Wstęp
Życie ciągnie się długi czas - siedemdziesiąt, sto lat. Śmierć jest
intensywna, bo nie jest rozciągnięta - następuje w jednej chwili. Życie
musi przejść sto lub siedemdziesiąt lat, nie może być tak intensywne.
Śmierć przychodzi w jednej chwili; przychodzi w całości, nie we
fragmentach. Będzie intensywniejsza od wszystkiego, co znasz. Ale jeśli
się boisz, jeśli przed nadejściem śmierci uciekłeś, jeśli z lęku
straciłeś świadomość, umknęła ci doskonała okazja, złota brama. Jeśli
przez całe życie miałeś postawę akceptującą, kiedy przyjdzie śmierć,
zaakceptujesz ją, cierpliwie i pasywnie wejdziesz w nią, nie próbując
uciekać. Jeśli potrafisz wejść w śmierć pasywnie, cicho i bez wysiłku -
śmierć znika.
W upaniszadach jest stara opowieść, która zawsze mi się bardzo podobała.
Wielki król o imieniu Jajati dożył stu lat. To już było dosyć; żył
wspaniale. Zaznał wszystkiego, co życie może dać. Był jednym z największych władców swego czasu. To piękna opowieść...
Przyszła Śmierć i powiedziała do niego:
- Przygotuj się. Nadeszła twoja chwila i przyszłam cię zabrać.
Jajati był wielkim wojownikiem, wygrał wiele wojen, ale na widok Śmierci
zaczął drżeć i rzekł:
- Ale to za wcześnie.
Śmierć odpowiedziała:
- Za wcześnie?! Żyłeś sto lat. Nawet twoje dzieci się postarzały.
Najstarszy syn ma osiemdziesiąt lat. Czego jeszcze chcesz?
Jajati miał stu synów, albowiem miał sto żon.
Zapytał Śmierć:
- Czy możesz wyświadczyć mi przysługę? Wiem, że musisz kogoś zabrać.
Jeśli zdołam przekonać któregoś syna, czy możesz zostawić mnie jeszcze
na sto lat i zabrać jednego z nich?
Śmierć odparła:
- Jeśli ktoś inny jest gotowy pójść, to w porządku. Ale nie sądzę... Skoro
nie jesteś gotowy - a jesteś ojcem i żyłeś dłużej, zaznałeś wszystkiego
- dlaczego twój syn ma być gotowy?
Jajati wezwał swoich stu synów. Starsi synowie milczeli. Panowała wielka
cisza, nikt nic nie powiedział. Tylko najmłodszy, ledwie szesnastoletni
syn wstał i rzekł:
- Jestem gotowy.
Nawet Śmierci było żal chłopca, powiedziała więc:
- Może nie zdajesz sobie sprawy, co robisz? Czy nie widzisz, że twoich
dziewięćdziesięciu dziewięciu braci zachowuje całkowite milczenie? Jeden
ma osiemdziesiąt, inni mają siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt osiem,
siedemdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Oni żyją długo, ale wciąż chcą żyć. A ty nie żyłeś wcale. Zastanów się.
Chłopiec odpowiedział:
- Nie. Nie mam żadnych wątpliwości. Niech ci nie będzie żal ani przykro,
idę zupełnie świadomie. Jeśli mój ojciec nie jest zadowolony ze stu lat,
to jaki sens ma pozostawanie tutaj? Jak miałbym być zadowolony? Widzę
moich dziewięćdziesięciu dziewięciu braci; żaden z nich nie jest
zadowolony. Po co więc tracić czas? Przynajmniej mogę zrobić ojcu tę
przysługę. Niech na starość cieszy się przez następne sto lat. Ale ja
jestem skończony. Kiedy widzę, że nikt nie jest zadowolony, jedno jest
dla mnie całkiem jasne - jeślibym nawet żył sto lat, też nie byłbym
zadowolony. Nie ma znaczenia, czy pójdę teraz, czy za dziewięćdziesiąt
lat. Zabierz mnie.
Śmierć zabrała chłopca. Kiedy po stu latach wróciła, Jajati znajdował
się w takim samym położeniu. Powiedział:
- Te sto lat tak szybko przeminęło. Umarli wszyscy moi starzy synowie,
ale mam nowych. Mogę ci dać któregoś z nich. Zlituj się nade mną.
I tak to trwało. Historia powtarzała się przez - powiedzmy - tysiąc lat.
Śmierć przychodziła dziesięć razy. I dziewięć razy zabierała któregoś
syna, a Jajati żył następne sto lat. Za dziesiątym razem Jajati
powiedział:
- Mimo że wciąż jestem tak samo niezadowolony, jak byłem wtedy, gdy
przyszłaś po raz pierwszy, teraz - chociaż niechętnie, z oporem - pójdę,
ponieważ nie mogę wciąż prosić o przysługę. To już za wiele. Jedna rzecz
stała się dla mnie oczywista: jeśli tysiąc lat nie mogło mi dać
zadowolenia, to nawet dziesięć tysięcy go nie da.
Na tym właśnie polega przywiązanie. Możesz żyć długo, ale kiedy najdzie
cię myśl o śmierci, zaczniesz drżeć. Jeśli zaś nie jesteś do niczego
przywiązany, będziesz przychylnie nastawiony do śmierci, choćby przyszła
nagle. Będziesz gotowy pójść. W obliczu takiego człowieka śmierć jest
pokonana. Śmierć pokonać mogą tylko ci, którzy są gotowi umrzeć w każdej
chwili, bez niechęci. Oni stają się nieśmiertelni, stają się buddami.
Ta wolność jest celem wszystkich religijnych poszukiwań. Wolność od
przywiązania jest wolnością od śmierci. Wolność od przywiązania jest
wolnością od koła narodzin i śmierci. Wolność od przywiązania pozwala ci
wejść w uniwersalne światło i połączyć się z nim. To największe
błogosławieństwo, ostateczna ekstaza, poza którą nie istnieje nic.
Wróciłeś do domu.
1. W poszukiwaniu nieśmiertelnego
Prawdziwym przedmiotem poszukiwań religijnych jest nie Bóg, lecz śmierć.
Bez śmierci nie byłoby religii. To śmierć zmusza człowieka do
poszukiwania tamtego świata, nieśmiertelności.
Śmierć otacza nas jak ocean małą wyspę. Wyspa może zostać w każdej
chwili zatopiona. Następna chwila może nie nadejść, jutra może nie być.
Zwierzęta nie są religijne z tego prostego powodu, że nie są świadome
śmierci. Nie mogą sobie wyobrazić, że same umrą, chociaż widzą, jak
umierają inne zwierzęta. Od widoku czyjejś śmierci do stwierdzenia "ja
też umrę" jest długa droga. Zwierzęta nie są na tyle przytomne,
świadome, by dojść do takiego wniosku.
Większość ludzi to jednocześnie podludzie. Człowiek jest naprawdę
dojrzały wtedy, kiedy doszedł do następującej konkluzji: "Jeśli wszyscy
inni umierają, nie mogę być wyjątkiem". Kiedy ta konkluzja zapadnie ci
głęboko w serce, życie nie będzie już takie samo. Nie możesz pozostać
przywiązany do życia tak jak dawniej. Jeśli życie ma być odebrane, po co
być tak zaborczym? Jeśli w pewnej chwili zniknie, dlaczego trzymać się
go i cierpieć? Jeśli nie będzie trwało wiecznie, po co się tak dręczyć,
niepokoić, martwić? Jeśli ma przeminąć, przeminie - nie ma znaczenia
kiedy. Czas nie jest wtedy taki ważny: dziś, jutro, pojutrze - życie
wyśliźnie się z twoich rąk.
Staniesz się świadomy tego, że umrzesz, że twoja śmierć jest rzeczą
całkowicie pewną... tak naprawdę jedyną pewną rzeczą w życiu jest śmierć.
Nic innego nie jest tak całkowicie pewne. Ale jakoś unikamy tej kwestii,
kwestii śmierci. Wciąż zajmujemy się innymi sprawami. Czasem mówimy o wielkich rzeczach - o Bogu, niebie, piekle - byle tylko uniknąć
prawdziwego problemu. Prawdziwym problemem nie jest Bóg, nie może nim
być, bo jak dobrze znasz Boga? Co o nim wiesz? Jak możesz badać coś,
czego w ogóle nie znasz? Będzie to jałowe badanie. Co najwyżej będzie to
ciekawość - szczeniacka, dziecinna, głupia.
Głupi ludzie pytają o Boga, inteligentni pytają o śmierć. Ludzie, którzy
wciąż pytają o Boga, nigdy go nie znajdują, a ktoś, kto pyta o śmierć,
znajdzie Boga na pewno, ponieważ to śmierć cię przekształca, zmienia
twoje widzenie. Twoja świadomość jest wyostrzona, ponieważ podniosłeś
prawdziwy, autentyczny problem, najważniejszy w życiu. Podjąłeś tak
wielkie wyzwanie, że nie możesz pozostawać przez długi czas we śnie;
będziesz musiał być obudzony, będziesz musiał być wystarczająco czujny,
by zmierzyć się z rzeczywistością śmierci.
Oto jak zaczęło się dociekanie Gautamy Buddy:
W dniu, w którym urodził się Budda... Budda był jedynym synem wielkiego
króla, urodził się, gdy król był już bardzo stary; dlatego w królestwie
zapanowała wielka radość. Naród długo czekał. Ludzie bardzo kochali
swego króla; służył im, był dobry i współczujący, bardzo oddany i szczodry. Uczynił królestwo jednym z najbogatszych, najpiękniejszych w tamtym czasie.
Ludzie modlili się o syna dla króla, bo nie było dziedzica. I wtem, gdy
król był już w podeszłym wieku, urodził się Budda. Jego narodziny były
zaskoczeniem. Wielkie święto, wielka radość! Wszyscy astrolodzy
królestwa zebrali się, żeby przepowiedzieć przyszłość Buddy. Na imię
miał Siddhartha - nadano mu to imię, ponieważ oznacza spełnienie. Król
był człowiekiem spełnionym, jego pragnienie było spełnione, jego
najgłębsza tęsknota była spełniona - przez całe życie pragnął syna; stąd
imię Siddhartha. Oznacza ono po prostu spełnienie najgłębszego
pragnienia.
Dzięki synowi życie króla nabrało znaczenia. Astrolodzy, wielcy
astrolodzy, przepowiadali - wszyscy byli zgodni, z wyjątkiem jednego
młodego astrologa o imieniu Kodanna. Król zapytał:
- Co wydarzy się w życiu mojego syna?
I wszyscy astrolodzy podnieśli dwa palce, z wyjątkiem Kodanny, który
podniósł tylko jeden palec.
Król rzekł:
- Nie mówcie symbolami, proszę. Jestem prostym człowiekiem, nic nie wiem
o astrologii. Powiedzcie mi, co oznaczają dwa palce.
Wszyscy odpowiedzieli:
- Albo będzie czakrawartinem - władcą świata - albo wyrzeknie się świata
i zostanie buddą, oświeconym. Są dwie możliwości, dlatego podnosimy dwa
palce.
Król martwił się tą drugą możliwością: że syn wyrzeknie się świata. A więc, myślał król, wrócił problem: jeśli Siddhartha wyrzeknie się
świata, kto odziedziczy moje królestwo? I wtedy zapytał Kodanny:
- Dlaczego podniosłeś jeden palec?
Kodanna rzekł:
- Jestem całkowicie pewny, że wyrzeknie się świata - stanie się buddą,
oświeconym, przebudzonym.
Król nie był zadowolony z tych słów. Bardzo trudno zaakceptować prawdę.
Zignorował Kodannę, w ogóle mu nie zapłacił - na tym świecie prawda nie
jest nagradzana. Wprost przeciwnie, za prawdę jest się karanym na
niezliczone sposoby. I rzeczywiście, prestiż Kodanny upadł. Ponieważ
król mu nie zapłacił, rozeszły się plotki, że Kodanna jest głupcem.
Wszyscy astrolodzy byli zgodni, a on jeden się z nimi nie zgadzał.
Król zapytał pozostałych astrologów:
- Co radzicie? Co powinienem zrobić, żeby mój syn nie wyrzekł się
świata? Nie chciałbym, żeby był żebrakiem, nie chciałbym go widzieć jako
sannjasina. Chciałbym, żeby został czakrawartinem - władcą wszystkich
sześciu kontynentów.
Tego pragną wszyscy rodzice. Któż by chciał, żeby jego syn czy córka
wyrzekli się świata i poszli w góry badać swoje wnętrze, szukać
prawdziwego siebie?
Nasze pragnienia są skierowane na świat zewnętrzny. Król był zwykłym
człowiekiem, jak każdy inny - miał takie same pragnienia i takie same
ambicje.
Astrolodzy powiedzieli mu:
- Można to zaaranżować: daj mu maksimum przyjemności, zapewnij
maksymalny komfort i luksus. Nie pozwól, by dowiedział się o chorobach,
starości, a szczególnie o śmierci. Nie pozwól, by dowiedział się o śmierci, a nigdy nie wyrzeknie się świata.
W pewnym sensie mieli rację, ponieważ śmierć to fundamentalny problem.
Kiedy ten problem wniknie do twojego serca, życie będzie się musiało
zmienić. Nie możesz już żyć w dawny, głupi sposób. Jeśli to życie ma się
skończyć śmiercią, nie może być prawdziwym życiem, musi być złudzeniem.
Prawda musi być wieczna, jeśli jest prawdziwa; tylko kłamstwa są
chwilowe. Jeśli życie jest chwilowe, musi być złudzeniem, kłamstwem,
błędnym wyobrażeniem, nieporozumieniem; musi być zakorzenione w ignorancji. Musimy przeżywać je w taki sposób, że dobiega końca.
Możemy żyć w inny sposób, tak byśmy mogli się stać częścią wiecznego
strumienia egzystencji. Tylko śmierć może przynieść tę radykalną zmianę.
Astrolodzy powiedzieli:
- Pilnuj, żeby nic nie wiedział o śmierci.
A więc król wszystko zaaranżował. Wybudował dla Siddharthy w różnych
miejscach trzy pałace na różne pory roku, żeby syn nigdy nie zaznał
związanych z nimi niewygód. Na upały Siddhartha miał pałac w górach,
gdzie zawsze panował chłód. Kiedy było zbyt zimno, miał inny pałac, na
brzegu rzeki, gdzie zawsze było ciepło. Król zrobił wszystko, żeby syn
nigdy nie zaznał dyskomfortu.
Do pałaców, w których mieszkał, nie mieli wstępu starzy mężczyźni ani
stare kobiety - tylko młodzi ludzie. Król zgromadził wokół Siddharthy
wszystkie piękne kobiety z królestwa, żeby wciąż był kuszony,
oczarowany, żeby wciąż był pogrążony w marzeniach i pragnieniach.
Stworzono dla niego słodką krainę marzeń. Ogrodnikom kazano nocą usuwać
suche liście i zwiędłe, usychające kwiaty, ponieważ - kto wie? - widząc
martwy liść, Siddhartha mógłby zacząć pytać, co się z tym liściem stało;
mógłby spytać: "Co się stało z tą różą?". I mógłby zacząć rozmyślać,
zastanawiać się nad śmiercią.
Przez dwadzieścia dziewięć lat trzymano go w całkowitej nieświadomości
śmierci. Ale jak długo można jej unikać? Śmierć jest tak ważnym
zjawiskiem - jak długo można kogoś zwodzić? Wcześniej czy później musiał
wejść w świat. Teraz król był jeszcze starszy i syn musiał poznać świat
- bardzo powoli pozwalano na to. Lecz kiedy tylko Siddhartha przechodził
przez jakąś ulicę w stolicy, usuwano starych mężczyzn i stare kobiety,
usuwano też żebraków. Kiedy szedł, nie pozwalano przechodzić tamtędy
żadnemu sannjasinowi, żadnemu mnichowi; widząc bowiem sannjasina,
Siddhartha mógłby zapytać: "Co to za człowiek? Dlaczego ubrany jest w pomarańczowe szaty? Co się z nim stało? Dlaczego wygląda inaczej,
obojętny, nieobecny? Ma inne oczy, inaczej pachnie, jego obecność ma w sobie inną jakość. Co się stało z tym człowiekiem?". A wtedy pojawi się
kwestia wyrzeczenia, przede wszystkim zaś problem śmierci... Ale pewnego
dnia to musiało się stać. Nie można tego uniknąć.
My robimy tak samo. Jeśli ktoś umiera i przechodzi orszak pogrzebowy,
matka wciąga dziecko do domu i zamyka drzwi.
Ta historia jest bardzo znacząca, symboliczna, typowa. Rodzice nie chcą,
żeby dzieci dowiedziały się o śmierci, bo natychmiast zaczną zadawać
trudne pytania. Dlatego zakładamy cmentarze poza miastem, żeby nikt nie
musiał tamtędy przechodzić. Śmierć jest sprawą kluczową; cmentarz
powinien się znajdować w samym środku miasta, by wszyscy musieli
wielokrotnie mijać go w ciągu dnia. Idąc do biura, wracając do domu,
idąc do szkoły, na uczelnię, wracając do domu, idąc do fabryki... żeby
stale przypominać sobie o śmierci. Ale my zakładamy cmentarze daleko i upiększamy je kwiatami i drzewami. Próbujemy ukryć śmierć - szczególnie
na Zachodzie śmierć jest tabu. Tak jak kiedyś seks był tabu, teraz jest
nim śmierć.
Śmierć jest ostatnim tabu.
Potrzebny jest ktoś taki jak Zygmunt Freud - Zygmunt Freud, który może
przywrócić światu śmierć, który może zapoznać ludzi ze zjawiskiem
śmierci.
Kiedy na Zachodzie ktoś umiera, jego ciało jest dekorowane, kąpane,
perfumowane, malowane. Teraz są fachowcy, którzy wykonują tę całą
robotę. Jeśli zobaczycie zmarłego mężczyznę czy zmarłą kobietę,
będziecie zaskoczeni - wydają się o wiele żywsi niż za życia! Ich
pomalowane policzki są zaróżowione, twarz wygląda na rozpromienioną;
jakby mocno spali w ciszy i spokoju.
Oszukujemy siebie! Nie oszukujemy ich, bo ich już tu nie ma. Nie ma
nikogo, tylko martwe ciało, zwłoki. Ale oszukujemy siebie, malując ich
twarze, dekorując ciała, nakładając na nie piękne ubrania, wioząc je w drogich pojazdach, idąc w długich procesjach, z wielkim poszanowaniem
dla osoby, która zmarła. Kiedy żyła, nigdy nie była doceniana; ale teraz
nikt jej nie krytykuje, wszyscy ją chwalą.
Próbujemy się oszukiwać; jak tylko się da, upiększamy śmierć, żeby nie
powstało pytanie. Żyjemy w złudzeniu, że to zawsze ktoś inny umiera -
oczywiście nie zobaczycie własnej śmierci, zawsze będziecie widzieć, jak
umierają inni. Logiczny wniosek - to inni umierają, więc po co się
martwić? Wydaje się wam, że jesteście wyjątkowi, że Bóg ustanowił dla
was inne zasady.
Pamiętajcie, nikt nie jest wyjątkiem. Budda mówi: Aes Dhammo Sanantano
- jedno prawo rządzi wszystkim, jedno wieczne prawo. To, co zdarza się
mrówce, zdarzy się także słoniowi, a cokolwiek zdarza się żebrakowi,
zdarzy się też władcy. Biedny czy bogaty, ciemny czy mądry, grzesznik
czy święty, prawo nie wyróżnia - prawo jest bardzo sprawiedliwe.
Śmierć jest komunistyczna - zrównuje ludzi. Nie zwraca uwagi na to, kim
jesteś. Nigdy nie zagląda do publikacji w rodzaju Kto jest kim. Nie
zawraca sobie głowy tym, czy jesteś biedakiem, czy Aleksandrem Wielkim.
Pewnego dnia Siddhartha musiał się stać świadomy. I stał się świadomy.
Szedł na święto młodości, miał je zainaugurować. Oczywiście to książę
musiał zainaugurować doroczne święto młodości. Był piękny wieczór;
młodzież z królestwa zebrała się, żeby tańczyć, śpiewać i bawić się całą
noc. Pierwszy dzień roku, całonocne świętowanie. A Siddhartha szedł,
żeby je otworzyć.
Po drodze zobaczył to, czego zgodnie z wolą ojca miał nie widzieć.
Najpierw ujrzał chorego człowieka - dla Siddharthy było to pierwsze
zetknięcie z chorobą. Zapytał:
- Co się stało?
To bardzo piękna opowieść: mówi o tym, że woźnica miał skłamać, lecz
bezcielesna dusza opanowała go i zmusiła do powiedzenia prawdy. Wbrew
sobie musiał odrzec:
- Ten człowiek jest chory.
A Budda natychmiast zadał inteligentne pytanie:
- Czy to znaczy, że ja też mogę zachorować?
Woźnica znów miał skłamać, ale dusza Boga, oświecona dusza, bezcielesna,
zmusiła go, żeby powiedział "tak". Dziwił się, że chciał powiedzieć
"nie", ale z jego ust wyszło:
- Tak, ty też zachorujesz.
Później natknęli się na starego człowieka - to samo pytanie. Następnie
ujrzeli zwłoki wiezione na miejsce kremacji - i to samo pytanie... a kiedy
Budda ujrzał martwe ciało i zapytał: - Czy ja też pewnego dnia umrę? -
woźnica odpowiedział: - Tak, panie. Nikt nie jest wyjątkiem. Przykro mi
to mówić, ale nikt nie jest wyjątkiem. Nawet ty umrzesz.
Budda odparł:
- W takim razie zawróć powóz. Nie ma sensu jechać na święto młodości. Ja
już zachorowałem, już się postarzałem, już jestem na skraju śmierci.
Jeśli pewnego dnia umrę, jaki sens ma cały ten absurd: żyć, czekając na
śmierć?! Zanim nadejdzie, chciałbym poznać coś, co nigdy nie umiera.
Teraz całe życie poświęcę na poszukiwanie czegoś nieśmiertelnego. Jeśli
istnieje coś nieśmiertelnego, jedyną ważną rzeczą w życiu jest
poszukiwanie tego.
A kiedy to mówił, ujrzeli czwartą postać - sannjasina, mnicha odzianego
w pomarańczowe szaty, który idąc, pogrążony był w medytacji. Budda
rzekł:
- Co się stało z tym człowiekiem?
Woźnica odpowiedział:
- Panie, to jest to, co zamierzasz zrobić. Ten człowiek widział śmierć i wyruszył na poszukiwanie nieśmiertelnego.
Jeszcze tej nocy Budda wyrzekł się świata; opuścił dom w poszukiwaniu
nieśmiertelnego, w poszukiwaniu prawdy.
Śmierć jest najważniejszą sprawą w życiu. Ci, którzy przyjmują wyzwanie
śmierci, są hojnie nagradzani.
2. Sprzeciw: problem przekonania
Jeśli wierzycie, będziecie też nie wierzyć. Nie ma wiary bez niewiary.
Ustalmy to raz na zawsze: nie ma wiary bez niewiary. Każda wiara jest
przykrywką dla niewiary.
Wiara jest tylko obwodem środka zwanego wątpliwością; ponieważ wątpicie,
stwarzacie wiarę. Wątpienie boli jak rana. Ponieważ wątpienie jest raną
- boli; sprawia, że czujecie wewnętrzną pustkę, wewnętrzną niewiedzę.
Chcecie ją zakryć. Ale czy sądzicie, że zakrywanie rany kwiatem róży
pomoże? Czy sądzicie, że kwiat róży pomoże zniknąć ranie? Wręcz
przeciwnie! Wcześniej czy później kwiat róży zacznie cuchnąć raną. Rana
nie zniknie z powodu kwiatu róży; w rzeczywistości kwiat róży zniknie z powodu rany.
Możecie oszukać kogoś, kto patrzy z zewnątrz - sąsiedzi będą myśleć, że
to nie rana, tylko róża - ale jak można oszukać siebie? To niemożliwe.
Nie można oszukać siebie; gdzieś w głębi będziecie wiedzieć, musicie
wiedzieć, że rana istnieje i ukrywacie ją za różą. Wiecie, że róża jest
przypadkowa: nie wyrosła w was, zerwaliście ją na zewnątrz. I że rana
rosła w was, nie wzięliście jej z zewnątrz.
Dziecko przynosi w sobie wątpienie - wewnętrzne wątpienie, to naturalne.
To z powodu wątpienia docieka, z powodu wątpienia zadaje pytania.
Przejdźcie się z dzieckiem na poranny spacer do lasu, a zada tyle pytań,
że będziecie znużeni, będziecie chcieli powiedzieć, żeby się zamknęło.
Ale ono wciąż pyta.
Skąd biorą się te wszystkie pytania? Dla dziecka są czymś naturalnym.
Wątpienie to wewnętrzny potencjał; tylko w ten sposób dziecko będzie
mogło dociekać, badać, poszukiwać. Nie ma w tym niczego złego. Kapłani
okłamywali was, że w wątpieniu jest coś złego. Nie ma w nim nic złego.
Jest naturalne, trzeba je zaakceptować i szanować. Kiedy szanujecie
wasze wątpienie, nie ma już rany; kiedy je odrzucacie, staje się raną.
Niech to będzie zupełnie jasne: samo wątpienie nie jest raną. Jest
wielką pomocą, ponieważ zrobi z was poszukiwacza przygód, badacza.
Zabierze was na najodleglejszą gwiazdę w poszukiwaniu prawdy, uczyni z was pielgrzyma. Wątpienie nie jest niczym niezdrowym. Jest piękne,
niewinne, naturalne. Ale przez wieki kapłani je potępiali. Z powodu ich
potępienia wątpienie, które mogło się stać rozkwitem zaufania, stało się
cuchnącą raną. Potęp coś, a stanie się raną; odrzuć coś, a stanie się
raną.
Ja uczę, że przede wszystkim nie należy próbować wierzyć. Dlaczego?
Jeśli jest wątpienie, to ono jest! Nie trzeba go ukrywać. Przeciwnie,
pozwól na nie, pomóż mu, niech stanie się wielkim pytaniem. Niech stanie
się niezliczonymi pytaniami - w końcu zobaczysz, że liczą się nie
pytania, ale znak zapytania! Wątpienie nie jest poszukiwaniem wiary;
wątpienie to szukanie po omacku tajemnicy, podejmowanie wszelkich
wysiłków, by zrozumieć niezrozumiałe, pojąć niepojęte - to wysiłek
szukania po omacku.
A jeśli wciąż poszukujesz, jeśli nie napychając się zapożyczonymi
wierzeniami, wciąż badasz, zdarzą się dwie rzeczy. Pierwsza: nigdy nie
będziesz nie dowierzał. Pamiętaj, wątpienie i niedowierzanie nie są
synonimami. Niedowierzanie pojawia się tylko wtedy, kiedy już wierzyłeś,
kiedy oszukiwałeś siebie i innych. Niedowierzanie pojawia się tylko
wtedy, kiedy weszła wiara; to cień wiary.
Wszyscy wierzący są niedowiarkami - mogą być hinduistami,
chrześcijanami, dżinistami. Znam ich wszystkich! Wszyscy wierzący są
niedowiarkami, ponieważ niedowierzanie bierze się z wiary, jest jej
cieniem. Czy można wierzyć bez niedowierzania? To niemożliwe; to nie
leży w naturze wiary. Jeśli chcecie nie dowierzać, najpierw musicie
wierzyć. Czy można wierzyć tak, by niedowierzanie nie wkradło się
tylnymi drzwiami? Albo czy można nie dowierzać, nie mając najpierw
jakiejś wiary? Uwierzcie w Boga, a natychmiast wkradnie się
niedowierzanie. Uwierzcie w życie po śmierci, a pojawi się
niedowierzanie. Niedowierzanie jest wtórne, wiara jest pierwotna.
Lecz miliony ludzi na świecie chcą tylko wiary - nie chcą niewiary. Nic
na to nie poradzę, nikt nie może poradzić. Jeśli interesuje was tylko
wiara, będziecie musieli też cierpieć niedowierzanie. Będziecie
podzieleni, rozszczepieni, schizofreniczni. Nie możecie mieć poczucia
organicznej jedności; sami się tego pozbawiliście.
Co radzę? Po pierwsze, porzućcie wiarę. Niech wierzenia odejdą, to tylko
śmieci! Ufajcie wątpieniu, to moja sugestia; nie próbujcie go ukrywać.
Ufajcie wątpieniu. To pierwsza rzecz, jaką musicie wnieść w swoje
istnienie - ufajcie swojemu wątpieniu i zobaczcie jego piękno, jak
pięknie pojawiło się zaufanie.
Nie mówię: wierzcie. Mówię: ufajcie. Wątpienie jest naturalnym darem;
musi pochodzić od Boga - skądinąd mogłoby przyjść? Przynosicie ze sobą
swoje wątpienie - ufajcie mu, ufajcie waszej dociekliwości i nie
spieszcie się z napychaniem jej zapożyczonymi z zewnątrz wierzeniami.
Zapożyczonymi od rodziców, księży, polityków, społeczeństwa, z Kościoła.
Wasze wątpienie jest czymś pięknym, bo jest wasze; jest czymś pięknym,
bo jest autentyczne. Z tego autentycznego wątpienia pewnego dnia
wyrośnie kwiat autentycznego zaufania. Będzie to rozwój wewnętrzny, a nie coś narzuconego z zewnątrz.
Na tym polega różnica między wiarą a zaufaniem: zaufanie rozwija się w waszym wnętrzu, w waszej subiektywności. Tak jak zaufanie, tak i wątpienie jest wewnętrzne. A tylko wewnętrzne może przekształcić
wewnętrzne. Wiara pochodzi z zewnątrz; nie może pomóc, ponieważ nie może
dotrzeć do najgłębszego jądra waszej istoty, a właśnie tam jest
wątpienie.
Od czego zacząć? Ufajcie wątpieniu. To mój sposób na wprowadzenie
zaufania. Nie wierzcie w Boga, nie wierzcie w duszę, nie wierzcie w życie pozagrobowe. Zaufajcie waszemu wątpieniu, a natychmiast rozpocznie
się przemiana. Zaufanie jest tak potężną siłą, że nawet jeśli ufacie
wątpieniu, wnieśliście światło. A wątpienie jest jak ciemność. To małe
zaufanie zacznie zmieniać wasz wewnętrzny świat, wewnętrzny krajobraz.
I kwestionujcie! Dlaczego się bać? Dlaczego być tchórzliwym?
Kwestionujcie - kwestionujcie wszystkich buddów, kwestionujcie mnie,
ponieważ jeśli jest tam prawda, nie boi się waszego kwestionowania.
Jeśli buddowie są prawdziwi, to są prawdziwi, nie musicie w nich
wierzyć. Wątpcie w nich... a któregoś dnia zobaczycie, że pojawiło się
zaufanie.
Kiedy wątpicie i doprowadzacie wątpienie do samego końca, do samego
logicznego końca, wcześniej czy później natkniecie się na prawdę.
Wątpienie jest szukaniem po omacku w ciemności. Ale drzwi istnieją.
Jeśli Budda mógł dotrzeć do drzwi, jeśli Jezus mógł dotrzeć, jeśli ja
mogę, dlaczego ty nie możesz? Wszyscy mogą dotrzeć do drzwi - ale boicie
się szukać po omacku. Siedzicie więc w ciemnym kącie i wierzycie w kogoś, kto znalazł drzwi. Nie widzieliście tego kogoś, słyszeliście o nim od innych, którzy słyszeli od innych i tak dalej, i temu podobne.
Jak wierzycie w Jezusa? Dlaczego? Nie widzieliście go! Nawet gdybyście
go widzieli, zaprzepaścilibyście szansę. W dniu, w którym ukrzyżowano
Jezusa, zebrały się tysiące, żeby go zobaczyć. Czy wiecie, co robili?
Pluli mu w twarz! Moglibyście być w tym tłumie, ludzie z tłumu wcale nie
byli inni od nas. Człowiek się nie zmienił.
Mamy lepsze drogi i lepsze pojazdy do przemieszczania się z jednego
miejsca w drugie, wielką technikę - człowiek wylądował na Księżycu - ale
człowiek się nie zmienił. Dlatego mówię, że wielu z was musiało być w tłumie, który pluł na Jezusa. Nie zmieniliście się. Jak możecie wierzyć
w Jezusa? Pluliście mu w twarz, kiedy żył, a teraz w niego wierzycie, po
dwóch tysiącach lat? To tylko rozpaczliwy wysiłek, aby ukryć wątpienie.
Dlaczego wierzycie w Jezusa?
Jeśli porzuci się jeden element historii Jezusa, zniknie całe
chrześcijaństwo. Jedna rzecz, tylko jedna rzecz, fenomen
zmartwychwstania - to, że po ukrzyżowaniu i trzech dniach od śmierci
Jezus powrócił - jeśli porzuci się tę część, zniknie całe
chrześcijaństwo. Wierzycie w Jezusa, ponieważ boicie się śmierci, a on
wydaje się jedynym człowiekiem, który powrócił, który pokonał śmierć.
Chrześcijaństwo stało się największą religią na świecie. Buddyzm nie
mógł się stać tak popularny z tego prostego powodu, że lęk przed
śmiercią pomaga ludziom wierzyć w Chrystusa bardziej niż w Buddę. W istocie wiara w Buddę wymaga odwagi, ponieważ Budda mówi: "Uczę was
totalnej śmierci". Nie zadowala go mała śmierć. Mówi: "Ta mała śmierć
nie wystarczy, wrócicie. Uczę was totalnej śmierci, śmierci ostatecznej.
Uczę unicestwienia, żebyście nigdy już nie wrócili, żebyście zniknęli,
rozpuścili się w istnieniu, nie istnieli już więcej; nawet ślad nie
pozostanie".
W Indiach buddyzm znikł całkowicie. Taki wielki, tak zwany religijny
kraj, a buddyzm zanikł całkowicie. Dlaczego? Ludzie wierzą w religie,
które uczą, że będziecie żyć po śmierci, że dusza jest nieśmiertelna.
Budda mówił, że jedyną rzeczą, którą warto zrozumieć, jest to, że was
nie ma. Buddyzm nie mógł przetrwać w Indiach, ponieważ nie dawał
przykrywki dla waszego lęku.
Budda nie mówił ludziom: "Wierzcie we mnie". Jego nauki zanikły w Indiach, bo ludzie chcą wierzyć. Ludzie nie chcą prawdy, chcą wiary.
Wiara jest tania. Prawda jest niebezpieczna, męcząca, trudna; trzeba za
nią zapłacić. Trzeba do niej dążyć, szukać jej, bez gwarancji, że się ją
znajdzie. Nie ma gwarancji, że gdzieś jest jakaś prawda. Może wcale nie
istnieć.
Ludzie chcą wiary, a Budda powiedział - jego ostatnim przesłaniem dla
świata było: Appo deepo bhava - "Bądźcie światłem dla siebie". Jego
uczniowie płakali, otaczało go dziesięć tysięcy sannjasinów... oczywiście,
byli smutni, łzy płynęły; odchodził ich mistrz. A Budda powiedział im:
- Nie płaczcie. Dlaczego płaczecie?
Jeden z uczniów, Ananda, odparł:
- Ponieważ nas opuszczasz, ponieważ byłeś naszą jedyną nadzieją,
ponieważ długo mieliśmy nadzieję, że poprzez ciebie uzyskamy prawdę.
W odpowiedzi Budda rzekł:
- Nie martwcie się. Nie mogę wam dać prawdy. Nie może jej wam dać nikt
inny, nie można jej przekazać. Ale możecie ją sami odkryć. Bądźcie
światłem dla siebie.
Moja postawa jest taka sama. Nie musicie we mnie wierzyć. Nie chcę tu
wyznawców, chcę poszukiwaczy, a poszukiwacz to ktoś całkiem inny.
Wierzący nie jest poszukiwaczem. Wierzący nie chce szukać, dlatego
wierzy. Wierzący chce uniknąć poszukiwania, dlatego wierzy. Wierzący
chce być uratowany, zbawiony, potrzebuje zbawiciela. Zawsze szuka
mesjasza - kogoś, kto może jeść za niego, przeżuwać za niego, trawić za
niego. Ale jeśli ja jem, wasz głód nie będzie zaspokojony. Nikt poza
wami samymi nie może was zbawić.
Potrzebuję tu poszukiwaczy, dociekających, a nie wierzących. Wierzący to
najbardziej przeciętni, najmniej inteligentni ludzie pod słońcem.
Zapomnijcie więc o wierze, sami stwarzacie sobie problem. Zaczynacie
wierzyć we mnie, wtedy powstaje niewiara - musi powstać, ponieważ nie
jestem tu po to, by odpowiadać waszym oczekiwaniom.
Żyję na swój własny sposób, nie biorę was pod uwagę. Nie biorę pod uwagę
nikogo - bo jeśli zaczniesz mieć na względzie innych, nie będziesz mógł
żyć autentycznie swoim życiem. Bierz pod uwagę innych, a staniesz się
pozerem.
Georgij Gurdżijew mówił swoim uczniom jedną z najbardziej podstawowych
rzeczy: "Nie zważajcie na innych, bo nigdy się nie rozwiniecie". A przecież na całym świecie wszyscy mają na uwadze innych: co pomyśli
matka? co pomyśli ojciec? co pomyśli społeczeństwo? moja żona, mój mąż...
Nawet rodzice boją się dzieci! Myślą: co powiedzą dzieci? Wszyscy biorą
siebie nawzajem pod uwagę - a do uwzględnienia są miliony ludzi. Jeśli
będziesz uwzględniać każdego, nigdy nie będziesz indywidualnością,
będziesz miszmaszem. Idąc na tyle kompromisów, już dawno popełniłbyś
samobójstwo.
Mówi się, że ludzie umierają w wieku trzydziestu lat, a grzebani są w wieku siedemdziesięciu. Śmierć następuje bardzo wcześnie - myślę, że
trzydzieści lat to też za dużo, śmierć następuje wcześniej. Gdzieś około
dwudziestu jeden lat, kiedy prawo i państwo uznają cię za obywatela, to
moment, kiedy umierasz. Właśnie dlatego uznają cię za obywatela: teraz
nie jesteś już niebezpieczny, nie jesteś już dziki, nie jesteś już
nieokrzesany. Teraz wszystko zostało w tobie uporządkowane, naprawione;
teraz zostałeś dostosowany do społeczeństwa. Właśnie to się dzieje,
kiedy naród daje ci prawo głosowania: naród może teraz ufać, że twoja
inteligencja została zniszczona - możesz głosować. Nie trzeba się ciebie
obawiać; jesteś obywatelem, jesteś cywilizowanym człowiekiem. Nie jesteś
już wtedy człowiekiem, jesteś obywatelem.
Z moich obserwacji wynika, że ludzie umierają w wieku około dwudziestu
jeden lat. Później jest już tylko egzystencja pośmiertna. Na grobie
powinniśmy zacząć pisać trzy daty: urodzenia, śmierci i śmierci
pośmiertnej.
Osobę, która wie, jak wybrnąć z tarapatów, określa się jako bystrą, a taką, która wie, jak nigdy w nie nie popaść - jako mądrą. Bądźcie
mądrzy. Dlaczego nie odciąć samego korzenia? Nie wierzcie. Wówczas nie
ma problemu niewiary, nigdy nie powstaje rozdwojenie i nie musicie
znajdować sposobu rozwiązania. Proszę, nie pakujcie się w to.
Prawda jest indywidualna; tłum nie dba o prawdę. Obchodzi go
pocieszenie, dobre samopoczucie. Tłum nie składa się z badaczy,
poszukiwaczy, ludzi, którzy zgłębiają nieznane, nieustraszonych -
ryzykujących życie, by znaleźć sens i znaczenie zarówno swojego
istnienia, jak i całej egzystencji. Tłum chce słyszeć słodkie słówka,
uspokajające i miłe. Odpręża się w tych pocieszających kłamstwach.
Tak się zdarzyło, że ostatni raz w rodzinnym mieście byłem w 1970 roku.
Jeden z moich dawnych nauczycieli, z którym zawsze miałem serdeczne
relacje, był na łożu śmierci, więc najpierw poszedłem do niego.
Jego syn powitał mnie na progu i powiedział:
- Nie przeszkadzaj mu, proszę. Jest bliski śmierci. Kocha cię, pamiętał
o tobie, ale wiemy, że sama twoja obecność może odebrać mu pociechę. Nie
rób mu tego w chwili śmierci.
Odrzekłem:
- Gdyby to nie była chwila śmierci, posłuchałbym twojej rady. Ale muszę
go zobaczyć. Jeśli porzuci swe kłamstwa i pocieszenia tuż przed
śmiercią, jego śmierć będzie miała większą wartość niż całe życie. -
Odepchnąłem na bok syna. Wszedłem do domu.
Stary człowiek otworzył oczy, uśmiechnął się i powiedział:
- Pamiętałem o tobie, a jednocześnie się ciebie obawiałem. Słyszałem, że
przybyłeś do miasta, i pomyślałem, że może zanim umrę, będę mógł cię
jeszcze raz zobaczyć. Ale jednocześnie bardzo się bałem, ponieważ
spotkanie z tobą może być niebezpieczne!
Powiedziałem:
- Na pewno będzie niebezpieczne. Przyszedłem we właściwym czasie. Nim
umrzesz, chcę ci odebrać wszystkie pocieszenia. Jeśli zdołasz umrzeć
niewinny, twoja śmierć będzie miała ogromną wartość. Porzuć swoją
wiedzę, ponieważ w całości jest zapożyczona. Porzuć swojego Boga,
ponieważ jest tylko wierzeniem i niczym więcej. Porzuć ideę nieba i piekła, ponieważ są tylko twoją chciwością i lękiem. Całe życie
uczepiałeś się tych rzeczy. Przynajmniej przed śmiercią nabierz odwagi -
nie masz nic do stracenia!
Umierający człowiek nie może niczego stracić: śmierć zniszczy wszystko.
Lepiej, żebyś porzucił pocieszenia sam i umarł niewinnie, pełen
ciekawości i dociekliwości, ponieważ śmierć jest ostatecznym
doświadczeniem w życiu. To apogeum.
Stary człowiek powiedział:
- Bałem się, a teraz prosisz mnie o to samo. Czciłem Boga przez całe
życie i wiem, że to tylko hipoteza - nigdy nie doświadczyłem Boga.
Modliłem się do nieba i wiem, że nikt nigdy nie odpowiedział na żadną
modlitwę; nie ma nikogo, kto by miał na nią odpowiedzieć. Ale było to
pocieszenie w cierpieniach i niepokojach życia. Cóż innego może zrobić
bezradny człowiek?
Powiedziałem:
- Teraz nie jesteś już bezradny, teraz nie ma już niepokoju, cierpienia,
nie ma problemów: one należą do życia. Teraz życie wyśliznęło się z twoich rąk; może na tym brzegu pozostaniesz jeszcze tylko parę minut.
Nabierz odwagi! Nie stawaj przed śmiercią jak tchórz.
Zamknął oczy i odrzekł:
- Zrobię, co będę mógł.
Zebrała się cała rodzina; wszyscy byli na mnie źli. Byli bardzo
ortodoksyjnymi braminami wysokiej kasty i nie mogli uwierzyć, że stary
człowiek zgodził się ze mną. Śmierć była takim wstrząsem, że
roztrzaskała wszystkie kłamstwa.
Za życia możesz wierzyć w kłamstwa, ale w obliczu śmierci doskonale
wiesz, że na oceanie papierowe łódki na nic się nie zdadzą. Lepiej
wiedzieć, że nie masz łodzi, a musisz płynąć. Trzymanie się papierowej
łódki jest niebezpieczne; może przeszkadzać w płynięciu. Zamiast dotrzeć
do drugiego brzegu, papierowa łódź może cię utopić.
Byli źli, ale nie mogli nic powiedzieć. Stary człowiek, nie otwierając
oczu, uśmiechnął się i powiedział:
- Szkoda, że nigdy cię nie słuchałem. Czuję się tak lekko, zrzuciłem
ciężar. Nie boję się. Nie czuję lęku, jestem wręcz ciekawy śmierci i tajemnicy, jaką kryje.
Umarł z uśmiechem na twarzy.
3. Różne oblicza śmierci
W historii ludzkiego umysłu można wyróżnić trzy sposoby wyrażania
śmierci.
Pierwszy odnosi się do zwykłego człowieka, który żyje w przywiązaniu do
swego ciała i nigdy nie poznał niczego większego od przyjemności
jedzenia czy seksu. Całe jego życie polegało na jedzeniu i seksie;
cieszył się jedzeniem, cieszył się seksem - jego życie było bardzo
prymitywne, prostackie. Żył w przedsionku pałacu i nigdy do niego nie
wszedł, bo myślał, że w życiu nie ma niczego więcej. W chwili śmierci
będzie próbował trzymać się kurczowo tego życia. Będzie opierał się
śmierci i z nią walczył. Śmierć przyjdzie jako wróg. Dlatego we
wszystkich społeczeństwach na całym świecie śmierć przedstawiana jest
jako ciemna i diaboliczna. W Indiach mówią, że posłaniec śmierci jest
ohydny - ciemny, czarny - i przybywa na olbrzymim, wstrętnym bawole.
To zwykła postawa. Ci ludzie zmarnowali szansę; nie zdołali poznać
wszystkich wymiarów życia. Nie potrafili dotknąć głębi życia ani
wzlecieć na wyżyny życia. Nie korzystali z obfitości, stracili
błogosławieństwo.
Mamy też drugi sposób wyrażania śmierci. Poeci i filozofowie mówili
czasem, że śmierć nie jest niczym złym; jest po prostu ukojeniem -
wielkim odpoczynkiem, jak sen. To lepsza postawa niż pierwsza. Ci ludzie
mają przynajmniej coś oprócz ciała; poznali trochę umysł. Mieli nie
tylko jedzenie i seks; ich życie nie polegało wyłącznie na jedzeniu i reprodukowaniu. Ich dusza jest nieco wyrafinowana; są trochę bardziej
eleganccy i kulturalni. Mówią, że śmierć jest jak wielki odpoczynek;
ktoś jest zmęczony, wchodzi w śmierć i odpoczywa. Śmierć jest dla nich
ukojeniem. Ale oni też są dalecy od prawdy.
Ci, którzy poznali najgłębsze jądro życia, mówią, że śmierć jest boska.
To nie tylko wypoczynek, ale też wybawienie, nowe życie i nowy początek:
otwierają się nowe drzwi.
Gdy umierał mistyk sufi Bayazid, ludzi, którzy się wokół niego zebrali -
jego uczniów - ogarnęło nagłe zdumienie, ponieważ w ostatnim momencie
twarz Bayazida stała się bardzo promienna. Miała piękną aurę. Bayazid
był pięknym człowiekiem, uczniowie zawsze odczuwali wokół niego
szczególną aurę, lecz czegoś podobnego dotąd nie widzieli. Taka
promienna twarz!
Zapytali:
- Bayazid, powiedz, co się z tobą stało. Co się z tobą dzieje? Zanim nas
opuścisz, przekaż nam swoje ostatnie przesłanie.
On otworzył oczy i powiedział:
- Bóg mnie wita. Idę w jego objęcia. Żegnajcie!
Zamknął oczy i jego oddech ustał. Ale w chwili gdy zatrzymał się jego
oddech, rozbłysło światło. Pokój napełnił się światłem; a potem światło
znikło.
Gdy ktoś rozpoznał w sobie transcendentne, śmierć jest po prostu innym
wymiarem boskości. Wtedy śmierć jest tańcem.
Iluzja śmierci jest zjawiskiem społecznym. Trzeba to zrozumieć trochę
dokładniej.
Widzicie umierającego człowieka, a potem myślicie, że jest martwy.
Ponieważ nie jesteście martwi, nie macie prawa tak myśleć. To bardzo
głupie - wnioskować, że ten człowiek jest martwy. Powinniście
powiedzieć: "Nie mogę ustalić, czy to ta sama osoba, taka, jaką znałem
przedtem". Powiedzenie czegoś więcej jest niebezpieczne i przekracza
granice przyzwoitości.
Można powiedzieć tylko tyle: "Aż do wczoraj ten człowiek mówił, teraz
już nie mówi. Przedtem chodził, teraz już nie chodzi. To, co do wczoraj
uważałem za jego życie, już nie istnieje. Nie ma już życia, którym żył
do wczoraj. Jeśli jest jakieś inne życie, niech będzie; jeśli nie ma -
będzie to, co będzie". Ale kiedy mówimy: "Ten człowiek jest martwy",
posuwamy się za daleko. Powinniśmy powiedzieć: "Ten człowiek nie jest
już żywy". Jeśli wiedzieliśmy, że ktoś miał życie, teraz wiemy, że już
tego życia nie ma.
W porządku jest stwierdzić negatywnie, że tego, co znaliśmy jako jego
życie - jego walki, miłości, jedzenia i picia - już nie ma. Ale
stwierdzenie, że ten człowiek jest martwy, jest bardzo stanowcze. Nie
mówimy, że to, co w tym człowieku było, już nie istnieje; mówimy, że
stało się coś więcej: ten człowiek jest martwy. Mówimy o śmierci.
Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy powiedzieli, że rzeczy, które działy
się wokół niego przedtem, już się nie dzieją. Ale mówimy nie tylko to;
mówimy, że ten człowiek jest martwy.
My, którzy nie jesteśmy martwi, którzy nic nie wiemy o śmierci, tłoczymy
się wokół kogoś i orzekamy, że jest martwy! Tłum rozstrzyga o śmierci
człowieka, nawet go nie pytając, nawet nie pozwalając mu za to ręczyć!
To jak jednostronny wyrok sądu: druga strona jest nieobecna. Biedak nie
ma nawet szansy powiedzieć, czy jest naprawdę martwy, czy nie.
Rozumiecie, co mam na myśli?
Śmierć jest społeczną iluzją. To nie jest iluzja tego człowieka. W istocie pozornie czujemy, że jest martwy, ale to społeczne ustalenie,
niewłaściwy wniosek. Zjawisko śmierci ustalane jest przez
nieuprawnionych do tego ludzi. Nikt z tłumu nie jest prawdziwym
świadkiem, ponieważ nikt naprawdę nie widział, jak ta osoba umiera. Nikt
nie widział, jak ktoś umiera! Nikt nigdy nie był świadkiem aktu
umierania. Wiemy tylko, że do pewnego momentu ktoś był żywy, a potem już
nie był żywy. To wszystko; poza tym jest ściana. Jak dotąd nikt nie
widział zjawiska śmierci.
Ktoś, kto przez cały czas uważał, że życie to tylko jedzenie, picie,
spanie, poruszanie się, kłócenie, kochanie, zjednywanie sobie przyjaciół
i robienie wrogów - nagle nawet on w chwili śmierci odkrywa, że życie
wymyka mu się z rąk. To, co uznawał za życie, nie było życiem. To tylko
działania widoczne w świetle życia. Tak jak przedmioty widoczne są w świetle, tak samo ten człowiek widział pewne rzeczy, kiedy było w nim
światło. Jadł, zaprzyjaźniał się, tworzył sobie wrogów, budował domy,
zarabiał pieniądze i wznosił się w społecznej hierarchii - wszystkie te
rzeczy widoczne były w świetle życia. Teraz, w chwili śmierci, widzi, że
wszystko mu się wymyka.
Dlatego myśli, że odchodzi, że życie stracone jest na zawsze. Widział
przedtem, jak umierają inni; w jego głowie tkwi również społeczna
iluzja, że człowiek umiera. Czuje więc, że sam umiera. Jego wniosek też
jest częścią społecznej iluzji. Człowiek zaczyna czuć, że umiera, tak
jak umierali przed nim inni.
Widzi siebie w otoczeniu bliskich, rodziny i krewnych, którzy gorzko
płaczą. Teraz jego iluzja zaczyna się potwierdzać. Wszystko to wywiera
na niego hipnotyczny wpływ. Wszyscy ci ludzie - sytuacja jest wprost
idealna - lekarz przy jego boku, tlen gotowy do użycia, zmieniona
atmosfera w domu, płaczący ludzie... Teraz ten człowiek wydaje się pewny
swej śmierci. Społeczna iluzja, że umiera, opanowuje jego umysł.
Przyjaciele i krewni wokół zaczynają rzucać na niego hipnotyczne
zaklęcie, że zaraz umrze. Ktoś bada jego puls. Wszyscy przekonują go, że
umiera - to wszystko, co kiedyś robiono z innym umierającym człowiekiem,
teraz robią z nim.
To społeczna hipnoza. Ten człowiek jest teraz całkowicie przekonany, że
wkrótce umrze, że umiera, odchodzi. Hipnoza śmierci pozbawi go
świadomości, przestraszy, przerazi; sprawi, że się skurczy, myśląc:
zaraz umrę, zaraz umrę, co mam robić? Opanowany lękiem zamknie oczy i w stanie przerażenia straci przytomność.
W istocie utrata przytomności to sposób obrony przed rzeczami, których
się boimy. Na przykład gdy boli was żołądek, jeśli ból staje się
nieznośny, tracicie przytomność. Po prostu stosujecie taką sztuczkę, aby
wyłączyć umysł, zapomnieć o bólu. Kiedy ból jest zbyt wielki, utrata
przytomności jest mentalną sztuczką - nie chcecie już dłużej cierpieć.
Gdy ból nie mija, jedyną możliwością jest wyłączenie umysłu. Wyłączacie
się i jesteście nieświadomi bólu.
Utrata przytomności jest więc naszym wyjątkowym sposobem radzenia sobie
z nieznośnym bólem. Pamiętajcie jednak, że nie ma czegoś takiego jak
nieznośny ból: czujecie ból, dopóki jest do zniesienia. Kiedy staje się
nieznośny, tracicie świadomość; dlatego nigdy nie czujecie nieznośnego
bólu. Nie wierzcie komuś, kto mówi, że cierpi ból nie do zniesienia,
ponieważ osoba, która do was mówi, jest wciąż świadoma. Gdyby ból był
nie do zniesienia, byłaby nieprzytomna. Zadziałałby naturalny trik i straciłaby świadomość. Gdy ktoś przekracza granicę wytrzymałości,
natychmiast traci przytomność.
Nawet lżejsze choroby budzą w nas strach i tracimy przytomność - a co
dopiero przerażająca myśl o śmierci. Zabija nas sama idea śmierci!
Tracimy świadomość i w tym nieświadomym stanie następuje śmierć. Dlatego
kiedy mówię, że śmierć jest iluzją, nie chodzi mi o to, że jest iluzją,
która przytrafia się ciału albo duszy. Nazywam to społeczną iluzją -
taką, którą rozwijamy w dzieciach. Każdemu dziecku wpajamy ideę:
"Umrzesz, w ten sposób następuje śmierć". Nim dziecko stanie się
dorosłe, zna już wszystkie symptomy śmierci, a kiedy te symptomy
wystąpią u niego, po prostu zamyka oczy i traci przytomność. Staje się
zahipnotyzowane.
Przeciwieństwem jest technika aktywnej medytacji - technika świadomego
wchodzenia w śmierć. Ta technika w Tybecie zwana jest bardo. Tak jak
ludzie hipnotyzują człowieka w chwili jego śmierci, tak zaangażowani w bardo dają umierającemu antyhipnotyczne sugestie. W bardo ludzie
zbierają się wokół umierającego i mówią mu: "Nie umierasz, ponieważ nikt
nigdy nie umarł". Dają mu antyhipnotyczne sugestie. Nie będą szlochać
ani zawodzić. Ludzie zbiorą się wokół niego, przyjdzie miejscowy kapłan
czy mnich i powie: "Nie umierasz, nikt bowiem nigdy nie umarł.
Odejdziesz spokojny i całkowicie świadomy. Nie umrzesz, ponieważ nikt
nigdy nie umiera".
Ów człowiek zamyka oczy, a ktoś opisuje mu cały proces: teraz energia
życiowa opuściła jego nogi, teraz ręce, teraz nie może mówić i tak
dalej, a jednak - mówi się mu - wciąż jest, pozostanie. Te sugestie
dawane są wszystkim wokół niego. Są to po prostu sugestie
antyhipnotyczne. Mają ochronić go przed poddaniem się społecznej iluzji,
że jest na granicy śmierci. Ludzie używają bardo jako antidotum.
W dniu, w którym świat będzie miał zdrowsze podejście do śmierci,
bardo nie będzie potrzebne. Lecz jesteśmy ciężko chorzy; żyjemy w wielkiej iluzji i z powodu tej iluzji antidotum staje się niezbędne. Gdy
ktoś umiera, wszyscy bliscy powinni próbować zniszczyć jego iluzję, że
umiera. Gdyby potrafili utrzymać go w świadomości, gdyby potrafili
przypominać mu w każdym punkcie...
Kiedy świadomość wycofuje się z ciała, nie opuszcza go nagle; całe ciało
nie umiera w tym samym czasie. Świadomość kurczy się wewnątrz i stopniowo opuszcza każdą część ciała. Wycofuje się etapami, a wszystkie
etapy tej regresji mogą być wyliczane umierającemu jako sposób na
utrzymanie go w świadomości.
Mistrz zen przed śmiercią zebrał wokół siebie mnichów i powiedział:
- Chcę was o coś zapytać. Przyszedł mój czas, ale czuję, że nie ma sensu
umierać tak, jak umierają wszyscy. Wielu już umarło w ten sposób. To nie
jest zabawne. Pytam was: czy widzieliście, jak ktoś umiera, idąc?
Mnisi odpowiedzieli:
- Nie widzieliśmy nikogo takiego, ale słyszeliśmy o pewnym mistyku,
który umarł, idąc.
Mistrz powiedział:
- Dobrze, zapomnijcie o tym! Pozwólcie, że zapytam: czy widzieliście
jakiegoś mistyka, który umarł, stojąc na głowie?
Odpowiedzieli:
- Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie czegoś takiego, a tym bardziej nie
widzieliśmy nikogo, kto tak umarł.
- A więc w porządku - powiedział mistrz - będzie w ten sposób. - Stanął
na głowie i umarł.
Tłum wokół mistrza bardzo się przestraszył. Sam widok zwłok jest
wystarczająco straszny, ale jeszcze bardziej przerażająca była
perspektywa położenia trupa stojącego na głowie. Mistrz był
niebezpiecznym człowiekiem. Pozycja, jaką przyjął... Choć był martwy, nikt
nie śmiał położyć go na marach. Wówczas ktoś zaproponował, żeby wezwać
jego starszą siostrę, mniszkę żyjącą w pobliskim klasztorze. Wiedziano,
że potrafiła okiełznać brata, gdy psocił jak chłopiec.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki