1. Organizacje przestępcze krajów Ameryki Łacińskiej
1
Organizacje przestępcze krajów Ameryki Łacińskiej
Myśląc o narkobiznesie, często mamy przed oczami wszechwładne, świetnie
zorganizowane latynoamerykańskie organizacje przestępcze, takie jak
choćby siejący obecnie terror Cártel de Jalisco Nueva Generación (CJNG)
czy osławiony Cártel de Sinaloa (CDS).
Pojęcie "kartel narkotykowy" bywa mylące, ponieważ jest nieostre. Kartel
to po prostu porozumienie między przedsiębiorcami, którego celem lub
skutkiem jest wyeliminowanie, ograniczenie lub naruszenie konkurencji.
Chodzi zatem o nielegalne ograniczanie konkurencji, by osiągać wyższe
zyski. Kupujący płaci zdecydowanie więcej za ten sam towar. Tak samo
jest w przypadku karteli narkotykowych, które zrzeszają wiele
organizacji, by zbudować monopol i windować ceny substancji
psychoaktywnych. Samo porozumienie pomiędzy organizacjami może być
ścisłe lub przypominać luźny związek. Niektóre kartele są zarządzane
żelazną ręką i bardzo scentralizowane (np. niegdyś Los Zetas), inne zaś
są swobodnym układem różnych organizacji przestępczych, które zachowują
sporą autonomię, a czasami działają zupełnie od siebie niezależnie (np.
Cártel de Sinaloa).
Wbrew obiegowym wyobrażeniom kartele sprzedają nie tylko narkotyki. W latach 70. i 80. kartele kolumbijskie, a potem także meksykańskie,
rzeczywiście dorabiały się głównie na sprzedaży marihuany, potem kokainy
i pochodnych. Teraz jednak krociowe zyski zapewnia im oprócz sprzedaży
narkotyków handel ludźmi, bronią, odpadami, dzikimi zwierzętami,
bezprawna wycinka lasów, wydobycie metali, kruszców i kamieni rzadkich,
wreszcie porwania dla okupu. Zdaniem meksykańskiego eksperta od
przestępczości zorganizowanej, Alfreda Castillo, w 2014 roku kartele
czerpały dochód z nielegalnego wydobycia rudy żelaza. Z kolei dla
Alfreda Pe?i i The Associated Press źródłem zysków były haracze
nakładane na duże firmy międzynarodowe, a także okradanie pracowników
wykorzystujących przekazy pieniężne, aby wspomóc swoje rodziny. Kartel
CJNG czerpie ogromne zyski z nieuczciwego timesharingu, czyli
oszukańczej umowy korzystania z wakacyjnej nieruchomości (apartamentu,
hotelu, bungalowu) przez określony czas w roku (np. 1-2 tygodnie),
zazwyczaj dłuższej niż rok.
Wielkie dochody tych organizacji pozwalają im osiągać potężne rozmiary.
Prestiżowe czasopismo "Science Magazine" podało w tym samym roku, że
meksykańskie kartele zatrudniają 160-185 tysięcy osób i pozostają piątym
pracodawcą za takimi firmami, jak Femsa (321 tys.), Walmart (231 tys.),
Manpower (203 tys.) czy America Movil (181 tys.). Rozwiązaniem mogłyby
być wyższe zarobki u legalnych pracodawców, które osłabiłyby
atrakcyjność organizacji przestępczych. Młodzi ludzie woleliby dobrze
zarabiać i mieć pewność, że dożyją jutra. Tak niestety się jednak nie
dzieje, zwłaszcza odkąd administracja Donalda Trumpa nałożyła na Meksyk
nowe cła. Narkobiznes rośnie w siłę i zbiera krwawe żniwo, głównie wśród
młodych.
Kobiety, podobnie jak mężczyźni, od samego początku są powiązane z nielegalnym biznesem, z tą jednak różnicą, że z rzadka wstępują w szeregi organizacji przestępczych. Najczęściej współpracują z nimi. W wielu wypadkach nie jest to ich decyzja, są do tego przymuszane. Kobiety
zdecydowanie rzadziej zajmują stanowiska kierownicze i tylko
sporadycznie udaje im się wspiąć na szczyt. Nie oznacza to jednak, że
tak się nie zdarza! W poczet największych piratów ponad dwieście lat
temu zapisała się Chinka Ching Shih, która zrewolucjonizowała piractwo
jako formę zarobkowania. Historyk Robert J. Antony przekonuje, że
wcześniej zajmowali się nim dorywczo rybacy, zaś pod jej rządami stało
się ono pełnowymiarową profesją. W szczytowym okresie funkcjonowania, w pierwszej połowie XIX wieku, Ching Shih miała pod swoją komendą blisko
1,5 tysiąca statków i ponad 60 tysięcy podkomendnych!
Także w czasach nam współczesnych działają "mistrzynie zbrodni". Mam tu
na myśli takie "gwiazdy" narkobiznesu jak Kolumbijki Griselda Blanco,
Mery Valencia de Ortis czy Meksykanki Sandra Avila Beltran, okrzyknięta
Królową Pacyfiku, oraz dwudziestojednoletnia La Catrina, jedna z szefowych Cártel de Jalisco Nueva Generación. Kobiety te, podobnie jak
chińska piratka, zrewolucjonizowały przestępczy biznes. Zwłaszcza
Griselda Blanco i Mery Valencia de Ortis jako matki chrzestne imperiów
narkotykowych wprowadziły nowe metody przerzutu towaru oraz jego
dystrybucji, podbijając rynek amerykański.
Z reguły jednak kobiety od lat wykonują najgorszą i najmniej opłacaną
pracę. W wielu przypadkach nie mają wyboru i muszą przemycać kontrabandę
zarówno przez granicę, jak i do zakładów karnych. Ryzykują życie,
zdrowie i wolność. Brytyjka Jennifer Fleetwood udowodniła, że choć spora
część kobiet robi tą pod presją, to jednak ich zaangażowanie w narkobizes jest bardziej powszechne, niż się zwykle uważa. Badaczka
pokazała, że są one zarówno ofiarami, jak i sprawczyniami, a nawet
sprawnymi organizatorkami nielegalnego obrotu substancjami
psychoaktywnymi. Szczególnie trudna jest sytuacja kobiet pracujących
jako muły, zwanych w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej potocznie
hormigas, czyli mrówki. Wiele z nich trafiło wcześniej do zakładów
poprawczych, a teraz przebywa w więzieniach. Są wyrzucone poza nawias
społeczeństwa. Zmuszone do odsiadki z dala od rodziny i przyjaciół stały
się kozłami ofiarnymi poświęconymi dla interesów organizacji
przestępczych. Część z nich jednak wybrała taki los świadomie, chcąc
zaistnieć w zdominowanym przez mężczyzn brutalnym biznesie narkotykowym.
Kobiety pracują dla narkobiznesu nie tylko w Meksyku, ale również w Hondurasie czy Ekwadorze. W tych państwach krajobraz przestępczy
wypełniają małe gangi uliczne. Przykładem są honduraskie i salwadorskie
Mara Salvatrucha (MS-13) lub Barrio 18. Te dwie organizacje przestępcze,
których życie toczy się na ulicach dużych miast, mają zupełnie inny
modus operandi niż takie wszechwładne kartele jak Jalisco Nueva
Generación czy Sinaloa. Honduraskie i salwadorskie gangi uliczne
pozostają zdecydowanie bliżej ludzi, gdyż są wkomponowane w społeczności
lokalne. Młodym osobom obojga płci oferują przynależność do grupy i bezpieczeństwo, a czasami pomoc. Część członkiń MS-13, z którymi
rozmawiałem, wręcz deklarowała, że gang jest dla nich drugą rodziną, w której mogą liczyć na szacunek i wsparcie. Inaczej także przebiega tu
rekrutacja niż w przypadku dużych karteli narkotykowych, które znamy z Meksyku lub Kolumbii. Z reguły nie jest ona siłowa, ale wynika ze
znajomości sytuacji prywatnej dziewcząt i młodych kobiet. Te z kolei
wstępują w szeregi organizacji, które znają z codziennego życia. Ich
członkowie to przeważnie sąsiedzi, znajomi, koledzy i przyjaciele,
czasami nawet rodzeństwo.
Wspomnieć należy także o narkoinfluencerach, którzy podbijają obecnie
rynek niezależnie od dużych organizacji przestępczych. Wśród nich są
także nastolatki i młode kobiety, które wykorzystując media
społecznościowe i komunikatory internetowe, takie jak Facebook,
Instagram, Tiktok czy Telegram, oferują większość znanych substancji
psychoaktywnych oraz szybką dostawę poprzez firmy kurierskie,
przewozowe, a nawet drony. Jak podaje Ghaleb Krame, te ostatnie zresztą
są w coraz częstszym użyciu większości organizacji handlujących tego
rodzaju towarem.
Tematyka przestępczości zorganizowanej w krajach Ameryki Łacińskiej
porwała mnie w 2010 roku. Wtedy to w ramach Szkoły Letniej organizowanej
na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego po raz
pierwszy wyjechałem do Ameryki Południowej. Jeszcze przed zajęciami
miałem okazję trochę pozwiedzać Brazylię. Zacząłem od pięknych plaż
Ipanema i rozsławionej przez filmowców Copacabany w Rio de Janeiro,
które w lutym wyglądały nieziemsko.
Do tej pory jednak pamiętam zalecenia naszych gospodarzy, by na plaży
mieć oczy dookoła głowy i się nie oddalać. Ostrzeżenie było konieczne,
gdyż bezpośrednio z Copacabaną sąsiadują niebezpieczne, a zarazem
bajkowo kolorowe fawele. Tamtego dnia, kiedy widziałem je oświetlone
ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, pomyślałem w duchu, że
chciałbym dowiedzieć się więcej o miejscu, które znałem dotąd tylko z reportaży i kilku filmów.
Wieczorem w asyście przyjaciół z goszczącej nas uczelni wybraliśmy się
posmakować nocnego życia Rio de Janeiro. Gospodarze nakazali nam trzymać
się razem i nie zbaczać z głównych ulic. Przyznaję, że takie polecenie
wzbudziło we mnie ciekawość. Podążając z tyłu za grupą, rozglądałem się
wokół w poszukiwaniu sensacji. W pewnym momencie zauważył to Raul, jeden
z naszych opiekunów. Był mniej więcej moim równolatkiem, a studia
skończył kilka lat wcześniej. Zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili zapytał
wprost: "Co cię tak naprawdę interesuje?".
-?W Polsce zajmuję się przestępczością nieletnich i nie ukrywam, że
zerkam sobie na boki, korzystając z okazji, że jestem w tak osławionym
mieście -?odpowiedziałem szczerze w nadziei, że podejmie temat.
Raul szedł przez chwilę w milczeniu, po czym przystanął.
-?Zatrzymajmy się tutaj, coś ci pokażę -?mruknął, strzelając oczami.
Skręciliśmy w boczną uliczkę, gdzie znajdował się jakiś klub. Za wielkim
oknem wystawowym w wymyślnych strojach stali kobieta, mężczyzna i osoba
transseksualna. Obok nich widniały tabliczki "Mulheres", "Homens" i "Mutantes"1. Moje pytające spojrzenie spowodowało, że Raul
poczuł się w obowiązku wytłumaczyć mi, o co chodzi.
-?Tu możesz dostać wszystko, na co tylko masz ochotę -?zakomunikował
tajemniczo.
-?Co oznacza wszystko? -?wyartykułowałem dobitnie, wpatrując się w wystawę.
-?W tym klubie oferują absolutnie wszystko -?powtórzył. -?Od seksu dla
wyjątkowo wybrednych klientów aż po najbardziej wyszukane narkotyki.
-?Każdy może tu wejść? -?drążyłem jak uczeń.
-?Niestety nie. Tylko jeśli masz zaproszenie, rekomendację lub cię
dobrze znają -?odparł konspiracyjnie. -?Chodź, dołączymy do grupy, ale
przejdziemy tędy. -?Wskazał ręką równoległą zaciemnioną uliczkę.
Mój wewnętrzny radar wysyłał mi jedno ostrzeżenie za drugim. Wiem, że
sam nigdy bym się tam nie zapuścił. Resztki rozsądku upominały mnie, że
zdałem się na kolegę, którego znam zaledwie parę dni. Postanowiłem
jednak zaryzykować. Inna sprawa, że nie chciałem wyjść na cykora.
Po chwili moim oczom ukazały się sylwetki osób powyginanych w nienaturalnych pozach. Niektóre z nich leżały na kartonach, inne na
ręcznikach lub kocach. Pozostałe po prostu trwały w bezruchu, stojąc,
klęcząc lub kuląc się w pozycji kucznej.
-?Są pod wpływem narkotyków -?wyjaśnił mój towarzysz, dając mi znak,
żebyśmy się nie zatrzymywali.
Przyznam, że ten widok zrobił na mnie spore wrażenie. Przypomniały mi
się ulice Filadelfii i Nowego Jorku, które zwiedzałem rok wcześniej.
Wtedy po raz pierwszy widziałem na żywo ludzi w takim stanie.
Po całonocnej balandze w klubie musiałem choć trochę się zdrzemnąć. Nad
ranem zbudził mnie dzwonek telefonu. Dostałem wiadomość od Raula, że ma
dla mnie propozycję. Okazało się, że chce mi pokazać słynne fawele.
Poczułem wielką ekscytację, która zepchnęła na margines całą senność.
Zastrzegł, że on sam nie mógłby wjechać do środka, ale zna kogoś, kto
jest stamtąd i może nas zawieźć. Oczywiście skrzętnie skorzystałem.
Parę godzin później byłem już w drodze. Stare, na wskroś przerdzewiałe
auto kolegi Raula nie rzucało się w oczy, a wręcz idealnie komponowało
się z krajobrazem. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, ubywało
turystów, restauracji oraz budynków użyteczności publicznej. Z bliska
okazało się, że kolorowe domki, które z daleka wyglądały jak z bajki,
tak naprawdę zostały sklecone z wszelkich dostępnych materiałów -
kawałków drewna, kartonów, z rzadka cegły. Przypomniał mi się opis z Encyklopedii Britannica2, który dobrze ilustruje, czym są
fawele:
[...] zlokalizowane w obrębie lub na obrzeżach największych miast kraju,
zwłaszcza Rio de Janeiro i S?o Paulo. Fawela zwykle powstaje, gdy
osadnicy nielegalnie zajmują puste tereny na peryferiach miasta i budują
prowizoryczne chaty (baraki) z odzyskanych lub skradzionych materiałów.
Budowa rozpoczyna się od lekkich konstrukcji z resztek drewna, blachy i gliny. Z czasem są one zastępowane lub wzmacniane trwalszymi
materiałami, takimi jak cegła, bloki żużlowe czy płyty betonowe. Brak
podstawowej infrastruktury sprzyja powstawaniu niestabilnych,
improwizowanych instalacji wodno-kanalizacyjnych i elektrycznych. Często
wodę trzeba transportować z dużej odległości, a prymitywne metody
utylizacji odpadów stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego.
W wyniku przeludnienia, złych warunków sanitarnych, niedożywienia i skażenia środowiska w biedniejszych fawelach szerzą się choroby, a wskaźnik umieralności niemowląt pozostaje wysoki.
Dopiero potem doczytałem, że w trakcie nieustannego procesu
przeobrażania tego miejsca na bieżąco dokonuje się rekonstrukcji. Wznosi
się nowe ramy stalowe i burzy stare ściany, a odzyskany materiał trafia
do ponownego wykorzystania. Domy są mieszanką stali, betonu, cegły,
cementu, kamienia naturalnego, drewna, płytek, metalu i plastiku. W razie gwałtownego porywu wiatru lub, co gorsza, huraganu czy powodzi
niewiele z nich pozostaje.
Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, w ruchach i spojrzeniu kolegi Raula
dostrzegałem rosnącą nerwowość, mimo że był z tych okolic. W pewnym
momencie oświadczył, że może zwolnić jedynie do dwudziestu
pięciu-trzydziestu kilometrów na godzinę i pod żadnym pozorem nie będzie
się zatrzymywał. Przyjąłem jego komunikat z pokorą i wdzięcznością, że
zgodził się mi to wszystko pokazać. Zasłaniając ręką słońce, które co
chwila przedzierało się przez ściany zabudowań, starałem się skupić
wzrok na widoku za oknem samochodu. Przed domami beztrosko bawiły się
dzieci i siedziały kobiety w różnym wieku. Miałem wrażenie, że
przeniosłem się do rzeczywistości filmowej.
Przygotowując się do wyjazdu do Brazylii, obejrzałem kilka filmów
dokumentalnych i fabularnych. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie Miasto
Boga z 2002 roku w reżyserii Fernando Meirellesa i Kátii Lund,
zrealizowane na podstawie powieści Paulo Linsa. Teraz z odległości
kilkunastu metrów, i to jeszcze zza szyby auta, widziałem obraz łudząco
podobny do miejsca akcji tego filmu. Tym, co nie od razu zwróciło moją
uwagę, był brak mężczyzn. Nie dostrzegłem ich zbyt wielu, zwłaszcza
takich w sile wieku. Kolega Raula stwierdził, że są albo w środku, albo
w pracy, bo zwykle wieczorem i w nocy do wczesnego poranka imprezują.
Rozmowy przeprowadzone później z innymi ludźmi "z okolicy" oraz ze
środowiska uczelnianego potwierdziły tę informację. Najczęściej widać
było kobiety z małymi dziećmi. Część z nich przesiadywała w pobliżu
domów, inne rozmawiały ze sobą, doglądając potomstwa. W 2023 roku
Fundation for Global Girls podała, że fawele to dom dla blisko czterech
milionów dzieci!
-?Niech cię nie zmylą te kolorowe konstrukcje i widok kobiet oraz
maluchów -?odezwał się Raul, sprawiając, że ocknąłem się z rozważań na
temat tego, co właśnie widzę.
-?Dlaczego? -?zapytałem, domyślając się odpowiedzi.
-?Tutaj co chwila ktoś ginie, nie tylko w samych fawelach, ale także na
ich obrzeżach -?burknął grobowym głosem.
Uznałem, że muszę to sprawdzić. Okazało się, że mój kolega wcale nie
przesadzał. Christovam Barcellos i Alba Zaluar podali w 2014 roku, że
wewnątrz faweli notuje się rocznie od 22 do 44 zabójstw na 100 tysięcy
mieszkańców. Co ciekawe, jeszcze niebezpieczniej jest w bezpośrednim
otoczeniu faweli. W okręgu do 100 metrów poza nimi wskaźnik zabójstw
wynosił od 48 do 129! Jest to więc jedno z najbardziej niebezpiecznych
miejsc na świecie.
Co wiadomo o brazylijskich fawelach? Ich korzenie sięgają końca XIX
wieku. Zakładali je byli niewolnicy, tworząc nieformalne społeczności na
obrzeżach miast. Miejsca te przeżyły burzliwy rozwój w latach 40.-70. XX
wieku, kiedy fale migrantów wiejskich przybywały na obszary miejskie w poszukiwaniu lepszych możliwości życia. Wysokie ceny gruntów i ograniczona liczba mieszkań sprawiły, że przybysze nie mieli innego
wyjścia, jak tylko osiedlać się w prowizorycznych domostwach.
Britannica podaje, że w Rio de Janeiro populacja faweli wzrosła z około 170 tysięcy w 1950 roku do ponad 600 tysięcy w 1980. Szacuje się,
że na początku XXI wieku w mieście istniało około 1000 faweli, a dane ze
spisu ludności z 2010 roku wykazały, że takie dzielnice zamieszkiwało
około 6 procent całkowitej populacji Brazylii.
Raul zrobił mi jeszcze jedną niespodziankę w S?o Paulo, gdzie odbywała
się szkoła letnia. Po chwili jazdy autem znalazłem się przed ogrodzonym
budynkiem. Sprawiał wrażenie dość mocno zaniedbanego. Kraty w oknach i druty kolczaste kojarzyły się z więzieniem. "Co się tam znajduje?" -
zastanawiałem się, spoglądając na zagadkową minę kolegi.
Weszliśmy do środka. Przywitały nas obdrapane ściany, trzeszcząca
podłoga i charakterystyczny zapach wielu ludzi stłoczonych w jednym
miejscu. Wyszła do nas młoda kobieta, która powiedziała po portugalsku,
byśmy poszli za nią. Pracowała w tym w zakładzie poprawczym dla
dziewcząt jako pedagog. Powiedziała, że poprawczaki bardzo różnią się od
siebie w zależności od tego, w jakiej części kraju są zlokalizowane. Te
w większych miastach są z reguły nieco zasobniejsze i lepiej wyposażone.
Zatrudniają także lepiej wykwalifikowaną kadrę.
Weszliśmy do małego pokoju, w którym stały biurko, komputer i kilka
krzeseł. Gdy zapytałem o przestępstwa, za które trafiają tu nieletnie,
nasza przewodniczka zamyśliła się i po chwili odparła:
-?Dziewczyny, które tu przebywają, popełniły różne przestępstwa.
Kradzieże uliczne, rozboje, prostytucja, aż po narkotyki i zabójstwa.
-?Tych ostatnich jest sporo? -?zapytałem z rosnącym zaciekawieniem.
-?Kiedyś było mniej, teraz jest fala wzrostowa. Na narkotykach można
sporo zarobić, a tam, gdzie są duże pieniądze, tam i łatwo o rozlew krwi
-?odparła. -?Dziewczyny są niemniej brutalne od chłopców -?dodała po
dłuższej przerwie.
-?Jak się z nimi pracuje?
-?Sporo zależy od wsparcia ze strony rodziny, no i tego, czy sama
rodzina nie jest uwikłana w nielegalną działalność.
Praca nieletnich dla organizacji przestępczych handlujących narkotykami
wiąże się z ogromnym ryzykiem. Badaczki Veridiana Diniz i Jody McBrien
podają, że w Brazylii w przypadku osób w wieku 15-29 lat wskaźnik zgonów
wynosi 69,9 na 100 tysięcy mieszkańców, co jest rekordem w ciągu
ostatnich dziesięciu lat. W 2017 roku zamordowano 35 783 młodych ludzi.
Ponad połowa ofiar to nastolatki w wieku 15-19 lat. Starsi, w przedziale
20-24 lata, stanowią 49,4 procent. Liczba nieletnich przebywających w zakładach poprawczych wzrosła ostatnio dwukrotnie, osiągając 192
tysiące. W większości przypadków powodem był udział w handlu
narkotykami. Około 10 procent z tej liczby to dziewczęta, których
zaangażowanie w ten biznes stale rośnie.
Okazja do ponownego odwiedzenia Ameryki Południowej nadarzyła się prawie
dwa lata później, pod koniec listopada 2011 roku. Wraz z kolegami z ekwadorskiego SEK Universidad w Quito znalazłem się w malowniczym
rezerwacie przyrody Limoncocha, położonym przy granicy z Kolumbią.
Podczas wyjazdu dzięki profesorowi Krzysztofowi Koneckiemu nawiązałem
kontakt z Tomaszem Morawskim, konsulem honorowym w Ekwadorze, który
niestrudzenie pomagał Polakom przebywającym za kratami. Swoje
doświadczenia opisał w książce Więźniowie. Był to dla mnie moment
przełomowy, gdyż dzięki Tomkowi po raz pierwszy wszedłem do
latynoamerykańskiego zakładu karnego i przeprowadziłem serię wywiadów
oraz mniej formalnych rozmów z polskimi, rosyjskimi, ukraińskimi,
ekwadorskimi, kolumbijskimi i peruwiańskimi osadzonymi. Wielu z nich,
zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej, przebywało tam za przemyt
prochów.
Doskonale pamiętam, że moją uwagę przykuł widok niekończącego się sznura
głównie kobiet, który ciągnął się od rogatek więzienia aż po bramę
główną. Wśród nich wyróżniały się młode, pełne życia dziewczyny ubrane w kuse sukienki i buty na obcasach. Większość stanowiły jednak kobiety w wieku 30-50 lat o poważnych, zmęczonych oczach, często trzymające na
rękach małe dzieci. Zdarzały się także staruszki, których wiek
metrykalny nie odzwierciedlał tego, co wypisane było na ich
pomarszczonych twarzach. Kobiety należące do ostatnich dwóch grup z reguły taszczyły ze sobą tobołki z jedzeniem, pięcio-, a nawet
dziesięciolitrowe baniaki z wodą pitną oraz dzieci. Każda z nich czekała
tu od świtu, by wejść na teren więzienia i odwiedzić męża, partnera,
brata, ojca lub syna. Choć z żadną z nich nie udało mi się wtedy dłużej
porozmawiać, to jednak na tyle zainteresowała mnie ich sytuacja, że
będąc już za murami, wypytywałem o nie osadzonych, personel więzienia, a przede wszystkim Tomka.
Osadzeni, strażnicy i konsul honorowy mieli różne opinie na ich temat,
ale w jednym w zasadzie się zgadzali, w dużym uproszczeniu dzieląc
kobiety odwiedzające ekwadorskie więzienia na trzy kategorie, mianowicie
dziewczyny i młode kobiety, kobiety w sile wieku oraz seniorki.
W Ekwadorze wydarzyło się coś jeszcze. Na kilka dni przed Sylwestrem
spędzałem czas wolny, wdrapując się na Chimborazo (ponad pięć tysięcy
metrów nad poziomem morza). Kiedy potem raczyłem się zimnym piwem,
wsłuchując się w szum nadal aktywnego wulkanu w pobliżu malowniczego
miasta Riobamba, nadeszła wiadomość od koleżanki, która zapraszała mnie
na imprezę noworoczną do Guayaquil. To jedno z większych miast leży w zachodniej części Ekwadoru przy ujściu rzeki Guayas do Zatoki Guayaquil.
Jedyny autokar, który wtedy kursował, odjeżdżał późnym wieczorem. Mniej
więcej około godziny 1.00-1.30 nad ranem nasz pojazd został zatrzymany
przez mundurowych. Do tej pory nie wiem, czy była to policja, czy
wojsko. Ktoś z tyłu rzucił, że szykuje się kontrola antynarkotykowa. Gdy
zaspany zrozumiałem, o co chodzi, do środka wszedł już uzbrojony
funkcjonariusz z psem tropiącym. Czworonóg na służbie metodycznie
obwąchiwał pasażerów i ich bagaże oraz rzeczy osobiste. Zaraz potem
padła komenda, by wszyscy wyszli i oparli ręce o pojazd. Nastąpiło
kolejne przeszukanie, tym razem z udziałem innych psów tropiących. W tym
samym czasie pozostali kontrolerzy podświetlali podwozie autokaru i monitorowali je za pomocą lusterek zamieszczonych na teleskopowych
wysięgnikach. Widać było, że jedynie dla mnie cała ta procedura była
czymś nowym. Ziewający współpasażerowie, którzy posłusznie wykonywali
polecenia, utwierdzili mnie w przekonaniu, że po pierwsze, taka sytuacja
jest standardowa, a po drugie, problem przemytu narkotyków musi być
tutaj powszechny. Przynajmniej na tej trasie. Nikt z pasażerów nie
został, nikt nie był także poddawany kontroli osobistej, więc
odjechaliśmy planowo. Uderzyło mnie jednak co innego -?fakt, że wszyscy
podróżni dokładnie wiedzieli, co mają robić, sprawnie wypakowując
zawartość swoich bagaży i toreb podręcznych. Nikt nie protestował ani
nie narzekał, nikt nie dopytywał o zasadność kontroli, wszyscy wiedzieli
także, ile ta akcja potrwa.
Cała procedura była elementem życia codziennego tych ludzi. Wpisywała
się w to, co nazywali normalnością. Podróżująca ze mną starsza para
powiedziała mi, że na tej trasie odbywa się przemyt narkotyków i działają silne grupy przestępcze. W taki sposób przerzucają kontrabandę.
Gdy potem nieco bardziej zainteresowałem się sytuacją w Ekwadorze i sprawdziłem statystyki przestępczości, zrozumiałem zarówno kontrole
autokarów, jak i przepełnione więzienia. Zgodnie z danymi3
Ekwador z wynikiem 38,8 zabójstw na 100 tysięcy mieszkańców zajmował w 2024 roku niechlubne czwarte miejsce w regionie, ustępując jedynie
Haiti, Trynidadowi i Tobago oraz Jamajce. Nierówności społeczne,
przepełnione więzienia i kolejka odwiedzających tylko potwierdzały te
statystyki.
Punktem zwrotnym był rok 2015, kiedy to uzyskałem półroczne stypendium
naukowe w Meksyku. Staż odbywałem w Instituto de Investigaciones
Sociales na Universidad Nacional Autónoma de México. W poszukiwaniu
informacji na temat kobiet w narkobiznesie odwiedziłem ambasady polską i amerykańską, wycierałem klamki w topowych meksykańskich uczelniach. Cud
zdarzył się dzięki mojej przyjaciółce i współpracowniczce Elenie Azaoli
Garrido. To ona sprawiła, że mogłem wziąć udział w pracach La Comisión
Nacional de los Derechos Humanos de México, czyli Organizacji Obrony
Praw Człowieka w Meksyku. Elena uchyliła mi drzwi do dorosłych i nieletnich osadzonych przebywających w meksykańskich zakładach karnych i korekcyjnych.
Starając się zrozumieć rolę kobiet w narkobiznesie, musiałem wyjść poza
mury więzień i poprawczaków. Rozmawiać z osadzonymi to jedno, ale
spotkać się z aktywnymi członkami karteli i społecznościami handlującymi
prochami na wolności to drugie. Bez Marco (imię zmienione) na pewno bym
sobie nie poradził.
Jego specyficzna rola duchowego przywódcy, której się podjął na długo
przed tym, zanim się spotkaliśmy, wiązała się z ogromnym zaufaniem,
jakim darzyły go społeczności lokalne. To dzięki jego ogromnej pomocy i wsparciu udało mi się dotrzeć nie tylko do handlarzy i przemytników
narkotyków, lecz także do profesjonalnych porywaczy, zabójców na
usługach kartelu, sygnalistów i wszelkiej maści pomocników. Spotkałem
też zwykłych ludzi dotkniętych długofalowymi konsekwencjami
narkobiznesu. Wreszcie to za jego wstawiennictwem znalazłem się na
pięciodniowej pielgrzymce z miasta Meksyk do Chalmy. To właśnie wtedy
udało mi się odbyć niezliczone rozmowy zarówno z osobami pracującymi dla
organizacji przestępczych, jak i niezależnymi dilerami. Pielgrzymka
okazała się również biletem wstępu do słynących z przestępczości,
zmarginalizowanych dzielnic miasta Meksyk, takich jak Tepito, Tacubaya,
Iztapalapa, Morelos. Do Meksyku wracałem jeszcze w latach 2019 i 2020, a także 2023, kontynuując badania terenowe i prowadząc wywiady w zakładach
karnych i poprawczych. W niniejszym reportażu zdecydowałem się zawrzeć
również cenne bezpośrednie obserwacje Marco, którymi podzielił się ze
mną w ramach wspólnej pracy badawczej.
Prawdziwą gratką był dla mnie udział w międzynarodowym projekcie
naukowym organizowanym przez Uniwersytet w Oslo, a kierowanym przez
profesora Sveinunga Sandberga, jednego z czołowych kryminologów na
świecie. Projekt CRIMLA (Crime in Latin America), finansowany z grantu
Norwegian Research Council i skoncentrowany na roli rodziny,
zatrudnienia, kultury i państwa w odniesieniu do przestępczości, okazał
się strzałem w dziesiątkę. Jego celem było poznanie doświadczeń więźniów
przebywających w instytucjach korekcyjnych. Interesowały nas ich
historie związane z rodziną pochodzenia, edukacją, kręgami
koleżeńsko-przyjacielskimi, ścieżką zawodową, a także przestępczą. Ważny
był każdy aspekt ich życia, o którym chcieli nam opowiedzieć. W latach
2021-2024 wraz z ekipą badawczą z kilku krajów europejskich i latynoamerykańskich przeprowadziliśmy łącznie około 1050 wywiadów wśród
kobiet i mężczyzn osadzonych w zakładach karnych w Meksyku, Kolumbii,
Hondurasie, Chile, Argentynie, Brazylii i Boliwii. To dzięki udziałowi w projekcie mogłem wejść do wielu zakładów karnych i wysłuchać historii
życiowych uwięzionych tam kobiet.
Niniejszy reportaż opiera się w głównej mierze na danych uzyskanych w Meksyku, Hondurasie i pozostałych państwach w ramach projektu CRIMLA.
Dodatkowo moje wcześniejsze pobyty w Brazylii i Ekwadorze, a także w Argentynie, Paragwaju i na Kubie pomogły mi nakreślić panoramę Ameryki
Łacińskiej.
2. W pewnej dzielnicy Mexico City
2
W pewnej dzielnicy Mexico City
Był luty 2016 roku. Mniej więcej od dwóch miesięcy kursowałem pomiędzy
biblioteką goszczącego mnie uniwersytetu a różnymi naukowcami, którzy
starali się przybliżyć mi interesujące mnie zagadnienia. Były to jednak
w dużej mierze rozważania teoretyczne, jeśli nie liczyć oficjalnych
statystyk policyjnych i sądowych. A mnie się wymarzyły badania terenowe
zakładające pozyskiwanie wiedzy z pierwszej ręki. Chodziło o to, żeby
trochę się "ubrudzić" i wyjść poza wygodną i hermetyczną uczelnię.
Chciałem nie tylko przeprowadzić wywiady, lecz także, przy odrobinie
szczęścia, osobiście się przekonać, jak wygląda meksykańska ulica, czyli
naturalne środowisko dilerów narkotykowych. Szczególnie interesował mnie
jednak udział kobiet w biznesie narkotykowym.
W końcu nadszedł upragniony dzień. Moja ekscytacja sięgała zenitu.
Człowiek, którego przedstawiła mi koordynatorka projektu, wreszcie się
odezwał, wskazując czas i miejsce spotkania. Po blisko dwóch miesiącach
spędzonych w bibliotece i przeprowadzeniu kilku mniej istotnych wywiadów
na temat handlu narkotykami pojawiły się szanse na przełom.
Marco miał wtedy nieco ponad trzydziestkę i z mojej perspektywy wyglądał
jak bezdomny. Jego splątane włosy i wytarte spodnie nie wzbudziły mojego
zaufania. Gdy blisko tydzień wcześniej spoglądałem na niego podczas
meczu lucha libre, jeszcze nie wiedziałem, ile będę mu zawdzięczał i jak bardzo nasze losy się ze sobą zwiążą. Zapytałem go wtedy:
-?Byłbyś w stanie mi pomóc? Zależy mi, żeby zobaczyć to wszystko na
własne oczy.
Marco spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-?Zastanowię się i dam ci znać -?odpowiedział po chwili.
Po tym spotkaniu czas dłużył mi się niemiłosiernie. Codziennie
sprawdzałem po kilka razy skrzynkę mailową. Mniej więcej po tygodniu
odpisał. Poinstruował mnie, żebym wsiadł do metra i pojawił się na
umówionej stacji o godzinie 13.00. Gdy podniecony do granic możliwości
zerknąłem na aplikację z rozkładem jazdy transportu publicznego,
zorientowałem się, że czeka mnie kilka przesiadek i co najmniej godzina
podróży. Pierwsza myśl podpowiedziała mi, że jadę gdzieś daleko, gdzie
nigdy wcześniej nie byłem. Mieszkałem wtedy w dobrej dzielnicy na
granicy Chimalistac i Coyoacán, w której na każdym rogu stał policjant i nawet wieczorem było w miarę bezpiecznie. Krajobraz tworzyły galerie
handlowe, parki, restauracje i wszelkiej maści obwoźni sprzedawcy
oferujący głównie jedzenie uliczne.
Na stacji metra Miguel Ángel de Quevedo pojawiłem się niespełna godzinę
po odczytaniu wiadomości mailowej. Kompletnie nie wiedziałem, co mam ze
sobą zabrać. Zapakowałem jedynie butelkę wody, ksero paszportu, kilka
papierów potwierdzających, czym się zajmuję, i naładowany do granic
możliwości telefon wraz z przenośnym bankiem energii. Było trochę po
godzinie 11.00, więc ruch pasażerski był nieznaczny. Kiedyś zdarzyło mi
się wsiąść dopiero za piątym razem -?wszystkie poprzednie kursy były
przepełnione. A i tak jechałem w ogromnym ścisku, upchany jak sardynka w puszce. Gdy w końcu wsiadłem, robiłem, co mogłem, by metalowe poręcze
nie połamały mi żeber. Tym razem było spokojnie, wręcz sennie, biorąc
pod uwagę to, jak dzikie potrafi być meksykańskie metro. W mojej głowie
panował jednak chaos.
Rozważałem różne scenariusze tego, co może się za chwilę wydarzyć,
zastanawiałem się nad kolejnymi pytaniami i moim hiszpańskim. Czy na
pewno zrozumiem odpowiedzi? Czy będę potrafił zadać właściwe pytania? Co
mnie spotka, gdy już znajdę się na miejscu? W tym momencie zdałem sobie
sprawę, że powierzam swoje losy osobie, której właściwie nie znam. Nie
miałem pojęcia, jaki jest Marco i czy w razie ewentualnego
niebezpieczeństwa wie, co robić. Widziałem go przez mniej więcej dwie
godziny, czyli tyle, ile trwa mecz lucha libre. To trochę mało, by
ramię w ramię robić badania w dzielnicy, gdzie narkotyki, prostytucja i zabójstwa są na porządku dziennym.
Postanowiłem, że zamiast o tym myśleć, skupię się na samej drodze.
Zauważyłem, że wraz z kolejnymi przesiadkami opuszczam tak zwaną dobrą
dzielnicę, a tym samym moją strefę komfortu. Eleganccy pasażerowie
ubrani w markowe garnitury, błyszczące buty i modne koszule oraz turyści
stopniowo się wykruszali. Ich miejsce zajmowali handlarze różnościami,
performerzy, którzy w ramach show leżeli gołymi plecami na rozbitym
szkle, grajkowie i niewidomi śpiewacy trzymający w jednej ręce nachalny
głośnik, a w drugiej kubeczek na drobne. Widownią ich pokazów była
podróżująca na tej trasie klasa średnia, która stwarzała szansę na
zarobek, rzucając co jakiś czas kilka pesos. Śpieszący się do pracy w urzędach i korporacjach pasażerowie opuszczali mój wagonik jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Po kolejnych przesiadkach zetknąłem się z podróżnymi innego typu,
głównie starszymi ludźmi, na których trudy życia odcisnęły swoje piętno.
Część z nich zapewne pozostawała w kryzysie bezdomności. Niektórzy
dźwigali ciężkie torby wypchane ubraniami i tym, co znaleźli na ulicy.
Coraz częściej do wagonu wsiadały zgięte wpół kobiety. Na plecach
dźwigały kilkudziesięciolitrowe plastikowe worki z jedzeniem. Udało mi
się dostrzec ser, awokado, tortillę pakowaną po kilkadziesiąt sztuk,
cebulę, fasolę i owoce. W rękach trzymały kilkunastolitrowe baniaki z wodą pitną. Wtedy myślałem, że po prostu tym handlują lub przyrządzają
uliczne jedzenie, które jest tanie i popularne w biedniejszych
dzielnicach. Część z nich skrywała jednak mroczne tajemnice. Zapewne
wiele z nich wiozło zapasy żywności swoim bliskim przebywającym w więzieniach. Kilka tygodni później zobaczyłem mnóstwo kobiet objuczonych
dokładnie takimi samymi produktami w identycznych opakowaniach przed
bramami zakładów karnych, do których wszedłem. Dowiedziałem się wtedy,
że wiele z tych staruszek odwiedza swoich krewnych, stojąc w gigantycznych kolejkach. Niektóre zmuszane są także do przemycania do
środka narkotyków. To od nich zależy, czy członkowie ich rodzin przeżyją
za kratkami.
Inną grupę pasażerów stanowili młodzi mężczyźni, których tatuaże
pokrywały skąpo odziane klatki piersiowe, ramiona, dłonie, szyje, a niekiedy i twarze. Większość z nich była niemal przyspawana do komórek,
pozostali rozglądali się na boki. Nie robili tego dyskretnie, a ja już
wiedziałem, że powinienem mieć się na baczności. Instynktownie schowałem
telefon i starałem się unikać ich zawadiackiego spojrzenia, którym raz
za razem lustrowali otoczenie. Wiedziałem, że przemawia przeze mnie
stereotyp, ale wolałem nie ryzykować. Choć Marco polecił mi włożyć
najgorsze spodenki i najbardziej sfatygowany T-shirt oraz nie dbać
przesadnie o fryzurę, to i tak trudno mi było ukryć fakt, że nie jestem
stąd. Jedyne, co mogłem zrobić, to nie wyglądać jak turysta i nie
przyciągać niepotrzebnej uwagi.
Wreszcie, gdy skład ostro zahamował, zauważyłem długo wyczekiwaną nazwę
stacji Lagunilla. Kiedy tylko drzwi się uchyliły, moje nozdrza
pochwyciły intensywny zapach artykułów wyłożonych na podziemnych
straganach: podrobionych perfum i żywności. Wraz z wszechobecną wonią
marihuany otoczyły wagon niewidzialnym murem. W ścisku i zaduchu
kierowałem się ku wyjściu z metra. Przez moment przemknęła mi myśl o przepisach przeciwpożarowych, ale nie skupiałem się na tym dłużej,
próbując wydostać się ze stacji i nie rozdeptać ułożonego na ziemi
towaru. Gdy ostatecznie przebiłem się przez tłum pasażerów oraz
handlarzy i wyszedłem na powierzchnię, znalazłem się w innym świecie.
Stację szczelnie wypełniali uliczni sprzedawcy, niczym kordon policji po
meczu piłki nożnej. Powietrze przesycał dym wydobywający się z przenośnych stanowisk, gdzie na rozgrzanych płytach domorośli kucharze
smażyli mięso i przyrządzali różne potrawy, z których słynęła ta
dzielnica (na przykład sprzedawane przy głównych szlakach
komunikacyjnych piętrowe kanapki, potocznie zwane tortas del metro).
Wszędobylski harmider potęgowany przez nawoływania sprzedawców wypełniał
moje uszy, sprawiając, że dłuższą chwilę zajęło mi zorientowanie się, w jakim kierunku mam iść.
Kiedy miałem jeszcze dostęp do internetu, wgrałem na telefon mapę.
Platforma Google Maps wskazywała, że zaraz po wyjściu ze stacji
powinienem przejść przez ruchliwą kilkupasmową ulicę i po
kilkudziesięciu metrach dotrzeć na miejsce. Dokładnie za kwadrans miał
się tam pojawić Marco. Kiedy tak stałem, próbując złapać oddech po
wspinaczce po niekończących się schodach metra, a moje oczy
przyzwyczajały się do rażących promieni słonecznych, zobaczyłem jakiegoś
człowieka pędzącego w moją stronę. Trzech innych najprawdopodobniej go
ścigało. Zastygłem w bezruchu, zastanawiając się, co robić, gdyż z mojej
perspektywy cała czwórka biegła prosto na mnie. Cofnąłem się
instynktownie do wejścia, unikając przypadkowego zderzenia. Serce waliło
mi jak młot, a ja zadawałem sobie pytanie, co jeszcze szykuje dla mnie
ta dzielnica.
Nagle usłyszałem przeciągłe gwizdnięcia. Ponieważ w tej okolicy co
chwila słychać nawoływania przebijające się przez ryk aut i wielkich
ciężarówek, na początku nie zwracałem na nie uwagi. Po chwili jednak
dotarło do mnie, że to ja jestem ich adresatem. Wysiliłem wzrok i w odległości kilkudziesięciu metrów pośród ludzkiego mrowia dostrzegłem
Marco. Machał rękami i gwizdał, przywołując mnie do siebie.
Przecisnąwszy się przez stragany wypełniające całą przestrzeń, a potem
pokonawszy kilkupasmową ulicę wypełnioną stojącymi w korku autami,
dotarłem do mojego informatora. Podobnie jak poprzednio, tak i tym razem
wyglądał jak bezdomny. Jego rozczochrane włosy i brudne dłonie sprawiały
wrażenie, jakby dopiero skończył pracę w warsztacie samochodowym. "Może
to kamuflaż?" -?pomyślałem, starając się nie skupiać na nim spojrzenia.
-?Jesteś gotowy? -?upewnił się, czy jestem zdecydowany wejść w głąb
dzielnicy owianej złą sławą.
-?Tak -?odpowiedziałem, choć moja pewność siebie topniała z minuty na
minutę. Miałem nadzieję, że okulary przeciwsłoneczne choć częściowo
maskują moje obawy.
-?Idziesz tuż za mną, nie zbaczasz z drogi. No i pamiętaj, że robisz to
na własne ryzyko, zrozumiałeś?
Zabrzmiało to jak ostrzeżenie przewodnika po dawnej elektrowni atomowej
w Czarnobylu.
-?Zrozumiałem. A mogę napisać SMS do naszej wspólnej znajomej? -
zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że nikt nie wie, gdzie się teraz
znajduję. W tej chwili uświadomiłem sobie też, że widzę Marco po raz
drugi w życiu.
-?Jasne, napisz wiadomość i idziemy, bo kolega już na nas czeka -
odpowiedział, zwalniając nieznacznie tempo marszu.
Gdy tylko wysłałem informację, szybkim krokiem ruszyliśmy przed siebie.
Wszechobecny harmider, pokrzykiwania sprzedawców i klientów
negocjujących ceny, szum silników przejeżdżających pojazdów składały się
na dźwiękowy krajobraz tego miejsca. W miarę jak zapuszczaliśmy się w głąb dzielnicy, uliczki robiły się coraz węższe. Zmieniał się również
asortyment straganów. Coraz mniej było podróbek ubrań, butów i płyt CD,
za to coraz częściej pojawiały się maczety, scyzoryki i noże.
Intensywniała także woń marihuany. Pytania o bezpieczeństwo, które
zadawałem sobie w metrze, stawały się coraz bardziej natarczywe. W końcu, po kilku zakrętach w lewo i w prawo wśród podobnie wyglądających
domów, zgubiłem orientację. Zabudowania były teraz niższe, ciasno
stłoczone i skonstruowane z gorszych materiałów. Ich niekompletne dachy
z wystającymi zbrojeniami i popękane ściany przyozdobione kolorowymi
grafikami sprawiały, że miałem wrażenie przeniesienia się do innego
wymiaru. Czułem się obco. Z każdym krokiem uświadamiałem sobie, że
jestem tu intruzem.
Zgodnie z instrukcjami Marco starałem się nie rozglądać, ale ciekawość
niekiedy brała górę. Na krawężnikach stali młodzi mężczyźni z przyklejonymi do ust skrętami. Ich tatuaże zdradzały przynależność do
gangów, a miny wskazywały na to, że lepiej nie wchodzić im w drogę.
-?Nie patrz im w oczy -?rzucił mój przewodnik, przyśpieszając kroku.
Czułem, że odprowadzają nas przeciągłym spojrzeniem, próbując zgadnąć,
czy jesteśmy zagrożeniem dla prowadzonych tu interesów. Co chwila mijali
nas nastolatkowie na skuterkach z nieodzownymi krótkofalówkami w rękach.
Czując, że stopniowo tracę kontrolę nad sytuacją, w której właśnie
uczestniczę, postanowiłem zadać mojemu przewodnikowi kilka pytań.
-?To groźna dzielnica?
-?Sam bym się tu nie zapuszczał -?odpowiedział, uśmiechając się pod
nosem.
-?Domyślam się. Mam wrażenie, jakbyśmy byli obserwowani. -?Postanowiłem
w końcu podzielić się moimi wrażeniami po mniej więcej kwadransie
przechadzki wąskimi uliczkami.
-?Bo jesteśmy -?odparł Marco, nawet nie siląc się na odwrócenie głowy w moją stronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki