Tajemnice Króla Kibiców - Andrzej Bobowski

Kup ebooka

7.10 zł
5.89 zł (5,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kim pan jest, panie Bobowski?

Wszędzie, gdzie się pojawiasz, skupiasz na sobie uwagę. Jedni cię podziwiają, inni zazdroszczą, lecz zdarzają się i tacy, którzy na widok Boba w królewskiej koronie i charakterystycznym czerwonym płaszczu z orłem na plecach znacząco pukają się w czoło. Kim zatem pan jest, panie Bobowski?

- Normalnym, może tylko trochę zakręconym facetem. Nie mogę narzekać na brak szczęścia. Ba, niektórzy uważają, że jestem wręcz w czepku urodzony. Może to i prawda. Ale nigdy nie udało mi się trafić większych pieniędzy w grach losowych, odzyskać długów czy znaleźć bogatego sponsora. Wszystko wyrywam od życia sam. Chcąc zrealizować swoje plany, niekiedy muszę być wręcz bezczelny. Dlaczego? Bo w naszym kraju najwięcej jest krytykantów, malkontentów i ludzi zawistnych, którzy sami nie zjedzą i drugiemu nie dadzą. Kiedy przychodzi do konkretów, wszyscy są za, a nawet przeciw. Od dawna mieszkam na warszawskim Okęciu. Sąsiedzi znają mnie jako spokojnego, dojrzałego pana w okularach, który jednak co pewien czas... znika. Na szczęście chyba nawet nie podejrzewają, że zabieram wtedy z domu sporo oszczędności.

Jak na to kosztowne hobby reaguje rodzina?

- W tym roku będziemy obchodzić z Teresą złote gody, czyli pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego. To chyba o czymś świadczy. Wychowaliśmy trzech wspaniałych synów - Krzysztofa, Marka i Roberta - którzy dawno się usamodzielnili i dobrze sobie radzą. Mamy sześcioro wnuków, a nawet jednego prawnuka. Kiedy przy rożnych okazjach siadamy razem do stołu, naprawdę serce się raduje. Przed laty, jak przyjeżdżałem do domu z mistrzostw świata bądź Europy, chłopcy zwykle mawiali: Tata wrócił goły, ale wesoły! I na tym poprzestańmy.

W jakimś sensie rozgrzesza mnie to, że nigdy nie stroniłem od pracy. Najpierw sam tyrałem - byłem kolejarzem, górnikiem dołowym, zbrojarzem, majstrem i kierownikiem budowy. Później zostałem właścicielem i prezesem niewielkiej firmy. Obecnie korzystam z zasłużonej emerytury. Niestety, firma jest na skraju bankructwa, ponieważ zgodnie obowiązującymi przepisami nie mogę zawiesić jej działalności, a bardzo opornie idzie mi ściąganie długów. Każdy chciałby mieć złote góry, ale żeby to nic nie kosztowało. Słabe jest nasze państwo. Przy takiej masie kombinatorów i oszustów brakuje zwłaszcza szybkiej egzekucji prawnej.

Skąd się wzięła u ciebie ta futbolowa pasja?

- Sport od dziecka mnie pasjonował. Już ten w wydaniu podwórkowym. W tamtych czasach, poza obowiązkową nauką, na dobrą sprawę nie było co robić. Z różnych względów nie mogłem zrealizować się jako zawodnik, chociaż próbowałem. Dlatego postanowiłem zostać wzorowym kibicem. Ba, ikoną kibicowania. Zawsze najważniejsza była piłka nożna. Jedna piłka, paru chłopaków, zwykle teczki lub kamienie służące za bramki, a uciechy do wieczora. Najpierw Mazovia Rawa Mazowiecka, później Legia, Gwardia, Polonia i Okęcie Warszawa, wreszcie reprezentacja Polski, wiele klubów ekstraklasy. Mam w nich mnóstwo kolegów, a nawet przyjaciół. Jestem również fanem Manchesteru United i Barcelony.

Między sympatykami Legii i Polonii od dawna mocno iskrzy. Nigdy nie miałeś z tego powodu rozterek?

- Nie. Po prostu jestem warszawiakiem, a nie tylko mieszkańcem Warszawy. Począwszy od 1955 do 2008 roku oglądałem bezpośrednio dziewięćset osiem meczów Legii, w tym dziewięćdziesiąt w europejskich pucharach!

A przecież po drodze odbywałem służbę wojskową i pracowałem za granicą.

Kiedy pół wieku temu zaczynałem, nie było ani zorganizowanych grup kibiców, ani takiego chamstwa - zarówno na stadionach, jak i w życiu codziennym. Ludzie jeszcze pamiętali wojenne tragedie, powojenną biedę i bardziej się szanowali. Lokalne społeczności stanowiły małe rodziny. A poza tym przez długie lata Polonia występowała w niższych ligach i nie była żadną konkurencją dla Legii. Odbywały się tylko derby z Gwardią. Dzisiaj powszechny jest brak szacunku dla wszystkich i wszystkiego, chociaż uważamy się za społeczeństwo katolickie. Jak to mówią: modli się pod figurą, a ma diabła za skórą.

Jakie znane postacie, nie tylko ze świata sportu, spotkałeś podczas wojaży?

Audiencja prywatna u papieża Jana Pawła II podczas MŚ w 1990 r.

Ogromne przeżycie stanowiła każda z pięciu audiencji u papieża Jana Pawła II. Poznałem również wielu liczących się polityków, w tym prezydentów Francji i Polski: Jacquesa Chiraca, Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Aleksandra Kaczyńskiego, kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, prezydentów FIFA Jo?o Havelange'a i Seppa Blattera, szefów UEFA: Lennarta Johanssona i Michela Platiniego.

Spotykałem też oczywiście przy różnych okazjach legendarnych piłkarzy: Alfreda di Stéfano, Roberta Rivelino, Zico, Pelégo, Eusébio, Franza Beckenbauera i Ferenca Puskása.

Legenda Realu i węgierskiej piłki Ferenc Puskás.

Jako jeden z nielicznych Polaków stałem nad mogiłą Kazimierza Deyny w San Diego. Innych gwiazd naszego futbolu w tym miejscu nie wymienię. Dlaczego? Bo właśnie o nich jest ta książka. Każdy wyjazd starałem się maksymalnie wykorzystać. Oczywiście stadiony i mecze zawsze były najważniejsze, ale zwiedziłem też Hollywood, więzienie Alcatraz, muzeum The Beatles, byłem w miejscu zamachu na prezydenta USA Johna Fitzgeralda Kennedy'ego w Dallas.

Wreszcie uznałem, że warto to wszystko opisać. Może jest to oznaka tetryczenia, ucieczki do wspomnień, chociaż... Jednak nie! Nie zamierzam abdykować! Wprawdzie złośliwcy niekiedy nazywają mnie samozwańcem, ale niech sami spróbują pobić moje rekordy i osiągnięcia. Ba, chociażby je wyrównać! Wtedy pogadamy!

A kto z ludzi związanych z futbolem najbardziej depcze ci po piętach?

- Chyba nietrudno zgadnąć, że dziennikarze. Mam na myśli pracującego obecnie w "Rzeczpospolitej" Stefana Szczepłka i wydawcę cennej Encyklopedii Piłkarskiej Fuji, Andrzeja Gowarzewskiego.

Jednak wydaje mi się, że od pewnego czasu nieco ograniczyłeś swoją aktywność.

- Wynika to z konieczności opieki nad żoną. W sierpniu 2006 roku doznała częściowego udaru mózgu i nadal przechodzi rehabilitację. Kiedy w 2008 roku wyjeżdżałem na mistrzostwa Europy do Austrii, chciałem jej zapewnić pobyt w specjalistycznym Opolskim Centrum Rehabilitacji w Korfantowie. Niestety, nic z tego nie wyszło. Zaproponowano mi przyjęcie jej w sierpniu 2009. Małżonką zaopiekował się najmłodszy syn, Robert, ale i tak wróciłem bardzo szybko. Odpuściłem też eliminacyjny mecz mistrzostw świata w RPA ze Słowacją w Bratysławie. Jednym słowem - nie ma lekko.

Przy okazji zdradzę, że jeszcze w październiku 1984 roku Teresa miała wypadek, który mógł się fatalnie skończyć. Pracowała na lotnisku Okęcie. Kiedy wychodziła z potężnego IŁ-a 62, schody nagle odjechały i z wysokości niemal drugiego piętra runęła w dół. Na szczęście Opatrzność czuwała i jakoś się wybroniła. Oprócz ogólnych potłuczeń doszło do otwartego złamania lewego łokcia. Akurat mieliśmy obchodzić dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Mało tego. Właśnie wtedy wybuchła sprawa porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Spodziewając się zamieszek, władze opróżniały niektóre szpitale. Jednym z nich był stołeczny Szpital Praski. Musiałem zabrać żonę do domu i co trzy dni wozić ją na drugi kraniec miasta na zmianę opatrunków.

Jak traktujesz tę książkę?

- Nie chodziło mi tylko o zapis kolejnych imprez i związanych z nimi podróży. To również, a może przede wszystkim, refleksje na temat problemów rodzimego futbolu. Od dawna śledzę je na bieżąco. W latach 1970-1980 byłem sędzią piłkarskim, od 1975 roku działam społecznie w PZPN.

Tymczasem powoli rozpoczynam przygotowania do Pucharu Świata w Republice Południowej Afryki. Koszty będą duże. Tym bardziej że na razie nie zdobyłem żadnych adresów, kontaktów. To zupełnie inna kultura. Ale nie mam wątpliwości, iż w czerwcu 2010 roku pojawię się na stadionach w Johannesburgu, Pretorii, Durbanie i Kapsztadzie. Oby nie zabrakło tam również biało-czerwonych...

Mam też nadzieję, że jakieś zawirowania polityczne nie zmuszą FIFA do przeniesienia mistrzostw na przykład do Australii. Tam już byłem, a w Afryce jeszcze nie. Międzylądowania w Dakarze, w drodze na argentyński Mundial, oczywiście nie liczę.