ROZDZIAŁ 1
W uniwersyteckim
Pokoju Niespodzianek
Na słynnym Uniwersytecie Medycznym
w Paryżu, noszącym imię Kartezjusza, studenci tłoczą się przed
imponującym, ozdobionym kolumnami wejściem, odpalając papierosa
od papierosa. Na każdej paczce papierosów widnieje ostrzeżenie
napisane po francusku wielkimi literami: PALENIE ZABIJA. Kłopoty,
jakie pojawiają się wtedy, gdy ludzie nie potrafią zrezygnować
z natychmiastowej gratyfikacji, aby uzyskać odroczone korzyści,
są powszechnie znane. Widzimy je u naszych dzieci i u siebie
samych. Jesteśmy świadkami porażki ludzkiej woli za każdym razem,
gdy solenne postanowienia noworoczne - decyzja, że rzucimy palenie,
będziemy regularnie chodzić na siłownię albo przestaniemy się
kłócić z najbliższą osobą - rozwiewają się bez śladu jeszcze
przed końcem stycznia. Kiedyś miałem przyjemność uczestniczyć
w seminarium poświęconym samokontroli, prowadzonym przez Thomasa
Schellinga, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Oto jak
podsumował on dylematy wynikające ze słabości woli:
Jak możemy wyjaśnić zachowanie owego
racjonalnego konsumenta, jakiego wszyscy znamy i jakim, być może,
sami jesteśmy - człowieka, który z niesmakiem do samego siebie
wyrzuca ostatnią paczkę papierosów, przysięgając, że tym razem
naprawdę postanawia nigdy więcej nie ryzykować zachorowania na raka
płuc i narażać swoich dzieci na osierocenie, ale zaledwie trzy godziny
później przemierza ulice w poszukiwaniu nocnego sklepu, w którym
mógłby kupić papierosy; kogoś, kto pochłania wysokokaloryczny
obiad, wiedząc, że będzie tego żałować, później rzeczywiście
tego żałuje, nie rozumie, jak mógł stracić nad sobą kontrolę,
i postanawia zjeść dietetyczną kolację, wieczorem jednak znowu
objada się tuczącymi łakociami, wiedząc, że będzie tego żałować,
i rzeczywiście tego żałuje; człowieka, który do późnej nocy tkwi
przed telewizorem, wiedząc, że następnego ranka znowu obudzi się
zlany zimnym potem, zupełnie nieprzygotowany do porannego spotkania,
od którego zależy jego dalsza kariera; mężczyzny, który psuje
rodzinną wycieczkę do Disneylandu, tracąc nad sobą panowanie,
kiedy jego dzieci robią to, czego się spodziewał, choć wcześniej
obiecywał sobie, że zachowa spokój, gdy dzieci będą się zachowywać
w taki sposób?
Bez względu na dyskusje na temat natury
oraz istnienia siły woli ludzie wykazują się nią w działaniu,
kiedy z ogromnym wysiłkiem wspinają się na Mount Everest, znoszą
długie lata wyrzeczeń i morderczych treningów, żeby reprezentować
swój kraj na igrzyskach olimpijskich lub zostać gwiazdą baletu, albo
zrywają z wieloletnim nałogiem narkotykowym. Niektórzy przestrzegają
restrykcyjnej diety albo rzucają palenie po wielu latach odpalania
papierosa od papierosa. Innym to się nie udaje, mimo że mają równie
dobre intencje. Wreszcie, kiedy przyglądamy się uważnie samym sobie,
jak możemy wytłumaczyć, w jakich okolicznościach i dlaczego wysiłki
naszej woli i próby panowania nad sobą kończą się powodzeniem
lub porażką?
Zanim zacząłem wykładać
psychologię na Uniwersytecie Stanforda (w 1962 roku), badałem
procesy podejmowania decyzji w Trynidadzie i Tobago oraz na
Harvardzie. Prosiłem dzieci o dokonanie wyboru pomiędzy mniejszą
porcją słodyczy od razu a większą później lub między mniejszą
kwotą pieniędzy od razu a większą później (badania te omówię
w rozdziale szóstym). Nasza początkowa decyzja, żeby zaczekać na
większą nagrodę, i nasza zdolność do wytrwania w tej decyzji
w obliczu nieodpartych pokus to jednak dwie różne sprawy. Wchodząc
do restauracji, mogę stanowczo postanowić: "Dzisiaj nie zjem
deseru! Nie zrobię tego, ponieważ chcę uniknąć cholesterolu,
dodatkowych centymetrów w talii i kiepskich wyników kolejnego badania
krwi". Później jednak obok mojego stolika przejeżdża wózek
z ciastkami albo tuż przede mną pojawia się kelner z apetycznym
musem czekoladowym na tacy. Zanim zdążę o tym pomyśleć, smakołyk
ląduje w moich ustach. Ponieważ coś podobnego przytrafiało mi się
nader często, zacząłem się zastanawiać, co pozwoliłoby mi wytrwać
w szlachetnych postanowieniach, które notorycznie zarzucałem. Test
Marshmallow stał się narzędziem służącym do badania drogi wiodącej
od powzięcia decyzji o odroczeniu gratyfikacji do zdolności wytrwania
w tym postanowieniu i oparcia się pokusie.
Opracowanie testu Marshmallow
Od ery starożytnej, poprzez oświecenie
i czasy Freuda, aż po dzień dzisiejszy małym dzieciom przypisywano
impulsywność, bezradność, niezdolność do odraczania gratyfikacji
i dążenie do natychmiastowego zaspokajania potrzeb. Podzielając te
naiwne przekonania, ze zdumieniem obserwowałem, jak każda z moich
trzech córek (które urodziły się w niewielkich odstępach czasu) -
Judith, Rebecca i Linda - zmieniała się w ciągu kilku pierwszych
lat życia. Dziewczynki, które początkowo przez większość czasu
tylko gaworzyły albo krzyczały wniebogłosy, szybko nauczyły się
dokuczać sobie nawzajem i wprawiać w zachwyt swoich rodziców,
a później stały się osobami, z którymi można było prowadzić
fascynujące, głębokie rozmowy. W ciągu zaledwie kilku lat nauczyły
się siedzieć w miarę spokojnie i czekać na coś, czego pragnęły,
a ja próbowałem zrozumieć to, co rozgrywało się na moich oczach
przy kuchennym stole. Zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia, co
takiego dzieje się w ich głowach, co pozwala im panować nad sobą
(przynajmniej czasami) i odraczać gratyfikację w obliczu pokus,
nawet wtedy, gdy nikt ich nie pilnował.
Pragnąłem zrozumieć zjawisko
siły woli, a w szczególności odraczania gratyfikacji dla osiągnięcia
przyszłych korzyści, to, w jaki sposób ludzie doświadczają tego
zjawiska i jak udaje im się panować nad sobą (lub nie) w życiu
codziennym. Aby wyjść poza czyste spekulacje, potrzebowaliśmy
metody badania tej zdolności u dzieci w czasie, gdy zaczyna się
ona kształtować. Widziałem, jak umiejętność ta rozwija się
u moich trzech córek, kiedy chodziły one do przedszkola Bing Nursery
School na Uniwersytecie Stanforda. Było to doskonałe laboratorium
- nowo wybudowane na terenie kampusu uniwersyteckiego jako placówka
badawczo-edukacyjna, wyposażone w duże lustra weneckie pozwalające
obserwować dzieci w atrakcyjnych salach zabaw oraz w niewielkie
pomieszczenia badawcze, w których można było dyskretnie przyglądać
się zachowaniu dzieci, siedząc w specjalnych kabinach. Jedno z takich
pomieszczeń wykorzystaliśmy w naszych badaniach. Powiedzieliśmy
dzieciom, że jest to Pokój Niespodzianek. Właśnie tam zapraszaliśmy
je do uczestnictwa w zabawach, które stały się istotą naszych
eksperymentów.
Wraz z moimi doktorantami,
Ebbe'em Ebbesenem, Bertem Moore'em i Antonette Zeiss, a także
z wieloma innymi studentami spędziłem w tym pokoju długie miesiące
wypełnione dobrą zabawą, ale i frustracją, projektując, testując
i dopracowując procedurę badawczą. Na przykład, czy powiedzenie
przedszkolakom, jak długie będzie odroczenie gratyfikacji - czy potrwa
pięć, czy piętnaście minut - będzie wpływać na to, jak długo
będą w stanie czekać? Odkryliśmy, że nie ma to znaczenia, ponieważ
dzieci były za małe, aby zrozumieć takie różnice czasowe. Czy ważna
będzie względna wielkość nagrody? Okazało się, że tak. Jakich
nagród powinniśmy użyć? Musieliśmy wytworzyć silny konflikt
pomiędzy emocjonalnie gorącą pokusą - czymś, co dziecko pragnęło
dostać natychmiast - a pokusą dwukrotnie większą, która wymagała
odroczenia gratyfikacji co najmniej o kilka minut. Pokusa musiała być
wystarczająco atrakcyjna i silna dla małych chłopców i dziewczynek,
odpowiednio dobrana, a przy tym łatwa do zmierzenia.
Pięćdziesiąt lat temu
większość dzieci zapewne uwielbiała pianki Marshmallow tak samo jak
dzisiaj, ale - przynajmniej w wypadku przedszkolaków ze Stanford Bing
Nursery School - rodzice często zabraniali im ulubionego przysmaku,
jeśli pod ręką nie było akurat szczoteczki do zębów. Ponieważ
nie wszystkie dzieci lubią to samo, pokazywaliśmy im różne łakocie,
spośród których mogły wybrać swoje ulubione. Niezależnie od tego,
który smakołyk wskazały, dawaliśmy im wybór: mogły dostać jedną
sztukę od razu albo dwie, jeśli zaczekały na powrót badacza. Nasza
frustracja związana ze żmudnym dopracowywaniem szczegółów badania
gwałtownie wzrosła, kiedy komisja federalna odrzuciła nasz pierwszy
wniosek grantowy, sugerując, że powinniśmy się zwrócić do firmy
produkującej słodycze. Podejrzewaliśmy, że może to być dobra
rada.
Wcześniejsze badania, które
prowadziłem na Karaibach, wykazały istotne znaczenie zaufania jako
czynnika wpływającego na gotowość do odroczenia gratyfikacji. Aby
mieć pewność, że dzieci ufają osobie, która składa im obietnicę,
przed rozpoczęciem eksperymentu badacz bawił się z każdym z nich
tak długo, aż poczuło się swobodnie. Następnie prosił dziecko,
żeby usiadło przy stoliku, na którym znajdował się dzwonek (taki,
jaki widuje się w barach czy recepcjach hotelowych). Aby zwiększyć
zaufanie dziecka, badacz kilka razy wychodził z pokoju, a kiedy
dziecko zadzwoniło dzwonkiem - natychmiast wracał, wołając:
"Widzisz? Zadzwoniłeś i jestem!" Kiedy dziecko już wiedziało,
że badacz niezwłocznie wróci na każde jego wezwanie, rozpoczynał
się test samokontroli, zapowiedziany jako kolejna zabawa.
Chociaż zadbaliśmy o to,
aby metoda badawcza była bardzo prosta, nadaliśmy jej niezwykle
skomplikowaną nazwę naukową: "Paradygmat dobrowolnego odroczenia
natychmiastowej gratyfikacji na rzecz odroczonych w czasie,
lecz cenionych nagród w wieku przedszkolnym". Na szczęście
kilkadziesiąt lat później, kiedy dziennikarz David Brooks odkrył
nasze badania i opisał je w dzienniku "New York Times", w artykule
zatytułowanym Marshmallows and Public Policy (Pianki
Marshmallow a polityka publiczna), media określiły naszą metodę
mianem testu Marshmallow. Nazwa ta szybko się przyjęła, mimo że
w swoich badaniach często używaliśmy innych łakoci niż pianki
Marshmallow.
Kiedy projektowaliśmy ten
eksperyment w latach sześćdziesiątych XX wieku, nie filmowaliśmy
badanych dzieci. Dwadzieścia lat później moja była doktorantka, Monica
L. Rodriguez, postanowiła zarejestrować test Marshmallow i rozmaite
strategie, po jakie sięgają dzieci, próbując się doczekać podwójnej
porcji smakołyków. W tym celu sfilmowała pięcio- i sześcioletnie
dzieci ze szkoły publicznej w Chile przy użyciu ukrytej kamery. Monica
zastosowała taką samą procedurę badawczą jak ta, którą
wykorzystywaliśmy w pierwszych eksperymentach. Pierwsza pojawiła się
"Inez" - śliczna pierwszoklasistka o poważnym wyrazie twarzy
i figlarnym błysku w oku. Monica posadziła dziewczynkę przy stoliku
w ascetycznie urządzonym szkolnym laboratorium badawczym. Inez wybrała
ciasteczka Oreo jako swoje ulubione łakocie. Na stole znajdowały się
dzwonek i plastikowa taca wielkości talerza obiadowego. W jednym
rogu tacy leżały dwa ciasteczka, a w drugim - jedno. Zarówno
natychmiastową, jak i odroczoną nagrodę pozostawiono w zasięgu
wzroku dzieci, aby wzmocnić ich wiarę w to, że naprawdę dostaną
przysmak, jeśli nań zaczekają, a także po to, by wzmóc ich konflikt
wewnętrzny. Na stole nie znajdowało nic poza tym, a w pokoju nie
było żadnych zabawek ani innych interesujących przedmiotów, które
mogłyby odwrócić uwagę dzieci podczas oczekiwania na nagrodę.
Kiedy dano jej wybór, Inez
bardzo chciała dostać dwa ciasteczka, a nie tylko jedno. Wiedziała,
że Monica musi wyjść z pokoju, żeby trochę popracować. Rozumiała
też, że w każdej chwili może ją przywołać przy użyciu
dzwonka. Monica pozwoliła dziewczynce kilka razy wypróbować dzwonek,
żeby jej pokazać, iż na jego dźwięk za każdym razem wróci do
pokoju. Następnie badaczka wyjaśniła Inez warunki otrzymania mniejszej
lub większej nagrody. Jeśli dziewczynka zaczeka, aż Monica sama wróci
do pokoju, to dostanie dwa ciasteczka. Gdyby nie chciała czekać,
może w każdej chwili zadzwonić. Jeżeli jednak użyje dzwonka,
zacznie jeść ciasteczko albo zejdzie z krzesła, to dostanie tylko
jeden smakołyk. Aby się upewnić, że Inez w pełni zrozumiała
instrukcję, Monica poprosiła dziewczynkę o jej powtórzenie.
Po wyjściu badaczki dziewczynka
przez kilka bolesnych chwil przeżywała prawdziwe katusze. Na
jej twarzy malował się coraz większy smutek, a cała postać
wyrażała narastający dyskomfort, aż w końcu wydawało się, że
dziewczynka lada moment wybuchnie płaczem. Zerknęła na smakołyki,
a potem wpatrywała się w nie przez kilkanaście sekund w głębokim
zamyśleniu. W pewnej chwili gwałtownie wyciągnęła rękę w stronę
dzwonka, ale kiedy jej dłoń znalazła się tuż obok niego, raptownie
się zatrzymała. Jej palec wskazujący ostrożnie, z wahaniem krążył
nad przyciskiem dzwonka, kilkakrotnie zbliżając się doń i niemal go
dotykając, jak gdyby dziewczynka droczyła się sama ze sobą. Później
jednak Inez odwróciła się od tacy i dzwonka i zaczęła się śmiać,
tak jakby zrobiła coś bardzo zabawnego. Wepchnęła piąstkę do buzi,
żeby nie roześmiać się na cały głos, a na jej twarzy pojawił się
promienny, pełen samozadowolenia uśmiech. Wśród osób oglądających
ten film nie było nikogo, kto nie wydawałby okrzyków zdumienia i nie
śmiałby się razem z Inez w pełnym empatii zachwycie. Kiedy Inez
przestała chichotać, powtórzyła zabawę z dzwonkiem, tym razem
jednak na przemian uciszała samą siebie, przykładając do ust palec
wskazujący, i wyciągała przed siebie otwartą dłoń na wysokości
swoich zaciśniętych warg, od czasu do czasu szepcząc: "Nie, nie",
jak gdyby próbowała się powstrzymać przed tym, na co miała wielką
ochotę. Po dwudziestu minutach Monica wróciła do pokoju. Zamiast jednak
od razu zjeść swoją nagrodę, Inez wymaszerowała triumfalnie z dwoma
ciasteczkami w torebce. Chciała zabrać je do domu i pokazać swojej
mamie, jaka była dzielna.
"Enrico" - duży jak na
swój wiek, ubrany w kolorowy podkoszulek, z ładną twarzą i równo
przyciętą blond fryzurą - czekał cierpliwie. Odchylił się
z krzesłem pod ścianę i uderzał w nią raz za razem, wpatrując
się w sufit ze znudzonym, zrezygnowanym wyrazem twarzy. Oddychał
głęboko, najwyraźniej czerpiąc przyjemność z donośnych,
głuchych dźwięków rozlegających się przy każdym uderzeniu
krzesłem w ścianę. Hałasował tak do czasu, gdy wróciła Monica,
a on dostał swoje dwa ciasteczka.
"Blanca" znalazła sobie
inne zajęcie - bezgłośnie odgrywała rozmowę przypominającą
monolog z filmu Charliego Chaplina, podczas której wydawała się
udzielać sobie wskazówek na temat tego, co robić, a czego unikać
w oczekiwaniu na łakocie. Odegrała nawet wąchanie wyimaginowanych
słodyczy, przyciskając do nosa pustą dłoń.
"Javier" - chłopiec
o inteligentnej twarzy oraz intensywnym, przenikliwym spojrzeniu
- spędził cały czas oczekiwania bez reszty pochłonięty czymś,
co przypominało starannie zaplanowany eksperyment naukowy. Z wyrazem
skupienia na twarzy wydawał się sprawdzać, jak wolno zdoła unieść
i przestawić dzwonek, tak aby nie wydał żadnego dźwięku. Unosił
go wysoko nad głową, a następnie przenosił jak najdalej od siebie,
przyglądając mu się uważnie spod przymrużonych powiek. Przeciągał
tę czynność w nieskończoność, dokładając starań, aby była
jak najdłuższa i najbardziej powolna. Był to wspaniały pokaz
wyobraźni i kontroli psychoruchowej zaprezentowany przez dobrze się
zapowiadającego naukowca.
Monica powtórzyła
tę samą instrukcję chłopcu o imieniu "Roberto" -
eleganckiemu sześciolatkowi ze starannie przyczesanymi włosami,
ubranemu w beżową szkolną marynarkę, białą koszulę i czarny
krawat. Zaraz po jej wyjściu chłopiec zerknął na drzwi, żeby się
upewnić, że są dobrze zamknięte. Następnie omiótł spojrzeniem
tacę z ciasteczkami, oblizał wargi i chwycił najbliżej leżący
smakołyk. Ostrożnie rozchylił dwie warstwy ciastka, odsłaniając
białe, kremowe nadzienie, a później z pochyloną głową zaczął
skrupulatnie wylizywać słodką masę, przerywając tylko na sekundę,
żeby z pełnym aprobaty uśmiechem ocenić wynik swojej pracy. Kiedy
już wylizał środek ciastka do czysta, zręcznie złożył jego
zewnętrzne warstwy w całość (z jeszcze wyraźniej widocznym
zachwytem) i ostrożnie odłożył pozbawiony nadzienia smakołyk na
tacy. Następnie z największym pośpiechem uczynił to samo z dwoma
pozostałymi ciasteczkami. Pożarłszy nadzienie, Roberto starannie
ułożył ciastka na tacy, dbając o zachowanie ich pierwotnego układu,
a później bacznie się rozejrzał, zerkając na drzwi, aby się
upewnić, że wszystko jest w porządku. Niczym aktor teatralny, powoli
przechylił głowę, opierając brodę i policzek na otwartej dłoni,
podczas gdy jego łokieć spoczywał na blacie stołu. Nadał swojej
twarzy wyraz czystej niewinności, a jego duże, ufne oczy wpatrywały
się wyczekująco w drzwi z niewinnym dziecięcym zaciekawieniem.
"Występ" Roberta
niezmiennie wzbudza wśród odbiorców największy aplauz, wywołując
najgłośniejsze śmiechy i wiwaty. Jeden z widzów, szanowany
rektor jednego z najlepszych amerykańskich prywatnych uniwersytetów,
wykrzyknął z uznaniem: "Dam mu stypendium, kiedy będzie gotowy
rozpocząć studia!" Myślę, że wcale nie żartował.
Prognoza na przyszłość?
Test Marshmallow w zamyśle wcale nie
miał być testem. Tak naprawdę zawsze miałem poważne wątpliwości co
do większości testów psychologicznych, które próbują przewidywać
ważne zachowania w prawdziwym życiu. Często zwracałem uwagę na
ograniczenia wielu popularnych testów osobowości i postanowiłem,
że sam nigdy nie stworzę takiego narzędzia. Moi studenci i ja
opracowaliśmy tę procedurę nie jako narzędzie służące do oceniania
tego, jak dobrze radzą sobie dzieci, ale po to, by znaleźć odpowiedź
na pytanie, co pozwala im odraczać gratyfikację, jeśli i kiedy tego
chcą. Nie miałem żadnego powodu, aby przypuszczać, że to, jak długo
przedszkolak czekał na pianki Marshmallow czy ulubione ciasteczka,
mogło być źródłem wartościowej wiedzy na temat jego dalszego
życia, zwłaszcza że wcześniejsze próby przewidywania przyszłości na
podstawie wyników testów psychologicznych przeprowadzonych we wczesnym
dzieciństwie zakończyły się spektakularną porażką.
Kilka lat po przeprowadzeniu
naszych eksperymentów zacząłem jednak podejrzewać, że istnieje
pewien związek między zachowaniem dzieci w naszych badaniach a tym,
jak sobie radziły w późniejszym życiu. Wszystkie moje córki
uczęszczały do przedszkola i szkoły Bing, a ja przez kolejne lata
od czasu do czasu zadawałem im pytanie, co słychać u ich kolegów
i koleżanek z przedszkola. Nie było to, rzecz jasna, systematyczne
gromadzenie danych, lecz raczej temat niezobowiązujących rozmów przy
stole: "Co słychać u Debbie?", "Jak się wiedzie Samowi?"
Kiedy dziewczynki miały jedenaście czy dwanaście lat, zacząłem je
prosić, żeby w skali od zera do pięciu oceniły swoich kolegów
pod względem tego, jak dobrze sobie radzą w życiu towarzyskim
i w szkole. Właśnie wtedy zauważyłem związek pomiędzy wynikami
uzyskanymi przez przedszkolaki w teście Marshmallow a nieformalnymi
ocenami ich dalszych postępów, dokonanymi przez moje córki. Kiedy
porównałem te oceny z początkowym zbiorem danych, dostrzegłem
wyraźną korelację i zdałem sobie sprawę, że wraz z moimi
studentami muszę poważnie zająć się tym zagadnieniem.
Był rok 1978. Philip K. Peake,
obecnie profesor psychologii w Smith College, był wówczas moim
nowym doktorantem na Uniwersytecie Stanforda. Phil, który ściśle
współpracował z innymi studentami, zwłaszcza z Antonette Zeiss
i Bobem Zeissem (często pracując bez wytchnienia niemal dwadzieścia
cztery godziny na dobę), odegrał wielką rolę w zaprojektowaniu,
rozpoczęciu i przeprowadzeniu badań, które przeistoczyły się
w program badawczy nazywany stanfordzkimi badaniami odroczenia
gratyfikacji. Począwszy od roku 1982, rozsyłał kwestionariusze wśród
rodziców, nauczycieli i opiekunów naukowych dawnych przedszkolaków,
które uczestniczyły w naszych badaniach. Pytaliśmy o rozmaite
zachowania i cechy, które mogły mieć istotne znaczenie dla kontroli
impulsów: od umiejętności planowania i myślenia z wyprzedzeniem,
poprzez umiejętność skutecznego radzenia sobie z problemami
osobistymi i społecznymi (na przykład, jakie były relacje dzieci
z rówieśnikami), po wyniki w nauce.
Testowi Marshmallow poddano ponad
550 dzieci uczęszczających do przedszkola Bing przy Uniwersytecie
Stanforda w latach 1968-1974. Przyglądaliśmy się dalszym losom
części badanych dzieci, oceniając je przy użyciu różnych miar
mniej więcej raz na dziesięć lat od pierwszego badania. W 2010 roku
badani mieli czterdzieści kilka lat, a dzisiaj, w roku 2014, nadal
gromadzimy dane na ich temat, na przykład informacje dotyczące ich
sytuacji zawodowej i rodzinnej, kondycji fizycznej, sytuacji finansowej
i stanu zdrowia psychicznego. Otrzymane wyniki zaskakiwały nas od
samego początku i wciąż nie przestają nas zadziwiać.
Okres dorastania:
radzenie sobie i osiągnięcia
W pierwszym z badań, w których
przyjrzeliśmy się dalszym losom badanych dzieci, wysłaliśmy niewielki
plik kwestionariuszy rodzicom dawnych przedszkolaków, prosząc ich,
aby "przyjrzeli się swojemu dziecku na tle jego rówieśników,
na przykład kolegów z klasy oraz innych dzieci w podobnym
wieku". Dodaliśmy: "Chcielibyśmy, aby podzielili się Państwo
z nami swoimi odczuciami na temat tego, jak Państwa syn lub córka
wypada w porównaniu z rówieśnikami". Rodzice mieli ocenić swoje
dzieci w skali od 0 do 9 (od "ani trochę", przez "umiarkowanie",
po "w bardzo dużym stopniu"). Podobnych ocen dokonali nauczyciele,
których zapytaliśmy o umiejętności poznawcze i społeczne badanych
dzieci w szkole.
Przedszkolaki, które w teście
Marshmallow potrafiły dłużej czekać na nagrodę, dwanaście lat
później, jako nastolatki, były oceniane jako przejawiające wyższy
poziom samokontroli we frustrujących sytuacjach; w mniejszym stopniu
ulegające pokusom; mniej skłonne do rozpraszania się, gdy próbowały
się skoncentrować; bardziej inteligentne, samodzielne i pewne siebie;
oraz w większym stopniu ufające własnej ocenie sytuacji. Pod wpływem
stresu nie traciły głowy równie łatwo, jak ich rówieśnicy, którzy
w przedszkolu nie potrafili odraczać gratyfikacji. Co za tym idzie -
rzadziej wpadały w złość, przejawiały dezorganizację zachowania
albo powracały do niedojrzałych zachowań. Ponadto dzieci te częściej
myślały o przyszłości i planowały swoje działania, a kiedy
były zmotywowane, bardziej wytrwale dążyły do swoich celów. Były
też bardziej uważne i łatwiej było do nich dotrzeć przy użyciu
racjonalnych argumentów. Wreszcie, w mniejszym stopniu zrażały się
niepowodzeniami. Krótko mówiąc, podważały trafność popularnego
stereotypu trudnego, sprawiającego problemy nastolatka - przynajmniej
w oczach i relacjach swoich rodziców i nauczycieli.
Aby zmierzyć rzeczywiste
osiągnięcia badanych dzieci w nauce, poprosiliśmy ich rodziców,
aby podali nam wyniki uzyskane przez ich pociechy w językowej
i matematycznej części egzaminu SAT (jeśli dane te były
dostępne). Do tego egzaminu przystępuje większość uczniów szkół
średnich w Stanach Zjednoczonych, a jego wynik stanowi podstawę
rekrutacji do amerykańskich college'ów. Aby zweryfikować wyniki
podane przez rodziców, skontaktowaliśmy się z Krajową Komisją
Egzaminacyjną, odpowiedzialną za przeprowadzenie egzaminu. Okazało
się, że młodzi ludzie, którzy w przedszkolu potrafili dłużej
czekać na nagrodę, osiągnęli dużo lepsze wyniki w teście
SAT[4]. Kiedy porównano wyniki dzieci z najkrótszym
czasem odroczenia gratyfikacji (dolna trzecia część rozkładu)
z osiągnięciami ich rówieśników z dłuższym czasem
odroczenia (górna trzecia część rozkładu), całkowita różnica
w wynikach egzaminu SAT wyniosła aż 210 punktów[5].
Dorosłość
Między dwudziestym piątym
a trzydziestym rokiem życia osoby, które w przedszkolu dłużej
czekały na nagrodę, były bardziej zdolne do wytrwałego dążenia
do odległych celów (i do ich osiągania), rzadziej sięgały po
niebezpieczne używki, mogły się pochwalić lepszym wykształceniem
i odznaczały się istotnie niższym wskaźnikiem masy ciała
(BMI). Były też bardziej odporne i elastyczne w radzeniu
sobie z problemami interpersonalnymi i z większym powodzeniem
utrzymywały swoje związki intymne (o czym będzie mowa w rozdziale
dwunastym). W miarę jak przyglądaliśmy się dalszym losom tej grupy,
wyniki badania przedszkolaków z Bing wydawały się coraz bardziej
zdumiewające, zważywszy na ich zasięg, stałość i wagę: skoro
zachowanie przedszkolaków w prostym teście Marshmallow okazało się
trafnym predyktorem (na poziomie istotnym statystycznie) tego, jak
potoczyło się ich dalsze życie - w wielu sferach i w długiej
perspektywie czasowej - to należało rozważyć implikacje tego
odkrycia dla polityki publicznej i edukacji. Jakie umiejętności
umożliwiały dzieciom samokontrolę? Czy można się ich nauczyć?
Może jednak to, co
zaobserwowaliśmy, było wynikiem zwykłego zbiegu okoliczności
- zjawiskiem ograniczonym do Uniwersytetu Stanforda w latach
sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych XX
wieku, w okresie rozkwitu kontrkultury i w samym środku wojny
w Wietnamie. Żeby to sprawdzić, moi studenci i ja przeprowadziliśmy
kilka innych badań na rozmaitych próbach, pochodzących nie
z uprzywilejowanej społeczności kampusu Uniwersytetu Stanforda, lecz
z bardzo różnych populacji i okresów, między innymi ze szkół
publicznych nowojorskiego Bronksu, dziesiątki lat po rozpoczęciu badań
stanfordzkich. Odkryliśmy uderzające podobieństwa między dziećmi
żyjącymi w skrajnie odmiennych warunkach i okolicznościach, co
opiszę bardziej szczegółowo w rozdziale dwunastym.
Skany mózgu w wieku średnim
Yuichi Shoda (obecnie profesor
psychologii na Uniwersytecie w Waszyngtonie) i ja współpracowaliśmy
ściśle od 1982 roku, kiedy to Yuichi rozpoczął studia doktoranckie
w dziedzinie psychologii na Uniwersytecie Stanforda. Gdy uczestnicy
badań przeprowadzonych w przedszkolu Bing osiągnęli wiek czterdziestu
kilku lat (począwszy od roku 2009), Yuichi i ja zorganizowaliśmy
zespół neurokognitywistów[6] z siedmiu amerykańskich ośrodków naukowych. Jego zadaniem
było przeprowadzenie kolejnego badania dawnych przedszkolaków z Bing
Nursery School. W skład tego zespołu weszli między innymi John Jonides
z Uniwersytetu Stanu Michigan, Ian Gotlib z Uniwersytetu Stanforda oraz
BJ Casey z Weill Cornell Medical College. Wszyscy oni byli ekspertami
w dziedzinie neuronauki społecznej - dyscypliny zajmującej się
wyjaśnianiem mechanizmów mózgowych leżących u podstaw naszych
myśli, uczuć i zachowań. Przedstawiciele neuronauki społecznej
zgłębiają te mechanizmy przy użyciu takich metod, jak funkcjonalny
rezonans magnetyczny (fMRI), który rejestruje aktywność mózgu
w czasie, gdy badani wykonują rozmaite zadania umysłowe.
Chcieliśmy się przekonać,
czy badania neuroobrazowe wykażą różnice pomiędzy mózgami osób,
które w ciągu całego życia - począwszy od testu Marshmallow -
regularnie osiągały wysokie wyniki w różnych pomiarach samokontroli,
a mózgami tych, u których jej poziom był niski. Zaprosiliśmy grupę
absolwentów przedszkola Bing, mieszkających w różnych częściach
kraju, żeby na kilka dni wrócili na kampus uniwersytecki, odwiedzili
swoje dawne przedszkole (jeśli mają na to ochotę) i poddali się kilku
testom poznawczym - zarówno we wnętrzu skanera fMRI, znajdującego
się na Wydziale Medycyny (na terenie tego samego kampusu), jak i bez
użycia technik neuroobrazowania.
Badania neuroobrazowe
pokazały, że osoby, które w przedszkolu potrafiły oprzeć się
słodkiej pokusie, a później, przez kolejne lata, przejawiały
wysoki poziom samokontroli, wykazują odmienną aktywność obwodów
mózgowych w okolicy czołowo-prążkowiowej - odpowiedzialnych za
integrowanie procesów motywacyjnych i kontrolnych - niż badani
o niższym poziomie samokontroli. U osób mających dużą zdolność
do odraczania gratyfikacji zaobserwowano większą aktywność kory
przedczołowej, wykorzystywanej do skutecznego rozwiązywania problemów,
twórczego myślenia i kontrolowania zachowań impulsywnych. Tymczasem
u badanych mających niewielką zdolność do odraczania gratyfikacji
bardziej aktywna była brzuszna część prążkowia, zwłaszcza wtedy,
gdy próbowali zapanować nad swoimi reakcjami na bodźce szczególnie
atrakcyjne, gorące emocjonalnie. Obszar ten, umiejscowiony w głębszej,
bardziej pierwotnej części mózgu, jest powiązany z pożądaniem,
odczuwaniem przyjemności i uzależnieniami.
Omawiając wyniki tego badania
w wywiadzie prasowym, BJ Casey zauważył, że ludzie o niewielkiej
zdolności do odraczania gratyfikacji wydają się napędzani silnikiem
o większej mocy, podczas gdy osoby, które potrafią długo czekać
na nagrodę, mają bardziej skuteczne hamulce psychiczne. Dzięki temu
badaniu dowiedzieliśmy się czegoś ważnego. Otóż osoby, które
w naszych testach przez całe życie uzyskiwały wyniki wskazujące
na niski poziom samokontroli, nie miały trudności z zapanowaniem
nad swoim mózgiem w większości codziennych sytuacji życiowych. Ich
problemy z kontrolą impulsów - w zachowaniu i w aktywności mózgu
- były wyraźnie widoczne tylko wtedy, gdy pojawiały się niezwykle
atrakcyjne pokusy.
[4] Informacje na temat zależności pomiędzy samokontrolą
a inteligencją można znaleźć w: Duckworth i Seligman, 2005, oraz
Moffitt i in., 2011.
[5] Korespondencja prywatna z Philem Peakiem, Smith
College, 9 kwietnia 2012. Zob. też D. Goleman, Inteligencja
emocjonalna.
[6] Neuronaukowców zajmujących
się badaniem procesów poznawczych (przyp. tłum.).