WPROWADZENIE
Znalazłem Dalajlamę siedzącego samotnie w pustej szatni koszykarskiej na
kilka minut przed wygłoszeniem przemówienia przed sześciotysięcznym
tłumem na uniwersytecie w Arizonie. Spokojnie popijał małymi łyczkami
herbatę, całkowicie rozluźniony.
- Jeżeli Wasza Świątobliwość jest gotów...
Energicznie wstał i bez wahania wyszedł z pokoju, prosto w dużą grupę
tłoczących się za kulisami reporterów, fotografów, ochroniarzy i studentów - poszukujących, ciekawskich, sceptycznych. Przeszedł przez
tłum, uśmiechając się od ucha do ucha, pozdrawiając wszystkich po
drodze. Wreszcie zza kulis wyszedł na scenę, ukłonił się, złożył ręce i uśmiechnął. Zgromadzeni odpowiedzieli gromkimi brawami. Na jego prośbę
światła w sali nie zostały przyciemnione, aby mógł wyraźnie widzieć
publiczność. Przez kilka kolejnych chwil Dalajlama po prostu stał,
spokojnie przyglądając się zgromadzonemu tłumowi i pozdrawiając go
niezwykle ciepło i serdecznie. Na tych, którzy zetknęli się z nim po raz
pierwszy, bordowo-szafranowe mnisie szaty mogły sprawiać nieco
egzotyczne wrażenie, jednak kiedy usiadł i rozpoczął wykład, od razu
ujawniła się jego niesamowita zdolność natychmiastowego nawiązywania
kontaktu ze słuchaczami.
- Wydaje mi się, że większość z was widzę po raz pierwszy. To jednak,
czy spotykam starego czy nowego przyjaciela, i tak nie ma dla mnie
większego znaczenia, wierzę bowiem, iż w gruncie rzeczy jesteśmy tacy
sami, wszyscy jesteśmy ludźmi. Oczywiście pochodzimy z różnych kultur,
prowadzimy inny styl życia, wyznajemy inną religię, mamy odmienny kolor
skóry, ale wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy ludzkie ciała i ludzkie umysły.
Zarówno budowa fizyczna, jak i nasze umysły i konstrukcja emocjonalna są
takie same. Gdziekolwiek spotykam ludzi, zawsze mam wrażenie, że stykam
się z drugim człowiekiem takim jak ja sam. Myślę, że porozumiewanie się
z innymi na takim poziomie jest znacznie łatwiejsze. Jeżeli zwrócimy
uwagę na określone cechy charakterystyczne, które wyrażamy, mówiąc np.
"jestem Tybetańczykiem" czy "jestem buddystą", ujawnią się oczywiście
różnice, mają one jednak znaczenie zdecydowanie drugorzędne. Jeżeli je
pominiemy, będziemy mogli swobodnie się porozumiewać, wymieniać poglądy
i doświadczenia.
Tak oto Dalajlama rozpoczął mającą trwać tydzień serię otwartych
wykładów w Arizonie w 1993 roku. Plany jego wizyty powstały ponad
dziesięć lat wcześniej, podczas naszego pierwszego spotkania w Dharamsali w Indiach, gdzie prowadziłem badania nad tradycyjną medycyną
tybetańską. Dharamsala to piękna, cicha wioska, przyklejona do zbocza
góry u podnóża Himalajów. Od prawie czterdziestu lat, odkąd Dalajlama
wraz ze stu tysiącami swoich rodaków uciekł z Tybetu po brutalnej
inwazji wojsk chińskich, jest ona siedzibą tybetańskiego rządu na
wygnaniu. Podczas pobytu w Dharamsali poznałem kilku członków rodziny
Dalajlamy i dzięki nim udało mi się zorganizować pierwsze spotkanie z Jego Świątobliwością.
W przemówieniu z 1993 roku Dalajlama podkreślał znaczenie porozumiewania
się z drugim człowiekiem jak z istotą taką samą jak my - owo podejście
Dalajlamy najbardziej mnie uderzyło również w czasie naszej pierwszej
rozmowy w jego domu w 1982 roku. Ma on niezwykłą zdolność
natychmiastowego stwarzania nieskrępowanej atmosfery, od razu wchodzi w prosty i bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Nasze pierwsze
spotkanie trwało około czterdziestu pięciu minut - wyszedłem z niego,
podobnie jak wielu innych ludzi, w doskonałym nastroju. Miałem wrażenie,
że oto właśnie poznałem prawdziwie wyjątkowego człowieka.
W miarę jak przez kolejne kilka lat mój kontakt z Dalajlamą coraz
bardziej się zacieśniał, stopniowo poznawałem jego niezwykłą osobowość.
Posiada on przenikliwą inteligencję, lecz pozbawioną sztuczności,
życzliwość bez nadmiernego sentymentalizmu, wspaniałe, niezabarwione
frywolnością poczucie humoru oraz, jak zauważa wielu, zdolność do
inspirowania innych, a nie stwarzania niepotrzebnego dystansu.
Przez ten czas przekonałem się, iż Dalajlama żyje w poczuciu spełnienia
i w spokoju, jakiego nigdy wcześniej u nikogo nie widziałem. Zapragnąłem
poznać światopogląd, który pozwolił mu to osiągnąć. Chociaż Dalajlama
jest mnichem, który przez całe życie studiował i praktykował nauki
Buddy, zacząłem się zastanawiać, czy można z jego poglądów i praktyk
wyodrębnić takie, które mogłyby zostać wykorzystane również przez
niebuddystów - metody, które można by bezpośrednio zastosować w codziennym życiu po to tylko, aby być szczęśliwszym, silniejszym, być
może również mniej lękliwym.
Koniec końców udało mi się głębiej poznać życiową filozofię Dalajlamy
podczas codziennych spotkań w czasie pobytu Jego Świątobliwości w Arizonie oraz poszerzyć tę wiedzę w trakcie długich rozmów w Indiach.
Kiedy zaczęliśmy wymieniać poglądy, odkryłem, iż musimy pokonać pewne
przeszkody związane z usilnymi próbami pogodzenia różnych perspektyw:
jego, buddyjskiego mnicha, i mojej, psychiatry z Zachodu. Jedną z pierwszych sesji rozpocząłem na przykład od opisania pewnych powszechnie
spotykanych problemów, jakie dręczą ludzi, ilustrując to kilkoma
przydługimi historiami z życia moich pacjentów. Po opisaniu przypadku
kobiety, która wciąż wikłała się w autodestrukcyjne zachowania, pomimo
straszliwie negatywnego wpływu, jaki miały one na jej życie, zapytałem
Dalajlamę, czy mógłby taką postawę jakoś wytłumaczyć i poradzić mi, jak
pomóc tej kobiecie. Byłem ogromnie zaskoczony, kiedy po długim
zastanowieniu odpowiedział po prostu:
- Nie mam pojęcia - i wzruszając ramionami, zaśmiał się serdecznie.
Zauważając moje zaskoczenie i rozczarowanie - oczekiwałem bowiem
konkretnej odpowiedzi - Jego Świątobliwość rzekł:
- Czasem bardzo trudno jest wyjaśnić, dlaczego ludzie zachowują się tak,
a nie inaczej... Sam zobaczysz, że często nie będziesz w stanie w prosty
sposób sobie czegoś wytłumaczyć. Umysł ludzki jest tak skomplikowany, że
niełatwo zrozumieć, o co chodzi, co dokładnie w nim się dzieje.
Uznałem wówczas jego odpowiedź za wymijającą.
- Ale moim zadaniem jako psychoterapeuty jest odkryć, dlaczego ludzie
zachowują się tak, jak się zachowują... - odparłem.
Znów wybuchnął śmiechem, który wielu uważa za niezwykły - przesiąkniętym
humorem i życzliwością, bezpretensjonalnym, nieskrępowanym,
rozpoczynającym się głębokim rezonansem i swobodnie wspinającym się
kilka oktaw w górę, aby zakończyć się wysokim dźwiękiem zachwytu.
- Myślę, że bardzo trudno byłoby stwierdzić, w jaki sposób funkcjonują
umysły pięciu miliardów ludzi - powiedział, nie przestając się śmiać. -
To wręcz niemożliwe! Z buddyjskiego punktu widzenia na każde wydarzenie
czy sytuację składa się wiele różnych czynników... Może być ich tak dużo,
że w niektórych przypadkach nigdy nie uda się uzyskać pełnego
wyjaśnienia, co się dzieje, przynajmniej w znaczeniu konwencjonalnym. -
Wyczuwając pewien niedosyt z mojej strony, dodał: - Wydaje mi się, że
jeżeli chodzi o wskazanie źródła czyichś problemów, stanowisko
zachodniej nauki różni się pod kilkoma względami od buddyjskiego. U podstawy wszelkich zachodnich form analizy leży tendencja silnie
racjonalistyczna - założenie, że wszystko da się wyjaśnić. W dodatku
istnieją pewne ograniczenia, stworzone przez określone założenia, które
przyjmuje się za pewnik. Ostatnio spotkałem się na przykład z kilkoma
lekarzami z akademii medycznej. Rozmawiali o mózgu i stwierdzili, że
myśli i uczucia są wynikiem rozmaitych reakcji i zmian chemicznych w nim
zachodzących. Zapytałem więc: "Czy możemy sobie zatem wyobrazić sytuację
odwrotną, kiedy to myśli wywołują serię reakcji chemicznych w mózgu?".
Najbardziej interesujące było jednak nie samo postawione przeze mnie
pytanie, lecz odpowiedź, jakiej udzielił mi jeden z naukowców.
Powiedział: "Założyliśmy na wstępie, że wszystkie myśli stanowią wynik
lub funkcję reakcji chemicznych w mózgu". Jest to więc pewnego rodzaju
sztywność, decyzja, że nie będą podważać własnego sposobu rozumowania. -
Przerwał na moment, ale po chwili ciągnął dalej: - Wydaje mi się, że w nowoczesnym zachodnim społeczeństwie panuje silne uwarunkowanie
kulturowe oparte na nauce. Jednak w niektórych przypadkach podstawowe
założenia i parametry przyjęte przez naukę mogą ograniczyć zdolność
uporania się z pewnymi sytuacjami. Na przykład możemy być ograniczeni
poglądem, że wszystko da się wytłumaczyć na podstawie tylko tego życia
oraz że wszystko można i trzeba wyjaśnić. Jeżeli wobec tego napotkamy
zjawiska, których wytłumaczyć się nie da, wówczas wytworzy się w nas
pewne napięcie, niemal namacalny ból.
Chociaż wyczuwałem, że ma rację, z początku trudno mi było to
zaakceptować.
- Cóż, kiedy obserwujemy ludzkie zachowania, które na pozór trudno
wyjaśnić, zachodnia psychologia daje nam pewne założenia, za których
pomocą możemy je zrozumieć. Główną rolę odgrywa prawdopodobnie
przekonanie o istnieniu nieświadomości czy inaczej mówiąc,
podświadomości umysłu. Uznajemy, iż czasami nasze zachowanie może
wynikać z procesów psychicznych, z których nie zdajemy sobie sprawy - na
przykład ktoś może postępować w określony sposób po to, aby głęboko
zakorzeniony w nim strach nie wydostał się na powierzchnię. Motywacją -
nawet nieświadomą - pewnych zachowań może być więc pragnienie, aby lęki
nie przedostały się do świadomej części umysłu, tak abyśmy nie musieli
doświadczać związanych z nimi nieprzyjemności.
Dalajlama zastanowił się przez chwilę, po czym odrzekł:
- W buddyzmie istnieje pogląd, według którego określone rodzaje
doświadczeń pozostawiają w umyśle pewne skłonności i ślady, co
przypomina w pewien sposób koncepcję nieświadomości w zachodniej
psychologii. Na przykład kiedyś w twoim życiu mogło wydarzyć się coś, co
odcisnęło w twoim umyśle bardzo silne piętno, o którego istnieniu możesz
nie wiedzieć, a które później w jakiś sposób wpłynie na twoje
zachowanie. Może zatem istnieć coś, co jest nieświadome - ślady w umyśle, których sobie nie uświadamiamy. Tak czy owak, sądzę, że buddyzm
może zaakceptować wiele teorii, które wymyślili zachodni naukowcy, ale
uzupełni je o czynniki dodatkowe, na przykład uwarunkowania i ślady,
jakie pozostawiły w umyśle poprzednie żywoty. Myślę, że zachodnia
psychologia ma tendencję do zbytniego podkreślania roli podświadomości w poszukiwaniu źródła problemów człowieka. Jak sądzę, wypływa to z niektórych podstawowych założeń, które na wstępie przyjmują zachodni
psychologowie, na przykład że pewne uwarunkowania w umyśle człowieka
muszą pochodzić z tego życia i że wszystko należy wyjaśniać na podstawie
tylko tego życia. Kiedy więc nie można odnaleźć przyczyny pewnych
zachowań lub problemów, zawsze przypisuje się je nieświadomości. To
trochę tak, jakbyś coś zgubił, a następnie założył, że to coś znajduje
się w pokoju. W tym momencie ustalasz określone parametry, wykluczając
możliwość, że ta rzecz jest gdzieś na zewnątrz lub w innym pokoju.
Szukasz więc i szukasz, nie znajdujesz tego przedmiotu, ale wciąż
zakładasz, że to coś ukrywa się gdzieś w tym pokoju!
Kiedy na początku zastanawiałem się, jak będzie wyglądać ta książka,
wyobrażałem sobie ją w formie poradnika, gdzie Dalajlama zaprezentuje
jasne i proste rozwiązania wszystkich życiowych problemów. Myślałem, że
wykorzystując własną wiedzę psychiatryczną, będę mógł skodyfikować jego
poglądy w zestaw prostych wskazówek, jak kierować swoim codziennym
życiem. Pod koniec naszej serii spotkań porzuciłem jednak ten pomysł.
Odkryłem, iż jego filozofia obejmuje dużo szerszy i bardziej kompleksowy
sposób widzenia rzeczywistości, uwzględniający wszystkie niuanse,
bogactwo i złożoność życia.
Stopniowo w trakcie naszych rozmów zacząłem słyszeć tę jedną ważną
nutkę, którą przesiąknięte są wszystkie jego wypowiedzi. Nutkę nadziei.
Nadzieja ta oparta jest na przekonaniu, że jakkolwiek osiągnięcie
prawdziwego i trwałego szczęścia nie jest łatwe, jednak jest możliwe. U podstaw wszystkich metod, jakie przekazuje Dalajlama, leży zbiór
przekonań stanowiących podłoże wszelkich jego działań: wiara w to, iż
każdy człowiek jest z gruntu łagodny i dobry, przekonanie o wielkiej
wartości współczucia, zaufanie praktyce dobroci oraz poczucie wspólnoty
ze wszystkimi żyjącymi istotami.
W miarę jak coraz lepiej poznawałem jego przesłanie, coraz bardziej
oczywiste stawało się dla mnie to, że jego przekonania nie opierają się
na ślepej wierze czy dogmacie religijnym, lecz na dogłębnym rozumowaniu
i bezpośrednim doświadczeniu. Jego zrozumienie ludzkiego umysłu i zachowania wynika z tego, czego nauczyło go życie, a jego poglądy
zakorzenione są w tradycji, która liczy ponad dwa i pół tysiąca lat.
Mimo to filozofia życiowa Jego Świątobliwości przepojona jest zdrowym
rozsądkiem i trzeźwym postrzeganiem problemów, jakie niesie ze sobą
współczesny świat. Świadomość spraw, jakie zajmują dzisiaj ludzi,
Dalajlama zawdzięcza swej wyjątkowej pozycji osoby dobrze znanej na
całym świecie, co pozwoliło mu wielokrotnie go okrążyć, zetknąć się z wieloma różnymi kulturami, ludźmi ze wszystkich sfer i wymieniać poglądy
z najznakomitszymi naukowcami oraz przywódcami religijnymi i politycznymi. Wskutek tego zrodził się jego mądry, optymistyczny, ale
też realistyczny światopogląd pozwalający doskonale radzić sobie z życiowymi problemami.
W książce tej starałem się tak zaprezentować poglądy Jego
Świątobliwości, aby trafiły one do zachodniego czytelnika. Część jej
zawartości stanowią obszerne fragmenty otwartych wykładów oraz naszych
prywatnych rozmów. Chcąc przedstawić wszystko to, co najbardziej nadaje
się do zastosowania w codziennym życiu, czasami pomijałem fragmenty
dyskusji, w których mowa była o czysto filozoficznych aspektach buddyzmu
tybetańskiego. Dalajlama napisał już bowiem kilka doskonałych książek na
temat różnych aspektów buddyjskiej ścieżki - tych czytelników, którzy
pragnęliby zgłębić buddyzm tybetański, odsyłam do listy pozycji na końcu
tej książki.
ROZDZIAŁ 1
PRAWO DO SZCZĘŚCIA
- Myślę, że głównym celem życia jest poszukiwanie szczęścia. To
oczywiste. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, wyznajemy
taką czy inną religię, wszyscy szukamy sposobu na polepszenie swego
życia. Głównym motorem naszych działań jest więc dążenie do szczęścia...
Tymi słowami, wypowiedzianymi przed wypełnioną po brzegi salą w Arizonie, Dalajlama przekazał istotę swego przesłania. Twierdzenie,
jakoby cel naszego życia stanowiło bycie szczęśliwym, bardzo mnie
zastanowiło. Później, kiedy znaleźliśmy się sam na sam, spytałem:
- Czy Wasza Świątobliwość jest szczęśliwy?
- Tak - odpowiedział. I dodał po chwili: - Tak... zdecydowanie tak. - W jego głosie można było wyczuć spokojną szczerość, która nie pozostawiała
żadnych wątpliwości; szczerość ta widoczna była również w wyrazie jego
twarzy i w oczach.
- Ale czy dla większości z nas szczęście nie jest czymś niedostępnym? -
zapytałem. - Czy rzeczywiście można je osiągnąć?
- Tak. Wierzę, że szczęście można osiągnąć poprzez trenowanie umysłu.
Na podstawowym, ludzkim poziomie nie mogłem nie zgodzić się, że
osiągnięcie szczęścia jest celem możliwym do zrealizowania. Jednakże
jako psychiatrze ciążyły mi rozmaite poglądy, takie jak freudowskie
"wydaje się, że to, jakoby człowiek miał być szczęśliwy, nie zostało
zawarte w planie Stworzenia". Takie wykształcenie doprowadziło wielu z mojej grupy zawodowej do ponurego wniosku, iż człowiek może co najwyżej
liczyć na "przemianę rozpaczliwego cierpienia w powszechne poczucie
nieszczęścia". Z tego punktu widzenia pogląd, że istnieje jasno
wytyczona ścieżka do szczęścia, wydawał się pomysłem co najmniej
nowatorskim. Spoglądając wstecz, na lata praktyki psychiatrycznej, nie
mogłem przypomnieć sobie, żebym kiedykolwiek słyszał słowo "szczęście" w kontekście celu terapeutycznego. Oczywiście wiele mówiło się o łagodzeniu oznak depresji i lęków pacjenta, o rozwiązywaniu wewnętrznych
konfliktów i problemów w związkach międzyludzkich, ale nigdy nie padało
stwierdzenie, że naszym zadaniem jest uczynienie pacjenta szczęśliwym.
Pojęcie prawdziwego szczęścia było na Zachodzie zawsze źle definiowane,
nieuchwytne i niejasne. Nawet samo słowo "szczęśliwy" [ang. happy]
pochodzi z islandzkiego happ, co oznacza "pomyślny traf" czy inaczej
"przypadek". Wygląda na to, że większość z nas podziela pogląd, iż
istota szczęścia owiana jest tajemnicą. W chwilach radości szczęście
pojawia się ni stąd, ni zowąd. Z moim zachodnim sposobem myślenia trudno
mi było przyjąć fakt, iż szczęście można rozwijać i utrzymać, po prostu
"trenując umysł".
Kiedy więc wyraziłem sprzeciw, Dalajlama pospieszył z wyjaśnieniem.
- W kontekście trenowania umysłu słowo umysł nie oznacza jedynie
percepcji czy intelektu człowieka, lecz bliższe jest tybetańskiemu
określeniu sem, które ma znaczenie dużo szersze, bardziej zbliżone do
psyche czy inaczej duszy, obejmuje bowiem zarówno intelekt, jak i uczucia, tak serce, jak i umysł. Utrzymując pewnego rodzaju wewnętrzną
dyscyplinę, możemy przekształcić swój pogląd na życie, całkowicie
zmienić życiową postawę.
Owa wewnętrzna dyscyplina może oczywiście określać wiele rzeczy, wiele
rozmaitych metod. Ogólnie rzecz biorąc, zaczyna się od tego, że człowiek
rozpoznaje te działania, które prowadzą do szczęścia, i te, których
rezultatem jest cierpienie. Następnie przystępuje do stopniowego
eliminowania czynników prowadzących do cierpienia i rozwijania tych,
które przynoszą szczęście. Tak w skrócie można by to opisać.
Dalajlama twierdzi, iż w pewnym stopniu odnalazł poczucie szczęścia, a w trakcie tygodnia jego pobytu w Arizonie często mogłem obserwować, w jaki
sposób manifestuje się ono jako chęć spotykania się z innymi ludźmi,
stwarzania pewnej więzi sympatii, nawet wtedy, gdy spotkanie trwa
zaledwie kilka sekund.
Pewnego ranka po publicznym wykładzie Jego Świątobliwość przechodził
przez hotelowe patio, udając się do swego pokoju, w otoczeniu zawsze
towarzyszącej mu świty. W pewnej chwili zauważył jedną z pokojówek
stojącą przy windzie, zatrzymał się i spytał: "Skąd jesteś?". Przez
moment kobieta wydawała się bardzo zaskoczona widokiem obcego człowieka
w bordowych szatach i nie pojmowała, dlaczego towarzysząca mu grupa
obdarza go takim szacunkiem. Po chwili jednak uśmiechnęła się i odparła:
"Z Meksyku". Dalajlama zamienił z nią kilka zdań i poszedł dalej, a podekscytowana pokojówka została przy windzie. Następnego ranka o tej
samej porze kobieta pojawiła się w tym samym miejscu, tym razem z koleżanką, aby gorąco powitać Jego Świątobliwość, kiedy wchodził do
windy. Mimo iż spotkanie było bardzo krótkie, obie kobiety wprost
promieniały szczęściem, kiedy wracały do pracy. Od tej pory codziennie,
o wyznaczonym czasie i miejscu, dołączało do nich coraz więcej
koleżanek, aż wreszcie pod koniec tygodnia kilkadziesiąt pokojówek w służbowych szaro-białych mundurkach tworzyło zwarty szereg powitalny
ciągnący się od wejścia do windy.
Nasze dni są policzone. W tym momencie rodzi się wiele tysięcy nowych
obywateli tego świata; niektórym pisane jest żyć zaledwie kilka dni lub
tygodni i umrzeć tragiczną śmiercią w wyniku choroby lub wypadku, inni
zaś będą żyli na poziomie, jaki umożliwi im to stulecie, być może nawet
trochę ponad stan. Będą delektować się wszystkimi smakami tego życia -
doświadczą zwycięstwa, rozpaczy, radości, nienawiści i miłości. Nigdy
nie wiadomo, jaki kształt przybierze nasze życie. Bez względu jednak na
to, czy żyjemy dzień czy sto lat, pozostaje podstawowe pytanie: Jaki
jest cel życia? Co sprawia, że życie ma sens?
Celem ludzkiej egzystencji jest poszukiwanie szczęścia. Na zdrowy
rozum jest to niewątpliwie prawda, z którą zresztą zgadzali się zachodni
myśliciele, od Arystotelesa począwszy, a na Williamie Jamesie
skończywszy. Ale czyż życie nie jest oparte na poszukiwaniu jedynie
własnego szczęścia, czyż nie jest z natury egocentryczne, czyż nie
polega na dążeniu do własnej przyjemności? Niekoniecznie. W rzeczywistości, jak dowodzą tego wyniki wielu badań, to nieszczęśliwi
ludzie są najbardziej skoncentrowani na sobie, często zamknięci,
ponurzy, a nawet wrogo nastawieni do świata. Ludzie szczęśliwi są za to
towarzyscy, łatwiej potrafią dostosować się do zmieniających się
warunków, są twórczy i o wiele lepiej niż ludzie nieszczęśliwi znoszą
codzienne niepowodzenia. I, co najważniejsze, są bardziej kochający i potrafią łatwiej wybaczać niż ludzie nieszczęśliwi.
Przeprowadzono niezwykle interesujące eksperymenty, które dowodzą, że
ludzie szczęśliwi wykazują pewną otwartość, chęć wyciągnięcia pomocnej
dłoni do innych. Badaczom udało się na przykład wywołać dobry nastrój u pewnego człowieka, aranżując sytuację, w której nieoczekiwanie znajdował
on pieniądze w kabinie telefonicznej. Następnie jeden z eksperymentatorów, udając przechodnia, "przez przypadek" upuszczał
stertę papierów. Celem doświadczenia było sprawdzenie, czy osoba, u której uprzednio wywołano dobry nastrój, zatrzyma się i pomoże obcemu
człowiekowi. W innej sytuacji samopoczucie osób poddawanych testowi
poprawiono, każąc im obejrzeć film komediowy, a następnie przyprowadzano
kogoś w potrzebie (osoba ta oczywiście również była podstawiona),
chcącego na przykład pożyczyć pieniądze. Eksperymentatorzy stwierdzili,
iż osoby szczęśliwe były bardziej skłonne do pomocy niż członkowie innej
grupy doświadczalnej, którzy zostali postawieni w takiej samej sytuacji,
ale których nastrój nie został uprzednio poprawiony.
Takie eksperymenty przeczą powszechnemu przekonaniu, że dążenie i osiągnięcie osobistego szczęścia musi prowadzić do samolubstwa i zainteresowania jedynie własną osobą. Podobne doświadczenie możemy
przeprowadzić w laboratorium naszego codziennego życia. Przypuśćmy na
przykład, że utknęliśmy w korku. Po dwudziestu minutach samochody
zaczynają się wreszcie w żółwim tempie posuwać do przodu. Widzimy
kierowcę innego auta sygnalizującego, że chce wjechać przed nas. Jeżeli
mamy dobry nastrój, będziemy bardziej skorzy do tego, aby zwolnić i go
wpuścić. Jeżeli jednak jesteśmy akurat bardzo przygnębieni, w reakcji
zazwyczaj przyspieszamy i wypełniamy lukę, jaka przez ten czas powstała.
"Przecież czekam tu tak długo, czemu więc i on nie ma sobie poczekać?"
Rozpoczynamy zatem od podstawowego założenia, że celem naszego życia
jest poszukiwanie szczęścia i że jest to możliwe do osiągnięcia.
Rozpoznając czynniki, które prowadzą do szczęśliwszego życia, dowiemy
się, w jaki sposób dążenie do szczęścia przynosi korzyści nie tylko
jednej osobie, ale również jej rodzinie oraz całemu społeczeństwu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki