Przedmowa
Przedmowa
Każdy z nas stoi przed możliwością -?i wyzwaniem -?odbycia własnej wędrówki bohatera. Wierzę w to i w ciągu
czterdziestu pięciu lat doświadczenia klinicznego widziałem tysiące
dowodów utwierdzających mnie w tym przekonaniu. Wiele decyzji życiowych
podejmujemy w oparciu o naszą zdolność (albo jej brak) do realizowania
wyjątkowej wizji tego, kim chcemy być.
Nasz wewnętrzny bohater musi stawić czoła uzewnętrznionemu zagrożeniu
lub dylematowi -?potężnemu przeciwnikowi. Przeciwnik ten to w naszym
życiu symboliczna przeszkoda stojąca nam na drodze ku wewnętrznemu
ładowi, pokojowi, miłości, pomyślności, związkowi i wyższemu dobru. Jego
siła i moc wydają się przytłaczające. Pragnie on zniszczyć bohatera, a także karać go i szerzyć mrok.
Podobieństwa z tym przeciwnikiem dzieli trauma. Jej sednem (tak samo jak
głębokich ran emocjonalnych) jest poczucie przytłoczenia i bezradności.
Ogranicza ona naszą witalność, przytępia zmysły i osłabia nas, ponieważ
separuje nas od innych, trzymając w szponach lęku i cierpienia. Izolacja
należy do najskuteczniejszych sposobów na osłabienie relacji, a nawet
cywilizacji. Między udręką cywilizacji a udręką jednostki istnieje
również alegoryczny związek: przerażenie niszczy połączenie z samym
sobą, z wcielonym "ja", z tym, co w nas prawdziwe i wieczne. Stajemy się
osamotnieni i zdani na łaskę losu. Nie wychodzimy już na zewnątrz, by
podlać ogród naszego zdrowia psychicznego, przez co tracimy odżywcze
dary.
Jeżeli to właśnie trauma jest przeciwnikiem bohatera, jego wyzwaniem
będzie tworzenie więzi z własnym "ja" oraz z innymi ludźmi. Bohaterzy
się nie rodzą, lecz zostają ukształtowani przez napotykane trudności,
które determinują ich pochodzenie i wyznaczają konieczną do obrania
ścieżkę. Najbardziej frapujący bohaterowie mitów i dramatów to ci,
których dotknęły wielkie rozczarowania i straty. Nie są gotowi na
wykonanie czekającego ich zadania. Na początku ponoszą porażkę.
Zmieniają się. Udowadniają swoją wartość przed samymi sobą i innymi.
Zdobywają wsparcie przyjaciół i sprzymierzeńców. Nie poddają się.
Dochodzą do mistrzostwa. Triumfują.
Jednak w życiu codziennym wchodzimy w rolę bohatera raczej sporadycznie.
Nie zawsze powinniśmy ją ucieleśniać; robienie tego może nawet
spowodować, że inni wykorzystają nasze dobre intencje. Przekaz medialny,
skoncentrowany na zysku, często zniekształca naszą percepcję i psuje
wiarę w bohaterów. Mity są współcześnie rzadkim towarem.
Nawiązanie kontaktu ze swoim wyższym "ja" w sposób ucieleśniony i zaangażowany, tak by kierowało naszymi decyzjami i działaniami, jest
budujące, zwłaszcza w kontekście rozwijania więzi z własną jaźnią,
odnajdywania bezpieczeństwa w sobie i innych, wykonywania codziennych
zadań (od tych drobnych i prozaicznych czynności po poważne decyzje
dotyczące miłości, kariery, rodziny, przyjaciół czy miejsca
zamieszkania).
To sprowadza nasze rozważania z powrotem do tematu przywiązania, które
określa, w jaki sposób nawiązujemy kontakt i więź nie tylko z innymi,
ale też ze sobą i swoim ciałem. Dlatego też zrozumienie, jak trauma
wpływa na nasze tkanki i układ nerwowy, a zatem na nasze poczucie
bezpieczeństwa, jest niezbędne, jeśli chcemy nawigować po
skomplikowanych wzorcach przywiązania.
W chwilach, gdy czujemy się zagrożeni, żeby przeżyć, nasze ciało
generuje ogromne ilości energii, potrzebnej, by uciec, zaatakować,
kopnąć, zranić, zniszczyć napastnika albo... przywiązać się do niego.
Jeśli zbyt długo trwamy w stanie napięcia, mechanizm adaptacyjny
ratujący nas przed zagrożeniem (albo długotrwałym nieotrzymywaniem
wystarczającego wsparcia) odłącza nas niczym bezpiecznik odcinający
prąd. Innymi słowy: dysocjujemy. Kiedy jesteśmy przytłoczeni, ta sama
energia, która ratuje nam życie i umożliwia odparcie napastnika bądź
ucieczkę, pozostaje uwięziona w naszym ciele. Utyka w pętli informacji
zwrotnych: bezcelowej, destrukcyjnej i prowadzącej donikąd rozmowie
ciała i mózgu. Konwersacja ta niepowstrzymanie sama się napędza. Mózg
pyta: "Wszystko w porządku?", a ciało odpowiada: "Czuję wyłącznie stres.
Czy aby nie umieramy?". Mózg uznaje więc: "No to chyba umieramy. Musimy
starać się bardziej".
Nasza fizjologia przekonuje nas o prawdziwości naszych emocji. Intruz
pod postacią traumy niszczy fundament zdrowia psychicznego i ciała -
zdolność do czucia się bezpiecznie. Gdy ciało utyka w trybie
przetrwania, emocje i uczucia każą nam obsesyjnie poszukiwać
bezpieczeństwa. Staramy się unikać ryzyka, nasza witalność jest
osłabiona. Wszystkie doświadczenia wydają się dla nas zagrożeniem, co
ogranicza naszą zdolność do nawiązywania kontaktu z innymi.
Złe wieści są takie, że trauma to nasza smutna rzeczywistość, ale -?i to
są dobre wieści -?nie musi stanowić wyroku. W ciągu tych wszystkich lat
mojej pracy tysiącom klientów i studentów powtarzałem, że kluczowe do
ujarzmienia tego oceanu bólu są: nauka, jak nawiązywać kontakt z małymi
wycinkami doświadczenia (łącznie z doznaniami płynącymi z ciała,
uczuciami, obrazami, myślami i energiami), i stopniowe otwieranie się na
nie wszystkie pojedynczo. Tworzą one wysepki bezpieczeństwa na
rozszalałym morzu traumy. Potem te wysepki zaczynają się łączyć i sukcesywnie tworzy się stały ląd poczucia (relatywnego) bezpieczeństwa -
miejsce, w którym możemy się zatrzymać, by obserwować trudne
doświadczenia oraz dręczące nas uczucia i powoli się z nimi godzić.
"Ile mogę czuć, pozostając obecnym tu i teraz?", "Ile zniosę, zanim
odpłynę?" i "Co mogę zrobić, żeby nie przekroczyć progu tolerancji?"
stają się najważniejszymi pytaniami. Mądrość naszych ciał podpowiada,
jak wyodrębnić chronioną przestrzeń pośród niespokojnych prądów lęku,
przerażenia i bezradności -?niewielką bezpieczną przystań, która da nam
czas potrzebny na przeanalizowanie fragmentu doświadczenia, rozważenie i rozłożenie go na czynniki pierwsze, by zachować to, co cenne, oraz
odrzucić resztę. W ten sposób stopniowo zmieniamy fizjologiczną reakcję
przerażenia w poczucie bezpieczeństwa. Zamiast na ochronie i ucieczce
zaczynamy się skupiać na cieple i relacjach, zamiast panikować lub
zamykać się w sobie -?pozwalamy sobie na eksplorację i współczucie.
Nieprzyjaciel zostaje pokonany, niebezpieczeństwo mija. Wychodzimy z domu i zajmujemy się tym, co karmi nas i innych. W naszym królestwie
zaczyna panować pokój i dobrobyt. Życie rozkwita w emocjonalnym
bogactwie.
Prawda jest taka, że w ten czy inny sposób wszyscy mamy jakieś trudności
ze "zdrowym" przywiązaniem, dlatego z wielką radością polecam
przeczytanie tej książki. Mam szczęście znać jej autorkę, doktorkę Diane
Heller, od kilkudziesięciu lat. Należała do moich najbystrzejszych
studentek. Jest osobą, którą niezmiennie podziwiam i cenię. Z jej
ciepła, energii, troski i trafnych spostrzeżeń skorzystały tysiące
klientów i studentów. Talenty i wiedza Diane zaznaczają swoją obecność
na każdej stronie. Autorka w przystępny sposób, bezpretensjonalnie i z humorem przedstawia ramy umożliwiające czytelnikom identyfikację
własnych, czasami złożonych wyzwań w obszarze przywiązania. Dołączone
ćwiczenia skutecznie pomagają ponownie odkryć swoje prawdziwe, wcielone
"ja" i pokonać trudności w nawiązywaniu relacji z innymi.
To książka nie tylko dla terapeutów, którzy pracują z klientami nad
problematycznymi stylami przywiązania. Będzie doskonałą lekturą zarówno
dla tych, którzy wchodzą w nowy związek, jak i dla tych, którzy chcą
wzbogacić wieloletnie relacje lub jakiś związek kończą (oraz wyciągają z tego doświadczenia lekcję i uzdrawiają się po nim).
Cieszę się, że rozpoczynasz tę wciągającą podróż. Obyśmy wszyscy
bohatersko pokonali swoich przeciwników i wnieśli pełnię, dobrobyt oraz
cel do cywilizacji, a także do Cywilizacji Siebie.
DR PETER A. LEVINE,
Autor bestsellerów: Obudźcie tygrysa. Leczenie traumy,
Głos wnętrza. Jak ciało uwalnia się od traumy i odzyskuje zdrowie
oraz Trauma i pamięć. Mózg i ciało w poszukiwaniu autentycznej przeszłości.
Wprowadzenie
Wprowadzenie
Na początek chcę opowiedzieć ci, co
przydarzyło mi się w 1988 roku w czasie przygotowań do ślubu. Miał odbyć
się już za dwa tygodnie i byłam bardzo podekscytowana, ale też
niesamowicie zajęta, jak to często bywa przed tym wielkim dniem.
Jeździłam po Denver, gorączkowo załatwiając milion spraw. Jechałam
niecałe 90 kilometrów na godzinę, gdy nagle kątem oka dostrzegłam, że
coś zsuwa się z mojego planera i spada na podłogę. Była to porcelanowa
figurka -?typowa ozdoba na tort weselny, przedstawiająca młodą parę -
dostałam ją w prezencie od teściowej, więc bardzo nie chciałam, żeby się
stłukła. I chociaż ruch na Santa Fe Drive był spory, to zrobiłam coś
bardzo niemądrego: odpięłam pas i pochyliłam się, żeby ją złapać.
Niechcący szarpnęłam jednocześnie kierownicą i wjechałam w samochód
zmierzający w przeciwnym kierunku.
Jego prędkość była podobna do mojej. Zderzenie wyrzuciło go w powietrze,
przez co dachował. Na szczęście było to stare volvo, zbudowane jak
czołg, więc kierowca nie odniósł większych obrażeń. Już zawsze będę za
to dozgonnie wdzięczna.
Ja jednak nie miałam tyle szczęścia. Jako że nie byłam przypięta,
poleciałam w przód i roztrzaskałam głową przednią szybę, co skończyło
się urazem mózgu. Trochę popsuło mi to plany, ale nie odwołałam
uroczystości. Opuchnięta głowa przypominała czerwoną zniekształconą
piłkę do kosza, co samo w sobie było już przykre, ale oprócz tego nękały
mnie przeróżne nieprzyjemne objawy. Myliły mi się liczby. Zaczęłam się
dziwnie zachowywać. Schowałam żelazko do lodówki. Zapomniałam wyjąć
mleko z mikrofalówki. A pewnego razu zostawiłam samochód na parkingu,
nie wyłączywszy silnika, z kluczykami w środku, i poszłam na cały dzień
do pracy. Nie muszę chyba wspominać, że był to naprawdę dezorientujący,
przerażający i żenujący okres w moim życiu.
Co interesujące, zaczęłam też doświadczać chwil niezwykłego błogostanu.
Od czasu do czasu doznawałam fascynującego stanu ekspansji umysłu:
widziałam i czułam rzeczy, które wykraczały poza moją zwykłą percepcję.
I przez cały ten czas czułam się wrażliwa i pełna empatii. Dostrzegałam
w innych to, co najlepsze, jakby naturalnie promieniowało to z ich
wnętrza. Te cudowne doznania trwały przez około sześć tygodni, podczas
których miałam wrażenie, że otrzymuję ogromny ładunek współczucia i zrozumienia.
Ta ekspansywność niestety przyniosła także nieoczekiwane i trudne
doświadczenia. Nagle zaczęłam się skupiać na negatywach, jakbym spadła
szybem prosto w najmroczniejsze zakamarki duszy. I męczyłam się z tym
przez trzy albo cztery kolejne lata. Wypadek przypomniał mi traumatyczne
wydarzenia z dzieciństwa, od których przez długi czas byłam odcięta.
Połączenie tych jakże skrajnych doznań było dla mnie trudne. Tymczasem
okazuje się, że wiele osób po poważnym wypadku przechodzi przez to samo,
zwłaszcza jeśli chodzi o powrót traumatycznych wspomnień.
Z całych sił starałam się zrozumieć sens tego wszystkiego, co się ze mną
działo. Wynajdowałam różnych specjalistów w książce telefonicznej (może
jeszcze je pamiętasz) i zasypywałam ich pytaniami. Próbowałam
różnorakich terapii. Czytałam wszystko, co tylko znalazłam, o traumie i wychodzeniu z niej. Brałam udział w niezliczonych wykładach i warsztatach. Szukałam po całym kraju kogoś, kto mógłby mi pomóc. Nic się
jednak nie sprawdzało. Trafiałam na różne strzępy informacji i próbowałam poskładać je w całość, a mimo to nie mogłam znaleźć
potrzebnego zrozumienia ani ulgi.
W końcu natknęłam się na Petera Levine'a i wzięłam udział w jego
warsztatach doświadczania somatycznego (Somatic Experiencing, SE). Nie
rozumiałam wtedy za bardzo, na czym to polega, wiedziałam tylko, że ma
coś wspólnego z regulowaniem układu nerwowego. Co ważniejsze, dość
szybko się okazało, że SE dobrze na mnie działa. Z pomocą Petera z czasem doszłam do siebie i zaczęłam doceniać związek pomiędzy fizjologią
a traumą. Poznałam sposoby skutecznej pracy z układem nerwowym,
redukowania intensywności niektórych objawów traumy, a także wyjaśniania
i integrowania ekstremalnych doświadczeń. Metoda Petera nadal pozostaje
dla mnie niesamowicie pouczająca i pomocna.
Zdrowiejąc, postanowiłam, że zgłębię jej tajniki, i wkrótce zostałam
jedną z pierwszych terapeutek SE. Miałam przyjemność przedstawiać tę
metodę i uczyć jej na całym świecie przez ponad dwadzieścia pięć lat.
Sama nauczyłam się bardzo dużo o pracy nad regulacją autonomicznego
układu nerwowego; o tym, jak objawy wpływają na utrzymanie się
nadmiernego pobudzenia wynikającego z przytłaczających wydarzeń; jak
przywołać i uzdrowić niedokończone bądź zahamowane reakcje obronne i wiele więcej. Jestem za to dozgonnie wdzięczna.
Z czasem zaczęłam skupiać się na sposobie odnawiania więzi w relacjach w obliczu izolacji i dysocjacji, które mogą towarzyszyć traumatycznym
doświadczeniom. Z pomocą Petera oraz dzięki lekcjom płynącym z mojego
własnego procesu zdrowienia poznałam ludzi znajdujących się w mrocznym
miejscu i mogłam z nimi pracować. Pomogłam im zmniejszyć natężenie
objawów, wzmocnić ich rezyliencję, a często całkowicie dojść do siebie.
Odbywanie tej podróży z innymi i obserwowanie, jak ponownie zaczynają
cieszyć się życiem, to prawdziwy przywilej. Stało się to dziełem mojego
życia i planuję do samego końca zgłębiać zagadnienia traumy i rezyliencji oraz pomagać ludziom odzyskać żywotność oraz dobrostan. Oto
główne zagadnienia i pytania, do których raz po raz powracam w swojej
pracy:
Jak uzdrowić zerwane więzi z samym sobą i innymi oraz jak odzyskać
poczucie pełni?
Jak zintegrować różnorodne doświadczenia i wszystkie te części siebie,
które wydają się rozbite?
Jak odzyskać sprawczość i rezyliencję po doświadczeniu ogromnej
straty, lęku i bezsilności?
Kiedy trauma pozbawi nas fizycznego kontaktu z naszym "ja" poprzez
dysocjację bądź zatarcie granic, jak ponownie wejść w swoje ciało i nawiązać z nim bezpieczny kontakt?
Jak odzyskać przyrodzone nam prawo do poczucia stabilności i harmonii,
do więzi i współczucia, do poznania i rozwijania wszystkich aspektów
człowieczeństwa i naszej duchowej natury?
Przekonałam się, że klucz do odpowiedzi na powyższe pytania możemy
znaleźć dopiero wtedy, gdy ze współczuciem zrozumiemy ukształtowane
przez nas (i przez innych) we wczesnym dzieciństwie modele relacji, a następnie, opierając się na teorii przywiązania, zastosujemy odpowiednie
interwencje i/albo stworzymy doświadczenia korygujące. Zrozumienie
wartości teorii przywiązania w terapii par, terapii indywidualnej,
pomiędzy chętnymi partnerami lub rodzicami, którzy są otwarci na jej
mądrość, przynosi rewolucyjne i trwałe rezultaty.
Niniejsza książka ma ci pomóc odpowiedzieć przynajmniej na część z powyższych pytań poprzez odkrycie twojej historii przywiązania od
wczesnego dzieciństwa, zrozumienie różnych stylów przywiązania i skupienie się na praktycznym podejściu do uzdrawiania związanych z nimi
ran. Będziemy zgłębiać ludzki potencjał tworzenia prawdziwych,
wzbogacających związków. Przyjrzymy się zwłaszcza temu, w jaki sposób
rany przywiązania wpływają na nasze relacje w dorosłym życiu, i co
należy zrobić, żeby móc w większym stopniu korzystać z bezpiecznego
stylu przywiązania, niezależnie od doświadczeń z dzieciństwa. Dzięki tej
książce dowiesz się, czego potrzebujesz, by tworzyć głębokie i trwałe
bliskie relacje.
Spójrzmy prawdzie w oczy: życie bywa naprawdę trudne. Nieważne, kim
jesteś, każdy z nas nieuchronnie napotyka na swojej ścieżce wyzwania i problemy, które znajdują się poza naszą kontrolą. Jeżeli żyje się
wystarczająco długo, w końcu dozna się jakiegoś niedopasowania, rozwodu,
wypadku samochodowego, straty, przemocy, choroby, katastrofy
ekologicznej, wojny i któż wie, czego jeszcze. Czasami te wydarzenia są
tak przytłaczające, że w żaden sposób nie możemy na nie zareagować. Nie
da się ich powstrzymać, są nieodzowną częścią ludzkiego doświadczenia.
Sprawa dodatkowo się komplikuje, ponieważ niedawne badania epigenetyczne
pokazują, że -?w pewnym sensie -?dziedziczymy zmagania naszych przodków.
Wszystko, przez co przeszli i co wycierpieli nasi dziadkowie,
pradziadkowie i tak dalej, w ten czy inny sposób na nas wpływa. Jesteśmy
jednak również produktem ich rezyliencji. Na przestrzeni dziejów i ewolucji naszego gatunku ludzie doświadczali rozmaitych trudów i robili
wszystko, co w ich mocy, żeby je przetrwać.
Zatem życie jest trudne, ale pamiętaj, że to nie twoja wina. Tak już po
prostu jest, więc możesz w końcu przestać się obwiniać, jakbyś był za
wszystko odpowiedzialny. Sytuacje, które mogą nas straumatyzować, są
niezliczone i większość z nich nie ma nic wspólnego z tym, jakie życie
wiedziemy ani jaką jesteśmy osobą. To te złe wieści.
Ale są również i dobre: możemy coś z tym zrobić. Przychodzimy na świat z niezwykłymi zdolnościami przetrwania, uzdrawiania się i prosperowania -
i właśnie dzięki nim udało nam się tak daleko zajść. Do tego zostaliśmy
stworzeni.
Zanim przejdziemy dalej, chcę wyjaśnić, co rozumiem pod pojęciem
"traumy", nie używając zbyt specjalistycznych terminów. Trauma to skutek
przeżycia czegoś, nad czym ma się niewielką kontrolę; czasami -?jak w przypadku poważnych wypadków -?nie ma się nawet czasu przygotować na
cios. Takie doświadczenia nadmiernie obciążają naszą zdolność normalnego
funkcjonowania, przez co możemy stracić zaufanie do własnych uczuć,
myśli, a nawet do swojego ciała. Trauma to zatem forma dojmującego lęku,
utraty kontroli i całkowitej bezradności.
Zaczęłam też myśleć o traumie w odniesieniu do relacji. W ciągu wielu
lat w mojej pracy raz po raz przewijał się temat zerwanych relacji: z własnym ciałem, poczuciem swojego ja, z innymi (zwłaszcza z tymi,
których kochamy), poczuciem równowagi i uziemienia na naszej planecie, z Bogiem / Źródłem / siłą życiową / dobrostanem czy jakkolwiek można
nazwać wrodzone poczucie duchowości, życzliwej świadomości i bytu. Temat
ten tak bardzo dominował, że zerwane relacje i trauma stały się dla mnie
niemal synonimami.
Kiedy dotyka nas trauma albo doświadczamy wielu krzywd w relacjach,
możemy się czuć tak, jakbyśmy byli dosłownie odizolowani od wszystkich i całkowicie samotni w bańce dryfującej po morzu rozpaczy, odcięci od
wszystkiego i wszystkich. Uważam, że naszym zadaniem jest przebicie tej
wyimaginowanej bańki, a przynajmniej zbudowanie mostów, które połączą
nas z tymi, na których nam zależy. Moim zdaniem nieprzepracowana trauma
jest właśnie tym, co doprowadziło do ogólnokrajowej epidemii samotności
i bólu. Zresztą nie chodzi tylko o nasz kraj; dowody tego typu
cierpienia widać na całym świecie za każdym razem, gdy tylko włączy się
wiadomości. Na szczęście nie jest to cała historia. Wszyscy możemy się
uzdrowić i zmienić. Każdy z nas ma zdolność wyzdrowienia i naprawy tych
zerwanych relacji ze sobą, z innymi, z planetą i z tym, co trzyma to
wszystko razem.
Ale nie możemy zrobić tego samodzielnie. Po pierwsze, nie mamy
możliwości zdrowienia w izolacji. Naprawdę potrzebujemy innych ludzi.
Stan Tatkin, psycholog kliniczny, autor książek, mówca i twórca
psychobiologicznego podejścia do terapii par (PACT), wraz z żoną Tracey
Boldemann-Tatkin twierdzą, że doznajemy ran w relacjach i to w relacjach
zaznajemy uzdrowienia1. Obecność bliskich robi różnicę
nawet w najbardziej tragicznych okolicznościach. Wspomnę tylko jedno
badanie z tysięcy przeprowadzonych: szpital w Illinois niedawno
poinformował, że pacjenci w śpiączce zdrowieli szybciej, kiedy słyszeli
głosy członków rodziny2. Czy nam się to podoba, czy nie, tę
szaloną i niesamowitą przygodę, jaką jest bycie człowiekiem, odbywamy
wspólnie.
Nasza kultura może i promuje postrzeganie siebie jako
samowystarczalnych, ale lepsze efekty osiągamy, działając wspólnie.
Pozwala nam to budować zdrową przestrzeń w relacjach ze znajomymi, z dziećmi, partnerami, rodzicami, rodzeństwem i każdą osobą, z którą się
zetkniemy -?nawet całkowicie obcą.
W innym bardzo interesującym badaniu mierzono reakcje fizjologiczne
ludzi, którzy mieli wspiąć się na strome zbocze. Organizm odbierał to
zadanie jako największe zagrożenie, gdy byli sami, znacznie mniejsze,
kiedy towarzyszył im ktoś obcy, i niemal nie uznawał go za zagrożenie,
gdy byli z kimś, z kim czuli się związani3. Ten sam wniosek
wspierają niezliczone badania: nasze mózgi i układy nerwowe nie są
odizolowane, ale połączone ze sobą i społeczne. Na najgłębszym poziomie
jesteśmy istotami społecznymi, które regulują się dzięki więziom z innymi.
Oczywiście sami też się regulujemy i nauka dbania o siebie przez całe
życie jest niesłychanie ważna. W tej książce zajmiemy się konkretnie
tym, w jaki sposób układ nerwowy rozwija się we wczesnym dzieciństwie. W idealnej sytuacji dzieci dorastają z opiekunami, którzy służą za
"wzorcowych regulatorów" rodziny4. Rodzice regulują siebie
samych oraz siebie nawzajem jako para i jako zespół rodzicielski. A co
jeszcze lepsze: tworzą w domu środowisko regulujące, z którego
korzystają wszyscy mieszkańcy, w szczególności dzieci. Rodzaj środowiska
regulującego, w jakim dorastamy w dzieciństwie, wpływa na to, jak
postrzegamy świat i komunikujemy się z innymi ludźmi przez całe życie.
Przykładowo, jeżeli wyregulowana, uważna i czuła osoba łagodnie nas
tuli, karmi i kołysze w sposób, który powoduje, że nasze niemowlęce
ciało jest bardziej ożywione, zrelaksowane albo odprężone, te cechy i ich regulujący wpływ zostają zapisane w naszym układzie nerwowym i ciele
poprzez bezwarunkową, nieświadomą pamięć.
Otrzymując informacje bezpośrednio od opiekuna, nasz układ nerwowy uczy
się koregulacji i staje się ona tym, kim jesteśmy na poziomie
neurologicznym. Potrzebujemy kontaktu skóry ze skórą, czułych spojrzeń i uśmiechów oraz komunikacji zgodnych rytmów serca. Niestety na tym
wczesnym etapie życia równie łatwo wpływają na nas nieidealne
okoliczności. Jeżeli nie dorastałeś w tak pełnych współczucia warunkach,
jakie właśnie opisałam, w twoim układzie nerwowym jest luka w miejscu
interaktywnej regulacji, przez co w późniejszych latach jest ci trudniej
ufać innym, prosić o pomoc, a nawet choćby o tym pomyśleć, gdy jej
potrzebujesz. Kiedy przywiązanie zostaje zaburzone, dziecko często nie
wykształca zachowań nastawionych na poszukiwanie bliskości, choć
potrzebuje ich, żeby pozostać bezpieczne. Okazuje się, że mamy znacznie
większą autonomię, gdy możemy polegać na systemie wsparcia. Umożliwia
nam to nabycie niezbędnych umiejętności społecznych i życiowych,
ćwiczenie ich, a w końcu wypróbowywanie w świecie, kiedy badamy i przejawiamy swoje talenty. Spędzanie czasu w pojedynkę dla wielu z nas
jest niesamowicie ważne, ale zbyt często chowamy się przed innymi i przed światem z obawy przed krytyką, odrzuceniem, zawstydzeniem,
upokorzeniem czy po prostu przed popełnieniem błędu. Kiedyś usłyszałam,
jak pewien mówca stwierdził: "Mnóstwo się na swoich błędach nauczyłem;
sądzę, że pójście w świat i popełnienie kolejnych to doskonały pomysł!".
Zarówno samoregulacja, jak i koregulacja są potrzebne i korzystne przez
całe nasze życie. Wiele osób stosuje wybrane techniki, by wyregulować
swój układ nerwowy -?jogę, medytację, praktyki oddechowe i ćwiczenia
fizyczne -?i nie zamierzam umniejszać ich przydatności. Swobodne czucie
się we własnej skórze i korzystanie z narzędzi, które pomagają się
odprężyć, jest bardzo ważne; ale nauczenie się, jak czuć się bezpiecznie
w towarzystwie innych ludzi jest wręcz rewolucyjne. Kiedy twój układ
nerwowy może się koregulować w towarzystwie innych, a ty czujesz się
bezpiecznie, jesteś wesoły i zrelaksowany, możesz wzmocnić bezpieczny
styl przywiązania i cieszyć się korzyściami, jakie on ze sobą niesie,
niezależnie od tego, w jakim środowisku dorastałeś. Skupiam się zatem na
byciu z innymi jako na rodzaju "współuważności". Włączamy innych ludzi
do swoich medytacji, praktyk i do ogólnej ścieżki ku uzdrowieniu, a oni
jednocześnie włączają nas do własnych. Rezultaty oczywiście są różne,
ale badania wskazują, że wszyscy radzimy sobie lepiej, kiedy działamy
razem.
Aby wspólnie zdrowieć, musimy się czuć bezpiecznie. Zwłaszcza w bliskich
relacjach poczucie zagrożenia utrudnia rozwiązywanie problemów (choć
oczywiście jest niepożądane również z innych względów). Kiedy czujemy
się zagrożeni, jest nam coraz trudniej zyskać dostęp do tych części
naszego mózgu, które są nastawione na samoświadomość i nawiązywanie
kontaktu z innymi. Pamiętaj o tym, wyruszając ze mną w tę podróż.
Poszukuj w swoich relacjach poczucia bezpieczeństwa i pamiętaj, żeby
pomagać innym czuć się równie komfortowo. Bądź otwarty na nowe sposoby
uzdrawiania i regulacji -?zarówno w odniesieniu do samego siebie, jak i innych -?a wzmocni to twoje więzi i wesprze transformującą moc
bliskości.
Jak się przekonasz, niniejsza książka to poradnik praktyczny. Pełno w niej sugestii i ćwiczeń, więc na sam początek proponuję krótką
wizualizację.
Ćwiczenie
Kto pomaga ci czuć się bezpiecznie i swobodnie?
Pomyśl przez chwilę o osobie z twojego życia, przy której czujesz się
bezpiecznie i swobodnie. Może to twój małżonek, towarzysz życia, rodzic,
dziadek, przyjaciel, dziecko, terapeuta albo ktoś obcy poznany na
warsztatach. Może to być nawet twój ulubiony zwierzak. Kimkolwiek jest
ta osoba, przy niej czujesz się pewnie i całkowicie nieskrępowanie. Nie
musisz wizualizować sobie wszystkich, którzy przychodzą ci na myśl -
wybierz jedną czy dwie osoby -?a jeśli nie jesteś w stanie, to też w porządku; później powiem ci, co zrobić w takim przypadku. Jeżeli jednak
ktoś przychodzi ci do głowy już teraz, wyobraź go sobie jak
najdokładniej. Poczuj, jak to jest przebywać w jego towarzystwie. Jakie
doznania to w tobie wywołuje? W którym miejscu ciała? Poświęć na to
ćwiczenie kilka minut i zanurz się w doświadczeniu obecności i rozluźnienia, które się pojawi.
Cofnijmy się kilka akapitów do opisanej przeze mnie pozytywnej
koregulacji -?sytuacji, w której niemowlę jest tulone w korzystny
sposób, z miłością. W tym idealnym scenariuszu (który jest udziałem
zdecydowanie zbyt małej liczby osób) dziecko dorasta w rodzinie
prospołecznej: takiej, która ceni ochronę, obecność, zabawę,
konsekwentność i responsywność. Kiedy tylko niemowlę gaworzy, sięga ku
opiekunom albo na nich patrzy, oni odwzajemniają spojrzenie w sposób,
który pokazuje dziecku, że jest wyjątkowe. Ich miłość jest namacalna.
Opiekunowie tulą dziecko, bawią się jego paluszkami i stópkami, dotykają
go tak, że na najgłębszym poziomie czuje się bezpieczne. I od samego
początku wie, że ma jakiś wpływ na świat, ponieważ kiedy płacze i woła o pomoc, wydarza się coś dobrego. Jeszcze zanim opanuje podstawowe
słownictwo umożliwiające wyrażanie potrzeb i uczuć, ktoś reaguje -
matka, ojciec lub ktoś inny -?a dziecko uczy się tym samym polegać na
stałej, czułej obecności osoby, która stara się je zrozumieć i zaspokoić
jego potrzeby.
W naprawdę idealnej sytuacji jest jeszcze lepiej: opiekunowie nie tylko
chronią dziecko, ale też są przy nim, kiedy nie zachowuje się, nie czuje
się bądź nie wyraża w najbardziej optymalny sposób. Niezależnie od tego,
czego dziecko doznaje -?szczęścia, cierpienia, dezorientacji, ekscytacji
czy złości -?jego rodzice konsekwentnie towarzyszą mu w całym
doświadczeniu, są obecni, responsywni i czuli.
Oczywiście nazywam to sytuacją idealną, ponieważ tak powinno wyglądać
nasze dzieciństwo. W taki sposób dorastamy z bezpiecznym stylem
przywiązania, do którego, zdaniem Johna Bowlby'ego, jednego z pionierów
teorii przywiązania, zostaliśmy biologicznie stworzeni. Jesteśmy
zaprogramowani do tworzenia i utrzymywania więzi z innymi ludźmi.
Ewolucja przygotowała wszystkie ssaki społeczne -?łącznie z ludźmi -?do
tego, żebyśmy trzymali się bezpiecznie razem, dopóki nie będziemy gotowi
pójść samodzielnie w świat i powtórzyć cały cykl z własnymi dziećmi,
które z kolei będą pielęgnować bezpieczne przywiązanie u swojego
potomstwa. Jak wiemy, częstokroć nie idzie to zgodnie z planem. Pod
bliznami i zachowaniami nieadaptacyjnymi wszyscy mamy jednak system
przywiązania, który jest nastawiony na zaufanie i poczucie wspólnoty z bliskimi. Im częściej będziemy napotykać idealne sytuacje -?takie jak ta
opisana -?tym lepiej nasz wrodzony model bezpiecznego przywiązania
będzie się rozwijać. W rzeczywistości jest on formowany somatycznie
poprzez kształtowanie układu nerwowego, mózgu, a nawet mięśni i tkanek w naszym ciele.
Chciałam w tym miejscu wprowadzić termin "zbieżność", który oznacza coś
innego, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. W tym kontekście
zbieżność to poczucie bycia zrozumianym w relacji -?kiedy czujesz, że
dana osoba jest do ciebie dostrojona, że doskonale współgra z tym, kim
jesteś. Kolokwialnie mówiąc, czujesz, że cię "łapie", że nadajecie na
tych samych falach. Kiedy opowiesz jej o jakimś wydarzeniu czy
doświadczeniu, czujesz, że łączy się z tobą na poziomie emocjonalnym, a nawet duchowym. To głęboka więź. Zdarza się niestety zbyt rzadko, bo
bardzo często, kiedy mówimy coś albo słuchamy innych, nie poświęcamy
temu pełnej uwagi ani nie zagłębiamy się na tyle, żeby takiej zbieżności
doświadczyć. Ważna uwaga: jednym ze sposobów wywoływania zbieżności jest
zadawanie pytań, które mają upewnić nas, że właściwie interpretujemy to,
co ktoś do nas mówi. Odpowiednie pytania pokazują rozmówcy, że naprawdę
go słuchamy i chcemy go dokładnie zrozumieć.
Niemowlęta nie potrafią wyrażać siebie na wiele innych sposobów niż
płacz. Czasami płaczą z powodu oczywistych potrzeb: na przykład są
głodne albo trzeba je przewinąć. Ale płaczem komunikują też inne
potrzeby. Idealny rodzic czy opiekun zwraca uwagę na te różne rodzaje
płaczu i stara się rozszyfrować, co oznacza każdy z nich. Czasami
niemowlę potrzebuje drzemki, czasami chce, żeby je podnieść i przytulić,
a czasami -?żeby zostawić je w spokoju. Najważniejsze jest to, by rodzic
starał się zrozumieć, co się dzieje z dzieckiem, bo to pozwala się
dziecku rozluźnić i poczuć bezpiecznie, zwłaszcza jeżeli rodzic może
zaspokoić daną potrzebę.
Dan Siegel, profesor psychiatrii, założyciel i współdyrektor Mindful
Awareness Research Center na Uniwersytecie Kalifornijskim, twierdzi, że
rodzimy się z "wykrywaczem zbieżności"5. Instynktownie
wiemy, kiedy ktoś nas rozumie, a kiedy nie. Nasz mózg jest na to bardzo
wyczulony, tak jak na autentyczność oraz niespójności. Niewątpliwie
zdarzały ci się sytuacje, w których, na przykład, odsłoniłeś się przed
kimś, opowiadając jakąś osobistą historię, a ten człowiek odpowiedział:
"Aha, jasne. Rozumiem, o co ci chodzi", jednak ty widzisz, że tak nie
jest. Ta osoba może nawet wierzyć, że cię rozumie, ale ty wiesz, że jest
inaczej. Czy to nie niesamowite, że potrafimy dokonać takiego
rozróżnienia? Dorastamy z tą intuicyjną umiejętnością wyczuwania, czy
jesteśmy rozumiani lub nie. Moim zdaniem to niezwykłe.
Mogłoby się wydawać, że w dorosłości powinniśmy mieć więcej możliwości
wyrażania swoich potrzeb w relacjach niż w niemowlęctwie, skoro zwiększa
się nasz zasób słownictwa. Niestety artykułowanie swoich potrzeb czy
rozumienie innych nie idzie nam tak dobrze, jak myślimy. Czasami nie
rozumiemy się wzajemnie, więc czujemy się nie tylko niedostrojeni, ale
też wyalienowani, zawstydzani czy atakowani, albo nieumyślnie sprawiamy,
że czują się tak inni. Dlatego niezmiernie ważne jest wkładanie wysiłku
w pielęgnowanie wrażliwości i empatii, by móc naprawdę rozumieć, o czym
mówi druga osoba. Odnajdywanie zbieżności jest dla dorosłych niezwykle
ważne. Bez względu na to, czy dzielimy się smutkiem, szczęściem, bólem
czy przyjemnością, poczucie dostrojenia i harmonii jest wyjątkowo
odżywcze.
Historia przywiązania z dzieciństwa ma bezpośrednie przełożenie na
mnóstwo zjawisk, które występują w naszych relacjach w dorosłości.
Zrozumienie tego pomoże nam patrzeć na siebie oraz innych z większym
współczuciem, ponieważ uświadomimy sobie, że wiele wzorców pojawiających
się w danym związku może mieć więcej wspólnego z naszym wczesnym
wychowaniem niż z wadami partnera. Należy poświęcać czas na dostrajanie
się do naszej drugiej połówki, by ofiarowywać jej to jakże istotne
poczucie zbieżności. Powinniśmy też skupić się na znalezieniu
przynajmniej kilku dobrych ludzi, którzy zrobią to samo dla nas,
ponieważ to w te związki warto najbardziej się angażować. Autorka
książek i profesorka badawcza Brené Brown z Uniwersytetu w Houston
zaleca, żebyśmy szukali takich osób, które zasługują na wysłuchanie
naszych historii6. Sugeruje, że prawdopodobnie znamy zaledwie
kilka osób, którym naprawdę możemy zaufać, iż podejdą do naszych
opowieści z szacunkiem, uszanują naszą wrażliwość, a słuchając nas, będą
autentyczni.
Kiedy odkryłam, jak ważna jest zbieżność, przeprowadziłam "gruntowne
porządki" w swoich relacjach. Określiłam, które z nich mają potencjał
rozwoju, i postanowiłam poświęcać im więcej energii, a mniej przeznaczać
jej na podtrzymywanie relacji z ludźmi, którzy nie okazują mi zbytnio
wsparcia ani mnie nie wzmacniają. Nie sugeruję, żebyś zrobił to samo,
ale zachęcam, abyś upewnił się, że twoi bliscy tworzą dla ciebie silny i odżywczy system wsparcia. Okaż zainteresowanie szczególnie tym ludziom,
którzy wydają się bezpieczni, dostępni i emocjonalnie z tobą współgrają.
Wybieraj przyjaciół mądrze. Nie oznacza to, że masz unikać konfliktów,
ale skupiaj się na osobach, z którymi masz możliwość się pogodzić -?na
relacjach, które mogą przetrwać nieuniknione sprzeczki i rozczarowania,
a w efekcie staną się silniejsze i bardziej odporne. Niektórzy twierdzą,
że to, z kim spożywa się posiłki, jest ważniejsze od tego, co się je.
Jeżeli chcemy cieszyć się zdrowymi relacjami i budować bezpieczny styl
przywiązania, naprawdę ważne jest, kim się w życiu otaczamy.
Wypróbujmy zatem tę koncepcję w praktyce. Poniższe ćwiczenie przypomina
nieco poprzednie, ale jest konkretniejsze.
Ćwiczenie
Wspomnienie zbieżności
Chcę, żebyś przypomniał sobie konkretny przypadek, kiedy doświadczyłeś
bliskiego spotkania umysłów albo jedności dusz -?kiedy czułeś się
doceniony albo zrozumiany w wyjątkowy sposób. W poprzednim ćwiczeniu
skupiliśmy się na określonych osobach; tutaj przywołaj samo doznanie.
Przypomnij sobie, jakie to przyjemne uczucie, kiedy dzielisz się z kimś
głębokimi przemyśleniami, cieszysz rzadkim spotkaniem umysłów i dusz,
doznajesz zrozumienia i połączenia. W książce Love 2.0: Finding
Happiness and Health in Moments of Connection (Miłość 2.0:
Poszukiwanie szczęścia i zdrowia w relacjach z innymi) Barbara
Fredrickson pisze, że te chwile to kwintesencja miłości, niezależnie od
tego, jak długo trwają albo z kim ich doświadczamy7.
Poświęć na przypomnienie sobie tego doznania tyle czasu, ile
potrzebujesz. Poczuj je dokładnie w ciele. Jak to było, gdy czułeś, że
ktoś jest z tobą zestrojony? Co najbardziej zauważasz w emocjach albo w ciele? Pozwól, żeby ta głębia dostrojenia powróciła do ciebie ze
wszystkimi szczegółami. Co jest najwyraźniejsze? Czy pojawia się coś
nowego, o czym wcześniej nie pomyślałeś? Jak ci było wtedy, a jak jest
teraz?
Wprowadzenie do stylów przywiązania
Ludzki system przywiązania to wrodzony, biologiczny i naturalny proces,
który dotyczy wszystkiego, co w życiu robimy, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje z innymi. Chociaż dążymy do osiągnięcia bezpiecznego stylu
przywiązania, należy zaznaczyć, że ten styl, z którym właśnie żyjesz,
również wyewoluował po to, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Nawet wzorce
pozabezpiecznego stylu przywiązania mają pomóc nam przetrwać trudne
sytuacje. Warto też zauważyć, że nie jesteśmy skazani na żaden z tych
stylów do końca życia. W następnych czterech rozdziałach dokładnie
przyjrzymy się każdemu z nich i poznamy sposoby na pracę z nimi. Oto
pobieżny przegląd na początek:
Bezpieczny styl przywiązania. Ten typ przywiązania to konsekwencja
opisanej wcześniej sytuacji idealnej. Osoby, które ten styl
charakteryzuje, zazwyczaj dorastały w otoczeniu miłości i wsparcia
zapewnianych przez konsekwentnie responsywnych opiekunów, a w dorosłości
są współzależne -?nawiązują z innymi zdrowe więzi, które są korzystne
dla obu stron. Dobrze się czują zarówno w związku, jak i w samotności,
potrafią elastycznie myśleć, dostrzegają różnorakie możliwości, czują
się swobodnie w obliczu różnic międzyludzkich i rozwiązują konflikty bez
zbytniego dramatyzowania. Internalizują miłość, którą czują od innych, i łatwo wybaczają.
Unikający styl przywiązania. Osoby z tym stylem zazwyczaj niechętnie
nawiązują bliskie relacje albo lekceważą ich znaczenie. Często były
zaniedbywane w dzieciństwie: pozostawiane same sobie, odrzucane przez
opiekunów albo pozbawione wystarczającej obecności rodziców (ci mogli
być obecni tylko po to, żeby nauczyć dzieci jakiegoś zadania). Osoby te
odłączyły -?spowolniły -?swój system przywiązania, więc w ich przypadku
niesłychanie ważne jest ponowne nawiązanie bezpiecznych i zdrowych więzi
z innymi ludźmi.
Ambiwalentny styl przywiązania. Osoby z adaptacją ambiwalentną
odczuwają duży niepokój w związku z tym, czy ich potrzeby zostaną
zaspokojone, albo trudno im uwierzyć, że są kochane bądź zasługują na
miłość. Rodzice mogli okazywać im miłość, ale w dzieciństwie osoby te
nigdy nie wiedziały, kiedy rodzice się rozproszą i całkowicie pozbawią
je gruntu pod nogami: zapewniana przez nich opieka była nieprzewidywalna
albo wyraźnie nieregularna. W relacjach bywają nazbyt wrażliwe na
poczucie urazy albo choćby wzmiankę o porzuceniu, co przeciąża ich
system przywiązania. W dorosłości ciągłe oczekiwanie nieuniknionego
porzucenia, które ich zdaniem z pewnością nadciąga, powoduje, że często
czują się smutne, rozczarowane albo złe, jeszcze zanim w danej relacji
coś się faktycznie wydarzy. Dla tych osób najważniejsza jest
konsekwencja i zapewnienia o stałości uczuć.
Zdezorganizowany styl przywiązania. Ten styl przywiązania
charakteryzuje nadmiar lęku, a system przywiązania ściera się z instynktem przetrwania w sytuacji zagrożenia. Kiedy dziecko choruje,
jest zestresowane bądź się boi, naturalnie poszukuje pocieszenia i ochrony ze strony kochającego rodzica, ale co ma zrobić, jeżeli to
właśnie ten rodzic jest źródłem jego lęku albo niepokoju? Osoby z tym
stylem przywiązania mogą mieć stale włączone odruchy obronne lub bez
konkretnego wzorca przeskakiwać pomiędzy unikaniem a ambiwalencją.
Często cierpią z powodu fizycznej i psychicznej dezorientacji. W dorosłości mogą się obawiać własnych dzieci. Sami we wczesnych latach
życia postrzegali swoich rodziców jako zagrożenie; opiekunowie mogli z powodu własnych nieprzepracowanych traum roztaczać wokół siebie aurę
lęku lub grozy. Osoby "zdezorganizowane" często są rozregulowane
emocjonalnie, muszą sobie radzić z nagłymi zmianami poziomu pobudzenia,
dysocjują albo są nieobecne duchem. Jako że są narażone na największy
niepokój, najważniejsze dla nich jest odzyskanie podstawowego poczucia
wyregulowania i względnego bezpieczeństwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki