaczyna się od dzwonka telefonicznego. Wątlutki głosik
powiedział mi, że jego właścicielka ma na imię Ginny, że właśnie
przybyła do Kalifornii, że kilka miesięcy uczestniczyła w terapii
prowadzonej przez moją koleżankę ze wschodu, która skierowała ją do
mnie. Wróciłem niedawno z rocznego pobytu w Londynie, ciągle miałem dużo
wolnego czasu, umówiłem się więc z Ginny na spotkanie dwa dni później.
Spotkałem ją w poczekalni i poprowadziłem korytarzem do mojego gabinetu.
Nie mogłem iść wystarczająco powoli: Ginny, jak kobieta z jakiejś
wschodniej krainy towarzysząca swojemu mężowi, podążała kilka
bezgłośnych kroków za mną. Nie należała do siebie, nic w niej do siebie
nie pasowało: włosy, uśmiech, głos, sposób chodzenia, sweter, buty -
wszystko zostało dobrane przypadkowo i wszystko -?włosy, sposób
chodzenia, kończyny, obszarpane dżinsy, wojskowe skarpety... wszystko -?w każdej chwili mogło się rozlecieć. I co by zostało? -?zastanawiałem się.
Może tylko uśmiech. Nie piękny -?bez znaczenia, jak się te części
poskłada do kupy! Ale na swój sposób ciekawie pociągający. W ciągu paru
minut jakoś zdołała mi przekazać, że mogę zrobić wszystko i że
całkowicie oddaje się w moje ręce. Nie miałem nic przeciwko temu. Wtedy
nie wydawało się to wielkim ciężarem.
Zaczęła mówić i dowiedziałem się, że ma dwadzieścia trzy lata i jest
córką byłej śpiewaczki operowej i filadelfijskiego biznesmena. Ma o cztery lata młodszą siostrę i talent pisarski. Przyjechała do
Kalifornii, ponieważ na podstawie paru krótkich opowiadań przyjęto ją na
roczny kurs pisarski w pobliskim college'u.
Dlaczego szuka pomocy? Powiedziała, że musi kontynuować terapię
rozpoczętą w ubiegłym roku, i mętnie, niesystematycznie wyliczyła
stopniowo swoje największe życiowe trudności. Oprócz skarg
wypowiedzianych na głos podczas pierwszej rozmowy rozpoznałem też kilka
innych ważnych obszarów problemowych.
Przede wszystkim jej autoportret: opisany szybko i na bezdechu, z paroma
zachwycającymi metaforami pośród litanii słów nienawiści do siebie.
Ginny jest pod każdym względem masochistyczna. Przez całe życie
lekceważyła swoje potrzeby i przyjemności. Nie szanuje siebie. Czuje, że
jest bezcielesnym duchem -?ćwierkającym kanarkiem, który skacze z ramienia na ramię, gdy razem z przyjaciółmi idzie ulicą. Wyobraża sobie,
że dla innych może być interesująca jedynie jako eteryczna smuga.
Nie wie, kim jest. Mówi: "Muszę się przygotowywać do spotkań z ludźmi.
Planuję, co powiem. Nie mam spontanicznych uczuć; to znaczy mam, ale
zamknięte w jakiejś małej klatce. Kiedy tylko wychodzę na zewnątrz, boję
się i muszę się przygotować". Nie rozpoznaje własnej złości i jej nie
wyraża. "Przepełnia mnie litość nad ludźmi. Jestem chodzącym komunałem:
Jeśli nie możesz powiedzieć o ludziach nic miłego, to w ogóle się nie
odzywaj". Pamięta, że w swoim dorosłym życiu tylko raz się zezłościła na
swoją współpracownicę, która bezczelnie nią komenderowała. Potem przez
wiele godzin się trzęsła. Nie ma żadnych praw. Nie przychodzi jej do
głowy, żeby się zezłościć. Jest tak totalnie zajęta dbaniem o to, by
inni ją lubili, że nigdy nawet nie pomyśli o tym, czy sama ich lubi.
Zżera ją pogarda dla siebie. Cichy głos wewnętrzny bez końca z niej
drwi. Jeśli na chwilę się zapomni i spontanicznie zaangażuje w życie,
odbierający jej wszelką przyjemność głos ostro z powrotem przywoła ją do
trumny nieśmiałości. Podczas rozmowy nie może sobie pozwolić ani na
odrobinę dumy. Kiedy wspomniała o swoich studiach pisarskich,
natychmiast zaznaczyła, że dostała się na nie z lenistwa: usłyszała
plotkę o tym programie i złożyła podanie tylko dlatego, że to nie
wymagało żadnych formalności poza wysłaniem kilku opowiadań, które
napisała dwa lata wcześniej. Nie powiedziała, rzecz jasna, ani słowa o najwyraźniej wysokiej jakości tych opowiadań. Jej literacka wydajność
stopniowo słabła i obecnie ogarnęła ją poważna niemoc twórcza.
Wszystkie jej problemy życiowe znajdowały odzwierciedlenie w relacjach z mężczyznami. Desperacko pragnęła trwałego związku, ale żadnego nigdy nie
potrafiła utrzymać. Miała dwadzieścia jeden lat, gdy z apetycznej
niewinności seksualnej dała susa w stosunki seksualne z kilkoma
mężczyznami (nie miała prawa powiedzieć "nie!"), a teraz ubolewała nad
tym, że przez okno wskoczyła do sypialni, całkowicie omijając
przeznaczoną dla nastolatek poczekalnię randek i erotycznych pieszczot.
Lubi fizyczną bliskość z mężczyzną, ale nie jest w stanie rozluźnić się
seksualnie. Orgazm przeżywa, gdy się masturbuje, jednak wewnętrzny
szyderczy głos dba o to, by rzadko jej się to udawało podczas stosunku.
Ginny rzadko wspominała ojca, za to obecność jej matki była bardzo
wyraźna. "Jestem bladym odbiciem swojej matki" -?to jej słowa. Zawsze
były sobie niezwykle bliskie. Mówiła matce wszystko. Pamięta, jak razem
czytały miłosne listy Ginny i się z nich śmiały. Zawsze była szczupła,
nie lubiła wielu potraw, a gdzieś koło dwunastego, trzynastego roku
życia tak regularnie wymiotowała przed śniadaniem, że rodzina zaczęła
uważać wymioty za część jej codziennej toalety porannej. Zawsze bardzo
dużo jadła, ale jako małe dziecko miała wielkie trudności z przełykaniem. "Potrafiłam zjeść cały posiłek, a na koniec wszystko
ciągle miałam w buzi. Potem próbowałam przełknąć to na raz".
Ginny miewa straszliwe sny, w których jest seksualnie gwałcona -
zazwyczaj przez kobietę, choć czasami przez mężczyznę. Ma też pewien
powracający sen: jest wielką piersią, przy której wiszą grona ludzi,
albo sama wisi u jakiejś monstrualnej piersi. Mniej więcej trzy lata
temu zaczęła miewać przerażające sny -?tym straszniejsze, że trudno jej
było wówczas stwierdzić, czy to wszystko jej się tylko śni, czy dzieje
na jawie. Czuje, że ludzie gapią się na nią przez okno i jej dotykają;
kiedy tylko zaczyna odczuwać przyjemność, dotyk zamienia się w ból,
jakby wyszarpywano jej piersi. I zawsze w tych snach jakiś daleki głos
przypomina, że nic takiego nie dzieje się naprawdę.
Pod koniec godzinnego spotkania z Ginny byłem nią naprawdę
zaniepokojony. Miała wiele mocnych stron: łagodny urok, ogromną
wrażliwość, silnie rozwinięte poczucie komizmu, wybitny dar obrazowego
mówienia; jednocześnie gdziekolwiek się obróciłem, natrafiałem na
patologię: za dużo prymitywnego materiału, marzenia zacierające granicę
między rzeczywistością a fantazją, a nade wszystko dziwne rozmycie,
niejasne "granice ego". Wydawało się, że nie w pełni oddzieliła się od
swojej matki, a jej problemy z jedzeniem wskazywały na wątłe i żałosne
próby wyzwolenia się. Miałem wrażenie, że Ginny tkwi między lękami
dziecięcej zależności, która wymaga wyrzeczenia się siebie -
permanentnej stagnacji -?a przejęciem autonomii, która, pozbawiona
ugruntowanego poczucia tożsamości, jawi jej się jako stan surowej,
nieznośnej samotności.
Rzadko nadmiernie się troszczę o diagnozę. Wiem jednak, że ze względu na
zatarte granice ego, autyzm, życie w marzeniach oraz brak dostępu do
uczuć większość psychologów klinicznych przykleiłaby Ginny etykietkę
"schizoida" albo "osobowości pogranicznej". Wiedziałem, że ta młoda
kobieta ma poważne kłopoty i że terapia będzie długa, a jej wynik -
niepewny. Wydawało mi się, że zawarła już zbyt bliską znajomość z własną
nieświadomością i że ja, zamiast razem z nią jeszcze głębiej wchodzić w jej podziemny świat, powinienem raczej prowadzić ją ku rzeczywistości. W tamtym okresie pośpiesznie gromadziłem grupę terapeutyczną, którą moi
studenci mieli obserwować w ramach własnego treningu. Miałem dobre
doświadczenia, jeśli chodzi o terapię grupową osób z problemami
podobnymi do tych przeżywanych przez Ginny, postanowiłem zatem
zaproponować jej udział w tej grupie. Propozycję przyjęła niezbyt
chętnie; spodobał jej się pomysł bycia razem z innymi ludźmi, obawiała
się wszakże, że wejdzie w rolę dziecka i nigdy nie zdoła wyrazić swoich
najskrytszych myśli. Tego rodzaju oczekiwanie jest typowe dla pacjenta
pierwszy raz podejmującego terapię grupową, zapewniłem ją więc, że gdy
nabierze zaufania do uczestników, będzie umiała podzielić się z nimi
swoimi uczuciami. Niestety, jak zobaczymy, to jej, a nie moje
przewidywanie okazało się aż nazbyt słuszne.
Kierowałem się względami praktycznymi -?zbierałem grupę i szukałem do
niej pacjentów -?ale miałem też merytoryczne zastrzeżenia co do
indywidualnej terapii Ginny. Niepokoiła mnie zwłaszcza siła jej podziwu
dla mnie; jak przygotowaną zawczasu opończę zarzuciła go na mnie, gdy
tylko weszła do mojego gabinetu. Weźmy na przykład sen, który jej się
przyśnił w noc poprzedzającą nasze pierwsze spotkanie: "Miałam silną
biegunkę i jakiś mężczyzna miał mi kupić lekarstwo na receptę. Uważałam,
że powinnam wziąć kaopectate, bo jest tańszy, ale on chciał mi kupić lek
możliwie najdroższy". Pozytywne nastawienie Ginny do mnie częściowo
wynikało z dobrej opinii, jaką wyraziła o mnie jej poprzednia
terapeutka, a częściowo miało związek z moim tytułem profesorskim,
reszta pochodziła z obszarów nieznanych. Ta nadmiernie wysoka ocena była
jednak tak skrajna, że podejrzewałem, iż okaże się przeszkodą w terapii
indywidualnej. W trakcie terapii grupowej -?rozumowałem -?Ginny będzie
mogła spojrzeć na mnie oczyma pozostałych jej uczestników. Ponadto
obecność koterapeuty pozwoli jej stworzyć bardziej zrównoważony obraz
mojej osoby.
Przez pierwszy miesiąc Ginny radziła sobie marnie. W nocy jej sen
przerywały przerażające koszmary. Śniło jej się na przykład, że ma zęby
ze szkła, a usta zamieniają się w krew. Inny sen odzwierciedlał niektóre
z jej uczuć związanych z tym, że musiała się mną dzielić z grupą.
"Leżałam wyczerpana na plaży, ktoś mnie podniósł i zaniósł do lekarza,
który miał mi zoperować mózg. Dwóch uczestników grupy przytrzymywało
ręce lekarza i tak je prowadzili, że przypadkiem wyciął część mózgu,
której nie miał wycinać". W innym śnie szliśmy wspólnie na przyjęcie i razem tarzaliśmy się po trawie, uprawiając seks.
Po miesiącu obaj z koterapeutą uznaliśmy, że grupowe spotkania raz w tygodniu to dla Ginny za mało i że konieczna jest jakaś podtrzymująca
terapia indywidualna, żeby uchronić ją przed jeszcze większą
dekompensacją i pomóc jej przebrnąć przez trudny pierwszy etap
formowania się grupy. Ginny chciała, żebym to ja został jej terapeutą
indywidualnym, uważałem jednak, że równoległe kontakty z nią w grupie i spotkania indywidualne bardziej by sprawę komplikowały, niż w czymkolwiek pomagały, skierowałem ją więc do innego psychiatry w naszej
klinice. Przez mniej więcej dziewięć miesięcy spotykała się z nim dwa
razy w tygodniu i kontynuowała terapię grupową przez jakieś osiemnaście
miesięcy. Jej terapeuta zanotował, że "nękały ją przerażające
masochistyczne fantazje seksualne oraz schizofreniczne myśli o charakterze wyraźnie pogranicznym". Podczas terapii próbował "wspierać
jej ego oraz koncentrować się na konfrontacji z rzeczywistością i zaburzeniach interpersonalnych relacji pacjentki".
Ginny uczęszczała na terapię grupową z religijną gorliwością, rzadko
opuszczała spotkania, nawet gdy po roku przeprowadziła się do San
Francisco, co wymagało długich i niewygodnych podróży komunikacją
publiczną. Chociaż od grupy otrzymała dość wsparcia, by się nie załamać,
to jednak w rzeczywistości nie robiła postępów. W istocie niewielu
pacjentów miałoby dość wytrwałości, by uczestniczyć w terapii grupowej
tak długo z tak małym dla siebie pożytkiem. Były powody, by sądzić, że
Ginny pozostaje w grupie przede wszystkim po to, by mieć kontakt ze mną.
Trwała w przekonaniu, że ja -?i być może tylko ja -?potrafię jej pomóc.
I terapeuci, i uczestnicy grupy niejednokrotnie czynili takie
obserwacje; raz po raz ktoś zauważał, że Ginny obawia się zmiany,
ponieważ poprawa oznaczałaby utratę mnie. Tylko tkwiąc mocno w swojej
bezradności, mogła sobie zapewnić moją obecność. I nadal nic się nie
zmieniało. Nadal była napięta, wycofana, nadal rzadko się odzywała
podczas spotkań. Pozostali członkowie grupy byli nią zaintrygowani; jej
komentarze, kiedy już się odezwała, dowodziły spostrzegawczości i pomagały innym. Jeden z mężczyzn zakochał się w niej po uszy; inni
rywalizowali o jej uwagę. Ale odwilż nigdy nie nadeszła. Ginny nadal
była sparaliżowana przerażeniem i nie potrafiła wyrazić swobodnie swoich
uczuć ani wejść w interakcję z innymi.
W ciągu tych osiemnastu miesięcy pobytu Ginny w grupie miałem dwóch
koterapeutów; każdy z nich współpracował ze mną mniej więcej dziewięć
miesięcy. Ich spostrzeżenia dotyczące Ginny są bardzo bliskie moim:
"eteryczna [...] smutna [...] przez cały czas wyniosła, a zarazem
wstydliwie rozbawiona całą sprawą [...] rzeczywistość nigdy w pełni nie
pochłaniała jej energii [...] "osobistość" w grupie [...] pełne
cierpienia przeniesienie na dr. Yaloma oparło się wszelkim wysiłkom
interpretacyjnym [...] wszystko, co robiła w grupie, było rozpatrywane w kontekście jego aprobaty bądź dezaprobaty [...] przeskoki między kimś
nadzwyczajnie wrażliwym i reagującym na innych a kimś, kogo po prostu
wcale tam nie ma [...] tajemnica grupowa [...] borderline, chociaż nigdy
nie zbliżyła się do psychozy [...] schizoidalna [...] zbyt duża
świadomość procesu pierwotnego [...]".
W okresie terapii grupowej Ginny poszukiwała też innych metod wydobycia
się z lochu nieśmiałości, jaki sobie zbudowała. Często odwiedzała Esalen
i inne miejscowe ośrodki rozwoju osobistego. Oferowano jej tam rozmaite
miażdżące techniki konfrontacyjne, które miały ją błyskawicznie zmienić:
maratony nudystyczne -?by przezwyciężyć jej rezerwę i skrytość,
psychodramy i "psychologiczne karate" -?by wyleczyć ją z potulności i braku asertywności, a także stymulację pochwy za pomocą elektrycznego
wibratora -?by obudzić jej uśpiony orgazm. Wszystko na darmo! Była
znakomitą aktorką i na scenie z łatwością potrafiła zmieniać role.
Niestety, gdy przedstawienie się kończyło, szybko zrzucała z siebie
kostium i opuszczała teatr ubrana tak, jak przyszła.
Stypendium Ginny w college'u się skończyło. Jej oszczędności były na
wyczerpaniu i musiała sobie znaleźć pracę. Ta, którą w końcu dostała,
była nie do pogodzenia z terminami spotkań grupy i po tygodniach
dręczących rozważań Ginny przysłała list z wiadomością, że będzie
musiała zrezygnować z terapii grupowej. Mniej więcej w tym samym czasie
razem z moim koterapeutą doszliśmy do wniosku, że prawdopodobieństwo, iż
Ginny odniesie jakąkolwiek korzyść z sesji grupowych, jest niewielkie.
Spotkałem się z nią, by omówić plany na przyszłość. Było oczywiste, że
nadal wymaga terapii. Miała lepszy kontakt z rzeczywistością, koszmary
nocne i marzenia na jawie ustąpiły, mieszkała z młodym mężczyzną Karlem
(o którym więcej usłyszymy później) i stworzyła sobie niewielką grupę
przyjaciół, ale w życiu nadal wykorzystywała jedynie niewielki ułamek
własnej energii. Wewnętrzny demon -?cichy głos odbierający jej wszelką
przyjemność -?dręczył ją bezlitośnie i Ginny nadal żyła ograniczona
przerażeniem i nieustanną świadomością siebie. Źródłem cierpienia był
zwłaszcza związek z Karlem -?najbliższy, jakiego kiedykolwiek
doświadczyła. Bardzo jej na nim zależało, była wszakże przekonana, że
jego uczucia do niej są w takim stopniu warunkowe, iż każde głupie
słowo, każdy fałszywy ruch przechyli szalę na jej niekorzyść. W efekcie
codzienne życie z Karlem sprawiało jej niewiele przyjemności.
Zastanawiałem się nad skierowaniem Ginny na terapię indywidualną do
państwowej przychodni w San Francisco (na terapię prywatną nie było jej
stać), ale dręczyły mnie rozmaite wątpliwości. Listy oczekujących były
długie, terapeuci czasami niedoświadczeni. Jednakże czynnikiem
decydującym było to, że olbrzymie zaufanie Ginny do mnie zmówiło się z moimi fantazjami o sobie jako wybawcy, by mnie przekonać, że tylko ja
mogę ją ocalić. A ponadto jestem bardzo uparty: nienawidzę się poddawać
i przyznawać, że nie potrafiłem pacjentowi pomóc.
Nie było więc zaskoczeniem dla mnie samego, że zaproponowałem Ginny
kontynuowanie terapii u mnie. Chciałem jednak przełamać ustalony
schemat. Wielu terapeutów poniosło już porażkę, próbując jej pomóc,
szukałem zatem podejścia, które nie powtarzałoby błędów poprzedników, a zarazem pozwoliłoby mi skapitalizować na użytek terapii masywne
pozytywne przeniesienie Ginny na mnie. W posłowiu opiszę szczegółowo mój
plan terapeutyczny i jego racjonalne, teoretyczne podstawy. W tym
miejscu chcę tylko skomentować jeden aspekt wybranego podejścia -?śmiały
proceduralny fortel, który doprowadził do powstania tej książki.
Poprosiłem mianowicie Ginny, by zamiast płacić mi za terapię, po każdej
sesji sporządzała relację, w której opisze nie tylko swoje reakcje na
to, co się jawnie działo, lecz również "podziemne życie" tej godziny -
notatkę z podziemia: wszystkie swoje myśli i fantazje, które nigdy nie
ujrzały dziennego światła werbalnej wymiany. Uznałem ten pomysł -?według
mojej najlepszej wiedzy o psychoterapii nowatorski -?za szczęśliwy; w tamtym okresie Ginny była tak bierna, że każda technika wymagająca
wysiłku i ruchu zdawała się warta wypróbowania. Ponadto totalna niemoc
twórcza, z jaką się zmagała, pozbawiała ją ważnego źródła dobrego
mniemania o sobie, co procedurę wymagającą przymusowego pisania czyniło
jeszcze bardziej atrakcyjną. (Nawiasem mówiąc, plan ten nie wiązał się z żadnym osobistym poświęceniem finansowym z mojej strony, w tym okresie
bowiem pracowałem na pełnym etacie na Uniwersytecie Stanforda,
otrzymywałem za tę pracę pensję, wszelkie pieniądze zaś, które pacjenci
płacili za terapię, wpływały na konto Uniwersytetu).
Moja żona interesuje się literaturą i procesem twórczym, wspomniałem jej
więc o swoim planie, a ona zaproponowała, bym ja również sporządzał
impresjonistyczne, niekliniczne zapiski po każdej sesji. Uznałem, że to
ciekawy pomysł, choć z powodów zupełnie innych od tych, jakimi kierowała
się Marilyn: ją intrygował literacki aspekt przedsięwzięcia, mnie
natomiast -?potencjalnie silne przeżycie związane z odsłonięciem samego
siebie. Ginny nie potrafiła się odkryć w spotkaniu twarzą w twarz ani ze
mną, ani z kimkolwiek innym. Uważała, że jestem nieomylny,
wszechwiedzący, doskonale zintegrowany i nie mam żadnych problemów.
Wyobraziłem sobie, że przesyła mi -?proszę bardzo, może być listownie -
swoje niewypowiedziane pragnienia i uczucia związane ze mną. Wyobraziłem
sobie, że czyta moje osobiste i do gruntu błędne wiadomości dla niej.
Nie mogłem przewidzieć, jaki dokładnie będzie efekt tego doświadczenia,
byłem jednak pewien, że taki plan doprowadzi do uwolnienia potężnych
mocy.
Wiedziałem, że hamulcem byłaby dla nas świadomość, że druga osoba od
razu przeczyta nasze notatki, uzgodniliśmy więc, że przez parę miesięcy
nie będziemy ich czytać, tylko składać u mojej sekretarki, która je dla
nas przechowa. Sztuczne? Wykombinowane? Zobaczymy. Wiedziałem, że
obszarem terapii i zmiany będzie nasza relacja. Wierzyłem, że jeśli
pewnego dnia uda się nam zastąpić listy słowami wypowiadanymi w bezpośrednim kontakcie, jeśli będziemy umieli odnosić się do siebie
nawzajem szczerze i po ludzku, to wszystkie inne pożądane zmiany
nastąpią same.
Przedmowa Ginny
Byłam piątkową uczennicą nowojorskiego
liceum. Byłam twórcza, ale przede wszystkim otumaniona, jakbym dostała w głowę od monstrualnej wstydliwości. Przez okres dojrzewania przebrnęłam
z zamkniętymi oczami i wieczną migreną. W college'u bardzo szybko
odpuściłam sobie wszelkie akademickie osiągnięcia. Od czasu do czasu
udawało mi się zrobić coś "świetnego", najbardziej jednak lubiłam być
żywym zegarem słonecznym, drzemać zwinięta w kłębek na świeżym
powietrzu. Bałam się chłopców i nie miałam chłopaka. Tych parę
późniejszych romansów dla mnie samej było zaskoczeniem. W ramach swojej
edukacji spędziłam jakiś czas w Europie; pracowałam, studiowałam i gromadziłam dramatyczne curriculum vitae złożone z anegdot i przyjaciół, nie czyniąc żadnych postępów. Co uchodziło za odwagę, było w istocie formą nerwowej energii i bezwładu. Bałam się wrócić do domu.
Po ukończeniu college'u wróciłam do Nowego Jorku. Nie mogłam znaleźć
pracy, nie miałam żadnego celu. Moje kwalifikacje rozpływały się jak
zegarki Salvadora Dalí, bo pociągało mnie wszystko i nic. Przez
przypadek zaczęłam uczyć małe dzieci -?zaledwie ośmioro. W rzeczywistości żadne z nich nie było moim uczniem; dla mnie to były
bratnie dusze i tak naprawdę przez cały rok po prostu się bawiliśmy.
W Nowym Jorku chodziłam na zajęcia teatralne: uczyłam się wyć, oddychać
i czytać role tak, żeby brzmiały, jakby naprawdę były podłączone do
krwiobiegu. W moim życiu panował jednak bezruch, choćbym w nie wiem
jakim pędzie zaliczała wszystkie te rozmaite kursy i kolegów.
Dużo się uśmiechałam -?nawet kiedy nie wiedziałam, co robię. Jedna z przyjaciółek, zmęczona już tą Pollyanną, zapytała: "Z czego ty się tak
cieszysz?". W rzeczywistości, mając tych kilkoro wspaniałych przyjaciół
(zawsze ich miałam), mogłam się cieszyć; moje wady wydawały się jedynie
drobnymi problemami w porównaniu z tym, jak naturalne i łatwe było
życie. Ale mój szeroki uśmiech sztywniał. Umysł wypełniała mi hałaśliwa
karuzela słów, które stale się obracały wokół nastrojów i klimatów i tylko z rzadka znajdywały ujście -?w tym, co mówiłam, albo na papierze.
Nie byłam zbyt dobra, jeśli chodziło o fakty.
W Nowym Jorku mieszkałam sama. Ze światem zewnętrznym -?poza chodzeniem
na zajęcia i listami -?kontakt miałam minimalny. Po raz pierwszy w życiu
się masturbowałam i to mnie przestraszyło -?tylko dlatego, że oto w moim
życiu pojawiło się coś bardzo intymnego. Przejrzystość moich lęków i radości zawsze sprawiała, że czułam się nieważna i głupia. Pewien mój
przyjaciel powiedział: "Mogę w tobie czytać jak w książce". Byłam jak
Puk, ktoś, kto nigdy nie zachowywał się odpowiedzialnie i nigdy nie
zrobił nic poważniejszego niż wymiotowanie. I nagle zaczęłam się
zachowywać inaczej. Szybko zanurzałam się w terapię.
Terapeutka przez pięć miesięcy dwa razy w tygodniu próbowała zetrzeć mi
z twarzy ten szeroki uśmiech. Uważała, że moim jedynym celem w terapii
było sprawić, by mnie polubiła. Podczas sesji ciągle wałkowała moją
relację z rodzicami. A ta zawsze była śmiesznie pełna miłości, otwarta i ironiczna.
Bałam się terapii, ponieważ zawsze byłam pewna, że mój umysł skrywa
przede mną jakiś potworny sekret, jakieś wyjaśnienie tego, dlaczego moje
życie wygląda jak jedna z tych dziecięcych tabliczek do rysowania: kiedy
się podniesie papier, śmieszne twarze z kresek i rozmaite zakrętasy
znikają bez śladu. W tamtym okresie niezależnie od tego, ile bym robiła,
ilu najlepszych przyjaciół bym kochała, i tak moje życie i moja energia
zależały od innych ludzi. Byłam zarazem pełna życia i martwa. Ktoś
musiał mnie popychać; nigdy nie umiałam sama wystartować. A moja pamięć
była najczęściej mordercza i poniżająca.
Robiłam postępy w terapii i osiągnęłam wreszcie punkt, w którym ja i moje uczucia siedzieliśmy razem w tym samym skórzanym fotelu. I wtedy
niezwykła okoliczność zmieniła moje życie, a przynajmniej moje
położenie. Z głupia frant złożyłam podanie na kurs pisarski w Kalifornii
i zastałam przyjęta. Nowojorska terapeutka nie była uszczęśliwiona tą
wiadomością; w istocie sprzeciwiała się temu wyjazdowi. Powiedziała, że
utknęłam w miejscu, że nie biorę odpowiedzialności za własne życie i że
tego nie zmienią żadne kursy, w których wezmę udział. Nie potrafiłam
jednak zachować się dorośle i napisać do kolegium przyznającego granty
czegoś w rodzaju "proszę odłożyć to cudem mi przyznane stypendium, aż
odnajdę swoje emocje, odzyskam pewność siebie i poczuję się
człowiekiem". Nie, jak zawsze rzuciłam się w nowe otoczenie -?mimo obaw,
że terapeutka miała rację i że po prostu odchodzę już na samym początku,
ryzykując życie w zamian za gwarancję roku słonecznej pogody. Nie
potrafiłam jednak zrezygnować z tego doświadczenia, bo to było moje
alibi, erzac moich uczuć, mój sposób myślenia i działania. Zawsze
wybierałam scenę zamiast drogi poważnej i wnikliwej.
Ostatecznie terapeutka dała mi swoje błogosławieństwo, przekonana, że
otrzymam najwyższej jakości pomoc od psychiatry, którego znała w Kalifornii. Opuściłam Nowy Jork. W wyjeździe, jak zawsze, było coś
podniecającego. Choćbyś nie wiem ile cennych rzeczy pozostawiała za
sobą, to jednak zawsze jeszcze masz energię i oczy; tuż przed wyjazdem,
razem z radością z ucieczki, powrócił, jak wieczne logo, mój szeroki
uśmiech. Założyłam, że kiedy przybędę do Kalifornii, moja psychologiczna
doniczka ciągle będzie na mnie czekać, nie będę więc musiała, jak
młodociana gwiazda, zaczynać od zera.
W Nowym Jorku intensywnie i heroicznie pracowałam nad aktorstwem,
terapią i samotnością, kiedy więc znalazłam się w Kalifornii, moje
ograniczone, dobrze opakowane uczucia pozostawały nietknięte. To był
wspaniały czas: miałam zapewnioną przyszłość i żadnego faceta, dla
którego musiałabym się starać i wysilać i który by mnie oceniał. Od
czasu college'u nie miałam chłopaka. Znalazłam mały domek z drzewkiem
pomarańczowym od frontu; nie przyszło mi nawet do głowy, żeby zerwać z niego pomarańczę, dopóki ktoś z przyjaciół nie powiedział mi, że mogę.
Aktorstwo zastąpiłam tenisem. I tradycyjnie znalazłam sobie jedną
"najlepszą przyjaciółkę". W szkole radziłam sobie dobrze, chociaż
zachowywałam się jak pierwsza naiwna.
Między Nowym Jorkiem a Mountain View przeszłam od jednego terapeuty do
drugiego.
W chwiejnym stanie umysłu, jako początkująca specjalistka od Czechowa,
Jacques'a Brela oraz innych słodko-kwaśnych smutków, poszłam na pierwsze
spotkanie z doktorem Yalomem. Oczekiwania, które są ważną częścią moich
przeżyć, były ogromne, bo przecież rekomendowała go moja terapeutka z Nowego Jorku! Weszłam do gabinetu wrażliwa i ciepła -?może Béla Lugosi
potrafiłby lepiej, ale wątpię. Doktor Yalom był kimś wyjątkowym.
Moja dusza zadurzyła się w nim od pierwszego spotkania. Mogłam mówić
wprost; mogłam płakać, mogłam prosić o pomoc i się nie wstydzić. W drodze do domu nie czekały mnie żadne oskarżenia. Wydawało się, jakby
wszystkie te kwestie przenikały papkę mojego mózgu. Jakbym po wejściu do
jego pokoju otrzymywała prawo do bycia sobą. Ufałam doktorowi Yalomowi.
Był Żydem i tego dnia ja też byłam Żydówką. Wydawał się znajomy i naturalny, choć nie był psychiatrą w typie Świętego Mikołaja.
Zaproponował, bym dołączyła do grupy terapeutycznej, którą prowadził z innym lekarzem. To było jak zapisanie się na niewłaściwy kierunek
studiów: chciałam studiować indywidualnie poezję i religię, a zamiast
tego dostałam brydża dla początkujących (w dodatku bez gorącej
czekolady). Wysłał mnie do swojego koterapeuty. Podczas wstępnego
spotkania z tym drugim lekarzem nie było łez, prawd -?tylko w tle
bezosobowy oddech magnetofonu.
Terapia grupowa jest naprawdę trudna. Zwłaszcza gdy -?jak w naszym
przypadku -?panuje w niej bezwład. Mniej więcej siedmioosobowa grupa
pacjentów i dwaj lekarze spotykali się wokół okrągłego stołu z mikrofonem zwisającym z sufitu. Jedna ściana składała się z luster, jak
szklana pajęczyna, w której moja twarz raz po raz zaplątywała się,
wpatrzona sama w siebie. Po drugiej stronie siedziała grupa rezydentów,
którzy przyglądali się nam przez lustro weneckie. Wcale mi to nie
przeszkadzało. To prawda, jestem nieśmiała, ale też trochę
ekshibicjonistyczna, więc odpowiednio usunęłam siebie i grałam jak
wypchana Ofelia. Stół i krzesło wymuszają na tobie pozycję, w której
trudno zacząć.
Wielu z nas miało takie same problemy: niezdolność do przeżywania uczuć,
nieprzetrawiona złość, kłopoty z miłością. Zdarzały się nieliczne dni,
kiedy ten czy ów poczuł bluesa i coś się działo. Jednak ograniczenia
czasowe tej półtoragodzinnej sesji zwykle tłumiły wszelkie większe zrywy
i w następnym tygodniu zapadaliśmy znów w nasz zwyczajowy psychiczny
rigor mortis. (Powinnam mówić tylko za siebie. Innym to bardzo
pomogło). Fajnie było dzielić się problemami, ale rzadko dzieliliśmy się
rozwiązaniami. Zaprzyjaźniliśmy się; nigdy się nie dotykaliśmy (w Kalifornii to się praktycznie rozumie samo przez się). Pod koniec
chodziliśmy razem na pizzę ze wszystkimi możliwymi dodatkami. Doktor
Yalom podobał mi się jako prowadzący, nawet wtedy, kiedy bardziej się
zdystansowałam, zaczęłam się na to wszystko krzywić i rzadko wchodziłam
z nim w jakiekolwiek interakcje poza wymianą spojrzeń. Mój problem
polegał częściowo na tym, że jak zwykle w życiu osobistym nie
podejmowałam żadnych decyzji, tylko dryfowałam z tym, co się akurat
działo, i z przyjaciółmi. Nie potrafiłam naprawdę podnieść głowy. (Przez
parę miesięcy równolegle z terapią grupową miałam sesje indywidualne. Z młodym lekarzem. Doktor Yalom to zaproponował, bo miewałam straszne
sny).
Znowu zaczęłam czuć, że nie ma we mnie życia, i zrobiłam się
pretensjonalna, poszukałam więc sztucznego oddychania w tym, co jest
lokalną specjalnością Kalifornii -?grupach spotkaniowych. Zbierały się w prywatnych luksusowych domach położonych w lesie -?na dywanach,
słomianych matach, w japońskich wannach, o północy. Otoczenie podobało
mi się nawet bardziej niż to, co się tam działo. Fizycy, tancerze,
ludzie w średnim wieku, bokserzy pojawiali się tam razem ze swoimi
problemami. Były reflektory, Bob Dylan wyśpiewywał instrukcje z narożnej
wieży hi-fi... wiesz, że coś się dzieje, ale nie wiesz co.
Przemawiał do mnie ten rodzaj teatru, z duszą w charakterze widowni.
Były i łzy, i wrzaski, i śmiech, i cisza -?a wszystko to bardzo
energetyzujące. Z mrocznej mazi wyłaniały się strach, prawdziwe kopniaki
i przyjaźnie. Małżeństwa rozpadały się na twoich oczach; urzędnicze
profesje zarzynano bez pardonu. Z przyjemnością uczestniczyłam w tych
dniach sądu i zmartwychwstania, bo w moim życiu wcześniej nigdy nie było
niczego podobnego.
Czasami jednak było tylko przygnębienie, bez żadnych uniesień ani
zbawienia. Trzeba było umieć trzymać się pewnego rytualnego rytmu -?od
strachu i paniki do ryczącego wglądu, wyznania i owacji. A jeśli się to
nie udawało, oczekiwano, że powiesz: "No dobra, jestem palantem, jestem
beznadziejna, no i co z tego? Idę dalej" i wytańczysz swoje skurcze
żołądka.
W końcu jednak zdałam sobie sprawę, że próbuję iść jednocześnie dwiema
przeciwstawnymi drogami zbawienia: jedna to solidna, stała, powolna,
konsekwentna, bezpieczna grupa terapeutyczna podobna do mojego życia;
druga -?średniowieczny karnawał umysłu i serca właściwy psychodramom.
Wiedziałam, że doktor Yalom nie pochwala moich grup spotkaniowych -
zwłaszcza jednego prowadzącego, który był twórczy i błyskotliwy, ale nie
miał żadnych kwalifikacji, poza magicznymi. Nigdy tak naprawdę nie
dokonałam wyboru; po prostu kontynuowałam obie formy terapii i stopniowo
gasłam. W końcu na terapii grupowej zaczęłam się czuć tak, jakbym co
tydzień przywlekała tam swój kokon, przytwierdzała go do krzesła,
wytrzymywała półtorej godziny i wychodziła. Odmawiając wyklucia się.
Spuchłam od tych miesięcy terapii grupowej, ale nie robiłam nic, żeby
znaleźć wyjście z sytuacji. Żyłam sobie szczęśliwie, chociaż czułam się
trochę przybita i skołowana. Przyjaciele poznali mnie z chłopakiem;
nazywał się Karl, był inteligentny i dynamiczny. Miał własną firmę,
sprzedawał książki, a ja mu pomagałam. Nie uczyłam się niczego nowego,
ale udawało mi się raczyć go moimi żartami; to było ekscytujące. Tylko
że na początku mnie nie pociągał i to mnie martwiło. Miał w oczach coś
bezwzględnego i obcego. Ale mimo tych wątpliwości lubiłam z nim być,
ponieważ w odróżnieniu od paru moich innych miłości w Karlu nie
zadurzyłam się od pierwszego wejrzenia; nie był kimś, kogo wybrałabym na
pierwszy rzut oka i bez zastanowienia.
Po kilku wspaniałych tygodniach zalotów ustalił się między nami stan
znośnej nonszalancji. Pewnego dnia jakby mimochodem wspomniał, że wie o pewnym mieszkaniu, w którym moglibyśmy razem zamieszkać, więc
przeprowadziłam się z Mountain View do miasta. Raz, przytulając mnie,
powiedział, że wniosłam do jego życia człowieczeństwo, ale tak w ogóle
to miłosne deklaracje nie były jego specjalnością.
Żyło nam się razem łatwo i przyjemnie. To był początek naszego wspólnego
życia, wszystko było świeże: filmy, książki, spacery, rozmowy, uściski,
posiłki, dzielenie jednych przyjaciół i rezygnacja z innych. Pamiętam,
że miałam wtedy okresowe badanie w darmowej przychodni i napisali mi:
"biała dwudziestopięciolatka w znakomitym stanie zdrowia".
W tym czasie nie chodziłam już na psychodramę, a terapia grupowa była
jedynie nawykiem, z którego bałam się zrezygnować. Jak zwykle czekałam,
co się stanie, zamiast wybrać własny los. Pewnego dnia doktor Yalom
zadzwonił do mnie i zapytał, czy chciałabym mieć u niego terapię
indywidualną za darmo, pod warunkiem że potem oboje będziemy ją
opisywać. To była jedna z tych wspaniałych propozycji, które przychodzą
ni stąd, ni zowąd i na które jestem tak podatna. Ogromnie się ucieszyłam
i powiedziałam "tak".
Swoją indywidualną terapię z doktorem Yalomem rozpoczęłam dwa lata po
pierwszej, tak płodnej z nim rozmowie. Teatr zastąpiłam tenisem,
poszukiwanie kogoś -?byciem z kimś, a zamiast doświadczać samotności,
próbowałam ją sobie przypomnieć. W środku czułam, że zostawiłam swoje
problemy i że wszystkie one będą na mnie czekać, by pewnej nocy znów
złapać mnie w pułapkę. Krytycy, jak moja nowojorska terapeutka, i moje
dawne miłości, z którymi w duszy nigdy się nie rozstałam, powiedzieliby,
że czeka mnie ciężka praca. Że zbyt łatwo mi się udało, że na to nie
zasługuję i że Karl, który zaczął do mnie mówić "dziecinko", w rzeczywistości nie wie, jak mam na imię. Próbowałam go nakłonić, by
mówił do mnie po imieniu -?Ginny -?i za każdym razem, kiedy to robił,
cała się rozpływałam. Ale czasami, za względu na moje blond włosy i moją
nerwowość, nazywał mnie Złotym Wojownikiem.
Po osiemnastu miesiącach hibernacji w terapii grupowej byłam przymulona
i nieświeża. Rozpoczęłam terapię indywidualną tylko trochę
zaniepokojona.
Po osiemnastu miesiącach hibernacji w terapii grupowej byłam przymulona
i nieświeża. Rozpoczęłam terapię indywidualną tylko trochę
zaniepokojona.
9 października
DR YALOM
Ginny przyszła dziś we względnie dobrym
stanie jak na nią. Na jej ubraniu nie było plam, włosy wyglądały na
uczesane, a twarz na mniej zniszczoną i znacznie bardziej skupioną.
Trochę nieskładnie opowiedziała, jak to moja propozycja, by zamiast
pieniędzmi płaciła mi relacjami z sesji, przywróciła jej życie. Najpierw
czuła się podniesiona na duchu, ale potem zaczęła w towarzystwie
wygłaszać sarkastyczne żarty na swój temat i w ten sposób udało jej się
zniweczyć własny optymizm. Na pytanie, jakież to były sarkastyczne
żarty, odparła, że na przykład takie jak ten, iż pewnie opublikuję nasze
sprawozdania pod tytułem Ambulatoryjne rozmowy z pacjentką
katatoniczną. Aby nasza umowa była całkowicie jasna, zapewniłem ją, że
wszystko, co napiszemy, będzie naszą wspólną własnością, a jeśli
kiedykolwiek cokolwiek opublikujemy, to zrobimy to razem. Powiedziałem
jeszcze, że za wcześnie o tym mówić i że naprawdę nie biorę tego pod
uwagę (kłamstwo, bo miałem przelotne fantazje na temat tego, jak to
któregoś dnia wydamy ten materiał).
Potem próbowałem skupić się na jakiejś jednej sprawie, żebyśmy nie
błądzili bez końca we mgle, tak typowej dla czasu spędzanego z Ginny.
Nad czym chce pracować podczas terapii za mną? Gdzie ma nadzieję
"dojść"? W odpowiedzi opisała mi swoje obecne życie jako ogólnie puste i bezsensowne; najdotkliwsze okazały się problemu z seksem. Nalegałem, by
mówiła konkretniej, i wtedy opowiedziała mi, jak to nigdy nie może się
rozluźnić, kiedy czuje, że już, już będzie miała orgazm. Im dłużej
mówiła, tym silniej odzywały się we mnie wspomnienia niedawnych rozmów z Viktorem Franklem (wybitnym analitykiem egzystencjalnym). Kiedy Ginny
uprawia seks, tyle o tym myśli i tak się zastanawia, co ma zrobić, żeby
jej się udało, że zabija wszelką możliwą spontaniczność. Chciałem
znaleźć coś, co by jej pomogło wycofać myślenie, i w końcu wyjechałem z nieudolnym "gdyby tylko był jakiś sposób na to, żebyś mogła się
odrefleksyjnić". Przypominała mi stonogę z książeczek dla dzieci: kiedy
miała obserwować, jak chodzi, nie mogła sobie poradzić z pięćdziesięcioma parami nóg.
Kiedy spytałem, jak wygląda jej dzień, opowiedziała, jaki pusty jest dla
niej czas, począwszy od pustki porannego pisania aż do końca pustego
dnia. Zastanawialiśmy się razem, dlaczego pisanie jest takie puste i co
nadaje sens jej życiu. Kolejne cienie Viktora Frankla! Ostatnio tak
często się zdarza, że moje niedawne lektury albo rozmowy z innymi
terapeutami wkradają się do terapii, którą prowadzę; czuję się przez to
jak kameleon, bez żadnej własnej barwy.
Potem się to powtórzyło. Powiedziałem, że jej całe życie rozgrywa się na
tle delikatnej muzyki samoabnegacji. I to znów było echo czegoś, co
wiele lat temu powiedział mi pewien analityk kleinowski1,
gdy zastanawiałem się nad rozpoczęciem u niego analizy: że muzycznym
tłem dla mojej analizy będzie mój sceptycyzm wobec jego stanowiska
teoretycznego.
Ginny swoim wątłym głosikiem dalej przedstawiała siebie jako kogoś
pozbawionego zarazem napędu i celu. Pustka przyciąga ją jak magnes;
Ginny wsysa ją i wypluwa przede mną. Można by pomyśleć, że w jej życiu
nie istnieje nic prócz nicości. Opowiedziała na przykład, jak to wysłała
parę opowiadań do "Mademoiselle" i otrzymała zachęcający list od
wydawcy. Spytałem, kiedy dostała ten list, i dowiedziałem się, że
zaledwie parę dni temu; zauważyłem, sądząc z apatycznego tonu, jakim mi
o tym opowiada, że mogłoby się to zdarzyć równie dobrze lata temu. Tak
samo opowiada o Eve, swojej bardzo dobrej przyjaciółce, albo o Karlu -
chłopaku, z którym teraz żyje. W jej wnętrzu jest taki mały demon, który
okrada z sensu i przyjemności wszystko, co Ginny robi. Jednocześnie ma
skłonność do obserwowania samej siebie i przedstawiania własnej sytuacji
w wersji scenicznej tragedii. Myślę, że flirtuje z obrazem siebie jako
Virginii Woolf, która pewnego dnia rzuci się do rzeki z kieszeniami
pełnymi kamieni.
Jej oczekiwania wobec mnie są tak nierealistyczne, a mój obraz tak
wyidealizowany, że czuję się onieśmielony, czasami tracę nadzieję, że
kiedykolwiek uda mi się nawiązać z nią kontakt. Zastanawiam się, czy jej
nie wykorzystuję, prosząc, by opisywała sesje. Może tak. Racjonalizuję
to, mówiąc, że przynajmniej zmuszam ją do pisania, a poza tym mam silne
poczucie, że za sześć miesięcy, kiedy wymienimy się zapiskami, wyniknie
z tego coś dobrego. W każdym razie Ginny będzie musiała zacząć mnie
widzieć inaczej.
9 października
GINNY
Musi być jakiś inny sposób mówienia o tej
sesji niż tylko powtarzanie dokładnie tego, co się działo, i hipnotyzowanie mnie i ciebie. Miałam oczekiwania, ale skoncentrowałam
się głównie na myśleniu o zmianie terminów. Zaczęłam i skończyłam sesję
zajęta myślami. Robiłam mnóstwo zamieszania i nic nie odczuwałam.
Na początku czułam się w twoim gabinecie jak dyletantka. Pytałeś, jaki
jest plan, co chcę, żeby się działo. Mam za sobą długą historię
nieodpowiadania na pytania i nietraktowania pytań serio. Nigdy nie
używam swojego umysłu ani nie sięgam nim dalej niż tylko do
bezpośredniej teraźniejszości, chyba że fantazjuję. Nie pozwalam, żeby
mój umysł zmieniał czy kształtował rzeczywistość, może najwyżej ją
komentować taką, jaka jest. Ale twoje naleganie, powtarzanie wciąż tego
samego pytania: "No dobrze, co to znaczy, że twoje pisanie do niczego
nie prowadzi?", w końcu mnie zdenerwowało. Przypominało mi odliczanie
podczas walki. Wiedziałam, że albo w którymś momencie wstanę i coś
powiem, albo to będzie koniec. Za trzecim albo czwartym razem
powiedziałam: "Myślę, że nie chodzi mi o pisanie, tylko o ten oceniający
kawałek we mnie, który do niczego nie zmierza, stoi na zerze i tylko
lekko się odchyla w obu kierunkach w odpowiedzi na aplauz albo krytykę".
Kiedy takim bezbarwnym głosem mówiłam o Karlu i o sobie, nigdy się nie
zdradziłam ani nie przyznałam, że w niedzielę i poniedziałek poranki
były cudowne, że było w nich mnóstwo czułości i radości. Dlaczego
przedstawiam siebie w takim nieprawdziwym świetle? (Ulubiony zarzut
mojego ojca: "Ginny, całe życie się pomniejszasz"). Ale dlaczego nie
mogłam przyjść i opowiedzieć ci o niektórych dobrych rzeczach, zwłaszcza
że wiem, że lubisz je słyszeć?
Kiedy do ciebie mówiłam, zdawałam sobie sprawę, że staram się sobie
przypomnieć, co powiedziałam poprzednim razem. Chciałam mieć pewność, że
się nie powtarzam. Chociaż pod koniec miałam wrażenie, że mi się to nie
udało.
Nie chciałam wejść i zacząć mówić o seksie, bo to zawsze brzmi jak Ann
Landers2, tak poważnie i bezosobowo. A poza tym dla mnie seks
nie jest czymś czasem fajnym, a czasem kiepskim, tylko odwetem chwilę
potem. Okazją, żeby siebie nienawidzić i bać się, że ktoś mnie rozpozna
i ukarze, i próbować sobie radzić z ciemnością i wyrzutami sumienia.
Bardzo mi się podobało, kiedy tak spokojnie użyłeś słowa
"odrefleksyjnić". (Później w ciągu dnia posłużyłam się nim w żartach).
Wzięłam je sobie do serca i byłam zadowolona, że chcesz ode mnie czegoś
więcej niż tylko opisów i pozorów.
Pod koniec sesji, kiedy mówiłam o Sandy, mojej dawnej przyjaciółce,
która popełniła samobójstwo, i o swojej złości na rodziców, którzy nie
słuchają psychiatrów, dopóki nie dostaną recepty na jakieś konkretne
leki, czułam wściekłość, chociaż sobie tego nie uświadamiałam. Miałam
takie miłe doznanie, jak przyjemne pobudzenie dziecka, które śni o seksie.
Potem powiedziałeś, że to już koniec sesji. Ten znak zawsze od nowa mnie
onieśmiela. Światło, które na mnie padało, zaraz zgaśnie. Niezdarna,
parlamentarna psychiatryczna procedura pozbywania się pacjenta. "I czy
godzina druga ci pasuje?" -?spytałeś; nie pasowała, ale nie potrafiłam
od razu o tym pomyśleć. Dopiero w domu miałam czas, żeby wgryźć się w problem i zamienić go w olbrzymią liczbę możliwości.
Wtedy postanowiłam, że nie będę się bardzo wysilać, opisując te sesje,
że pozwolę, żeby mój styl się rozwijał razem z moimi spostrzeżeniami i przeżyciami. Poddałam się, zanim zaczęłam to pisać. W trakcie sesji
czułam się jak ktoś bardzo wyczerpany, kto z przyzwyczajenia czytał i czytał, i gapił się tylko na twardy wzór druku, a nie widział żywego
strumienia słów. Wczoraj, jak prawie zawsze, byłam tak świadoma siebie,
przyklejona do własnej powierzchni, do powierzchownej struktury tego, co
muszę powiedzieć, czym muszę być. Recytacja do lustra. To jedyne lustro,
którego stłuczenie nie przyniosłoby nieszczęścia. (Ale to nie są słowa
walki, lecz raczej ujadanie).
Powiedziałeś, że chcesz słyszeć tylko o tym, co się działo podczas
naszych sesji. Najpierw wydało mi się to ograniczeniem, a potem czymś
odświeżającym, bo ucina nadmiar gęstego listowia. I nie przeczytasz tego
przez sześć miesięcy, a to znaczy, że sesje nie będą krytyką tego, co
zostało napisane, i że nie będzie wybawienia w słowach. A potem mnie
oświeciło, że powiedziałeś "sześć" miesięcy, i to była uspokajająca
sześciomiesięczna gwarancja.
14 października
DR YALOM
Sesja była wyznaczona na dwunastą
trzydzieści. Pięć minut przed czasem zobaczyłem Ginny w poczekalni.
Trzymałem w rękach coś, co chciałem przekazać sekretarce, ale to
naprawdę nie było ważne i mogłem się spotkać z Ginny już teraz. A wyszło
tak, że się kręciłem i robiłem jakieś niekonieczne rzeczy i w końcu
poprosiłem ją z trzyminutowym opóźnieniem. Nie potrafię zrozumieć,
dlaczego robię to pacjentom. Czasami bez wątpienia jest to miarą mojego
przeciwprzeniesienia i oporu. Ale nie w przypadku Ginny; lubię nasze
spotkania.
Dziś Ginny wyglądała dobrze, była w porządnej spódnicy, bluzce i rajstopach, włosy miała niemal wyszczotkowane, ale najwyraźniej czuła
się słabo i była bardzo zalękniona. Przez pierwsze dwadzieścia,
dwadzieścia pięć minut sesji dryfowaliśmy i nie wiedziałem, jaka będzie
główna myśl tej godziny. Okazało się, że ostatnią noc miała okropną, co
dziesięć, piętnaście minut nachodził ją lęk ściśle związany ze
strasznymi uczuciami i przeżyciami z przeszłości; przy czym wydawało
się, że tylko to daje jej poczucie ciągłości i czasu.
Najpierw próbowałem coś zrobić z rytmem jej nocnych lęków; zastanawiałem
się, czy są jakoś związane z naszymi spotkaniami. W minionym tygodniu
zdarzyły się trzy razy: w nocy przed naszą poprzednią sesją i w nocy po
niej, ale trzeci raz to było jakoś w środku tygodnia, więc nie
zaprowadziło to nas zbyt daleko. Zajmowanie się treścią jej lęków było
jak chodzenie po ruchomych piaskach. Wpadłem za głęboko, zassało mnie i większość sesji spędziłem, próbując się z tego wygrzebać, bo to wszystko
to materiał prymitywny, wczesny i bezgraniczny.
Następna próba była szczęśliwsza. Stałem się po prostu konkretny i precyzyjny. "Zacznijmy od początku -?powiedziałem -?i naprawdę
prześledźmy twój wczorajszy dzień i to, co się działo ostatniej nocy".
Często tak postępuję z pacjentami i moim uczniom radzę, by praktykowali
to podejście, ponieważ rzadko się zdarza, by nie dostarczyło jakiegoś
oparcia w grzęzawisku rozmaitych niepowiązanych myśli i fantazji. No
dobrze, Ginny opisała mi swój dzień: rano czuła się dość dobrze i pisała
przez godzinę czy dwie. Starała się jak najbardziej pomniejszyć
znaczenie swojego pisania, ale przyznała, że jest aktywniejsza niż
zwykle i że pracuje nad powieścią. To mi dobrze robi; jestem szczególnie
dumny -?zbyt dumny -?kiedy jest w stanie pracować nad swoim pisaniem.
Potem leżała i czytała książkę o impotencji kobiet nieznanej mi
psychiatry; miała przypływ doznań seksualnych i się masturbowała. I to
był początek spadku nastroju tego dnia. Krótko potem wyszła na pocztę,
przypadkowo spotkała Karla i przygniótł ją wstyd i poczucie winy. I tu
zaczyna się jej typowe obwinianie siebie: gdyby się nie masturbowała,
mogłaby zachować to dla Karla na najbliższą noc albo może od razu
uprawiać z nim seks itd. A dalej było coraz gorzej: posiłek, który
ugotowała, był porażką; wieczorem, kiedy miała mnóstwo energii i chciała
wyjść, Karl był zmęczony i poszedł do łóżka; chciała się z nim kochać,
ale był śpiący; martwiła się, że może jej już nie chce, bo ostatnie dwie
czy trzy noce się z nią nie kochał. Nie potrafi się zmusić i spróbować
do niego zbliżyć.
Opowiadała też o ostatniej sobocie, kiedy Karl cały czas był z kimś
zajęty, a przez resztę dnia spacerował sobie sam i wrócił do domu
dopiero o dwudziestej trzydzieści, a wtedy ona nie potrafiła mu już
nawet powiedzieć, że chciałaby czasami pójść z nim na spacer, tylko
płakała za każdym razem, kiedy się do niej zbliżył. Zacząłem się
zastanawiać nad jej ambiwalentnymi uczuciami do niego, zwłaszcza gdy
opisała powracającą fantazję, w której on ją rzuca, a ona wtedy jedzie
do Włoch ze swoją przyjaciółką Eve, pisze i pije czekoladę. Cóż,
wszystko to razem skłoniło mnie do przypuszczenia, że niezależnie od
zapewnień o bezinteresownym przywiązaniu do Karla jakaś część Ginny chce
z nim zerwać. Ale nie było łatwo iść tym tropem; może jest to coś, z czym Ginny na razie nie może się zmierzyć. A może nie; nie mogę się
poddać jej pozie "delikatnego kwiatka", bo przez tę delikatność stracę
wszelką moc.
Wobec tego wypełniłem pokój Viktorem Franklem. Tak się złożyło, że
poprzedniej nocy czytałem jedną z jego książek i myślałem o nim. Zawsze
jestem sobą zniesmaczony, kiedy czytam kogoś, a potem stwierdzam, że
podczas najbliższej sesji terapeutycznej używam jego technik. Jakkolwiek
by było, wykorzystałem podejście, które, jak sądzę, mógłby zastosować
Viktor Frankl, i wydaje mi się, że poradziłem sobie nieźle. Przede
wszystkim zasugerowałem Ginny, że już się urodziła z lękiem, że jej
matka i ojciec są lękliwi i że nie jest nie do pomyślenia, że jej lęk, a może nawet napięcie seksualne, ma podłoże genetyczne. Chodziło mi o parę
rzeczy. Jeśli Ginny już dostatecznie mi ufa, to mógłbym zmniejszyć jej
poczucie winy związane z masturbacją, więc kilka razy podczas rozmowy
powracałem do tego tematu i zastanawiałem się, dlaczego, na Boga, czuje
się taka winna. Kiedy mówiła rzeczy w rodzaju "to dziwaczne" i "to
brudne", i że powinna "zachować to dla Karla", odpowiadałem, że naprawdę
dziwaczne jest to, że wymiotuje co rano, bo jakiś bioenergetyczny
psychiatra ze wschodu powiedział jej, że to sposób na zmniejszenie
napięcia! Stwierdziłem, że nie widzę nic złego w masturbacji; jeśli ma
nadmiar napięcia seksualnego, to dlaczego nie miałaby się masturbować
codziennie? To nie musi niczego odbierać jej seksualnemu związkowi z Karlem, wręcz przeciwnie -?może do niego coś dodać, bo Ginny nie będzie
się tak bała. W istocie próbowałem zrobić jednocześnie dwie rzeczy:
przepisać objaw i zmniejszyć lęk. Sądzę, że to jej pomoże, chociaż
jestem pewien, że znajdzie inny rodzaj objawów i zmartwień.
Następnie powiedziałem, że ten wrodzony nadmiar lęku i napięcia
seksualnego (który opisałem dość konkretnie, to jest jako niezdolność
organizmu do właściwego metabolizowania adrenaliny) naprawdę nie należy
do istoty jej osoby. Ona, Ginny, to znacznie więcej niż tylko te
czynniki zewnętrzne. Sądzę, że chodziło mi o zbadanie podstawowych
wartości. Zapytałem, co w życiu jest dla niej naprawdę ważne, co
naprawdę ceni, czego może bronić. Miałem pokusę, żeby spytać, za jaki
rodzaj spraw byłaby gotowa umrzeć, ale na szczęście się powstrzymałem.
No cóż, wymieniła parę "właściwych" rzeczy, przynajmniej z mojego punktu
widzenia. Powiedziała, że naprawdę chce wyjść "na światło", trafić w "główny nurt"; ogromnie sobie ceni przeżycia dzielone z Karlem, a zakończyła, mówiąc, że bardzo ważne jest pisanie. Naturalnie, skwapliwie
się tego uchwyciłem, na co Ginny natychmiast nazwała swoje pisanie
"niepoważnym" i dodała, że wie, iż ja powiem, że jest inaczej. Poszedłem
za tym i powiedziałem: "Nie jest niepoważne". Roześmiała się. Ciągnąłem
dalej, mówiąc, że nikt inny nie może pisać za nią tego, co pisze ona, że
to jest coś, co tylko ona może zrobić, i że to jest ważne, nawet jeśli
nikt nigdy tego nie przeczyta. Wydawało się, że to kupuje, i godzina
minęła. Byłem trochę autorytarny, ale sądzę, że udało mi się być z Ginny. Bardzo ją lubię. Strasznie chcę jej pomóc. Czasami trudno
uwierzyć, że taka biedna, tragiczna, śpiewna, malutka istotka naprawdę
istnieje i tak cierpi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki