Trump 2.0 - Grzegorz W. Kołodko

Kup ebooka

49.00 zł
39.20 zł (37,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1Kilka słów wprowadzenia

Stopień skomplikowania współczesnego świata jest niebywały. Tak ogromnego zróżnicowania gospodarek jak obecnie nie było nigdy. Daleko jest do klarowności w polityce, która sprzęga się zwrotnie ze stosunkami ekonomicznymi, raz to z nich wynikając, innym razem na nie wpływając. Gromadzą się społeczne sprzeczności związane z różnicami kulturowymi. Naturalne środowisko przyrodnicze jest nadwerężone jak nigdy dotąd. To wielce utrudnia profesjonalne obserwacje i analizy. Paradoksalnie, mimo coraz większej wiedzy odnośnie do istoty zachodzących zjawisk i toczących się procesów, nauki społeczne gmatwają się w poszukiwaniu trafnych odpowiedzi i dokonywaniu uogólnień teoretycznych, które mogłyby okazać się przydatne praktycznie. Dla tych nauk to okres niezwykle trudny.

To zarazem czas fascynujący; jest co badać, jest nad czym się zastanawiać. Zasoby naszej wiedzy na temat tego, co się dzieje - w gospodarkach i społeczeństwach, w polityce i kulturze, w państwach i na całym świecie, tu blisko i tam daleko - są przeogromne, ale przecież wątpliwości mamy coraz więcej, nie mniej. Mimo że znamy masę odpowiedzi na nurtujące nas pytania, przestrzeń między ich skarbnicą a zasobem wątpliwości się poszerza. Chociaż wiemy (a przynajmniej tak nam się wydaje), jak jest i dlaczego jest akurat tak, a nie inaczej, to coraz więcej nie wiemy. W teorii niemalże każda udzielona odpowiedź natychmiast przynosi nowe pytania. W praktyce każda decyzja ma swoje konsekwencje, jakże często niezgodne z intencjami decydentów, bo brakuje im raz to wiedzy, kiedy indziej wyobraźni.

Bywa, ostatnio jakby coraz częściej, że nie starcza dostatecznej dozy społecznej odpowiedzialności. Podczas gdy ze względu na potęgę ludzkiego intelektu powinniśmy - jednostki, grupy, społeczeństwa, ludzkość - zachowywać się racjonalnie, nader często postępujemy nierozsądnie. Ortodoksja niejednokrotnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, nawet jeśli nauki społeczne znają właściwe odpowiedzi w kwestii fundamentalnych wyzwań współczesnej epoki, a wnioski płynące z tej wiedzy sugerują decydentom, co i jak czynić, to polityka z nich nie korzysta. Bo nie potrafi, bo nie chce. Bo w gąszczu tam rządzących zasad jej się to nie kalkuluje.

Nie ma dnia, aby nie natykać się na zdumiewające poglądy i opinie luminarzy publicznej narracji zaprzeczające zdrowemu rozsądkowi. Zastanawiać musi, jak to możliwe, że takie poglądy mogą brać górę. Zwariować może człowiek, ale nie świat, tymczasem świat popada coraz bardziej w otchłań nieracjonalności. Trzy lata wcześniej zatytułowałem książkę Świat w matni [65], a teraz widzę, że zamiast szukać z niej wyjścia, zagłębiamy się w niej coraz bardziej. Ale matnia to nie pułapka bez wyjścia. Są sposoby wyrwania się z niej. Trzeba tylko je znać. Problem w tym, że nawet jeśli się je zna, to dominują stadne reakcje ludzi wodzonych za nos przez demagogów, których w polityce nie brakuje. W ciężkich czasach - a te, których dożyliśmy, właśnie takie są - w obliczu piętrzących się wyzwań pojawiają się szarlatani, którzy swoimi bzdurami omamiają masy. Ulegają temu nawet osoby wydawałoby się rozumne, no bo jak tu iść pod prąd?

Kiedyś, zajmując się aktywną polityką na najwyższych szczeblach państwowych, skonstatowałem, że nie wystarczy mieć racji, trzeba jeszcze mieć większość: w rządzie, w parlamencie, wśród opinii publicznej. Współcześnie tej racji warto nieustannie dochodzić, bo troski o racjonalność w życiu społecznym nigdy nie jest za dużo. Gdy już wydaje się, że wiemy, jak jest naprawdę, trzeba jak najszerzej dzielić się tymi racjami, aby nie pozostawać w mniejszości. Aby chronić ludzi przed fałszem tych, którzy sądzą, że mają rację, podczas gdy błądzą. Często dlatego, że kierują się źle pojętą poprawnością polityczną, podczas gdy najważniejsza jest poprawność merytoryczna. Koniecznie trzeba o nią zadbać, póki nie jest za późno.

Istotne jest nie tylko to, aby mieć rację. W toczonym sporze, w przedstawianej argumentacji, w prezentowanych wnioskach, w odniesieniu do skuteczności proponowanych działań. Ważne jest, aby tę rację mieć we właściwym miejscu i w odpowiednim czasie. To spostrzeżenie ma zastosowanie do rozmyślań zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Innymi słowy, dobrze jest mieć rację, ale najlepiej ani za późno (to te przypadki mądrego po szkodzie), ani za wcześnie. Właśnie tak; można mieć rację przedwcześnie, a dokładniej wcześniej, niż ją podzielają i doceniają inni. Stąd też sporo z dalej prezentowanych myśli - a niektóre z nich nie mogą nie być kontrowersyjne - nie będzie od razu podzielanych, ale z czasem zostaną zaakceptowane. To problem długodystansowca, którym trzeba być nie tylko po to, aby przebiec niejeden maraton, lecz także po to, aby z czasem innych przekonać do swoich racji.

Aby sformułować takie analizy, oceny, komentarze i wnioski, jak te dalej przedstawiane, nie wystarczy wnikliwa obserwacja faktów - zarówno jednostkowych zdarzeń, jak i ciągnących się w czasie procesów. Mnóstwo tego, więc materii do analiz nie brakuje. Jeśli skupiają się one na tym, co ważne, i jeśli za nimi idzie właściwa merytoryczna interpretacja, to wiemy i rozumiemy trochę więcej. Jednakże to za mało. Nie doszedłbym do takiego omówienia zagadnień i wynikających z ich zgłębiania konkluzji, gdyby nie permanentne profesjonalne zaangażowanie w studia z zakresu ekonomii, polityki gospodarczej, ekonomii politycznej oraz globalistyki i stosunków międzynarodowych. Warto też zaglądać do nowinek w sferach filozofii, antropologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej, socjologii, politologii i ekologii. A to dlatego, że najciekawsze rzeczy dzieją się na stykach człowieka i społeczeństwa z gospodarką, technologią, kulturą, polityką i środowiskiem naturalnym, a do każdej z tych sfer przykładane jest szkiełko uczonego innej proweniencji. Trzeba wymieniać te szkiełka, aby zrozumieć, co się dzieje na tych stykach i próbować sprawy interpretować interdyscyplinarnie.

2Trump 1.0

W profesjonalnych kręgach nie powinno budzić wątpliwości, że główną przyczyną światowego kryzysu gospodarczego lat 2008-2010 był neoliberalizm. Ta ideologia, szkoła ekonomii i oparta na niej polityka gospodarcza cynicznie żerują na tak wspaniałych ideach liberalizmu, jak wolność, swoboda wyboru i demokracja, prywatna własność, przedsiębiorczość i konkurencyjność, sprzyjając wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. Służy temu tendencyjna deregulacja gospodarki ustawiająca świat pracy w słabszej pozycji wobec świata kapitału, posunięta ad absurdum finansyzacja gospodarki i manipulowanie fiskalną redystrybucją w sposób preferujący bogatsze warstwy społeczeństwa.

Tym celom była podporządkowana głośna reforma podatkowa przeprowadzona w 1986 roku pod auspicjami Ronalda Reagana, 40. prezydenta USA. O ile w 1979 roku, kiedy po raz pierwszy kandydował do Białego Domu, średnia płaca godzinowa wynosiła 18,78 dolara, o tyle w 2008 roku, w chwili wybuchu kryzysu, było to mniej, bo 18,52 dolara! Gdzie się podziały owoce znaczącego wzrostu wydajności pracy i przyrostu dochodu narodowego? Otóż zostały wskutek neoliberalnych praktyk przechwycone przez wąskie elity. Potwierdzają to inne fakty, choćby to, że w latach 1970-2010 udział zysków w amerykańskim produkcie krajowym brutto, PKB, zwiększył się o prawie 10 punktów procentowych, konsekwentnie więc spadł udział płac - z ponad 53 proc. poniżej 44 proc. W trakcie trzech dekad od 1979 roku do przedkryzysowego 2007 roku dochody netto (po podatkach i transferach budżetowych) jednego procenta najbogatszych Amerykanów zwiększyły się o około 280 proc., podczas gdy dla najbiedniejszych 20 proc. społeczeństwa wzrosły zaledwie o około 20 proc., a więc z roku na rok poniżej progu odczuwalności społecznej.

Nic dziwnego zatem, że nierówności dochodowe narosły do największej rozpiętości w bogatych krajach kapitalistycznych, a zarazem poszerzały się obszary wykluczenia społecznego. W rezultacie ludzie wychodzili najpierw z siebie, a potem na ulicę, okupując również słynną Wall Street. Irytująca była nonszalancja części elit politycznych, służących im mediów i "znanych ekonomistów", którzy rażące nierówności dochodowe i majątkowe powodowane neoliberalną polityką usiłowali zrzucić na procesy obiektywne - na współczesną fazę rewolucji technologicznej i globalizację. W ten sposób część złości udało się skierować na obcych - na zagranicę i imigrantów, na Chińczyków i Meksykanów, a gdzie indziej na muzułmanów czy mieszkańców Europy Wschodniej, w tym Polaków. Udało się skanalizować nastroje niezadowolenia przeciw globalizacji, a częściowo przeciw własnemu establishmentowi niebędącemu bynajmniej bez winy. Nasilały się fale nowego nacjonalizmu, ksenofobii, protekcjonizmu i antyglobalizacyjnych sentymentów.

Należałoby z tego wyciągnąć właściwe wnioski, ale niestety nie udało się. Zaogniał się bunt mas przeciwko establishmentowi. W 2017 roku do władzy doszedł demagogiczny Donald Trump, 45. prezydent USA, który popełnił jeszcze większy błąd niż za czasów Reagana. Jeszcze większy, gdyż tym razem stało się to już po wielkiej nauczce kryzysu poprzednich lat i wszyscy powinni być mądrzejsi. Neoliberałowie też. Niestety, typowa dla nich zachłan-ność pomieszana z naiwnością charakterystyczną dla populizmu - a obie te cechy łączył nowy lokator Białego Domu - stworzyły toksyczną mieszankę, dzięki której udało się przepchnąć w Kongresie specjalną ustawę podatkową. Przepchnąć, bo głosując w nocy, repu-blikanie jednym głosem pokonali opozycyjnych demokratów. Bo udało im się to przez kupowanie za partykularne koncesje własnych kontestujących senatorów. Bo w Izbie Reprezentantów trzeba było głosowanie powtarzać, gdyż w wyniku wyścigu z czasem w ustawie znalazły się prawnicze buble. Skąd my to znamy?

Podczas gdy republikanie huczeli ze swą propagandą sukcesu, a zadufany Trump wznosił na swym koncie na Twitterze okrzyki "Jobs, Jobs, Jobs!" i pisał, że "To jest doprawdy sprawa, której rezultaty przemówią same już wkrótce" [119]. Demokraci zgodnie oprotestowali przeforsowane zmiany podatkowe, uciekając się nawet do tak drastycznych określeń jak "napad" czy "oszustwo". No, może nie napad, bo wszystko zgodnie z prawem i bez łamania konstytucji, ale jakby oszustwo...

Ludzie wyczuwali, co się tak naprawdę kroiło. Tylko 27 proc. Amerykanów popierało tamtą ustawę, a 52 proc. opowiadało się przeciwko wdrażanym rozwiązaniom. Sami potrafią liczyć i bardziej dają wiarę rzeczowym argumentom bezpartyjnych fachowców niż zaangażowanym prorządowym ekspertom i ekonomistom korumpowanym przez neoliberalne lobby. Gdy ci ostatni zapowiadali istotne przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego wskutek obniżki podatków dla przedsiębiorstw (CIT), niezależne ośrodki - także rządowe, a niektóre z nich są naprawdę znakomite - wyliczały, że dodatkowy wzrost PKB w następnych latach będzie śladowy. Według analiz Kongresowego Ośrodka Badawczego (Congressional Research Service, CRS) redukcja CIT o 10 punktów procentowych (ustawa zmniejszyła je o 14 punktów, z 35 do 21 proc.) mogła zwiększyć długookresowe tempo wzrostu zaledwie o 0,15 proc. rocznie. O co zatem ta cała batalia? O to, aby inne zmiany przeprowadzane przy okazji pod nośnym hasłem zmniejszania podatków dla przedsiębiorstw wzbogaciły nielicznych kosztem większości.

Sam jako wicepremier i minister finansów też radykalnie, ale i sensownie zmniejszałem podatki, w tym CIT, najpierw z 40 proc., z czym zastałem gospodarkę po niesławnym szoku bez terapii, do 32 proc., a później z 28 proc. do obecnych 19 proc. Ale towarzyszyły temu inne zmiany fiskalne sprzyjające zarówno formowaniu kapitału i inwestycjom, jak i trosce o pożądane relacje dochodowe oraz rozwój kapitału ludzkiego. Wzrost przyspieszył, nierówności dochodowe spadły, zadłużenie publiczne nie wzrosło. Nie tak było w USA, choć obniżenie bardzo wysokiej stawki CIT przy równoczesnej likwidacji wielu ulg psujących system miało swoje zalety. Wzrost istotnie nie przyspieszył, bezrobocie odczuwalnie nie spadło, nierówności się pogłębiły, zadłużenie wzrosło. Zdumiewające, z jakim lekceważeniem autorzy i zwolennicy reformy podatkowej podeszli do nieuniknionego wzrostu deficytu budżetowego i w konsekwencji narastania i tak już ogromnego długu publicznego. Pomijając apologetów pakietu, panowała w zasadzie zgoda co do tego, że podczas następnych dziesięciu lat dług publiczny może się zwiększyć ażo 1,5 biliona dolarów, a przecież już na początku kadencji Trumpa 1.0,w pierwszym kwartale 2017 roku, wynosił 102,9 proc. PKB. Gdy tamta kadencja dobiegła końca, przewyższał już 124 proc. PKB [30].

Pakiet fiskalny był tak skonstruowany, że w kolejnych kilku latach z obniżonych podatków i ulg powinna skorzystać większość podatników, w tym również ci z mniej zamożnych warstw. Obniżki wszakże miały zniknąć w 2025 roku, który już nadszedł - wraz z Trumpem 2.0 - i obecnie właśnie tym uboższym przyjdzie zapłacić za niewygasające obniżki dla bogatych. W sumie w trakcie dekady 2018-2027 późniejsze wyższe podatki, te płacone w latach 2026-2027, mają zneutralizować korzyści z lat 2018-2025. W rezultacie po 2025 roku aż 53 proc. podatników zapłaci fiskusowi więcej, a będą to gospodarstwa domowe z niższych przedziałów podatkowych.

Bezstronni analitycy (zdarzają się tacy) obliczyli, że największymi beneficjentami reformy będą najzamożniejsi - bogate wielonarodowe korporacje oraz właściciele komercyjnych nieruchomości. Zaiste trzeba mieć czelność, aby po tym, co się stało w poprzednich czterech dekadach, narzucać rozwiązania podatkowe, które w ogóle nie obniżają podatków dla najuboższych 20 proc. ludności. Forsując tamte pomysły Trumpa 1.0, szacowano, że do 2027 roku korzyść ta wyniesie 10 dolarów na osobę z tej kwintylowej grupy, a dla jednego promila najbogatszych będzie to aż 278 tysięcy dolarów.

Czterolecie 2017-2021 szybko minęło i mimo że zgraja zwolenników inicjatora tamtych zmian podatkowych napadła na Kongres, musiał on opuścić Biały Dom. Niestety, polityka jego następcy, 46. prezydenta Joe Bidena, nie poprawiła dostatecznie sytuacji ludu pracującego i niepracującego miast i wsi, więc w sposób trudno wyobrażalny w 2021 roku cztery lata później, w 2025 roku, nastał Trump 2.0. Tym razem szkód narobi dużo więcej. Przyjdzie mu to o tyle łatwiej, że w Waszyngtonie zapanowała trifecta, czyli układ polityczny, w którym jedna partia posiada władzę wykonawczą oraz kontroluje obie izby władzy ustawodawczej: prezydent Donald Trump w Białym Domu, a republikanie większością zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów.

W takim układzie łatwiej działać. Zaledwie miesiąc i tydzień po ponownym wprowadzeniu się Trumpa do Białego Domu Izba Reprezentantów przyjęła inspirowaną i popieraną przez niego ustawę budżetową na 2025 roku, która zawiera propozycje obniżki podatków o 4,5 biliona dolarów (wiadomo dla kogo przede wszystkim) oraz cięcia wydatków o 2 biliony dolarów (wiadomo do kogo głównie adresowanych). Większość ekonomistów jest zgodna, że to jeszcze bardziej zwiększy deficyt, który w 2024 roku już wynosił 6,6 proc. PKB. Jak będzie naprawdę, okaże się później, bo będą forsowane kolejne cięcia wydatków. W normalnych czasach rozsądna polityka równoważenia dochodowej i wydatkowej strony finansów publicznych wymaga symetrycznej redukcji podatków i wydatków, ale to ani nie są normalne czasy, ani nie jest to normalna polityka.

Trump został ponownie prezydentem, ponieważ znakomicie wykorzystał niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy, które przecież miało swoje przyczyny. Te rzeczywiste tkwiły przede wszystkim w neokonserwatywnej polityce gospodarczej, trwającej latami, za rządów kilku prezydentów, jego samego nie wyłączając. Ale nie o rzeczywiste przyczyny była wrzawa na wiecach. Trump sprytnie wyeksploatował społeczne rozgoryczenie nie dlatego, że dogłębnie rozumiał jego źródła - bynajmniej - ale dlatego, iż celnie wyczuwał nastroje rozmaitych grup społecznych i zawodowych. Bez trudu wmawiał ludziom, że sprawcami licznych kłopotów są w kraju imigranci i jego przeciwnicy polityczni z kręgów demokratów, a za granicami poza Izraelem w zasadzie wszyscy.

Wystarczyły socjotechniki i demagogia, sprawne posługiwanie się tanimi słowami, które niezadowoleni chcieli usłyszeć, oraz obietnicami, którym sfrustrowani naiwnie dali wiarę. Sporo osób popiera polityków głoszących fałsz nie dlatego, że dają wiarę ich kłamstwom, lecz dlatego że odbierają je jako wsparcie celów politycznych, w które wierzą. Stąd bierze się giętkość moralna, która może powodować skuteczność dezinformacji politycznej. Populiści na tym żerują. W rezultacie większość wyborców obdarzyła kandydata z łatwością poruszającego się w publicznej przestrzeni ogromnym zaufaniem, za co zapłacą ogromnym rozczarowaniem, kiedy w ślad za zmieniającą się rzeczywistością dotkną ich skutki teraz już nie telegenicznego pretendenta, lecz realnego prezydenta.

3Nędza trumponomiki i trumpizmu

I tak oto doczekaliśmy czasu, kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych, najpotężniejszego kraju świata, proklamuje "rewolucję zdrowego rozsądku", podejmując szereg nonsensownych decyzji. Szkodliwe skutki wielu z nich nie oszczędzą nie tylko tamtejszego społeczeństwa. W szczególności odnosi się to do ekonomicznego merkantylizmu i niekorzystnych z punktu widzenia wzrostu gospodarczego praktyk protekcjonistycznych, a nade wszystko do działań sprzyjających dalszemu ocieplaniu klimatu, zamiast do posunięć wspomagających ograniczanie skali tego fatalnego procesu. Jak można głosić "rewolucję zdrowego rozsądku", gdy w rzeczywistości lansuje się jego zaprzeczenie? Otóż, jak się okazuje, niestety można...

Chybionych, niekiedy wręcz szalonych pomysłów w kwestiach pozaekonomicznych prezydentowi Trumpowi też nie brakuje - od masowych deportacji przez eliminację rozwiązań sprzyjającychzatrudnianiu osób nietypowych po ograniczanie uprzednio gwarantowanego dostępu do części usług publicznych. Niektóre z tych zamiarów, jak chociażby kwestionowanie prawa do obywatelstwa dzieciom urodzonym w Stanach Zjednoczonych, ewidentnie stoją w sprzeczności z konstytucją. Inne, jak na przykład zgoda na eksploatację ropy naftowej w Arktyce, wciąż nieskażonej skutkami ludzkiej zachłanności, są sprzeczne z imperatywem ochrony środowiska naturalnego. Jeszcze inne, jak legislacyjne uderzenie w społeczność LGTB+, są dyskryminacyjne oraz niezgodne z właściwym traktowaniem osób z tej grupy zalecanym przez wyniki badań nad tożsamością psychoseksualną.

USA to państwo praworządne, które konstytucyjnie limituje samowolę lokatora Białego Domu. To państwo federalne, w którym niejedna decyzja Waszyngtonu w określonych warunkach może być skutecznie zakwestionowana przez władze stanowe. Amerykański ustrój cechuje się wyrafinowanym systemem kontroli i równowagi, check and balance, ograniczającym widzimisię prezydenta. Prezydentowi Trumpowi to się nie podoba, więc trwa jego zamach na ten system. Z lubością podejmuje decyzje o ważkich krajowych i międzynarodowych konsekwencjach z pomijaniem demokratycznie wybranego Kongresu, podpisując serię rozporządzeń wykonawczych bez zważania na zastrzeżenia płynące z Senatu i Izby Reprezentantów. Zdaniem niektórych amerykańskich autorytetów prawniczych z 73 aktów wykonawczych podpisanych w pierwszym miesiącu urzędowania co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście, może być uznane za niekonstytucyjne. Mała pociecha w tym, że niektóre z chaotycznych zamysłów wychodzących z amerykańskiej stolicy napotkać muszą opór władz stanowych i mogą być przez nie zablokowane. Również niezależne sądy mogą zawiesić lub zakwestionować niektóre prezydenckie rozporządzenia. Ale Trump powiada, że ma nadzieję, iż system sądowniczy pozwoli mu zrobić to, co jego zdaniem musi, a jeśli nie, to trzeba będzie "przyjrzeć się sędziom" [132]. Gdy zaistniały pierwsze przypadki blokowania prezydenckich dekretów przez upoważnionych do tego sędziów, rzeczniczka Białego Domu oświadczyła, że "sędziowie ci działają jako aktywiści sądownictwa, a nie uczciwi arbitrzy prawa", a "prawdziwy kryzys konstytucyjny ma miejsce w naszej władzy sądowniczej" [132]. Niedobrze to wróży. Oby tylko nie uczyli się z polskich bogatych doświadczeń w psuciu i deklaratywnym naprawianiu sądownictwa.

Trump coraz bardziej się rozpycha, dążąc do jeszcze większej władzy, niż już posiada. Łatwo dostrzec jego bez mała zapędy dyktatorskie, co jest tym ciekawsze, że dzieje się to, kiedy ośmielił się nazwać prezydenta Ukrainy dyktatorem. Nie można na to wszystko wzruszać ramionami, bo to nie wyłącznie amerykańska sprawa. Szkopuł w tym, że rozmaite fanaberie i ich forsowanie przez Biały Dom szkodzą masie ludzi poza granicami USA. Szanować trzeba wszystkie nacje, chociaż można nie przejmować się wielce tym, co się dzieje dajmy na to w Paragwaju czy Gambii, w Czarnogórze czy Laosie, ale to, co się dzieje w USA, dotykać może wszystkich. Tym bardziej niepokoić muszą autokratyczne dążenia Trumpa, który bez krzty samokrytyki i głębszej refleksji co do ogromnej odpowiedzialności, jaka ciąży na głowie państwa, pragnie uczynić ze swojej prezydentury wszechmocną władzę. "Ta walka dotyczy fundamentalnego charakteru Ameryki. Prezydent mówi, że oczyszcza biurokrację z marnotrawstwa, oszustw i nadużyć, ale jego przeciwnicy ostrzegają, że niszczy rząd federalny. Mówi, że przynosi pokój światu i dobrobyt w kraju; ostrzegają, że rozbija sojusze, które utrzymują Zachód silnym. Mówi, że przywraca Ameryce wielkość; ostrzegają, że prowadzi kraj w kryzys konstytucyjny, a nawet w autokrację" [16]. Już jest wielki, ale chce być największy. Może niekoniecznie z berłem - kij golfowy wystarczy - ale koniecznie z koroną. Jak cesarz. Nie dziwi, że powołał się na Napoleona, oświadczając, iż "Ten, kto ratuje swój kraj, nie łamie żadnego prawa" [16].