Sztuka wojny według Machiavellego - Niccolo Machiavelli

Kup książkę

59.00 zł
35.40 zł (35,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od tłumacza

W słynnej scenie z opery Faust Gounoda oddział żołnie­rzy śpiewa mniej więcej te słowa:

"Chwała i cześć ludziom dawnych lat,

Ich dzieci niech idą za nimi w ślad!"[1].

Podczas tłumaczenia Sztuki wojny Niccola Machiavellego dumna ta scena (w niektórych wystawieniach dająca też do myślenia) nasuwała mi się wielokrotnie, rodząc pytanie: jak daleko warto iść takim śladem?

*

"Obyś żył w ciekawych czasach!" - powiada chińskie przysło­wie, a jego przewrotna wymowa graniczy z przekleństwem. Nicoll? Machiavelli (1469 - 1527) niewątpliwie żył w cza­sach bardzo ciekawych. Nieustanne knowania polityczne i utarczki między księstwami i państewkami Półwyspu Ape­nińskiego, ze szczególnym udziałem Państwa Kościelnego i papieży, to­czące się na przełomie XV i XVI wieku, ciągłe wojny będące ich powodem, w końcu twórczy ferment wło­skiego renesan­su stanowiły inspirację niejednej książki i nie­jednego filmu[2]. Można rzec, że Machiavelli żył w czasach wartkich fabuł i nie­ustannych zmian akcji pisanych przez samo życie. A wiodło mu się przeróżnie. Dla potomnych okazał się myślicielem i pisarzem tak atrakcyjnym, że z książek, esejów i innych opra­cowań poświęconych jemu i jego twórczości można utworzyć pokaźną bibliotekę[3], przy czym właśnie Dell'arte della guerra (1520), obok Księcia[4], należy do najczęściej cytowanych. Pisząc owe swoiste poradniki dla władców i dowódców, miał również Machiavelli własne, czasem doraźne i dość prozaiczne powody; stało się jednak, że dzieła te przetrwały, niosąc kolejnym pokoleniom ponadczasowe obserwacje dotyczące sztuki organizacji społecznej i sprawowania władzy. Machiavelli, wiel­ki miłośnik antyku, w którego rozumieniu świat ograniczał się w zasadzie do Europy Zachodniej (z pewnymi rozszerze­niami na Bliski Wschód), na długie lata dostarczył kulturze europejskiej tego, co Dalekiemu Wschodowi chińscy mędrcy: wyboru prawd i uwag, często dość cierpkich, lecz o nie­przemijającym terminie ważności.

Co innego ówczesna "implementacja" tych prawd - ta z oczywistych względów nie mogła przetrwać do naszych cza­sów w niezmienionej postaci. Na pierwszy rzut oka, i znacz­nie zawężając spojrzenie, Sztuka wojny może wydać się przebrzmiałym i wąsko adresowanym (nudnym? - to już kwestia odbioru i zainteresowań Czytelnika) dziełem o ustawianiu szyków i manewrowaniu nimi. Wszakże niewiele się trzeba natrudzić, by jednak dostrzec w niej głębsze przesłanie, myśl o - jakbyśmy to dziś nazwali - powszechnym obowiązku służby wojskowej. (Machiavelli miał uzasadnione powody, by wątpić w usługi czystej wody zawodowców i wojsk najemnych). Odpowiedź na pytanie, czy Sztuka wojny jest tylko zabytkiem literatury wojskowej i politycznej, czy też wciąż inspirującym źródłem przemyśleń, zależy od tego, jak i co zechcemy z niej wyczytać. Weźmy przykład (a są ich w tekście dziesiątki). Niedługo po ceremonialnym wstępie napotykamy takie oto stwierdzenie: "Nie ma bowiem nic bardziej groźnego nad piechotę złożoną z tych, co z zarabiania na woj­nie zawód swój uczynią. Wtedy musisz wywoływać wojny nieustannie lub opłacać się im wszystkim, ryzykując inaczej, że królestwo zostanie ci przez nich odebrane". Brzmi to jak jakieś bajanie o zamierzchłych czasach. Pomińmy jednak szczegóły "realizacyjne" i pomyślmy o współczesności. Zarabianie na wojnie? Skojarzmy to z ciągiem konfliktów, któ­re tlą się w świecie nieustannie, a czasem rozpalają wielkim ogniem. Co leży u ich podstaw?

Można na Sztukę wojny spojrzeć i od innej, niejako wido­wiskowej strony. Mamy oto podręcznik musztry, chciałoby się powiedzieć - paradnej, gdyby nie fakt, że w założeniu służącej do działań na polu bitwy, przy czym człowiek liczył się w tym układzie od strony jej projektanta nie więcej niż sprzęt czy koń. Dużych chłopców nigdy nie brakowało i nie brak­nie. A choć metody walki - co zabrzmi paradoksalnie po tym, co właśnie powiedziałem - są dziś jeszcze bardziej odczło­wieczone niż szyki Machiavellego (zdalnie sterowany automat lub bomba rażą "higienicznie"), "instrukcja obsługi wojska" pióra sekretarza Rady Dziesięciu (Consiglio dei Dieci) Republiki Florenckiej była i pozostanie klasyką w tej dziedzinie i choć nie w prawdziwej bitwie (bo po cóż by?), posłużyć może do refleksji nad wojskiem wczorajszym i dzisiejszym. Nada się choćby i do zabawy - nie wirtualnymi, lecz tymi starymi, ołowianymi żołnierzykami. Żeby rozgryźć szyki opi­sywane przez Machiavellego, nie zaszkodziłoby zakupić ich co najmniej pół tysiąca. I coś jeszcze przebija z tej książki mającej formę dialogu: galanteria i kunsztowne maniery, grzeczny stosunek młodzieży do starszych.

Oto przed Tobą, Czytelniku, słynny traktat Sztuka wojny Niccola Machiavellego w kolejnym polskim przekładzie. Jaki jest ten przekład? Pochodzi z trzech angielskich, szesnasto- i siedemnastowiecznych źródeł: z przekładu Petera White­horne'a (1560), Henry'ego Neville'a (1675) i ze zbiorowego, londyńskiego wydania dzieł Machiavellego (The Works of the Famous Nicholas Machiavel...) z 1680 roku (z podziałem na rozdziały ku wygodzie czytelnika). Korzystałem poza tym z przedwojennego przekładu rosyjskiego i, oczywiście, nie­ustannie konsultowałem wszystkie te źródła z dostępnym tekstem w języku włoskim. Nadto do cennych porównań posłużył mi niedawny przekład polski Agnieszki Szopińskiej (z godnym uwagi wstępem Bogdana Barana). We wszystkich przekładach jest widoczna wierność ogólnym ideom autora przy jednoczesnej dużej swobodzie, czasem wręcz dowolno­ści w ujęciu szczegółów, poszczególnych wyrażeń i słów. W tej sytuacji dokładałem starań, aby brać to, co najlepsze, co najtrafniejsze mym zdaniem, ze wszystkich tych źródeł. Oznaczało to poszóstną robotę, lecz pozostanie wobec takich możliwości przy jednym źródle potraktowałbym jako stratę wyjątkowej okazji.

Współczesnych odbiorców lektura Sztuki wojny zmusza i do takiej refleksji: czy chcecie się dzielić, walczyć ze sobą (i umierać z honorem), czy jednać i "gnuśnieć" (żyjąc zdrowo, przynajmniej przez pewien czas)? Wybór nigdy nie był prosty, choć - częściowo - do Was, Czytelnicy, należy. Choć za­brzmi to jak dwuznaczny lub ironiczny komplement, Machia­velli jest wiecznie żywy. Czytajcie i czerpcie z niego wszyscy chłopcy duzi i mali, nie pomijając dziewcząt, bo one dziś rów­nają z Wami szyki. I żeby było jasne - nie jestem pacyfistą.

Niech wolno mi będzie podziękować Kierownictwu Grupy Wydawniczej Helion za umożliwienie już drugiej, kilku­miesięcznej i frapującej podróży w czasie, a całemu Zespo­łowi Redakcyjnemu Helionu za pomoc w pracy. Z punktu widzenia tłumacza jestem pewien, że było warto ją podjąć.

Zdzisław Jan Płoski

Pisane we Wrocławiu, 14 października 2011 r.

[1] W przekładzie z ang.; w wersji fr.: Gloire immortelle de nos a?eux. Sois-nous fid?le mourons comme eux.

[2] Por. np. monografię Marii Bellonci Lukrecja Borgia, jej życie i cza­sy w przekładzie Barbary Sieroszewskiej (PIW, Warszawa 1958) lub skonstruowany już podług współczesnych reguł serial irlandzko--węgiersko-kanadyjski Rodzina Borgiów (ang. The Borgias) Neila Jordana, 2011.

[3] Zob. np. antologię The Cambridge Companion to Machiavelli pod red. Johna M. Najemy'ego; Cambridge University Press, Cambridge 2010 (dostępną w Sieci).

[4] Zob. np. przekład z 2010 roku wydany w tej samej, co niniejsza książka, oficynie.

Przedmowa

Wielu, o Lorenzo[5], utrzymywało i nadal utrzymuje, że nie ma dwóch rzeczy tak rozbieżnych i tak sobie nie­podobnych jak żywot cywila i wojskowego. Jakoż można nieraz zauważyć, że ktoś, kto zaciąga się do wojska, wkrótce zmienia nie tylko swe szaty, lecz również obyczaje, nawyki, głos, z cywilnych zaś manier nie ostaje w nim ani odrobiny. Nie wierzę, by ktokolwiek z tych, którzy na każde zawołanie są gotowi do przemocy, mógł nosić cywilne ubiory; nie będzie też hołubił cywilnych obyczajów i manier, obyczaje takie mając za zniewieściałe i nieodpowiednie do swych działań. Nie będzie też taki uważał za właściwe o wygląd i język swój zadbać, skoro zarostem i plugawym słowem zwykł prze­rażać innych - jest to na czasy nasze opinia wielce wiarygodna. Kiedy jednak ku dawnym ustrojom się zwrócić, nie znajdzie się tam spraw bardziej spójnych, bardziej jednolitych i - z konieczności - bardziej podobnych do siebie niż te właśnie (cywilne i wojskowe). Bo też pośród sztuk wszelkich w społeczeństwie wygodzonych dla dobra wspólnego ludzi, wszystkie te instytucje narządzone do życia (i utrzymania) ludzi w bojaźni praw i Boga poszłyby na marne, gdyby nie zapewniono im obrony, która - gdy dobrze zorganizowana - służy utrzymaniu nie tylko ich samych, lecz i tych, które nie są postawione należycie. Jakoż, z drugiej podchodząc strony, i dobrze ustanowione instytucje bez wojskowej pomocy niszczeją niczym królewski pałac, który przybrany w drogocenności i złoto możnowładców, a pozbawiony dachu, nie ma niczego, co ochroniłoby go przed deszczem. I jeśli w dawnego porządku miastach i królestwach nie szczędzono środków ni starań, by lud utrzymywać w posłuchu, pokoju i bojaźni bożej, to w dwójnasób było to potrzebne w milicji[6]. W kimże bowiem kraj winien wypatrywać większej wierno­ści niźli w człowieku, który przysięgał mu na własne życie? W kim winno być większe umiłowanie pokoju aniżeli w takim, kogo wojna może tylko okaleczyć? Kto odczuwać powi­nien większą bojaźń bożą niźli ten, co narażając się każdego dnia na niezliczone niebezpieczeństwa, największego oczekuje wsparcia z Jego strony? Konieczności formowania żołnierskiego życia dobrze dostrzegali ci, co stanowili prawa imperiów, i ci, co odpowiadali za szkolenie w armii, a inni sławili żywoty żołnierzy i naśladowali ich z całą gorliwością. Ponie­waż jednak dzisiaj instytucje wojskowe do cna się zepsuły, zu­pełnie odbiegając od starych porządków, nie dziw, że urosła opinia, za sprawą której co wojskowe poszło w niełaskę, a ludzie nie cierpią o kondycji wojska rozprawiać. Wedle tego jednak, com widział i czytał, osądzam, że nie jest niemożliwym starożytne sposoby na wtór szczepić i tchnąć w nie coś z pradawnej cnoty. Postanowiłem przeto nie marnować cza­su i spisać, co wiem o sztuce wojennej ku satysfakcji tych, co dokonania starożytnych miłują. I choć podjęcie spraw, z któ­rych to inni kunszt swój uczynili, wymaga nie lada śmiałości, nie sądzę, iżby było błędem zająć stanowisko w słowach względem tego, co inni znacznie zuchwalej przekuwali w czy­ny, tym bardziej że błędy, które mogłem popełnić, pisząc, da się naprawić bez niczyjego uszczerbku, te zaś popełniane w czynach poznaje się dopiero, gdy upadają cesarstwa. Wam, Lorenzo, przypadnie więc w udziale rozważenie jakości tych moich wysiłków i ich osądzenie wedle uznania: na naganę li zasługują czy nagrodę. Przesyłam je Wam, Panie, jako wyraz podzięki mojej za wszystkie dobrodziejstwa, których od Was zaznałem. Co innego, że dorównać im tym dziełem nie zdo­łam, jako że podobnymi zwykło się cześć oddawać tym, co błyszczą z racji swego szlachectwa, bogactwa, rozumu i szczo­drości, mnie zasię jest wiadome, iż niewielu równać się może z bogactwem i szlachetnością Waszą, jeszcze mniej dorów­nuje Wam rozumem, a żaden względem szczodrości.

[5] Adresatem tej inwokacji jest Lorenzo Strozzi (1482 - 1549), po­wiązany z Medyceuszami założyciel linii książąt Forano, syn Filipa Strozziego starszego i jego drugiej żony, Salvaggii Gianfigliazzi, pisarz i działacz polityczny, przyjaciel Machiavellego torujący mu drogę na dwór Medyceuszy po ich restauracji w 1512 r. Ród Strozzich ze zmiennym szczęściem rywalizował z Medyceuszami od końca XIII wieku, osiągając największe sukcesy na przełomie XIV i XV stulecia; dzięki małżeństwu Filipa Strozziego (młod­szego, 1488 - 1538) z Klarysą z Medyceuszów doszło do pewnego zbliżenia domów, acz nie na długo; po przegranym przewrocie antymedycejskim w 1527 roku Strozzi dokończył życia w wię­zieniu - przyp. tłum.

[6] Wł. milizia, tu i w innych miejscach (w oryginale jest ich 40), w rozumieniu służby wojskowej obywateli państwa (miasta); w przekładzie stosujemy te terminy zamiennie, najczęściej uży­wając po prostu nazwy "wojsko" - przyp. tłum.

KSIĘGA I

Jestem głęboko przekonany, że każdego człowieka można po śmierci wychwalać swobodnie, bez posądzenia o pochleb­stwo, jako że okazje i powody ku temu ustąpiły. Bez obaw więc pochwalę tu naszego Cosima Rucellaiego [1] , którego imie­nia nigdy nie potrafię wspomnieć bez łez, gdyż widziałem w nim to wszystko, czego po dobrym przyjacielu spodziewać się mogą przyjaciele, a po obywatelu - ojczyzna. Nie znam rzeczy, która by należała do niego, a której poskąpiłby swoim towarzyszom (nie wyłączając własnego dzielnego ducha) i nie było takiej sprawy, której by się ustraszył, jeśli wiedział, że może ona przysporzyć dobra jego krajowi. Otwarcie to powiem, że pośród wielu ludzi, których znałem i z którymi po­dejmowałem dzieła, nie spotkałem człowieka o duszy goręt­szej do czynów wielkich i wspaniałych. W chwili śmierci nie użalał się on też na nic swoim przyjaciołom jak tylko na to, że przyszło mu się urodzić, aby umrzeć młodo, niedocenionym przez rodaków, bez ziszczenia marzeń o wspomożeniu wielu. Był bowiem świadom, że nie będzie się o nim mówi­ło inaczej niż jak o dobrym druhu, któremu oto przyszło zakoń­czyć życie.

Skoro więc zbrakło czynów pełnych, zostaje nam - jak wszystkim, co go znali - świadczyć o jego chwalebnych przy­miotach. Wszelako jest też prawdą, że los nie był mu aż tak krzyw, iżby nie zdołał on zostawić choćby śladów lotności swego umysłu, co uwidaczniają nieliczne jego pisma i strofy miłosne, w których się wprawiał - choć nie był zakochany - gdyż nie chciał bezczynnie czekać w latach młodych, aż for­tuna powiedzie go ku rzeczom większej wagi. Jasność, z jaką w ćwiczeniach owych wyrażał swe idee, dowodnie świadczy o tym, jakich wyżyn sięgnąłby w poezji, gdyby się jej poświęcił.

Los jednak pozbawił nas wspaniałej z nim przyjaźni. Nie widzę więc lepszego sposobu, by pamięć jego utrwalić, jak przywołanie rzutkich jego uwag i głębokich przemyśleń.

Całkiem świeżym wspomnieniem jest dyskurs, co go w ogrodach swoich wiódł z seniorem Fabriziem Colonną [2] , w rozciągłości całej wojnie poświęcony, o której rzeczony senior szeroko rozprawiał, przeważnie odpowiadając na celne a dociekliwe Cosima pytania; byłem tam przypadkowo z kilkoma naszymi przyjaciółmi. Umyśliłem więc rozmowę tę spisać, aby przez jej lekturę przyjaciele Cosima - ci, któ­rzy go znali - pamięć cnót jego sobie odświeżyli, a inni zaś - żałując, że tam być nie mogli - zyskali również możność poznania spraw, o których tak wnikliwie mówił mąż najwięk­szego rozumu. A są to rzeczy przydatne nie tylko w rzemiośle wojennym, lecz również w cywilnym życiu. Zdam więc sprawę z tego, jak Fabrizio Colonna, powracając z Lombardii, gdzie przez długi czas ku chwale swojej służył w wojnie katolickiemu królowi, postanowił nawiedzić Florencję celem kilkudniowego odpoczynku i aby złożyć wizytę Jego Wspaniałości Księciu [3] tudzież spotkać się z kilkoma czcigodnymi ludźmi, których w przeszłości był poznał. Okoliczność tę Cosimo uznał za odpowiednią do zaproszenia go na przyjęcie do swoich ogrodów - nie z tego nawet powodu, aby wykazać się hojnością, lecz po to, by móc wdać się z nim w roz­mowę, dowiedzieć się od niego i zrozumieć kilka spraw, li­cząc, że od człowieka tej miary można je wydobyć. Rozumiał, że nadarza się okazja, aby spędzić dzień na przedyskutowaniu spraw owych ku pożytkowi własnego umysłu.

Tak więc Fabrizio stawił się na zaproszenie i został przyjęty przez Cosima w towarzystwie kilku innych wiernych jego towarzyszy, wśród których byli Zanobi Buondelmonti, Battista Della Palla i Luigi Alamanni [4] - ludzie młodego wie­ku i jego ulubieńcy, pochłonięci tymi samymi naukami co i on, by pominąć już ich inne przymioty, jako że każdego dnia i każdej chwili mówią same za siebie, chwały im przydając.

Fabrizio został więc tam stosownie do czasu i miejsca przy­jęty ze wszystkimi należnymi honorami, jakie tylko mogli mu oddać. Po zakończeniu uciech świętowania, co rychle nastąpiło - bowiem szacowni mężowie, których umysły są zaprzątnięte sprawami wyższej wagi, mniej zwykli poświęcać im czasu - gdy opróżniono stoły i uczta dobiegła końca, za dnia długiego jeszcze i wskutek dużego upału Cosimo, aby lepiej spełnić swoje zamysły, uznaje, że przed gorącem lepiej będzie się schronić w ustronnym i ocienionym miejscu jego ogrodu.

Udawszy się tam, rozsiadają się kołem, jedni wśród ziół, drudzy na małych ławeczkach, a jeszcze inni wprost na świeżej w tym miejscu trawie, w cieniu ogromnych drzew. Fabrizio pochwalił uroki miejsca, a drzew szczególnie, z których kilku rozpoznać nie zdołał, czym zdawał się zaskoczony. Widząc to, Cosimo rzecze: być może nie znacie, panie, niektórych z tych drzew, lecz nie frasujcie się o to, gdyż są tu takie, które lepiej były znane starożytnym niż współczesnym. Po czym ich nazwy wymienia i o tym rozwodzi, jak jego dziad, Ber­nardo [5] , dbał o nie, gdy wzrastały. Na co Fabrizio odpowie: myślałem, jakoście rzekli, a miejsce to i trud waszego przodka na myśl mi przywodzi kilku książąt królestwa [6] , którzy ulubili sobie starożytne uprawy i cień przez nie rzucany. A za­wieszając głos i zamyślając się, dodał po chwili: gdybym mógł to powiedzieć bez obrazy waszej, podzieliłbym się moim sądem, liczę przy tym, że w kompanii przyjaciół nie zostanie to źle przyjęte, bo spraw chciałbym tu dotknąć, nie ludziom ujmować. O ileż lepiej byłoby, gdyby oni - nie obrażając nikogo - starali się wzorować na starożytnych, gdy chodzi o siłę i ostrość rzeczy, nie zaś o delikatność i łagodność - i o to, jak tamci stawali w pełnym słońcu, nie ukrywając się w cieniu, i gdyby przyjęli od ojców, co było solidne i sprawne, a nie chwiejne i zepsute. Bo gdy ziomkowie moi, Rzymianie, tym drugim praktykom oddawać się zaczęli, kraj mój popadł w ruinę. Co słysząc, Cosimo odrzecze... by jednak uniknąć potrzeby ciągłego powtarzania, że "ten rzekł" i "na to rzekł drugi", tylko imiona rozmówców będą zaznaczane, bez powtarzania reszty. Rzekł tedy

COSIMO: Otwieracie mi oto drogę ku rozmowie, którą sobie umyśliłem, i błagam: mówcie bez ogródek, bo i ja zamierzam pytać was swobodnie. A jeśli w pytaniu lub odpo­wiedzi wstawię się za czym lub coś wytknę, nie będzie celem tego bronić lub oskarżać, lecz zrozumieć prawdę, którą mi objawicie.

FABRIZIO: I ja rad będę wielce, mówiąc wam, co wiem o tym, o co mnie spytacie. Czy będzie to prawdą, czy nie - to waszej zostawię ocenie. I będę wam wdzięczny za to, że mnie zapytać raczycie, gdyż będę się uczyć nie mniej, słysząc wasze pytanie, jako wy ode mnie, słuchając odpowiedzi. Ponieważ gdy mądry pyta, nieraz tak się dzieje, że pod rozwagę wziąć trzeba wiele spraw i pojąć wiele innych, które by bez pytania nigdy nie były poznane.

COSIMO: Chciałbym wrócić do tego, coście rzekli przódy, a konkretnie o tym, że dziad mój lepiej by zrobił, naśladując starożytnych w surowych, a nie łagodnych sprawach. Muszę go usprawiedliwić, obronę waszych przodków wam pozostawiając. Nie sądzę, by w jego czasach znalazł się drugi, co tak nie cierpiał zniewieścienia i tak jak on hołdował surowym obyczajom, które tak chwalicie. Niemniej jednak dostrzegał, że ni jemu, ni synom jego życia tak wieść się nie da, skoro się porodzili w czasach tak zepsutych, w których każdy, kto chciał odejść od codziennych praktyk, za szpetne­go byłby wzięty i w pogardzie się znalazł u wszystkich. Gdy­by oto ktokolwiek w pełnym słońcu ukazał się goły na piasku lub zimą w najsroższe miesiące tarzał się po śniegu - jak to uczynił Diogenes [7] - wzięto by go za szaleńca. Gdyby kto - na wzór Spartanina - chował swe dzieci na wsi, pozwalając im spać na dworze i chodzić boso z odkrytą głową, kąpał je w zimnej wodzie, aby je hartować, by zniosły zmienności losu, mniej kochały życie i mniej obawiały się śmierci, czyż nie szydzono by z niego, odmawiając mu człowieczeństwa? Gdyby zoczono takiego, co żywi się jeno grochem i fasolą, a złotem pogardza niczym Fabrizio, w niewielu oczach spo­tkałby się z pochwałą, a nikt nie poszedłby za jego przykładem. Toteż skonsternowany obecnym stylem życia, dziad mój porzucił stare obyczaje i pielęgnował tylko te z nich, któ­rych naśladowaniem mniej zwracał na siebie uwagi.

FABRIZIO: Mocnoście go obronili w tej mierze i zapewne rzekliście prawdę. Używając tych słów, mniej jednak mia­łem na myśli surowość reguł życia, a bardziej te obyczaje, którym bliżej do dzisiejszych sposobów życia, co do których uważam, że nie byłyby trudne do wdrożenia przez kogoś znacznego wśród pierwszych w mieście. Dowodząc swoich racji, nigdy ja nie omieszkam do przykładów mych Rzymian się uciec, w których sposobie życia, jeśli przyjrzeć się mu wnikliwie, oraz w urządzeniu ich republiki dostrzeżemy nie­mało rzeczy, które by się dało wcielić w takim społeczeństwie, w którym ostało się choć nieco dobrego.

COSIMO: Jakie to rzeczy podobne starożytnym chcielibyście, panie, wprowadzić?

FABRIZIO: Uszanować i nagradzać cnotę, nie pogardzać nędzą, docenić zasady i reguły dyscypliny wojskowej, wymóc na obywatelach szacunek wzajemny, żyć bez warcholstwa i knucia, mniej cenić dobra prywatne niż publiczne i inne, podobne rozwiązania, które łatwo by można wnieść w dzi­siejsze czasy. Nietrudno nakłonić do zachowań takich, gdy się pojmie je w całej rozciągłości i podejdzie do nich w sposób na­turalny, gdyż prawdziwe są w tym stopniu, że każdy średnio rozumny jest zdolny je przyswoić. Każdy może je wdrażać na podobieństwo tego, kto sadzi drzewa w zaciszu swej sadyby, by żywot swój wieść szczęśliwiej i weselej niż bez nich.

COSIMO: Nie zaprzeczę niczemu, coście rzekli, zostawiając osąd tym, co osądzić mogą łatwiej. Dotknę tylko tej sprawy, że oskarżacie tych, którzy w poważnych i znaczących działaniach nie naśladują starożytnych, bo myślę, że tym spo­so­bem łatwiej intencje moje wyłożę. Chciałbym przeto usłyszeć od was, skąd się bierze, że z jednej strony potępiacie owych, co wzorem starożytnych nie kierują się w swych działaniach, a z drugiej strony w kwestiach wojennych, będących zawodem waszym i względem których cieszycie się znakomitą renomą, nie widać, iżbyście którąkolwiek ze starożytnych me­tod użytkowali lub choćby robili coś, co by je przypominało.

FABRIZIO: Otóż i to! Doszliście właśnie do miejsca, w którym zobaczyć was chciałem po tym, co rzekłem, i starczy to za inne pytania, których mi teraz nie trzeba. I choć wybro­nić mógłbym się łatwo, mam zamiar dla większego waszego i mojego ukontentowania - korzystając z tak ładnej pogody - dłużej się nad tym zatrzymać. Ludzie chcący czegoś do­konać powinni najpierw wszechstronnie się przygotować, aby - gdy nadarzy się okazja - zdołali ziścić swe plany. I o ile przygotowania są czynione starannie i niejawnie, nikomu nie można zarzucić zaniedbań, póki nie nadarzy się sposobność, by takie zamiary wyjawić. Wtedy dopiero, gdyby ktoś pozostał bezczynny, znaczyłoby to, że przygotował się nieodpowiednio lub że nie zrobił nic zgoła. Nigdy nie miałem okazji, aby dać świadectwo, że czynię przygotowania do ukształtowa­nia służby wojskowej na wzór starożytny, a skoro tak, to ani wy, ani nikt inny obwiniać mnie o to nie może. Mniemam, że to wyjaśnienie wystarczy jako odpowiedź na wasze zarzuty.

COSIMO: Wystarczyłoby, gdybym miał pewność, że oka­zja się nie nadarzyła.

FABRIZIO: Widzę, że gotowiście wątpić, czy okazja taka nadarzyła się, czy nie, jeśli zatem zechcecie wysłuchać mnie uważnie, chciałbym dokładnie omówić, które to przygotowania niezbędnie poczynić najpierw należy, co jest potrzebne, aby sposobność się nadarzyła, jakie zawady stają na przeszko­dzie pomyślnym przygotowaniom i wystąpieniu okazji i że jest to - choć brzmi niedorzecznie - zarazem najtrudniej­sze i najłatwiejsze do zrobienia.

COSIMO: Mnie i innych tu zgromadzonych niczym in­nym nie ucieszycie bardziej niż tym. A jeśli mówienie was nie znuży, tym bardziej nie znuży nas słuchanie. Skoro jednak rozmowa zanosi się na długą, chciałbym we własnym i towarzyszy moich imieniu o jedno was usilnie prosić: aby­ście się nie gniewali, jeśli od czasu do czasu przerwiemy wam jakim nieoczekiwanym pytaniem.

FABRIZIO: Bardzom rad, Cosimo, że wy i obecni tu in­ni młodzi ludzie będą zadawać mi pytania, sądzę bowiem, że młodzież chętniejsza jest sprawom wojskowym, a przez to łatwiej da wiarę temu, o czym tu powiem. Inni, których gło­wy są siwe i krew im już zastygła, po części są wojny wroga­mi, po części zaś nawykli żyć tak, a nie inaczej; podobnie jak ci, co są zdania, że to obecne czasy, a nie złe obyczaje, winne są życia miernocie. Pytajcie więc mnie o wszystko swobod­nie i bez ogródek. Potrzebne mi to będzie, dając chwilę wytchnienia, a i z tego powodu, że rad bym nie przepuścić żad­nej wątpliwości, która pojawi się w waszych głowach. Zacznę od waszych słów - tych mianowicie, w których rzekliście, że na wojnie - rzemiosłem moim będącej - nie używałem żadnych ze starożytnych metod. Powiem na to, że wojna takim jest zajęciem, którym trudniący się w żadnych czasach nie mogą żyć uczciwie i parać się nią uchodzi jedynie republice lub królestwu. Z nich żadne, gdy jest dobrze zorganizowane, nigdy nie pozwoli żadnemu ze swych obywateli czy poddanych, aby trudnił się nią zawodowo. Bo też nikt, kto rzemiosło to uprawia, nigdy za zacnego uznanym nie będzie, czerpiąc korzyść z łupieży, podstępu, przemocy i mając z ko­nieczności inne cechy, które zacnym go nie czynią. Nie mogą też ludzie zawodowo trudniący się wojną - najwięksi i ci szaracy - prowadzić się inaczej, gdyż z profesji tej nie wyży­wią się w czas pokoju. Za tym idzie, że są zmuszeni lub dążą do tego, by pokoju nie było lub by wydrzeć dla siebie tyle podczas wojny, by tym żywić się, gdy pokój nastąpi. A żadna z tych myśli nie urodzi się w zacnym człowieku, bo pożądanie zysku każdymi czasy źródłem jest rozbojów, przemocy i zabójstw, które żołnierze tacy popełniają tak samo na swoich, jak na nieprzyjacielu. To z chęci podtrzymywania niepokojów rodzą się oszustwa popełniane przez kapitanów wobec tych, którym służą - aby tylko przedłużyć wojnę. Gdy zaś pokój zawita, często zdarza się, że pomniejsi dowódcy, pozbawieni żołdu i lekkiego życia, wywieszają pi­racką banderę i bez litości rabują prowincję. Zali nie pamiętacie zdarzeń z waszych czasów, kiedy wielu żołnierzy w Italii, pozbawionych zapłaty i zajęcia z powodu zakończenia wojen, zwoływało się w niemało szkód przynoszące bandy - przez nich samych kompaniami zwane - ściągające haracze od miast i plądrujące kraj, na co nie znaleziono żadnego remedium? Nie czytaliście to o kartagińskich najemnikach, co po pierwszej wojnie z Rzymianami, burząc się, wybrali Ma­tosa i Spendiosa [8] i pod ich wodzą wszczęli wojnę znacznie niebezpieczniejszą przeciw Kartagińczykom niż ta, którą ci zakończyli z Rzymianami? A za czasów ojców naszych Fran­cesco Sforza [9] , aby i w czas pokoju móc żyć godnie, nie tylko oszukał Mediolańczyków, którym służył, lecz odebrał im wol­ność i mianował się ich księciem. Nie inaczej postępowali wszyscy inni żołnierze w Italii, co za swą specjalność wojenne rzemiosło obrali; i choć w swym wiarołomstwie nie ob­wo­ływali się książętami Mediolanu, to tym gorzej, bo widać z ich życia, że mimo braku takich ambicji, niejednym zasłużyli na potępienie. Sforza, ojciec Francesca [10] , zmusił królową Joannę, by padła w objęcia królowi Aragonii, opuszczając ją znienacka i zostawiając bezbronną wśród wrogów tylko po to, aby zaspokoić swoją ambicję - czy to przez pozbawienie jej czci, czy przez odebranie królestwa. Braccio [11] tym samym sposobem chciał zdobyć królestwo Neapolu i pewnie by do­piął swego, gdyby go nie obalono i nie usieczono w Aquilli. Nieporządki takie nie biorą się z niczego innego jak z tego, że są ludzie, którzy rzemiosło wojenne za własną uważają profesję. Znacie li przysłowie, które racje moje wzmacnia, a wyraża się w tych słowach: wojna rodzi zbójców, a pokój ich wiesza [12] ? Tych, którzy nie wiedzą, jak się imać w życiu czego innego, nie znajdują nikogo, kto by im w tym dopo­mógł, i nie ma w nich dość cnoty, by rozpocząć żywot godny, konieczność zmusza do rozbojów na gościńcach, a sprawiedliwość musi gasić ich zapędy.

COSIMO: Sprawiacie, że rzemiosło wojenne traci w mo­ich oczach, a spodziewałem się opinii, że jest sztuka owa najwspanialszą i najznamienitszą ze wszystkich. Tedy nie zaznam spokoju, póki nie wyjaśnicie mi tego lepiej. Gdyby bowiem było, jako mówicie, nie pojmuję, skąd wzięłaby się sława Ce­zara [13] , Pompejusza [14] , Scypiona, Marcellusa [15] i całych zastępów słynnych rzymskich wodzów, których czci się na równi z bogami.