WSTĘP
"Wielki Kryzys Końskiego Łajna" z lat 90. XIX wieku dla nikogo, kto żył w tamtych czasach, nie powinien być zaskoczeniem1. Od pewnego czasu w wielkich miastach, takich jak Londyn czy Nowy Jork, najpopularniejsze formy transportu wykorzystywały konie. Setki tysięcy tych zwierząt ciągnęło dorożki, wozy, tramwaje i wiele innych pojazdów. Konie nie były szczególnie wydajne jako lokomotywy: co kilka mil musiały robić przerwę na odpoczynek i regenerację, co częściowo wyjaśnia, dlaczego potrzebowano ich tak wiele2. Przykładowo obsługa zwykłego powozu wymagała co najmniej trzech zwierząt: dwóch pracujących na zmianę, aby go ciągnąć, i jednego trzymanego w rezerwie na wypadek jakiegoś nieprzewidzianego zdarzenia, w tym wypadku. Tramwaj konny, środek transportu tak lubiany przez nowojorczyków, obsługiwany był przez osiem koni, które na zmianę ciągnęły go po specjalnie ułożonych torach. Londyńskie piętrowe autobusy, skromniejsze wersje dzisiejszych słynnych czerwonych, wymagały pracy około tuzina zwierząt, a takich autobusów były tysiące3.
Wraz z końmi pojawiły się ich odchody - i to w dużej ilości. Zdro-wy koń produkuje od siedmiu do trzynastu kilogramów kału dziennie, czyli prawie tyle, ile waży dwuletnie dziecko4. Pewien gorliwy urzędnik sanitarny pracujący w Rochester (w stanie Nowy Jork) obliczył, że konie w jego mieście wytwarzały w ciągu roku tyle odchodów, że mogłyby pokryć nimi akr ziemi na wysokość 175 stóp, czyli prawie tyle, ile ma Krzywa Wieża w Pizie5. Na podstawie ekstrapolacji przewidywano, że mieszkańcy wielkich miast utoną w końskich odchodach: nowojorski komentator spekulował, że stosy odchodów wkrótce sięgną wysokości trzeciego piętra, a londyński reporter wyobrażał sobie, że do połowy XX wieku ulice zostaną pogrzebane pod dziewięcioma stopami końskiego kału6. Problemy wynikające ze zwiększającej się liczby koni nie były związane jedynie z odchodami. Na ulicach leżały tysiące martwych koni, wiele z nich celowo tam pozostawiono, by rozłożyły się do rozmiarów ułatwiających ich usunięcie. W samym tylko 1880 roku w Nowym Jorku zutylizowano około 15 tysięcy końskich zwłok7.
Mówi się, że decydenci polityczni nie mieli pomysłu, jak rozwiązać ten problem8. Nie mogli po prostu zakazać ich wykorzystywania jako siły pociągowej: zwierzęta te były zbyt ważne. Kiedy w 1872 roku w Stanach Zjednoczonych wybuchła jedna z najgorszych epidemii końskiej grypy, tak zwana Plaga Koni, duża część gospodarki kraju stanęła w miejscu9. Niektórzy obwiniają tę epidemię nawet o Wielki Pożar Bostoński z tego samego roku, gdy doszczętnie spłonęło siedemset budynków, ponieważ zabrakło koni, które mogłyby pomóc przetransportować konieczny do walki z pożarem sprzęt gaśniczy10. Ale nieoczekiwany zwrot akcji w tej historii był taki, że ostatecznie politycy nie musieli szukać rozwiązania tego problemu. W latach 70. XIX wieku zbudowano pierwszy silnik o spalaniu wewnętrznym. W latach 90. XIX wieku zainstalowano go w pierwszym samochodzie. A w 1908 roku, tworząc swój słynny model T, Henry Ford uczynił samochody produktem masowym. Cztery lata później w Nowym Jorku było już więcej samochodów niż koni. W 1917 roku ostatni tramwaj konny w mieście został wycofany z eksploatacji11. Wielki Kryzys Końskiego Łajna dobiegł końca.
Ta "przypowieść o końskim gównie" (horseshit), jak nazwała ją Elizabeth Kolbert w "New Yorkerze", była od tamtych lat opowiadana wielokrotnie12. Zmierzch pracy koni jest przeważnie przedstawiany w optymistycznym świetle jako historia o technologicznym triumfie, pokrzepiające przypomnienie, że należy zachować otwarty umysł, nawet gdy po kolana tkwimy w nieprzyjemnym, pozornie nierozwiązywalnym problemie. Ale Wassily'ego Leontiefa, amerykańskiego ekonomistę rosyjskiego pochodzenia, laureata Nagrody Nobla w 1973 roku, wydarzenia te skłoniły do wyciągnięcia bardziej niepokojących wniosków. Dostrzegł on przede wszystkim to, że nowa technologia - silnik o spalaniu wewnętrznym - w ciągu zaledwie kilku dekad zepchnęła stworzenie, które przez tysiąclecia odgrywało centralną rolę w gospodarce (nie tylko w miastach, ale także na farmach i we wioskach) na margines życia społecznego. W wielu artykułach napisanych na początku lat 80. XX wieku Leontief wysunął jedno z najbardziej niesławnych twierdzeń współczesnej myśli ekonomicznej. Stwierdził mianowicie, że to, co postęp technologiczny zrobił z końmi, w końcu stanie się także udziałem ludzi: i my, tak jak konie, zostaniemy pozbawieni pracy. Komputery i roboty będą dla nas tym, czym dla koni stały się samochody i traktory13.
Dziś świat ponownie ogarnia obawa wyrażona przez Leontiefa. Trzydzieści procent pracowników w Stanach Zjednoczonych jest przekonanych, że zadania, które teraz wykonują, jeszcze za ich życia przejmą komputery. W Wielkiej Brytanii taki sam odsetek uważa, że może to nastąpić w ciągu najbliższych dwudziestu lat14. W niniejszej książce chcę wyjaśnić, dlaczego powinniśmy traktować poważnie tego rodzaju obawy - nie zawsze ich dokładną treść, jak zobaczymy, ale z pewnością ich ducha. Czy w XXI wieku wystarczy pracy dla wszystkich? Jest to jedno z wielkich pytań naszych czasów. Na kolejnych stronach będę przekonywał, że odpowiedź brzmi "nie" i wyjaśnię, dlaczego groźba bezrobocia technologicznego jest realna. Opiszę różne problemy, jakie przyniesie ze sobą technologiczne bezrobocie - zarówno już teraz, jak i w przyszłości - oraz, co najważniejsze, wskażę, jak możemy na nie odpowiedzieć.
Termin "bezrobocie technologiczne", który w zwięzły sposób ujmuje ideę, że nowe technologie mogą pozbawić ludzi pracy, został spopularyzowany przez wielkiego brytyjskiego ekonomistę Johna May-narda Keynesa prawie pięćdziesiąt lat przed tym, jak Leontief spisał swoje obawy. W dalszej części książki będę odwoływał się do wielu argumentów ekonomicznych, które zostały rozwinięte od czasów Keynesa, aby spróbować lepiej zrozumieć wydarzenia z przeszłości i uzyskać jaśniejszy wgląd w to, co czeka nas w przyszłości. Ale będę się również starał wyjść daleko poza wąski intelektualny obszar, na którym działa większość ekonomistów zajmujących się tym tematem. Rozważania nad przyszłością pracy rodzą ekscytujące i niepokojące pytania, które często nie mają wiele wspólnego z ekonomią: o naturę inteligencji, o nierówności i ich znaczenie, o polityczną siłę wielkich firm technologicznych, o to, co to znaczy wieść sensowne życie i jak możemy żyć wspólnie w świecie wyglądającym zupełnie inaczej niż ten, w którym dorastaliśmy. Moim zdaniem każda opowieść o przyszłości pracy, która nie porusza również tych kwestii, będzie niekompletna.
NIE WIELKI WYBUCH, A STOPNIOWE OBUMIERANIE
Ważnym punktem wyjścia do myślenia o przyszłości pracy jest to, że w przeszłości wielu ludzi w podobny sposób martwiło się o to, co nas czeka - i bardzo się myliło. Obawy związane z automatyzacją są znane od dawna. Nie pojawiły się po raz pierwszy ani w ostatnim czasie, ani w latach 30. XX wieku za sprawą Keynesa. W istocie ludzie okresowo wpadali w panikę, bojąc się, że zostaną zastąpieni przez maszyny, odkąd wieki temu rozpoczął się nowoczesny wzrost gospodarczy. Jednak obawy te za każdym razem okazywały się niesłuszne. Pomimo ciągłego postępu technologicznego zawsze istniało wystarczające zapotrzebowanie na pracę ludzi, aby uniknąć powstania dużych zbiorowisk trwale bezrobotnych osób.
Z tego powodu też w pierwszej części książki zaczynam od tej historii, badając, dlaczego ci, którzy się obawiali, że zostaną zastąpieni przez maszyny, za każdym razem byli w błędzie, i analizując, jak ekonomiści z czasem zmieniali zdanie na temat wpływu technologii na pracę. Następnie przechodzę do historii sztucznej inteligencji (ang. artificial intelligence, AI) - technologii, która w ciągu ostatnich kilku lat zawładnęła naszą zbiorową wyobraźnią i w dużej mierze odpowiada za najnowszą falę niepokoju, jaki wielu z nas odczuwa w związku z przyszłością. Badania nad AI rozpoczęły się kilkadziesiąt lat temu, wywołując początkowy entuzjazm i ekscytację, po których przyszła jednak długa, głęboka zima, gdy postępy były niewielkie. W ostatnich latach jednak nastąpiło odrodzenie, intelektualna i praktyczna rewolucja, która zaskoczyła wielu ekonomistów, informatyków i innych, którzy wcześniej próbowali przewidzieć, jakich czynności maszyny nigdy nie będą w stanie wykonywać.
W drugiej części książki, opierając się na tej historii i starając się uniknąć intelektualnych błędów, które popełniano wcześniej, wyjaśniam, w jaki sposób zjawisko bezrobocia technologicznego będzie się rozwijać w XXI wieku. W niedawnym badaniu główni informatycy stwierdzili, że istnieje 50 procent szans, iż w ciągu 45 lat maszyny będą przewyższać ludzi w wykonywaniu "każdego zadania"15. Ale mój argument nie opiera się na założeniu, że tego typu dramatyczne przewidywania się spełnią. W istocie trudno mi uwierzyć, że tak się stanie. Nawet pod koniec tego stulecia prawdopodobnie będą istnieć zadania trudne do zautomatyzowania, których nie będzie opłacało się zautomatyzować albo takie, które będzie można zautomatyzować i będzie to opłacalne, ale nadal będziemy myśleć, że wolelibyśmy, aby wykonywali je ludzie. Pomimo obaw wyrażonych we wspomnianych wyżej sondażach przeprowadzonych wśród amerykańskich i brytyjskich pracowników trudno mi sobie wyobrazić, że wiele dzisiejszych zawodów zniknie całkowicie w ciągu najbliższych lat (nie mówiąc już o tym, że pojawią się nowe rodzaje zatrudnienia). Spodziewam się, że wiele z tych prac będzie wymagało wykonywania zadań, które są aktualnie poza zasięgiem nawet najsprawniejszych maszyn.
Historia, którą opowiadam, jest inna. W przyszłości maszyny nie będą robić wszystkiego, ale będą robić więcej. I w miarę jak powoli, lecz nieubłaganie zaczną przejmować coraz więcej zadań, obszar pracy wykonywanej przez ludzi zacznie się kurczyć. Jest mało prawdopodobne, by pracy, która pozostanie do wykonania dla ludzi, było na tyle dużo, by dało się ją rozdzielić między nas wszystkich.
Innymi słowy, jeśli sięgnąłeś po tę książkę, oczekując, że przedstawię dramatyczną wizję technologicznego wielkiego wybuchu, który wydarzy się w ciągu najbliższych kilku dekad i po którym mnóstwo ludzi z dnia na dzień straci pracę, będziesz rozczarowany. Taki scenariusz raczej się nie zrealizuje: prawie na pewno określona część pracy pozostanie jeszcze przez jakiś czas do wykonania przez ludzi. Jednak w miarę upływu lat będzie ona prawdopodobnie znajdować się poza zasięgiem coraz większej liczby osób. Stopniowo popyt na pracę ludzką zacznie zanikać. W końcu pozostała ilość pracy do wykonania przez ludzi nie będzie wystarczająca, by zapewnić każdemu chętnemu tradycyjne, dobrze płatne zatrudnienie.
By lepiej zrozumieć, w jaki sposób mogą przebiegać te zmiany, warto rozważyć wpływ, jaki już teraz automatyzacja wywarła na rolnictwo i produkcję przemysłową w wielu częściach świata. Rolnicy i pracownicy fabryk są nadal potrzebni: te zawody nie zniknęły całkowicie. Jednak liczba zatrudnionych spadła w obu przypadkach, czasami gwałtownie, mimo że sektory te wytwarzają więcej dóbr niż kiedykolwiek wcześniej. Krótko mówiąc, w tych częściach gospodarki nie ma już wystarczającego popytu na pracę ludzi, aby utrzymać taką samą liczbę zatrudnionych. Oczywiście, jak zobaczymy, takie porównanie nie jest idealne. Ale pomocne w podkreśleniu, czym powinniśmy się martwić, myśląc o przyszłości: nie świata bez jakiejkolwiek pracy dla ludzi, jak niektórzy przewidują, ale świata bez wystarczającej ilości pracy dla wszystkich.
Istnieje skłonność do postrzegania bezrobocia technologicznego jako zjawiska radykalnie odmiennego od tych, z którymi mamy do czynienia w ramach dzisiejszego życia gospodarczego, do odrzucania go jako fantastycznej, wziętej z kapelusza idei nadmiernie neurotycznych, zwariowanych ekonomistów. Badając, w jaki sposób bezrobocie technologiczne może się faktycznie pojawić, zobaczymy, dlaczego takie myślenie jest błędne. To nie przypadek, że obecnie obawy dotyczące nierówności ekonomicznych nasilają się dokładnie w tym samym momencie, w którym rośnie niepokój związany z automatyzacją. Te dwa problemy - nierówności i bezrobocie technologiczne - są ze sobą ściśle powiązane. Obecnie rynek pracy jest głównym sposobem, w jaki dzielimy dobrobyt gospodarczy w społeczeństwie: praca większości ludzi jest ich głównym, jeśli nie jedynym, źródłem dochodu. Ogromne nierówności, jakie już teraz obserwujemy na rynku pracy, przejawiające się tym, że niektórzy zatrudnieni otrzymują za swój wysiłek znacznie mniej niż inni, pokazują, że takie podejście już teraz jest problematyczne. Bezrobocie technologiczne to po prostu ekstremalna wersja tej samej historii, która kończy się tym, że niektórzy pracownicy nie otrzymują po prostu nic.
W ostatniej części książki naświetlam różne trudności stworzone w przyszłości przez świat, w którym będzie mniej pracy, i wskazuję, jak powinniśmy na nie zareagować. Pierwszy z nich to wspomniany już problem ekonomiczny: jak dzielić dobrobyt w społeczeństwie, w którym tradycyjny mechanizm, jakim jest płacenie ludziom za wykonaną pracę, staje się coraz mniej efektywny. Następnie przechodzę do dwóch kwestii, które nie mają zbyt wiele wspólnego z ekonomią. Jedną z nich jest wzrost znaczenia wielkich korporacji technologicznych, które w przyszłości prawdopodobnie zdominują nasze życie. W XX wieku naszym głównym zmartwieniem mogła być gospodarcza potęga korporacji, ale w XXI zastąpią ją obawy o ich potęgę polityczną. Ostatnią kwestią jest zagadnienie sensu życia. Często mówi się, że praca nie jest jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, ale również źródłem sensu: jeśli to prawda, to świat, w którym pracy jest mniej, może oznaczać również świat, w którym będzie mniej sensu. Oto problemy, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, a każdy z nich będzie wymagał od nas odpowiednich rozwiązań.
OSOBISTA HISTORIA
Opowieści i argumenty zawarte w tej książce są do pewnego stopnia osobiste. Poważnie o relacji między technologią a pracą zacząłem myśleć mniej więcej dziesięć lat temu. Jednak już dużo wcześniej było to moje nieformalne zainteresowanie, coś, nad czym często się zastanawiałem. Mój ojciec, Richard Susskind, w latach 80. napisał na Uniwersytecie Oksfordzkim doktorat na temat związków między sztuczną inteligencją a prawem. W tamtym okresie ojciec zaszywał się w swoim laboratorium komputerowym, próbując skonstruować maszyny, które mogłyby rozwiązywać problemy prawne. (W 1988 roku współtworzył pierwszy na świecie dostępny komercyjnie system sztucznej inteligencji działający na obszarze prawa). W kolejnych dekadach jego kariera bazowała na tych dokonaniach, więc dorastałem w domu, w którym o problemach związanych z technologią rozmawiało się przy obiedzie.
Kiedy opuściłem dom rodzinny, wyjechałem do Oksfordu, by studiować ekonomię. I to właśnie tam po raz pierwszy zetknąłem się ze sposobem, w jaki ekonomiści myślą o relacjach między technologią a pracą. Ekonomia mnie zafascynowała: zachwyciła zwięzłość ekonomicznego języka, precyzja modeli oraz pewność, z jaką ekonomiści wygłaszali swe twierdzenia. Wydawało mi się, że znaleźli sposób, by uporządkować bałagan panujący w prawdziwym życiu i przejść do głęboko ukrytego sedna trapiących nas problemów.
Jednak z biegiem czasu moje początkowe oczarowanie słabło, by w końcu całkowicie się rozwiać. Po ukończeniu studiów rozpocząłem pracę w brytyjskim rządzie - najpierw w jednostce strategicznej premiera, a następnie do spraw polityki. Tam, wspierany przez pozytywnie nastawionych do technologii kolegów, zacząłem zgłębiać temat przyszłości pracy i zastanawiać się, czy rząd nie mógłby okazać się w tym kontekście pomocny. Ale kiedy szukałem rozwiązań w ekonomii, której uczyłem się na studiach licencjackich, okazała się ona w tym kontekście o wiele mniej wnikliwa, niż się spodziewałem. Wielu ekonomistów z zasady chce zakotwiczyć opowiadane przez siebie narracje wyłącznie na dowodach z przeszłości. Jak ujął to jeden z wybitnych ekonomistów: "Wszyscy lubimy science fiction, ale pewniejszym przewodnikiem po przyszłości są zazwyczaj książki historyczne"16. Tego typu argumenty nie wydawały mi się przekonujące. To, co działo się w gospodarce, wyglądało radykalnie odmiennie od tego, czego doświadczaliśmy wcześniej. Było to dla mnie bardzo niepokojące.
Odszedłem z pracy w brytyjskim rządzie i po studiach w Ameryce wróciłem na akademię, by zbadać różne kwestie związane z przyszłością pracy. Zrobiłem doktorat z ekonomii, kwestionując w ramach swej pracy doktorskiej tradycyjny sposób, w jaki ekonomiści myśleli o związkach technologii i pracy, i proponując nową metodę postrzegania tego, co dzieje się na rynku pracy. W tym samym czasie, wraz z moim ojcem, napisałem The Future of the Professions, książkę, która badała wpływ technologii na sytuację pracowników umysłowych - prawników, lekarzy, księgowych, nauczycieli i innych. Kiedy dziesięć lat temu rozpoczynaliśmy badania w ramach tego projektu, panowało powszechne przekonanie, że automatyzacja dotknie wyłącznie pracowników fizycznych. Uważano, że specjaliści są z jakiegoś powodu odporni na zmiany technologiczne. W książce podważyliśmy ten pogląd, opisując, jak nowe technologie pozwolą nam rozwiązywać niektóre z najważniejszych problemów społecznych (zapewnić dostęp do wymiaru sprawiedliwości, utrzymać ludzi w dobrym zdrowiu, kształcić dzieci) bez polegania na pracy tradycyjnych specjalistów, jak to miało miejsce w przeszłości17.
Spostrzeżenia zarówno z przeprowadzonych przeze mnie badań naukowych, jak i z The Future... będą pojawiać się na kolejnych stronach tej książki, wyostrzone i wzbogacone dzięki kolejnym doświadczeniom i przemyśleniom. Krótko mówiąc, książka ta jest owocem mojej osobistej podróży, dekady spędzonej na myśleniu niemal wyłącznie o jednym zagadnieniu - przyszłości pracy.
DOBRE PROBLEMY
Choć ów wstęp może sugerować co innego, autor niniejszej książki optymistycznie patrzy w przyszłość. Powód mojego pozytywnego myślenia jest prosty: w ciągu najbliższych dziesięcioleci postęp technologiczny prawdopodobnie rozwiąże problem ekonomiczny, który do tej pory kształtował historię ludzkości. Jeśli pomyślimy o gospodarce jako o torcie, jak lubią to robić ekonomiści, to tradycyjnym wyzwaniem było uczynienie go wystarczająco dużym, aby wszyscy mogli się nim najeść. Gdyby w 1 roku n.e. podzielić globalny tort gospodarczy na równe kawałki, każdemu przypadłoby zaledwie kilkaset dzisiejszych dolarów rocznie. Większość ludzi żyła w tych czasach na granicy ubóstwa. Gdy-byśmy przesunęli się o tysiąc lat do przodu, niewiele by się zmieniło. Niektórzy twierdzą nawet, że jeszcze do roku 1800 przeciętna osoba na świecie nie była materialnie zamożniejsza niż jej odpowiednik żyjący 100 tysięcy lat p.n.e.18
Jednak w ciągu ostatnich kilkuset lat wzrost gospodarczy gwałtownie przyspieszył, a tym, co go napędzało, był postęp technologiczny. Torty gospodarcze na całym świecie stały się znacznie większe. Dziś globalny PKB per capita, czyli wartość każdego z tych równej wielkości kawałków globalnego tortu, wynosi już około 10 720 dolarów rocznie (tort o wartości 80,7 bilionów dolarów podzielony między 7,53 miliarda ludzi)19. Jeśli gospodarki będą nadal rosły w tempie 2 procent rocznie, nasze dzieci staną się dwa razy bogatsze od nas. Jeśli spodziewamy się mniejszego wzrostu gospodarczego, na poziomie 1 procenta rocznie, nasze wnuki będą dwa razy bogatsze niż my dzisiaj. Przynajmniej teoretycznie zbliżyliśmy się do rozwiązania problemu, który nękał naszych bliźnich w przeszłości. Jak poetycko ujął to ekonomista John Kenneth Galbraith, "w tym momencie ludziom udało się uniknąć biedy, która przez tak długi czas była jej losem"20.
Bezrobocie technologiczne będzie w dziwny sposób symptomem tego znajdującego się w naszym zasięgu sukcesu. W XXI wieku postęp technologiczny rozwiąże jeden problem - kwestię, jak sprawić, by tort był wystarczająco duży, by wszyscy mogli się nim najeść, ale, jak widzieliśmy, zastąpi go trzema innymi problemami: nierówności, władzy i sensu. Nie będzie zgody co do tego, jak powinniśmy sprostać tym wyzwaniom, w jaki sposób należy dzielić się dobrobytem gospodarczym, jak trzymać w ryzach polityczną siłę wielkich korporacji technologicznych i odnaleźć sens w świecie, w którym jest mniej pracy. Problemy te będą wymagały od nas odpowiedzi na wiele niezwykle trudnych pytań: co państwo powinno, a czego nie powinno robić, jakie mamy zobowiązania wobec naszych bliźnich, co to znaczy odnaleźć sens w życiu. Ale są to, w ostatecznym rozrachunku, o wiele atrakcyjniejsze trudności niż podstawowy problem, który przez wieki prześladował naszych przodków: jak stworzyć na tyle dużo środków do życia, by starczyło dla wszystkich.
Leontief powiedział kiedyś, że "gdyby konie mogły wstąpić do Partii Demokratycznej i głosować, historia tego, co działo się na farmach, mogłaby potoczyć się inaczej"21. To zabawna uwaga, która zawiera jednak niezwykle celne spostrzeżenie. Konie nie miały żadnego wpływu na swój zbiorowy los, ale my mamy. Nie jestem technologicznym deterministą: nie uważam, że przyszłość musi przebiegać w określony sposób. Zga-dzam się z filozofem Karlem Popperem - wrogiem tych, którzy wierzą, że żelazne szyny naszego losu zostały już położone i nie mamy innego wyboru, jak tylko po nich jechać - gdy mówi, że "przyszłość zależy od nas samych, a nie od żadnej historycznej konieczności"22. Ale jestem również technologicznym realistą: uważam, że nasza swoboda działania jest ograniczona. W XXI wieku zbudujemy systemy i maszyny o wiele sprawniejsze niż te, którymi dysponujemy dzisiaj. Nie sądzę, abyśmy mogli uciec od tego faktu. Te nowe technologie będą wykonywać coraz większą liczbę zadań, o których wcześniej myśleliśmy, że mogą je podejmować tylko ludzie. Tego również nie uda nam się uniknąć. Nasze wyzwanie, tak jak je postrzegam, nie polega na sprzeciwianiu się tym zmianom, ale na uznaniu, że mimo ich nieuchronności jesteśmy w stanie zbudować świat, w którym wszyscy będziemy mogli żyć szczęśliwie. O tym właśnie jest ta książka.