Trzy mądre małpy - Łukasz Grass

Kup ebooka

21.34 zł
17.71 zł (17,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo od Jerzego Smorawińskiego

Oso­bo­wość kształ­tu­je się nie przez pięk­ne sło­wa,

lecz pra­cą i wła­snym wy­sił­kiem

Al­bert Ein­ste­in

Do rąk czy­tel­ni­ka tra­fia książ­ka na­pi­sa­na przez dzien­ni­ka­rza, któ­ry nie­wąt­pli­wie w swym za­wo­dzie od­niósł suk­ces wzbu­dza­ją­cy po­dziw i za­zdrość nie tyl­ko ma­rzą­cych o ka­rie­rze na szkla­nym ekra­nie. Jed­nak jak każ­da dro­ga osią­ga­nia suk­ce­su, tak i ta wy­ma­ga­ła mor­der­czej pra­cy, peł­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia i pod­po­rząd­ko­wa­nia wszyst­kie­go jed­ne­mu tyl­ko ce­lo­wi - pra­cy za­wo­do­wej. Na­rzu­co­ny styl ży­cia przy­po­mi­na mi frag­ment fil­mu Sta­ni­sła­wa Ba­rei Co mi zro­bisz, jak mnie zła­piesz?, w któ­rym je­den z bo­ha­te­rów zja­da śnia­da­nie wie­czo­rem, aby rano być już go­to­wym do pra­cy.

Po kil­ku­na­stu la­tach dzien­ni­kar­stwa new­so­we­go Łu­kasz Grass "do­cho­dzi do ścia­ny", do­zna­je prze­bu­dze­nia. Uzna­je, że tak da­lej być nie może. Wie­lo­go­dzin­ne dy­żu­ry, pra­ca bez wy­po­czyn­ku, uza­leż­nie­nie od bie­żą­cych wia­do­mo­ści, brak cza­su na zdro­we od­ży­wia­nie, w koń­cu wy­pa­le­nie psy­chicz­ne i wy­czer­pa­nie fi­zycz­ne. Do­ko­nu­je swo­iste­go roz­li­cze­nia z do­tych­cza­so­wym eta­pem ży­cia. Uka­zu­je ku­li­sy brnię­cia przez mul­ti­me­dial­ny na­tłok in­for­ma­cyj­ny, jego prze­twa­rza­nia i se­lek­cjo­no­wa­nia wia­do­mo­ści, od­po­wia­da­ją­cych za­po­trze­bo­wa­niu głod­ne­go sen­sa­cji te­le­wi­zyj­ne­go wi­dza. Od nie­go bo­wiem za­le­ży po­ziom oglą­dal­no­ści i po­pu­lar­ność re­da­go­wa­ne­go pro­gra­mu, a prze­cież tego żą­da­ją re­dak­cyj­ni prze­ło­że­ni.

Na­rzu­co­ny gor­set wy­ma­gań sta­je się co­raz bar­dziej do­kucz­li­wy. Nie ma­jąc więk­sze­go wpły­wu na treść prze­ka­zu, au­tor w efek­cie po­rzu­ca te­le­wi­zję dla dzien­ni­kar­stwa ra­dio­we­go. Czy­ni to łącz­nie z do­ko­na­niem zmia­ny w po­strze­ga­niu war­to­ści i sen­su ży­cia. Po wie­lu la­tach po­wra­ca do spor­tu, z któ­rym był zwią­za­ny od dziec­ka, a tak­że pod­czas stu­diów w aka­de­mii wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go. Tym­cza­sem przez wie­le ko­lej­nych lat ak­tyw­ność fi­zycz­ną za­mie­niał na pra­cę dzien­ni­ka­rza, za­wę­żo­ną do prze­ka­zu spra­woz­dań i new­sów z ży­cia spor­to­we­go. Po­wra­ca rów­nież do re­gu­lar­ne­go tre­nin­gu spor­to­we­go, pod któ­re­go wpły­wem cał­ko­wi­cie zmie­nia do­tych­cza­so­wy styl ży­cia. Swo­iste ka­thar­sis przy­wra­ca rów­no­wa­gę i spo­kój umy­słu. Grass ule­ga fa­scy­na­cji tria­th­lo­nem. Wraz z au­to­rem prze­cho­dzi­my przez ko­lej­ne eta­py przy­go­to­wań do co­raz trud­niej­szych i bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych form jed­nej z naj­cięż­szych dys­cy­plin spor­tu. A dro­ga ta nie jest ła­twa. Z jed­nej stro­ny usta­wicz­na wal­ka z wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi, z dru­giej - na­by­wa­ne do­świad­cze­nie i ogrom­na sa­tys­fak­cja z osią­ga­nych ce­lów.

Moim zda­niem po­śród wie­lu wąt­ków prze­wi­ja­ją­cych się w książ­ce szcze­gól­ne zna­cze­nie ma zwró­ce­nie uwa­gi na za­sa­dę har­mo­nij­ne­go roz­wo­ju cia­ła i umy­słu. Po­wszech­nie zna­na rzym­ska mak­sy­ma gło­si: Mens sana in cor­po­re sano.

Grass przy­wo­łu­je i pięk­nie in­ter­pre­tu­je fi­lo­zo­fię har­mo­nij­ne­go roz­wo­ju cia­ła i in­te­lek­tu Pla­to­na.

War­to tu przy­po­mnieć, nie się­ga­jąc aż w tak od­le­głe cza­sy, że i wśród pol­skich my­śli­cie­li mamy ta­kich, któ­rzy do­ce­nia­li ko­rzyst­ny wpływ ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej na peł­nię roz­wo­ju oso­bo­wo­ści czło­wie­ka. Przy­kła­dy to stwier­dze­nie na­dwor­ne­go le­ka­rza kró­lów pol­skich Woj­cie­cha Oczki: "[...] ruch może za­stą­pić nie­mal każ­dy lek, ale ża­den lek nie za­stą­pi ru­chu", a tak­że trak­ta­ty Ję­drze­ja Śnia­dec­kie­go, dr. Hen­ry­ka Jor­da­na czy Eu­ge­niu­sza Pia­sec­kie­go. Spoj­rze­nie na roz­wój fi­zycz­no­ści czło­wie­ka sta­je się nie­zmier­nie waż­ne wła­śnie w dzi­siej­szych cza­sach, bo­wiem współ­cze­sny świat wy­two­rzył nowy pro­blem po­waż­nie za­bu­rza­ją­cy rów­no­wa­gę mię­dzy cia­łem, umy­słem i du­szą. W spo­sób szcze­gól­ny do­ty­czy to mło­de­go po­ko­le­nia, za­uro­czo­ne­go kom­pu­te­ra­mi, iPo­da­mi, Fa­ce­bo­okiem czy wie­lo­go­dzin­nym oglą­da­niem pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych. Dziś fi­zycz­ność zo­sta­ła zde­gra­do­wa­na do po­zio­mu pry­mi­tyw­nej roz­ryw­ki dla mas, zbli­ży­ła się nie­mal do gla­dia­tor­stwa. Ro­dzi się py­ta­nie, czy nie czas, aby od­wró­cić bieg rze­ki. Czy chcąc spro­stać przy­spie­szo­ne­mu roz­wo­jo­wi cy­wi­li­za­cyj­ne­mu, przy­tła­cza­ją­cym świa­do­mość roz­wią­za­niom tech­nicz­nym, stre­su­ją­cym wy­ma­ga­niom dnia co­dzien­ne­go, nie po­win­ni­śmy wzmoc­nić na­szych zna­mion fi­zycz­nych? A tym­cza­sem - mimo bu­do­wa­nia se­tek "or­li­ków" - poza nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi mło­dzież mamy co­raz mniej spraw­ną i co­raz słab­szą. W wy­obra­że­niu wie­lu stu­dia na AWF-ie to do­me­na "mię­śnia­ków" i szko­ła "fi­ka­nia ko­zioł­ków". Ży­cie na­to­miast po­ka­zu­je, że ab­sol­wen­ci tych uczel­ni znacz­nie le­piej ra­dzą so­bie z pro­ble­ma­mi dnia co­dzien­ne­go, ze stre­sem, że są bar­dziej kre­atyw­ni, chęt­nie uzu­peł­nia­ją wie­dzę i spo­tkać ich moż­na na wie­lu od­po­wie­dzial­nych sta­no­wi­skach, czę­sto bar­dzo od­le­głych od pro­fi­lu ukoń­czo­nych stu­diów. Jak­że traf­nym tego przy­kła­dem jest wła­śnie au­tor ni­niej­szej książ­ki!

Od wie­lu lat je­ste­śmy świad­ka­mi roz­kwi­tu ga­łę­zi psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej, kon­cen­tru­ją­cej się przede wszyst­kim na bu­do­wa­niu kre­atyw­no­ści, umie­jęt­nych za­cho­wań in­ter­per­so­nal­nych czy prze­ciw­dzia­ła­niu wszech­obec­ne­mu stre­so­wi, a po­le­ga­ją­cej li tyl­ko na ste­ro­wa­niu pro­ce­sa­mi my­ślo­wy­mi. Rze­sze pra­cow­ni­ków kor­po­ra­cyj­nych uczest­ni­czą w kur­sach po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia czy pro­gra­mach neu­ro­lin­gwi­stycz­nych (NLP). Do­pie­ro nie­daw­no do­strze­żo­no, że to wszyst­ko ma sens, je­śli opie­ra się na jed­no­cze­snym kształ­to­wa­niu umy­słu i cia­ła. Kie­dy je­steś sil­ny, to bę­dziesz tak­że zdol­ny do roz­wią­zy­wa­nia trud­nych pro­ble­mów, je­śli po­przez wzmoc­nie­nie czu­cia pro­prio­cep­tyw­ne­go za­cho­wasz rów­no­wa­gę fi­zycz­ną, to za­cho­wasz ją rów­nież w sy­tu­acjach trud­nych psy­chicz­nie. Wła­śnie tego uczy nas przy­kład zmia­ny sty­lu ży­cia Łu­ka­sza Gras­sa.

To zresz­tą nie­je­dy­ne wa­lo­ry książ­ki. Na­pi­sa­na z du­żym ła­dun­kiem emo­cji, uka­zu­je wraż­li­wość au­to­ra, umie­jęt­nie wią­żą­ce­go ży­cie za­wo­do­we z prze­ży­cia­mi na­tu­ry oso­bi­stej. Jej treść skie­ro­wa­na jest do wie­lu ad­re­sa­tów. Przede wszyst­kim jed­nak do tych, któ­rzy od­czu­wa­jąc dys­kom­fort we wła­snym ży­ciu, chcie­li­by coś zmie­nić, ale brak im od­wa­gi w pod­ję­ciu de­cy­zji bądź wąt­pią w moż­li­wość osią­gnię­cia za­mie­rzo­nych ce­lów. Grass z jed­nej stro­ny ostrze­ga - nie zwle­kaj­cie z de­cy­zją, bo do śmier­ci po­zo­sta­nie­cie tyl­ko ma­rzy­cie­la­mi, z dru­giej za­chę­ca - yes, you can do it.

Tyl­ko po­dej­mij de­cy­zję dziś, nie cze­kaj na prze­łom roku czy inne szcze­gól­ne oka­zje. Cho­ciaż nie jest to pod­ręcz­nik tre­ner­ski, każ­dy po­cząt­ku­ją­cy tria­th­lo­ni­sta znaj­dzie w nim wie­le prak­tycz­nych wska­zó­wek wy­ni­ka­ją­cych z ko­lej­nych do­świad­czeń au­to­ra. To tak­że do­bra lek­tu­ra dla za­awan­so­wa­nych w tre­nin­gu spor­tow­ców, po­zwa­la­ją­ca na kon­fron­ta­cję z wła­sny­mi do­zna­nia­mi.

Jak bar­dzo my­lą­ce jest stwier­dze­nie, że róż­ni­ca wie­ku to tak­że prze­paść w spoj­rze­niu na fi­lo­zo­fię ży­cia dnia co­dzien­ne­go! Od Łu­ka­sza dzie­li mnie wię­cej niż jed­no po­ko­le­nie, a jed­nak... Zro­zu­mie­nie roli spor­tu jest wy­znacz­ni­kiem na­sze­go sty­lu ży­cia. To re­gu­lar­na ak­tyw­ność fi­zycz­na wpły­wa na zdol­ność mo­bi­li­za­cji, umie­jęt­ność po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji, od­por­ność na stres, a w kon­se­kwen­cji za­do­wo­le­nie z osią­ga­nych ce­lów i po­czu­cie speł­nie­nia w ży­ciu.

Książ­ka ta wy­war­ła na mnie bar­dzo duże wra­że­nie. Jest to bo­wiem pięk­na hi­sto­ria o od­wa­dze i o tym, jak moż­na zmie­nić swo­je ży­cie na lep­sze. Na za­koń­cze­nie au­tor przed­sta­wia in­ter­pre­ta­cję iko­no­gra­fii trzech małp. Przy­po­mi­na mą­dre bud­dyj­skie prze­sła­nie "o ko­niecz­no­ści od­rzu­ce­nia zła pod każ­dą po­sta­cią, sku­pie­niu się na tym, co do­bre i war­to­ścio­we". Grass do­dał rów­nież wła­sną in­ter­pre­ta­cję za­cho­wa­nia trzech małp, na­wią­zu­jąc do funk­cjo­no­wa­nia za­wod­ni­ka pod­czas tria­th­lo­nu. Jest to bar­dzo ory­gi­nal­ne i cel­ne spo­strze­że­nie, któ­re po­twier­dza wszech­stron­ną sym­bo­li­kę słyn­nej iko­no­gra­fii.

prof. dr hab. med. Je­rzy Smo­ra­wiń­ski

rek­tor Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­ne­go

im. Eu­ge­niu­sza Pia­sec­kie­go w Po­zna­niu

ROZDZIAŁ IGŁÓD RUCHU

To dziw­ne, że taka pro­sta czyn­ność jak bie­ga­nie może uwa­run­ko­wać ży­cie czło­wie­ka. Jak okre­ślił to Chri­sto­pher McDo­ugall w książ­ce Uro­dze­ni bie­ga­cze:

Bie­ga­nie łą­czy w jed­no dwa pier­wot­ne im­pul­sy: strach i przy­jem­ność. Bie­gnie­my, kie­dy się bo­imy; bie­gnie­my, kie­dy roz­pie­ra nas wręcz eks­ta­tycz­na ra­dość; bie­gnie­my, byle uciec od pro­ble­mów; i bie­gnie­my po pro­stu po to, aby przy­jem­nie spę­dzić czas.

Bie­ga­nie było od za­wsze. Mu­sia­ło być tyl­ko to, bo na wsi, gdzie miesz­ka­łem, nie było sali gim­na­stycz­nej. Je­dy­ną sen­sow­ną for­mą pro­wa­dze­nia za­jęć wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go była lek­ka atle­ty­ka. Tło­cze­nie się na wą­skich ko­ry­ta­rzach szko­ły pod­sta­wo­wej zda­rza­ło się tyl­ko wte­dy, gdy na dwo­rze pa­dał deszcz lub był nie­ziem­ski mróz. Wów­czas za­ję­cia wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go przy­po­mi­na­ły ob­wód sta­cyj­ny. Ćwi­czy­ło się na kil­ku sta­no­wi­skach, zło­żo­nych z ma­te­ra­cy po­roz­kła­da­nych pod ścia­ną na wą­skim ko­ry­ta­rzu, co wy­glą­da­ło jak za­im­pro­wi­zo­wa­ny szpi­tal po­lo­wy. To wra­że­nie po­tę­go­wał za­pach mle­ka lub her­ba­ty go­to­wa­nej w wiel­kich garn­kach w sto­łów­ce obok, do któ­rej wcho­dzi­ło się wą­skim i krót­kim ko­ry­ta­rzem. Od­wie­dza­li­śmy ją po każ­dych za­ję­ciach wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, pro­sząc ku­char­kę o wy­da­nie po­nad­stan­dar­do­we­go kub­ka go­rą­cej her­ba­ty, któ­ra naj­le­piej ga­si­ła pra­gnie­nie. So­cre­ali­stycz­ne­go kli­ma­tu do­da­wa­ło wiel­kie zdję­cie Ju­ri­ja Ga­ga­ri­na na ścia­nie, któ­re z cza­sem, po­dob­nie jak wszyst­kie inne do­wo­dy obec­no­ści za­przy­jaź­nio­nych wojsk zza Buga, znik­nę­ło.

Pa­mię­tam taką sce­nę z dzie­ciń­stwa, mo­głem mieć osiem, dzie­więć lat. To było już kil­ka lat po sta­nie wo­jen­nym, z któ­re­go oczy­wi­ście nic nie pa­mię­tam, bo z jed­nej stro­ny by­łem za mały, z dru­giej - na "ko­niec świa­ta", jak na­zy­wa­łem małą wieś Sta­ro­gard na Po­mo­rzu Za­chod­nim, gdzie miesz­ka­li­śmy, nie do­cie­ra­ły żad­ne nie­pod­le­gło­ścio­we ru­chy, a tym bar­dziej wia­do­mo­ści. Nie pa­mię­tam na­wet tego, że nie było Te­le­ran­ka. Miesz­ka­łem nie­da­le­ko Świ­dwi­na, Gry­fic i Draw­ska Po­mor­skie­go, oko­ło czter­dzie­stu ki­lo­me­trów od jed­ne­go z naj­więk­szych po­li­go­nów w Eu­ro­pie. Chy­ba dwa razy w roku (na pew­no zimą i wio­sną) dro­gą prze­cho­dzą­cą przez moją miej­sco­wość prze­jeż­dża­ło woj­sko. Ra­dziec­kie woj­sko. Przy­by­wa­ło z róż­nych jed­no­stek na po­li­gon w Draw­sku. Ci woj­sko­wi, któ­rzy byli od­po­wie­dzial­ni za lo­gi­sty­kę i za­bez­pie­cza­li tra­sę, bar­dzo czę­sto no­co­wa­li u nas na wsi, cze­ka­jąc na prze­jazd ca­łej ko­lum­ny wojsk ja­dą­cych mię­dzy in­ny­mi z Gry­fic i Trze­bia­to­wa. Dla nas, dzie­ci, była to nie lada grat­ka. Na żywo zo­ba­czyć, a na­wet do­tknąć, czoł­gi, SKOT-y (śred­ni ko­ło­wy trans­por­ter opan­ce­rzo­ny) i tym po­dob­ne po­jaz­dy było nie­za­po­mnia­nym wra­że­niem. Oczy­wi­ście, trak­to­wa­li­śmy woj­sko­we ma­szy­ny z czer­wo­ną gwiaz­dą wro­go, strze­la­jąc do nich z drew­nia­nych ka­ra­bi­nów lub spe­cjal­nych dmu­cha­wek, a za na­bo­je słu­ży­ły nam nie­doj­rza­łe owo­ce bzu, któ­re mają po­stać twar­dych zie­lo­nych ku­lek. Dmu­chaw­kę ro­bi­ło się z ło­dy­gi bzu, uci­na­jąc no­żem naj­grub­szy jej frag­ment i mie­dzia­nym dru­tem wy­drą­ża­jąc otwór w we­wnętrz­nej, gąb­cza­stej struk­tu­rze. Zie­lo­ne "po­ci­ski" wkła­da­ło się po kil­ka do ust i ener­gicz­nym dmuch­nię­ciem w rur­kę po­sy­ła­ło się se­rię w kie­run­ku nie­przy­ja­cie­la. O ile tra­fie­nie w cia­ło by­wa­ło bo­le­sne, o tyle strzał w gru­by że­la­zny pan­cerz czoł­gu miał wy­miar tyl­ko sym­bo­licz­ny, ale dla nas, ma­ło­la­tów, bez­cen­ny. Któ­re­goś dnia moja żoł­nier­ska duma, a tym bar­dziej re­pu­ta­cja jako do­wo­dzą­ce­go jed­nym z od­dzia­łów, zo­sta­ła wy­sta­wio­na na szwank. Oj­ciec za­wo­łał mnie do kuch­ni i wrę­czył re­kla­mów­kę.

- Co to? - za­py­ta­łem.

- Pie­czo­ne kur­cza­ki. Za­nieś chło­pa­kom na czoł­gu.

- Ru­skim?!

- Nie Ru­skim, tyl­ko Ro­sja­nom. Ci mło­dzi chłop­cy nie są ni­cze­mu win­ni, że tu są. To ten sys­tem...

Zna­la­złem się na kra­wę­dzi prze­pa­ści. Wy­sze­dłem z domu, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce pro­wiant dla nie­przy­ja­cie­la, w dru­giej - broń i pas z zie­lo­ny­mi na­bo­ja­mi, i za­sta­na­wia­łem się, jak wy­tłu­ma­czyć się z tej sy­tu­acji przed pod­wład­ny­mi. Ru­ski to był Ru­ski. Za­wsze mia­łem tró­ję z ru­skie­go, bo nie bar­dzo chcie­li­śmy uczyć się ję­zy­ka na­szych brat­nich są­sia­dów. Te­raz, w trak­cie otwar­tej woj­ny, kie­dy zdo­by­wa­li­śmy ko­lej­ne czoł­gi, mia­łem prze­rwać na­tar­cie i na oczach swo­ich żoł­nie­rzy za­nieść Ru­skim pol­skie pie­czo­ne kur­cza­ki! Dzie­cię­ca wy­obraź­nia pod­po­wie­dzia­ła jed­nak for­tel. Pod po­zo­rem ro­zej­mu i prze­ka­za­nia stra­wy zmę­czo­ne­mu nie­przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry i tak był prze­cież bli­ski to­tal­nej klę­ski, mie­li­śmy naj­pierw za­nieść kur­cza­ki na czołg, a póź­niej, kie­dy Ru­scy będą spo­koj­nie jeść, wy­koń­czyć ich bzem na amen. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej prze­czy­ta­łem książ­kę Joh­na Fow­le­sa Mag, w któ­rej an­giel­ski pi­sarz mó­wił o II woj­nie świa­to­wej i Hi­tle­rze: "Tra­ge­dią było nie to, że je­den czło­wiek wy­brał zło, ale że mi­lio­ny nie po­tra­fi­ły wy­brać do­bra". Więc o co cho­dzi z tym cho­ler­nym sys­te­mem? - po­my­śla­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie sce­nę z dzie­ciń­stwa.

Wieś Sta­ro­gard, dla mnie "ko­niec świa­ta", mia­ła kil­ka za­let: dzie­ciń­stwo w la­sach, na po­lach i wiej­skim bo­isku, czy­ste po­wie­trze i zdro­we je­dze­nie, kil­ka ki­lo­me­trów od domu je­zio­ro i rze­ka - to tam na­uczy­łem się pły­wać. Kie­dy się­gam pa­mię­cią do tam­tych cza­sów, prze­cho­dzą mnie ciar­ki. Jak moż­na było po­zwo­lić kil­ku­let­nim dzie­ciom na sa­mot­ne wy­pa­dy do lasu, nad rze­kę, nad je­zio­ro? Jed­nak ży­cie na wsi mia­ło swój wła­sny rytm i swo­je za­sa­dy. Nikt o ni­ko­go się nie mar­twił, ni­ko­mu ni­cze­go nie za­bra­nia­no. W tam­tych cza­sach dzie­ci do­świad­cza­ły praw­dzi­wej bez­tro­ski, od­dy­cha­ły peł­ną pier­sią, ni­ko­mu nie mu­sia­ły ni­cze­go udo­wad­niać, ści­gać się na ilość za­li­czo­nych za­jęć po­za­lek­cyj­nych z ba­le­tu, jogi czy ha­tha-jogi. Ja­dło się śnia­da­nie, za­bie­ra­ło do kie­sze­ni ka­wa­łek kieł­ba­sy, ogór­ka i ucie­ka­ło na cały dzień. Nie było te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, In­ter­ne­tu i moż­li­wo­ści sta­łe­go mo­ni­to­ro­wa­nia każ­de­go ru­chu swo­ich bli­skich. Dziś po go­dzi­nie od wy­jaz­du ro­dzi­ny na za­ku­py mu­sisz do­stać SMS z po­twier­dze­niem, że do­je­cha­li na miej­sce, że wra­ca­ją za pół go­dzi­ny, że wszyst­ko jest w jak naj­lep­szym po­rząd­ku. Dwa­dzie­ścia pięć lat temu zni­ka­łem na cały dzień, włó­czy­łem się po la­sach, szu­ka­jąc przy­gód, i ni­ko­mu nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, żeby z tego po­wo­du zry­wać na nogi mi­li­cję.

Pa­mię­tam jak dziś mo­men­ty, w któ­rych nocą sta­wa­łem na polu, tuż przed la­sem, i pa­trzy­łem w roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Na wsi wy­glą­da ono jak z baj­ki. Wiej­skie nie­bo jest cał­kiem inne niż miej­skie. Wy­da­je się, jak­by­śmy pa­trzy­li na dwa zu­peł­nie róż­ne skle­pie­nia. W mie­ście wi­dać kil­ka gwiazd, któ­rych blask tłu­mią ulicz­ne świa­tła, a na wsi są ich ty­sią­ce, mi­lio­ny. Wi­dać war­ko­cze gwiazd cią­gną­ce się od wscho­du do za­cho­du, księ­życ jest peł­niej­szy i wy­raź­niej­szy, przez zwy­kłą lor­net­kę do wy­pa­try­wa­nia le­śnej zwie­rzy­ny moż­na doj­rzeć kra­te­ry na Księ­ży­cu. Pa­trzy­łem wte­dy w nie­bo, przed sie­bie, i my­śla­łem o tym, gdzie za­pro­wa­dzi mnie los. Czy uda mi się wy­rwać z tego miej­sca? Co za pa­ra­doks! Jak moż­na było chcieć uciec z miej­sca, w któ­rym nie­bo, pola i lasy wy­glą­da­ły jak z baj­ki? Ale z cza­sem wszy­scy prze­ko­ny­wa­li się, że z ba­jek nie da się wy­żyć. Trze­ba było za­dbać o wszyst­kie przy­ziem­ne spra­wy po­zwa­la­ją­ce w spo­ko­ju owe baj­ki czy­tać. Te­raz przy­jem­nie wra­ca się do miejsc, któ­re ukształ­to­wa­ły moją wraż­li­wość, tę­sk­ni się za za­pa­chem drzew, traw i pól.

Moje dzie­ciń­stwo przy­pa­dło na lata 80. i 90., a więc mo­ment trans­for­ma­cji ustro­jo­wej, któ­ra na wsi przy­bra­ła wy­jąt­ko­wo uciąż­li­wą for­mę. Przej­ście od Pań­stwo­wych Go­spo­darstw Rol­nych do small biz­ne­su nie każ­de­mu wy­szło na do­bre. Wszyst­kie­go trze­ba było uczyć się od pod­staw, po­peł­niać błę­dy, do­świad­czać po­ra­żek, sta­rać się za­ra­biać w han­dlu mimo wy­so­kie­go bez­ro­bo­cia. W re­gio­nie, w któ­rym miesz­ka­łem, się­ga­ło ono mo­men­ta­mi pięć­dzie­się­ciu pro­cent! Jak tu co­kol­wiek sprze­da­wać, kie­dy po­ło­wa spo­łe­czeń­stwa nie ma pra­cy? Ale ja­koś nam się wio­dło. Moi ro­dzi­ce wy­dzier­ża­wi­li kiosk Ru­chu i zro­bi­li z nie­go sklep. Dzię­ki temu mie­li­śmy pie­nią­dze na na­ukę i nor­mal­ne ży­cie - bez fa­jer­wer­ków, ale też bez na­rze­ka­nia na ota­cza­ją­cą rze­czy­wi­stość. Tre­no­wa­łem. Chcia­łem być spor­tow­cem i wy­rwać się ze wsi, uciec w świat i nig­dy nie wra­cać do miej­sca, w któ­rym nie było żad­nych per­spek­tyw. Z cza­sem w gło­wie za­kieł­ko­wa­ło ma­rze­nie o dzien­ni­kar­stwie, któ­re po la­tach uda­ło się zre­ali­zo­wać. Chcia­łem być ko­men­ta­to­rem spor­to­wym - naj­le­piej me­czów pił­ki noż­nej - ale rze­czy­wi­stość pchnę­ła mnie do po­li­ty­ki i spraw spo­łecz­nych.

Po­wie­dze­nie, że od dziec­ka chcia­łem być dzien­ni­ka­rzem, to jak po­wie­dze­nie, że każ­dy chło­piec chciał być kie­dyś stra­ża­kiem albo po­li­cjan­tem, jed­nak w moim przy­pad­ku przez lata nic w mło­dzień­czych po­sta­no­wie­niach się nie zmie­ni­ło. Upór, z ja­kim dą­ży­łem do osią­gnię­cia celu, ani razu nie osłabł. Moi ro­dzi­ce sku­tecz­nie mi w tym po­ma­ga­li, wbi­ja­jąc do gło­wy jed­no zda­nie: "Mu­sisz ro­bić wszyst­ko, aby stąd uciec". Od­czy­ta­łem te sło­wa do­słow­nie. Za­czą­łem ucie­kać, jak For­rest Gump. Dzię­ki po­my­sło­wym na­uczy­cie­lom ze szko­ły, mo­ty­wu­ją­cym mnie do bie­ga­nia, wy­my­śli­łem so­bie, że sport bę­dzie moją prze­pust­ką do lep­sze­go ju­tra. W za­sa­dzie już wte­dy bu­do­wa­łem so­bie dwa róż­ne świa­ty, pod­świa­do­mie je łą­cząc - jak­bym wie­dział, że to wła­śnie sport i na­uka będą moim spo­so­bem na ży­cie. Szko­ła, tre­nin­gi, czy­ta­nie - i tak w kół­ko. Po­ły­ka­łem książ­ki, szcze­gól­nie w szko­le pod­sta­wo­wej, kie­dy to umysł czło­wie­ka jest naj­bar­dziej pla­stycz­ny, chłon­ny i po­dat­ny na nowe tre­ści. Pa­mię­tam za­ba­wę, któ­rą wy­my­śli­łem z jed­nym z ko­le­gów. Ści­ga­li­śmy się, kto dłu­żej bę­dzie czy­tał przed za­śnię­ciem. Przez okna wi­dzie­li­śmy swo­je po­ko­je i czy­ta­jąc książ­kę, co kil­ka­na­ście mi­nut zry­wa­li­śmy się z łóż­ka, pa­trząc, któ­ry z nas pierw­szy zga­si świa­tło i pój­dzie spać.

Kie­dy nie czy­ta­łem - bie­ga­łem. By­łem szczę­ścia­rzem. Mo­głem tre­no­wać w czy­stych la­sach Po­mo­rza, gdzie na każ­dym kro­ku wpa­da­ło się na dzi­ką zwie­rzy­nę. Wie­czo­ra­mi są­siedz­two je­le­ni, dzi­ków i in­nych zwie­rząt wzbu­dza­ło jed­nak nie­po­kój i strach, tak jak wte­dy, gdy oko w oko sta­ną­łem na le­śnej ścież­ce z li­sem, któ­ry zdzi­wio­ny moją obec­no­ścią za­stygł, wpa­tru­jąc się we mnie py­ta­ją­co. Jak na stop-klat­ce wi­dzia­łem sie­bie za­trzy­ma­ne­go w po­ło­wie kro­ku bie­go­we­go. Ja pa­trzę na lisa, on na mnie. Któ­ry z nas ru­szy się pierw­szy i od­pu­ści? Ten las był jego do­mem, więc po ci­chu, po­wo­li - ra­czej w oba­wie o sie­bie - wy­co­fa­łem się. Lis spo­koj­nie od­wró­cił się i znik­nął w gę­stwi­nie. Pierw­sza lek­cja cier­pli­wo­ści i dzia­ła­nia bez emo­cji. W ta­kiej chwi­li czło­wiek chce prze­cież ucie­kać albo chwy­tać za kij, ka­mień i rzu­cać w kie­run­ku prze­ciw­ni­ka, żeby go od­stra­szyć. Cza­sa­mi war­to po­cze­kać, zi­gno­ro­wać pierw­szą myśl. Póź­niej nie­raz prze­ko­na­łem się, że daje to o wie­le lep­sze re­zul­ta­ty. Ale to nic dziw­ne­go, sko­ro do­pusz­cza­my do dzia­ła­nia ro­zum - nie emo­cje.

"Pa­nie Łu­ka­szu, cier­pli­wo­ści - pa­tien­ce, jak mó­wią Ame­ry­ka­nie" - po­wta­rzał pod­czas każ­dej gry w te­ni­sa Ma­ciej Wie­rzyń­ski, zna­ko­mi­ty pol­ski dzien­ni­karz. Gdy pra­co­wa­li­śmy w TVN24, kil­ka­krot­nie uda­ło nam się umó­wić na ro­ze­gra­nie me­czu. Sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­ni pan, młod­szy du­chem od nie­jed­ne­go trzy­dzie­sto­lat­ka, wy­gry­wał ze mną za każ­dym ra­zem. Nie dla­te­go, że miał lep­szą kon­dy­cję fi­zycz­ną albo że o nie­bo prze­wyż­szał mnie tech­ni­ką. On po pro­stu był cier­pli­wy, wy­cze­ki­wał, spo­koj­nie prze­bi­jał pił­kę na dru­gą stro­nę kor­tu, raz na pra­wo, raz na lewo. Ga­niał mnie po ca­łym bo­isku i zmu­szał do po­peł­nia­nia błę­dów albo pro­wo­ko­wał, da­jąc z po­zo­ru ła­twe pił­ki - tak zwa­ne na wy­koń­cze­nie ry­wa­la. Przy za­cho­wa­niu wszyst­kich pro­por­cji każ­dy nasz mecz wy­glą­dał jak spo­tka­nie Agniesz­ki Ra­dwań­skiej z Ma­rią Sza­ra­po­wą pod­czas tur­nie­ju w Mia­mi w mar­cu 2012 roku, w zna­ko­mi­tym sty­lu wy­gra­nym przez Po­lkę. Pierw­sza te­ni­sist­ka była spo­koj­na, cier­pli­wa i kon­se­kwent­na, dru­ga - na­rwa­na, peł­na zło­ści i chę­ci udo­wod­nie­nia, że pi­łecz­kę te­ni­so­wą da się roz­wa­lić ra­kie­tą. U mnie było po­dob­nie - po­nie­waż nie by­łem cier­pli­wy, na­wet pro­sty atak przy siat­ce koń­czył się po­sła­niem pił­ki na aut, a cała ak­cja wy­glą­da­ła jak roz­pacz­li­wa pró­ba za­bi­cia prze­ciw­ni­ka. Z gry­ma­sem na twa­rzy, któ­ry pa­so­wał ra­czej do bok­ser­skie­go rin­gu niż kor­tu te­ni­so­we­go, bie­głem pod siat­kę, z ra­kie­tą od­chy­lo­ną do tyłu, jak z ry­cer­skim mie­czem, któ­ry za chwi­lę miał spaść na zbro­ję prze­ciw­ni­ka, i ude­rza­łem z ca­łej siły, nie pa­trząc na kie­ru­nek - byle pił­ka po­le­cia­ła tak szyb­ko, żeby nie moż­na było jej do­strzec. Obaj za­uwa­ża­li­śmy, jak wpa­da na aut, a do mnie do­cie­ra­ło, że te­nis to sport dla dżen­tel­me­nów, nie dla w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­nych. Praw­dzi­wej cier­pli­wo­ści na­uczył mnie do­pie­ro tria­th­lon, ale za­nim się po­ja­wił, było bie­ga­nie.

Jako dziec­ko tre­no­wa­łem kil­ka razy w ty­go­dniu, a praw­dzi­we­go bak­cy­la zła­pa­łem po prze­bie­gnię­ciu ma­ra­to­nu na raty. Szkol­na za­ba­wa, któ­rą zor­ga­ni­zo­wał je­den z na­uczy­cie­li, dzie­ląc czter­dzie­ści dwa ki­lo­me­try sto dzie­więć­dzie­siąt pięć me­trów na kil­ku­ki­lo­me­tro­we od­cin­ki, oka­za­ła się do­sko­na­łym nar­ko­ty­kiem - zdro­wo uza­leż­nił mnie on na całe ży­cie. Po­nie­waż, jak chy­ba każ­dy po­cząt­ku­ją­cy bie­gacz, mia­łem pro­ble­my z mo­ty­wa­cją, wy­zna­cza­łem so­bie tra­sę "bez od­wro­tu". Dłuż­sze od­cin­ki po­ko­ny­wa­łem nie na bo­isku czy w po­bli­skim le­sie, ale po­ło­wę dy­stan­su bie­głem pro­sto przed sie­bie, tak aby po kil­ku ki­lo­me­trach być zmu­szo­nym zro­bić w tył zwrot i wra­cać tą samą tra­są.

Pod­czas jed­ne­go z ta­kich tre­nin­gów, trwa­ją­cych pra­wie dwie go­dzi­ny, za­czą­łem od­czu­wać zmę­cze­nie. My­śli krą­ży­ły wo­kół słów prze­czy­ta­nych w ja­kiejś pra­so­wej re­kla­mie obu­wia:

Kie­dy bie­gnę, nie sły­szę pta­ków, po­cią­gów, sa­mo­cho­dów ani sa­mo­lo­tów. Nie sły­szę na­wet ude­rzeń swo­ich stóp o zie­mię. Słu­cham ryt­mu swo­je­go cia­ła i wie­rzę we wszyst­ko, co mi po­wie. Ce­lem je­stem ja sam, kie­dy wkra­czam w swo­ją do­li­nę bólu. Moje cia­ło sta­wia mi wy­zwa­nia. Ono mówi, że mogę coś zro­bić, a ja od­po­wia­dam, że nie. Ale nie mam żad­nych ar­gu­men­tów, więc prze­sta­ję się spie­rać i bie­gnę da­lej. I moje cia­ło jest mi wdzięcz­ne, że go po­słu­cha­łem.

Te­sto­wa­łem praw­dzi­wość tych słów na so­bie. Lu­bi­łem ba­wić się w wy­my­śla­nie ar­gu­men­tów, któ­re mo­gły­by za­trzy­mać mnie w domu pod cie­płą koł­drą. Za­wsze prze­gry­wa­łem. Na­wet je­śli wy­da­wa­ło mi się, że to, co wła­śnie wy­my­śli­łem, jest ide­al­ną wy­mów­ką, chwi­lę póź­niej wy­rzu­ty su­mie­nia udo­wad­nia­ły, że jed­nak nie. Głód ru­chu obu­dzo­ny we mnie we wcze­snych la­tach dzie­ciń­stwa zo­stał uśpio­ny tyl­ko raz i do­pro­wa­dził do sta­nu, w któ­rym na wy­świe­tla­czu wagi uka­zy­wa­ły się już nie dwie, ale trzy cy­fry: 102 ki­lo­gra­my. Dla ko­goś, kto całe ży­cie po­wta­rzał pla­toń­ską mą­drość o rów­no­le­głym roz­wi­ja­niu cia­ła i umy­słu, to był kosz­mar. Trze­ba było coś zmie­nić. Od ukoń­cze­nia stu­diów przez ko­lej­ne pięć lat sport był prze­cież obec­ny w moim ży­ciu tyl­ko w for­mie in­for­ma­cji ra­dio­wych i te­le­wi­zyj­nych, któ­re pre­zen­to­wa­łem w ser­wi­sach. Za chwi­lę mia­ło się to zmie­nić. Tym ra­zem za spra­wą tria­th­lo­nu, któ­ry po­pchnął moje ży­cie na zu­peł­nie inne tory, pro­wa­dzą­ce do mety mi­tycz­ne­go dy­stan­su na­zy­wa­ne­go Iron­man.

Słowo od Stefana Szczepłka

Łu­kasz Grass ucie­ka od dzien­ni­kar­stwa na pie­cho­tę, ro­we­rem i wpław. Ale ucie­ka tak, żeby przy­pad­kiem mu się nie uda­ło. Mło­dy dzien­ni­karz, któ­ry szyb­ko zdo­był po­zy­cję w za­wo­dzie i sym­pa­tię te­le­wi­dzów, sto­jąc na pro­gu ka­rie­ry, uświa­da­mia so­bie, że je­śli nie zwol­ni tem­pa i pod­da się pa­nu­ją­cym we współ­cze­snym dzien­ni­kar­stwie te­le­wi­zyj­nym zwy­cza­jom, któ­re­goś dnia zwa­riu­je. Zmie­nia re­dak­cję z te­le­wi­zyj­nej na ra­dio­wą i bie­rze się do upra­wia­nia trzech dys­cy­plin spor­tu w jed­nej - tria­th­lo­nu.

Książ­ka jest ro­dza­jem pa­mięt­ni­ka, w któ­rym au­tor dzie­li się z czy­tel­ni­kiem gorz­ki­mi uwa­ga­mi na te­mat dzien­ni­kar­stwa. Robi to tak, żeby ni­ko­go nie ob­ra­zić, ale wy­raź­nie daje do zro­zu­mie­nia, że za­wód, o któ­rym wie­lu mło­dych lu­dzi ma­rzy, wi­dzia­ny od środ­ka wie­le tra­ci.

Ja to aku­rat znam. Czy­ta­jąc książ­kę, czu­ję więź emo­cjo­nal­ną z jej au­to­rem, mimo że po­ko­le­nio­wo na­le­ży­my do in­nych świa­tów. Też wiem, że gdy­bym dzi­siaj miał się ści­gać w swo­im fa­chu, chy­ba nie do­biegł­bym do mety. Nie dla­te­go, że bra­ku­je mi tech­ni­ki i kon­dy­cji, ale dla­te­go, że nie na­ru­szę za­sad fair play, któ­ry­mi sta­ram się kie­ro­wać, i nie ule­gnę ni­czy­im wpły­wom, poza oso­ba­mi mi życz­li­wy­mi. Uda­wa­ło mi się to przez bli­sko czter­dzie­ści lat pra­cy. Mnie ła­twiej niż Łu­ka­szo­wi Gras­so­wi, bo je­stem dzien­ni­ka­rzem spor­to­wym.

Mój po­dziw dla au­to­ra wy­ni­ka z osią­gnię­cia przez nie­go tego, cze­go mnie nig­dy nie uda­ło się osią­gnąć: dys­cy­pli­ny, jaką so­bie na­rzu­cił, i kon­se­kwen­cji w dą­że­niu do celu. Może brzmi to ba­nal­nie, ale kie­dy czy­tam o zma­ga­niach au­to­ra ze sobą na dro­dze do ty­tu­łu Iron­ma­na, wiem mniej wię­cej, ile har­tu du­cha mu­siał wy­ka­zać.

Mniej wię­cej, bo dla mnie przy­jem­no­ścią były gra w pił­kę i bie­ga­nie po le­sie, ale na re­gu­lar­ne tre­nin­gi lek­ko­atle­tycz­ne moja sil­na wola oka­za­ła się zbyt sła­ba. Dziś ża­łu­ję, że nie prze­bie­głem ma­ra­to­nu. Mo­głem, ale mi się nie chcia­ło.

Łu­ka­szo­wi Gras­so­wi się chce i na­le­ży go po­dzi­wiać za umie­jęt­ność go­dze­nia obo­wiąz­ków re­dak­cyj­nych z za­ję­cia­mi do­mo­wy­mi, tre­no­wa­niem aż trzech dys­cy­plin jed­no­cze­śnie i wy­jaz­da­mi na za­wo­dy. A jesz­cze trze­ba prze­czy­tać pra­sę i książ­ki, obej­rzeć te­le­wi­zję, pójść do kina i na kon­cert. Je­śli nie bę­dzie­my tego ro­bić, skoń­czy­my się jako dzien­ni­ka­rze. Moż­na, je­śli bar­dzo się chce, ale pro­blem po­le­ga na tym, że mało komu się chce.

Ta książ­ka po­win­na no­sić pod­ty­tuł Jak so­bie uło­żyć ży­cie, żeby nie bo­la­ło i przy­no­si­ło ra­dość. Jest w niej frag­ment o an­giel­skiej tria­th­lo­ni­st­ce Chris­sie Wel­ling­ton, któ­ra do mi­strzostw świa­ta na Ha­wa­jach przy­stą­pi­ła kon­tu­zjo­wa­na i na­szpi­ko­wa­na an­ty­bio­ty­ka­mi. A po­tem pro­wa­dzi­ła wal­kę już na­wet nie z prze­ciw­nicz­ka­mi, któ­re już po pierw­szej kon­ku­ren­cji, pły­wa­niu, były da­le­ko przed nią, a z upły­wem cza­su tę prze­wa­gę po­więk­sza­ły, ale ze sobą, z cho­ro­bą. Nie opi­szę tej wal­ki, bo Łu­kasz Grass zro­bił to zna­ko­mi­cie. Wel­ling­ton osta­tecz­nie zwy­cię­ży­ła, bo nig­dy nie prze­szła jej przez gło­wę myśl: "Nie da się!".

Grass przy­zna­je, że śle­dząc wal­kę Wel­ling­ton, pła­kał. "Po­czu­łem wów­czas - pi­sze - jak ktoś do­ła­do­wu­je mój we­wnętrz­ny aku­mu­la­tor, jak do­sta­ję nie­wia­ry­god­ną daw­kę wzbo­ga­co­ne­go pa­li­wa, któ­re wy­star­czy mi na lata. [...] My­śla­łem wte­dy, gdzie był­bym dzi­siaj, gdy­bym dwa­dzie­ścia pięć lat temu, sto­jąc w ciem­nym polu na wsi i wpa­tru­jąc się w gwiaz­dy, po­wie­dział: "Nie da się!"".

Wbrew po­zo­rom to nie jest książ­ka tyl­ko dla dzien­ni­ka­rzy i tria­th­lo­ni­stów. Każ­dy z nas to­czy swo­ją pry­wat­ną wal­kę. Dla jed­nych jest to prze­bież­ka, dla in­nych ma­ra­ton. Łu­kasz Grass daje nam prze­pis na zwy­cię­stwo.

Ste­fan Szcze­płek

pu­bli­cy­sta "Rzecz­po­spo­li­tej", au­tor książ­ki Dey­na

Słowo od autora

Wy­ją­łem z kie­sze­ni te­le­fon ko­mór­ko­wy. Pa­dał śnieg i było tak zim­no, że pal­ce drę­twia­ły od mro­zu. Gdy­bym je te­raz wło­żył pod go­rą­cą wodę, za­wył­bym z bólu jak zbi­ty pies. W dzie­ciń­stwie zro­bi­łem tak tyl­ko raz. Miesz­ka­li­śmy na wsi, gdzie w tam­tych cza­sach nie­mal każ­dy ho­do­wał ja­kieś zwie­rzę­ta: świ­nie, kury, kró­li­ki, kacz­ki. Mie­li­śmy wszyst­kie­go po tro­chu. Po­po­łu­dnia­mi, po po­wro­cie ze szko­ły, bra­łem kosę i ra­zem z bra­tem przy­no­si­li­śmy po dwa wor­ki je­dze­nia dla zwie­rząt. Bar­dzo czę­sto zry­wa­li­śmy dla nich mlecz, lu­cer­nę czy po­krzy­wy rę­ko­ma, co pod­czas je­sien­nych zim­nych desz­czy mia­ło swo­je ne­ga­tyw­ne kon­se­kwen­cje. Wra­ca­li­śmy do domu zmar­z­nię­ci, prze­mo­cze­ni albo pie­kiel­nie wście­kli, że inni sie­dzą przed te­le­wi­zo­rem lub gra­ją w pił­kę, a my mu­si­my bie­gać z wor­ka­mi po łące. Do­pie­ro po la­tach do­ce­nia się tego typu obo­wiąz­ki. Pew­ne­go razu było już tak chłod­no, że prze­mar­z­łem do szpi­ku ko­ści. Z tru­dem na­ci­sną­łem klam­kę, wbie­głem do domu, wpa­dłem do ła­zien­ki i nad wan­ną od­krę­ci­łem go­rą­cą wodę. Po­le­cia­ła sze­ro­kim stru­mie­niem, a kie­dy po­ja­wi­ła się para, pod­su­ną­łem skost­nia­łe dło­nie i po­czu­łem tak prze­szy­wa­ją­cy ból, jak­by ktoś od­ci­nał mi pal­ce. Nig­dy wcze­śniej ani póź­niej już ta­kie­go nie do­świad­czy­łem. To był je­den z tych mo­men­tów, któ­re pa­mię­ta się do koń­ca ży­cia. Prze­ko­na­łem się, że prze­ci­wień­stwa nie­ko­niecz­nie się przy­cią­ga­ją.

Gru­dnio­wy mróz 2004 roku prze­niósł mnie na mo­ment w cza­sy mo­je­go dzie­ciń­stwa. Ock­ną­łem się z za­my­śle­nia, z tru­dem od­blo­ko­wa­łem kla­wia­tu­rę i za­czą­łem wstu­ki­wać treść SMS-a: "Po­zdro­wie­nia ze Lwo­wa. Sie­dzę w sa­mo­cho­dzie z dwo­ma ukra­iń­ski­mi opo­zy­cjo­ni­sta­mi. Je­dzie­my do Ki­jo­wa. Na ze­wnątrz za­spy, pada śnieg, a w ra­diu mó­wią o po­ma­rań­czo­wej re­wo­lu­cji".

Na­ci­sną­łem "wy­ślij". Chwi­lę póź­niej przy­szła od­po­wiedź. "Wła­śnie tak po­win­na za­czy­nać się Two­ja pierw­sza książ­ka" - prze­czy­ta­łem wia­do­mość od Ewy Wa­nat, mo­jej ów­cze­snej sze­fo­wej w Ra­diu TOK FM, w któ­rym pra­co­wa­łem jako re­por­ter. No cóż, prze­po­wied­nia w pe­wien spo­sób się speł­ni­ła, więc te­raz mogę już przejść do me­ri­tum - ta książ­ka nie jest o po­ma­rań­czo­wej re­wo­lu­cji na Ukra­inie, ale sko­ro tak ma się za­czy­nać moja pierw­sza książ­ka, to mu­szę po­wie­dzieć, że za­czy­na się od cze­goś, co było istot­nym ele­men­tem bu­do­wa­nia mo­jej dzien­ni­kar­skiej du­szy. Naj­waż­niej­szy jed­nak był i jest sport.

Trzy mą­dre mał­py to książ­ka, w któ­rej na swój spo­sób roz­wi­jam mot­to Pla­to­na mó­wią­ce o dwo­isto­ści wy­cho­wa­nia, o tym, że ma ono dwa ob­li­cza: dla cia­ła - gim­na­sty­ka, dla du­szy - mu­zy­ka, ro­zu­mia­na przez sta­ro­żyt­nych jako ogól­ne wy­kształ­ce­nie. Sta­ram się po­ka­zać, jak bar­dzo współ­cze­sne­mu czło­wie­ko­wi da­le­ko do tych ide­ałów, jak po­gu­bi­li­śmy się w tym pę­dzie za suk­ce­sem i pie­niędz­mi, jak bar­dzo nie wie­rzy­my lub nie chce­my wie­rzyć w to, że moż­na do­sko­na­lić dwie sfe­ry: fi­zycz­ną i umy­sło­wą. Dla wie­lu to jak łą­cze­nie wody z ogniem, anio­ła z dia­błem. Sło­wo "mię­sień" ma tu pe­jo­ra­tyw­ne zna­cze­nie i wy­da­je się, że wy­po­wie­dze­nie go w to­wa­rzy­stwie in­te­lek­tu­ali­stów wy­wo­łu­je wstyd i za­kło­po­ta­nie, a mą­dre gło­wy sie­dzą­ce go­dzi­na­mi w klu­bach li­te­rac­kich z lamp­ką czer­wo­ne­go wina, pa­lą­ce pa­pie­ro­sy, dys­ku­tu­ją­ce o eg­zy­sten­cjal­nych roz­ter­kach, ru­mie­nią się na jego dźwięk. Si­łow­nia w ze­sta­wie­niu z czy­tel­nią brzmi już jak bluź­nier­stwo. Tria­th­lon i dzien­ni­kar­stwo - dwa świa­ty, w któ­rych funk­cjo­nu­ję i któ­re w róż­nym stop­niu wpły­wa­ły i wpły­wa­ją na moje ży­cie. To pierw­sze po­ja­wi­ło się na prze­ło­mie 2007 i 2008 roku, chy­ba jako al­ter­na­ty­wa dla dzien­ni­kar­stwa new­so­we­go, w któ­rym dzia­łam od kil­ku­na­stu lat, a w któ­rym od ja­kie­goś cza­su nie po­tra­fię się już od­na­leźć, co uza­sad­niam w ni­niej­szej książ­ce, od­kry­wa­jąc nie­co ku­li­sy pra­cy re­dak­cyj­nej i opi­su­jąc dro­gę, któ­rą ra­zem z wi­dza­mi, czy­tel­ni­ka­mi i ze słu­cha­cza­mi my, dzien­ni­ka­rze, obie­ra­my. W wie­lu przy­pad­kach jest to śle­pa ulicz­ka, z któ­rej - mam na­dzie­ję - za ja­kiś czas wyj­dzie­my, skrę­ca­jąc gdzieś, gdzie nie na­tknie­my się na "hi­sto­rię Ma­dzi", de­tek­ty­wa Rut­kow­skie­go czy wie­lo­ry­ba pły­ną­ce­go Wi­słą. Pi­sząc o ku­li­sach pra­cy dzien­ni­kar­skiej, nie od­sła­niam wszyst­kie­go, nie po­da­ję na­zwisk, nie ro­bię wy­cie­czek per­so­nal­nych, bo nie cho­dzi mi o bul­wer­so­wa­nie i ta­nią sen­sa­cję, je­dy­nie o re­flek­sję na te­mat dzien­ni­kar­stwa, spor­tu i co­dzien­no­ści w ogó­le. Nie kry­ty­ku­ję dzien­ni­kar­stwa jako ta­kie­go, tyl­ko wą­ski wy­ci­nek, z ja­kim mia­łem do czy­nie­nia, pra­cu­jąc w tak zwa­nych new­sach i pro­gra­mach pu­bli­cy­stycz­nych. Bę­dąc uczci­wy wo­bec sie­bie i czy­tel­ni­ków, pa­trzę krzy­wym okiem rów­nież na swo­je po­stę­po­wa­nie, pa­mię­ta­jąc o sło­wach Ry­szar­da Ka­pu­ściń­skie­go, któ­ry na­ma­wiał do przy­zna­nia się do wła­snej ogra­ni­czo­no­ści.

Trzy mą­dre mał­py to książ­ka, w któ­rej prze­wi­ja­ją się dwa świa­ty tyl­ko z po­zo­ru do sie­bie nie­przy­sta­ją­ce, a tak na­praw­dę uzu­peł­nia­ją­ce się, two­rzą­ce ca­łość, je­den bez dru­gie­go nie mógł­by w moim ży­ciu ist­nieć i je­stem prze­ko­na­ny, że nie do­ty­czy to stric­te dzien­ni­kar­stwa, bo gdy­by nie ono, w skład tan­de­mu we­szło­by coś in­ne­go, po­dob­nie jak za­miast tria­th­lo­no­wi po­świę­cił­bym się in­nej dys­cy­pli­nie spor­tu. Tria­th­lon - bar­dzo mło­dą dys­cy­pli­nę olim­pij­ską - opi­su­ję, po­da­jąc przy­kła­dy kil­ku za­wo­dów, w któ­rych star­to­wa­łem. Te naj­waż­niej­sze, jak do tej pory, to mi­strzo­stwa Pol­ski w Su­szu na dy­stan­sie pra­wie dwóch ki­lo­me­trów pły­wa­nia, dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów jaz­dy ro­we­rem i dwu­dzie­stu je­den ki­lo­me­trów bie­gu, Maz­da Lon­don Tria­th­lon na dy­stan­sie olim­pij­skim, czy­li ty­siąc pięć­set me­trów pły­wa­nia, czter­dzie­ści ki­lo­me­trów jaz­dy ro­we­rem i dzie­sięć ki­lo­me­trów bie­gu i wresz­cie do­ce­lo­we za­wo­dy - mi­strzo­stwa Nie­miec Chal­len­ge Roth na dy­stan­sie Iron­man: trzy ki­lo­me­try osiem­set me­trów pły­wa­nia, sto osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów jaz­dy ro­we­rem i czter­dzie­ści dwa ki­lo­me­try bie­gu.

In­spi­ra­cję pod­czas pi­sa­nia książ­ki czer­pa­łem z róż­nych źró­deł - od wła­snej przy­go­dy ze spor­tem, po hi­sto­rie lu­dzi, któ­rzy po dro­dze mo­ty­wo­wa­li mnie do pra­cy i tre­nin­gów, ale rów­nież po­ja­wia­li się w moim ży­ciu dzię­ki książ­kom. To, jak pięk­nie moż­na opi­sy­wać rolę spor­tu w ży­ciu czło­wie­ka, udo­wod­ni­ło już wie­lu pi­sa­rzy. W ostat­nich la­tach ogrom­ną po­pu­lar­no­ścią cie­szą się ta­kie po­zy­cje jak Uro­dze­ni bie­ga­cze Chri­sto­phe­ra McDo­ugal­la czy O czym mó­wię, kie­dy mó­wię o bie­ga­niu Ha­ru­kie­go Mu­ra­ka­mie­go. Mu­ra­ka­mi w bar­dzo pro­sty, ale pięk­ny spo­sób pi­sze o bie­ga­niu, bę­dą­cym czę­ścią jego ży­cia, tak jak pi­sar­stwo, dla któ­re­go po­rzu­cił pra­cę przed­się­bior­cy i w efek­cie stał się jed­nym z naj­bar­dziej po­czyt­nych ja­poń­skich au­to­rów. Czy­ta­jąc Mu­ra­ka­mie­go, roz­po­zna­wa­łem w nim sie­bie, swo­ją fa­scy­na­cję świa­tem spor­tu i czło­wie­kiem, któ­ry dąży do sa­mo­do­sko­na­le­nia na dwóch po­zio­mach: in­te­lek­tu­al­nym i fi­zycz­nym. Ty­tu­ło­we trzy mą­dre mał­py po­ja­wią się w koń­co­wym roz­dzia­le, jako klam­ra spi­na­ją­ca, któ­rej zna­cze­nia nie będę te­raz zdra­dzał.

Jest wie­le osób, któ­rym chciał­bym po­dzię­ko­wać z imie­nia i na­zwi­ska za ostat­nie lata współ­pra­cy, a tak­że za in­spi­ra­cję do na­pi­sa­nia tej książ­ki. Dzię­ku­ję Jur­ko­wi Gór­skie­mu, któ­ry wciąż mnie mo­ty­wu­je, nie tyl­ko hi­sto­rią swo­je­go ży­cia - uciecz­ką od nar­ko­ty­ków i zdo­by­ciem mi­strzo­stwa świa­ta w tria­th­lo­nie - ale rów­nież obec­ną dzia­łal­no­ścią jako or­ga­ni­za­tor spor­tu. Dzię­ku­ję Pio­tro­wi Net­te­ro­wi - to nie tyl­ko wspa­nia­ły tre­ner, lecz tak­że do­bry duch, przy­ja­ciel, z któ­rym moż­na po­roz­ma­wiać za­rów­no o in­ten­syw­no­ści sub­mak­sy­mal­nej tre­nin­gu, jak i o ro­dzi­nie i ży­cio­wych pro­ble­mach. Dzię­ku­ję Mi­cha­ło­wi Dre­li­cho­wi za bez­po­śred­nią mo­ty­wa­cję do pi­sa­nia oraz za in­spi­ru­ją­cą bez­kom­pro­mi­so­wość w dą­że­niu do zmia­ny my­śle­nia pol­skich dzia­ła­czy związ­ków spor­to­wych, któ­rzy men­tal­nie po­zo­sta­li w in­nej epo­ce, nie ro­zu­mie­jąc czę­sto re­guł, ja­ki­mi rzą­dzi się współ­cze­sny świat spor­tu.

Osob­ne, nie­zwy­kle szcze­re po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się mo­jej żo­nie Ani - za wy­ro­zu­mia­łość i cier­pli­wość, a tak­że za kry­tycz­ne spoj­rze­nie ko­bie­cym okiem na mę­ski punkt wi­dze­nia. Ża­den z "sam­ców" ra­czej się do tego nie przy­zna, ale w więk­szo­ści bie­rze­my so­bie wa­sze - ko­biet - rady do ser­ca i wcie­la­my je w ży­cie, tak aby nikt nie za­uwa­żył, że wcze­śniej po­peł­ni­li­śmy błąd.

Łu­kasz Grass