Uwolnij wewnętrzny głos. Przewodnik dla pisarzy i pisarek - Natalie Goldberg

Kup ebooka

44.90 zł
38.17 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępne Julii Cameron

-?JULIA, NO CHODŹ! Jest cudow­nie! -?Głos Nata­lie Gold­berg prze­bi­jał się przez ryk Rio Grande. Pró­bo­wała zachę­cić mnie do pły­wa­nia, zapew­nia­jąc, że miej­sce jest bez­pieczne i spo­kojne. Wcale tak nie było. Prąd był silny i wyłącz­nie wytrawna pły­waczka -?taka jak Nata­lie -?mogła rzu­cić wyzwa­nie tej głębi.

-?No chodź! -?zawo­łała ponow­nie. -?Prze­ży­jesz zachwyt. -?I tak, zara­żona jej entu­zja­zmem, wstą­pi­łam w nurt rzeki, silny i szybki jed­no­cze­śnie. Zaraz stra­ci­łam grunt pod nogami i zaczę­łam krztu­sić się wodą. Nata­lie tylko się śmiała. -?Czy nie jest cudow­nie? -?wołała. -?Spró­buj się roz­luź­nić.

Nata­lie pod­da­wała się prą­dowi rzeki. -?Dosko­nale ci idzie -?zapew­niała, pod­czas gdy ja w myślach pisa­łam swój nekro­log: "Pisarka ska­cze do wody i tonie".

Gdy popro­szono mnie o napi­sa­nie przed­mowy do jubi­le­uszo­wego, trzy­dzie­stego wyda­nia książki Uwol­nij wewnętrzny głos, zła­pa­łam się na wspo­mnie­niu tam­tego popo­łu­dnia nad Rio Grande i entu­zja­zmu Nata­lie, który sku­sił mnie do opusz­cze­nia bez­piecz­nego brzegu. "Prze­cież ona uczy w ten sam spo­sób" -?zda­łam sobie sprawę. Ponad milion czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek podą­żyło za nią i z odwagą sko­czyło w wielką głę­bię słów. "Po pro­stu się zanurz" -?zachęca Nata­lie-nauczy­cielka. "Zacznij tam, gdzie jesteś". Zain­spi­ro­wani jej prze­ko­na­niem, że w każ­dym z nas kryją się żywe opo­wie­ści tylko cze­ka­jące na spi­sa­nie, ucznio­wie Nata­lie zosta­wiają kolejne znaki na papie­rze, nie­sieni jej uskrzy­dla­ją­cymi wska­zów­kami. Uwol­nij wewnętrzny głos to zbiór krót­kich ese­jów. Zgod­nie z tym, czego sama uczy, Nata­lie otwiera go ese­jem: Umysł, pióro i papier począt­ku­ją­cego. Potem przy­cho­dzi czas, by ode­pchnąć się od brzegu. "Nie prze­ry­waj pisa­nia" -?zaleca. "Niczego nie wykre­ślaj, nie przej­muj się pisow­nią, inter­punk­cją i gra­ma­tyką; odpuść kon­trolę; nie myśl -?szcze­gól­nie logicz­nie, ude­rzaj w naj­czul­sze punkty".

Innymi słowy -?skacz na głę­boką wodę.

-?Masz ochotę na pomi­dora? -?Dwa­dzie­ścia lat póź­niej spę­dzam z Nata­lie inne popo­łu­dnie. Tym razem sto­imy przy bla­cie w jej kuchni, a ona nama­wia mnie, bym wzięła choć jeden soczy­sty kęs. Pomi­dor pocho­dzi z jej uprawy, zerwała go wła­sno­ręcz­nie. Choć nie nawy­kłam do wgry­za­nia się w pomi­dory jak w brzo­skwi­nie, Nata­lie poka­zuje mi, ile odwagi trzeba, by zoba­czyć w tym warzy­wie coś war­tego zje­dze­nia samego w sobie, a nie tylko zwy­czajny skład­nik potraw.

"Prze­cież ona uczy w ten sam spo­sób" -?poja­wiło się w mojej gło­wie. Wszystko jest kwe­stią pobu­dze­nia ape­tytu. I kwe­stią speł­nie­nia. Tek­sty Nata­lie są pełne sma­ko­wi­tych szcze­gó­łów. Zerwany w ogro­dzie pomi­dor ma w sobie poten­cjał, by stać się boha­te­rem osob­nego eseju.

"Wpla­taj do pisa­nia ory­gi­nalne szcze­góły" -?poleca swoim uczniom i uczen­ni­com Nata­lie. Nasze życie jest pełne detali takich jak doj­rzały, czer­wony pomi­dor jedzony pro­sto z krzaka. Tek­sty Nata­lie są jak pokarm dla ducha, a jej ape­tyt na życie poru­sza -?jest o czym myśleć.

Santa Fe lipiec 2015 r.

Słowo wstępne Billa Addisona

GDY PRZED­STA­WIAM SIĘ jako kry­tyk kuli­narny, który jeź­dzi po kraju i za gra­nicę, by sma­ko­wać potrawy w restau­ra­cjach ser­wu­ją­cych wszyst­kie moż­liwe kuch­nie świata, czę­sto sły­szę w odpo­wie­dzi: "Ale nie­sa­mo­wita praca! Jak się w ogóle zostaje kimś takim?". Krótka wer­sja odpo­wie­dzi brzmi: w 2002 roku poże­gnał się ze mną "Cre­ative Loafing", mie­sięcz­nik z wyda­rze­niami kul­tu­ral­nymi z Atlanty. Odpo­wiedź pełna to: wszystko przez Nata­lie Gold­berg i Uwol­nij wewnętrzny głos.

Przy­ja­ciółka z liceum spre­zen­to­wała mi kopię Głosu na moje dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny, w 1993 roku. Wie­działa, że uwiel­biam jedze­nie, i w dopi­sku na stro­nie tytu­ło­wej zasu­ge­ro­wała, że mógł­bym napi­sać coś o restau­ra­cji, w któ­rej wspól­nie pochło­nę­li­śmy sterty pły­wa­ją­cych w sosie żebe­rek z grilla. Wska­zówki zawarte w tej książce zaczą­łem jed­nak w pełni przy­swa­jać dopiero rok póź­niej, po ode­bra­nia dyplomu uczelni wyż­szej. Stu­dio­wa­łem śpiew i aktor­stwo i trzy­ma­łem się mocno utar­tych defi­ni­cji suk­cesu: albo czło­wiek od razu zdo­bywa sławę i staje się gwiazdą estrady lub srebr­nego ekranu, albo jest ska­zany na porażkę. Wpa­dłem na pomysł, że ćwi­cze­nia z pisa­nia -?pod­stawy podej­ścia opi­sa­nego przez Nata­lie Gold­berg -?pomogą mi w ukła­da­niu tek­stów pio­se­nek. Stało się jed­nak ina­czej -?pisa­nie stało się moim spo­so­bem na utrzy­ma­nie, a książkę tę zaczą­łem trak­to­wać jak prze­wod­nik po życiu.

"Potrze­bu­jesz dać sobie jak naj­wię­cej miej­sca i nie okre­ślać celu" - mówi Nata­lie w trze­cim eseju. (Na pro­wa­dzone przez nią warsz­taty dotar­łem wiele lat póź­niej, jed­nak intymny kli­mat, w jakim wypo­wiada się w książce, spra­wił, że odnio­słem wra­że­nie, jak­by­śmy dawno prze­szli na "ty"). Ta wska­zówka uci­szyła jęk w moim mózgu. Podob­nie dzia­łała sama prak­tyka pisa­nia: sia­da­łem w kawiarni, noto­wa­łem jakiś temat na stro­nie notat­nika i poru­sza­łem pió­rem, nie zatrzy­mu­jąc się ani na chwilę, by zasta­no­wić się, co wła­ści­wie piszę. Z początku moje sesje trwały dzie­sięć minut, stop­niowo wydłu­ża­jąc się do dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu i wresz­cie do godziny.

Prak­tyka pisa­nia była w sta­nie pomie­ścić wszystko: krwi­ste mięso moich emo­cji i zamglone zwier­cia­dła wspo­mnień. Prze­wró­ci­łem do góry nogami każdy zaka­ma­rek mojego życia, ale osta­tecz­nie stało się to, co Nata­lie zapo­wie­działa na stro­nie: "Pisa­rze na ogół koń­czą na pisa­niu o swo­ich obse­sjach". Ja pisa­łem przede wszyst­kim o jedze­niu. W tam­tym cza­sie czę­sto się prze­pro­wa­dza­łem i pra­co­wa­łem w róż­nych restau­ra­cjach jako spe­cja­li­sta od dese­rów. Wypeł­nia­łem notat­niki prze­my­śle­niami na temat kru­szo­nek owo­co­wych (z płat­kami owsia­nymi czy bez?), sma­ków lodów (a gdyby tak połą­czyć czer­woną poma­rań­czę z kar­me­lem?), po czym płyn­nie prze­cho­dzi­łem we wspo­minki o zapie­kance z dor­sza, którą moja bab­cia przy­rzą­dzała w Wielki Pią­tek, albo o chi­les rel­le­nos, które tak mi sma­ko­wały w Ari­zo­nie. Głos i prak­tyka pisar­ska nauczyły mnie zaufa­nia do wła­snego umy­słu i prze­no­sze­nia moich myśli na papier w kla­rowny spo­sób.

To z kolei zapro­wa­dziło mnie do mojego obec­nego zaję­cia: zawo­dowo piszę o jedze­niu. Po ośmiu latach pisar­skich wpra­wek, idąc za radą Nata­lie, zało­ży­łem grupę pisar­ską, w któ­rej każdy zaj­mo­wał się bli­żej takim rodza­jem tek­stów, jaki był dla niego bądź dla niej naj­bar­dziej atrak­cyjny. Mia­łem całe segre­ga­tory wycin­ków z recen­zjami restau­ra­cji pisa­nymi przez naj­lep­szych kry­ty­ków kuli­nar­nych z całego kraju. Umó­wi­łem się na spo­tka­nie z wie­lo­let­nim felie­to­ni­stą "Cre­ative Loafing", który z kolei skon­tak­to­wał mnie z redak­torką do spraw kuli­nar­nych tego tytułu. Oka­zało się, że szuka nowego kry­tyka i dała mi próbne zada­nie -?mia­łem zre­cen­zo­wać pod­miej­ską wło­ską knajpę The Roasted Gar­lic. Dwu­krot­nie wybra­łem się tam na kola­cję i nade­szła pora, by zabrać się za pisa­nie. Panika obez­wład­niła mnie zupeł­nie, wpa­try­wa­łem się tępo w ekran lap­topa. Jak tu zacząć? Ach, no tak: narzu­cić sobie dys­cy­plinę cza­sową. Umó­wi­łem się ze sobą na dwa­dzie­ścia minut. Czas -?start! Opi­sa­łem olbrzy­mie dania obsy­pane skar­me­li­zo­waną cebulką, moz­za­rellą i kieł­basą i stosy pude­łek na wynos, w któ­rych zabie­ra­li­śmy nie­do­je­dzone por­cje. Zawią­zała się opo­wieść; czu­łem się pewien swo­ich opi­nii. Po odda­niu tek­stu przy­szła odpo­wiedź redak­cji: "Naprawdę ni­gdy wcze­śniej się nie publi­ko­wa­łeś? Masz bar­dzo mocny głos". Redak­torka zle­ciła mi kolejne recen­zje. Każdą z nich roz­po­czy­na­łem od prak­tyki pisar­skiej (wciąż tak robię). Dzie­więć mie­sięcy póź­niej dosta­łem w tej gaze­cie etat; cztery lata doświad­cze­nia w tym miej­scu otwo­rzyły mi drogę do publi­ka­cji gościn­nych w "San Fran­ci­sco Chro­nicle", "Dal­las Mor­ning News", "Atlanta Maga­zine" i wresz­cie do obec­nego sta­no­wi­ska w "Eater".

Przez te wszyst­kie lata czu­łem nie­słab­nący zachwyt dla Głosu -?ta książka to coś wię­cej niż moty­wa­cyjny prze­wod­nik dla począt­ku­ją­cych pisa­rzy. Bli­żej jej do lite­rac­kiej bio­gra­fii pisarki. Nata­lie udo­ku­men­to­wała pro­ces, przez który prze­szła, dzięki czemu dziś jest w sta­nie spo­tkać się z czy­tel­ni­kami w dowol­nym punk­cie ich drogi. Gdy czuję się osa­mot­niony w sztuce pisa­nia albo gdy coś mnie blo­kuje czy coś jest nie­ja­sne -?się­gam po Głos i zawsze znaj­duję w nim pocie­sze­nie i ulgę. (A do tego po lek­tu­rze mam stra­szą ochotę na cze­ko­ladę). Nie­ważne, czy jesteś uzna­nym powie­ścio­pi­sa­rzem, począt­ku­jącą ese­istką, dzien­ni­ka­rzem śled­czym, nad któ­rym wisi ter­min, czy po pro­stu istotą ludzką, która pra­gnie głęb­szego wej­ścia w swoje życie -?mądro­ści zawarte w tej książce sta­no­wią zbiór nie­zwy­kle przy­dat­nych narzę­dzi, dzięki któ­rym pisa­rze i pisarki wyra­żają się z jesz­cze więk­szą peł­nią. I mówię to z per­spek­tywy dwu­dzie­stu dwóch lat doświad­czeń.

Atlanta, Geo­r­gia lipiec 2015 r.

Przedmowa do wydania trzydziestego -?jubileuszowego

NAJLEP­SZA ROBOTA, jaką w życiu zła­pa­łam, pole­gała na tym, że na dwa lata obję­łam sta­no­wi­sko poetki-rezy­dentki w dużej szkole pod­sta­wo­wej w cen­trum mia­sta Min­ne­apo­lis w sta­nie Min­ne­sota. Razem z uczniami stu­dio­wa­li­śmy dzieła wiel­kich twór­ców japoń­skiego haiku, wier­sze D.H. Law­rence'a, Wil­liama Car­losa Wil­liamsa, Franka O'Hary, a nawet kilka aka­pi­tów Ger­trudy Stein. Pod koniec pierw­szego roku mój sza­cu­nek do uczniów był ogromny. Nie dys­kry­mi­no­wa­łam ich ze względu na wiek, nie zacho­wy­wa­łam się pro­tek­cjo­nal­nie. Poka­zy­wa­łam im nawet wier­sze, które wtedy pisa­łam -?skom­pli­ko­wane, gęste od zna­czeń utwory -?i ufa­łam ich reak­cjom. Trze­cio­kla­si­ści, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze, byli nie­zwy­kle otwarci i szcze­rzy, a mimo to nie­ska­żeni doświad­cze­niem, choć potra­fili już czy­tać i pisać - połą­cze­nie ide­alne. Wra­cam do tego myślami dzi­siaj, co nie­zwy­kłe; jest maj, żon­kile w końcu wyszły z ziemi w naszym pół­noc­nym kli­ma­cie, a ja prze­czy­ta­łam w kla­sie długi lament, który napisa­łam na temat wszyst­kich ludzi, któ­rych zna­łam, kocha­łam i stra­ci­łam.

Po skoń­czo­nym czy­ta­niu pokrę­ci­łam głową z rezy­gna­cją. "Nie mam pomy­słu na tytuł. Pomo­że­cie?".

Sie­dzący w pierw­szym rzę­dzie szczu­pły dzie­wię­cio­la­tek, kości­sty i pocią­gły, w bia­łym T-shir­cie i beżo­wych spodniach, prze­chy­lił głowę i pod­niósł rękę. Zda­rza mi się zapo­mi­nać, jak ma na imię, więc w gło­wie nada­łam mu swoje, które wydaje mi się bar­dzo zbli­żone do wła­ści­wego: Raphael Lamar James. Ode­zwał się czy­stym, wywa­żo­nym gło­sem -?a wiązy za oknem aż buchały pierw­szym ładun­kiem zie­leni:

-?Pani Gold­berg, co pani powie na "Niech świat wróci do moich korzeni"?

-?Skąd to wzią­łeś? -?O mały włos spa­dła­bym z krze­sła.

Roz­ło­żył ręce i pokrę­cił głową. -?Po pro­stu pomy­śla­łem, że będzie paso­wać.

-?Rapha­elu Lama­rze, ni­gdy cię nie zapo­mnę -?przy­rze­kłam uro­czy­ście i równo z dzwon­kiem, pod­kre­śla­ją­cym moje ostat­nie słowa i pół­prawdę.

I fak­tycz­nie wciąż o nim pamię­tam. Zgu­bi­łam gdzieś imię, cho­ciaż dźwięk tam­tego dzwonka obija mi się po czaszce od tylu lat. Powta­rza jedno zda­nie: tam­ten trze­cio­kla­si­sta rozu­miał, o co cho­dzi. Że w końcu trzeba przy­jąć świat, prze­stać gonić i -?jak mówimy w zen -?"odło­żyć "ja" na półkę".

Ponad trzy­dzie­ści lat temu, gdy ja sama mia­łam trzy­dzie­ści lat, napi­sa­łam tekst, który dziś znany jest jako Uwol­nij wewnętrzny głos, i poczu­łam prze­ra­że­nie na myśl o domy­ka­niu tej szcze­liny, która nie pozwa­lała mi żyć ze sobą w peł­nej zgo­dzie, w końcu odło­żyć swoje "ja" na półkę. Byłam prze­ko­nana, że spo­tkam się z kpiną i kry­tyką, zupeł­nie jak w szkole i w domu. Byłam też jed­nak zde­ter­mi­no­wana, by poznać samą sie­bie, utrwa­lić to, co widzia­łam i czu­łam, dać swo­jemu umy­słowi przy­zwo­le­nie na bie­ga­nie luzem, bez ogra­ni­czeń i cen­zury. Nie mia­łam poję­cia, że prze­ła­my­wa­łam tym samym para­dyg­mat, który narósł wokół pisa­nia -?jego poj­mo­wa­nia i naucza­nia -?w moim kraju. W tam­tych cza­sach w księ­garni próżno szu­kać było pó­łek wypeł­nio­nych instruk­ta­żo­wymi książ­kami inspi­ru­ją­cymi do pisa­nia. Odwagę, by zaufać swo­jemu umy­słowi i prze­le­wać słowo po sło­wie na papier, musia­łam zdo­być sama.

Gotowy manu­skrypt roze­sła­łam do sied­miu dużych nowo­jor­skich wydaw­nictw. Cztery z nich wysi­liły się na tyle, że ode­słały mi tekst z infor­ma­cją o odrzu­ce­niu i kil­koma aka­pi­tami uwag kpią­cych z tego, co pro­po­no­wa­łam - że pisa­nie jest dostępne dla wszyst­kich, że można je ćwi­czyć i że nie należy do garstki wybrań­ców. Żałuję, że nie zacho­wa­łam tych listów - wtedy nie mogłam ich zdzier­żyć i tra­fiły do kosza.

Następ­nie pode­sła­łam tekst do wydawcy ze sto­sun­kowo mło­dego, mniej­szego wydaw­nic­twa. Dołą­czy­łam liścik: "Chęt­nie umó­wię się na lunch". Syn mojej kuzynki urzą­dzał bar micwę w Bosto­nie, gdzie swoją sie­dzibę miała Sham­bala. Posta­no­wi­łam wybrać się na wschód pod pre­tek­stem spraw rodzin­nych i na miej­scu spró­bo­wać popchnąć sprawy do przodu.

Redak­torka prze­czy­tała manu­skrypt w nocy przed spo­tka­niem i nad miską zupy cebu­lo­wej zło­żyła mi pro­po­zy­cję wyda­nia książki. Uda­wa­łam nie­po­ru­szoną, ale gdy wyszłam i ruszy­łam na dwo­rzec, zala­łam się łzami - ktoś chciał wydać moją książkę.

Czego nauczy­łam się o pisa­niu przez te trzy­dzie­ści lat? Mam na kon­cie czter­na­ście ksią­żek, a to, co zawar­łam w Gło­sie, sta­nowi fun­da­ment, na któ­rym opar­łam i zbu­do­wa­łam swój pisar­ski styl. Fun­da­ment, który pomaga mi zacho­wać szcze­rość, poka­zuje, jak prze­trwać trud­niej­sze chwile i jak porzu­cić myśle­nie dys­kur­sywne i skosz­to­wać praw­dzi­wego mięsa naszych umy­słów i ota­cza­ją­cego nas ze wszech stron życia.

Wiele osób z aspi­ra­cjami pisar­skimi pod­świa­do­mie szuka spo­koju, korzyst­nych oko­licz­no­ści, potwier­dze­nia naszego szczę­ścia czy ana­lizy uszko­dzeń, w nadziei, że uda im się objąć ogrom cier­pie­nia i mu zara­dzić.

Pod­czas wyjaz­dów i warsz­ta­tów pisar­skich czę­sto powta­rzam: "Nie uczę was, byście pisali w tym tygo­dniu, ale byście kon­ty­nu­owali ćwi­cze­nia po wyjeź­dzie". Pisa­nie książki to praca ulotna, wyma­ga­jąca sku­pie­nia na szcze­góle. Nie­zbędne jest przy­ję­cie szer­szej per­spek­tywy. Trak­tuj pisa­nie jak zwią­zek na całe życie.

Ktoś mi bli­ski zażar­to­wał kie­dyś: "Epi­ta­fium na nagrobku Nata­lie? DZIA­ŁAJ bez końca".

Czemu by nie? Pisa­nie pozwala nam wygła­dzić kra­wę­dzie i sto­pić się ze wszyst­kim.

To dla mnie olbrzymi zaszczyt, że Głos jest czy­tany od tylu lat. I, co nawet waż­niej­sze, że oka­zał się tak pomocny.

Dzię­kuję.

maj 2015 r.

Przedmowa do wydania drugiego

ROK TEMU, w gru­dniową noc w Santa Fe w Nowym Mek­syku, wybra­łam się na przy­ję­cie uro­dzi­nowe mło­dego fil­mowca, któ­rego zna­łam prze­lot­nie. Pół godziny spę­dzi­łam bli­sko stołu z bufe­tem, roz­ma­wia­jąc ze świeżo pozna­nym trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­kiem. Nie było wąt­pli­wo­ści, że to poważny poeta; powie­dzia­łam mu, że kie­dyś też byłam poetką, zanim napi­sa­łam pierw­szą książkę. Prze­rzu­ca­li­śmy się dow­cip­nymi docin­kami. Bawi­łam się świet­nie.

Nie­spo­dzie­wa­nie wyraz jego twa­rzy się zmie­nił. -?No dobrze, to co wła­ści­wie napi­sa­łaś? -?spy­tał.

-?Różne książki -?odpar­łam -?ale naj­bar­dziej znaną jest Uwol­nij wewnętrzny głos.

-?Nie żar­tuj! -?Wytrzesz­czył oczy w zdzi­wie­niu. -?Myśla­łem, że już nie żyjesz.

Nawet się nie zająk­nę­łam: -?Nie, jesz­cze się trzy­mam. Cią­gnę swój wózek, wciąż piszę.

Wybu­chli­śmy śmie­chem.

Nie musiał mówić nic wię­cej. Wszystko zro­zu­mia­łam: czy­tał mnie w liceum. Wszyst­kie książki, które wtedy czy­tał, napi­sali zapewne nie­ży­jący już męż­czyźni -?lub kobiety. Żaden z auto­rów oma­wia­nych w szkole śred­niej nie ma prawa być żywy.

Uwol­nij wewnętrzny głos wydano w 1986 roku. Czę­sto opo­wia­dam na spo­tka­niach autor­skich, że gdyby książka wyszła w latach pięć­dzie­sią­tych, oka­za­łaby się kom­pletną klapą. A tak poja­wiła się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych aku­rat w takim momen­cie, że cze­kały na nią całe hordy Ame­ry­ka­nów, pra­gną­cych oddać się eks­pre­sji. Pisa­nie jest ega­li­tarne; prze­cina linie geo­gra­ficzne, gra­nice klasy, płci i ras. Dostaję listy od prze­róż­nych fanek i fanów: wice­dy­rek­to­rów agen­cji ubez­pie­cze­nio­wych na Flo­ry­dzie, robot­ni­ków z Nebra­ski, pra­cow­ni­ków kamie­nio­łomu w Mis­so­uri, więź­niów z Tek­sasu, praw­ni­czek, leka­rzy, dzia­ła­czy na rzecz praw homo­sek­su­ali­stów, gospo­dyń domo­wych, biblio­te­ka­rzy, nauczy­cie­lek, księży, poli­ty­ków. Wkrótce po publi­ka­cji roz­po­częła się praw­dziwa rewo­lu­cja w pisa­niu. W księ­gar­niach zaczęły funk­cjo­no­wać osobne działy z książ­kami na ten temat. Któ­raś z moich uczen­nic powie­działa wtedy: "Już rozu­miem! Pisa­nie jest nową reli­gią".

"Ale czemu" -?pytali inni -?"nagle wszy­scy chcą pisać?".

Myślę, że nie każdy marzy o napi­sa­niu wiel­kiej powie­ści, jed­nak każdy chciałby przed śmier­cią opo­wie­dzieć swoją histo­rię -?o tym, do czego doszedł, co myśli, co czuje i co widzi. Pisa­nie przy­po­mina podą­ża­nie ścieżką, na któ­rej spo­ty­kamy sie­bie i wcho­dzimy ze sobą w intymną rela­cję. Pomyśl o tym: mrówki tego nie robią. Ani trawy. Ani rasowe konie, gór­skie wiązy, domowe koty, trawa czy kamie­nie. Pisa­nie jest uni­ka­towe dla gatunku ludz­kiego. Moż­liwe, że zapi­sane jest wręcz w naszym DNA. Powinno być wymie­nione w tek­ście Dekla­ra­cji nie­pod­le­gło­ści, w jed­nej linii z innymi nie­zbi­tymi pra­wami czło­wieka: "do życia, do wol­no­ści i do poszu­ki­wa­nia szczę­ścia -?oraz do pisa­nia".

Pisa­nie jest też tanie. Wystar­czy pióro, papier (albo kom­pu­ter, jeśli wolisz) i ludzki umysł. Jakie nie­zgłę­bione zaułki per­cep­cji można eks­plo­ro­wać? Jaka to była jesień, kiedy to księ­życ stał się ważny w twoim życiu? Kiedy zbie­ra­łaś te ide­al­nie doj­rzałe borówki? Jak długo cze­ka­łeś na swój pierw­szy praw­dziwy rower? Kim są twoje anioły? O czym myślisz? O czym nie myślisz? Na co patrzysz? Na co nie patrzysz? Pisa­nie karmi pew­ność sie­bie, uczy trwa­nia w prze­bu­dze­niu.

Za prak­tyką pisar­ską pro­po­no­waną w książce Uwol­nij wewnętrzny głos stoi licząca dwa tysiące lat prak­tyka zgłę­bia­nia taj­ni­ków umy­słu. Nie jest to więc owoc wyłącz­nie kre­atyw­nego pro­cesu Nata­lie. Chcia­łam, by tekst był dobrze uko­rze­niony, wsparty o solidne fun­da­menty. Kiedy zaczę­łam pisać, mia­łam już za sobą dzie­sięć lat regu­lar­nej medy­ta­cji, z czego sześć z nich pod prze­wod­nic­twem japoń­skiego mistrza zen. Skąd się biorą myśli? Wspo­mnie­nia, pomy­sły, a nawet słowo nawet? Medy­ta­cja i prak­tyka pisar­ska idą ze sobą w parze. Im lepiej rozu­miemy ludzki umysł -?nasze pod­sta­wowe narzę­dzie pisar­skie -?tym lep­sze, pew­niej­sze będzie nasze pisa­nie.

Kiedy niniej­sza książka poja­wiła się na rynku, okrzyk­nięto mnie geniu­szem. Uśmiech­nę­łam się, sły­sząc to, ale wie­dzia­łam, że to nie o mnie. Jedyny prze­błysk geniu­szu, jakim się wyka­za­łam, to sple­ce­nie zen z pisa­niem. Szcze­rze, z trzewi pra­gnę­łam zro­zu­mieć, jak wieść pisar­skie życie. Zawsze bar­dzo tego chcia­łam, ale nie wie­dzia­łam, jak to zro­bić - w szkole nas tego nie nauczyli. Pod­da­łam się na eta­pie stu­diów. Ale pra­gnie­nie trwało gdzieś pod­skór­nie, poza moją wie­dzą. Byłam zako­chana w czy­ta­niu i w lite­ra­tu­rze. Zna­łam histo­rie, któ­rych nie znał nikt inny: o mojej rodzi­nie, o pierw­szym poca­łunku, ostat­niej wizy­cie u fry­zjera, zapa­chu szał­wii wśród skał i mojej przy­jaźni z rośli­nami pora­sta­ją­cymi pust­ko­wia Nebra­ski. Musia­łam zwol­nić i zgłu­pieć (prze­stać brać wszystko za pew­nik), a potem obser­wo­wać i zauwa­żać, jak wszystko się ze sobą łączy, że z myślami można zła­pać kon­takt i prze­nieść je na papier.

Dziś chcia­ła­bym znów dostać za zada­nie napi­sa­nie opo­wia­da­nia na temat "Co robi­łam w waka­cje". Kiedy pisa­łam podobne w pią­tej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej, byłam prze­ra­żona i umia­łam jedy­nie zano­to­wać: "Było cie­ka­wie. Było miło. Świet­nie się bawi­łam". Dosta­łam nawet nie­złą ocenę. Ale mimo to zasta­na­wia­łam się wciąż, jak to się naprawdę robi? Dziś to dla mnie oczy­wi­ste. Trzeba mówić prawdę i to ze szcze­gó­łami: Moja mama zafar­bo­wała włosy na rudo, a paznok­cie u stóp malo­wała na srebrno. Osza­la­łam na punk­cie gry w chiń­czyka i wbie­ga­nia w zra­szacz, łapa­łam owady do sło­ika i kar­mi­łam je trawą. Ojciec dużo czasu spę­dzał, sie­dząc przy stole kuchen­nym, wpa­tru­jąc się przed sie­bie, nie odzy­wa­jąc się, z puszką budwe­isera w dłoni.

Jakaż to świetna oka­zja, by przy­po­mnieć sobie o wła­snym zauro­cze­niu blon­d­wło­sym chło­pa­kiem, który miesz­kał parę domów dalej, o mate­riale na temat nie­spra­wie­dli­wo­ści na tle raso­wym, który zoba­czy­łam w tele­wi­zji, a który wpra­wił mnie w osłu­pie­nie i ból, o tym, że bałam się, że moja sio­stra jest ład­niej­sza ode mnie, o sałatce zro­bio­nej razem z bab­cią. Ale wtedy nie wie­dzia­łam, jak o tym opo­wia­dać.

W tej książce uczę tego nas wszyst­kich -?uczniów star­szych i młod­szych.

Szcze­rze pra­gnę, aby ta książka zna­la­zła się w pro­gra­mie naucza­nia wszyst­kich szkół publicz­nych i pry­wat­nych, aby ucznio­wie nauczyli się zasad prak­tyki pisar­skiej, lepiej poznali sie­bie, poczuli radość w wyra­ża­niu się i zaufali temu, co myślą. Kiedy czło­wiek połą­czy się ze swoim umy­słem, to jest wła­śnie tym, kim jest, i zyskuje wol­ność.

Dawno temu czy­ta­łam lite­rac­kie przy­ka­za­nia Jacka Kero­uaca. Cztery z nich wzię­łam sobie na tej dro­dze szcze­gól­nie do serca:

Akcep­tuj utratę na zawsze Bądź pokorny wobec wszyst­kiego, otwarty, słu­cha­jący Bez stra­chu czy wstydu o god­ność two­jego doświad­cze­nia, języka i wie­dzę Kochaj swoje życie

Uwierz mi -?ty też możesz zna­leźć dla sie­bie miej­sce na prze­past­nej prze­strzeni pisar­stwa. Zmiesz­czą się wszy­scy.

A teraz bar­dzo pro­szę, idź już -?i pisz, aż zacznie się kurzyć.

gru­dzień 2004 r.

Wstęp

Przez cały okres nauki szkol­nej byłam uwa­żana za cho­dzący ideał. Zale­żało mi na tym, żeby nauczy­ciele mnie lubili. Uczy­łam się o prze­cin­kach, dwu­krop­kach i śred­ni­kach. Pisa­łam wypra­co­wa­nia pełne okrą­głych zdań -?nudne i bez polotu. Wyprane z wła­snych/ory­gi­nal­nych prze­my­śleń czy auten­tycz­nych emo­cji. Ocho­czo dostar­cza­łam nauczy­cie­lom tre­ści, któ­rych -?jak sądzi­łam -?ocze­ki­wali.

Na stu­diach zako­cha­łam się w lite­ra­tu­rze. Wpa­dłam po uszy. W kółko prze­pi­sy­wa­łam wier­sze Gerarda Man­leya Hop­kinsa, w ten spo­sób ucząc się ich na pamięć. Czy­ta­łam na głos Johna Mil­tona, Shel­leya, Keatsa, a następ­nie pada­łam zemdlona na swoje wąskie łóżko w pokoju w aka­de­miku. Stu­dio­wa­łam pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych, więc na mojej liście lek­tur kró­lo­wali pisa­rze-męż­czyźni, na ogół nie­ży­jący, pocho­dzący z Anglii lub innych czę­ści Europy. Byli wysoce ode­rwani od mojej codzien­no­ści i choć ich uwiel­bia­łam, żaden nie pisał o spra­wach, które doty­czyły mnie samej. Chyba pod­świa­do­mie przy­ję­łam, że pisa­nie nie leży w moim zasięgu. Ni­gdy nawet nie prze­szło mi przez myśl, że mogła­bym zostać pisarką -?skry­cie fan­ta­zjo­wa­łam za to o mężu-poecie.

Skoń­czy­łam stu­dia i wkrótce odkry­łam, że nikt nie zatrudni mnie, bym czy­tała powie­ści lub omdle­wała pod wpły­wem poezji. Razem z trójką zna­jo­mych w przy­zie­miu New­man Cen­ter w Ann Arbor w sta­nie Michi­gan zało­ży­li­śmy knajpkę, w któ­rej przy­go­to­wy­wa­li­śmy i poda­wa­li­śmy zdrowe lun­che. Był począ­tek lat sie­dem­dzie­sią­tych i rok przed otwar­ciem restau­ra­cji po raz pierw­szy skosz­to­wa­łam awo­kado. Nazwa­li­śmy to miej­sce Naked Lunch (Nagi lunch), inspi­ru­jąc się tytu­łem powie­ści Wil­liama Bur­ro­ughsa. Nagi lunch to "chwila, gdy sie­dzący przy stole zasty­gają nad tym, co mają na widel­cach". Poranki spę­dza­łam na pie­cze­niu muf­fi­nek z borów­kami albo -?jeśli wzięła mnie na takie ochota -?z masłem orze­cho­wym. Oczy­wi­ście zasta­na­wia­łam się, czy będą sma­ko­wać naszym klien­tom, choć z dru­giej strony wie­dzia­łam, że gdy wkła­dam w pie­cze­nie serce, to zazwy­czaj babeczki się udają. I tak otwo­rzy­li­śmy restau­ra­cję. Znik­nęła zewnętrzna instan­cja, która mogłaby wysta­wić nam szóstkę w szkole -?pozo­stał wewnętrzny kom­pas. Od tego punktu zaczę­łam uczyć się zaufa­nia do wła­snego umy­słu.

Był chyba wto­rek, goto­wa­łam rata­to­uille na lunch. Goto­wa­nie w gastro­no­mii ozna­cza, że nie kroi się jed­nej cebuli i jed­nego bakła­żana. Blat był zawa­lony cebu­lami, bakła­żanami, cuki­niami, pomi­do­rami i czosn­kiem. Na kro­je­niu warzyw spę­dzi­łam kilka godzin. Wie­czo­rem, gdy wra­ca­łam z pracy do domu, wstą­pi­łam do księ­garni Cen­ti­core przy State Street i zaczę­łam prze­cha­dzać się bez celu mię­dzy rega­łami. Moją uwagę przy­kuł cienki tomik wier­szy Fru­its and Vege­ta­bles (Owoce i warzywa) Eriki Jong. (Jong nie zdą­żyła jesz­cze wydać Stra­chu przed lata­niem i była wtedy na­dal autorką sto­sun­kowo nie­znaną). Pierw­szy wiersz, na który tra­fi­łam po otwar­ciu książki, opo­wia­dał o goto­wa­niu bakła­ża­nów! Byłam zdu­miona: "Czy to zna­czy, że można pisać o czymś takim?". O czymś tak zwy­czaj­nym? O rze­czach, które robi­łam na co dzień? Coś prze­sko­czyło w moim mózgu. Wró­ci­łam do domu z posta­no­wie­niem, żeby pisać o tym, co znam, i ufać wła­snym myślom i uczu­ciom, bez wyglą­da­nia poza sie­bie. Nie cho­dzi­łam już do szkoły: wolno mi było mówić to, co chcia­łam. Zaczę­łam pisać o swo­jej rodzi­nie, bo nikt nie mógł mi powie­dzieć, że robię to źle. W końcu nikt nie znał mojej rodziny tak dobrze, jak ja sama.

Wszystko to wyda­rzyło się pięt­na­ście lat temu. Bli­ska mi osoba powie­działa kie­dyś: "Zaufaj miło­ści, a zapro­wa­dzi cię tam, gdzie potrze­bu­jesz". Ja doda­ła­bym: "Zaufaj temu, co kochasz, rób to bez waha­nia, a zapro­wa­dzi cię tam, gdzie potrze­bu­jesz". Poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa za bar­dzo się nie przej­muj. Gdy zaczniesz robić to, co chcesz, głę­bo­kie, wewnętrzne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i tak się pojawi. Czy osoby o wyso­kich zarob­kach fak­tycz­nie są tak bez­pieczne, jak może się wyda­wać?

Przez ostat­nie jede­na­ście lat pro­wa­dzi­łam warsz­taty z pisa­nia na Uni­ver­sity of New Mexico, w Lama Foun­da­tion, dla hipi­sów w Taos w sta­nie Nowy Mek­syk, dla zakon­nic w Albu­qu­erque, dla mło­do­cia­nych prze­stęp­ców z Boul­der, na Uni­wer­sy­te­cie Min­ne­soty; w Nor­the­ast Col­lege, w szkole zawo­do­wej w Nor­folk w sta­nie Nebra­ska, w Min­ne­so­cie w ramach akcji Poeci do Szkół, w swoim domu w for­mie regu­lar­nych spo­tkań w nie­dzielne wie­czory, dla grup gejów. Moje metody się nie zmie­niają. Uczę wciąż tych samych, pro­stych prawd: zaufa­nia do wła­snych myśli i budo­wa­nia wiary w moc wła­snego doświad­cze­nia -?i w ogóle mnie to nie nuży. Wręcz prze­ciw­nie, wciąż pogłę­biam swoje rozu­mie­nie tych pod­staw.

W 1974 roku zaczę­łam prak­ty­ko­wać medy­to­wa­nie w pozy­cji sie­dzą­cej. W latach 1978-1984 przy­ję­łam ofi­cjalne nauki zen pod skrzy­dłami nauczy­ciela roshiego Dainina Kata­gi­riego (roshi to jeden z tytu­łów mistrzów zen) w Min­ne­sota Zen Cen­ter w Min­ne­apo­lis. Gdy się spo­ty­ka­li­śmy, zada­wa­łam mu różne pyta­nia na temat bud­dy­zmu i czę­sto trudno mi było zro­zu­mieć odpo­wiedź, dopóki nie powie­dział: "Wiesz, to tak samo, kiedy pod­czas pisa­nia...". Gdy porów­ny­wał coś do pro­cesu pisa­nia, wów­czas rozu­mia­łam. Jakieś trzy lata temu zapy­tał: "Po co przy­cho­dzisz na medy­ta­cję sie­dzącą? Czemu nie uczy­nisz z pisa­nia swo­jej formy prak­tyki zen? Jeśli zanu­rzysz się w to głę­boko, ponie­sie cię wszę­dzie".

To jest książka o pisa­niu. Mówi też o pisa­niu jako rodzaju prak­tyki i for­mie wspar­cia w odkry­wa­niu życia i utrzy­my­wa­niu rów­no­wagi psy­chicz­nej. To, jak opo­wia­dam o pisa­niu, można prze­ło­żyć na bie­ga­nie, malo­wa­nie czy cokol­wiek innego, co kochasz i czym zaj­mu­jesz się w życiu. Prze­czy­ta­łam kilka roz­dzia­łów mojemu zna­jo­memu, Joh­nowi Rol­l­wa­ge­nowi, pre­ze­sowi firmy Cray Rese­arch, a on stwier­dził: "Nata­lie, ale ty piszesz o biz­ne­sie. Wła­śnie tak wygląda pro­wa­dze­nie inte­re­sów. Nie widzę róż­nic".

Pisa­nia nie uczymy się w jed­no­lity, line­arny spo­sób. Nie ist­nieje instruk­cja typu od-A-do-B-do-C, któ­rej wypeł­nie­nie sprawi, że sta­niesz się dobrym pisa­rzem bądź pisarką. Nie ma jed­nej prawdy na temat pisa­nia, która wyczer­puje wszyst­kie wątki. Tych prawd jest wię­cej. Prak­ty­ko­wa­nie pisa­nia ozna­cza sta­wia­nie czoła swo­jemu życiu we wszyst­kich jego prze­ja­wach. Nauczysz się, jak nasta­wić skrę­coną kostkę, ale te same umie­jęt­no­ści nie spraw­dzą się przy zakła­da­niu plomby w dziu­ra­wym zębie. Znaj­dziesz w tej książce roz­dział, w któ­rym będę cię zachę­cać do pisa­nia pre­cy­zyj­nego i kon­kret­nego, co ma pomóc na bolączki roz­wle­kłych dygre­sji -?ale w kolej­nym prze­czy­tasz, żeby odpu­ścić kon­trolę i dać się w pisa­niu nieść falom emo­cji. To ma z kolei zachę­cić cię do wyra­ża­nia tego, co chce się wyra­zić gdzieś głę­boko w tobie. W jed­nym roz­dziale radzę, by urzą­dzić sobie rodzaj pra­cowni, osobne miej­sce do pisa­nia, tylko po to, by w następ­nym napi­sać: "Wyjdź z domu, byle dalej od brud­nych garów. Idź pisać do kawiarni". Różne tech­niki spraw­dzają się w róż­nych oko­licz­no­ściach. Każda chwila ma inne potrzeby. Nie ma jed­nej zawsze dzia­ła­ją­cej metody. I nie jest tak, że jedna jest dobra, a druga zła.

Kiedy pro­wa­dzę zaję­cia, zachę­cam swo­ich uczniów do pisa­nia z trzewi, o tym, co naj­waż­niej­sze; do prze­bu­dze­nia swo­jego wewnętrz­nego głosu. Zdaję sobie przy tym sprawę, że nie wystar­czy rzu­cić: "Dobra, to pisz­cie moż­li­wie kla­row­nie i z serca". W ramach warsz­ta­tów pró­bu­jemy się z róż­nymi tech­ni­kami i meto­dami. W końcu każdy z uczniów dociera do swo­jego spo­sobu dzia­ła­nia i zyskuje jasność odno­śnie do tego, co i jak chce opo­wia­dać. Rzadko kiedy jed­nak koń­czę warsz­taty pod­su­mo­wa­niem tego typu: "A więc na trze­cich zaję­ciach zaj­mo­wa­li­śmy się tym i tam­tym - teraz na pewno wie­cie, jak pisać".

Podob­nie rzecz się ma z lek­turą tej książki. Można ją czy­tać po pro­stu od początku do końca, co jest szcze­gól­nie dobrym pomy­słem przy pierw­szym podej­ściu. Można też otwo­rzyć ją na dowol­nym roz­dziale i czy­tać od środka -?każdy two­rzy bowiem osobną, zamkniętą całość. Posta­raj się roz­luź­nić i chłoń słowa całym cia­łem i umy­słem -?jak przez osmozę. Nie ogra­ni­czaj się do lek­tury. Pisz. Zaufaj sobie. Poznaj swoje potrzeby. Uży­waj tej książki.

Umysł, pióro i papier początkującego

LUBIĘ PRO­WA­DZIĆ zaję­cia pisar­skie dla począt­ku­ją­cych. Sta­ram się wów­czas przy­wo­łać w sobie stan umy­słu osoby, która dopiero zaczyna; przy­po­mnieć sobie, co myśla­łam i jak odczu­wa­łam pisa­nie na samym początku. W pew­nym sen­sie trzeba wra­cać do tego punktu zawsze, gdy sia­damy do pisa­nia. Nawet jeśli przed dwoma mie­sią­cami napi­sa­li­śmy coś naprawdę dobrego, to wcale nie mamy pew­no­ści, że uda się to powtó­rzyć. Przy każ­dym początku zasta­na­wiamy się, jakim cudem robi­li­śmy to wcze­śniej. Za każ­dym razem wyru­szamy w nową podróż bez mapy.

Dla­tego kiedy na warsz­ta­tach powta­rzam tę samą histo­rię, to mam na uwa­dze, że moi ucznio­wie sły­szą ją po raz pierw­szy. Zaczy­nam razem z nimi -?od pod­staw.

Po pierw­sze, wybierz odpo­wied­nie pióro. Musi sunąć po papie­rze gładko i szybko, bo stru­mień myśli i tak pły­nie szyb­ciej, niż poru­sza się ręka. Nie potrze­bu­jesz dodat­ko­wych opóź­nień wywo­ła­nych przez opór narzę­dzia. Zwy­kły dłu­go­pis, ołó­wek czy fla­ma­ster piszą raczej wolno. Przejdź się do sklepu papier­ni­czego i wybierz wygodne dla sie­bie pióro. Wypró­buj różne rodzaje. Nie kom­bi­nuj za bar­dzo i nie kupuj nic dro­giego. Ja naj­czę­ściej uży­wam tanich piór wiecz­nych firmy She­af­fer, które kosz­tują nie­całe dwa dolary sztuka. Mają wymienne wkłady. Przez lata prze­ro­bi­łam ich setki, w każ­dym moż­li­wym kolo­rze. Tro­chę ciekną, ale piszą szybko. Dostępne w sprze­daży są rów­nież pióra kul­kowe -?one też piszą szybko, choć nieco trud­niej utrzy­mać nad nimi kon­trolę. Ważne, żeby wyraź­nie czuć, jak pióro pra­cuje na papie­rze, w tym jego opór.

Kolejna sprawa to notat­nik. To ważna rzecz -?narzę­dzie pracy jest dla pisa­rza tym, czym mło­tek i gwoź­dzie dla sto­la­rza. (Co za szczę­ście -?dla nas finan­sowy próg wej­ścia do zawodu jest niski!). Nie­któ­rzy wybie­rają dro­gie notesy w twar­dych opra­wach. Są nie­zgrabne i cięż­kie, a do tego ładne, co wywo­łuje pre­sję, że powsta­jące w nich zapi­ski muszą być dobre. A tu cho­dzi o coś zgoła innego: masz mieć poczu­cie, że nawet jeśli napi­szesz coś strasz­nie sła­bego, to nic się nie sta­nie. Daj sobie masę prze­strzeni do eks­plo­ro­wa­nia pisa­nia. Tani notes z spi­ral­nym grzbie­tem sprawi, że wyj­dziesz z zało­że­nia, że możesz szybko go wypeł­nić i kupić kolejny. Poza tym łatwiej zabrać go ze sobą. (Kupu­jąc torebki, czę­sto zwra­cam uwagę na to, czy zmiesz­czą mój notes).

Gar­field, Mup­pety, Myszka Miki, Gwiezdne Wojny. Lubię, gdy zeszyt ma zabawną okładkę. Naj­więk­szy wybór jest we wrze­śniu, kiedy roz­po­czyna się rok szkolny. Kosz­tują odro­binę wię­cej niż te z pro­stymi okład­kami, ale mam z nich frajdę. Trudno mi brać samą sie­bie na poważ­nie, kiedy otwie­ram zeszyt ze Sno­opym. Wyra­zi­ste okładki poma­gają mi też upo­rząd­ko­wać je w pamięci -?"O tak, zeszłego lata pisa­łam w zeszy­tach ze sce­nami z rodeo". Prze­te­stuj różne rodzaje -?czy­ste, w linie i w kratkę. W twar­dych i mięk­kich okład­kach. Dobierz taki, z któ­rym będzie ci po pro­stu dobrze.

Wiel­kość notat­nika też ma zna­cze­nie. Mały notes zmie­ści się w kie­szeni, ale zapra­sza raczej myśli małego for­matu. Co też jest w porządku. Wil­liam Car­los Wil­liams, popu­larny poeta ame­ry­kań­ski i pedia­tra zara­zem, wiele wier­szy stwo­rzył w prze­rwach mię­dzy kolej­nymi wizy­tami, korzy­sta­jąc z blocz­ków recept.

Detal Dok­torku, szu­ka­łem cię Wiszę ci dwa dolce. Jak leci? U mnie dobrze. Jak będę miał kasę To ci ją przy­niosę1.

W zbio­rach jego twór­czo­ści znaj­dziesz wię­cej poema­tów, które miesz­czą się na recep­to­wym druczku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki