WSTĘP DO WYBORU OPOWIEŚCI O TYM,JAK BYŁO NAPRAWDĘ
Mawiano, że w słusznie minionej epoce "Polityka" była prorządowa na pierwszych stronach, a opozycyjna na ostatnich. Coś podobnego charakteryzuje felietony Daniela Passenta, zresztą w sensie daleko szerszym niż tylko polityczny, bo ich częsty gest polega na zaczęciu od eleganckiego kompromisu, by zaraz go przekłuć jakąś "złośliwością pod sympatycznym uśmiechem". Na przykład wobec uczonej książki, tak jednak streszczonej, że spod naukowości wystają z niej, niby wiechcie z butów, oczywiste głupstwa. Albo wobec inicjatywy wspaniałej, tyle że jakoś tandetnej. Albo wobec demonstracji niezłomnych przekonań, polegającej na przejściu z reżimowej redakcji do pisma "Niewidomy Spółdzielca". Passent napisze: "niewidomi przecierają oczy ze zdumienia".
Przy czym ten pasaż - od wycieniowanej akceptacji do uśmiechniętej złośliwości - często dokonywany w jednym zdaniu, to wizytówka stylu felietonisty. Coś, co sprawia, że czytając, uśmiechamy się, z rozbudzoną wiarą w lepsze jutro. "Społeczność trabanciaży cementuje zbiorowa miłość do automobilu". "O czymże pisać na warszawskim bruku, żeby na nim nie wylądować?". "Jak każdy antysemita na swej drodze spotkał nawet przyzwoitych Żydów". I nie o to chodzi, że to perełki żoliborskiej inteligencji, ale o jakąś wyrażoną w tych zdaniach wnikliwość myśli, w ogóle niemożliwej bez podejścia półserio, bez miękkiego dotknięcia, bez żartu - który jest i stylem, i narzędziem. I jak z Prusa, i jak z Mrożka.
Na pytanie o miejsce Passenta wśród felietonistów XX i XXI wieku trudno odpowiedzieć, bo jego nie charakteryzuje położenie, powiedzmy, między Toeplitzem a Radgowskim czy między Słonimskim a Kisielewskim, ale właśnie ta technika przedstawiania kwestii w teatrze "oficjalnej" zgody i prywatnych wątpliwości. Może w takim pisaniu wyraża się doświadczenie inteligencji czasów PRL (co nie znaczy: "peerelowskiej"), w którym żadna ze spraw nie wyglądała tak, jak ją odgórnie przedstawiano, ale też bez wstępnego kompromisu ("a jaką mamy alternatywę?") żadna nie dawała się zrozumieć. A może niechęć do moralistycznego trafiania w sedno, gdy ono "takie duże", jak w piosence Młynarskiego. Albo do rewolucyjnego ferworu, w małe ćwierć wieku po końcu rewolucji. Albo do uczoności, gdy każda wydaje się nieusuwalnie zakwaterowana między pseudo- a post-. I wtedy natężamy ucho, by wreszcie coś autentycznego usłyszeć. Ludzki głos?
Profesor Sandauer zapytany o "Okularników" powiedział, że nie wie, czy to jest poezja, ale na pewno arcydzieło. To świetnie pasuje do felietonów Passenta. O Młynarskim mówiono, że śpiewa felietony. Passent nie śpiewa (i dobrze), ale jego felietony bliskie są właśnie temu, co może nie jest poezją, ale na pewno arcydziełem. Arcydziełem czegoś. Może arcydziełem dotknięcia, jak w "Okularnikach" Agnieszki. Dotknięcia czasu? Materii życia? Teraźniejszości? Emocji nie do rozplątania? Sztucznego miodu? Polityki historycznej? Lojalności wobec PRL, z wiedzą, że ustrój do luftu, ale przecież...? Tego, co trudno schwytać, bo ulotne albo zamotane. I może właśnie dlatego zbiór tych "dotknięć", małych tekstów Daniela Passenta - prześwietny! - jest taki aktualny. Przypomina bukiet z epoki, owszem, ale wzwyż i stromo związany nitką przekory.
Bo Passent z tygodnia na tydzień przez, bagatela, małe 40 lat, notuje raczej to, co nadaje się na spowiedź, niż to, co na cokół. Z upodobaniem voyeura zagłębia się we wstydliwe zakamarki naszych zachowań posągowych. Zamiast, jak prawdziwie narodowy publicysta, wyciągać ze zdarzeń ich głębszy sens, perspektywiczne uogólnienia albo wręcz moralia, najchętniej spisuje to, co dla zbiorowości (w danym czasie) dwuznaczne, śmieszne, nabolałe, albo nie-do-wypowiedzenia, ponieważ odsłaniające jej uczestnictwo w praktykach zbiorowego samozakłamywania. I niekoniecznie chodzi o grzechy śmiertelne; mogą być powszednie, ale zasada taka, że jeśli wszyscy piszą o dramacie stania w kolejce po mięso, to Passent zajmie się pisarzami chętnie stającymi w kolejce po Nagrodę Nobla. Tak że w jego felietonach nie przeglądają się Rodacy noszący twarze jak cenne rzeźby, ale bohaterowie naszych czasów, zwykle postaci jak z kabaretu pod egidą Witkacego - oto moraliści z ostatniej łapanki, dyplomaci z nowego zaciągu, politycy wczorajszego przełomu, kabareciarze jak kameleony, publicyści natchnieni słusznym gniewem (w słusznym czasie), mistrzowie krótkiej pamięci, nad śnieg bielsi nauczyciele młodzieży, żurnaliści spienieni i autorytety w rozdrapie... - a wszystkich znamy z imienia i nazwiska, i każdy świetnie się ma, i każdy pędzi wytykać innym zaszłości w życiorysie. A Passent przez całe lata spisuje z tego annales, kroniki nadwiślańskie, cienkim piórem i w jedynej w swym rodzaju tonacji - żartu, ale zabarwionego takim, jak to Norwid pisał z kreską, współ-czuciem. Czasem zawstydzonym, czasem zdumionym, czasem przestraszonym (głupotą jak Himalaje). Ale - zauważmy - felietonista nigdy nie pisze o nich. Zawsze o nas.
I teraz najważniejsze. Czytając Passentowe W 80 lat dookoła Polski przecieramy oczy ze zdumienia jak ci niewidomi, ile się tych dotknięć nagromadziło przez parę dziesięcioleci, trzy ustroje, sporo miesięcy (Październik, Marzec, Grudzień), kilka transformacji, jeden stan (wojenny), jeden stół (okrągły), jedną rewolucję (solidarnościową) i jak te dotknięcia teraźniejszości, te żarty, kpiny, persyflaże, parady trafiają w coś aktualnego tak samo 20 lat temu, jak wczoraj. Jak wracają w nowych płaszczach myśli, epitety, donosy, a w ponowoczesności płynnej, jak w socjalizmie betonowym, po staremu, wymyśla się od ciemnogrodzian i agentów, lewaków i czarnej reakcji, od elit (zdrajców ojczyzny klasowej) i komuchów (zdrajców ojczyzny narodowej). Przy czym repertuar tych polskich wyborów i oszołomień, czy będzie to potępienie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego (w '49), czy pochwała prawdziwie narodowych komunistów (w '68), czy apoteoza żołnierzy wyklętych (w '15) jest dziwnie izomorficzny, jak by rzekli strukturaliści. Niepokojąco podobny w tym, że przedstawiciele opcji jedynie słusznej (bo marksistowskiej, bo narodowej, bo antykomunistycznej) czują się monopolistami dławienia, zakrzykiwania albo oskarżania o zdradę wszystkich, którzy myślą w postawach rozsądkowych, kompromisowych, organicznikowskich. I głos tych ostatnich, cichy, zakompleksiony, bo to wszak zawsze prominenci PRL, obrońcy stanu wojennego, niedolustrowani ubecy, pismacy polskojęzyczni, odbija się jak groch od ściany, od rozdzierania szat albo nawoływania (innych) na barykady.
Passent spisuje tu swoimi felietonami jakąś kronikę tygodniową półwiecza polskiej debaty politycznej, przerywanej oczywiście interwencjami cenzury, co parę lat służb specjalnych, trzykrotnie wojska, często manifestacji ulicznych, dwa razy (o mało co nie) armii zaprzyjaźnionego mocarstwa, i przy tym z blisko-dalekiego felietonowego dystansu (może więcej widać przez okulary felietonu, niż się uważa). Ważniejsze od różnych za każdym razem racji w tym dyskursie wydaje się samo ponawiane i desperackie starcie opcji radykalnej, czyli perspektywy insurekcyjnej, krwawej i beznadziejnej, z opcją umiarkowaną, obiecującą przetrwanie, choć w gorszych warunkach, a nieodmiennie oskarżaną o wszystkie grzechy śmiertelne - z korupcją, agenturalnością i zdradą narodową na czele.
Passent - i to jest chyba klucz do jego felietonów - nigdy nie przestał myśleć w opcji umiarkowanej i nigdy, w najtrudniejszych chwilach, nie tracił w nią wiary. Nawet gdy występuje z pozycji lojalności wobec PRL (niesłusznie!) czy jako obrońca stanu wojennego (słusznie!), czy jako niechętny wychwalaniu NSZ-owskiego podziemia (jak śmie!) albo sceptyk wobec naszej misji chrystianizacji Europy (pachołek Brukseli!), żywi zawsze spokojną, niezachwianą wiarę (choć, jak kiedyś napisał, wierzy tylko w swoją maszynę do pisania), że ciepła woda w kranie jest lepsza od gorącej krwi na ulicach, a rozumny kompromis jest wciąż, stale i na nowo lepszy od charyzmatu misji narodowej. "Mija trzydzieści sześć lat i zaklęty krąg polski dokonał obrotu" - pisała Maria Janion w liście do uczestników Kongresu Kultury w 2016 roku, w 36 lat po tamtym, przerwanym przez stan wojenny Kongresie. "Nieliczni już - a ja do nich należę - mogą zobaczyć siebie stających naprzeciw znamiennego dramatu. (...) Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec mesjanistyczny. Powiem wprost - mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. (...) Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi je sam sobie zadawać. Stąd płyną szokujące sadystyczne fantazje o zmuszaniu kobiet do rodzenia półmartwych dzieci, stąd rycie w grobach ofiar katastrofy lotniczej...".
Czytając felietony Passenta, mam wrażenie, że on myśli podobnie. Że jego krótkie formy miękko dotykają powierzchni realności polskiej (politycznej, kulturowej, obyczajowej), ale niekiedy bardzo głęboko pod tę powierzchnię sięgają. Nie tak, by docierać do "korzeni" myśli narodowej, w jej martyrologicznym wyścigu do alei zasłużonych, ale by po prostu przedstawiać, w formie trafnej i celnej (tak pisano o realizmie XIX wieku), do jakich szaleństw ta myśl bywa zdolna. Jak upiera się nazywać katastrofę zamachem, zygotę duszą nieśmiertelną, "ten kraj" mocarstwem międzymorza, zamiatanie pod dywan polskim punktem widzenia, a usypianie pamięci - polityką historyczną. A Passent to wszystko notuje w "Polityce", i nie, że "spisane będą czyny i rozmowy", ale żebyśmy poczytali sobie, jak przez pół stulecia obraca się polski kalejdoskop przemian, od zebrania trabanciarzy w latach 60. do "Idy", od kupowania papieru toaletowego na wianki (w głębokim PRL) do Sierpnia '80 i stanu wojennego, od form sprawiedliwości klasowej do form sprawiedliwości narodowej ("Za kłamstwo oświęcimskie - do więzienia. Za kłamstwo jedwabieńskie - do rządu. Za kłamstwo kieleckie - do IPN"), od diamatu do dramatu, od szarego patriotyzmu do szczeropolskiego małpizmu.
Daniel Passent należy do dzieci PRL, bez wątpienia, ale jest też z tych polskich intelektualistów, którzy urodzeni przed wojną pamiętają okupację, początki Polski Ludowej, chodzili do szkoły w epoce stalinizmu, a pierwszych wyborów ideowych dokonywali w czasie odwilży i potem, w latach "spokojnego słońca", między Październikiem '56 a Marcem '68. Otóż ludzie ci zyskali wiedzę szczególną. Widzieli, jak czas pokoju z dnia na dzień przeistacza się w wojnę, jak ich najbliżsi walczą, ukrywają się, kradną, handlują i giną za okupacji brunatnej i za czerwonej, jak przez kraj przebiega linia frontalnych zmagań dwóch potworów, i co wobec nich znaczy patriotyzm małych nacji, i jak później pokój wygrzebuje się z ruin, z przesiedleń, z wojny domowej, jak w nim ruszają fabryki, robi się reforma, startują szkoły TPD, proklamuje się nowy ustrój, dla jednych sprawiedliwy, dla innych na bagnetach przyniesiony, i jak uśmiecha się towarzysz Stalin, i jaki Urząd mieści się w alei Szucha. Zapisano ich do ZMP i zaraz dowiedzieli się, że prawdziwy socjalizm to dopiero będzie, bo na razie mamy odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Zanim to zrozumieli, cała soc-ideologia z hukiem zawaliła im się na głowy, ale też rok '56 okazał się przebłyskiem autentyku. W STS-ie śpiewano o tym, żeby ojczyzna przestała być (nareszcie) ideą, sześciolatką, przymrozkiem i odwilżą, a zaczęła być paczką papierosów i biletem trzeciej klasy do Koluszek. "Piekło nam wychłódło, niebo nam dopiekło - zachowaj nas, ucałuj, reguluj nam ciepło". Forma kabaretu przeciwstawiała się politycznej (wymuszanej) jednoznaczności lepiej niż uczona rozprawa czy wiec protestu. Zwłaszcza gdy nie o zasadniczy sprzeciw chodziło, tylko o niezgodę na zamordyzm. Także z jego twardymi podziałami na naszych i nienaszych, które ciągną się (ach, oczywiście, że rekonfigurowane) przez następne pół wieku. Od Polaków robotniczo-chłopskiego sortu do Polaków gorszego sortu. Na sześć lat przed Marcem '68 w STS-ie śpiewali: "Przedłuż nam polską wizę, nie każ pakować walizek". Passent jest z tych roczników, choć chyba do STS-u nie pisał, ale jego felietony uformowane zostały przez taką właśnie formę doświadczenia. Owszem, kabaretu, jednak dzielącego poglądy nie na prawe i lewe, lecz na zasadnicze i ludzkie. A może widzącego w teraźniejszości zatrute owoce, które Zagłada i stalinizm rodzą do dzisiaj - co zresztą jest sprawą bardziej złożoną.
*
"Weź trzcinę i zmierz nią świątynię i tych, co się w niej znajdują" - cytuje Jerzy Stempowski z Apokalipsy św. Jana w "Eseju berdyczowskim", aby, jak powiada, dać wewnętrzną, własną miarę rzeczy i zdarzeń. Passent też ma taką; pisze z poczuciem autentyku i wewnętrznej zgody (często zresztą cenzurowanej) na przedstawienie. Jest temu wierny. Nie kłamie, nie chwali się, nie robi krzywdy, myśli, że jest dzieckiem epoki, więc ma (chciał nie chciał) dobry "uchwyt za rzeczywistość", żartuje chłodno, patrzy ciepło. I ta wewnętrzna miara, ta trzcina, czyli onegdajsza linijka, przykładana do świątyni i modlących się w niej kapłanów, a też celników, faryzeuszy, polityków, dziennikarzy, opozycji demokratycznej, lustratorów i lustrowanych, agentów Moskwy i Brukseli, w felietonach Passenta wyskalowana bywa w trzech jednostkach. W czasie opowiadania, czyli z dnia na dzień. W porządku tego, co się naprawdę dzieje, i tu mówimy: latach. Oraz na planie ładu własnej biografii, czyli wobec historii półwiecza, albo i szerszej.
Pierwszej podziałki felietonista używa, gdy pisze o sobie w środowisku. Gdy przewija przed nami postacie osób ważnych w "Warszawce", sprawozdaje, jak z Markiem Piwowskim i Januszem Głowackim uczestniczył w kręceniu "Rejsu", albo pyta Gustawa Holoubka, czy nie złości się, że Kobiela go parodiuje (kto pamięta, jak w programie "Poznajmy się" Kobiela "robił twarz" Holoubka, który był wtedy posłem na Sejm i postacią na cokół, ten nie zapomni tego do końca życia), albo gdy pisze, jak koledzy Gaworski, Drozdowski i Karaś prostują mu kręgosłup ideologiczny, albo o jubileuszu (w 2007 roku) kabaretu Pod Egidą, z którego Jan Pietrzak usunął wszystkich autorów, aktualnie nieprawomyślnych, w tym Passenta, Grońskiego, filary Egidy przecież, albo zastanawia się, dlaczego pani minister Anna Zalewska nie potrafi wykrztusić, kto mordował Żydów w Jedwabnem. I wtedy widzimy, jak świetne są to obrazki z życia Nadwiślan, motywy, scenki rodzajowe, które zostają może nie jako epokowe świadectwa, ale fotki z albumu codzienności polskiej, przypominające, jaki kolor miał realizm jeszcze socjalistyczny, a później mały (1956-68), potem po trochu magiczny w czasach Gierka (zaklęcia nie pomogły), potem drugoobiegowy, i realizm stanu wojennego, i potransformacyjny, a ostatnio prawdziwie narodowy oraz polskiego punktu widzenia. W lusterkach Passentowych felietonów przeglądają się tu "autentyki" polskiej historii, stwarzając przedziwne wrażenie, że są bliskie i prawdziwe tak samo, gdy pochodzą sprzed półwiecza, jak sprzed kilku miesięcy.
Jednak głębszy plan tekstów ramuje druga miara wewnętrzna, związana z praktyką redagowania "Polityki". Nie wszyscy bowiem wiedzą, że Daniel Passent, oprócz pisywania do niej, współredagował przez prawie 30 lat (!) to "najlepsze pismo od Łaby do Władywostoku", że był jego sercem, duszą, zastępcą naczelnego i kimś, kto brał wszystkie zakręty burzliwej przecież historii tygodnika. "Polityka" walczyła z nieufnością Gomułki i przełamywała nieufność Gierka - oficjalnie prorządowa, wciąż była na cenzurowanym (dosłownie też), besztano ją, zawieszano, Rakowskiego zdejmowano i przywracano, spotkania redakcyjne, często w mieszkaniu Passenta, odbywały się - latami - w rytm przełomów i przesileń prawdziwej historii PRL (a niekoniecznie tej spisywanej przez IPN), a potem Polski posierpniowej. W stanie wojennym tygodnik omal się nie rozpadł, część ekipy odeszła, jedni poszli w posady rzeczników, inni w drugi obieg, i ten z okienka felietonu i zza biurka redaktora widok wielkiego przesilenia czasu historycznego nad Wisłą, i samego siebie, i przyjaciół w tym przesileniu, pokaże młodszym, a starszym przypomni, jak to było. Było naprawdę, bo redaktor siedzi w środku zdarzeń, a znowu felieton nie kłamie (trochę jak rękopisy, co nie płoną). Może oszukiwać cenzurę i uciekać w aluzje, ale nikt by go nie czytał, gdyby nie ukazywał, jak myśleli, działali, czuli, pisali aktorzy tego przesilenia. Wtedy, teraz. Czym się chwalą, czego nie chcą pamiętać. Wersja prawdziwa (może niespójna lub stronna), ale przeciw wersji zmitologizowanej (wybielonej lub przeczernionej) - taka jest druga miara wewnętrzna opowieści o polskich realiach w felietonach Passenta. I wyłania się z niej obraz, rzec można, kolorowy przeciw nowomowie. Bo ani PRL nie bywa w tych felietonach szaro-czarną dziurą, choć przecie sielanką też nie, ani czas Solidarności nie streszcza się w bohaterskim zrywie narodu przeciw komunie, za to przegląda się w zapisach rzeczywistość kolejnych okresów, w każdym z nich dygocąca od napięć, zawsze na krawędzi walki i groteski, na salonach, na ulicach, wobec partyjnej tępoty i organicznikowskiej troski - no, Polska właśnie.
A trzecia (najtrudniejsza) miara wewnętrzna pisania Passenta ujawnia się, gdy felieton miękko przechodzi w mały esej, a zanotowany drobiazg, plotka, głupstwo, odsłania nagle signum temporis. Coś, co nurtuje głębiej, pod powierzchnią obyczaju, polityki i zdarzeniowej historii. Na okładce swej książki biograficznej "Passa" autor napisał: "spójrzcie na mnie, ja zostałem przez Polaków ocalony, a mój ojciec i matka - zdradzeni. O czym tu więc mówić". No, właśnie. Trudno. Bo najpierw to są sprawy z pamięci narodowej pracowicie wymazywane, a jak się nie da, to zrzucane na onych. A Passent ich dotyka, a może lepiej, pokazuje, jak one nas wciąż dotykają. A po drugie - nic o tym nie powiemy w kształcie orzeczeń, bo wiedza pochodząca z najgłębszych doświadczeń biograficznych nie układa się w definicje. Prędzej w zapalanie zniczy na cmentarzach, w pamiętanie, w background, w bezsłowne podłoże myśli. Anglicy nazywają to deep experience, a człowiek takim doświadczeniem porażony, czy uformowany przez nie, po prostu wie: - Ano, tak się sprawy mają, a nie mają się inaczej. I nie przekona go żadna propaganda, w którąkolwiek stronę, bo on co roku zapala światełko na grobach nieznanych rodziców (miał rok, gdy ich zamordowano) i na grobie człowieka, który go adoptował, zabrał na placówkę do Berlina (był generałem i wysokim urzędnikiem państwowym), zadbał o wykształcenie, zastąpił ojca...
To bardzo trudno wyrazić w parozdaniowym wstępie, ale za krótkimi formami Passenta wyczuwa się taką właśnie bezsłowną wiedzę. Jak to było z Polakami i Żydami w czasie okupacji i po niej. Jak to było z dostojnikami stalinowskimi początków PRL, a jak miały się sprawy w latach 60. i potem. Jak naprawdę wygląda redagowanie pisma politycznego nad Wisłą, jaka bywa cena kontestacji, a jaka kompromisu, jak ludzi z dnia na dzień dopada "ukąszenie" radykalizmem i głoszą oszołomione tezy, a potem bardzo nie chcą o tym pamiętać, i co robią dla kariery, a co dla idei, a co z poczucia pustki, a co z wyrachowania, a co, bo myślą, że nie widać, a w czym dzisiejsze sprawy podobne są do przeszłych i do zaprzeszłych, i do jeszcze starszych. Taką wiedzę - o piekłach XX wieku oraz o ich cieniach w dzisiejszości - miał Stanisław Jerzy Lec. Nigdy jej nie ujawniał inaczej niż w aforyzmach. "Gdy byłem już na samym dnie, usłyszałem pukanie od spodu", "Stosy nie rozjaśniają ciemności".
Czym dla Leca był aforyzm, tym dla Passenta pointa albo dobrze pomyślane zdanie. Na przykład, gdy pisze, że z książki Piotra Glińskiego, będącej "skryptem ideologii Prawa i Sprawiedliwości (...) wynika niedwuznacznie, że profesor postanowił ostatecznie zarzucić działalność naukową, kontynuowanie wielkich tradycji socjologii polskiej - od Floriana Znanieckiego do Stanisława Ossowskiego - i rzucić się w politykę". Jasne? Jasne. Profesor pewnie nie zdaje sobie sprawy, że stoi na końcu długiego szeregu tych, którzy "zarzucili", bo ich nawiedziło. Czy olśniła ich ideologia Narodowej Demokracji, czy ortodoksyjny marksizm, socrealizm czy aktualny -izm, nieważne. Czy zobaczyli się w skórzanym płaszczu Feliksa Edmundowicza, czy jako niezastąpiony adiutant Wodza, czy jako tropiciel nieprawomyślnych elit, też nieistotne. Liczy się trzask, z jakim zamknęli biureczko i runęli w wir rewolucji. Passent ma głębokie wyczucie takich zachowań, zna i pamięta cały ich repertuar, rzec można, różnorodny, ale regularny, tak że w jego tekstach gra się wciąż polski teatr (ale i dramat) przełomów. Teatr, a może kabaret zakłamywania czegoś ("Ja mam przyjaciół Żydów!") albo programowego spychania opozycji w podkulturę ("Skolonizowana przez rozmaite odmiany postkomuny!"), albo eskalowania propagandy, z wiarą, że zakrzyczy realność, albo atakowania słabszych, gdy nie można silniejszych, albo wykopywania z grobów, by zadokumentować niezłomność, i o tych rolach felietonista umie pisać jedyną w swoim rodzaju passentową (tak jak patentową) miarą zdania, jednocześnie kabaretowo błyskotliwego i najgłębiej odniesionego, na wielu pamiętanych planach, do trudnej, nabolałej historii Nadwiślan. I tą samą miarą szkicuje kapitalne portrety ludzi, których znał i ceni, ministra Rotfelda, Krzysztofa Teodora Toeplitza, profesora Sadowskiego - tak że oprócz tych, co walczą jak lwy o miejsca w parlamencie i na pomnikach, poznajemy i tych, którzy pracują. Tworzą teraźniejszość, myślą nad przyszłością, układają cegły, piszą słowa, splatają, realizują. Zwykle męczennicy opcji umiarkowanej i pracy organicznej, mogący zawsze liczyć na to, że niezależnie, co zrobią, coś im się wygrzebie z przeszłości albo usunie ich nazwisko z nazwy ulicy.
Tak streszczoną książkę Passenta możemy przeczytać jako zbiór znakomitych felietonów. Spędzimy wtedy popołudnie pod urokiem jego inwencji. Kto lubi błyskotliwe zdanie i dowcipy typu: lekarz pierwszego kontaktu (ze wspomnień psychiatry), ten się nie oderwie. Będziemy też oczarowani wycieczką w przeszłą teraźniejszość, a może w teraźniejszą przeszłość, jaką nam Passent zafundował. Zamęczymy domowników, czytając im głośno co wnikliwsze fragmenty. To mamy jak w banku. Zachwyci nas też rozmaitość form. Felietony jako gotowe skecze, jako fikcyjne wywiady, lekcje polskiego (z tematu: narodowa propaganda), quasi-recenzje, niby-reportaże, wyznania, traktaty o cenzurze PRL i późniejszej, sprawozdania z kryzysów redakcyjnych i rządowych, opowiastki o dyplomatycznych wojażach i niezwykłych ludziach. Sam ekstrakt, gotowy do spożycia. Data produkcji na wieczku.
Ale możemy też potraktować W 80 lat dookoła Polski jako zbiór przypisów i źródeł do nienapisanego jeszcze podręcznika współczesnej historii Polski. I wtedy będziemy zawdzięczać Passentowi inną refleksję. Mianowicie, zastanowimy się poważnie, jak trudno będzie kiedyś taki podręcznik napisać.
ANDRZEJ ZIENIEWICZ
Prof. Andrzej Zieniewicz jest kierownikiemZakładu Literatury XX i XXI wiekuWydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.