Słowo wstępne Julii Cameron
-?JULIA, NO CHODŹ! Jest cudownie! -?Głos
Natalie Goldberg przebijał się przez ryk Rio Grande. Próbowała zachęcić
mnie do pływania, zapewniając, że miejsce jest bezpieczne i spokojne.
Wcale tak nie było. Prąd był silny i wyłącznie wytrawna pływaczka -?taka
jak Natalie -?mogła rzucić wyzwanie tej głębi.
-?No chodź! -?zawołała ponownie. -?Przeżyjesz zachwyt. -?I tak, zarażona
jej entuzjazmem, wstąpiłam w nurt rzeki, silny i szybki jednocześnie.
Zaraz straciłam grunt pod nogami i zaczęłam krztusić się wodą. Natalie
tylko się śmiała. -?Czy nie jest cudownie? -?wołała. -?Spróbuj się
rozluźnić.
Natalie poddawała się prądowi rzeki. -?Doskonale ci idzie -?zapewniała,
podczas gdy ja w myślach pisałam swój nekrolog: "Pisarka skacze do wody
i tonie".
Gdy poproszono mnie o napisanie przedmowy do jubileuszowego,
trzydziestego wydania książki Uwolnij wewnętrzny głos, złapałam się na
wspomnieniu tamtego popołudnia nad Rio Grande i entuzjazmu Natalie,
który skusił mnie do opuszczenia bezpiecznego brzegu. "Przecież ona uczy
w ten sam sposób" -?zdałam sobie sprawę. Ponad milion czytelników i czytelniczek podążyło za nią i z odwagą skoczyło w wielką głębię słów.
"Po prostu się zanurz" -?zachęca Natalie-nauczycielka. "Zacznij tam,
gdzie jesteś". Zainspirowani jej przekonaniem, że w każdym z nas kryją
się żywe opowieści tylko czekające na spisanie, uczniowie Natalie
zostawiają kolejne znaki na papierze, niesieni jej uskrzydlającymi
wskazówkami. Uwolnij wewnętrzny głos to zbiór krótkich esejów. Zgodnie
z tym, czego sama uczy, Natalie otwiera go esejem: Umysł, pióro i papier początkującego. Potem przychodzi czas, by odepchnąć się od
brzegu. "Nie przerywaj pisania" -?zaleca. "Niczego nie wykreślaj, nie
przejmuj się pisownią, interpunkcją i gramatyką; odpuść kontrolę; nie
myśl -?szczególnie logicznie, uderzaj w najczulsze punkty".
Innymi słowy -?skacz na głęboką wodę.
-?Masz ochotę na pomidora? -?Dwadzieścia lat później spędzam z Natalie
inne popołudnie. Tym razem stoimy przy blacie w jej kuchni, a ona
namawia mnie, bym wzięła choć jeden soczysty kęs. Pomidor pochodzi z jej
uprawy, zerwała go własnoręcznie. Choć nie nawykłam do wgryzania się w pomidory jak w brzoskwinie, Natalie pokazuje mi, ile odwagi trzeba, by
zobaczyć w tym warzywie coś wartego zjedzenia samego w sobie, a nie
tylko zwyczajny składnik potraw.
"Przecież ona uczy w ten sam sposób" -?pojawiło się w mojej głowie.
Wszystko jest kwestią pobudzenia apetytu. I kwestią spełnienia. Teksty
Natalie są pełne smakowitych szczegółów. Zerwany w ogrodzie pomidor ma w sobie potencjał, by stać się bohaterem osobnego eseju.
"Wplataj do pisania oryginalne szczegóły" -?poleca swoim uczniom i uczennicom Natalie. Nasze życie jest pełne detali takich jak dojrzały,
czerwony pomidor jedzony prosto z krzaka. Teksty Natalie są jak pokarm
dla ducha, a jej apetyt na życie porusza -?jest o czym myśleć.
Santa Fe
lipiec 2015 r.
Słowo wstępne Billa Addisona
GDY PRZEDSTAWIAM SIĘ jako krytyk kulinarny,
który jeździ po kraju i za granicę, by smakować potrawy w restauracjach
serwujących wszystkie możliwe kuchnie świata, często słyszę w odpowiedzi: "Ale niesamowita praca! Jak się w ogóle zostaje kimś
takim?". Krótka wersja odpowiedzi brzmi: w 2002 roku pożegnał się ze mną
"Creative Loafing", miesięcznik z wydarzeniami kulturalnymi z Atlanty.
Odpowiedź pełna to: wszystko przez Natalie Goldberg i Uwolnij
wewnętrzny głos.
Przyjaciółka z liceum sprezentowała mi kopię Głosu na moje dwudzieste
pierwsze urodziny, w 1993 roku. Wiedziała, że uwielbiam jedzenie, i w dopisku na stronie tytułowej zasugerowała, że mógłbym napisać coś o restauracji, w której wspólnie pochłonęliśmy sterty pływających w sosie
żeberek z grilla. Wskazówki zawarte w tej książce zacząłem jednak w pełni przyswajać dopiero rok później, po odebrania dyplomu uczelni
wyższej. Studiowałem śpiew i aktorstwo i trzymałem się mocno utartych
definicji sukcesu: albo człowiek od razu zdobywa sławę i staje się
gwiazdą estrady lub srebrnego ekranu, albo jest skazany na porażkę.
Wpadłem na pomysł, że ćwiczenia z pisania -?podstawy podejścia opisanego
przez Natalie Goldberg -?pomogą mi w układaniu tekstów piosenek. Stało
się jednak inaczej -?pisanie stało się moim sposobem na utrzymanie, a książkę tę zacząłem traktować jak przewodnik po życiu.
"Potrzebujesz dać sobie jak najwięcej miejsca i nie określać celu" -
mówi Natalie w trzecim eseju. (Na prowadzone przez nią warsztaty
dotarłem wiele lat później, jednak intymny klimat, w jakim wypowiada się
w książce, sprawił, że odniosłem wrażenie, jakbyśmy dawno przeszli na
"ty"). Ta wskazówka uciszyła jęk w moim mózgu. Podobnie działała sama
praktyka pisania: siadałem w kawiarni, notowałem jakiś temat na stronie
notatnika i poruszałem piórem, nie zatrzymując się ani na chwilę, by
zastanowić się, co właściwie piszę. Z początku moje sesje trwały
dziesięć minut, stopniowo wydłużając się do dwudziestu, trzydziestu i wreszcie do godziny.
Praktyka pisania była w stanie pomieścić wszystko: krwiste mięso moich
emocji i zamglone zwierciadła wspomnień. Przewróciłem do góry nogami
każdy zakamarek mojego życia, ale ostatecznie stało się to, co Natalie
zapowiedziała na stronie: "Pisarze na ogół kończą na pisaniu o swoich
obsesjach". Ja pisałem przede wszystkim o jedzeniu. W tamtym czasie
często się przeprowadzałem i pracowałem w różnych restauracjach jako
specjalista od deserów. Wypełniałem notatniki przemyśleniami na temat
kruszonek owocowych (z płatkami owsianymi czy bez?), smaków lodów (a gdyby tak połączyć czerwoną pomarańczę z karmelem?), po czym płynnie
przechodziłem we wspominki o zapiekance z dorsza, którą moja babcia
przyrządzała w Wielki Piątek, albo o chiles rellenos, które tak mi
smakowały w Arizonie. Głos i praktyka pisarska nauczyły mnie zaufania
do własnego umysłu i przenoszenia moich myśli na papier w klarowny
sposób.
To z kolei zaprowadziło mnie do mojego obecnego zajęcia: zawodowo piszę
o jedzeniu. Po ośmiu latach pisarskich wprawek, idąc za radą Natalie,
założyłem grupę pisarską, w której każdy zajmował się bliżej takim
rodzajem tekstów, jaki był dla niego bądź dla niej najbardziej
atrakcyjny. Miałem całe segregatory wycinków z recenzjami restauracji
pisanymi przez najlepszych krytyków kulinarnych z całego kraju. Umówiłem
się na spotkanie z wieloletnim felietonistą "Creative Loafing", który z kolei skontaktował mnie z redaktorką do spraw kulinarnych tego tytułu.
Okazało się, że szuka nowego krytyka i dała mi próbne zadanie -?miałem
zrecenzować podmiejską włoską knajpę The Roasted Garlic. Dwukrotnie
wybrałem się tam na kolację i nadeszła pora, by zabrać się za pisanie.
Panika obezwładniła mnie zupełnie, wpatrywałem się tępo w ekran laptopa.
Jak tu zacząć? Ach, no tak: narzucić sobie dyscyplinę czasową. Umówiłem
się ze sobą na dwadzieścia minut. Czas -?start! Opisałem olbrzymie dania
obsypane skarmelizowaną cebulką, mozzarellą i kiełbasą i stosy pudełek
na wynos, w których zabieraliśmy niedojedzone porcje. Zawiązała się
opowieść; czułem się pewien swoich opinii. Po oddaniu tekstu przyszła
odpowiedź redakcji: "Naprawdę nigdy wcześniej się nie publikowałeś? Masz
bardzo mocny głos". Redaktorka zleciła mi kolejne recenzje. Każdą z nich
rozpoczynałem od praktyki pisarskiej (wciąż tak robię). Dziewięć
miesięcy później dostałem w tej gazecie etat; cztery lata doświadczenia
w tym miejscu otworzyły mi drogę do publikacji gościnnych w "San
Francisco Chronicle", "Dallas Morning News", "Atlanta Magazine" i wreszcie do obecnego stanowiska w "Eater".
Przez te wszystkie lata czułem niesłabnący zachwyt dla Głosu -?ta
książka to coś więcej niż motywacyjny przewodnik dla początkujących
pisarzy. Bliżej jej do literackiej biografii pisarki. Natalie
udokumentowała proces, przez który przeszła, dzięki czemu dziś jest w stanie spotkać się z czytelnikami w dowolnym punkcie ich drogi. Gdy
czuję się osamotniony w sztuce pisania albo gdy coś mnie blokuje czy coś
jest niejasne -?sięgam po Głos i zawsze znajduję w nim pocieszenie i ulgę. (A do tego po lekturze mam straszą ochotę na czekoladę). Nieważne,
czy jesteś uznanym powieściopisarzem, początkującą eseistką,
dziennikarzem śledczym, nad którym wisi termin, czy po prostu istotą
ludzką, która pragnie głębszego wejścia w swoje życie -?mądrości zawarte
w tej książce stanowią zbiór niezwykle przydatnych narzędzi, dzięki
którym pisarze i pisarki wyrażają się z jeszcze większą pełnią. I mówię
to z perspektywy dwudziestu dwóch lat doświadczeń.
Atlanta, Georgia
lipiec 2015 r.
Przedmowa do wydania trzydziestego -?jubileuszowego
NAJLEPSZA ROBOTA, jaką w życiu złapałam,
polegała na tym, że na dwa lata objęłam stanowisko poetki-rezydentki w dużej szkole podstawowej w centrum miasta Minneapolis w stanie
Minnesota. Razem z uczniami studiowaliśmy dzieła wielkich twórców
japońskiego haiku, wiersze D.H. Lawrence'a, Williama Carlosa Williamsa,
Franka O'Hary, a nawet kilka akapitów Gertrudy Stein. Pod koniec
pierwszego roku mój szacunek do uczniów był ogromny. Nie dyskryminowałam
ich ze względu na wiek, nie zachowywałam się protekcjonalnie.
Pokazywałam im nawet wiersze, które wtedy pisałam -?skomplikowane, gęste
od znaczeń utwory -?i ufałam ich reakcjom. Trzecioklasiści, których
spotkałam na swojej drodze, byli niezwykle otwarci i szczerzy, a mimo to
nieskażeni doświadczeniem, choć potrafili już czytać i pisać -
połączenie idealne. Wracam do tego myślami dzisiaj, co niezwykłe; jest
maj, żonkile w końcu wyszły z ziemi w naszym północnym klimacie, a ja
przeczytałam w klasie długi lament, który napisałam na temat wszystkich
ludzi, których znałam, kochałam i straciłam.
Po skończonym czytaniu pokręciłam głową z rezygnacją. "Nie mam pomysłu
na tytuł. Pomożecie?".
Siedzący w pierwszym rzędzie szczupły dziewięciolatek, kościsty i pociągły, w białym T-shircie i beżowych spodniach, przechylił głowę i podniósł rękę. Zdarza mi się zapominać, jak ma na imię, więc w głowie
nadałam mu swoje, które wydaje mi się bardzo zbliżone do właściwego:
Raphael Lamar James. Odezwał się czystym, wyważonym głosem -?a wiązy za
oknem aż buchały pierwszym ładunkiem zieleni:
-?Pani Goldberg, co pani powie na "Niech świat wróci do moich korzeni"?
-?Skąd to wziąłeś? -?O mały włos spadłabym z krzesła.
Rozłożył ręce i pokręcił głową. -?Po prostu pomyślałem, że będzie
pasować.
-?Raphaelu Lamarze, nigdy cię nie zapomnę -?przyrzekłam uroczyście i równo z dzwonkiem, podkreślającym moje ostatnie słowa i półprawdę.
I faktycznie wciąż o nim pamiętam. Zgubiłam gdzieś imię, chociaż dźwięk
tamtego dzwonka obija mi się po czaszce od tylu lat. Powtarza jedno
zdanie: tamten trzecioklasista rozumiał, o co chodzi. Że w końcu trzeba
przyjąć świat, przestać gonić i -?jak mówimy w zen -?"odłożyć "ja" na
półkę".
Ponad trzydzieści lat temu, gdy ja sama miałam trzydzieści lat,
napisałam tekst, który dziś znany jest jako Uwolnij wewnętrzny głos, i poczułam przerażenie na myśl o domykaniu tej szczeliny, która nie
pozwalała mi żyć ze sobą w pełnej zgodzie, w końcu odłożyć swoje "ja" na
półkę. Byłam przekonana, że spotkam się z kpiną i krytyką, zupełnie jak
w szkole i w domu. Byłam też jednak zdeterminowana, by poznać samą
siebie, utrwalić to, co widziałam i czułam, dać swojemu umysłowi
przyzwolenie na bieganie luzem, bez ograniczeń i cenzury. Nie miałam
pojęcia, że przełamywałam tym samym paradygmat, który narósł wokół
pisania -?jego pojmowania i nauczania -?w moim kraju. W tamtych czasach
w księgarni próżno szukać było półek wypełnionych instruktażowymi
książkami inspirującymi do pisania. Odwagę, by zaufać swojemu umysłowi i przelewać słowo po słowie na papier, musiałam zdobyć sama.
Gotowy manuskrypt rozesłałam do siedmiu dużych nowojorskich wydawnictw.
Cztery z nich wysiliły się na tyle, że odesłały mi tekst z informacją o odrzuceniu i kilkoma akapitami uwag kpiących z tego, co proponowałam -
że pisanie jest dostępne dla wszystkich, że można je ćwiczyć i że nie
należy do garstki wybrańców. Żałuję, że nie zachowałam tych listów -
wtedy nie mogłam ich zdzierżyć i trafiły do kosza.
Następnie podesłałam tekst do wydawcy ze stosunkowo młodego, mniejszego
wydawnictwa. Dołączyłam liścik: "Chętnie umówię się na lunch". Syn mojej
kuzynki urządzał bar micwę w Bostonie, gdzie swoją siedzibę miała
Shambala. Postanowiłam wybrać się na wschód pod pretekstem spraw
rodzinnych i na miejscu spróbować popchnąć sprawy do przodu.
Redaktorka przeczytała manuskrypt w nocy przed spotkaniem i nad miską
zupy cebulowej złożyła mi propozycję wydania książki. Udawałam
nieporuszoną, ale gdy wyszłam i ruszyłam na dworzec, zalałam się łzami -
ktoś chciał wydać moją książkę.
Czego nauczyłam się o pisaniu przez te trzydzieści lat? Mam na koncie
czternaście książek, a to, co zawarłam w Głosie, stanowi fundament, na
którym oparłam i zbudowałam swój pisarski styl. Fundament, który pomaga
mi zachować szczerość, pokazuje, jak przetrwać trudniejsze chwile i jak
porzucić myślenie dyskursywne i skosztować prawdziwego mięsa naszych
umysłów i otaczającego nas ze wszech stron życia.
Wiele osób z aspiracjami pisarskimi podświadomie szuka spokoju,
korzystnych okoliczności, potwierdzenia naszego szczęścia czy analizy
uszkodzeń, w nadziei, że uda im się objąć ogrom cierpienia i mu
zaradzić.
Podczas wyjazdów i warsztatów pisarskich często powtarzam: "Nie uczę
was, byście pisali w tym tygodniu, ale byście kontynuowali ćwiczenia po
wyjeździe". Pisanie książki to praca ulotna, wymagająca skupienia na
szczególe. Niezbędne jest przyjęcie szerszej perspektywy. Traktuj
pisanie jak związek na całe życie.
Ktoś mi bliski zażartował kiedyś: "Epitafium na nagrobku Natalie?
DZIAŁAJ bez końca".
Czemu by nie? Pisanie pozwala nam wygładzić krawędzie i stopić się ze
wszystkim.
To dla mnie olbrzymi zaszczyt, że Głos jest czytany od tylu lat. I, co
nawet ważniejsze, że okazał się tak pomocny.
Dziękuję.
maj 2015 r.
Przedmowa do wydania drugiego
ROK TEMU, w grudniową noc w Santa Fe w Nowym Meksyku, wybrałam się na przyjęcie urodzinowe młodego filmowca,
którego znałam przelotnie. Pół godziny spędziłam blisko stołu z bufetem,
rozmawiając ze świeżo poznanym trzydziestoparolatkiem. Nie było
wątpliwości, że to poważny poeta; powiedziałam mu, że kiedyś też byłam
poetką, zanim napisałam pierwszą książkę. Przerzucaliśmy się dowcipnymi
docinkami. Bawiłam się świetnie.
Niespodziewanie wyraz jego twarzy się zmienił. -?No dobrze, to co
właściwie napisałaś? -?spytał.
-?Różne książki -?odparłam -?ale najbardziej znaną jest Uwolnij
wewnętrzny głos.
-?Nie żartuj! -?Wytrzeszczył oczy w zdziwieniu. -?Myślałem, że już nie
żyjesz.
Nawet się nie zająknęłam: -?Nie, jeszcze się trzymam. Ciągnę swój wózek,
wciąż piszę.
Wybuchliśmy śmiechem.
Nie musiał mówić nic więcej. Wszystko zrozumiałam: czytał mnie w liceum.
Wszystkie książki, które wtedy czytał, napisali zapewne nieżyjący już
mężczyźni -?lub kobiety. Żaden z autorów omawianych w szkole średniej
nie ma prawa być żywy.
Uwolnij wewnętrzny głos wydano w 1986 roku. Często opowiadam na
spotkaniach autorskich, że gdyby książka wyszła w latach
pięćdziesiątych, okazałaby się kompletną klapą. A tak pojawiła się w Stanach Zjednoczonych akurat w takim momencie, że czekały na nią całe
hordy Amerykanów, pragnących oddać się ekspresji. Pisanie jest
egalitarne; przecina linie geograficzne, granice klasy, płci i ras.
Dostaję listy od przeróżnych fanek i fanów: wicedyrektorów agencji
ubezpieczeniowych na Florydzie, robotników z Nebraski, pracowników
kamieniołomu w Missouri, więźniów z Teksasu, prawniczek, lekarzy,
działaczy na rzecz praw homoseksualistów, gospodyń domowych,
bibliotekarzy, nauczycielek, księży, polityków. Wkrótce po publikacji
rozpoczęła się prawdziwa rewolucja w pisaniu. W księgarniach zaczęły
funkcjonować osobne działy z książkami na ten temat. Któraś z moich
uczennic powiedziała wtedy: "Już rozumiem! Pisanie jest nową religią".
"Ale czemu" -?pytali inni -?"nagle wszyscy chcą pisać?".
Myślę, że nie każdy marzy o napisaniu wielkiej powieści, jednak każdy
chciałby przed śmiercią opowiedzieć swoją historię -?o tym, do czego
doszedł, co myśli, co czuje i co widzi. Pisanie przypomina podążanie
ścieżką, na której spotykamy siebie i wchodzimy ze sobą w intymną
relację. Pomyśl o tym: mrówki tego nie robią. Ani trawy. Ani rasowe
konie, górskie wiązy, domowe koty, trawa czy kamienie. Pisanie jest
unikatowe dla gatunku ludzkiego. Możliwe, że zapisane jest wręcz w naszym DNA. Powinno być wymienione w tekście Deklaracji niepodległości,
w jednej linii z innymi niezbitymi prawami człowieka: "do życia, do
wolności i do poszukiwania szczęścia -?oraz do pisania".
Pisanie jest też tanie. Wystarczy pióro, papier (albo komputer, jeśli
wolisz) i ludzki umysł. Jakie niezgłębione zaułki percepcji można
eksplorować? Jaka to była jesień, kiedy to księżyc stał się ważny w twoim życiu? Kiedy zbierałaś te idealnie dojrzałe borówki? Jak długo
czekałeś na swój pierwszy prawdziwy rower? Kim są twoje anioły? O czym
myślisz? O czym nie myślisz? Na co patrzysz? Na co nie patrzysz? Pisanie
karmi pewność siebie, uczy trwania w przebudzeniu.
Za praktyką pisarską proponowaną w książce Uwolnij wewnętrzny głos
stoi licząca dwa tysiące lat praktyka zgłębiania tajników umysłu. Nie
jest to więc owoc wyłącznie kreatywnego procesu Natalie. Chciałam, by
tekst był dobrze ukorzeniony, wsparty o solidne fundamenty. Kiedy
zaczęłam pisać, miałam już za sobą dziesięć lat regularnej medytacji, z czego sześć z nich pod przewodnictwem japońskiego mistrza zen. Skąd się
biorą myśli? Wspomnienia, pomysły, a nawet słowo nawet? Medytacja i praktyka pisarska idą ze sobą w parze. Im lepiej rozumiemy ludzki umysł
-?nasze podstawowe narzędzie pisarskie -?tym lepsze, pewniejsze będzie
nasze pisanie.
Kiedy niniejsza książka pojawiła się na rynku, okrzyknięto mnie
geniuszem. Uśmiechnęłam się, słysząc to, ale wiedziałam, że to nie o mnie. Jedyny przebłysk geniuszu, jakim się wykazałam, to splecenie zen z pisaniem. Szczerze, z trzewi pragnęłam zrozumieć, jak wieść pisarskie
życie. Zawsze bardzo tego chciałam, ale nie wiedziałam, jak to zrobić -
w szkole nas tego nie nauczyli. Poddałam się na etapie studiów. Ale
pragnienie trwało gdzieś podskórnie, poza moją wiedzą. Byłam zakochana w czytaniu i w literaturze. Znałam historie, których nie znał nikt inny: o mojej rodzinie, o pierwszym pocałunku, ostatniej wizycie u fryzjera,
zapachu szałwii wśród skał i mojej przyjaźni z roślinami porastającymi
pustkowia Nebraski. Musiałam zwolnić i zgłupieć (przestać brać wszystko
za pewnik), a potem obserwować i zauważać, jak wszystko się ze sobą
łączy, że z myślami można złapać kontakt i przenieść je na papier.
Dziś chciałabym znów dostać za zadanie napisanie opowiadania na temat
"Co robiłam w wakacje". Kiedy pisałam podobne w piątej klasie szkoły
podstawowej, byłam przerażona i umiałam jedynie zanotować: "Było
ciekawie. Było miło. Świetnie się bawiłam". Dostałam nawet niezłą ocenę.
Ale mimo to zastanawiałam się wciąż, jak to się naprawdę robi? Dziś to
dla mnie oczywiste. Trzeba mówić prawdę i to ze szczegółami: Moja mama
zafarbowała włosy na rudo, a paznokcie u stóp malowała na srebrno.
Oszalałam na punkcie gry w chińczyka i wbiegania w zraszacz, łapałam
owady do słoika i karmiłam je trawą. Ojciec dużo czasu spędzał, siedząc
przy stole kuchennym, wpatrując się przed siebie, nie odzywając się, z puszką budweisera w dłoni.
Jakaż to świetna okazja, by przypomnieć sobie o własnym zauroczeniu
blondwłosym chłopakiem, który mieszkał parę domów dalej, o materiale na
temat niesprawiedliwości na tle rasowym, który zobaczyłam w telewizji, a który wprawił mnie w osłupienie i ból, o tym, że bałam się, że moja
siostra jest ładniejsza ode mnie, o sałatce zrobionej razem z babcią.
Ale wtedy nie wiedziałam, jak o tym opowiadać.
W tej książce uczę tego nas wszystkich -?uczniów starszych i młodszych.
Szczerze pragnę, aby ta książka znalazła się w programie nauczania
wszystkich szkół publicznych i prywatnych, aby uczniowie nauczyli się
zasad praktyki pisarskiej, lepiej poznali siebie, poczuli radość w wyrażaniu się i zaufali temu, co myślą. Kiedy człowiek połączy się ze
swoim umysłem, to jest właśnie tym, kim jest, i zyskuje wolność.
Dawno temu czytałam literackie przykazania Jacka Kerouaca. Cztery z nich
wzięłam sobie na tej drodze szczególnie do serca:
Akceptuj utratę na zawsze
Bądź pokorny wobec wszystkiego, otwarty, słuchający
Bez strachu czy wstydu o godność twojego doświadczenia, języka i wiedzę
Kochaj swoje życie
Uwierz mi -?ty też możesz znaleźć dla siebie miejsce na przepastnej
przestrzeni pisarstwa. Zmieszczą się wszyscy.
A teraz bardzo proszę, idź już -?i pisz, aż zacznie się kurzyć.
grudzień 2004 r.
Wstęp
Przez cały okres nauki szkolnej byłam
uważana za chodzący ideał. Zależało mi na tym, żeby nauczyciele mnie
lubili. Uczyłam się o przecinkach, dwukropkach i średnikach. Pisałam
wypracowania pełne okrągłych zdań -?nudne i bez polotu. Wyprane z własnych/oryginalnych przemyśleń czy autentycznych emocji. Ochoczo
dostarczałam nauczycielom treści, których -?jak sądziłam -?oczekiwali.
Na studiach zakochałam się w literaturze. Wpadłam po uszy. W kółko
przepisywałam wiersze Gerarda Manleya Hopkinsa, w ten sposób ucząc się
ich na pamięć. Czytałam na głos Johna Miltona, Shelleya, Keatsa, a następnie padałam zemdlona na swoje wąskie łóżko w pokoju w akademiku.
Studiowałam pod koniec lat sześćdziesiątych, więc na mojej liście lektur
królowali pisarze-mężczyźni, na ogół nieżyjący, pochodzący z Anglii lub
innych części Europy. Byli wysoce oderwani od mojej codzienności i choć
ich uwielbiałam, żaden nie pisał o sprawach, które dotyczyły mnie samej.
Chyba podświadomie przyjęłam, że pisanie nie leży w moim zasięgu. Nigdy
nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym zostać pisarką -?skrycie
fantazjowałam za to o mężu-poecie.
Skończyłam studia i wkrótce odkryłam, że nikt nie zatrudni mnie, bym
czytała powieści lub omdlewała pod wpływem poezji. Razem z trójką
znajomych w przyziemiu Newman Center w Ann Arbor w stanie Michigan
założyliśmy knajpkę, w której przygotowywaliśmy i podawaliśmy zdrowe
lunche. Był początek lat siedemdziesiątych i rok przed otwarciem
restauracji po raz pierwszy skosztowałam awokado. Nazwaliśmy to miejsce
Naked Lunch (Nagi lunch), inspirując się tytułem powieści Williama
Burroughsa. Nagi lunch to "chwila, gdy siedzący przy stole zastygają nad
tym, co mają na widelcach". Poranki spędzałam na pieczeniu muffinek z borówkami albo -?jeśli wzięła mnie na takie ochota -?z masłem
orzechowym. Oczywiście zastanawiałam się, czy będą smakować naszym
klientom, choć z drugiej strony wiedziałam, że gdy wkładam w pieczenie
serce, to zazwyczaj babeczki się udają. I tak otworzyliśmy restaurację.
Zniknęła zewnętrzna instancja, która mogłaby wystawić nam szóstkę w szkole -?pozostał wewnętrzny kompas. Od tego punktu zaczęłam uczyć się
zaufania do własnego umysłu.
Był chyba wtorek, gotowałam ratatouille na lunch. Gotowanie w gastronomii oznacza, że nie kroi się jednej cebuli i jednego bakłażana.
Blat był zawalony cebulami, bakłażanami, cukiniami, pomidorami i czosnkiem. Na krojeniu warzyw spędziłam kilka godzin. Wieczorem, gdy
wracałam z pracy do domu, wstąpiłam do księgarni Centicore przy State
Street i zaczęłam przechadzać się bez celu między regałami. Moją uwagę
przykuł cienki tomik wierszy Fruits and Vegetables (Owoce i warzywa)
Eriki Jong. (Jong nie zdążyła jeszcze wydać Strachu przed lataniem i była wtedy nadal autorką stosunkowo nieznaną). Pierwszy wiersz, na który
trafiłam po otwarciu książki, opowiadał o gotowaniu bakłażanów! Byłam
zdumiona: "Czy to znaczy, że można pisać o czymś takim?". O czymś tak
zwyczajnym? O rzeczach, które robiłam na co dzień? Coś przeskoczyło w moim mózgu. Wróciłam do domu z postanowieniem, żeby pisać o tym, co
znam, i ufać własnym myślom i uczuciom, bez wyglądania poza siebie. Nie
chodziłam już do szkoły: wolno mi było mówić to, co chciałam. Zaczęłam
pisać o swojej rodzinie, bo nikt nie mógł mi powiedzieć, że robię to
źle. W końcu nikt nie znał mojej rodziny tak dobrze, jak ja sama.
Wszystko to wydarzyło się piętnaście lat temu. Bliska mi osoba
powiedziała kiedyś: "Zaufaj miłości, a zaprowadzi cię tam, gdzie
potrzebujesz". Ja dodałabym: "Zaufaj temu, co kochasz, rób to bez
wahania, a zaprowadzi cię tam, gdzie potrzebujesz". Poczuciem
bezpieczeństwa za bardzo się nie przejmuj. Gdy zaczniesz robić to, co
chcesz, głębokie, wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa i tak się pojawi.
Czy osoby o wysokich zarobkach faktycznie są tak bezpieczne, jak może
się wydawać?
Przez ostatnie jedenaście lat prowadziłam warsztaty z pisania na
University of New Mexico, w Lama Foundation, dla hipisów w Taos w stanie
Nowy Meksyk, dla zakonnic w Albuquerque, dla młodocianych przestępców z Boulder, na Uniwersytecie Minnesoty; w Northeast College, w szkole
zawodowej w Norfolk w stanie Nebraska, w Minnesocie w ramach akcji Poeci
do Szkół, w swoim domu w formie regularnych spotkań w niedzielne
wieczory, dla grup gejów. Moje metody się nie zmieniają. Uczę wciąż tych
samych, prostych prawd: zaufania do własnych myśli i budowania wiary w moc własnego doświadczenia -?i w ogóle mnie to nie nuży. Wręcz
przeciwnie, wciąż pogłębiam swoje rozumienie tych podstaw.
W 1974 roku zaczęłam praktykować medytowanie w pozycji siedzącej. W latach 1978-1984 przyjęłam oficjalne nauki zen pod skrzydłami
nauczyciela roshiego Dainina Katagiriego (roshi to jeden z tytułów
mistrzów zen) w Minnesota Zen Center w Minneapolis. Gdy się
spotykaliśmy, zadawałam mu różne pytania na temat buddyzmu i często
trudno mi było zrozumieć odpowiedź, dopóki nie powiedział: "Wiesz, to
tak samo, kiedy podczas pisania...". Gdy porównywał coś do procesu
pisania, wówczas rozumiałam. Jakieś trzy lata temu zapytał: "Po co
przychodzisz na medytację siedzącą? Czemu nie uczynisz z pisania swojej
formy praktyki zen? Jeśli zanurzysz się w to głęboko, poniesie cię
wszędzie".
To jest książka o pisaniu. Mówi też o pisaniu jako rodzaju praktyki i formie wsparcia w odkrywaniu życia i utrzymywaniu równowagi psychicznej.
To, jak opowiadam o pisaniu, można przełożyć na bieganie, malowanie czy
cokolwiek innego, co kochasz i czym zajmujesz się w życiu. Przeczytałam
kilka rozdziałów mojemu znajomemu, Johnowi Rollwagenowi, prezesowi firmy
Cray Research, a on stwierdził: "Natalie, ale ty piszesz o biznesie.
Właśnie tak wygląda prowadzenie interesów. Nie widzę różnic".
Pisania nie uczymy się w jednolity, linearny sposób. Nie istnieje
instrukcja typu od-A-do-B-do-C, której wypełnienie sprawi, że staniesz
się dobrym pisarzem bądź pisarką. Nie ma jednej prawdy na temat pisania,
która wyczerpuje wszystkie wątki. Tych prawd jest więcej. Praktykowanie
pisania oznacza stawianie czoła swojemu życiu we wszystkich jego
przejawach. Nauczysz się, jak nastawić skręconą kostkę, ale te same
umiejętności nie sprawdzą się przy zakładaniu plomby w dziurawym zębie.
Znajdziesz w tej książce rozdział, w którym będę cię zachęcać do pisania
precyzyjnego i konkretnego, co ma pomóc na bolączki rozwlekłych dygresji
-?ale w kolejnym przeczytasz, żeby odpuścić kontrolę i dać się w pisaniu
nieść falom emocji. To ma z kolei zachęcić cię do wyrażania tego, co
chce się wyrazić gdzieś głęboko w tobie. W jednym rozdziale radzę, by
urządzić sobie rodzaj pracowni, osobne miejsce do pisania, tylko po to,
by w następnym napisać: "Wyjdź z domu, byle dalej od brudnych garów. Idź
pisać do kawiarni". Różne techniki sprawdzają się w różnych
okolicznościach. Każda chwila ma inne potrzeby. Nie ma jednej zawsze
działającej metody. I nie jest tak, że jedna jest dobra, a druga zła.
Kiedy prowadzę zajęcia, zachęcam swoich uczniów do pisania z trzewi, o tym, co najważniejsze; do przebudzenia swojego wewnętrznego głosu. Zdaję
sobie przy tym sprawę, że nie wystarczy rzucić: "Dobra, to piszcie
możliwie klarownie i z serca". W ramach warsztatów próbujemy się z różnymi technikami i metodami. W końcu każdy z uczniów dociera do
swojego sposobu działania i zyskuje jasność odnośnie do tego, co i jak
chce opowiadać. Rzadko kiedy jednak kończę warsztaty podsumowaniem tego
typu: "A więc na trzecich zajęciach zajmowaliśmy się tym i tamtym -
teraz na pewno wiecie, jak pisać".
Podobnie rzecz się ma z lekturą tej książki. Można ją czytać po prostu
od początku do końca, co jest szczególnie dobrym pomysłem przy pierwszym
podejściu. Można też otworzyć ją na dowolnym rozdziale i czytać od
środka -?każdy tworzy bowiem osobną, zamkniętą całość. Postaraj się
rozluźnić i chłoń słowa całym ciałem i umysłem -?jak przez osmozę. Nie
ograniczaj się do lektury. Pisz. Zaufaj sobie. Poznaj swoje potrzeby.
Używaj tej książki.
Umysł, pióro i papier początkującego
LUBIĘ PROWADZIĆ zajęcia pisarskie dla
początkujących. Staram się wówczas przywołać w sobie stan umysłu osoby,
która dopiero zaczyna; przypomnieć sobie, co myślałam i jak odczuwałam
pisanie na samym początku. W pewnym sensie trzeba wracać do tego punktu
zawsze, gdy siadamy do pisania. Nawet jeśli przed dwoma miesiącami
napisaliśmy coś naprawdę dobrego, to wcale nie mamy pewności, że uda się
to powtórzyć. Przy każdym początku zastanawiamy się, jakim cudem
robiliśmy to wcześniej. Za każdym razem wyruszamy w nową podróż bez
mapy.
Dlatego kiedy na warsztatach powtarzam tę samą historię, to mam na
uwadze, że moi uczniowie słyszą ją po raz pierwszy. Zaczynam razem z nimi -?od podstaw.
Po pierwsze, wybierz odpowiednie pióro. Musi sunąć po papierze gładko i szybko, bo strumień myśli i tak płynie szybciej, niż porusza się ręka.
Nie potrzebujesz dodatkowych opóźnień wywołanych przez opór narzędzia.
Zwykły długopis, ołówek czy flamaster piszą raczej wolno. Przejdź się do
sklepu papierniczego i wybierz wygodne dla siebie pióro. Wypróbuj różne
rodzaje. Nie kombinuj za bardzo i nie kupuj nic drogiego. Ja najczęściej
używam tanich piór wiecznych firmy Sheaffer, które kosztują niecałe dwa
dolary sztuka. Mają wymienne wkłady. Przez lata przerobiłam ich setki, w każdym możliwym kolorze. Trochę ciekną, ale piszą szybko. Dostępne w sprzedaży są również pióra kulkowe -?one też piszą szybko, choć nieco
trudniej utrzymać nad nimi kontrolę. Ważne, żeby wyraźnie czuć, jak
pióro pracuje na papierze, w tym jego opór.
Kolejna sprawa to notatnik. To ważna rzecz -?narzędzie pracy jest dla
pisarza tym, czym młotek i gwoździe dla stolarza. (Co za szczęście -?dla
nas finansowy próg wejścia do zawodu jest niski!). Niektórzy wybierają
drogie notesy w twardych oprawach. Są niezgrabne i ciężkie, a do tego
ładne, co wywołuje presję, że powstające w nich zapiski muszą być dobre.
A tu chodzi o coś zgoła innego: masz mieć poczucie, że nawet jeśli
napiszesz coś strasznie słabego, to nic się nie stanie. Daj sobie masę
przestrzeni do eksplorowania pisania. Tani notes z spiralnym grzbietem
sprawi, że wyjdziesz z założenia, że możesz szybko go wypełnić i kupić
kolejny. Poza tym łatwiej zabrać go ze sobą. (Kupując torebki, często
zwracam uwagę na to, czy zmieszczą mój notes).
Garfield, Muppety, Myszka Miki, Gwiezdne Wojny. Lubię, gdy zeszyt ma
zabawną okładkę. Największy wybór jest we wrześniu, kiedy rozpoczyna się
rok szkolny. Kosztują odrobinę więcej niż te z prostymi okładkami, ale
mam z nich frajdę. Trudno mi brać samą siebie na poważnie, kiedy
otwieram zeszyt ze Snoopym. Wyraziste okładki pomagają mi też
uporządkować je w pamięci -?"O tak, zeszłego lata pisałam w zeszytach ze
scenami z rodeo". Przetestuj różne rodzaje -?czyste, w linie i w kratkę.
W twardych i miękkich okładkach. Dobierz taki, z którym będzie ci po
prostu dobrze.
Wielkość notatnika też ma znaczenie. Mały notes zmieści się w kieszeni,
ale zaprasza raczej myśli małego formatu. Co też jest w porządku.
William Carlos Williams, popularny poeta amerykański i pediatra zarazem,
wiele wierszy stworzył w przerwach między kolejnymi wizytami,
korzystając z bloczków recept.
Detal
Doktorku, szukałem cię
Wiszę ci dwa dolce.
Jak leci?
U mnie dobrze. Jak będę miał kasę
To ci ją przyniosę1.
W zbiorach jego twórczości znajdziesz więcej poematów, które mieszczą
się na receptowym druczku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki