Tak! Lipiec to cudowna pora, żeby po raz pierwszy zostać ojcem. Jeśli będą wolne miejsca, bierzcie lipiec! Jeśli nie, to też próbujcie, bez wahania!
Długie letnie dni dodają energii. Są jak zielone dopalacze. Bo choć na początku adrenalina działa, kryzys i tak przyjdzie. Łatwiej go znieść w "tak pięknych okolicznościach przyrody". Jest ciepło, więc nie tracimy czasu na ubieranie i szykowanie się do wyjścia. Na ulicach mniejszy ruch, miasto się hibernuje. Nie odwraca uwagi od spraw najważniejszych. W sklepach pustki, w przychodniach pacjentów jak na lekarstwo. Wkrótce się przekonam, jakie to ważne, i dziękuję w duchu, że moja tacierzyńska przygoda wystartowała w lipcu.
Podtrzymanie ciąży
Żona leży w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. Czasem chodzi. Z "pieskiem", jak nazywa stojak na kółkach z kroplówką, do której jest podłączana. Jak długo jeszcze? Nie wiadomo. Chciałbym, żeby już, a jednocześnie ten trzydziesty czwarty tydzień mnie przeraża. Za wcześnie! Niech tam jeszcze książę posiedzi - myślę. - Tylko bez tej wody nie może pływać. Brzuch mamy mniejszy, metraż się skurczył. Ciasno musi mu być. Nie poddusi się jak ryba na mieliźnie? Początek lipca to zodiakalny Rak - pocieszam się. - Może w wodzie i bez niej.
Wszystkie liczby, wyniki badań, wykresy w dokumentach medycznych powodują mój niepokój. Trzeba to sobie jakoś poukładać w głowie. Racjonalizować nawet czymś tak mało racjonalnym jak horoskop. Czasem pomaga. Ale nie mam zbyt dużo czasu na rozmyślania. Pod koniec tygodnia przyjeżdża mój tata, bo potrzebny jest do pomocy ktoś trzeźwo myślący. Tak się kończy odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. Jestem w tym mistrzem. Praca pod presją czasu, mroczne widmo deadline'ów - inaczej nie umiem. Czy jako już-prawie-ojciec nie powinienem się zmienić? Później się zmienię. Teraz, w trybie pilnym wywalamy wszystkie graty z magazynu, który za moment będzie pokojem Tośka, choć i tak dalej będzie nazywany magazynem. Akurat czas, gdy to maleńkie pomieszczenie zajmowało jedno, a potem drugie niemowlę, był jedynym, kiedy w magazynie panował porządek.
Oczekiwanie. Przygotowanie mieszkania
Po opróżnieniu pokoju zabieramy się do malowania ścian. Ciemnokremowy, wpadający w jasny róż kolor wydaje się ciepły. A może to łososiowy... Na wiaderku było pewnie napisane: "marzenie paryskie" czy inna "ambrozja północy". Jeden pies. Szczotka, pędzel, kubeł, ciepła woda... przygoda jest. Kiedy poprzedni właściciel mieszkania trzymał tu swoje komputery, serwery, ściany były jaskrawozielone. Gdy się wprowadziliśmy, zieleń zamieniliśmy na jasny krem czy inne écru.
Teraz budzi się we mnie dusza artysty. Wpadam na pomysł, żeby na ścianie nad łóżkiem pozostawić w tym właśnie kolorze, proste i znajome kształty słońca, chmury, drzewa, strumyka. Żeby coś się tam "działo". Tym samym znów wpadam w pułapkę nawyku robienia siedmiu rzeczy naraz. Miałem malować ścianę, a rysuję i wycinam w arkuszach samoprzylepnych stosowne obrazki. Naklejam je na ścianę. A może tu, trochę wyżej. Widzę, że już-prawie-dziadek, typ z tych bardziej niecierpliwych, trzyma bohatersko nerwy na wodzy. Jeszcze jedna poprawka. Dobrze. Teraz szczotkami malarskimi działamy po całości. Fajrant! Kiedy farba wysycha, odlepiamy te ikony natury, które odsłaniają się przed nami w znajomym kolorze.
Robię dwa kroki w tył (więcej się nie da, pokój ma metraż minimalistyczny) i przyglądam się temu, co zmalowałem. Dzieło sztuki to nie jest, ale moje, własnoręczne. Dla syna! Niech będzie! Nie byłbym sobą, gdybym nie poprawił tu i ówdzie. Bo jakieś za blade. Dodaję kilka delikatnych obrysów. Lepiej. Czas biegnie, ja się bawię w artystę. Już w lekkich nerwach kończę malowanki. Potem dowiem się, że tych pastelowych, delikatnych obrazków Tosiek i tak długo nie doceni. Dzieci na początku dostrzegają tylko kontrastowe barwy.
Mój tata, kierownik remontu, czuwa nad umeblowaniem pokoju. Regał, miejsce na kołyskę... Nic więcej się nie mieści. Nie szkodzi, to pomieszczenie z oknem, na końcu mieszkania, za naszą sypialnią (więc najważniejsze, że ciche, bo dwojgiem drzwi oddzielone od hałasu radia, telewizora, ekspresu do kawy) ma dać noworodkowi spokój na czas snu. A my będziemy mieć komfort swobodnego poruszania się i pracy w domu. W końcu maluch i tak większość dnia będzie spędzał z nami. Oddawanie mu od razu dużego pokoju, w którym teraz mieści się przydatny gabinet, wypełniony tonami książek i szafą na ubrania, nie ma sensu. W swojej gawrze będzie tylko spał - zakładam.
Jadę więc po obiecaną kołyskę do przyjaciół. Ledwie mieści się do samochodu. Skręcam, dokręcam, wstawiam, jest. Czeka. Ciekawe, jak długo jeszcze? - zastanawiam się w drodze do szpitala. To najdziwniejszy czas, jaki oczekujący ojciec może sobie wyobrazić. Taka przerwa w porodzie. Wyjście chwilowo nieczynne. "Skurczów brak. Proszę pytać jutro".
Wspominając ostatnie, dość nerwowe, dni przed narodzinami.
Tata: A co ty sobie myślałeś w tym brzuchu u mamy, że się tak spieszyłeś z przyjściem na świat?
Tosiek (lat 5,5): Że świat jest piękny i łatwo się na nim żyje. A jednak nie!
Przygotowywaliśmy się do porodu siłami natury, ale pośpiech Tośka sprawił, że najważniejsze lekcje ze szkoły rodzenia nas omijają. Brak zaprzyjaźnionej położnej (bo znaleźliśmy się w innym szpitalu niż planowany) uzupełniam sobie powtórkami z radiowych rozmów na ten temat. Piłka, kąpiel, oddechy, "przyj!", chwila przerwy, jeszcze raz... Jednak tu sytuacja jest poplątana. Serce Tośka bije miarowo, ułożenie w porządku, ale żona jest zdenerwowana, choć nie daje po sobie poznać. Czuję, że nie mam prawa niczego narzucać. Mama wie, na co ją stać, czego chce, jak się czuje. Jej stres nie jest sprzymierzeńcem noworodka, ale stresu nie da się uniknąć. Nie można go pogłębiać. Mam być wsparciem, trzymać za rękę, podać wodę, pomóc wstać, powiedzieć: Dasz radę!, Zobacz, jak ci świetnie idzie, Zaraz będzie po wszystkim. Jeśli krzyczy i chce zabić wszystkich dokoła, pokornie trzeba dać się zabić, cierpliwie wspierać.
Kiedy miałem dziesięć lat i w szkole przekomarzaliśmy się z dziewczynami, kto ma lepiej, zawsze dochodziliśmy do tej samej wymiany argumentów. "A wy będzie musiały urodzić dzieci, a my nie!" - mówiliśmy. "A wy pójdziecie do wojska!" - słyszeliśmy w odpowiedzi.
Po latach okazało się, że chyba wygraliśmy. Choćby dlatego powinniśmy oddać swoje niespożyte siły na pomoc w rodzeniu. Na szczęście zmiany standardów i obyczajów okołoporodowych dają nam duże pole do popisu.
Pierwsze spotkanie
Cieszę się, że wyjątkowa staje się nie obecność, a nieobecność taty na sali porodowej. Tata powinien domagać się tego, by noworodka wziąć na ręce, położyć na piersi, poleżeć z nim, uspokoić. Ten pierwszy moment jest dla nas kluczowy. Nieporównywalny z niczym innym. Pierwsze spotkanie, w którym od razu "tłumaczysz" dziecku, że nie jesteś tylko asystentem tej pani, która za moment będzie karmić i przytulać, stając się najważniejszą towarzyszką w tym do tej pory krótkim życiu. Nawiązując relację od pierwszej chwili, przekazujesz, że jesteś dla niego tak samo ważny jak mama. Przyzwyczajasz do swojego zapachu, głosu, dotyku. Potem w domu możesz to rozwijać. Leżycie, a malec skóra do skóry przytulony jest do twego brzucha. Później próbuje się wspinać, żeby lepiej zobaczyć swojego wielkiego kompana. Kangurowanie. Wtedy nie wiedziałem, że to się tak nazywa. Ale tworzy cudowną więź i jeszcze piękniejsze obrazy, które zapamiętasz na długo.
Znów zaglądam do szpitala. Czekam na to, co powiedzą lekarze. Niby wszystko jest pod kontrolą, lecz hasło "steryd" nie budzi we mnie dobrych skojarzeń. Płucom przyda się jednak taki "energetyk". W dziewiątym miesiącu byłyby już odpowiednio wykształcone i silne, ale teraz nie są.
Wcześniak
Wcześniak. Co to właściwie znaczy? Jak się z takim maleństwem obchodzić? Czy to wszystko, czego się dowiedziałem o noworodkach, muszę przerobić od nowa? Czy będzie zdrowy? Czy będzie normalnie widział, słyszał, chodził? Właściwie teraz dociera do mnie, że to nie jest zwyczajna sytuacja. Trzeba ją jednak wziąć na klatę. Staram się uspokoić. Patrzę na nowoczesne szpitalne sprzęty, rozmawiam ze znajomymi lekarzami. Tłumaczą sytuację, mówią prawdę prosto w oczy.
"Poród przed dwudziestym piątym tygodniem to poronienie; jeśli nastąpi po tym czasie, szanse na zdrowe dziecko są duże" - gdzieś słyszę. Ale przecież każdy przypadek jest inny. Statystyka to tylko model. Wyliczenia. Jeśli nogi wsadzimy do ognia, a głowę do lodówki to tylko statystycznie będziemy czuć się średnio.
Niepokój staje się moim najwierniejszym towarzyszem, a najgorsze jest czekanie. Jak przed egzaminem. Nienawidziłem tego. Wejść, zdać albo nie, ale czekać - to tortura. Nie lubię siedzieć i nic nie robić. Jeśli można jakoś pomóc, to ja się zapisuję. Tylko że tutaj to nie działa. Szpital nie kojarzy mi się z komfortową poczekalnią. I tak mam szczęście, że mogę wrócić na noc do domu, choć nie wypuszczam z ręki telefonu. Dobrze, że to mała komórka, nie siedmiocalowy smartfon.
Na sali gorąco jak diabli. Siedzimy w towarzystwie innych przyszłych matek i ojców. Przeglądam relacje z koncertu Pearl Jam. Było super. Ach! Zupełnie zapomniałem o mundialu! Jak to możliwe?! Żeby zmienić kierunek kłębiących się myśli w głowie, czytam komentarze po kolejnych meczach. Na moment wraca normalność. Do tego stopnia, że zaczynam przebierać nogami, bo przecież za chwilę pojedynek Niemcy-Argentyna! Niby to już nie priorytet, mistrzostwa toczą się gdzieś daleko w Afryce. Ale dla mnie mundial zawsze był świętem. Mówię sobie jednak: Możesz kochać futbol, może być dla ciebie nawet religią, kibicuj, przeżywaj, oglądaj, ale jeśli nie postawiłeś fortuny u bukmachera, wynik meczu, choćby najbardziej emocjonującego, nie ma wpływu na twoje życie. Teraz tutaj jest twój mecz i boisko!
W nowej roli TATA
To jedna z ważniejszych, ale i trudniejszych spraw przy wchodzeniu w nową rolę: jak tu nagle, na pstryknięcie palcem, wymazać wszystkie swoje upodobania, porzucić hobby? Rozumiem: Tosiek, obowiązki. Ale przez ponad trzydzieści lat miałem swój własny świat, w którym tyle się działo! Jeśli go porzucę, wypełni mnie pustka! Nie będę sobą. Pytanie, czy muszę rezygnować? Znam śmiałków, którzy obiecali sobie, że nie zmienią swoich upodobań po urodzeniu się dziecka. Sportowe zawody, turnieje, koncerty, rajdy, wspinaczki. Wielu poległo. Dla innych skończyło się to źle. Niektórzy nie wytrzymali napięcia. Związki się rozpadły.
Ale nie histeryzujmy. Na początku będzie inaczej, ale potem, kiedy podzielimy się obowiązkami z żoną, można - a nawet trzeba! - znaleźć czas na własne hobby. Warto też, jeśli hobby na to pozwala, próbować wciągać w to progeniturę. Niech nasze zajęcia w naturalny sposób towarzyszą dziecku. Nie ma gwarancji, że pasję do majsterkowania syn podzieli z ojcem (jestem tego dowodem), ale może chociaż piłkarskie mecze będziecie oglądać wspólnie (to u mnie się sprawdza już od dwóch pokoleń). Wszystko w swoim czasie.
Najpierw jednak będziesz musiał lepiej zorganizować sobie czas. Przed tobą logistyczny challenge, wymagający stałych korekt, refleksu, szybkiego manewrowania jak na torze wyścigowym. Ale uda ci się! "Dasz radę!" - powtarzam sobie i słyszę te znajome słowa, jakbym to ja miał za chwilę rodzić! "Odwagi, dzieciaku!" - dodaję i uśmiecham się do siebie. Nerwy odpuszczają, a ja zerkam na sektor męski. Czy są na sali kibice. Chyba nie tylko mi to po głowie chodzi, bo... Są! Pytamy partnerki, czy możemy. Możemy. Włączamy telewizor. Co pół godziny każdy po kolei wrzuca do skrzynki dwa złote. Taki system. Już nie paleozoik, ale jeszcze nie digitalik. Stawiamy krzesła przed telewizorem, oglądamy. Jest sobota, są emocje. Trochę jak w wojsku. Argentyna dostaje baty od Niemców. Zero do czterech. Odpada z imprezy. A ja w poniedziałek jadę do radia.
Skupiam się na pracy. Przeglądam newsy, czytam gazety, patrzę, jakie piosenki przygotowała redakcja muzyczna. Od szesnastej prowadzę popołudniowe pasmo "Zapraszamy do Trójki". Zrobiło się małe zamieszanie, ktoś musi poprawić swój materiał, przesuwamy kolejność tematów. Normalka. W trakcie krótkiej przerwy dzwoni komórka w reżyserce. Żona. "No to się szykuj, jutro o ósmej rano będą mnie ciąć!"
Poród tuż, tuż
Tylko jedna myśl w głowie: Nareszcie! Wtedy tak właśnie myślałem. Nareszcie. Nagle wszystkie obawy znikają. Co będzie, to będzie, ale będzie można już działać. No i będzie On. Nie mogę się uspokoić, nie ma teraz ważniejszego newsa! Ale nie mogę przecież podzielić się tym ze słuchaczami. To jednak sprawy prywatne, a program poważny. Dorzucam do zestawu muzycznego Zorbing brytyjskiego zespołu Stornoway. Chodzi za mną od kilku tygodni, a ponieważ czuję, że zaczynam - jak w tej zorbingowej kuli - pędzić po zboczu, piosenka pasuje do mojego nastroju. Gdy słyszę ją w audycji, na moment zamykam oczy. Ślę w świat zaszyfrowaną wiadomość w piosence...
W domu nie mogę zasnąć. Z przejęcia. I z radości. Będzie cięcie, ale nie moje. Wiem, że w kulminacyjnym momencie nie wezmę do ręki nożyczek i oszołomiony własnym szczęściem i krzykiem malca nie dostąpię zaszczytu odcięcia pępowiny. Nie będę potem pokazywał, jak, którą ręką, że "to" jest takie dziwnie miękkie, że trudno się tnie. Zdarza się. I tak pewnie bym zemdlał na widok fizjologicznego pobojowiska. Łapię się na tym, że potrafię sobie zracjonalizować sytuację, a dziecko we mnie nie tupie, nie złości się, nie dąsa. Mały krok. Uświadamiam też sobie, że to jedyna taka noc w życiu. Ostatni moment we dwójkę, choć osobno. Samolot na pasie startowym, prawie przy końcu, jeszcze na ziemi, ale rozpędzony, nie ma odwrotu. I ta myśl: Nie zaspać, nie spóźnić się. Jak przed maturą. Tam zdałem, tu zdam. Wstaję. Jestem gotowy przed czasem; przyszła babcia, też jest gotowa do pomocy, ale od razu zastrzegam: Jadę tylko ja! Mówię to stanowczo, może nawet niegrzecznie. Trochę mi głupio, ale teściowa rozumie.
Nowa rola naszych rodziców.Babcia i dziadek
Często w gorączce planowania rodzicielskich rozmaitości zapominamy o babciach i dziadkach. A przecież oni też przeżywają poród. W końcu to ich dzieci zdają swój egzamin. No i wnuków także nie mogą się doczekać. W czasie ciąży relacje z naszymi rodzicami mogą układać się różnie. Bywa trudno. To czas napięcia dla całej rodziny. Poród jest kumulacją. A po porodzie prawdziwe szaleństwo. Dobrze wiele rzeczy z seniorami omówić zawczasu. Możemy powiedzieć o swoich oczekiwaniach, zapytać o te z ich strony. Nie powinni czuć się odrzuceni. Niech wiedzą, że dostrzegamy i doceniamy ich rolę w wychowaniu. Mogą doradzić, zasugerować. Oczywiście to jest twoje dziecko, ale po co od razu budować front? I tak przy pierwszej czy drugiej kryzysowej sytuacji to do nich zwrócisz się z prośbą o pomoc. Jak trwoga, to do babci.
Spokojna rozmowa pozwala wypracować granice ingerencji, których chcielibyście się trzymać, kiedy kurz opadnie. Mamo, tato, jeśli chcecie pomóc, to świetnie. Spacer z dzieckiem, usypianie, kołysanie, zakupy, obiad... Obowiązków, w których można odciążyć młodych rodziców, jest mnóstwo. Wyłączne doradzanie, nawet w dobrej wierze, nie mówiąc już o krytykowaniu, doprowadza do szału każdego, nie tylko rodzica. Oczywiście, że babcia ma doświadczenie. Urodziła, wykarmiła, wychowała. A dziś jej największą zaletą powinien być spokój, dystans, opanowanie, wynikające z doświadczenia. To wszystko, co dla nas zabieganych i zestresowanych bywa bogactwem deficytowym. A w sprawach medycznych i codziennych zadań podczas połogu? Jesteśmy pod opieką lekarzy, pielęgniarek i położnych, nie urwaliśmy się z choinki.
Wiem, że znasz się na tym i mnie urodziłaś, wykarmiłaś i wychowałaś, mamo. Teraz my musimy się tego nauczyć sami. Nie odbieraj nam tej przyjemności. Czasem popełnimy błąd, ale bardzo się staramy. Pouczanie wpędza zwykle w poczucie winy, a tego akurat najmniej nam potrzeba - przygotowuję sobie w myślach, co sam mógłbym powiedzieć. Żeby mnie tylko nie poniosło. Uśmiech! Uśmiech wiele zmienia, kiedy mówi się trudne słowa.
Tyle teoria. Porady od rodziców i tak usłyszymy. Jeśli wysłuchamy ich cierpliwie, uda się je przyswoić, a czasem nawet nienachalnie zignorować, jeśli uznamy, że nie są przydatne. Może nawet to młody tata powinien wziąć na siebie rolę dyplomaty. Rzecznika rodziny. Świetne zadanie! I męskie! Można, a nawet warto, od razu umówić się (nie zakomunikować!), że pierwsze dwa tygodnie to czas tylko dla was, rodziców i dziecka. Powitanie, oględziny, zachwyty jak najbardziej, lecz później to my kierujemy ruchem. Aż wejdziemy w rytm. Bo na razie jesteśmy trochę jak reaktor atomowy, więc proszę ostrożnie!
Mam kartkę z napisem PORÓD. Radzono mi, bym sobie przygotował taką i woził w samochodzie, bo jeśli skurcze zaczną się w dzień, będę się musiał przepychać przez stołeczne korki. "Kartkę dajesz na przednią szybę i trąbisz klaksonem", tłumaczyli. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to działa. Znając wrażliwość kierowców, wątpię. Ten nie zrozumie, tamten gada przez telefon, a inny "przecież też się spieszy". Bez koguta na dachu nie pohulasz. Zresztą jest lipiec, rano, kartka niepotrzebna. Ruch na ulicach mały, kataklizmu pogodowego nie ma. Słońce zapowiada kolejny upalny dzień.
Cesarskie cięcie i pierwszy krzyk
Bez problemów melduję się na sali. Po kwadransie zjawiają się pielęgniarki, gotowe, by zawieźć królową jej szpitalną karocą na ten bal. Korytarz, winda, idę za orszakiem. Uspokajam się na widok młodej, eleganckiej pani doktor. Taka pokoleniowa wspólnota skupienia się na zadaniu. Tu nic złego się nie stanie, mówię do siebie, a państwo zamykają się na sali operacyjnej. Zostaję na korytarzu. Cesarskie cięcie to chirurgiczna ingerencja w organizm matki, dlatego intruzi nie są pożądani. Szkoda. Z drugiej strony, w czym miałbym pomóc? Znieczulenie, cięcie... Wszystko pod kontrolą. Przyjaciółka po cesarce radziła żonie, by tylko nie patrzyła w górę, bo w lampie odbija się widok rozkrawanego brzucha. Nawet twardzielki tego nie wytrzymują. Zapomniałem przypomnieć.
W telefonie ustawiam aparat fotograficzny, choć Bóg wie jak długo to będzie trwało. Może trzeba było wziąć zwykły aparat? W tym rozdzielczość śmieszna, ale można szybko przesłać fotografię do wyczekującej rodziny. Kiedy po raz pierwszy zobaczę Tośka, i tak zapomnę o całym świecie. Siadam na podłodze. Nikt i tak nie zwraca na mnie uwagi. Co teraz będzie? Niby taki przygotowany, a nie znam procedur po cesarce. Przecież żona, pozszywana, musi leżeć. Niemal nieruchomo. Dzień, dwa, trzy? Coś mi się przypomina z relacji znajomych. Będę tu na początku potrzebny bardziej, niż mi się wydaje. Ja tata, cesarka i wcześniak! Wracają nerwy. Co ja wiem o tych wcześ... "Aaa! Aaaaa! Eeeeeeeeee! Yyyyyyy! Eeeeeeeeeee!!!", dobiega zza drzwi.
Podobno matka rozpozna głos swojego dziecka zawsze i wszędzie. Ale ja też nie mam wątpliwości. Choć noworodków na oddziale jest wiele, wiedziałem, że to On krzyczy, płacze... Co za wokal! Ile siły w płucach! Czyli płuca w porządku. Ulga. Ścisk w gardle. Radość. Ścisk... Niech go już pokażą. Mój ci On! Jest! Robię zdjęcie. Niewyraźne.
Noworodek
Przy całym zachwycie nad cudem życia muszę przyznać, że noworodki w pierwszych minutach życia nie są piękne. Obiektywnie, są brzydkie. Pomarszczone, różowosine potworki. Ale te dwa kilogramy krzyczącego wniebogłosy nowego życia, które wyjechały z sali, wprawiają mnie w stan, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałem. Radość miesza się ze wzruszeniem. Współczucie dla tego malca podlane miłością tak czystą, że dla tej jednej chwili i tego uczucia warto się było samemu urodzić.
Zostałem tatą.
Ten moment trzeba celebrować, choćby, jak w moim przypadku, miał trwać dziesięć sekund. Fotografować go przede wszystkim w swojej pamięci. To moje i tylko moje zdjęcie na zawsze. Dopiero w szpitalu ktoś mnie uświadamia, że dawniej matki mogły pokazać noworodka ojcu najwyżej przez szybę szpitalnego okna. Czasem bohaterowie pokonywali jakieś płoty, zasieki, żeby zobaczyć potomka. Wpuścić ojca na oddział? Tak od razu? Marzenie! Jesteśmy szczęściarzami! A może sami sobie to wywalczyliśmy? Tak czy inaczej, świat otwiera się na ojców. Głupio byłoby zmarnować taką szansę!
Mimo że punktacja Tośka w skali Apgar nie budzi żadnych zastrzeżeń (już wiem, że w tej skali oceniane są czynności serca, kolor skóry, oddech, napięcie mięśni i reakcje na bodźce), maluch od razu trafia do podgrzewacza. W przezroczystym "akwarium" leży na wznak, a ja siedzę przy nim, wpatrzony jak w najpiękniejszy obraz świata. Mówię do mojego syna. Nucę melodię Zorbing, która brzmi teraz jak kołysanka nie z tego świata. I czuję, że ani ja, ani Tosiek chwilowo nie jesteśmy tu i teraz, tylko fruwamy gdzieś wysoko, razem. A kiedy jego małe, ale pięknie wykształcone usta, odznaczające się na ciemnoróżowej twarzy, lekko się uśmiechają, znów ściska w gardle. Uśmiecham się i ja. Wzruszenie, a niech tam, łza... Trzydziestopięcioletni facet w takiej chwili nie jest twardzielem. To ten nasz moment. Inny niż się spodziewałem, niż zwykle, za to trwający dłużej. Cudowny. Wypełniony najszczerszym uczuciem i siłą do walki o syna. Nic innego się nie liczy. "Zobacz, jesteś silny, dałeś radę, przetrzymałeś to. Jesteś zdrowy. Zrobimy wszystko, co trzeba, i szybko nadgonisz te półtora miesiąca", szepczę do niego.
Żona dochodzi do siebie w drugiej sali. Tośka widziała tylko chwilę po urodzeniu. Nie ma mowy o tym, byśmy usiedli w trójkę i spędzili trochę czasu razem. Wyczekiwane dziecko leży niemal dziesięć metrów od mamy. Czy to dla kobiety dramat? Na pewno nie tak sobie wyobrażała ten moment. Ale trzyma się. Mówię, że wszystko z Tośkiem w porządku. Że go pilnuję. Znieczulenie jeszcze nie odpuściło, żonie ruszać się z łóżka nie wolno. Nikt nie wie, jak długo.
Wracam do synka i robię zdjęcia. Pokazuję je żonie, opowiadam wszystko, co zapamiętałem, i znów wracam. Krążę, nie wiem, ile razy, ale za często też nie mogę. Na sali pooperacyjnej leżą inne pacjentki. Potrzebują ciszy. Wreszcie lekarka z uśmiechem, ale stanowczo, sugeruje, że nic tu po mnie, a żonie przydałoby się przywieźć to i tamto. Dostaję listę. Zatem do zadań! Zatrzymuję się jeszcze raz przy mojej kruszynie. Znów się wpatruję. Nie wygląda na pacjenta. Wygrzewa się jak na plaży. Śpi, czasem się porusza. Powoli, jakby wciąż pływał. "Szybko zleci! Niedługo będziesz biegać. Będziemy. Razem. Pogramy w piłkę, będziemy jeździć na wyprawy. No i na koncert Pearl Jam! Zobaczysz, już niedługo", mówię do niego spokojnie i cicho.
Dlaczego parę lat później tej cierpliwości mi brakuje, gdy moje prośby odbijają się od niego jak od ściany...? Kiedy dzieje się coś naprawdę poważnego, spinam się i rzucam wszystko. Kiedy wychodzę na prostą, znów rozpędzam się, rozpościeram skrzydła, mknę i jestem pewien, że wszyscy pędzą ze mną. Drobne wyboje są w stanie wyprowadzić mnie wtedy z równowagi. Nieprzespana noc, bo dziecko kaszle. Odmowa wyjścia na plac zabaw, kiedy przerwałem pracę i się ubrałem. W takich momentach wracam myślami do naszego pierwszego dnia. Pomaga. Przypominam sobie mętlik w głowie, który mi nieustannie towarzyszył. Przecież wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak z Tośkiem będzie, i w ciemno brałem każde dobre rozwiązanie. Każde! No to konsekwentnie, tatuśku!
W sali dla wcześniaków jest przytulnie, panuje półmrok. Pamiętam sztuczne mleko w butelce w kolorze shake'a waniliowego, miłe pielęgniarki, które pozwalają mi siedzieć przy podgrzewaczu. Ciągle coś mówię do Tośka, niech sobie ten głos utrwala. Ciekawe, jak to będzie, kiedy zacznie mi odpowiadać, myślę. Nawet nie wyobrażam sobie, ile będę miał z tego radości za kilka lat.
"Wszystko jest dobrze - słyszę od lekarki. - Musi się przyzwyczaić do nowych warunków i pojedzie do mamy. Ona też teraz musi nabrać siły".
Nawet nie zauważam, kiedy mija pierwszy dzień. Muszę się przespać, chociaż kilka godzin. Wszyscy zaopiekowani, mogę więc wyjść. Na drzwiach zaparkowanego przed szpitalem samochodu, tuż pod szybą widzę dwudziestocentymetrowe wgniecenie i czarny ślad. Po zaledwie dwóch miesiącach od zakupu wymarzonego, choć używanego auta! Co za gnojek! Na pewno widział, co zrobił. Ewidentnie lusterkiem. Ścieram. Czarne schodzi, wgniecenie zostaje. Na zawsze. Na pamiątkę.
Kiedy rodzi się dziecko, tak wiele rzeczy staje się błahostką. Gdybym miał wskazać jeden cudowny efekt zostania ojcem, to jest nim pewne przewartościowanie. Ale jeśli jest coś, czego rzeczywiście się obawiałem, to skutki niszczycielskiej siły dziecka w domu. Porysowana płyta ukochanego artysty, stłuczona szyba, uszkodzony telewizor, pomazana ściana, wgniecenia, zadrapania, odłamania... Nie jestem pedantem, ale mam swoje zabawki, które mają być sprawne i już! Ta część mnie musi być zachowana, żebym nie czuł, że stając się tatą, coś utraciłem.
Myślę, że dobrym ojcem zostaje szczęśliwy facet. Cokolwiek mu to szczęście daje. Cudowna żona, wiara, pasja czy poczucie posiadania własnych zabawek. Budowanie twierdzy mojego świata skończy się na pleksiglasowej osłonie na odtwarzacz CD i DVD (stoi na wysokości raczkującego malucha). Kocham muzykę. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. Muszę mieć sprawny sprzęt, to część mojej pracy. Reszta jest nieważna. Chyba że gitara. A poza tym wszystko można odkupić. Byle tylko Tosiek wyszedł na prostą.
Wracam do domu z obrazem tego krasnoludka, który opuścił właśnie przytulny kąt i rusza w swoją drogę. Jeszcze nie rusza, nie potrafi, ale bilet już ma. I ma mnie. Jestem za niego odpowiedzialny. Ja, tata! Staram się przeczytać otrzymane SMS-y. Dobrze, że nie mam jeszcze konta na Facebooku, Instagramie i innych portalach społecznościowych, nie poszedłbym pewnie spać. Piszą znajomi, że o narodzinach Tośka usłyszeli w radiu. To taki miły zwyczaj, że koleżeństwo wspomina o nowych "trójkowych" dzieciach. Kasia Borowiecka, prowadząca audycję, dorzuca do tego Pearl Jam. Just breathe. O tak! Idealne na ten szalony czas. Nie wiem przecież, co będzie jutro. To nie był normalny poród, to nie jest zwykła sytuacja.
Naprawdę są pieluchy w rozmiarze zero? Kupuję, choć nie jest łatwo, i pędzę do szpitala. W głowie układam sobie ostatni odcinek Projektu Tata. Może kiedyś wrócę do tematu, ale teraz nie. Ta historia stała się zbyt poważna i osobista. Nie mam nastroju na zabawne felietony. Tym bardziej że Tosiek opuszcza "szklarnię" i melduje się u mamy, zaczyna pić mleko z piersi. O rany, jaki on maleńki! Uczę się jeszcze raz obsługi bobasa. Patrzę, jak położna kąpie go w wanience. "Ostrożnie! To małe dziecko!", wyrywa mi się, gdy widzę rutynowy i bezceremonialny chwyt pielęgniarki.
W sali są też inne mamy, więc w nocy szkraby budzą się na zmianę. To żadna noc. Żona nadzwyczaj szybko staje na nogi, ale jest jeszcze obolała i zmęczona. Adrenalina czyni jednak cuda.
Kiedy trzeciego dnia lekarka pyta, czy chcemy już jutro iść do domu, nie dowierzam. Jak to tak? Z wcześniakiem? Ale kto by nie chciał?! Dom oczekuje małego człowieka. Może sobie maleństwo dojrzewać we własnym pokoju. Będzie miał bezgraniczną miłość i opiekę, też bezgraniczną, bo wezmę wolne. Czego mu więcej potrzeba?
Żółtaczka
Żegnamy się. Jadę najostrożniej, jak się da. Piątek po południu, Warszawa, mimo wakacji, lekko się zatyka. Nikt nie pędzi, i dobrze. Jakby wszyscy się do nas dostroili. Pół godziny i nareszcie w domu. Jest radość. Ogromna. Tyle że chyba przysłania nam rzeczowy ogląd sytuacji. Usypia czujność. A ten podejrzanie cudowny odcień skóry bobasa, który wygląda, jak po wakacjach na Sycylii, to typowa dla noworodków żółtaczka. Nie powinniśmy wychodzić ze szpitala! Czerwona lampka się nie zapaliła? Czy powinienem się o to winić? Dlaczego lekarka - starsza, doświadczona pani doktor - pozwoliła nam wyjść? Nie wiem.
Do szpitala wracamy po niecałym tygodniu, bo Tosiek nie chce nic jeść. Nasze peany w stylu "spokojny i grzeczny, tyle śpi" zmieniają się w niepokój. Po wizycie u pediatry od razu ruszamy na izbę przyjęć do szpitala. Kolejka, bo przywieźli dziecko z wypadku. Rozumiem, ale wydaje mi się, że Tosiek też walczy o życie! W ciągu doby zjadł tylko odrobinę, przecież jest słaby! Wreszcie kłucie, płacz, nie da się wbić w małą żyłę, jeszcze raz kłucie, strach, bo to tylko badanie, a dziecko opada z sił.
Siedzę o pierwszej w nocy na znajomym szpitalnym korytarzu i niemal na głos się modlę: Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Bo już nie wiem, co robić. Ja już tu w niczym nie pomogę. Są wyniki. Koszmar. Poziom bilirubiny kosmiczny. Siedemnaście! Trzeba zostać. Znów "akwarium", tym razem inne. Naświetlające. Jadę po niezbędne rzeczy dla żony i Tośka.
Wracam nad ranem do domu pustymi ulicami, nie pędzę, ale zatrzymuje mnie policjant. Rutynowa kontrola, podczas której w skrócie streszczam ostatni tydzień. Sierżant sztabowy, pewnie starszy, może i ojciec, bo kiwa głową ze zrozumieniem. Odpuszcza.
Ale żółtaczka nie. Znów potrzebne sztuczne mleko, żona odciąga pokarm, ważne, aby podtrzymać laktację. Mleko matki to najlepsze, co bobas może dostać. Mleko trafia do lodówki, a ja uważam, żeby nie wlać go sobie do kawy, bo w tym stanie mogę zrobić wszystko. Warkot laktatora staje się codziennością, Tosiek też się do niego przyzwyczaja, nawet zasypia przy nim szybciej. Ale do piersi trudno go przyzwyczaić. Znów zasypia wtulony, zamiast jeść. Znów kłucie, przychodnie. Ileż on musi przejść na dzień dobry! Ale twardy jest!
Karmienie piersią. Pomoc laktacyjna
Rodzice wcześniaków mają dobrze wyrobiony mięsień nadziei. Nie poddają się. Poddawać się nie wolno. Czasem w trudnych chwilach pomaga przypadek albo mądrzy ludzie. A czasem przypadkiem trafiają się mądrzy ludzie. Małgosia, znajoma prowadząca szkołę rodzenia, jest doradcą laktacyjnym. Dzwonimy. "Jasne, przyjeżdżajcie!" Świetna babka. Od razu przechodzi do rzeczy: "Dziecko ma mało siły, a poza tym już zapomniało, jak się ssie. Trzeba mu przypomnieć. - Słucham zdziwiony. - Wkładasz palec do buzi i łaskoczesz go lekko po podniebieniu. A mleko odciągnięte, cienką plastikową rurką ze strzykawki, sączysz powoli przez kącik ust. Najpierw tak. Potem wrócimy do piersi".
Próbujemy. Rzeczywiście zaczyna ssać palec! Po każdym karmieniu mycie, wyparzanie "zastawy", sporo dodatkowej roboty, ale zaczyna działać! Tosiek wreszcie przybiera na wadze. Tej wagi w kształcie foki nikt potem od nas nie chce. "Po co nam waga?", dziwią się znajomi rodzice. Ale u wcześniaków to dużej wagi sprawa. Codziennie zapisujemy wynik. Każdy dekagram więcej to moje spokojniejsze bicie serca. Po kilku wizytach u naszej wybawicielki Tosiek zaczyna pić mleko z piersi. Karmienie piersią jest zdrowe nie tylko dla dziecka. Matka w ten sposób znacznie ogranicza ryzyko zachorowania na raka piersi i raka jajników. Przy naszej córeczce Alicji wszystko pójdzie gładko, żadnych problemów od początku, co jest podwójnie ważne. Według ostatnich badań karmienie piersią wzmacnia bowiem ochronę przed nowotworem w przyszłości także u córki!
Wcześniej tego nie wiedziałem, ale mleko matki zastępuje noworodkowi wszystko z kategorii menu. Nawet wodę. Dziś wiem, że jeśli dziecko karmione jest piersią, nie trzeba je dopojać nawet podczas upału. A przy okazji karmienie piersią to nie tylko sprawa między matką a dzieckiem, o nie! Masz tu swoje ważne i odpowiedzialne zadanie. "Wsparcie" - część druga. Wracasz do gry! Możesz być rycerzem na straży zdrowego odżywiania i zdrowego macierzyństwa. Namawiać, jeśli partnerka ma wątpliwości lub kryzys, podtrzymywać na duchu ("dasz radę") czy po prostu pomóc (przynieść i odłożyć dziecię). To nie koniec! Możesz być organizatorem strefy komfortu, jeśli "posiłek" przytrafia się w miejscu publicznym. Są jeszcze (o zgrozo!) miejsca, w których "matka z cyckiem i ciumkający bachor" ludziom przeszkadzają. Tak! Nawet kobiety są w stanie tymi słowami wyrazić swoją dezaprobatę czy oburzenie, dlaczego więc my, ojcowie, nie mielibyśmy walczyć, by to zmienić? Dbając o komfort karmienia przez mamę poza domem, nie zamykamy jej w czterech ścianach. To kolejna ważna sprawa.
Depresja poporodowa
Depresja poporodowa u kobiet wzmagana jest poczuciem uwięzienia. Domowe czynności dwadzieścia cztery godziny na dobę przez kilkanaście tygodni bez przerwy mogą zdołować. Mamy często chcą wyjść, ale obowiązki przytłaczają. Nie pomaga świadomość swojego umęczonego emploi, a do tego te wszystkie bariery i przeszkody dla osoby z wózkiem. W ciągu ostatniej dekady sporo się poprawiło, ale nadal widuję pchające się do kasy pierwszeństwa osoby "nieupoważnione", w czasie gdy rodzic (tata też) stoi z bobasem w kolejce z tyłu. I nikt nie zwraca uwagi! Dlaczego? Pomylić się, nie zauważyć jest rzeczą ludzką, ale dlaczego boimy się grzecznie zwrócić uwagę? Nie wtrącamy się, bo to nie nasza sprawa. Czasem nawet ochroniarz patrzy i nie reaguje. Upominam go. "Wie pan, jak to jest, a kolejka szybko idzie. Poza tym muszę patrzeć też na inne rzeczy", odpowiada.
Zainteresowana czy zainteresowany machają ręką, grają bohaterów. Rozumiem, czasem tak właśnie rodzice uatrakcyjniają sobie życie. Czas poza domem, nawet w kolejce, to święto, wreszcie jakieś inne twarze... Ale zdarza się, że siedzą cicho, bo nie wypada o swoje powalczyć, bo ktoś może krzywo spojrzeć. Wychowani na grzecznych. Wypaczeni, chciałoby się powiedzieć. To bez sensu. Wrócę do tego, kiedy Tosiek podrośnie. Teraz grzecznie, lecz stanowczo, z uśmiechem egzekwuję prawo swoje i innych rodziców. Prywatna walka o prawa młodych rodziców w miejscach publicznych po przyjściu Tośka na świat dość szybko się we mnie budzi. Znów jakaś misja, śmieję się w duchu. W radiu mówię o tych wszystkich niedociągnięciach, robimy o tym materiały reporterskie. Dziś jest o wiele lepiej, ale dasz wiarę, że dziesięć lat temu przewijaki na stacjach benzynowych były rzadkością? W zasadzie tylko najpopularniejsza i największa (na szczęście) sieć restauracji stawała zawsze na wysokości zadania. Czasem litowali się w barach czy zajazdach:
- Przewijaka nie mamy, ale... macie jakiś ręcznik czy coś, żeby dziecko położyć?
- Jasne! - Pokazuję torbę z wózkowego kompletu. - Zawsze!
- To tu na stole sobie przewińcie i tak nikogo nie ma.
W tej prostokątnej miękkiej torbie w kolorze latte mamy drugi dom. Miękki przewijak lub podkład, pieluchy tetrowe, kocyk, wszystko. Torba wypchana po brzegi, zawsze gotowa do drogi czy na spacer. Towarzyszy nam wszędzie i ogranicza stres. Co to znaczy uczyć się na błędach!
Bo w domu to my nie przesiadujemy za długo. Wcześniakom szczególnie dokładnie trzeba zbadać oczy. Co tam zbadać... To istna tortura, kiedy takiemu maleństwu przystawia się do gałki ocznej jakieś zimne żelastwo. W XXI wieku w sercu Europy! Nie wierzę. Ale trzeba. Dalej neurolog, ortopeda, bioderka, szczepienia, ważenie, mierzenie, rozbieranie, ubieranie, przewijanie... dobrze, że jest lato.
Płacz noworodka
Pierwsze tygodnie sprawiają, że patrzę na mojego dzielnego wojownika z uznaniem. Jeśli płacze, to znaczy, że jest głodny albo coś go boli. Albo mu zimno, albo gorąco. A może niewygodnie? Przecież nie umie powiedzieć. Nawet pokazać nie potrafi, gdzie boli. Płacz to jedyna forma komunikacji, którą takie małe dziecko zna. Trzeba użyć dekodera płaczu, napędzanego doświadczeniem, a na początku metody prób i błędów. Czasem płacz ustaje sam. Ale do płaczu trzeba przywyknąć. Nie każdy tata potrafi od razu. Na początku i tak nie jest źle. Płacz noworodka jest znacznie przyjemniejszy, cichszy niż ten, który później wydobywają z siebie niemowlaki. Co robić? Przede wszystkim, zamiast się ewakuować, spróbować rozwiązać problem. Kołysanie, kąpiel, uspokajanie metodami "naturalnymi", podobnymi do tych, które malec miał przez miesiące ciąży mamy. Mówią, że to jest zdecydowanie zdrowsze niż smoczek. Ale w obliczu naszych perypetii, kiedy i tak trzeba było nauczyć Tośka pić mleko z butelki, smoczek szybko trafia do naszego domu, a cały ich zapas do torby.
Czasem zasada ma taki wyjątek: "Kiedy masz większe kłopoty na głowie, nie robisz sobie dodatkowych". Jeśli smoczek pomaga, to jego wady schodzą na drugi plan. Nad złym zgryzem, a co za tym idzie ewentualnymi wadami wymowy, które może spowodować "smoktanie", zajmiemy się, kiedy wszystko się uspokoi. Pilnuję tylko, żeby wymieniać, kiedy jest nadgryziony. Każdy upuszczony na podłogę przez Tośka smoczek wyparzamy we wrzątku. Wiadomo, pierwsze dziecko. Podobno przy trzecim zgubiony smoczek przynosi dziecku pies. Alicja, która urodzi się cztery lata później, kategorycznie odmówi używania tego sprzętu. Kiedy kobieta mówi "nie"... Nie zmuszam.
W końcu pokonujemy żółtaczkę i kończymy rajdy po ośrodkach zdrowia. Jest łatwiej. Stres odpuszcza. Chyba wygraliśmy. Czuję, że nie tylko zdrowie Tośka. Coś więcej. To, co przeszliśmy - choć wiem, że mieliśmy masę szczęścia i mogło być znacznie trudniej - zaprawiło mnie w bojach.
Pierwsze wycieczki
Żeby odreagować pierwsze tygodnie, organizujemy weekendowe wyprawy w Polskę. Wycieczki się wydłużają. Kiedy w styczniu berbeć skończy pół roku, będzie miał już zaliczone: morze, góry i kilka urokliwych zakątków na ścianie wschodniej. Podlasie z pięknym rozlewiskiem Narwi, Kazimierz Dolny, Sandomierz. W tym ostatnim pcham wózek przez piaszczysty wąwóz Królowej Jadwigi z dużym wysiłkiem, bo wózek miejski, koła małe. Blokuję te przednie, żeby nie skręcały, i jakoś idzie. Grunt, żeby chodzić, spacerować, wietrzyć. Jeśli lubisz podróżować, dziecko nie jest żadną przeszkodą. Jasne, że trzeba się odpowiednio przygotować, bagaż jest spory. Fotelik musi zapewniać maksimum bezpieczeństwa, co dwie godziny robisz postój i kładziesz małego podróżnika w gondoli, żeby mógł rozprostować kości. Warto dopiąć swego. Nie odpuszczać. Dziś wycieczki, małe i duże, to dla Tośka i Alicji normalka, efekt turystycznej tułaczki od maleńkości. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, a my nie mamy domu z ogródkiem ani działki. Z każdym rokiem podnosimy poprzeczkę i kiedy Alicja skończy rok, będzie miała zaliczone wczasy nad Bałtykiem, Beskidy, Sudety i dwie wycieczki zagraniczne. I to samolotem. Choć to bardziej nasze zachcianki. Moment ucieczki, naładowanie baterii przed powrotem do obowiązków. Można na nie odłożyć, kiedy kocha się podróże i nie szaleje się "na mieście". Na to drugie i tak nie ma czasu.
Niezbędne zakupy dla malucha
Straszyli, że dziecko to skarbonka, a becikowe, jednorazowy protoplasta pięćset plus, zniknie po pierwszych zakupach. Dlatego postanawiam zostać łowcą okazji. Szybko orientuję się w cenach artykułów pierwszej potrzeby, których przy dziecku ciągle jest długa lista. Pieluchy? Tylko do 50 groszy za sztukę. Nie wszystkie megapaczki się opłacają. Wkładki laktacyjne. Dwupak jednak lepiej, ale tylko w tym konkretnym sklepie trzymają fajną promocję. Kiedy zerkam uważniej na ceny, odkrywam świat handlowych pułapek. Ile ich jest! Wkurzam się. To nieuczciwe! Młody rodzic nie ma czasu na drobiazgi, a kupić musi. Chusteczki nawilżające? Często w czteropaku wychodzą drożej niż w dwupaku. Tej samej firmy! Ustalam, że płacę maksymalnie cztery złote za paczkę. W okolicy pełno hipermarketów, nawet nocnych. Po miesiącu wiem już, gdzie i kiedy uzupełnić domowy składzik, nie wydając fortuny, także na benzynę, i nie tracąc czasu na przejazdy. A poza tym lubię wyzwania. A umysł ma na moment inne niż w domu zadanie.
O rynku produktów dla kobiet w ciąży oraz dla świeżo upieczonych rodziców mógłbym napisać sporo. Czy naprawdę dżinsy dla przyszłej mamy z doszytym elastycznym pasem na brzuch muszą być droższe od zwykłych? Co tam tak nabija koszty, do diaska? Czy jak zaczną łysym czapki sprzedawać po wyższej cenie, to będzie w porządku?
Dobrze na zakupach zachować zimną krew. Wiele towarów da się zastąpić, a wielu użyjesz raz czy dwa. Są zbędne. Minimalizm na tym etapie jest mi jeszcze obcy, ale będę ku niemu kroczył za kilka lat. Teraz wraca moda na pieluchy wielorazowe. Są w ładnych wzorach i kolorach. Fajne. By odciążyć nieco środowisko i nie zaśmiecać brudnymi jednorazówkami, nie trzeba od razu wracać do upychania pod bobasa tetry. Zresztą i ta się czasem przydaje. Idealna moskitiera, kiedy mały Tosiek ucina sobie drzemkę na balkonie albo na spacerze.
Spacery
Mieszkamy na obrzeżach miasta. Mamy gdzie spacerować. Chodzimy "na pociągi". Tak nazywam naszą trasę, podczas której między domami i ogródkami przemykamy w kierunku rozciągającego się na wielkim terenie dzikiej łąki węzła kolejowego. Lubię patrzeć, jak gnają. SKM, Koleje Mazowieckie, Inter City. Kolorowe, ciche, szumią, mknąc w rozmaite strony. Odgłos pociągów w oddali towarzyszył mi od dzieciństwa, był naturalnym elementem dźwiękowego krajobrazu. Kiedy przeprowadziliśmy się do tej dzielnicy, usłyszałem je instynktownie. Odkryłem to miejsce. Tę przestrzeń! Coś, czego w zatłoczonym mieście szybko zaczyna brakować. Na horyzoncie Warszawa rysuje znane kształty Pałacu Kultury i nowych wieżowców. Moje oczy odpoczywają, oddycham powietrzem bez spalin. Będziemy tu też przychodzić z małą Alicją. A kiedy dzieci podrosną, zajrzymy niejeden raz, tak po prostu, pohasać po polu, zerwać kwiaty, bezkarnie pokrzyczeć, a w mroźne, szare dni, stłuc lód w kałużach i z oddali popatrzeć na miasto.
Ubieranie niemowlaka
Spacerujemy, Tosiek najczęściej śpi. Upał odpuszcza, momentami robi się chłodno. Jak w ogóle ubierać wcześniaka? Przecież on zasadniczo powinien być jeszcze w ciepłych wodach pierwotnego morza. Nawet w lipcu musi być mu zimno. Nie chcę go przeziębić, dość ma kłopotów ze zdrowiem. Udaje się. Pierwszy katar zaliczymy dopiero jesienią i to paradoksalnie w dusznym i gorącym pokoju podczas wyjazdu. Tymczasem chuchro przybiera na wadze i rośnie. Zaczyna dokładniej wypełniać już sobą standardowe ubrania dla noworodków. Coraz trudniej dopiąć napy w śpiochach, pajacach i bodziakach. Kroje i typy ubrań są różne i każdy ma nazwę! Jeśli myślałeś, że twoja partnerka ma mnóstwo ciuchów, które tobie, facetowi, niczego nie przypominają, i zastanawiasz się, jak to się w ogóle zakłada, to teraz witaj na diabelskim młynie! W końcu pojmuję, co jest czym, i wydłużam moją listę zakupów o odzież.
Kąpiel
Trzeci kilogram Tośka witam z entuzjazmem, a przy czwartym spoglądam na niego jak na konkretnego obywatela. Już wygodniej chwyta się go podczas codziennej kąpieli. Bo, choć słyszę, że w Niemczech na początku dzieci kąpie się co kilka dni, lubię ten wieczorny rytuał i staram się go nie pomijać. Tosiek też lubi, to widać po uśmiechu. Dlatego kupuję też turystyczną wanienkę, składaną. Miał głowę ten, kto takie ustrojstwo wymyślił. Po złożeniu płaska, nie za duża, łatwo mieści się w samochodzie. Spośród wynalazków branży ten akurat szanuję. Gdyby nasza niebieska miała licznik kilometrów, może nawet mogłaby się pochwalić okrążeniem równika! W domu mamy cały komplet do kąpania, stworzony na wymiar przez dziadka. Stojak na wanienkę doczepiany do umywalki. Schylanie się nad wanną z moim wzrostem i nadwerężonym kręgosłupem byłoby koszmarem... Po kąpieli, na przewijaku wycieranie, zakładanie pieluchy, ubieranie skrzata. Przypomina go w swojej czapeczce. Potem karmienie, usypianie, które wtedy nie jest jeszcze wyzwaniem. Wszystko zaczyna biec swoim rytmem, ale ciągle się uczę. Tyle danych. O tylu ważnych rzeczach trzeba pamiętać.
Powrót do pracy
Kończy się czas połogu i zaraz skończy się urlop. Wracam do pracy. Z początku na dyżury popołudniowe, ale niebawem wrócę do wstawania o świcie. Radiowe poranki. Moje miejsce. Budzik zrywa mnie o 4.30 i nie ma zmiłuj. Mam wprawę we wstawaniu o nieludzkich porach, więc oporządzanie Tośka w nocy jakoś idzie. Zakładam bodziak z napisem "50 procent mamy, 50 procent taty". Producenci wiedzą, jak zasugerować podział obowiązków. A nadruk na śpiochach "Kocham mamę i tatę" ma funkcję terapeutyczną. Śpiochy same przemawiają w imieniu usypianego. Czy faktycznie jest, jak mówią, że wtedy nawiązujemy więź? Jeśli tak, to dzieje się to poza świadomością obydwu z nas. Przewijam i przebieram szybko, bo nocą czas od kwęknięcia do ryku biegnie szybciej. Płacz zaś o tej porze świdruje w półprzytomnej głowie dotkliwiej. "Im szybciej sprawę załatwisz, tym załatwisz ją ciszej", przypominam sobie, kiedy w kołysce słychać pierwsze oznaki pobudki.
Przynoszę głodomora do "stołówki". W tym czasie zasypiam i już nie pamiętam, kto odłożył go z powrotem do kołyski. Myślałem, że wytrzymam dłużej. Ale po powrocie do pracy wstawanie o północy, potem o trzeciej, kiedy za chwilę koniec nocy, okazuje się zbyt trudne. Przegrywam z siłami natury. Rzeczywistość szybko stawia mnie do pionu. Mnie i moje wyobrażenia. Matematyki nie oszukasz. Żebyś czuł się wypoczęty, sen musi chwilę trwać, a przede wszystkim nieprzerwanie. "Wyśpij się na zapas", przeklinam w duchu te życzliwe brednie. Obowiązki przejmuje żona. To moja porażka. Pierwsza porażka jako ojca. Nie ostatnia. Na szczęście Tosiek śpi dłużej i budzi się w nocy tylko raz.
Czy żałuję, że nie wziąłem urlopu tacierzyńskiego? I tak, i nie. To dla ojca trudna decyzja, dla wielu niosąca poważne skutki zawodowe, łącznie ze zwolnieniem z pracy. Czasem pod przykrywką reorganizacji firmy, likwidacji stanowiska. Problem ten dotyka wciąż jeszcze głównie kobiety na macierzyńskim, ale nie można nie zauważyć, że faceci też stają się ofiarami skostniałego podejścia do sprawy. Rozumiem sprzeczność interesów pracodawcy i pracownika, ale świat naprawdę zaczął sobie z tym radzić, także kompleksowo. Przywiązany do roli żywiciela rodziny mężczyzna boi się sytuacji, w której z powodu dłuższej nieobecności w pracy zostanie na lodzie. A jednak coraz częściej ten czas wykorzystuje do przemodelowania w głowie swojej kariery, celu, i próbuje po tych kilku miesiącach swych sił w czymś zupełnie nowym, na własny rachunek. Kiedy rodzi się dziecko, to tak, jakby z dnia na dzień zmieniono ruch na lewostronny, ale ty musisz jechać dalej. Nie możesz się zatrzymać, żeby nie utknąć na poboczu. Mistrzowie wyzwań przechodzą przez to gładko. Niektórym sprzyja szczęście. Inni się nie martwią, bo życie coś podsunie. Każdy z nas jest inny. A czas spędzony z dzieckiem jest wyjątkowy. Nie da się go przecenić. Nie znam ojca, który tych kilku miesięcy by żałował.
Mam szczęście, bo specyfika mojej pracy, a dokładnie godziny pracy umożliwiają dyspozycyjność w domu od południa. Syn mnie widzi, spędzamy ze sobą sporo czasu. Do tego wiele rzeczy udaje się załatwić z Tośkiem za dnia. Sprawy urzędowe, których akurat tamtego lipca się namnożyło, załatwiam szybko i sprawnie niemal bez kolejek. Tak jest między innymi z aktem urodzenia, po który muszę jechać na drugi koniec miasta. Kiedy zaś żona stoi trzy godziny w urzędowej kolejce, ja bez stresu z noworodkiem w wózku zwiedzam okolicę. Przy Alicji będzie podobnie. Oczywiście w odwodzie są babcie. To duża pomoc, komfort, który sprawia, że trudniej zdecydować się na przerwę w pracy. Czasem tylko zastanawiam się, co zmieniłoby się w naszym życiu, gdybym z urlopu tacierzyńskiego skorzystał. Zawodowo byłbym na pewno gdzieś indziej. Takie czasy, taki zawód, takie moje realia. A relacje z dziećmi? Nie narzekam na nie. Pewnie przewinąłbym więcej pieluch, w nogach miał więcej kilometrów. Czy byłbym bardziej cierpliwy? To już gdybanie. Tak czy owak, prawdziwe tatowanie dopiero na mnie czekało.
Kolejne lipce już zawsze będą mi przypominały o tym jednym, w którym na świat przyszedł Tosiek. Każde urodziny pierworodnego są okazją, by powspominać, przejrzeć zdjęcia. Tosiek nie pyta o swoje pierwsze dni tak często, jak robi to Alicja. Moja pięciolatka wręcz rozpływa się nad fotografią maleńkiego brata.
Objaśnianie świata
"Ooo! Jaki malutki. Taki słodziutki. Ojeeeej... Ja bym chciała mieć córeczkę wcześniaczkę", wyrzuca z siebie. Parskam śmiechem, ale nie zostawiam tematu. Wszystko dokładnie jej tłumaczę, bo po tych dziewięciu latach wiem, że to jest najważniejsza rola rodzica. Objaśnianie świata. Najtrudniejsze zadanie, przy którym trzeba być uważnym, bo nie ma taryfy ulgowej. Od chwili gdy dzieci zaczynają mówić, zaczynamy się lepiej komunikować. Zyskujemy najpotężniejsze narzędzie. Tylko od nas zależy, jak się nim posłużymy. Wszystko, co powiemy przy dziecku, do nas wróci, choć czasem będzie przeciwko nam wykorzystane.
Zanim ta zasada zacznie obowiązywać na dobre, mówimy do dziecka. Do bobasów najczęściej zdrobnieniami. Denerwuje mnie to. Czy to naprawdę jest dziecku potrzebne? Czy tworzy mu przyjazny i bezpieczny świat, sprawiając, że jest spokojniejsze? Muszą być śpioszki, a nie śpiochy? A kiedy będziemy mówić "śpiochy"? Przecież zaraz przestanie w nich spać? Jeszcze przed narodzinami Tośka obiecałem sobie, że zdrobnieniom zamykam drzwi. Chyba że się wygłupiamy albo tulimy "łapki naszej małej padlinki" przed snem. W innych sytuacjach wszelkie buteleczki z mleczkiem do naszego pokoiku wstępu nie mają! Nieprzesadnie, ale udało mi się tej zasady trzymać. Dziecku można powiedzieć bez tego wydziwiania, że jest słodkim malcem, kruszyną i się je kocha najbardziej na świecie. Bo niby dlaczego nie zwracać się do dziecka jak do dorosłego? Wystarczy zdrobnienie imion. To akceptuję. Żona podobnie.
Na razie mówię ja, ale ani się obejrzę, a zaczniemy rozmawiać. Chyba każdy rodzic na to czeka. Tak jak na pierwsze kroki. Kiedy dziecko wchodzi na oba te poziomy, czujesz, że masz w domu partnera. Chcemy te chwile przyspieszyć. W chwili gdy Tosiek będzie na ostatniej prostej przed puszczeniem mojej ręki i zrobieniem samodzielnie pierwszego kroku, przyglądająca się nam życzliwie podczas spaceru pewna starsza urocza pani podsumuje: "Ech, wy rodzice... Ciągle trujecie dziecku: "No, puść się, idź sam!" albo: "Powiedz to, powiedz tamto...". A jak już dziecko to zrobi, słyszy od was tylko: "Usiądź na tyłku i nie gadaj przez chwilę!"".
Dziś bym ją chętnie uściskał. Ale do dziś wiele się we mnie zmieniło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki