Tragedia Koroska
ROZDZIAŁ I.
Publiczność może być bardzo zdziwiona, dlaczego nigdy nie spotkała się w pismach z wiadomością o wypadku, jaki zdarzył się pasażerom Koroska.
W naszych czasach wszechświatowego rozgałęzienia agencyi prasowych, czułych na najlżejszy bodziec, wygląda na nieprawdopodobne, aby wydarzenie międzynarodowe o takiej doniosłości, dotychczas nie zostało nigdzie zarejestrowane. Musiały być bardzo ważne powody, natury osobistej i politycznej, które wpłynęły na zatuszowanie sprawy. We właściwym czasie szczegóły te były dobrze znane szerszemu gronu ludzi i wersya pewna o nich ukazała się w jednem z pism prowincjonalnych, ale obudziła powszechne niedowierzanie. Obecnie ubrano ją w formę opowiadania, skonstruowanego na podstawie popartych przysięgą zeznań pułkownika Cochrane Cochrane z Klubu Armji i Floty, oraz listów panny Adams z Bostonu (Massachusetts).
Przybywa do nich zeznanie kapitana Archera z Egipskiego korpusu wojsk wielbłądzich, złożone podczas tajnego badania przez władze w Kairze. P. James Stephens odmówił piśmiennego opisu wydarzenia, ale ponieważ przedstawiono mu akta i nic w nich nie zmienił i nie wykreślił, należy przypuścić, że nie znalazł nic niezgodnego z prawdziwym stanem rzeczy, że wiać wszystkie zastrzeżenia, jakie czynił co do ich opublikowania, były natury raczej prywatnej i osobistej.
Korosko wypłynął dnia 13 lutego r. 1895 z Shellal nad pierwszą kataraktą i zdążał do Wady Halfa. Jestem w posiadaniu listy pasażerów, uczestników tej wycieczki. Listę tę podaję.
˝Korosko˝ 13 lutego.
Pasażerowie:
Pułkownik Cochrane Cochrane - Londyn,
pan Cecil Brown - Londyn,
pan John H. Headingly - Boston, Stany Zjednoczone,
panna Adams - Boston, Stany Zjedn.,
panna S. Adams - Worcester, Massachusetts, St. Zjedn.,
pan Fardet - Paryż,
państwo Belmont - Dublin,
pan James Siephens - Manchester,
ks. John Stuart - Birmingham,
pani Schlesinger z dzieckiem i boną - Florencya.
Oto było towarzystwo, które wyruszyło z Shellal z zamiarem odbycia przejażdżki po Nilu nubijskim w górę rzeki, na przestrzeni dwustu mil, jakie dzielą pierwszą kataraktę od drugiej. Dziwny to kraj ta Nubia. Pod względem szerokości waha się od kilku mil do tyluż jardów (nazwa bowiem dotyczy tylko wązkiego skrawka ziemi, zdatnego do uprawy), a przedstawia się jak cienki, zielony, ablamowany palmami pas po obu stronach szerokiej kawowego koloru rzeki. Poza nim rozciąga się na brzegu libijskim dzika i bezkresna pustynia, która zajmuje całą szerokość Afryki. Równie rozpaczliwa dzicz po drugiej stronie dochodzi aż do dalekiego morza Czerwonego. Między temi dwoma ogromnemi i jałowemi płatami ziemi Nubia rysuje się jak zielona glista ziemna wzdłuż koryta rzeki. Miejscami znika zupełnie i Nil płynie pośród czarnych zżartych przez słońce pagórków, gdzie pomarańczowy nawiany piasek leży w źlebach, jak lodowce. Na każdym kroku widać ślady minionych ras i zagasłych cywilizacji. Dziwaczne grobowiska znaczą się, jak centki na pagórkach, albo wcinają się w horyzont; groby w kształcie piramid, groby wykuwane w skale - wszędzie groby. Czasami gdy statek okrąży skalisty występ, oczom ukazuje się na szczycie opustoszałe miasto, domy, mury, warownie, w które słońce przenika przez dziury okien. Niekiedy słyszymy, że był to gród rzymski, czasem, że egipski, niejednokrotnie wszelki ślad nazwy i pochodzenia zaginął. Pytamy sami siebie zdumieni, dlaczego te wszystkie szczepy pobudowały się w tem odstraszającem pustkowiu i niełatwo przystać nam na teorję, że były to tylko wartownie przed bogatszą krainą, położoną w dole rzeki i że te liczne miasta to jedynie twierdze, wzniesione przeciw dzikim hordom łupieżców z południa. Ale o czem bądź one mówią - o drapieżnym sąsiedzie, czy o zmianie klimatu, fakt, że stoją tutaj, te ponure i milczące grody, a po szczytach pagórków oglądać możemy mogiły ich mieszkańców, niby strzelnice na okręcie wojennym. W ten to niesamowity, zamarły kraj turyści, zmierzający do granicy egipskiej, zapuszczają się z dymem cygar, plotkami i zabawą.
Podróżni z Koroska składali się na wesołą, zżytą gromadkę, ponieważ większość ich odbyła już razem drogą z Kairu do Assuanu, a nawet anglo-saski lód topnieje raptownie nad Nilem. Mieli szczęście, że nie znalazł się w ich gronie nikt niesympatyczny, co na małych statkach wystarcza, aby zmrozić całe towarzystwo. Na parowcu nie wiele co szerszym od kłębów dymu, natręt, cynik, albo zrzęda, odrazu może narzucić swój ton. Ale Korosko był wolny od tego rodzaju nieprzyjemności. Pułkownik Cochrane Cochrane należał do oficerów, których rząd Wielkobrytański, opierając się na zasadzie wysłużenia lat, ogłasza w pewnym wieku jako niezdolnych do dalszej służby i którzy udowodniają wartość takiego systemu, pędząc swoje późne lata na wyprawach eksploatacyjnych do Marokka, albo na strzelaniu do lwów w kraju Somali. Był to człowiek o wyglądzie orlim, sztywny, świadomy, w sposobie życia pełen ugrzecznienia, ale spojrzenie miał twarde i badawcze. W ubraniu był ogromnie staranny i drobiazgowy, gentleman aż po końce wypielęgnowanych paznogci. Przez swoją anglo-saską niechęć do wylewności, wyrobił w sobie powściągliwość, która w pierwszych chwilach znajomości z nim mogła być aż odpychająca, ludzie jednaką którzy go znali bliżej, wiedzieli, że dosyć trudno mu przychodziło ukryć dobre serce i czysto ludzkie wzruszenia, które kierowały jego postępkami. Pośród towarzyszów podróży wzbudzał raczej szacunek, niż sympatję, czuli bowiem, jak wszyscy, ci co mieli z nim do czynienia w życiu, że jest to człowiek, z którym znajomość prawie nigdy nie przechodzi w przyjaźń, jakkolwiek przyjaźń, raz zawarta, stałaby się niezmienną i nieodłączną treścią jego duszy. Nosił szpakowate, podstrzyżone po oficersku wąsy, ale włosy miał dziwnie czarne jak na człowieka w tym wieku. W rozmowach swoich nie dotykał licznych wypraw, w których się odznaczył, a jako przyczynę milczenia podawał zwykle okoliczność, że są to wydarzenia z tak wczesnych lat panowania królowej Wiktorji, iż woli poświęcić swoją chwałę rycerską na ołtarzu swojej wiecznej młodości.
Pan Cecil Brown - jeżeli bierzemy nazwiska w porządku, w jakim figurują na liście pasażerów - był młodym dyplomatą przy jednem z poselstw na kontynencie, człowiekiem zlekka zarażonym manierą oksfordzką, który błądził po krańcach nienaturalnego i nieludzkiego przesubtelizowania, ale jako umysł wysoce był kulturalny, a w rozmowie prawdziwie interesujący. Miał smutną, piękną twarz, małe, ostre, wywoskowane wąsiki, nizki głos i leniwe ruchy, które podkreślał jeszcze śliczny nawyk nagłego rozświetlania twarzy niespodziewanym uśmiechem i błyskiem, ilekroć coś uderzyło jego wyobraźnię. Nabyty cynizm miażdżył wiecznie i maskował jego wrodzony młodzieńczy zapał. Przechodził do porządku dziennego nad tem, co się powszechnie podobało, a wyrażał się z uznaniem o wszystkiem, co dla przeciętnych ludzi było trywialne lub niezdrowe. Jako lekturę na podróż wybrał Waltera Patera i uprzejmy ale pełen rezerwy siadywał codziennie pod zasłoną z powieścią i ze szkicownikiem rzuconym obok na ogrodowe krzesło. Osobista godność nie pozwalała mu na czynienie awansów innym, ale jeżeli ktoś pierwszy zwrócił się do niego, znajdował w nim miłego i uprzejmego towarzysza.
Amerykanie stanowili oddzielną grupę. John H. Headingly pochodził z Nowej Anglji, otrzymał właśnie dyplom uniwersytetu w Harvard i dopełniał swego wykształcenia, odbywając podróż na około świata. Był to najdoskonalszy typ młodego amerykanina: żywy, spostrzegawczy, poważny, żądny wiedzy i rzetelnie wolny od przesądów, z lekką dozą niesekciarskich, ale szczerych uczuć religijnych, które czyniły go odpornym wobec wybryków młodości. Posiadał mniej pozorów, ale za to w treści większą kulturę od młodego dyplomaty, ponieważ miał bardziej wyostrzoną wrażliwość, mimo mniej ścisłych wiadomości. Panna Adams i panna Sadie Adams były to ciotka i siostrzenica, przyczem pierwsza z nich, drobna, energiczna, o ostrych rysach stara panna z Bostonu, z bogatym naddatkiem niewyzyskanej miłości, pod szorstkim, kanciastym pozorem. Pierwszy raz znalazła się poza domem i dobrowolnie wzięła na siebie obowiązek niesienia na Wschód sztandaru Massachusetts. Zaledwie postawiła stopę na ziemi egipskiej, zauważyła, że kraj ten wymaga koniecznie uporządkowania, a odkąd zrodziło się w niej to przekonanie, była bezustannie zajęta. Osiodłane osły, zdychające z głodu psy, paryasy, muchy, oblepiające oczy niemowląt, nagie dzieci, natrętnie żebrzące, obszarpane i brudne kobiety, wszystko to raniło jej sumienie i rzuciła się odważnie w wir pracy reformatorskiej. Ponieważ nie znała ani jednego wyrazu miejscowego języka i nie mogła żadnemu z przestępców dać poznać o co jej chodzi, jej wyprawa nilowa pozostawiła niewdzięczny Wschód akurat w takiem stadyum, w jakiem go zastała, dostarczyła za to dużo miłej rozrywki towarzyszom podróży. Ale nikogo te jej wysiłki nie bawiły tak, jak jej siostrzenicy, Sadie, która razem z panią Belmont cieszyła się największą popularnością na statku. Była młodziutka - świeżo wyszła z kolegjum Smith'a i niejedno w niej jeszcze pozostało z zalet i przywar dzieciństwa. Miała dużo bezpośredniości, gotowości do zwierzeń, niewinną prawość i pogodę, obok wielomówności i pewnego braku uszanowania. Ale nawet usterki jej bawiły, a chociaż zachowała sporo cech rozgarniętego dzieciaka, była niemniej słuszną i śliczną kobietą, która wyglądała na więcej lat, niż miała naprawdę, z powodu włosów zczesanych nizko na uszy i pełni staniczka i spódniczki, która nie była dziełem ani pomysłem p. Gibsona. Szelest tej spódniczki, jasny donośny głosik i swawolny, udzielający się śmiech, były to dobrze znane i mile widziane na Korosku dźwięki. Nawet sztywny pułkownik miękł we względną serdeczność, a dyplomata Oksfordski zapominał o swojej pozie w towarzystwie panny Sadie Adams. O reszcie podróżnych wystarczy parę słów. Niektórzy byli zajmujący, inni obojętni, a wszyscy mili. Pan Fardet to poczciwy ale gwałtownie dyskutujący francuz, który miał zdecydowane przekonania co do ciemnych machinacji Wielkiej Brytanii i bezprawnego jej posiadania Egiptu. Pan Belmont był szary jak żelazo, tęgi Irlandczyk, sławny ze swej niebywałej zręczności strzelania na wielką odległość. Wziął prawie wszystkie nagrody, jakie ofiarowały Wimbledon albo Bisley. Towarzyszyła mu żona, urocza, subtelna kobieta, pełna życia i wesołości, znamiennej dla jej ojczyzny. Pani Schlesinger była wdową, osobą średnich lat, spokojną i łagodną; wszystkie jej myśli pochłaniał sześcioletni synek, jak to zwykle bywa z matkami na okrętach, gdzie jedynie poręcz jest ogrodzeniem. Ksiądz John Stuart był duchownym sekty niekonformistów z Birminghamu, ani presbyterjanin, ani kongregacjonalista, człowiek niesłychanej tuszy, powolny i ospały w ruchach, ale obdarzony dużą dozą wrodzonego humoru, który, jak powiadają, czynił go ulubionym kaznodzieją i wpływowym mówcą w kołach radykalnie postępowych. Wreszcie znajdował się w towarzystwie p. James Stephens adwokat z Manchesteru (najmłodszy w spółce Hickson, Ward i Stephens). Podróżował, aby pozbyć się resztek influenzy. Stephens był to człowiek, który w przeciągu trzydziestu lat wybił się własną pracą, zacząwszy od mycia okien w kancelarji, a skończywszy na kierowaniu jej sprawami. Większą część tego długiego czasu stracił na suchej, bezdusznej robocie, żyjąc tylko jedną myślą: aby zadowolić dawnych klientów i zdobyć nowych, aż wreszcie sam i umysł jego stał się równie dokładny i pełen formalistyki jak prawa, które wykładał. Natura delikatna, uczuciowa była blizka spaczenia - zjawisko częste u ludzi, którzy prowadzą interesa w wielkich miastach. Praca stała się dla niego zakorzenionym nawykiem, a że był kawalerem, nie miał nic w życiu, coby go od niej odwodziło, to też dusza jego stopniowo odgrodziła się od świata, jak ciało średniowiecznego mnicha. Aż przyszła owa uprzejma choroba. Natura wyrzuciła Jamesa Stephensa z nory i wysłała go w szeroki świat, daleko od ryczącego Manchesteru i półek pełnych powag, oprawnych w skóry cielęce. Narazie czuł się bardzo nieszczęśliwy, wszystko wydawało mu się przyziemne w zestawieniu z jego własnym, nędznym kieratem. Ale powoli oczy jego otwierały się i zaczynał przeglądać stopniowo, że to właśnie jego praca była przyziemna w porównaniu z tym cudownym, wielokształtnym, niepojętym światem, którego on tak zupełnie nie znał. Niejasno zdawał sobie sprawę, że przerwa w karjerze może być dla niego ważniejsza, niż sama karjera. W duszy jego obudził się cały szereg nowych zainteresowań, i oto ten prawnik, człowiek już w sile wieku, przeżywał gasnącą jasność zmarnowanej śród książek młodości. Miał już zbyt wyrobiony charakter, aby z jego zachowania dała się usunąć pewna suchość i systematyczność, a ze sposobu mówienia pedandyczna dokładność, ale czytał, myślał i obserwował, zasmarowując swego Baedeckera podkreśleniami i uwagami, tak jak swego czasu ˝Komentarze Prideaux˝. Od Kairu odbywał drogę razem ze znanem nam towarzystwem i zbliżył się bardzo z panną Adams i jej siostrzenicą. Młoda amerykanka, przez swoje wygadanie, swoją śmiałość i wieczną pogodę, bawiła go i zajmowała, a ona nawzajem czuła jakąś mieszaninę szacunku i spółczucia dla jego wiedzy i dla jego braków. Zaprzyjaźnili się ze sobą i ludzie uśmiechali się, widząc pochylone nad tym samym przewodnikiem jego pochmurne czoło i jej słoneczną twarzyczkę.
Mały Korosko z sapaniem i hałasem płynął w górę rzeki, znacząc za sobą białą bruzdę na wodzie i czyniąc więcej huku i zamętu przez swoje pięć węzłów na godzinę, niż wielki okręt na Atlantyku w rekordowej jeździe. Na pokładzie pod gęstą zasłoną siedziało szczupłe grono podróżnych, a co parę godzin schodziło na brzeg, aby zwiedzić jedną więcej z niezliczonego szeregu świątyń. Zwaliska co prawda w miarę oddalania się, od Kairu stają się coraz późniejsze i turyści, którzy w Gizeh i Sakara napawali się widokiem najstarszych budowli, wzniesionych ręką człowieka, zaczynają się niecierpliwić, napotykając świątynie mało co starsze od ery chrześciańskiej. Ruiny, któreby wzbudziły podziw i cześć w każdym innym kraju, zaledwie zwracają uwagę w Egipcie.
Podróżni obejrzeli z miernem zainteresowaniem pół-grecką sztukę w płaskorzeźbach nubijskich, wdrapali się na wzgórze Korosko, aby zobaczyć wschód słońca nad dziką pustynią wschodnią, zachwycili się wielkim ołtarzem Abu Simbel, gdzie jakieś starożytne plemię wydrążyło górę, jak gdyby to był ser, wreszcie pod wieczór czwartego dnia wyprawy przybyli do Wady Halfa, granicznego i obsadzonego wojskiem miasta, w którem znaleźli się o parę godzin później niż należało, skutkiem nieznacznego uszkodzenia maszyny.
Następny ranek był przeznaczony na wyprawę do słynnej skały Abusir ze wspaniałym widokiem na drugą kataraktę. O pół do dziewiątej, kiedy podróżni odbywali poobiednią siestę na pokładzie Manzor, dragoman, pół kopt, pół syryjczyk zgodnie z programem wieczornym stanął przed nimi, aby zapowiedzieć porządek następnego rana:
˝Panie i panowie - zaczął, dając odważnie nurka w szybki strumień swojej łamanej angielszczyzny - jutro niech państwo nie zapomną wstać jak tylko gong się odezwie, żebyśmy zdążyli z wyprawą do godziny dwunastej. Przybywszy do miejsca, gdzie osły będą nas oczekiwały, przejedziemy pięć mil pustynią, mijając świątynię Ammon-ra, pochodzącą z czasów osiemnastej dynastyi i dojedziemy do sławnej skały pulpitowej Abusir. Skała pulpitowa prawdopodobnie tak się nazywa, ponieważ jest to skała podobna do pulpitu.
˝Znalazłszy się tam, uczujecie państwo, żeście się znaleźli na ostatnim cyplu cywilizacyi; jeszcze trochę dalej, a traficie do kraju derwiszów, który będzie dla was widoczny ze szczytu. Minąwszy wierzchołek zobaczycie koniec drugiej katarakty. Krajobraz pełen grozy, uroku i przerażającego urozmaicenia. Wszyscy wielcy ludzie ryli na tej skale swoje nazwiska, więc i wy wasze wyryjecie.˝ - Manzor zatrzymał się, czekając na uśmiech słuchaczy i gdy go ujrzał, ukłonił się. - ˝Wrócicie wtedy do Wady Halfa, i zabawicie tam dwie godziny, aby przyjrzeć się Korpusowi Wielbłądziemu, włączając w to oporządzenie zwierząt i bazar przed powrotem. To też życzę państwu szczęśliwej nocy˝.
Błysnął w świetle lampy białemi zębami, poczem jego długa ciemna spódnica, krótka angielska marynarka i czerwony fez, znikały kolejno na schodkach. Szmer rozmów, przerwany przez jego nadejście, podniósł się na nowo.
˝Liczę na pana, że mi pan opowie wszystko o Abusir - mówiła do p. Stephensa panna Sadie Adams. - Lubię o tem, co oglądam, wiedzieć co trzeba we właściwej porze, a nie o sześć godzin zapóźno, w mojej kajucie. Nie udało mi się w Abu Simbel i malowideł na murze jeszcze teraz nie mam w głowie, chociaż widziałam je wczoraj˝.
˝Nie wierzę, abym kiedybądź uporała się z tem - mówiła jej ciotka: - kiedy wrócę szczęśliwie na Commonwealth Avenue i już nie będzie mnie poszturgiwał żaden dragoman, będę miała czas czytać o tem wszystkiem i wierzę, że wtedy zacznę się entuzyazmować i marzyć aby jeszcze raz tu przyjechać. W każdym razie bardzo pan uprzejmy, że próbuje zaznajomić nas z przedmiotem˝.
˝Przypuszczałem, że panie będą chciały mieć ścisłe wiadomości i przygotowałem małą rozprawkę na ten temat˝, - odpowiedział Stephens, wręczając zwitek papieru pannie Sadie. Spojrzała nań przy świetle lampy okrętowej i wybuchła swoim cienkim serdecznym śmiechem:
˝Re Abusir - czytała, - co pan rozumie przez to re? Na ostatniej kartce, jaką pan mi dał, napisał pan re Ramzes drugi˝.
˝To zwyczaj, jakiego nabyłem, panno Sadie˝ - odparł Stephens.
˝Tak piszemy w praktyce prawniczej, kiedy przygotowujemy memo˝.
˝Co przygotowujecie?˝
˝Memo - memorandum, rozumie pani? Piszemy re, to znaczy: w takiej to, a takiej sprawie, aby wiedzieć, o co rzecz idzie!˝
˝Przypuszczam, że to jest bardzo wygodny sposób - odrzekła panna Sadie - ale brzmi trochę komicznie na tle zmarłych królów egipskich˝. Re Cheops czy pan nie czuje, że to ucieszne?˝
˝Według mnie nie˝ - rzekł Stephens.
˝Nie wiem, czy to prawda, że anglicy mają mniej humoru od amerykanów, czy tylko jest to humor innego rodzaju - mówiła Sadie. - Miała spokojną, równą dykcyę, jak gdyby myślała na głos. - Ja sądziłam, że wogóle posiadają go mniej, a jednak kiedy się zastanowimy: Dickens, Thackeray i Barrie i tylu innych, najbardziej podziwianych pisarzy humorystów byli z pochodzenia brytańczykami. Z drugiej strony w życiu swojem nie słyszałem ludzi śmiejących się w tak przykry sposób, jak w Londynie w teatrze. Za nami siedział jakiś jegomość, a ile razy zaczynał się śmiać, ciocia oglądała się, czy się które drzwi przypadkiem nie otworzyły, taki był przeciąg. Ale pan ma zabawne wyrażenia, proszę pana˝.
˝Co jeszcze wydaje się pani zabawnem, panno Sadie?˝
˝Wczoraj, kiedy mi pan przysłał bilet do świątyni i mały planik, zaczął pan list: ˝wewnątrz znajduje się.....˝, a potem na dole w nawiasie dodał pan: ˝dwa załączniki˝.
˝To zwykły styl w korespondencyi urzędowej˝. - ˝Tak w urzędowej˝... - podchwyciła Sadie sucho i rozmowa urwała się.
˝Jednejbym rzeczy chciała˝ - zauważyła p. Adams, twardym, skrzypliwym głosem, którym pokrywała wrodzoną miękkość serca - ˝zobaczyć legislaturę tego kraju i pokazać tym ludziom kilka na zimno wybranych faktów. Wytworzyłabym własną platformę polityczną... stronnictwo według moich przekonań. Jedną z wydanych tablic byłoby prawo zmuszające do mycia oczu, drugą zniesienie ˝jaszmaków˝, zasłon, które zmieniają kobietę w tłumok wełniany, z wyglądającą z niego parą oczu˝.
˝Nigdy nie mogłam się domyśleć dlaczego je noszą˝ - wtrąciła Sadie - ˝aż jednego dnia zobaczyłam którąś z podniesionym welonem - wtedy zrozumiałam˝.
˝Męczą mię te kobiety˝ - krzyknęła gniewnie panna Adams. Z równym skutkiem możnaby prawić o obowiązku, o przyzwoitości i o czystości przed rzędem materaców. Co za kraj! Nie dalej jak wczoraj w Abu-Simbel przechodziłam koło jednego z ich domostw jeżeli można nazwać domostwem te lepianki z błota i zobaczyłam na progu dwoje dzieci z oczyma jak zwykle oblepionemi przez muchy i z wielkiemi dziurami w biednych niebieskich sukienkach.
Odwinęłam rękawy chusteczką, umyłam im twarze, pozaszywałam dziury, bo w tym kraju tak samo jest nie do pomyślenia, żeby zejść na brzeg bez przyborów do szycia, jak bez białej parasolki. Zapaliłam się do tej roboty, weszłam do mieszkania, co za mieszkanie! Wyprosiłam ludzi ze środka i zabrałam się do porządków, poprostu jakbym była najętą posługaczką. Ze świątyni Abu-Simbel widziałam akurat tyle, jak gdybym się nie była ruszyła z Bostonu, ale dalibóg, widziałam więcej śmieci i kurzu, niżby pan przypuszczał, że wogóle może się zmieścić w domu wielkości kabiny w Newport. Od chwili kiedy zakasałam spódnicę do roboty, od kiedy wyszłam na zewnątrz z twarzą koloru tej popielniczki, upłynęła może godzina, może półtorej, ale domek zrobił się czyściutki i milutki, jak pudełeczko. Miałam z sobą New York Heralda i wyłożyłam nim półki tym ludziom. Otóż, proszę pana, poszłam tylko na chwilę umyć ręce na podwórzu, a kiedy znowu przechodziłam przed drzwiami, tych samych dwoje dzieci siedziało znowu na progu z oczyma oblepionemi przez muchy, zupełnie tak jak przedtem, z tą jedynie różnicą, że każde z nich miało na głowie papierowy kapelusz, zrobiony z New York Heralda. - Ale słuchaj, Sadie, dziesiąta dochodzi, a jutro trzeba rano wstać.˝
˝Kiedy takie cudowne jest to czerwone niebo i te wielkie srebrne gwiazdy˝ - wymawiała się Sadie. - ˝Spójrzcie państwo na milczącą pustynię i czarne cienie pagórków. Podniosłe to, ale i straszne zarazem, a kiedy jeszcze pomyśleć, że naprawdę, jak powiedział dragoman, jesteśmy na samym krańcu cywilizacji, a tam, gdzie tak ślicznie świeci Krzyż Południowy, czyha na nas dzicz i rozlew krwi, mam wrażenie, jakbyśmy stali na czarującej krawędzi rozżarzonego wulkanu˝.
˝Cicho, Sadie, nie mów tak, dziecko, - przerwała w rozdrażnieniu ciotka. - Już słuchanie takich rzeczy wystarczy, aby napędzić strachu˝.
˝Ale czy sama tego nie czujesz, ciociu? Popatrz na tę pustynię, biegnącą daleko, daleko, aż do zatracenia w mrokach. Posłuchaj jak wiatr nad nią szepcze. Nie widziałam w życiu nic bardziej uroczystego˝.
˝Bardzo się cieszę, kochanie, iż znalazło się coś, co cię nastraja uroczyście - odpowiedziała ciotka. - Myślałam czasem... Boże święty! co to?˝
Skądeś z pomiędzy cieniów pagórków, na dalszym brzegu rzeki, zerwał się ostry, chrapliwy jęk, rósł i nabrzmiewał, aż skonał w żałosnem, przeciągiem kwileniu.
˝To tylko szakal, proszę pani, - uspakajał Stephens. - Słyszałem już kiedyś coś podobnego, kiedy się wybrałem na oglądanie Sfinksa przy księżycu˝.
Ale amerykanka wstała, z twarzy jej znać było, że wszystkie nerwy w niej grają.
˝Gdybym była w stanie odrobić to, co się stało, nigdybym nie ruszyła krokiem za Assuan - rzekła. - Nie rozumiem sama co mi się stało, że mogłam cię aż tu zawlec, Sadie. Twoja matka pomyśli, że zwarjowałam, i jeśliby co bądź złego miało się nam przytrafić, nie śmiałabym jej spojrzeć w oczy. Widziałam już wszystko, co chciałam widzieć na tej rzece i jednego teraz tylko pragną: być z powrotem w Kairze˝.
˝Dla czego ciociu? - krzyknęła Sadie - ta tchórzliwość wcale do ciebie nie podobna˝.
˝Nie wiem co to jest, Sadie, ale czuję się trochę zdenerwowana. Jeszcze ta bestja miaucząca - to już więcej, niż mogę wytrzymać. Jedna jest pociecha, że jutro zaczynamy odwrót, jeszcze tylko ta ostatnia skała, czy świątynia, czy co to tam jest. Wie pan, mam powyżej uszu skał i świątyń. Nie będę płakała, jeżeli już żadnej nigdy nie zobaczę. Chodź Sadie, dobranoc˝.
˝Dobranoc. Dobranoc paniom˝. - Ciotka i Siostrzenica zeszły do kajuty.
Pan Fardet rozprawiał półgłosem z Headinglym, młodym absolwentem uniwersytetu w Harvard, pochylony śród kłębów dymu papierosa.
˝Derwisze, proszę pana!˝ - mówił wyborną angielszczyzną, ale oddzielając od siebie zgłoski, jak to czynią francuzi. ˝Niema derwiszów. Nie istnieją˝.
˝Jakto? sądziłem, że moc ich jest po lasach˝.
Pan Fardet spojrzał przelotnie na czerwony ognik cygara pułkownika Cochrane'a, świecący w ciemności.
˝Pan jest amerykaninem i nie lubi pan anglików˝ - szeptał. - ˝My na kontynencie doskonale rozumiemy, że istnieje antagonizm pomiędzy Ameryką a anglikami˝.
˝Tak jest˝ - zaczął Headingly, jak zwykle powolnie i z rozwagą - ˝nie mogę zaprzeczyć, że są między nami kwasy, i że nie brak u nas ludzi - zwłaszcza, o ile są z pochodzenia irlandczykami, - którzy są nieuleczalnie chorzy na punkcie Anglji, większość jednak jest przychylna dawnej ojczyźnie. Widzi pan, oni mogą być z czasem dokuczliwi jako naród, ale koniec końców to nasza rasa i tego zatrzeć nie możemy˝.
˝Eh bien, - mówił francuz - w każdym razie mogę powiedzieć panu, czego bez obrazy nie mógłbym powiedzieć tamtym. A powtarzam, że derwiszów niema. Wymyślił ich lord Cromer w r. 1885˝.
˝Co też pan mówi - krzyknął Headingly.
˝Znana to rzecz w Paryżu. Pisała o tem Patrie i inne dobrze informowane dzienniki˝.
˝Niebywałe rzeczy!˝ - dziwił się Headingly. - ˝Więc pan chce mię przekonać, że oblężenie Chartumu, albo śmierć Gordona i innych to był wielki bluff˝
˝Nie przeczę, że były rozruchy, ale miały charakter lokalny, rozumie pan? i dawno już poszły w zapomnienie. Od tej pory w Sudanie panuje bezwzględny spokój˝.
˝A jednak proszę pana, słyszałem o napadach, czytałam o bitwach, w których arabowie chcieli opanować Egipt. Nie dawniej jak dwa dni temu przejeżdżaliśmy przez Toski, gdzie jak mówił dragoman, była kiedyś bitwa. Czy i to jest bluff?˝
˝Ha, nie zna pan anglików, drogi panie. Bierze ich pan tak, jak pan ich widzi, z fajką w ustach, z pogodną twarzą i myśli pan, że to dobrzy, prości ludzie, którzy nigdy nie skrzywdzą nikogo. A oni tymczasem bezustannie myślą, czuwają i kombinują˝. ˝Egipt jest słaby - wołają - Allons!˝ i spadają jak mewa na okruchy. ˝Nie macie prawa tu wchodzić - mówi świat - wyjdźcie˝. Ale Anglja zaczęła już wszędzie robić porządki, akurat jak poczciwa p. Adams, kiedy wdziera się do domu arabów. ˝Wyjdźcie˝ - powiada świat. - ˝Wyjdziemy˝ - mówią anglicy - ˝poczekajcie chwilkę tylko, uporządkujemy wszystko i oczyścimy˝. Świat czeka rok, czy więcej, poczem powtarza znowu: ˝Wyjdźcie!˝ ˝Wyjdziemy˝ - twierdzi Anglja - ˝w Chartumie są zamieszki, kiedy je uspokoję, wyjdziemy z rozkoszą.˝ I znowu czekamy, aż wszystko się ułoży i znowu upominamy. ˝Wyjdź!˝ ˝Jakże mogę wyjść - mówi Anglja - ciągle są jeszcze napady i bitwy. Jeżeli się usuniemy, Egipt będzie zalany˝. ˝Ależ kiedy niema żadnych napadów˝ - powiada świat. - ˝Jak to niema?˝ - wpiera Anglja i wtedy napewno najdalej po tygodniu, pisma pełne będą nowych napadów derwiszów. Mój panie, nie jesteśmy wszyscy ślepi, rozumiemy doskonale, jak się takie rzeczy urządza. Kilku beduinów, trochę kubanów, parę ślepych nabojów i jest napad˝.
˝Tak, tak - mówił amerykanin - rad jestem, że dowiedziałem się prawdy w sprawie, która często niepokoiła mię. Ale właściwie, co Anglja na tem zyska?˝
˝Zyska kraj, proszę pana˝.
˝Rozumiem. Pan przypuszcza, dajmy na to, że tu jest korzystna taryfa na towary angielskie?˝
˝Nie, panie, ta jest wszędzie jednakowa˝.
˝A zatem. Układ z Wielką Brytanją?˝
˝Otóż to właśnie˝.
˝Czy naprzykład kolej, którą budują przez sam środek kraju, ta co biegnie brzegiem rzeki będzie korzystnym układem dla anglików?˝
Pan Fardet był człowiekiem uczciwym, chociaż dał się ponosić fantazji˝.
˝Budowę kolei, proszę pana, prowadzi towarzystwo francuskie˝.
Amerykanin nie wiedział już co myśleć.
˝Jak się zdaje, nie bogatą mają zapłatę za swoje trudy˝ - zadecydował. - ˝Swoją drogą musi tu być jakieś choćby pośrednie parcie. Samo to, że Egipt zmuszony jest płacić i utrzymywać tych żołnierzy w Kairze˝.
˝Egipt! Nie, panie, to Anglja ich płaci.˝
˝Ha, sami muszą najlepiej znać swój interes. Ale zdaje mi się, że wzięli na siebie ogromne kłopoty, wzamian mają bardzo niewiele. Zresztą, jeżeli dobrowolnie podjęli się utrzymania porządku i obrony granic pod grozą ciągłej wojny z derwiszami, nie wiem co mógłby ktoś mieć przeciwko temu. Nie można chyba zaprzeczyć, że od czasu ich przybycia, dobrobyt kraju niezmiernie się podniósł. Dowodem budżet. Słyszałem również, że nareszcie dzieje się sprawiedliwość biedniejszym warstwom, czego dotąd nigdy nie było.˝
˝Ale wogóle po co oni tu są? - krzyknął francuz cierpko. - Niech wracają na swoją wyspę. Nie możemy przecie tolerować ich na całym świecie.˝
˝Zapewne dla nas, amerykanów, którzy mieszkamy we własnym kraju, wydaje się rzeczą dziwną, jak narody europejskie wiecznie włażą na jakieś inne terytorjum, które jest nie dla nich. Łatwo nam zresztą o tem mówić, bo mamy jeszcze dużo miejsca, więcej niż nam potrzeba dla nas samych. Kiedy zaczniemy się już tłoczyć aż po brzegi, będziemy musieli i my zacząć anektować. Ale na razie właśnie tu, w Afryce północnej, Włochy siedzą w Abissynji, Anglja w Egipcie, Francja w Algierze.˝
˝Francja - krzyknął pan Fardet - Algier należy do Francji. Pan się śmieje! Mam zaszczyt życzyć panu dobrej nocy.˝ Wstał z fotela i zeszedł do kajuty sztywny, dotknięty w swoim patryotyzmie.
CHAPTER II.
The young American hesitated for a little, debating in his mind whether he should not go down and post up the daily record of his impressions which he kept for his home-staying sister. But the cigars of Colonel Cochrane and of Cecil Brown were still twinkling in the far corner of the deck, and the student was acquisitive in the search of information. He did not quite know how to lead up to the matter, but the Colonel very soon did it for him.
˝Come on, Headingly,˝ said he, pushing a camp-stool in his direction. ˝This is the place for an antidote. I see that Fardet has been pouring politics into your ear.˝
˝I can always recognise the confidential stoop of his shoulders when he discusses la haute politique,˝ said the dandy diplomatist. ˝But what a sacrilege upon a night like this! What a nocturne in blue and silver might be suggested by that moon rising above the desert. There is a movement in one of Mendelssohn's songs which seems to embody it all-- a sense of vastness, of repetition, the cry of the wind over an interminable expanse. The subtler emotions which cannot be translated into words are still to be hinted at by chords and harmonies.˝
˝It seems wilder and more savage than ever to-night,˝ remarked the American. ˝It gives me the same feeling of pitiless force that the Atlantic does upon a cold, dark, winter day. Perhaps it is the knowledge that we are right there on the very edge of any kind of law and order. How far do you suppose that we are from any Dervishes, Colonel Cochrane?˝
˝Well, on the Arabian side,˝ said the Colonel, ˝we have the Egyptian fortified camp of Sarras about forty miles to the south of us. Beyond that are sixty miles of very wild country before you would come to the Dervish post at Akasheh. On this other side, however, there is nothing between us and them.˝
˝Abousir is on this side, is it not?˝
˝Yes. That is why the excursion to the Abousir Rock has been forbidden for the last year. But things are quieter now.˝
˝What is to prevent them from coming down on that side?˝
˝Absolutely nothing,˝ said Cecil Brown, in his listless voice.
˝Nothing, except their fears. The coming of course would be perfectly simple. The difficulty would lie in the return. They might find it hard to get back if their camels were spent, and the Halfa garrison with their beasts fresh got on their track. They know it as well as we do, and it has kept them from trying.˝
˝It isn't safe to reckon upon a Dervish's fears,˝ remarked Brown. ˝We must always bear in mind that they are not amenable to the same motives as other people. Many of them are anxious to meet death, and all of them are absolute, uncompromising believers in destiny. They exist as a reductio ad absurdum of all bigotry--a proof of how surely it leads towards blank barbarism.˝
˝You think these people are a real menace to Egypt?˝ asked the American. ˝There seems from what I have heard to be some difference of opinion about it. Monsieur Fardet, for example, does not seem to think that the danger is a very pressing one.˝
˝I am not a rich man,˝ Colonel Cochrane answered after a little pause, ˝but I am prepared to lay all I am worth, that within three years of the British officers being withdrawn, the Dervishes would be upon the Mediterranean. Where would the civilisation of Egypt be? Where would the hundreds of millions which have been invested in this country? Where the monuments which all nations look upon as most precious memorials of the past?˝
˝Come now, Colonel,˝ cried Headingly, laughing, ˝surely you don't mean that they would shift the pyramids?˝
˝You cannot foretell what they would do. There is no iconoclast in the world like an extreme Mohammedan. Last time they overran this country they burned the Alexandrian Library. You know that all representations of the human features are against the letter of the Koran. A statue is always an irreligious object in their eyes. What do these fellows care for the sentiment of Europe? The more they could offend it, the more delighted they would be. Down would go the Sphinx, the Colossi, the Statues of Abou-Simbel--as the saints went down in England before Cromwell's troopers.˝
˝Well now,˝ said Headingly, in his slow, thoughtful fashion, ˝suppose I grant you that the Dervishes could overrun Egypt, and suppose also that you English are holding them out, what I'm never done asking is, what reason have you for spending all these millions of dollars and the lives of so many of your men? What do you get out of it, more than France gets, or Germany, or any other country, that runs no risk and never lays out a cent?˝
˝There are a good many Englishmen who are asking themselves that question,˝ remarked Cecil Brown. ˝It's my opinion that we have been the policemen of the world long enough. We policed the seas for pirates and slavers. Now we police the land for Dervishes and brigands and every sort of danger to civilisation. There is never a mad priest or a witch doctor, or a firebrand of any sort on this planet, who does not report his appearance by sniping the nearest British officer. One tires of it at last. If a Kurd breaks loose in Asia Minor, the world wants to know why Great Britain does not keep him in order. If there is a military mutiny in Egypt, or a Jehad in the Soudan, it is still Great Britain who has to set it right. And all to an accompaniment of curses such as the policeman gets when he seizes a ruffian among his pals. We get hard knocks and no thanks, and why should we do it? Let Europe do its own dirty work.˝
˝Well,˝ said Colonel Cochrane, crossing his legs and leaning forward with the decision of n man who has definite opinions, ˝I don't at all agree with you, Brown, and I think that to advocate such a course is to take a very limited view of our national duties. I think that behind national interests and diplomacy and all that there lies a great guiding force--a Providence, in fact--which is for ever getting the best out of each nation and using it for the good of the whole. When a nation ceases to respond, it is time that she went into hospital for a few centuries, like Spain or Greece--the virtue has gone out of her. A man or a nation is not placed upon this earth to do merely what is pleasant and what is profitable. It is often called upon to carry out what is both unpleasant and unprofitable, but if it is obviously right it is mere shirking not to undertake it.˝
Headingly nodded approvingly.
˝Each has its own mission. Germany is predominant in abstract thought; France in literature, art, and grace. But we and you--for the English-speakers are all in the same boat, however much the New York Sun may scream over it--we and you have among our best men a higher conception of moral sense and public duty than is to be found in any other people. Now, these are the two qualities which are needed for directing a weaker race. You can't help them by abstract thought or by graceful art, but only by that moral sense which will hold the scales of Justice even, and keep itself free from every taint of corruption. That is how we rule India. We came there by a kind of natural law, like air rushing into a vacuum. All over the world, against our direct interests and our deliberate intentions, we are drawn into the same thing. And it will happen to you also. The pressure of destiny will force you to administer the Whole of America from Mexico to the Horn.˝
Headingly whistled.
˝Our Jingoes would be pleased to hear you, Colonel Cochrane,˝ said he. ˝They'd vote you into our Senate and make you one of the Committee on Foreign Relations.˝
˝The world is small, and it grows smaller every day. It's a single organic body, and one spot of gangrene is enough to vitiate the whole. There's no room upon it for dishonest, defaulting, tyrannical, irresponsible Governments. As long as they exist they will always be sources of trouble and of danger. But there are many races which appear to be so incapable of improvement that we can never hope to get a good Government out of them. What is to be done, then? The former device of Providence in such a case was extermination by some more virile stock-- an Attila or a Tamerlane pruned off the weaker branch. Now, we have a more merciful substitution of rulers, or even of mere advice from a more advanced race. That is the case with the Central Asian Khanates and with the protected States of India. If the work has to be done, and if we are the best fitted for the work, then I think that it would be a cowardice and a crime to shirk it.˝
˝But who is to decide whether it is a fitting case for your interference?˝ objected the American. ˝A predatory country could grab every other land in the world upon such a pretext.˝
˝Events--inexorable, inevitable events--will decide it. Take this Egyptian business as an example. In 1881 there was nothing in this world further from the minds of our people than any interference with Egypt; and yet 1882 left us in possession of the country. There was never any choice in the chain of events. A massacre in the streets of Alexandria, and the mounting of guns to drive out our fleet--which was there, you understand, in fulfilment of solemn treaty obligations--led to the bombardment. The bombardment led to a landing to save the city from destruction. The landing caused an extension of operations--and here we are, with the country upon our hands. At the time of trouble we begged and implored the French, or any one else, to come and help us to put the thing to rights, but they all deserted us when there was work to be done, although they are ready enough to scold and to impede us now. When we tried to get out of it, up came this wild Dervish movement, and we had to sit tighter than ever. We never wanted the task; but, now that it has come, we must put it through in a workmanlike manner. We've brought justice into the country, and purity of administration, and protection for the poor man. It has made more advance in the last twelve years than since the Moslem invasion in the seventh century. Except the pay of a couple of hundred men, who spend their money in the country, England has neither directly nor indirectly made a shilling out of it, and I don't believe you will find in history a more successful and more disinterested bit of work.˝
Headingly puffed thoughtfully at his cigarette.
˝There is a house near ours, down on the Back Bay at Boston, which just ruins the whole prospect,˝ said he. ˝It has old chairs littered about the stoop, and the shingles are loose, and the garden runs wild; but I don't know that the neighbours are exactly justified in rushing in, and stamping around, and running the thing on their own lines.˝
˝Not if it were on fire?˝ asked the Colonel.
Headingly laughed, and rose from his camp-stool.
˝Well, it doesn't come within the provisions of the Monroe Doctrine, Colonel,˝ said he. ˝I'm beginning to realise that modern Egypt is every bit as interesting as ancient, and that Rameses the Second wasn't the last live man in the country.˝
The two Englishmen rose and yawned.
˝Yes, it's a whimsical freak of fortune which has sent men from a little island in the Atlantic to administer the land of the Pharaohs,˝ remarked Cecil Brown. ˝We shall pass away again, and never leave a trace among these successive races who have held the country, for it is not an Anglo-Saxon custom to write their deeds upon rocks. I dare say that the remains of a Cairo drainage system will be our most permanent record, unless they prove a thousand years hence that it was the work of the Hyksos kings. But here is the shore party come back.˝
Down below they could hear the mellow Irish accents of Mrs. Belmont and the deep voice of her husband, the iron-grey rifle-shot. Mr. Stuart, the fat Birmingham clergyman, was thrashing out a question of piastres with a noisy donkey-boy, and the others were joining in with chaff and advice. Then the hubbub died away, the party from above came down the ladder, there were ˝good-nights,˝ the shutting of doors, and the little steamer lay silent, dark, and motionless in the shadow of the high Halfa bank. And beyond this one point of civilisation and of comfort there lay the limitless, savage, unchangeable desert, straw-coloured and dream-like in the moonlight, mottled over with the black shadows of the hills.
ROZDZIAŁ II.
Młody amerykanin wahał się przez chwilę, czy ma zejść na dół i spisać wrażenia dnia, notował je bowiem dla siostry, która została w domu. Ale cygara pułkownika Cochrane'a i Cecila Browna migotały jeszcze w dalekim kącie pokładu, a młodzieniec rad był zasięgnąć wiadomości. Nie wiedział dokładnie jak przystąpić do rzeczy, wyręczył go w tem bardzo prędko pułkownik.
˝Niech pan siada, prosimy - rzekł przysuwając krzesło w jego stronę. - U nas otrzyma pan odtrutkę. Widziałem, że Fardet kładł panu w uszy politykę˝.
˝Znam to jego pochylenie ramion, kiedy poufnym tonem wytacza zagadnienia wszechświatowej polityki˝ - odezwał się wymuskany dyplomata. - ˝Ale co za świętokradztwo w taką noc jak dzisiejsza! Jakiż nokturn srebrnobłękitny mógłby podszepnąć ten księżyc, wstający nad pustynią! Pamiętam ustęp, w jednej z pieśni Mendelssohna, który zdaje się wyrażać to wszystko: uczucie ogromu, powtarzalność, wycie wiatru nad nieobjętą przestrzenią. Subtelniejsze wzruszenia, których słowo nie wyrazi, dają się raczej pochwycić strunom i harmonii.˝
˝Mnie się tu dziś wydaje bardziej pierwotnie i dziko, niż kiedybądź˝ - rzucił uwagę amerykanin. - ˝Doznaję tego samego wrażenia nieubłaganej siły, jak na Atlantyku w mroźny ciemny dzień zimowy. Może sprawia to wiadomość, że znajdujemy się na samej granicy wszelkiego prawa i porządku. Jak daleko sądzi pan, iż jesteśmy od derwiszów, panie pułkowniku?˝
˝Na arabskim brzegu˝ - odparł pułkownik - ˝mamy fortecę egipską w Sarras, jakieś czterdzieści mil na południe od nas. Poza nią ciągnie się przez sześćdziesiąt mil bardzo dzika okolica, a dopiero za nią placówka derwiszów w Akasheh. Za to na drugiej stronie nic nas od nich nie dzieli.
˝Abusir jest po tej stronie?˝*
˝Tak jest. Dlatego wycieczka tam była zabroniona w zeszłym roku. Ale dziś jest spokojniej˝.
˝Co ich powstrzymuje od podchodzenia z tej strony?˝
˝Nic zupełnie˝ - odpowiedział Cecil Brown swoim sennym głosem. - ˝Nic, prócz strachu.˝
˝Zbliżyć się byłoby rzeczą całkiem prostą. Trudność leżałaby w odwrocie. Nie łatwo by im przyszło wycofać się, gdyby ich wielbłądy się pomęczyły, a załoga Wady Halfa puściła za nimi w pogoń na wypoczętych zwierzętach. Rozumieją to tak dobrze, jak i my i dlatego nie próbują˝.
˝Niezbyt to pewne liczyć na strach derwiszów˝ - zauważył Brown. - ˝Musimy uświadomić sobie, że nie kierują się oni temi samemi pobudkami, co inni ludzie. Wielu z nich lęka się śmierci, ale wszyscy bezwzględnie i niezachwianie wierzą w przeznaczenie. Są oni reductio ad absurdum wszelakiej bigoterji, - dowodem, jak ona nieomylnie prowadzi do zupełnego barbarzyństwa.
˝Czy pan sądzi, że oni są naprawdę niebezpieczni dla Egiptu˝ - pytał amerykanin. - ˝O ile słyszałem, panują w tej sprawie różne przekonania. Pan Fardet, naprzykład, nie zdaje się mniemać, jakoby groźba była poważna˝.
˝Nie jestem człowiekiem bogatym˝ - odpowiedział pułkownik po krótkiem milczeniu - ale gotów jestem ręczyć wszystkiem, co posiadam, że w razie wycofania się wojsk angielskich, derwisze za trzy lata znajdą się nad morzem Śródziemnem. Co w takim wypadku stałoby się z cywilizacją, co z setkami miljonów, które włożono w ten kraj? Jaki los czekałby pomniki, na które cała ludzkość patrzy jak na najświetniejsze pamiątki przeszłości?˝
˝Panie pułkowniku˝ - zawołał Headingly ze śmiechem - ˝przecież pan chyba nie przypuszcza, żeby ruszyli z posad piramidy?˝
˝Nie może pan przewidzieć, coby zrobili. Niema na świecie obrazoburców równych sfanatyzowanym mahometanom. Kiedy ostatni raz zaleli ten kraj, spalili bibljotekę aleksandryjską. Pan wie, że odtwarzanie ludzkiego oblicza sprzeciwia się literze Koranu. Posąg jest zawsze w ich oczach czemś bezbożnem. Co tych ludzi obchodzą uczucia Europy? Im bardziej zdołają je urazić, tem będą szczęśliwsi. Znikłyby sfinkse, kolosy, posągi w Abu-Simbel, jak w Anglji znikli święci pod ciosem żołnierzy Cromwella˝.
˝Przypuśćmy teraz - zaczął Headingly, jak zawsze spokojnie i z namysłem - że derwisze mogą zalać Egipt i przypuśćmy także, że wy, anglicy, możecie do końca stawiać im czoło, pytam, jaki cel macie kłaść w to tysiące dolarów i życie tylu waszych ludzi? Jakąż korzyść wyciągnięcie stąd, większą niż Francja, Niemcy, czy inne państwa, które nie ryzykują i nie wydają grosza?˝
˝Wielu anglików zadaje sobie to samo pytanie˝ - zauważył Cecil Brown. - ˝Mojem zdaniem dość długo byliśmy policjantem całego świata. Strzegliśmy mórz od piratów i handlarzy niewolników. Dziś strzeżemy Egiptu od derwiszów, rozbójników i wszelakich zakusów na cywilizację. Niema na tej planecie zwarjowanych księży, szarlatanów-lekarzy, czy innego gatunku podżegaczy, którzyby nie zaczynali od skubnięcia najbliższego oficera angielskiego. Kiedyś i to się musiało ostatecznie sprzykrzyć. Jeżeli Kurdowie buntują się w Azji Mniejszej, świat zaraz pyta, dlaczego Wielka Brytanja nie trzyma ich w ryzach? Jeżeli wybucha rokosz w Egipcie, czy w Jehod, czy w Sudanie, to zawsze Wielka Brytanja ma go uśmierzać. A wszystko przy akompanjamencie złorzeczeń, jakie słyszy policjant, kiedy dostanie w ręce opryszka. Zbieramy twarde razy, ale żadnej wdzięczności, więc po co to robić? Niech Europa sama pierze swoje brudy˝.
˝Niezupełnie zgadzam się z panem˝ - odezwał się pułkownik, zakładając nogę na nogę i pochylając się naprzód zdecydowanym ruchem człowieka, który ma jasno określone pojęcia - ˝i sądzę, że bronić takiego stanowiska, znaczy mieć bardzo ciasne wyobrażenie o naszych narodowych obowiązkach. Według mnie poza interesami państwowemi, dyplomacją i t. d. istnieje jakaś wielka siła kierownicza - opatrzność - i Ona to w rzeczy samej wydobywa na jaw to, co tkwi najlepszego w każdym narodzie i zużytkowuje dla ogólnego dobra. Jeżeli jakiś naród przestaje odpowiadać swemu zadaniu, czas jest, aby poszedł do szpitala na parę stuleci, jak Hiszpanja lub Grecja, stracił bowiem żywotność. Ludzie i narody nie przychodzą na ten świat po to tylko, aby czynić, co im jest przyjemne lub pożyteczne. Często są powołane do znoszenia rzeczy najcięższych i najmniej korzystnych, ale jeżeli tak być powinno, nie mają prawa się wyłamywać˝.
Headingly potakiwał głową twierdząco.
˝Każdy naród ma swoją misję. Niemcy przodują na polu myśli oderwanej, Francja literatury, sztuki i wdzięku. Ale my i wy, bo ludzie, mówiący po angielsku idą zawsze pod jeden nagłówek, choćby New Jork Sun jak najbardziej rzucał się przeciwko temu, my i wy w naszych najlepszych jednostkach jesteśmy nosicielami wyższych pojęć moralnych i poczucia obowiązków społecznych, niż je spotykamy u innych ludów. Otóż to są dwie zalety konieczne do kierowania słabszemi rasami. Tu nic nie znaczy abstrakcyjna myśl albo artystyczny wdzięk, tylko to jedno poczucie moralne, które utrzymuje w równowadze szale sprawiedliwości i samo nie ulega żadnej skazie czy zepsuciu. Oto jak rządzimy Indjami. Weszliśmy tam przez pewnego rodzaju prawo przyrodzone, jak np. powietrze wpływa w próżnię. Wszędzie na świecie, wbrew własnym najbliższym interesom i powziętym zamierzeniom, jesteśmy wciągani w tego rodzaju sprawy. To samo i was czeka. Nacisk przeznaczenia zmusi was do sterowania całą Ameryką od Meksyku do Hornu˝.
Headingly świsnął.
˝Nasi Jingowie cieszyliby się, słysząc pana, panie pułkowniku˝ - rzekł. - ˝Wybraliby pana do senatu i uczynili członkiem Komitetu Spraw Zagranicznych.˝
˝Świat jest mały i z dniem każdym maleje. Stanowi jeden organizm i odrobina gangreny wystarczy, by zabić całość. Niema miejsca na nieuczciwe, gnuśne, tyrańskie, nieodpowiedzialne rządy. Póki istnieją, będą zawsze źródłem rozruchów i niebezpieczeństw, ale są liczne szczepy, jak się zdaje tak niezdolne do rozwoju, że nigdy nie można będzie liczyć na wyłonienie z nich dobrego rządu. Co zatem czynić należy? Dawniej nakazem Opatrzności było w takich razach tępienie ich przez jakiś mocniejszy szczep. Atylla czy Tamerlan obcinali słabsze gałęzie. Dzisiaj mamy bardziej miłosiernych władców choćby już tylko dla świadectwa dalej posuniętej kultury. Weźmy choćby Chanaty w Azji środkowej, albo Indje pod protektoratem Anglji. Jeżeli cel ten ma być spełniony, a my jesteśmy najbardziej do niego powołani, uchylenie się uważałbym za tchórzostwo i zbrodnię˝.
˝Ale kto rozstrzyga, czy dany wypadek wymaga waszej interwencji?˝ - oponował amerykanin. - ˝Jakieś zaborcze państwo pod tym pretekstem zagarnęłoby wszystkie inne kraje˝.
˝Wypadki, nieubłagane, nieuniknione wypadki, one to decydują. Weźmy jako przykład to, co stało się z Egiptem. W r. 1881 nie było myśli bardziej obcej naszemu narodowi, jak wtrącanie się w sprawy egipskie, a jednak rok 1882 dał nam ten kraj w posiadanie. Nie było wyboru w łańcuchu wydarzeń. Rzeź na ulicach Aleksandrji i ruch zbrojny w celu wypędzenia naszej floty - która stała tu, rozumie pan, wierna uroczystym zobowiązaniom traktatowym - doprowadziły do bombardowania. Bombardowanie pociągnęło za sobą wysadzenie wojsk na ląd dla obrony miasta przed zniszczeniem. Wysadzenie wojsk spowodowało rozszerzenie operacji i tak jesteśmy tutaj i mamy kraj w ręku. W czasie rozruchów prosiliśmy i błagali Francję i inne państwa o pomoc w przywracaniu ładu, ale wszyscy opuścili nas, gdy trzeba było pracować, chociaż dzisiaj gotowi są przeszkadzać nam i lekcye dawać. Kiedy chcieliśmy się wycofać z tej awantury, przyszedł ów dziki ruch derwiszów i zmuszeni byliśmy wejść głębiej niż dotąd. Nigdy nam cała ta sprawa nie była do czegokolwiekbądź potrzebna, ale skoro już się to stało, musimy załatwić ją jak sumienni pracownicy. Zaprowadziliśmy tu sprawiedliwość, czystość w administracji i opiekę nad biedniejszą ludnością. W ciągu ostatnich dwunastu lat widzimy większy postęp, niż od czasu najścia muzułmanów w siódmym wieku. Z wyjątkiem paruset ludzi, którzy włożyli tu swój kapitał, Anglja pośrednio, ani bezpośrednio, nie wyciągnęła stąd grosza i nie przypuszczam, aby pan znalazł w historji przykład szczęśliwszego i bardziej bezinteresownego postępowania˝.
Headingly puszczał w zamyśleniu dym z papierosa.
˝Koło nas jest dom nad zatoką Backa w Bostonie, który zasłania nam cały widok˝ - odezwał się. - ˝Stare krzesła sterczą kulawe na werandzie, gonty poodpadały, a ogród zarasta chwastami, jednak nie wiem, czy sąsiedzi postąpiliby właściwie, wpadając tam i gospodarując jak u siebie˝.
˝Nawet gdyby się paliło?˝ - zapytał pułkownik.
Headingly roześmiał się i wstał z fotela.
˝Niema obawy, panie pułkowniku, wobec przewidywań doktryny Monroego˝ - odpowiedział. - ˝Przychodzę do przekonania, że Egipt spółczesny jest równie ciekawy jak starożytny i że Ramzes Drugi nie był ostatnim żywym człowiekiem w tym kraju˝.
Obaj anglicy podnieśli się, ziewając.
˝Tak, jest to kapryśny wyskok losu, który zesłał mieszkańców małej wyspy na Atlantyku do rządzenia państwem Faraonów˝ - rzucił Cecil Brown. - ˝Przeminiemy i my z kolei i nie zostawimy śladu śród tylu plemion, które tu władały, bo Anglo-Sasi nie mają zwyczaju ryć swych czynów po skałach. Śmiało mogę powiedzieć, że skanalizowanie Kairu będzie najtrwalszą po nas pamiątką, o ile za parę tysięcy lat nie spróbują ludzie dowieść, że to było dzieło królów Hyksów. Ale oto towarzystwo z brzegu˝.
Z dołu dobiegał miękki irlandzki akcent pani Belmont i głos jej męża głuchy, jak strzał karabinu. Tłusty ksiądz Stuart z Birminghamu ubijał kwestję piastrów z krzykliwym oślarzem, a inni dorzucali swoje trzy grosze. Poczem gwar umilkł, towarzystwo z pokładu zeszło z drabinki, rozległy się pożegnania, trzaskanie drzwiami i mały stateczek pogrążył się w ciszę, mrok i nieruchomość w cieniu wysokiego brzegu Halfy. A poza tym jedynem punkcikiem cywilizacji i komfortu leżała beskreśna, dzika, wiecznie jednaka pustynia, słomianej barwy, upstrzona czarnemi cieniami pagórków i podobna do widzenia sennego w blasku księżyca.
The Tragedy of the Korosko
CHAPTER I.
The public may possibly wonder why it is that they have never heard in the papers of the fate of the passengers of the Korosko. In these days of universal press agencies, responsive to the slightest stimulus, it may well seem incredible that an international incident of such importance should remain so long unchronicled. Suffice it that there were very valid reasons, both of a personal and of a political nature, for holding it back. The facts were well known to a good number of people at the time, and some version of them did actually appear in a provincial paper, but was generally discredited. They have now been thrown into narrative form, the incidents having been collated from the sworn statements of Colonel Cochrane Cochrane, of the Army and Navy Club, and from the letters of Miss Adams, of Boston, Mass.
These have been supplemented by the evidence of Captain Archer, of the Egyptian Camel Corps, as given before the secret Government inquiry at Cairo. Mr. James Stephens has refused to put his version of the matter into writing, but as these proofs have been submitted to him, and no correction or deletion has been made in them, it may be supposed that he has not succeeded in detecting any grave misstatement of fact, and that any objection which he may have to their publication depends rather upon private and personal scruples.
The Korosko, a turtle-bottomed, round-bowed stern-wheeler, with a 30-inch draught and the lines of a flat-iron, started upon the 13th of February in the year 1895, from Shellal, at the head of the first cataract, bound for Wady Halfa. I have a passenger card for the trip, which I here reproduce:
S.W. ˝KOROSKO,˝ FEBRUARY 13TH.
PASSENGERS.
Colonel Cochrane Cochrane London.
Mr. Cecil Brown London.
John H. Headingly Boston, U.S.A.
Miss Adams Boston, U.S.A.
Miss S. Adams Worcester, Mass., U.S.A.
Mons. Fardet Paris.
Mr. and Mrs. Belmont Dublin.
James Stephens Manchester.
Rev. John Stuart Birmingham.
Mrs. Shlesinger, nurse and child Florence.
This was the party as it started from Shellal, with the intention of travelling up the two hundred miles of Nubian Nile which lie between the first and the second cataract.
It is a singular country, this Nubia. Varying in breadth from a few miles to as many yards (for the name is only applied to the narrow portion which is capable of cultivation), it extends in a thin, green, palm-fringed strip upon either side of the broad coffee-coloured river. Beyond it there stretches on the Libyan bank a savage and illimitable desert, extending to the whole breadth of Africa. On the other side an equally desolate wilderness is bounded only by the distant Red Sea. Between these two huge and barren expanses Nubia writhes like a green sandworm along the course of the river. Here and there it disappears altogether, and the Nile runs between black and sun-cracked hills, with the orange drift-sand lying like glaciers in their valleys. Everywhere one sees traces of vanished races and submerged civilisations. Grotesque graves dot the hills or stand up against the sky-line: pyramidal graves, tumulus graves, rock graves--everywhere, graves. And, occasionally, as the boat rounds a rocky point, one sees a deserted city up above--houses, walls, battlements, with the sun shining through the empty window squares. Sometimes you learn that it has been Roman, sometimes Egyptian, sometimes all record of its name or origin has been absolutely lost. You ask yourself in amazement why any race should build in so uncouth a solitude, and you find it difficult to accept the theory that this has only been of value as a guard-house to the richer country down below, and that these frequent cities have been so many fortresses to hold off the wild and predatory men of the south. But whatever be their explanation, be it a fierce neighbour, or be it a climatic change, there they stand, these grim and silent cities, and up on the hills you can see the graves of their people, like the port-holes of a man-of-war. It is through this weird, dead country that the tourists smoke and gossip and flirt as they pass up to the Egyptian frontier.
The passengers of the Korosko formed a merry party, for most of them had travelled up together from Cairo to Assouan, and even Anglo-Saxon ice thaws rapidly upon the Nile. They were fortunate in being without the single disagreeable person who, in these small boats, is sufficient to mar the enjoyment of the whole party. On a vessel which is little more than a large steam launch, the bore, the cynic, or the grumbler holds the company at his mercy. But the Korosko was free from anything of the kind. Colonel Cochrane Cochrane was one of those officers whom the British Government, acting upon a large system of averages, declares at a certain age to be incapable of further service, and who demonstrate the worth of such a system by spending their declining years in exploring Morocco, or shooting lions in Somaliland. He was a dark, straight, aquiline man, with a courteously deferential manner, but a steady, questioning eye; very neat in his dress and precise in his habits, a gentleman to the tips of his trim finger-nails. In his Anglo-Saxon dislike to effusiveness he had cultivated a self-contained manner which was apt at first acquaintance to be repellent, and he seemed to those who really knew him to be at some pains to conceal the kind heart and human emotions which influenced his actions. It was respect rather than affection which he inspired among his fellow-travellers, for they felt, like all who had ever met him, that he was a man with whom acquaintance was unlikely to ripen into a friendship, though a friendship, when once attained, would be an unchanging and inseparable part of himself. He wore a grizzled military moustache, but his hair was singularly black for a man of his years. He made no allusion in his conversation to the numerous campaigns in which he had distinguished himself, and the reason usually given for his reticence was that they dated back to such early Victorian days that he had to sacrifice his military glory at the shrine of his perennial youth.
Mr. Cecil Brown--to take the names in the chance order in which they appear upon the passenger list--was a young diplomatist from a Continental Embassy, a man slightly tainted with the Oxford manner, and erring upon the side of unnatural and inhuman refinement, but full of interesting talk and cultured thought. He had a sad, handsome face, a small wax-tipped moustache, a low voice and a listless manner, which was relieved by a charming habit of suddenly lighting up into a rapid smile and gleam when anything caught his fancy. An acquired cynicism was eternally crushing and overlying his natural youthful enthusiasms, and he ignored what was obvious while expressing keen appreciation for what seemed to the average man to be either trivial or unhealthy. He chose Walter Pater for his travelling author, and sat all day, reserved but affable, under the awning, with his novel and his sketch-book upon a camp-stool beside him. His personal dignity prevented him from making advances to others, but if they chose to address him they found a courteous and amiable companion.
The Americans formed a group by themselves. John H. Headingly was a New Englander, a graduate of Harvard, who was completing his education by a tour round the world. He stood for the best type of young American--quick, observant, serious, eager for knowledge and fairly free from prejudice, with a fine balance of unsectarian but earnest religious feeling which held him steady amid all the sudden gusts of youth. He had less of the appearance and more of the reality of culture than the young Oxford diplomatist, for he had keener emotions though less exact knowledge. Miss Adams and Miss Sadie Adams were aunt and niece, the former a little, energetic, hard-featured Bostonian old-maid, with a huge surplus of unused love behind her stern and swarthy features. She had never been from home before, and she was now busy upon the self-imposed task of bringing the East up to the standard of Massachusetts. She had hardly landed in Egypt before she realised that the country needed putting to rights, and since the conviction struck her she had been very fully occupied. The saddle-galled donkeys, the starved pariah dogs, the flies round the eyes of the babies, the naked children, the importunate beggars, the ragged, untidy women--they were all challenges to her conscience, and she plunged in bravely at her work of reformation. As she could not speak a word of the language, however, and was unable to make any of the delinquents understand what it was that she wanted, her passage up the Nile left the immemorial East very much as she had found it, but afforded a good deal of sympathetic amusement to her fellow-travellers. No one enjoyed her efforts more than her niece, Sadie, who shared with Mrs. Belmont the distinction of being the most popular person upon the boat. She was very young--fresh from Smith College--and she still possessed many both of the virtues and of the faults of a child. She had the frankness, the trusting confidence, the innocent straightforwardness, the high spirits, and also the loquacity and the want of reverence. But even her faults caused amusement, and if she had preserved many of the characteristics of a clever child, she was none the less a tall and handsome woman, who looked older than her years on account of that low curve of the hair over the ears, and that fullness of bodice and skirt which Mr. Gibson has either initiated or imitated. The whisk of those skirts, and the frank, incisive voice and pleasant, catching laugh were familiar and welcome sounds on board of the Korosko. Even the rigid Colonel softened into geniality, and the Oxford-bred diplomatist forgot to be unnatural with Miss Sadie Adams as a companion.
The other passengers may be dismissed more briefly. Some were interesting, some neutral, and all amiable. Monsieur Fardet was a good-natured but argumentative Frenchman, who held the most decided views as to the deep machinations of Great Britain, and the illegality of her position in Egypt. Mr. Belmont was an iron-grey, sturdy Irishman, famous as an astonishingly good long-range rifle-shot, who had carried off nearly every prize which Wimbledon or Bisley had to offer. With him was his wife, a very charming and refined woman, full of the pleasant playfulness of her country. Mrs. Shlesinger was a middle-aged widow, quiet and soothing, with her thoughts all taken up by her six-year-old child, as a mother's thoughts are likely to be in a boat which has an open rail for a bulwark. The Reverend John Stuart was a Nonconformist minister from Birmingham--either a Presbyterian or a Congregationalist--a man of immense stoutness, slow and torpid in his ways, but blessed with a considerable fund of homely humour, which made him, I am told, a very favourite preacher, and an effective speaker from advanced Radical platforms.
Finally, there was Mr. James Stephens, a Manchester solicitor (junior partner of Hickson, Ward, and Stephens), who was travelling to shake off the effects of an attack of influenza. Stephens was a man who, in the course of thirty years, had worked himself up from cleaning the firm's windows to managing its business. For most of that long time he had been absolutely immersed in dry, technical work, living with the one idea of satisfying old clients and attracting new ones, until his mind and soul had become as formal and precise as the laws which he expounded. A fine and sensitive nature was in danger of being as warped as a busy city man's is liable to become. His work had become an engrained habit, and, being a bachelor, he had hardly an interest in life to draw him away from it, so that his soul was being gradually bricked up like the body of a mediaeval nun. But at last there came this kindly illness, and Nature hustled James Stephens out of his groove, and sent him into the broad world far away from roaring Manchester and his shelves full of calf-skin authorities. At first he resented it deeply. Everything seemed trivial to him compared to his own petty routine. But gradually his eyes were opened, and he began dimly to see that it was his work which was trivial when compared to this wonderful, varied, inexplicable world of which he was so ignorant. Vaguely he realised that the interruption to his career might be more important than the career itself. All sorts of new interests took possession of him; and the middle-aged lawyer developed an after-glow of that youth which had been wasted among his books. His character was too formed to admit of his being anything but dry and precise in his ways, and a trifle pedantic in his mode of speech; but he read and thought and observed, scoring his ˝Baedeker˝ with underlinings and annotations as he had once done his ˝Prideaux's Commentaries.˝ He had travelled up from Cairo with the party, and had contracted a friendship with Miss Adams and her niece. The young American girl, with her chatter, her audacity, and her constant flow of high spirits, amused and interested him, and she in turn felt a mixture of respect and of pity for his knowledge and his limitations. So they became good friends, and people smiled to see his clouded face and her sunny one bending over the same guide-book.
The little Korosko puffed and spluttered her way up the river, kicking up the white water behind her, and making more noise and fuss over her five knots an hour than an Atlantic liner on a record voyage. On deck, under the thick awning, sat her little family of passengers, and every few hours she eased down and sidled up to the bank to allow them to visit one more of that innumerable succession of temples. The remains, however, grow more modern as one ascends from Cairo, and travellers who have sated themselves at Gizeh and Sakara with the contemplation of the very oldest buildings which the hands of man have constructed, become impatient of temples which are hardly older than the Christian era. Ruins which would be gazed upon with wonder and veneration in any other country are hardly noticed in Egypt. The tourists viewed with languid interest the half-Greek art of the Nubian bas-reliefs; they climbed the hill of Korosko to see the sun rise over the savage Eastern desert; they were moved to wonder by the great shrine of Abou-Simbel, where some old race has hollowed out a mountain as if it were a cheese; and, finally, upon the evening of the fourth day of their travels they arrived at Wady Halfa, the frontier garrison town, some few hours after they were due, on account of a small mishap in the engine-room. The next morning was to be devoted to an expedition to the famous rock of Abousir, from which a great view may be obtained of the second cataract. At eight-thirty, as the passengers sat on deck after dinner, Mansoor, the dragoman, half Copt, half Syrian, came forward, according to the nightly custom, to announce the programme for the morrow.
˝Ladies and gentlemen,˝ said he, plunging boldly into the rapid but broken stream of his English, ˝to-morrow you will remember not to forget to rise when the gong strikes you for to compress the journey before twelve o'clock. Having arrived at the place where the donkeys expect us, we shall ride five miles over the desert, passing a temple of Ammon-ra, which dates itself from the eighteenth dynasty, upon the way, and so reach the celebrated pulpit rock of Abousir. The pulpit rock is supposed to have been called so, because it is a rock like a pulpit. When you have reached it you will know that you are on the very edge of civilisation, and that very little more will take you into the country of the Dervishes, which will be obvious to you at the top. Having passed the summit, you will perceive the full extremity of the second cataract, embracing wild natural beauties of the most dreadful variety. Here all very famous people carve their names--and so you will carve your names also.˝ Mansoor waited expectantly for a titter, and bowed to it when it arrived. ˝You will then return to Wady Halfa, and there remain two hours to suspect the Camel Corps, including the grooming of the beasts, and the bazaar before returning, so I wish you a very happy good-night.˝
There was a gleam of his white teeth in the lamplight, and then his long, dark petticoats, his short English cover-coat, and his red tarboosh vanished successively down the ladder. The low buzz of conversation which had been suspended by his coming broke out anew.
˝I'm relying on you, Mr. Stephens, to tell me all about Abousir,˝ said Miss Sadie Adams. ˝I do like to know what I am looking at right there at the time, and not six hours afterwards in my state-room. I haven't got Abou-Simbel and the wall pictures straight in my mind yet, though I saw them yesterday.˝
˝I never hope to keep up with it,˝ said her aunt. ˝When I am safe back in Commonwealth Avenue, and there's no dragoman to hustle me around, I'll have time to read about it all, and then I expect I shall begin to enthuse, and want to come right back again. But it's just too good of you, Mr. Stephens, to try and keep us informed.˝
˝I thought that you might wish precise information, and so I prepared a small digest of the matter,˝ said Stephens, handing a slip of paper to Miss Sadie. She looked at it in the light of the deck lamp, and broke into her low, hearty laugh.
˝Re Abousir,˝ she read; ˝now, what do you mean by 're,' Mr. Stephens? You put 're Rameses the Second' on the last paper you gave me.˝
˝It is a habit I have acquired, Miss Sadie,˝ said Stephens; ˝it is the custom in the legal profession when they make a memo.˝
˝Make what, Mr. Stephens?˝
˝A memo--a memorandum, you know. We put re so-and-so to show what it is about.˝
˝I suppose it's a good short way,˝ said Miss Sadie, ˝but it feels queer somehow when applied to scenery or to dead Egyptian kings. 'Re Cheops'--doesn't that strike you as funny?˝
˝No, I can't say that it does,˝ said Stephens.
˝I wonder if it is true that the English have less humour than the Americans, or whether it's just another kind of humour,˝ said the girl. She had a quiet, abstracted way of talking as if she were thinking aloud. ˝I used to imagine they had less, and yet, when you come to think of it, Dickens and Thackeray and Barrie, and so many other of the humourists we admire most are Britishers. Besides, I never in all my days heard people laugh so hard as in that London theatre. There was a man behind us, and every time he laughed Auntie looked round to see if a door had opened, he made such a draught. But you have some funny expressions, Mr. Stephens!˝
˝What else strikes you as funny, Miss Sadie?˝
˝Well, when you sent me the temple ticket and the little map, you began your letter, 'Enclosed, please find,' and then at the bottom, in brackets, you had '2 enclo.'˝
˝That is the usual form in business.˝
˝Yes, in business,˝ said Sadie demurely, and there was a silence.
˝There's one thing I wish,˝ remarked Miss Adams, in the hard, metallic voice with which she disguised her softness of heart, ˝and that is, that I could see the Legislature of this country and lay a few cold-drawn facts in front of them. I'd make a platform of my own, Mr. Stephens, and run a party on my ticket. A Bill for the compulsory use of eyewash would be one of my planks, and another would be for the abolition of those Yashmak veil things which turn a woman into a bale of cotton goods with a pair of eyes looking out of it.˝
˝I never could think why they wore them,˝ said Sadie; ˝until one day I saw one with her veil lifted. Then I knew.˝
˝They make me tired, those women,˝ cried Miss Adams wrathfully. ˝One might as well try to preach duty and decency and cleanliness to a line of bolsters. Why, good land, it was only yesterday at Abou-Simbel, Mr. Stephens, I was passing one of their houses--if you can call a mud-pie like that a house--and I saw two of the children at the door with the usual crust of flies round their eyes, and great holes in their poor little blue gowns! So I got off my donkey, and I turned up my sleeves, and I washed their faces well with my handkerchief, and sewed up the rents--for in this country I would as soon think of going ashore without my needle-case as without my white umbrella, Mr. Stephens. Then as I warmed on the job I got into the room--such a room!--and I packed the folks out of it, and I fairly did the chores as if I had been the hired help. I've seen no more of that temple of Abou-Simbel than if I had never left Boston; but, my sakes, I saw more dust and mess than you would think they could crowd into a house the size of a Newport bathing-hut. From the time I pinned up my skirt until I came out with my face the colour of that smoke-stack, wasn't more than an hour, or maybe an hour and a half, but I had that house as clean and fresh as a new pine-wood box. I had a New York Herald with me, and I lined their shelf with paper for them. Well, Mr. Stephens, when I had done washing my hands outside, I came past the door again, and there were those two children sitting on the stoop with their eyes full of flies, and all just the same as ever, except that each had a little paper cap made out of the New York Herald upon his head. But, say, Sadie, it's going on to ten o'clock, and to-morrow an early excursion.˝
˝It's just too beautiful, this purple sky and the great silver stars,˝ said Sadie. ˝Look at the silent desert and the black shadows of the hills. It's grand, but it's terrible too; and then when you think that we really are, as that dragoman said just now, on the very end of civilisation, and with nothing but savagery and bloodshed down there where the Southern Cross is twinkling so prettily, why, it's like standing on the beautiful edge of a live volcano.˝
˝Shucks, Sadie, don't talk like that, child,˝ said the older woman nervously. ˝It's enough to scare any one to listen to you.˝
˝Well, but don't you feel it yourself, Auntie? Look at that great desert stretching away and away until it is lost in the shadows. Hear the sad whisper of the wind across it! It's just the most solemn thing that ever I saw in my life.˝
˝I'm glad we've found something that will make you solemn, my dear,˝ said her Aunt. ˝I've sometimes thought--Sakes alive, what's that?˝
From somewhere amongst the hill shadows upon the other side of the river there had risen a high shrill whimpering, rising and swelling, to end in a long weary wail.
˝It's only a jackal, Miss Adams,˝ said Stephens. ˝I heard one when we went out to see the Sphinx by moonlight.˝
But the American lady had risen, and her face showed that her nerves had been ruffled.
˝If I had my time over again I wouldn't have come past Assouan,˝ said she. ˝I can't think what possessed me to bring you all the way up here, Sadie. Your mother will think that I am clean crazy, and I'd never dare to look her in the eye if anything went wrong with us. I've seen all I want to see of this river, and all I ask now is to be back at Cairo again.˝
˝Why, Auntie,˝ cried the girl, ˝it isn't like you to be faint-hearted.˝
˝Well, I don't know how it is, Sadie, but I feel a bit unstrung, and that beast caterwauling over yonder was just more than I could put up with. There's one consolation, we are scheduled to be on our way home to-morrow, after we've seen this one rock or temple, or whatever it is. I'm full up of rocks and temples, Mr. Stephens. I shouldn't mope if I never saw another. Come, Sadie! Good-night!˝
˝Good-night! Good-night, Miss Adams!˝
And the two ladies passed down to their cabins.
Monsieur Fardet was chatting, in a subdued voice, with Headingly, the young Harvard graduate, bending forward confidentially between the whiffs of his cigarette.
˝Dervishes, Mister Headingly!˝ said he, speaking excellent English, but separating his syllables as d Frenchman will. ˝There are no Dervishes. They do not exist.˝
˝Why, I thought the woods were full of them,˝ said the American.
Monsieur Fardet glanced across to where the red core of Colonel Cochrane's cigar was glowing through the darkness.
˝You are an American, and you do not like the English,˝ he whispered. ˝It is perfectly comprehended upon the Continent that the Americans are opposed to the English.˝
˝Well,˝ said Headingly, with his slow, deliberate manner, ˝I won't say that we have not our tiffs, and there are some of our people--mostly of Irish stock--who are always mad with England; but the most of us have a kindly thought for the mother country. You see they may be aggravating folk sometimes, but after all they are our own folk, and we can't wipe that off the slate.˝
˝Eh bien!˝ said the Frenchman. ˝At least I can say to you what I could not without offence say to these others. And I repeat that there are no Dervishes. They were an invention of Lord Cromer in the year 1885.˝
˝You don't say!˝ cried Headingly.
˝It is well known in Paris, and has been exposed in La Patrie and other of our so well-informed papers.˝
˝Hut this is colossal,˝ said Headingly. ˝Do you mean to tell me, Monsieur Fardet, that the siege of Khartoum and the death of Gordon and the rest of it was just one great bluff?˝
˝I will not deny that there was an emeute, but it was local, you understand, and now long forgotten. Since then there has been profound peace in the Soudan.˝
˝But I have heard of raids, Monsieur Fardet, and I've read of battles, too, when the Arabs tried to invade Egypt. It was only Two days ago that we passed Toski, where the dragoman said there had been a fight. Is that all bluff also?˝
˝Pah, my friend, you do not know the English. You look at them as you see them with their pipes and their contented faces, and you say, 'Now, these are good, simple folk, who will never hurt any one.' But all the time they are thinking and watching and planning. 'Here is Egypt weak,' they cry. 'Allons!' and down they swoop like a gull upon a crust. 'You have no right there,' says the world. 'Come out of it!' But England has already begun to tidy everything, just like the good Miss Adams when she forces her way into the house of an Arab. 'Come out,' says the world. 'Certainly,' says England; 'just wait one little minute until I have made everything nice and proper.' So the world waits for a year or so, and then it says once again, 'Come out.' 'Just wait a little,' says England; 'there is trouble at Khartoum, and when I have set that all right I shall be very glad to come out.' So they wait until it is all over, and then again they say, 'Come out.' 'How can I come out,' says England, 'when there are still raids and battles going on? If we were to leave, Egypt would be run over.' 'But there are no raids,' says the world. 'Oh, are there not?' says England, and then within a week sure enough the papers are full of some new raid of Dervishes. We are not all blind, Mister Headingly. We understand very well how such things can be done. A few Bedouins, a little backsheesh, some blank cartridges, and, behold--a raid!˝
˝Well, well,˝ said the American, ˝I'm glad to know the rights of this business, for it has often puzzled me. But what does England get out of it?˝
˝She gets the country, monsieur.˝
˝I see. You mean, for example, that there is a favourable tariff for British goods?˝
˝No, monsieur; it is the same for all.˝
˝Well, then, she gives the contracts to Britishers?˝
˝Precisely, monsieur.˝
˝For example, the railroad that they are building right through the country, the one that runs alongside the river, that would be a valuable contract for the British?˝
Monsieur Fardet was an honest man, if an imaginative one.
˝It is a French company, monsieur, which holds the railway contract,˝ said he.
The American was puzzled.
˝They don't seem to get much for their trouble,˝ said he. ˝Still, of course, there must be some indirect pull somewhere. For example, Egypt no doubt has to pay and keep all those red-coats in Cairo.˝
˝Egypt, monsieur! No, they are paid by England.˝
˝Well, I suppose they know their own business best, but they seem to me to take a great deal of trouble, and to get mighty little in exchange. If they don't mind keeping order and guarding the frontier, with a constant war against the Dervishes on their hands, I don't know why any one should object. I suppose no one denies that the prosperity of the country has increased enormously since they came. The revenue returns show that. They tell me also that the poorer folks have justice, which they never had before.˝
˝What are they doing here at all?˝ cried the Frenchman angrily. ˝Let them go back to their island. We cannot have them all over the world.˝
˝Well, certainly, to us Americans, who live all in our own land, it does seem strange how you European nations are for ever slopping over into some other country which was not meant for you. It's easy for us to talk, of course, for we have still got room and to spare for all our people. When we begin pushing each other over the edge we shall have to start annexing also. But at present just here in North Africa there is Italy in Abyssinia, and England in Egypt, and France in Algiers--˝
˝France!˝ cried Monsieur Fardet. ˝Algiers belongs to France. You laugh, monsieur. I have the honour to wish you a very good-night.˝ He rose from his seat, and walked off, rigid with outraged patriotism, to his cabin.