W niniejszej pracy Marks zrobił pierwszą próbę
zastosowania metody materjalistycznej do wyjaśnienia współczesnej
historji. W "Manifeście Komunistycznym" teorja ta zastosowana była
w ogólnych zarysach do całokształtu najnowszych dziejów; Marks i ja
stale z niej korzystaliśmy przy wyjaśnianiu bieżących wypadków w
artykułach naszych w "Nowej Gazecie Reńskiej". Niniejsze zaś dzieło
poświęcone jest zbadaniu wieloletniego okresu, mającego krytyczne i
typowe znaczenie dla całej Europy, w jego wewnętrznym związku
przyczynowym; ze stanowiska zaś autora znaczyło to sprowadzać fakty
polityczne w ostatniej instancji do przyczyn ekonomicznych. Przy rozpatrywaniu wypadków bieżących niepodobna dotrzeć
do ich ostatniej, ekonomicznej przyczyny. Nawet i dziś, pomimo
bogatej literatury specjalnej, niepodobna nawet w Anglji śledzić z
dnia na dzień wszystkie zmiany w sposobach produkcji, cały bieg
przemysłu i handlu na rynku wszechświatowym, tak, by w każdej danej
chwili stawał przed nami całkowity obraz tych złożonych,
poplątanych i wiecznie zmiennych czynników. W dodatku główne
czynniki życia ekonomicznego działają zwykle długo w ukryciu, zanim
z nagłą siłą wyłonią się na powierzchnię. Niepodobna też odrazu
zdobyć jasny pogląd na historję ekonomiczną bieżącego okresu; udaje
się to dopiero później, po zebraniu i przejrzeniu odpowiedniego
materjału. Koniecznym środkiem pomocniczym jest przytym statystyka,
a ta zawsze się opóźnia. Przy przedstawieniu dziejów bieżących
często trzeba uważać ten najważniejszy czynnik za niezmienny,
uważać położenie ekonomiczne, jakie było w początkach danego
okresu, za niezmieniające się w ciągu całego okresu, lub brać w
rachubę te tylko zmiany ekonomiczne, które wynikają z oczywistych
faktów, a więc leżą na powierzchni. Wobec tego wszystkiego metoda
materjalistyczna często musi się ograniczać na sprowadzaniu
konfliktów politycznych do walk interesów istniejących już, danych
przez rozwój ekonomiczny, klas społecznych lub odłamów tych klas, a
poszczególne partje polityczne uważać za mniej więcej wierny
odpowiednik tych samych klas i odłamów. Rozumie się, że takie nieuniknione pomijanie współczesnych
zmian warunków ekonomicznych, tego właściwego podłoża wszystkich
badanych faktów, musi być źródłem błędów. Lecz przyczynowe
przedstawienie bieżących dziejów nieuchronnie pociąga za sobą takie
błędy, a jednak nie wstrzymuje to nikogo od pisania historji dnia
bieżącego. Gdy Marks podjął niniejszą pracę, wspomniane źródło błędów
było jeszcze o wiele bardziej nieuniknione. W okresie rewolucyjnym
r. 1848-49 było wprost niepodobna śledzić odbywające się
jednocześnie zmiany ekonomiczne, lub choćby wyrobić sobie na nie
pogląd. Tak samo było w ciągu pierwszych miesięcy wygnania
londyńskiego w jesieni i zimie 1849-50 r. A w tym czasie właśnie
Marks rozpoczął swą pracę. I pomimo tak niepomyślnych warunków
Marks, dzięki swej dokładnej znajomości stanu ekonomicznego Francji
przed rewolucją lutową i historji politycznej tego kraju od czasu
rewolucji, umiał dać taki obraz wypadków, który w niedościgły nawet
później sposób wyprowadził na jaw wewnętrzny ich związek i który w
następstwie świetnie wytrzymał dwukrotną rewizję, podjętą przez
samego Marksa. Pierwsza rewizja odbyła się dzięki temu, że od wiosny r.
1850 Marks znowu zyskał wolny czas do studjów ekonomicznych i
przedewszystkim zajął się zbadaniem historji ekonomicznej
ostatniego dziesięciolecia. Zbadane fakty wykazały zupełnie jasno
to samo, co Marks już pierwej nawpół aprjorystycznie wywnioskował z
niekompletnego materjału: że wszechświatowy kryzys handlowy r. 1847
był właściwą przyczyną rewolucji lutowej i marcowej, i że rozkwit
przemysłowy, który zaczął występować od połowy 1848 r. a w r. 1849
i 1850 doszedł do szczytu, stał się właśnie życiodajną potęgą
powrotnej fali reakcji europejskiej. Był to fakt rozstrzygający. W
pierwszych trzech artykułach (zamieszczonych w styczniowym, lutowym
i marcowym zeszytach "Nowej Gazety Reńskiej", przeglądu
polityczno-ekonomicznego, Hamburg 1850 r.) widać jeszcze wiarę w
bliskość nowego wybuchu energji rewolucyjnej. Nowy przegląd
wypadków historycznych, zamieszczony przezemnie i przez Marksa w
ostatnim jesiennym zeszycie 1850 r. (maj - październik), zrywa raz
na zawsze z temi złudzeniami: nowa rewolucja możliwa jest tylko
jako skutek nowego kryzysu. Ale zato jest równie nieunikniona, jak
ten kryzys. Była to jedyna istotna zmiana, którą należało uczynić.
W wyjaśnieniu zdarzeń, danym w poprzednich rozdziałach, w
przedstawionych tam związkach przyczynowych nic zupełnie nie trzeba
było zmieniać, jak tego dowodzi zamieszczony w tymże przeglądzie
dalszy opis wypadków od 10 marca aż do jesieni 1850 r. Dlatego
dalszy ten ciąg zamieściłem w niniejszym nowym wydaniu, jako 4-ty
artykuł. Druga rewizja była jeszcze ściślejsza. Wkrótce po zamachu
stanu Ludwika Bonapartego z dnia 2 grudnia 1851 r. Marks na nowo
opracował historję Francji od lutego 1848 r. aż do tego wypadku,
który na razie zamknął okres rewolucyjny ("18-ty brumaire'a Ludwika
Bonapartego"). Broszura ta ponownie, chociaż już krócej, traktuje o
okresie przedstawionym w niniejszej pracy. Dość porównać ten drugi
opis, ułożony już w świetle rozstrzygającego wypadku, zaszłego w
rok później, aby się przekonać, że autor niewiele miał zmian do
poczynienia. Szczególne znaczenie nadaje tej pracy ta okoliczność, że
po raz pierwszy wypowiada ona formułę, która zwięźle wyraża żądanie
przebudowy ekonomicznej, łączące partje robotnicze wszystkich
krajów: przejście środków produkcji na własność społeczeństwa. W
drugim rozdziale z powodu "prawa do pracy", które jest nazwane
tutaj pierwszą niezgrabną formułą, wypowiadającą rewolucyjne
żądania proletarjatu, Marks powiada: "ale poza prawem do pracy
kryje się władza nad kapitałem, poza władzą nad kapitałem -
uspołecznienie środków produkcji, przejście ich na własność
zrzeszonej klasy robotniczej, a więc zniesienie pracy najemnej i
kapitału oraz ich wzajemnego stosunku". Tu zatym po raz pierwszy
sformułowana jest zasada, która dobitnie wyróżnia nowoczesny
socjalizm robotniczy zarówno od wszelkich najrozmaitszych odcieni
socjalizmu feudalnego, burżuazyjnego, drobnomieszczańskiego i t.
d., jak od niejasnego żądania wspólności dóbr utopijnego i
samorodnie robotniczego komunizmu. Jeżeli później Marks rozszerzył
tę formułę na środki wymiany, to rozszerzenie to, które zresztą
samo przez się wynika z "Manifestu komunistycznego", jest tylko
uzupełnieniem głównej zasady. W Anglji znaleźli się niedawno mądrzy
ludzie, którzy dodali do tego jeszcze uspołecznienie "środków
podziału". Panowie ci byliby napewno w niemałym kłopocie, gdyby ich
zapytano, jakież to są ekonomiczne środki podziału, odrębne od
środków produkcji i wymiany. Mają to chyba być polityczne środki
podziału, podatki, wsparcia dla ubogich, aż do Sachsenwaldu -
darowanego Bismarkowi - i innych darowizn włącznie. Ale po pierwsze
te środki podziału już dziś znajdują się w posiadaniu
społeczeństwa, państwa lub gminy, a po drugie te właśnie środki
podziału chcemy znieść. Gdy wybuchła rewolucja lutowa, wszystkie nasze wyobrażenia
o warunkach i przebiegu ruchów rewolucyjnych znajdowały się pod
silnym wpływem dotychczasowego doświadczenia historycznego, a w
szczególności doświadczeń Francji. Te ostatnie wywierały właśnie
wpływ na całą historję europejską od roku 1789, a i teraz znowu
hasło do ogólnego przewrotu wyszło z Francji. Było więc rzeczą
zrozumiałą i nieuniknioną, że nasze wyobrażenia o naturze i
przebiegu proklamowanej w lutym 1848 r. w Paryżu rewolucji
"socjalnej", rewolucji proletarjatu, były silnie zabarwione
wspomnieniami jej poprzedniczek z roku 1789 - 1830. A kiedy potym
ruch paryski znalazł swój odgłos w zwycięskich powstaniach w
Wiedniu, Medjolanie, Berlinie, gdy cała Europa, aż do granic
rosyjskich wciągnięta została w ten ruch; gdy potym w czerwcu
odegrała się w Paryżu pierwsza wielka bitwa o panowanie pomiędzy
burżuazją a proletarjatem; gdy nawet zwycięstwo burżuazji tak
wstrząsnęło tą klasą w innych krajach, że znowu rzuciła się ona w
objęcia dopiero co obalonej reakcji monarchiczno-feudalnej, wówczas
nie wątpiliśmy, że rozpoczęła się wielka rozstrzygająca walka, że
zajmie ona długi i pełen zmian okres rewolucyjny, lecz że skończyć
się może tylko wraz z ostatecznym zwycięstwem proletarjatu. Po klęskach 1849 r. nie podzielaliśmy wcale złudzeń
wulgarnej demokracji, grupującej się dokoła przyszłych rządów
tymczasowych in pcirtibus. Demokracja ta liczyła na szybkie, raz na
zawsze rozstrzygające zwycięstwo "ludu" nad jego "gnębicielami"; my
zaś liczyliśmy na długą walkę już po usunięciu "gnębicieli"
pomiędzy wrogiemi żywiołami, kryjącemi się właśnie w tym "ludzie".
Wulgarna demokracja spodziewała się z dnia na dzień nowego wybuchu;
my oświadczyliśmy już w jesieni 1850 r., że przynajmniej pierwsza
część okresu rewolucyjnego jest zakończona i że niemożna niczego
się spodziewać przed wybuchem nowego wszechświatowego kryzysu
ekonomicznego. Za to też pozbawiono nas czci, jako zdrajców
rewolucji, - i zrobili to ci sami ludzie, którzy potym prawie bez
wyjątku pogodzili się z Bismarkiem, - o ile Bismark uznał ich za
godnych fatygi. Historja atoli i nam zadała kłam, wykazując, że nasze
ówczesne marzenia były złudzeniami. Poszła ona jeszcze dalej:
nietylko rozwiała nasze ówczesne oczekiwania, lecz i zmieniła
zupełnie warunki, w których ma walczyć proletarjat. Metody walki z
r. 1848 są już dzisiaj pod każdym względem przestarzałe. Jest to
punkt, nad którym warto przy tej sposobności dobrze się zastanowić. Wszystkie dotychczasowe rewolucje sprowadzały się do
wyparcia jednego panowania klasowego przez drugie. Lecz wszystkie
klasy panujące były to zawsze nieznaczne mniejszości w porównaniu z
masą ludową, nad którą panowały. Gdy jedna mniejszość panująca
upadała, druga mniejszość zagarniała władzę i przekształcała
instytucje państwowe odpowiednio do swych interesów. Za każdym
razem była to mniejszość uzdolniona i powołana do władzy przez dany
stan rozwoju ekonomicznego i właśnie dlatego, - i tylko dlatego -
ujarzmiona większość albo brała udział w przewrocie na jej korzyść,
albo przynajmniej spokojnie poddawała się przewrotowi. Ale
pomijając każdorazową konkretną treść, stwierdzić możemy jedną
ogólną formę tych rewolucji: były one rewolucjami mniejszości.
Nawet gdy uczestniczyła w nich większość, robiła to tylko -
świadomie lub nieświadomie - w interesie mniejszości; lecz ta
mniejszość otrzymywała wtedy, nawet już przy biernym zachowywaniu
się większości, pozór przedstawicielki całego ludu. Po pierwszym wielkim powodzeniu wśród zwycięskiej
mniejszości następował zwykle rozłam. Jedna część zadowolona była z
osiągniętych zdobyczy, druga chciała iść jeszcze dalej i stawiała
nowe żądania, które przynajmniej w części odpowiadały rzeczywistym
lub pozornym interesom masy ludowej. Te radykalniejsze żądania
dawały się niekiedy przeprowadzić, lecz często tylko na chwilę;
bardziej umiarkowana partja brała znowu górę, a ostatnie zdobycze
ginęły zupełnie lub częściowo. Zwyciężeni krzyczeli wtedy o
zdradzie, lub składali winę porażki na przypadek. W rzeczywistości
rzeczy przedstawiały się przeważnie w ten sposób: owoce pierwszego
zwycięstwa utrwalały się tylko dzięki drugiemu zwycięstwu partji
radykalniejszej; takie były potrzeby chwili i gdy tylko następowało
ich zaspokojenie, wnet radykali ze swemi powodzeniami znikali z
widowni. Wszystkie rewolucje nowożytne, poczynając od wielkiej
rewolucji angielskiej XVII wieku, zdradzają te same cechy, które
wydają się nieodłącznemi od wszelkiej walki rewolucyjnej. Zdawało
się, że można było je zastosować także do walk proletarjatu o swe
wyzwolenie, zwłaszcza że w r. 1848 można było na palcach wyliczyć
ludzi, którzy bodaj potrosze rozumieli, gdzie szukać tego
wyzwolenia. Same masy proletarjackie, nawet w Paryżu i to po
zwycięstwie, nie miały jasnego pojęcia o odpowiedniej drodze. A
jednak ruch był - instyktowny, żywiołowy, niedający się stłumić.
Czyż nie było to właśnie położenie, w którym miała się udać
rewolucja, kierowana wprawdzie przez mniejszość, ale tym razem nie
w interesie mniejszości, lecz w prawdziwym interesie większości?
Jeżeli we wszystkich dłuższych okresach rewolucyjnych szerokie masy
ludowe tak łatwo dawały się porywać ponętnym obietnicom przodującej
mniejszości, to czyżby miały być mniej przystępne dla idei, które
były prawdziwym odzwierciedleniem ich położenia ekonomicznego, były
jasnym, zrozumiałym wyrazem ich własnych potrzeb, jeszcze
nieuświadomionych, lecz już niewyraźnie odczutych. Wprawdzie ten
rewolucyjny nastrój mas zawsze prawie i to często bardzo szybko
ustępował miejsca wyczerpaniu lub wprost przeciwnemu nastrojowi,
gdy tylko znikały złudzenia i następowało rozczarowanie. Ale tu już
szło przecież nie o obietnice, lecz o urzeczywistnienie
najprawdziwszych interesów ogromnej większości, interesów, które
coprawda wówczas dla tej większości były niejasne, lecz miały jej
się wyjaśnić dość szybko w przebiegu ich praktycznego
urzeczywistnienia, przy namacalnym doświadczeniu. I oto, jak
wykazuje trzeci artykuł Marksa, na wiosnę 1850 r. rozwój zrodzonej
przez rewolucję "socjalną" 1848 r. burżuazyjnej republiki skupił
rzeczywistą władzę w rękach wielkiej burżuazji, w dodatku jeszcze
monarchicznie usposobionej; wszystkie zaś inne klasy społeczne,
zarówno chłopstwo, jak drobnomieszczaństwo, skupiły się wokoło
proletarjatu, tak że po wspólnym zwycięstwie nie one, lecz nauczony
doświadczeniem proletarjat stałby się czynnikiem rozstrzygającym.
Czyż wszystkie te fakty nie mówiły za tym, że rewolucja mniejszości
zamieni się na rewolucję większości? Historja zadała kłam nam
wszystkim, którzyśmy podobnie myśleli. Wykazała ona, że rozwój
ekonomiczny na lądzie europejskim daleki był jeszcze od
dojrzałości, niezbędnej do usunięcia produkcji kapitalistycznej.
Wykazała to za pomocą rewolucji ekonomicznej, która od r. 1848
ogarnęła cały ląd i dopiero rzeczywiście zaszczepiła wielki
przemysł we Francji, Austrji, Węgrzech, Polsce, a ostatnio w Rosji,
z Niemiec zaś uczyniła pierwszorzędny kraj przemysłowy. Wszystko to
odbywało się na gruncie kapitalizmu, który zatym w r. 1848 miał
jeszcze wielką zdolność do rozszerzenia się. Ta właśnie rewolucja
przemysłowa wytworzyła jasne stosunki klasowe przez to, że usunęła
mnóstwo pośrednich egzystencji, które były przeżytkami epoki
rękodzieł, a we Wschodniej Europie nawet ustroju cechowego.
Rewolucja ta stworzyła prawdziwą burżuazję i prawdziwy
wielko-przemysłowy proletarjat i wysunęła je na pierwszy plan
rozwoju społecznego. W r. 1848 dwie te klasy poza Anglją staczały
ze sobą walkę tylko w Paryżu i co najwyżej w kilku wielkich
ośrodkach przemysłowych. Teraz dopiero walka ta rozciągnęła się na
całą Europę i doszła do napięcia, które nie dawało się pomyśleć w
r. 1848. Wówczas było wiele niejasnych ewangelji sekciarskich ze
swemi lekami na wszystkie plagi społeczne; dziś jest tylko jedna
ogólnie uznana, przejrzyście jasna, ściśle formułująca ostateczne
cele walki, teorja Marksa. Wówczas były masy ludowe, podzielone i
zróżniczkowane według miejscowości i narodowości, złączone tylko
poczuciem wspólnej niedoli, nierozwinięte, bezradnie przerzucające
się od zapału do zwątpienia i odwrotnie; dziś mamy jedną wielką
międzynarodową armję socjalistów, niewstrzymanie idącą naprzód,
codzień rosnącą w liczbę, organizację, karność, świadomość i
pewność zwycięstwa. Jeżeli nawet ta potężna partja proletarjatu nie
osiągnęła dotąd jeszcze swego celu, jeżeli nie może marzyć o
wywalczeniu zwycięstwa jednym silnym ciosem i musi w ciężkiej,
uporczywej walce posuwać się krok za krokiem, to dowodzi to tylko
raz na zawsze, jak niemożliwą rzeczą było w r. 1848 dokonanie
przewrotu społecznego przez proste zdobycie władzy. Burżuazja, podzielona na dwie frakcje
dynastyczno-monarchiczne, lecz przedewszystkim żądająca spokoju i
bezpieczeństwa dla swych afer pieniężnych; stojący naprzeciw niej,
zwyciężony wprawdzie, ale zawsze groźny proletarjat, dokoła którego
coraz bardziej się skupiało drobnomieszczaństwo i chłopstwo; stała
groźba gwałtownego przewrotu, który przytym nie dawał żadnych
widoków ostatecznego rozwiązania: taka była sytuacja, jakby
stworzona dla zazamachu stanu trzeciego, pseudo-demokratycznego
pretendenta Ludwika Bonapartego. Przy pomocy armji Ludwik Bonaparte
położył 2 grudnia 1851 r. kres naprężonej sytuacji i zapewnił
Europie pokój wewnętrzny, aby ją potym uszczęśliwić nową erą wojen.
Okres rewolucji z dołu na razie został zamknięty; natomiast
nastąpił okres rewolucji z góry. Imperjalistyczna reakcja r. 1851 jeszcze raz udowodniła
niedojrzałość ówczesnych dążeń proletarjackich. Ale sama ona
stworzyła jednocześnie warunki, w których dążenia te miały
dojrzewać. Wewnętrzny pokój zapewnił całkowity rozwój nowych
postępów przemysłu, potrzeba zatrudniania armji i skierowania
prądów rewolucyjnych na zewnątrz zrodziła wojny, w których
Bonaparte pod pozorem obrony "zasady narodowościowej" starał się
zyskać dla Francji nowe zabory. Jego naśladowca Bismark przyjął tę
samą zasadę dla Prus; i on dokonał swego zamachu stanu, swej
rewolucji w r. 1866 nietylko przeciw związkowi niemieckiemu i
Austrji, lecz również przeciwko izbie pruskiej, która weszła w
zatarg z rządem. Lecz Europa była zamała dla dwuch Bonapartów i
ironja historyczna chciała, aby Bismark obalił Bonapartego i aby
król Wilhelm pruski przywrócił nietylko obcięte cesarstwo
niemieckie, lecz i republikę francuską. Ogólny wynik był ten, że w
Europie stało się faktem usamodzielnienie i zjednoczenie wielkich
narodów, z wyjątkiem Polaków. Wprawdzie dokonało się to w
nieznacznym stosunkowo zakresie, - lecz o tyle bądź co bądź, aby
proces rozwojowy klasy robotniczej nie znajdował już poważnego
hamulca w zawikłaniach narodowych. Grabarze rewolucji 1848 r. stali
się wykonawcami jej testamentu. A obok nich wyrastał już groźny
spadkobierca 1848 r., proletarjat, zorganizowany w Międzynarodówkę. Po wojnie 1870 - 71 r. Bonaparte znika ze sceny i dopełnia
się misja Bismarka, który znowu może spaść do poziomu zwyczajnego
junkra. Lecz koniec tego okresu stanowi Komuna paryska. Zdradziecka
próba Thiersa wykradzenia dział paryskiej gwardji narodowej
wywołała zwycięskie powstanie. Jeszcze raz pokazało się, że w
Paryżu możliwa jest już tylko rewolucja proletarjacka. Władza po
zwycięstwie sama, bez żadnych sporów, przeszła do rąk klasy
robotniczej. I znowu pokazało się, jak niemożliwe było panowanie
robotnicze, nawet wtedy, w 20 lat po epoce, przedstawionej w
niniejszym dziele. Z jednej strony Francja opuściła Paryż w
potrzebie i obojętnie przyglądała się, gdy broczył krwią pod kulami
Mac Mahona, z drugiej strony Komunę strawiła bezowocna walka dwuch
rozdzierających ją partji, blankistów (większości) i prudonistów
(mniejszości), z których żadna nie wiedziała co czynić. Łatwe
zwycięstwo w r. 1871 okazało się równie bezowocne, jak zagarnięcie
władzy w r. 1848. Po Komunie paryskiej walczący proletarjat wydawał się swym
wrogom ostatecznie pogrzebanym. Tymczasem było wprost przeciwnie.
Od czasów Komuny i wojny niemiecko-francuskiej datuje się jego
potężny wzrost. Zaprowadzenie powszechnej służby wojskowej, która
ogarnęła całą ludność, zdolną do noszenia broni i doprowadziła
armję do miljonowych rozmiarów, nowa broń palna, pociski i
materjały wybuchowe, wszystko to wywołało zupełny przewrót w
wojskowości. Przewrót ten odrazu położył kres epoce wojen
bonapartystowskich i zapewnił pokojowy rozwój przemysłu, bo odtąd
możliwa się stała tylko wojna wszechświatowa o niesłychanych
okropnościach i absolutnie nieobliczalnym wyniku. Z drugiej strony
gieometryczny postęp rosnących wydatków militarnych doprowadził
podatki do niebywałej wysokości i pchnął uboższe masy ludowe do
obozu socjalistycznego. Zabór Alzacji i Lotaryngji, ta najbliższa
przyczyna wściekłej konkurencji na polu zbrojeń, mógł rozpalić
namiętności szowinistyczne francuskiej i niemieckiej burżuazji; dla
robotników obu krajów przybyła tylko nowa spójnia. Rocznica Komuny
paryskiej stała się pierwszym ogólnym świętem całego proletarjatu. Wojna 1870 - 71 r. i porażka Komuny przeniosły, jak
przepowiedział Marks, punkt ciężkości ruchu robotniczego z Francji
do Niemiec. We Francji trzeba było oczywiście całych lat, aby
proletarjat przyszedł do siebie po upuście krwi w maju 1871 r. W
Niemczech natomiast, w których nadto pod wpływem deszczu miljardów
francuskich już i tak usilnie popierany przemysł coraz szybciej się
rozwijał, jeszcze szybciej i stałej rozwijała się socjaldemokracja.
Dzięki umiejętności, z którą niemieccy robotnicy skorzystali z
zaprowadzonego w r. 1866 powszechnego prawa głosowania,
zdumiewający wzrost partji ujawnia się dobitnie i niezaprzeczenie w
cyfrach. W roku 1871 - 102.000, w 1874 - 352.000, w 1877 - 493.000
głosów socjaldemokratycznych. Potym nastąpiło najwyższe oficjalne
uznanie tych postępów w postaci prawa przeciw socjalistom. Partja
na razie została złamana, liczba głosów spadła w r. 1881 do
312.000. Ale przeszkody zostały wkrótce przezwyciężone i oto pod
uciskiem prawa wyjątkowego, bez prasy, bez organizacji, bez prawa
związków i zgromadzeń rozpoczął się dopiero okres prawdziwego
wzrostu. W r. 1884 było 550.000 głosów, w 1887 - 763.000, w 1890 -
1.427.000. Ręka państwa opadła. Prawo przeciw socjalistom znikło.
Liczba głosów socjalistycznych podniosła się do 1.787.000 i
przewyższyła czwartą część wszystkich podanych głosów. Rząd i klasy
panujące wyczerpały wszystkie swe środki - bezużytecznie,
bezcelowo, bezowocnie. Władze, od stróża nocnego aż do kanclerza
państwa, otrzymały namacalne dowody swej bezsilności - i od kogo?
Od lekceważonych robotników! I dowody te liczyły się na miljony.
Państwo wyczerpało już wszystkie swe środki, robotnicy dopiero
zaczynali używać swoich. Jedną wielką przysługą, którą robotnicy niemieccy
przynieśli swej sprawie, było już samo istnienie najpotężniejszej,
najkarniejszej, najszybciej wzrastającej partji socjalistycznej.
Drugą taką przysługę oddali towarzyszom wszystkich krajów, dając im
nową broń i to jedną z najsilniejszych, pokazując im mianowicie,
jak się korzysta z powszechnego prawa głosowania. Powszechne prawo wyborcze dawno już istniało we Francji,
lecz zostało skompromitowane przez nadużycia, które uprawiał rząd
bonapartystowski. Po Komunie nie było partji robotniczej, któraby z
tego prawa korzystała. Powszechne prawo wyborcze istniało i w
Hiszpanji od czasu republiki, lecz w Hiszpanji już oddawna
wszystkie poważne partje opozycyjne z zasady wstrzymywały się od
udziału w wyborach. W Szwajcarji doświadczenia z powszechnym prawem
wyborczym były najmniej pocieszające dla partji robotniczej.
Rewolucyjni robotnicy krajów romańskich przywykli widzieć w
powszechnym prawie wyborczym pułapkę, rządowe narzędzie tumanienia
ludu. Inaczej było w Niemczech. Już "Manifest komunistyczny"
ogłosił za jedno z pierwszych i najważniejszych zadań walczącego
proletarjatu zdobycie powszechnego głosowania i demokracji.
Ponownie postulat ten przyjął Lassalle. Gdy Bismark zmuszony był
wprowadzić powszechne prawo głosowania, jako jedyny środek
zainteresowania ludu dla swych planów, nasi robotnicy wzięli je
bardzo poważnie i wysłali Augusta Bebla do pierwszego parlamentu
ustawodawczego - i odtąd już zawsze korzystali z prawa wyborczego w
sposób, który przyniósł im tysiącokrotny pożytek i który może być
wzorem dla robotników wszystkich krajów. Nasi robotnicy w myśl
programu marksistów francuskich zamienili prawo wyborcze "de moyen
de duperie qu'il a été jusqu'ici, en instrument d'émancipation" -
ze środka tumanienia, jakim było przedtym, na narzędzie wyzwolenia.
Powszechne prawo wyborcze pozwala nam co trzy lata obliczać swe
siły; stale konstatując niespodziewanie szybkie postępy liczby
głosów, podnosi w równej mierze pewność zwycięstwa u robotników,
jak trwogę ich wrogów i staje się w ten sposób najlepszym naszym
środkiem propagandy; informuje nas o naszej własnej sile i o sile
wszystkich przeciwnych partji i daje nam przez to niezrównany
sprawdzian, kierujący naszą akcją i strzegący nas zarówno od
niewczesnej lękliwości, jak i od niewczesnego zuchwalstwa. Gdyby to
wszystko było jedyną korzyścią, przynoszoną nam przez prawo
głosowania, to i wtedy byłoby to więcej niż dosyć. Ale zrobiło ono
jeszcze więcej. W agitacji wyborczej daje nam niezrównany środek
stykania się z masami ludowemi tam, gdzie stoją one jeszcze zdala
od nas, i zmuszania wszystkich partji do obrony wobec całego ludu
swych poglądów i uczynków przed naszemi zarzutami. W dodatku daje
ono naszym przedstawicielom w parlamencie trybunę, z której mogą
przemawiać do swych przeciwników w izbie i do ludu poza nią z
większą powagą i swobodą, niż w prasie i na zgromadzeniach. Cóż
pomogło rządowi i burżuazji prawo przeciw socjalistom, jeżeli
agitacja wyborcza i mowy socjalistyczne w parlamencie stale to
prawo przełamywały? To płodne użytkowanie z powszechnego prawa wyborczego
stanowi zupełnie nowy środek bojowy proletarjatu i środek ten wciąż
dalej się doskonali. Okazało się, że instytucje państwowe, w
których zorganizowane jest panowanie burżuazji, dają proletarjatowi
dalsze jeszcze środki, za pomocą których klasa robotnicza może te
instytucje zwalczać. Wzięliśmy udział w wyborach do sejmów
krajowych, rad miejskich, sądów przemysłowych, walczono z burżuazją
o każdy posterunek, przy którego obsadzeniu miała głos dostateczna
część proletarjatu. W ten sposób doszło do tego, że burżuazja i
rząd więcej się boją legalnej, niż nielegalnej akcji robotniczej,
więcej wyniku wyborów, niż wyniku powstania. I tu bowiem warunki walki z gruntu się zmieniły. Powstanie
dawnego typu, walka uliczna z barykadami, która aż do r. 1848 była
wszędzie środkiem ostatecznie rozstrzygającym, dziś już jest
przestarzała. Nie dajmy się porywać złudzeniom: rzeczywiste zwycięstwo
powstania nad wojskiem w walce ulicznej, w walce jak pomiędzy
dwiema armjami, należy do największych rzadkości. Lecz i sami
powstańcy również rzadko liczyli na takie zwycięstwo. Zwykle szło
im tylko o to, aby złamać szeregi wojskowe, przez oddziaływanie
moralne, które wcale albo prawie wcale nie wchodzi w grę przy walce
pomiędzy armjami dwuch wojujących państw. Jeżeli się to uda, wojsko
odmawia posłuszeństwa lub dowódcy tracą głowę i powstanie zwycięża.
O ile się zaś nie uda, to nawet przy liczebnej przewadze powstańców
zwycięża lepsze uzbrojenie i wyćwiczenie, jednolite kierownictwo,
planowe używanie sił bojowych i karność. W dziedzinie akcji
prawdziwie taktycznej największą rzeczą, jakiej mogą dokonać
powstańcy, jest umiejętne budowanie i obrona poszczególnej
barykady. Wzajemne poparcie, tworzenie i używanie oddziałów
rezerwowych, jednym słowem wspólne i zjednoczone działanie
poszczególnych części, niezbędne do obrony całej dzielnicy
miejskiej, a tym bardziej całego wielkiego miasta, - nigdy prawie
nie da się osiągnąć; o koncentracji sił bojowych na pewnym
rozstrzygającym punkcie nie może więc już być mowy. Dlatego
przeważającą formą walki jest bierny opór; tu i owdzie, lecz tylko
w wyjątkowych wypadkach można przejść do akcji zaczepnej, do
pojedynczych natarć i ataków flankowych, lecz zazwyczaj akcja ta
ogranicza się do obsadzania placówek, porzucanych przez cofające
się wojsko. Przytym jednak wojska mają po swojej stronie działa,
oraz dobrze zaopatrzonych i wyćwiczonych saperów, czego powstańcy
prawie nigdy nie mają. Nic więc dziwnego, że nawet najbardziej
bohaterskie walki barykadowe - w czerwcu 1848 r. w Paryżu, w
październiku 1848 r. w Wiedniu, w maju 1849 r. w Dreźnie - kończyły
się porażką powstańców, o ile atakujący dowódcy, niekrępowani przez
względy polityczne, działali według zasad czysto wojskowych i mogli
polegać na swych żołnierzach. Liczne zwycięstwa powstańców do r. 1848 tłumaczyć można
rozmaitemi przyczynami. W lipcu 1830 i lutym 1848 r. w Paryżu, jak
również w większości hiszpańskich walk ulicznych, pomiędzy
powstańcami a wojskiem stała milicja obywatelska, która albo wprost
przechodziła na stronę powstania, albo przez swe chwiejne,
niezdecydowane zachowanie się wprowadzała również wahanie do
szeregów wojsk, a nadto dawała powstaniu broń. Tam, gdzie ta
milicja obywatelska z góry była usposobiona wrogo dla powstania,
jak w czerwcu 1848 r. w Paryżu, powstanie się też nie udawało. W
Berlinie 1848 r. lud zwyciężył poczęści dzięki znacznemu napływowi
nowych sił w czasie nocy i rankiem 19 marca, poczęści wskutek
wyczerpania i wygłodzenia wojsk, poczęści wreszcie wskutek lichej i
niezdecydowanej komendy. We wszystkich jednak wypadkach zwycięstwo
zawdzięczano temu, że wojsko nie chciało walczyć, że dowódcy nie
działali dość stanowczo lub mieli związane ręce. Nawet więc w klasycznej epoce walk ulicznych barykada
działała raczej moralnie, niż materjalnie. Była ona środkiem
zachwiania wierności wojsk. Jeżeli utrzymała się aż do tej chwili,
następowało zwycięstwo; jeżeli się nie utrzymywała, powstanie
upadało. Już zresztą w r. 1849 widoki powstania bardzo się
pogorszyły. Burżuazja wszędzie przerzuciła się na stronę rządów;
przedstawiciele "własności i wykształcenia" witali i częstowali
żołnierzy, ciągnących przeciwko powstańcom. Barykada straciła swój
urok; żołnierz nie widział już po za nią "ludu", lecz buntowników,
wichrzycieli, zbójców, grabieżców, wyrzutków społeczeństwa.
Oficerowie przyuczyli się z czasem do taktycznych form walki
ulicznej i nie maszerowali już wprost i bez osłony przeciw
zaimprowizowanemu okopowi, lecz obchodzili go przez ogrody,
podwórza i domy. A przy pewnej biegłości udawało się to w
dziewięciu razach na dziesięć. Lecz od tego czasu znowu bardzo wiele się zmieniło i
wszystko na korzyść wojska. Jeżeli wielkie miasta zwiększyły się,
to jeszcze bardziej rozrosły się armje. Od r. 1848 Paryż i Berlin
nie zwiększyły się czterokrotnie, lecz ich garnizony wzrosły więcej
niż czterokrotnie. Za pomocą kolei żelaznych można w ciągu 24
godzin więcej niż podwoić te garnizony, a w 48 godzin zrobić z nich
olbrzymie armje. Uzbrojenie tej ogromnie wzmocnionej armji stało
się niezrównanie bardziej zabójczym. W r. 1848 strzelano z gładkich
karabinów perkuzyjnych, nabijanych od przodu, dzisiaj z
małokalibrowych odtylcówek magazynowych, które biją cztery razy
dalej, dziesięć razy celniej i dziesięć razy szybciej. Wówczas
używano mało skutecznych stosunkowo kul armatnich i kartaczy,
dzisiaj używa się granatów wybuchowych, z których jeden wystarcza
do zburzenia najlepszej barykady. Dawniej były oskardy saperów,
dziś mamy ładunki dynamitowe do burzenia murów. Po stronie powstańców natomiast wszystkie warunki się
pogorszyły. Przedewszystkim trudno teraz myśleć o powstaniu, z
którymby sympatyzowały wszystkie warstwy ludności; w walce klasowej
nigdy chyba wszystkie warstwy pośrednie nie skupią się tak
wyłącznie wokoło proletarjatu, aby grupująca się wokoło burżuazji
partja reakcyjna stała się wobec tego prawie niczym. "Lud" będzie
więc zawsze podzielony; dzięki temu znika potężny bodziec, tak
silnie działający w r. 1848. Wprawdzie po stronie powstańców będzie
więcej wysłużonych żołnierzy, ale tym trudniej będzie ich uzbroić.
Strzelby myśliwskie i amatorskie ze składów broni, nawet w razie,
jeżeli policja nie uczyni ich nieszkodliwemi przez odjęcie zamka, -
nie mogą nawet w przybliżeniu dorównać magazynowym karabinom
żołnierzy. Przed r. 1848 można było samemu sobie zrobić potrzebną
amunicję z prochu i z ołowiu - dzisiaj do każdej broni potrzeba
innych nabojów, które w tym tylko do siebie są podobne, że
wszystkie są kunsztownemi produktami wielkiego przemysłu i nie
dadzą się zrobić na poczekaniu; tak więc większość broni nie da się
użyć, o ile nie ma się do niej stosownych nabojów. Wreszcie po r.
1848 mamy w nowych dzielnicach wielkich miast długie, proste i
szerokie ulice, jakby stworzone dla ognia nowych armat i karabinów.
Rewolucjonista musiałby być chyba niespełna rozumu, aby wybrać do
walki barykadowej nowe dzielnice robotnicze w północnej i
wschodniej części Berlina. Czy czytelnik rozumie teraz, dlaczego klasy panujące chcą
koniecznie wyciągnąć nas na kule karabinowe i ciosy szabel?
Dlaczego zarzucają nam tchórzostwo, gdy nie chcemy poprostu
wychodzić na ulicę, na której nas czeka pewna klęska? Dlaczego tak
usilnie proszą nas, abyśmy wreszcie odegrali rolę mięsa armatniego? Daremnie panowie ci trwonią swe prośby i wyzwania. Tak
głupi nie jesteśmy. Z równym powodzeniem mogliby żądać od swych
nieprzyjaciół w najbliższej wojnie, aby do bitwy szykowali się w
linję starego Fritza, lub ustawiali całe dywizje w kolumny na wzór
Wagram lub Waterloo ze skałkówkami w rękach. Zmieniły się dziś
warunki wojny narodów i walki klas. Minęły już czasy zagarnięć
władzy, czasy, w których drobne świadome mniejszości dokonywały
rewolucji na czele nieświadomych mas. Tam, gdzie idzie o całkowite
przeobrażenie ustroju społecznego, masy muszą brać świadomy udział,
muszą same rozumieć, o co walczą i czego żądają. Nauczyła nas tego
historja ostatnich 50 lat. Lecz aby masy zrozumiały co mają czynić,
trzeba długiej niezmordowanej pracy i właśnie tę pracę prowadzimy -
i to z powodzeniem, które do rozpaczy doprowadza naszych
przeciwników. Już i w krajach romańskich robotnicy zaczynają coraz
lepiej rozumieć, że starą taktykę trzeba zmienić. Wszędzie uczą się
na naszym przykładzie, jak należy korzystać z prawa wyborczego i
zdobywać wszystkie dostępne dla nas placówki. We Francji, w której
więcej niż od stu lat jedna rewolucja następuje po drugiej, w
której niema jednej partji, coby nie dorzuciła swojej cegiełki do
spisków, powstań i innych czynów rewolucyjnych; we Francji, w
której dlatego rząd nigdy nie może być pewny wojska, i gdzie wogóle
okoliczności o wiele bardziej sprzyjają wybuchom powstańczym, niż w
Niemczech - nawet we Francji socjaliści coraz bardziej rozumieją,
że nigdy nie osiągną trwałego zwycięstwa, o ile nie pozyskają
przedtym wielkich mas ludności, t. j. w danym razie chłopów. I tu
już za najbliższe zadanie partji uznano powolną pracę
propagandystyczną i działalność parlamentarną. Następstwa nie
omieszkały się ujawnić. Niedość, że zdobyto cały szereg rad
gminnych; w izbie zasiada 50 socjalistów, którzy już obalili trzy
ministerja i jednego prezydenta republiki. W Belgji robotnicy w
zeszłym roku zdobyli sobie prawo wyborcze i zwyciężyli w czwartej
części okręgów. W Szwecji, Włoszech, Danji a nawet Bułgarji i
Rumunji socjaliści są reprezentowani w parlamentach. W Austrji
wszystkie partje zgadzają się na to, że nie można nam już dalej
zagradzać drogi do rady państwa. Niema już wątpliwości, że do niej
wejdziemy, idzie tylko o to, przez jakie drzwi. Nawet w Rosji,
jeżeli zostanie zwołany sobór ziemski, owo zgromadzenie narodowe,
któremu rząd daremnie się opiera - możemy być pewni, że i tam
będziemy reprezentowani. Rozumie się, że nasi zagraniczni towarzysze nie zrzekają
się swego prawa do rewolucji. Prawo do rewolucji jest przecież
wogóle jedynym prawdziwym "prawem historycznym", jedynym, na którym
się opierają wszystkie nowoczesne państwa, włączając i Meklenburg,
którego rewolucja szlachecka skończyła się w r. 1755 "umową
dziedziczną", tym dzisiaj jeszcze prawomocnym stwierdzeniem
panowania feudałów. Prawo do rewolucji tak silnie się zakorzeniło w
świadomości ogółu, że nawet jenerał von Boguslawski z tego prawa
ludowego wysnuwa dla swego cesarza prawo do zamachu stanu. Lecz bez względu na to, co się dzieje w innych krajach,
niemiecka socjaldemokracja zajmuje szczególne stanowisko i przez to
ma - przynajmniej na najbliższe czasy - szczególne zadania. 2
miljony wyborców, wysyłanych przez nią do urn, łącznie z kobietami
i młodemi mężczyznami, pozbawionemi praw wyborczych a stojącemi
poza nią, stanowią najliczniejszą, najbardziej zwartą masę, główne
jądro międzynarodowej armji proletarjackiej. Masa ta już dziś daje
socjaldemokracji więcej niż czwartą część ogólnej liczby głosów; a
poszczególne wybory do parlamentu, do sejmów krajowych, do rad
gminnych i sądów przemysłowych dowodzą, że liczba głosów
socjaldemokratycznych wciąż się zwiększa. Wzrost jej odbywa się tak
żywiołowo stale i niepowstrzymanie i jednocześnie tak spokojnie,
jak proces naturalny. Wszystkie wysiłki rządu okazały się wobec
tego bezsilne. Już dziś możemy liczyć na dwa i jedną czwartą
miljonów wyborców. Jeżeli tak dalej pójdzie, to do końca stulecia
zdobędziemy większą część średnich warstw społeczeństwa,
drobnomieszczan i drobnych włościan i staniemy się najbardziej
rozstrzygającą siłą w kraju, przed którą wszystkie inne, chcąc czy
nie chcąc, będą się musiały ugiąć. Głównym naszym zadaniem jest
teraz popychać wciąż naprzód ten ciągły rozwój, dopóki nie
przerośnie on przez głowę rządu. Jest tylko jeden środek, który
mógłby wstrzymać stałe wzmaganie się walczących sił
socjalistycznych w Niemczech, a nawet cofnąć je na pewien czas.
Środkiem takim jest wielkie starcie z wojskiem, upust krwi, jakiemu
podobny był w Paryżu w r. 1871. Na dłuższą metę przezwyciężylibyśmy
i to. Do zniszczenia partji, liczącej się na miljony, nie wystarczą
wszystkie magazynówki Europy i Ameryki. Ale zahamowałoby to
normalny rozwój, opóźniłoby rozstrzygnięcie walki i połączyło je z
ciężkiemi ofiarami. Ironja historji przewraca wszystko do góry nogami. My,
"rewolucjoniści", "przewrotowcy" wygrywamy więcej na środkach
legalnych, niż na nielegalnych i przewrotowych. "Partje porządku",
jak same siebie nazywają, giną dzięki porządkowi legalnemu, który
same stworzyły. Wołają więc w rozpaczy za Odilonem Barrot: la
legalité nous tue, "legalność nas zabija", - my zaś w ramach tej
legalności dostajemy krzepkich mięśni i rumianych policzków i
wyglądamy jak wieczne życie. I jeżeli my nie jesteśmy tak szaleni,
aby dla ich przyjemności dać się popchnąć do walki ulicznej, to im
pozostaje w końcu tylko samym łamać tę fatalną legalność. Tymczasem wydają nowe prawa przeciw przewrotowi. Znowu
widzimy wszystko przewrócone do góry nogami. Ci dzisiejsi
fanatyczni przeciwnicy przewrotu, nie sąż oni wczorajszemi
przewrotowcami? Czy my może wywołaliśmy wojnę domową 1866 r.? Czy
my wypędziliśmy króla Hanoweru, elektora heskiego, księcia
nassauskiego z ich prawowitych posiadłości rodowych i zagarnęliśmy
te posiadłości? I to oni, którzy obalili związek niemiecki i trzy
korony z Bożej łaski, użalają się dziś na przewrót? Quis tulerit
Gracchos de seditione querentes? Kto pozwoli wielbicielom Bismarka
wymyślać na przewrót? Niechże tymczasem nasi wrogowie przeprowadzają projekty
przeciw przewrotowi, niech je obostrzają jeszcze, niech cały kodeks
karny zamienią na kauczuk, - zyskają przez to tylko nowy dowód swej
bezmyślności. Aby poważnie zaszkodzić socjaldemokracji, będą się
jeszcze musieli chwycić całkiem innych środków. Przeciw przewrotowi
socjaldemokratycznemu, który tak dobrze wychodzi właśnie na swej
legalności, mogą oni postawić tylko przewrót reakcyjny, dla którego
łamanie praw jest wprost warunkiem życia. Pan Roessler, pruski
biurokrata i pan von Boguslawski, pruski jenerał wskazali im jedyną
drogę, na której może jeszcze uda się poradzić sobie z robotnikami,
niedającemi się wciągnąć do walki ulicznej. Złamanie konstytucji,
dyktatura, powrót do absolutyzmu, regis voluntas suprema lex! A
więc tylko odwagi, panowie, tu niedość się zamierzyć, trzeba i
uderzyć! Lecz nie zapominajcie, że państwo niemieckie, podobnie jak
drobne państewka i wogóle wszystkie nowoczesne państwa, jest
produktem umowy, przedewszystkim pomiędzy panującemi, a potym
pomiędzy każdym panującym a jego narodem. Jeżeli jedna strona łamie
umowę, to umowa upada i druga strona jest wolna od wszelkich
zobowiązań. Dziś jest prawie w sam raz 1600 lat od czasu, jak w
państwie rzymskim działała również niebezpieczna partja
przewrotowa. Podkopywała ona religję i wszelkie podstawy państwa;
zaprzeczała temu, że wola cesarska jest najwyższym prawem, nie
uznawała ojczyzny ani narodowości, rozszerzała się na wszystkie
kraje państwa od Galji do Azji i dalej poza granice państwa. Długo
działała w podziemiach i wichrzyła w ukryciu; lecz już od dłuższego
czasu uczuła się dość silną, aby wystąpić otwarcie. Owa partja
przewrotowa, znana pod nazwą chrześcijan, była równie silnie
reprezentowana w wojsku; całe legjony były chrześcijańskie. Gdy
wysyłano ich na asystę przy uroczystych obchodach pogańskich,
żołnierze-przewrotowcy posuwali swe zuchwalstwo do tego stopnia, że
na znak protestu zatykali na swych szyszakach szczególne oznaki -
krzyże. Daremnie dowódcy stosowali zwykłe kary koszarowe. Cesarz
Dyoklecjan nie mógł dłużej znosić, aby w wojsku jego podkopywano
porządek, posłuszeństwo i karność. Postanowił działać energicznie,
dopóki czas i wydał prawo przeciw socjalistom... chciałem
powiedzieć przeciw chrześcijanom. Zabroniono zgromadzeń
przewrotowców, zamknięto lub zgoła zniszczono lokale ich zebrań,
zakazano noszenia oznak chrześcijańskich, krzyżów i t. d., jak dziś
w Saksonji czerwonych chustek. Chrześcijan nie dopuszczano do
żadnych urzędów państwowych, - nie mogli już być nawet kapralami.
Ponieważ wtedy nie było jeszcze tak dobrze wytresowanych sędziów,
jakich przypuszcza projekt p. Koellera przeciw przewrotowi,
zakazano więc poprostu chrześcijanom dochodzenia swych praw w
drodze sądowej. I to prawo wyjątkowe pozostało beskuteczne.
Chrześcijanie przez kpiny zdzierali je ze ścian i podobno nawet
spalili cesarzowi pałac w Nikomedji. Ten zemścił się wielkim
prześladowaniem chrześcijan w r. 303 naszej ery. Było to
prześladowanie ostatnie w swoim rodzaju i było tak skuteczne, że w
70 lat potym wojsko składało się przeważnie z chrześcijan, a
najbliższy samowładca cesarstwa rzymskiego, Konstantyn, nazwany
przez klechów Wielkim, ogłosił chrześcijaństwo za religję
państwową.
Londyn, 6 Marca 1895.
F. Engels.