Wstęp
Większość swojego życia spędziłem na
poszukiwaniu szczęścia. Było ono dla mnie niczym zagadka, której nigdy
nie potrafiłem rozwiązać. W młodości notorycznie udawałem kogoś, kim nie
jestem, starając się desperacko odnaleźć własną pozycję w strukturze
niewielkiego społeczeństwa mojego małego rodzinnego miasta Davis w Kalifornii. Nie zaznawszy szczęścia w domu, usamodzielniłem się już jako
nastolatek, żeby sprawdzić, czy nie czeka ono na mnie gdzieś w świecie.
Od tamtej pory przebyłem dość długą drogę.
Chociaż ludzie od zawsze pragnęli być szczęśliwi, idea szczęścia jako
wyuczonej umiejętności nigdy nie cieszyła się specjalną popularnością.
Oczywiście obecnie istnieje cały rynek psychologów, guru, instytucji i organizacji usiłujących raz na zawsze "rozwiązać" problemy z odczuwaniem
radości. Kolejne książki tłumaczą czytelnikom, jak doświadczać więcej
poczucia szczęścia z perspektywy neurologicznej, psychologicznej,
religijnej albo duchowej. Jego wizja jako doświadczenia niezależnego od
bogactwa, osiągnięć czy innych czynników zewnętrznych wzbudza liczne
kontrowersje. Wielu z nas odczuwa bezradność, usiłując dążyć do lepszego
życia mimo trudności, które często wydają się nie do pokonania.
Dla wszystkich -?od członków pokolenia baby boomers, czyli powojennego
wyżu demograficznego, którzy nie potrafią powrócić do radości z dawnych
lat, po młodsze roczniki zmagające się z rekordowym poziomem społecznej
samotności, niepokoju i wypalenia -?pogoń za szczęściem napędzana jest
nadzieją, że jego zdobycie rozwiąże pozostałe problemy. Uważamy, że
jeśli tylko uda nam się przełączyć nasz "pstryczek szczęścia", życiowe
trudności natychmiast przestaną być tak uciążliwe. W końcu możemy
osiągnąć wewnętrzną satysfakcję bez względu na to, jak mroczne jest
nasze otoczenie, prawda? A czy wspominałem już, że w naszym biurowcu
urządzono dla pracowników nowy pokój zen2?
Jak wkrótce odkryjesz, pogoń za szczęściem może również stać się
pułapką. W rzeczywistości uganianie się za radością przynosi zwykle
wszystko... z wyjątkiem jej samej. Wiem o tym, ponieważ sam wpadłem w ten
potrzask. Na początku 2016 roku nareszcie poczułem, że odhaczyłem
wszystkie podpunkty na mojej liście pogoni za szczęściem: miałem udane
małżeństwo i dwójkę zdrowych dzieci. Odnosiłem sukcesy zarówno jako
przedsiębiorca, jak i jako ekspert do spraw rozwoju biznesu. Dwukrotnie
wygrałem zawody triatlonowe Ironman. Dużo podróżowałem. Postawiłem stopę
na każdym z kontynentów. Miałem doktorat i publikowałem swoje badania.
Otrzymywałem liczne nagrody za osiągnięcia w dziedzinie, którą się
zajmowałem. Cóż, większość osób mogłaby uznać, że miałem wszystko. I obiektywnie rzecz biorąc, moje życie faktycznie było wspaniałe. Co
więcej, jako założyciel i członek stowarzyszenia International Positive
Psychology Association uplasowałem się w czołówce badaczy zajmujących
się tematyką szczęścia. Naturalnie wprowadzałem wszystkie najnowsze
odkrycia do własnej codzienności. Jako członek społeczności Quantified
Self zoptymalizowałem swoje życie nie tylko pod względem jakości, lecz
także ilości -?zbierając i analizując informacje na temat swoich dobrych
i złych dni, nieustannie szukając pomiędzy nimi korelacji oraz próbując
odnaleźć sposób na podniesienie mojego poziomu szczęścia. Dotarłem na
sam szczyt. Nie zostało mi już wiele rzeczy, które mógłbym zrobić, żeby
poczuć się szczęśliwszym. Nie istniała żadna technika, której jeszcze
nie wypróbowałem.
Tak się składa, że jestem również zapalonym blogerem i w ramach tego
hobby rozsyłam czytelnikom swój newsletter, mniej więcej dwudziestego
trzeciego dnia każdego miesiąca zamykającego dany kwartał (grudnia,
marca, czerwca oraz września). 23 czerwca 2016 roku pracowałem tak jak
zawsze. Przygotowałem newsletter będący tyradą na temat cudowności
mojego obecnego życia i kliknąłem przycisk "wyślij". Pod koniec maila
pochwaliłem się czytelnikom, że niedawno odhaczyłem kolejny podpunkt na
mojej liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią -?razem z moim ukochanym
bratem Brianem przejechaliśmy się Kingda Ka, najwyższą kolejką górską na
całym świecie.
Niespełna dwadzieścia cztery godziny po rozesłaniu tego e-maila mój brat
niespodziewanie zmarł na zator tętnicy płucnej. To było jak
surrealistyczny koszmar: kiedy moi przyjaciele, rodzina i pozostali
czytelnicy dowiadywali się, ile radości sprawiło mi to wspólnie
doświadczenie, tragiczna śmierć Briana uświadomiła mi, że nigdy więcej
nie będziemy mieli okazji go powtórzyć. Gdy minął pierwszy szok,
pogrążyłem się w głębokim smutku i niepokoju. Znalazłem się tym samym na
zdradliwej ścieżce kwestionowania absolutnie wszystkiego w moim życiu.
Niedługo później trafiłem do szpitala, ponieważ musiałem przejść poważną
operację biodra. Gdy wybudziłem się z narkozy, zupełnie nie czułem nóg.
Leżąc w szpitalnym łóżku, walczyłem o to, by zachować pozytywne
myślenie. Zbudowałem całe swoje życie wokół aktywności fizycznej i pozytywnego nastawienia, a nagle musiałem przyzwyczaić się do
rzeczywistości, w której nigdy więcej nie pobiegnę w żadnych zawodach.
Stałem się emocjonalnym wrakiem. Tradycyjne narzędzia psychologii
pozytywnej nie pomagały. Bez względu na to, ile medytowałem czy pisałem
w dzienniku wdzięczności, szczęście pozostawało dla mnie nieuchwytne.
Wreszcie musiałem przyznać przed samym sobą, że w moim przypadku te
sposoby straciły zastosowanie. Wierzyłem w szczęście, a jednak nie
mogłem poczuć się szczęśliwy. Doświadczyłem ogromnego dysonansu
poznawczego. Wcześniej uważałem, że rozumiem, na czym polega życie, aż
tu nagle ponownie zupełnie się w nim zagubiłem.
Miałem fart, bo czucie w nogach powróciło, a podczas dochodzenia do
siebie w kolejnych miesiącach po operacji zacząłem uświadamiać sobie coś
bardzo istotnego. Zadałem sobie pytanie, czy moje gorliwe pragnienie
bycia szczęśliwym nie stało się przypadkiem częścią całego problemu? I niespodziewanie, kiedy tylko przestałem łajać się za odczuwanie smutku,
stało się coś niesamowitego. Energia, którą wcześniej marnowałem,
skupiając się wyłącznie na odzyskaniu radości, wróciła do mnie i mogłem
wykorzystać ją do czegoś innego. Zamiast uparcie fiksować się na tym,
czego mi brakowało, zacząłem podejmować lepsze decyzje i przeznaczać
więcej czasu na działanie i dobrą zabawę. Jak wkrótce przeczytasz, moje
sposoby na to były rozmaite, począwszy od tak prostych jak kreatywne
wynajdowanie okazji do spędzenia z żoną czasu tylko we dwoje, a skończywszy na nieortodoksyjnym podejściu do fizjoterapii, które
pozwoliło mi stać się lepszym tancerzem i pogłębić więź z córką.
Z czasem moje wnioski złożyły się na w pełni ukształtowane objawienie.
Wreszcie dostrzegłem, jak daremne, a nawet przeciwskuteczne były moje
starania, by uchwycić i zatrzymać przy sobie szczęście -?nie tylko w tamtym kryzysowym momencie, ale przez całe lata. Praca nad byciem
szczęśliwym uszczupliła mój ograniczony czas i uwagę, które mógłbym
poświęcić na pełne przeżywanie życia.
Z naukowego punktu widzenia moje objawienie miało całkowity sens.
Poczucie szczęścia wyewoluowało w nas nie bez powodu: miało za zadanie
przyciągać nas do tych rzeczy i aktywności, które zwiększą nasze szanse
na przetrwanie. Gdybyśmy zawsze czuli się usatysfakcjonowani, nie
mielibyśmy motywacji, żeby ruszać naprzód. Czasami to właśnie
niezadowolenie, a nie szczęście, jest tą siłą, która pobudza nas do
działania. I chociaż wielu z nas teoretycznie to rozumie, pogoń za
szczęściem wciąż dotyczy nas wszystkich. Niczym Syzyf, machinalnie
wtaczający swój głaz na górę wyłącznie po to, żeby zobaczyć, jak stacza
się z powrotem w dół, my również bezustannie staramy się je zdobyć i utrzymać, nie zastanawiając się nawet, jaka tak naprawdę jest jego
wartość.
Doszedłem do wniosku, że przemyślenia na temat szczęścia kierowały moją
uwagę na to, czego mi do niego brakuje, przez co czułem się bardziej
nieszczęśliwy. (Od tamtego czasu dowiedziałem się również, że nowe
badania na temat naukowej natury szczęścia, którymi podzielę się na
stronach tej książki, to potwierdzają). Zacząłem zatem akceptować fakt,
że rozpacz z powodu śmierci mojego brata oraz strach o moją fizyczną
sprawność po operacji były odpowiednimi i nieuniknionymi reakcjami na te
realne tragedie. Rozpacz i ból są częścią życia człowieka. A jednak jako
niewolnik gonitwy za szczęściem, zamiast to zaakceptować, jeszcze
bardziej pogłębiłem swoje cierpienie, usiłując tuszować smutek oraz ból.
Tak zafiksowałem się na potrzebie bycia szczęśliwym, że nie uszanowałem
innych swoich potrzeb, takich jak żałoba, pogodzenie się z własnymi
emocjami czy ich odczuwanie.
Ale skoro umyślna pogoń za szczęściem doprowadziła mnie do rozpaczy, to
jaka pozostała mi alternatywa? Czy istnieje coś, co pomogłoby nam
przetrzymać najmroczniejsze okresy życia i na czym moglibyśmy polegać?
Zacząłem zadawać sobie mniej introspektywnych pytań, a zamiast tego
skupiłem się na empatycznym podejściu do mojej autonomii i sprawczości w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami. Kiedy przerwałem proces
samooskarżania i stałem się bardziej proaktywny, pomimo mojej głębokiej
żałoby wpadło mi do głowy drugie kluczowe przemyślenie: chociaż nie mogę
zawsze czuć się szczęśliwy, prawie zawsze mogę dobrze się bawić. Jeżeli
podejdę do tego świadomie, będę w stanie tworzyć chwile radości i przyjemności -?tak, nawet przyznając przy tym, że jestem smutny. Jak
wkrótce przeczytasz, zabawa może być częścią wielu stanów emocjonalnych,
a nawet nad nimi zapanować.
W przeciwieństwie do szczęścia zabawa nie jest naszą reakcją na zastane
okoliczności. To nastawienie na działanie, stan, który kontrolujesz i możesz wywołać w sobie niemal zawsze i niemal wszędzie. Zabawa jest dla
nas również niezwykle korzystna zarówno pod względem fizycznym, jak i psychologicznym. Zamiast skupiać się na tym, czego nam brakuje,
przestawienie się na tryb zabawy zapewnia nam natychmiastowe korzyści.
Jest ona bezpośrednią neurologiczną drogą do poprawienia własnego
samopoczucia -?a jednak, jak miałem niedługo się przekonać, to także
umiejętność, która wymaga pewnego wyćwiczenia, przynajmniej dla ludzi
zaangażowanych w pełne powagi dorosłe życie. Dzieciakom zabawa
przychodzi naturalnie, podczas gdy my, dorośli, mierzymy się przy tym z trzema głównymi przeszkodami:
Z wiekiem wmówiono nam przekonanie, że dobra zabawa to coś
dziecinnego, a nawet niestosownego.
Nie doceniamy mentalnych oraz fizycznych korzyści płynących z zabawy.
Odrzuca nas ten sprzeczny z intuicją fakt, że w przypadku
zabieganych dorosłych zabawa wymaga pewnej dyscypliny, co brzmi... no
cóż, niezbyt zabawnie.
Zanim skończysz czytać Supernawyk, poznasz jasne i przekonujące dowody
naukowe na to, jak ważna i niezbędna w życiu jest zabawa. Nauczysz się
również taktyk oraz technik, dzięki którym wprowadzisz ją do swojej
codzienności w sposób, który będzie dla ciebie wygodny i autentyczny, a nie sztuczny czy wymuszony. To właśnie te techniki zdecydowanie
poprawiły moje samopoczucie i z ogromnym powodzeniem pomogły tym, na
których je wypróbowałem.
Nie jestem żadnym guru schodzącym do ludu ze szczytu góry. Kiedy mówię,
że nadszedł czas, abyśmy przestali gonić za szczęściem i zaczęli dobrze
się bawić, to mówię tak, ponieważ takie wnioski zostały poparte przez
zweryfikowane naukowe źródła. Razem z moim zespołem spędziliśmy całe
lata na uwierzytelnianiu strategii i idei, które niedługo odkryjesz.
Wszyscy mamy w sobie zdolność życia bardziej radosnym życiem; potrzeba
nam do tego jedynie odpowiednich narzędzi. Niniejsza książka jest
właśnie jednym z nich.
Rozdział 1. Zabawa jest antidotum
Rozdział 1
Zabawa jest antidotum
Był taki czas w moim życiu, kiedy sądziłem, że mam już wszystko -
miliony dolarów, posiadłości, samochody, drogie ubrania, piękne kobiety
i wszystkie materialne dobra, jakie możesz sobie wyobrazić. A teraz
walczę o pokój.
-?Richard Pryor
Pewnego zimowego dnia w Phoenix, w Arizonie, mężczyzna nazwiskiem Will
Novak otrzymał wiadomość e-mail z zaproszeniem na wieczór kawalerski.
Impreza zapowiadała się wyśmienicie: weekend na nartach w Vermont, motyw
lat osiemdziesiątych, grill, włoskie jedzenie, piwo i przepiękny,
świeżutko opadły śnieg. Był tylko jeden malutki problem. Will nigdy nie
słyszał o panu młodym, Angelu, ani o żadnym z jego drużbów: któryś z nich musiał przesłać mu zaproszenie przez pomyłkę. (Należy tutaj
zaznaczyć, że był pośród nich drużba nazwiskiem Bill Novak). Tak czy
inaczej, ta wiadomość wprawiła Willa w dobry nastrój. Był wówczas ojcem
dziesięciomiesięcznego dziecka, więc każdą zabawną sytuację przyjmował z otwartymi ramionami.
Dlatego też, śmiejąc się sam do siebie, odpisał: "No k*rwa, wchodzę w to! Wnioskując po mailu, Angelo to świetny koleś, więc musimy pożegnać
jego kawalerstwo z przytupem! Mam nadzieję, że jego przyszła żona (albo
przyszły mąż) jest równie super". Na koniec dopisał jeszcze swój rozmiar
koszulki.
Nigdy się nie spodziewał, że otrzyma odpowiedź. A jednak jego ruch
wywołał lawinę zdarzeń. Drużbowie uznali, że Will jest przezabawny -?tak
przezabawny, że będzie świetnym dodatkiem do ich imprezy. Niedługo
później dostał wiadomość: "Jeśli ty mówisz poważnie, to my też.
Wpadaj!".
Will oniemiał. Czy naprawdę mówili poważnie? Z jednej strony, taka
wycieczka kosztowałaby go prawie tysiąc dolarów, a miał przecież żonę,
niemowlę i finansowy ból głowy spowodowany remontem kupionego po
taniości domu. No i... to byli zupełnie obcy faceci. Z drugiej strony, nie
jeździł na nartach, odkąd skończył czternaście lat. Jego życie było
pełne i satysfakcjonujące, jednak jak u większości pierwszorocznych
rodziców, przepełnienie pieluchy albo całonocna bezsenność stanowiły w tym momencie jego jedyne przygody.
Dlatego też, zamiast odmówić, podjął kolejne ryzyko. Założył zbiórkę w serwisie GoFundMe, którą nazwał: "Pomóż mi pojechać na wieczór
kawalerski obcego gościa". No cóż, pozbawiony snu, świeżo upieczony
tatuś i grupa kolesi w imprezowych nastrojach planujący coś tak bardzo
przypadkowego to jedna rzecz. Teraz jednak przyłączyły się do tego
dziesiątki, a później nawet setki ludzi, przerywając wszystkie
zaplanowane na ten dzień ważne zajęcia, żeby zalogować się na GoFundMe i dorzucić kilka dolarów. Przed końcem dnia wycieczka Willa została w pełni opłacona. Łącznie 224 osoby wpłaciły na nią 4615 dolarów, a całą
akcję udostępniono 6300 razy. (Pieniędzmi z nadwyżki zasilono później
fundusz na "studia/jedzenie/zabawki/cokolwiek innego będzie potrzebne
dziecku" pana młodego i jego ówczesnej narzeczonej, która była już wtedy
w ciąży).
Jeśli uważasz, że to śmieszne, postaw się na miejscu Willa. Zastanów
się, co towarzyszyło mu przy tych wydarzeniach:
Beztroska radość wywołana śmiesznym żartem.
Adrenalina towarzysząca podejmowaniu ryzyka.
Czysty zachwyt spowodowany przeskokiem od codzienności do czegoś
niezwyczajnego.
Dreszczyk emocji wywołany spontaniczną podróżą i okazją do zabawy.
Nagroda w postaci nowych znajomych.
Szansa na zdrowy rodzaj ucieczki.
Historia Willa rozłożona na czynniki pierwsze staje się czystą, niczym
nieskażoną zabawą. Otrzymawszy błogosławieństwo od swojej partnerki,
mężczyzna wsiadł do samolotu i przeżył niesamowity weekend. To
wspomnienie pozostanie z nim do końca życia. A dla innych stał się przy
tym legendą. Któregoś dnia jego dzieci zobaczą zdjęcia z tamtego
weekendu i zaśmieją się z niedowierzaniem, że ich tata zrobił coś tak
spontanicznego.
Opowiadam ci tę historię nie dlatego, żeby namawiać cię do dorównania
Willowi Novakowi albo wywalenia kalendarza do kosza i rzucenia się w wir
całkowitej spontaniczności. W mojej książce w ogóle o to nie chodzi.
Sedna całej tej opowieści wcale zresztą nie stanowi Will, ale ludzie,
którzy dopingowali go w jego przygodzie. Ich pełen energii zapał musi
przecież o czymś świadczyć. Istnieje powód, dla którego tak wiele osób
wpłaciło pieniądze zarówno na zbiórkę Willa, jak i na wiele innych
zabawnych (choć zapewne "bezsensownych") kampanii w internecie:
Żyjemy w świecie, w którym ludzie są dramatycznie spragnieni zabawy. A jednak, zamiast bawić się samemu, klikamy kilka przycisków i oddajemy tę
możliwość takim gościom jak Will.
Zabawa jest -?albo powinna być -?jednym z podstawowych dóbr dostępnych
dla wszystkich. Nikt z nas nie może przejść przez życie bez okresów
straty, zawodu czy bólu. Zabawa jest magicznym balsamem, sprawiającym,
że problemy dnia codziennego stają się łatwiejsze do wytrzymania.
Od momentu naszych narodzin jest ona także podstawowym elementem
niezbędnym dla rozwoju ludzkiego mózgu; nawet przy najprostszej zabawie
w "a kuku" ludzie kształtują w sobie podstawy zrozumienia świata. Gdy
jesteśmy dziećmi, zabawa pomaga nam rozwijać podstawowe umiejętności
społeczne oraz motoryczne, a także ustalać i testować nasze granice i definiować samych siebie w stosunku do reszty świata. W okresie
dorastania i wczesnej dorosłości wykorzystujemy ją, żeby badać życie,
odkrywać, kto lub co daje nam przyjemność, i odgrywać różne role, które
ostatecznie doprowadzą nas do dojrzałej świadomości własnego "ja".
(Cytując mądre słowa Szefa z serialu Miasteczko South Park: "Na
wszystko jest czas i miejsce. Nazywa się to studia").
Kiedy jednak zaczynamy kroczyć ścieżką dorosłości, a nasze życie staje
się bardziej świadome, zabawa przemienia się w narzędzie służące
urozmaiceniu, rozrywce oraz ucieczce przed presją codzienności. Pomaga
nam również zachować zdrowie: śmiech i dobry humor, które zwykle jej
towarzyszą, zmniejszają niepokój oraz stres, podwyższają poczucie
własnej wartości i zwiększają naszą motywację. Co więcej, zabawa
poprawia jakość oddechu i krążenie krwi, obniża puls i ciśnienie oraz
wspomaga wydzielanie endorfin do krwiobiegu. Przynosi też ulgę w poczuciu samotności i nudy. Jest jednym z kluczowych składników
witalności, zwłaszcza kiedy stajemy się coraz starsi.
Właśnie takie korzyści przynosi nam zabawa -?albo raczej powinna
przynosić. Smutna rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Większość z nas
zrezygnowała z zabawy tuż po okresie wczesnej dorosłości, ponieważ
"kiedyś trzeba dorosnąć, prawda?". W artykule dla gazety "Wall Street
Journal", zatytułowanym An Overlooked Skill in Aging: How to Have Fun
(Przeoczona umiejętność w starzeniu się: Jak dobrze się bawić)3,
Clare Ansberry pisze, że większość dorosłych osób nie pamięta już, w jaki sposób się bawić. Pozwalamy, aby ta ważna umiejętność słabła,
ponieważ wydaje nam się, że nie wnosi do naszego życia zbyt wielu
wartości. W rzeczywistości jednak "śmiech, beztroska, radość i rozrywka
mogą działać niczym antidotum na stres, depresję czy nerwicę
lękową"4.
Skoro czytasz tę książkę, to pewnie masz już pewne podejrzenia dotyczące
tego, że w naszym życiu brakuje zabawy. No cóż, czytelniku, jesteś w tym
wyjątkiem. Większość osób lekceważy zabawę, uznając ją za dziecinną,
nieistotną, rozpraszającą czy nawet niebezpieczną. Wiem to, ponieważ
kiedy chwaliłem się, że piszę książkę na temat zwrócenia uwagi ludzi na
zabawę, widziałem wiele powątpiewających reakcji. Niektórzy nerwowo
zerkali przy tym przez ramię. Inni chichotali i naprędce zmieniali
temat. Znalazło się także kilku, którzy z entuzjazmem kiwali głowami,
tylko czekając na okazję, żeby wytłumaczyć mi, dlaczego w ich sytuacji
zabawa nie może stać się priorytetem.
W społeczeństwie, które nade wszystko ceni produktywność, łatwo nam było
uwierzyć, że zabawa jest czymś, czego "fajnie jest czasem doświadczyć".
Zamiast poświęcać na nią codzienny, wartościowy czas, odkładamy ją na
organizowane raz do roku wakacje oraz, jeśli znaleźliśmy się pośród
grupy szczęśliwców, okazyjne weekendowe przygody. Według badania
przeprowadzonego przez zajmującą się prawami pracowników firmę
Zenefits5 Stany Zjednoczone zapewniają najkrótszy okres
płatnego urlopu ze wszystkich państw rozwiniętych, a mimo to wielu
pracowników musi być namawianych przez swoich przełożonych, żeby w ogóle
go wykorzystali. Każdego dnia poświęcamy większość godzin na pracę,
coraz bardziej obrażeni na wydłużające się listy rzeczy do zrobienia. W tak otępiałym stanie nie pozostaje nam nic innego, jak żyć życiem takich
jak Will zabawnych outsiderów, których widzimy czasem na naszych mediach
społecznościowych, zamiast przeżywać własne codzienne przygody.
Kiedy piszę o "przeżywaniu własnych przygód", nie mam na myśli jechania
przez cały kraj na imprezę z nieznajomymi ani też niczego równie
radykalnego. Chodzi mi o przeżywanie życia w sposób przemyślany,
począwszy od podjęcia świadomej decyzji, żeby zainteresować się zabawą i włączyć ją do harmonogramu poszczególnych dni -?w życiu, które masz
już teraz, a nie w jakiejś fantastycznej wersji jutra. Możesz to nazwać
nawykiem zabawy, albo po prostu supernawykiem.
Budowanie takiego nawyku musimy rozpocząć od ponownego zrozumienia, czym
jest zabawa i dlaczego jest ona o wiele ważniejsza dla naszego zdrowia,
szczęścia i sukcesu, niż kazano nam wierzyć.
Nie samą pracą człowiek żyje
Ale w jaki sposób znaleźliśmy się w tym miejscu? Większość z nas,
żyjących w Stanach Zjednoczonych lub Europie, została zamarynowana w starej protestanckiej etyce pracy, która stanowi duchową piętę
achillesową tak zwanego amerykańskiego snu. To ona mówi nam: ciężka
praca jest cnotą. Dla purytanów sukces definiował nie tylko wartość
człowieka, ale także duchową czystość. Według nich na szali dosłownie
ważyły się losy ich dusz. W tym kontekście to nic dziwnego, że ciężką
pracę i jej efekty uważano wówczas za sprawę najwyższej wagi!
Tak więc, skoro praca jest święta, to rozrywki odwodzące nas od niej -
zwane czasem zabawą -?są nie tylko bezwartościowe, ale również złe.
Nadal wierzymy, że ciężka praca jest wszystkim, czego potrzeba nam do
zgromadzenia bogactwa i spełnienia amerykańskiego snu -?nie zważając na
argumenty nowoczesnej socjologii, które sugerują, że związek pomiędzy
jednostką a ubóstwem jest dużo bardziej skomplikowany. Doskonale
zademonstrowała to dziennikarka i komentatorka społeczna Barbara
Ehrenreich w książce Za grosze pracować i (nie) przeżyć6, w której opisuje, co się stało, kiedy próbowała żyć z minimalnej pensji
wypłacanej jej w różnych zawodach. W skrócie -?ciężka praca nie
wystarczyła jej do wyrwania się z życia "od pierwszego do pierwszego",
bo jest to niemożliwe bez oszczędności czy społecznej siatki
bezpieczeństwa, którą w razie potrzeby mogłaby się posłużyć.
A jednak przekonanie, że dzięki pracy możemy wznieść się na wyżyny (w dowolnym sensie), pozostaje głęboko zapisane w zbiorowej podświadomości.
Nasze poczucie własnej wartości podnosi się i opada wraz z naszą
produktywnością. Autorka Rahaf Harfoush zauważa w książce Hustle &
Float7, że postrzeganie pracy jako cnoty -?bez względu na to, jak
daleko jej do przyjemności, wyższego znaczenia czy samych efektów -?było
niezwykle pomocne w czasach rewolucji przemysłowej, kiedy obowiązki
podzielono na jeszcze drobniejsze, nudniejsze i wymagające mniejszych
kwalifikacji segmenty. Wyniki pracy w owych segmentach łatwo dało się
wówczas zmierzyć i zoptymalizować. Ta tak zwana praca algorytmiczna -
czyli wykonywana w sposób powtarzalny i sekwencyjny -?była chlebem
powszednim dla dużej części społeczeństwa8. Na przykład
mój dziadek posiadał odlewnię w Oklahomie. Wraz z kolegami zjawiał się w pracy codziennie rano o tej samej godzinie i każdego dnia każdy z nich
dokładnie rozumiał, czego od niego oczekiwano. Praca była fizycznie
wykańczająca, dlatego nadgodziny nie wchodziły w rachubę. Wówczas ludzie
wiedzieli, co mają robić, wykonywali swoje zadania i odbierali wypłatę.
Reszta czasu, którą spędzali poza zakładem, należała wyłącznie do nich.
W latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku powitaliśmy jednak erę
informacyjną. Wielu pracowników przestało wytwarzać różne dingsy i zamiast tego zaczęło zarabiać na życie w rozwijającej się gałęzi "pracy
umysłowej". Wraz z narodzinami pojęcia własności intelektualnej i innowacjami będącymi wynikiem pracy skończyliśmy być pracownikami
obsługującymi maszyny o zębatkach i łańcuchach i teraz to my jesteśmy
zębatkami i łańcuchami, a nasza zdolność działania jest nadmiernie
eksploatowana i optymalizowana do granic możliwości, zupełnie tak jak
sprzętu na liniach produkcyjnych. Staliśmy się maszynami, które
produkują dobra przynoszące dochody innym ludziom.
Żeby jeszcze bardziej skomplikować obraz dzisiejszego świata, w ostatnich latach nasza produktywność staje się coraz trudniejsza do
zmierzenia. W przeciwieństwie do pracy przy liniach produkcyjnych praca
kreatywna opiera się na nielinearnym myśleniu i działaniu, a więc nie
trzyma się już konsekwentnych schematów. W rezultacie nie posiada także
linii mety. Bez wyznaczonych norm pracy arytmetycznej pozostaliśmy
jedynie z lichą świadomością tego, czy nasz dzień spędzony w biurze był
odpowiednio produktywny. Zamartwiając się o zarobki, zawsze znajdujemy
się zatem w trybie "dostępny". Co więcej, nowe kanały komunikacji
sprawiły, że można do nas dotrzeć niemal wszędzie i niemal o każdej
porze dnia i nocy, co prowadzi do jeszcze większych problemów. W chwili
obecnej, gdy wielu z nas pracuje zdalnie z własnego domu, nasza praca
wydaje się nie mieć końca. Pracujemy, jemy i śpimy w granicach tej samej
fizycznej przestrzeni, dlatego też nie istnieje żadna wyraźna cezura,
która wskazałaby naszym umysłom, że teraz jesteśmy już "poza" pracą.
Zamiast tego odpisujemy na e-maile aż do momentu, kiedy nasze głowy
opadną na poduszki.
W ostatnich latach łapczywe macki tak zwanej ekonomii na żądanie jeszcze
skuteczniej zacierają granicę pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. W przypadku ludzi, którzy zarabiają na takich platformach jak Uber, Lyft,
Fiverr, Instacart czy DoorDash, praca wnika w każdy dostępny zakątek
dnia. Skuszeni fałszywymi obietnicami niezależności pracownicy często
nie mają świadomości, jak potężne siły bez ustanku dbają o to, żeby
odpowiednio duża część zarobków za ich ciężką pracę wpadała do kieszeni
kogoś innego. Co gorsza, mechanika tych platform jest skonstruowana w taki sposób, aby zmusić pracowników do coraz dłuższej pracy za coraz
mniejsze pieniądze. Jeżeli pracujesz dorywczo w podobnej firmie, bez
problemu odnajdziesz w internecie liczne wyznania programistów
dręczonych wyrzutami sumienia z powodu tego, że ich umiejętności zostały
wykorzystane do oszukiwania takich ludzi jak ty.
Tworzenie iluzji pozwalającej pracownikom wierzyć, że sami o sobie
decydują, oraz inne techniki manipulacji obecne w aplikacjach ekonomii
na żądanie stanowią poważny problem, który jednak nie ogranicza się
wyłącznie do tego rynku. O ile nie pracujesz dla samego siebie, twój
pracodawca prawdopodobnie nie zdradzi ci, jaki jest jego największy
priorytet: wycisnąć, ile się da, z każdego firmowego zasobu -?wliczając
w to pracowników. Takie korporacyjne sztuczki zostały doskonale opisane
w artykule opublikowanym w magazynie "Slate" pod tytułem My Disturbing
Stint on a Corporate Wellness App (Moje niepokojące wyniki pracy z aplikacją Corporate Wellness). Jego autorka, Ann Larson, wysuwa teorię,
że ukrytym celem aplikacji mającej dbać o zdrowie i dobre samopoczucie
pracowników jest przerzucanie odpowiedzialności za słabe rezultaty
niskopłatnej, wykańczającej pracy z pracodawcy na pracownika oraz
jednoczesne nakłanianie go przy tym do wykonywania coraz bardziej
wyniszczających zadań przez jeszcze dłuższy czas9. Firmy, których
misją jest dzielenie się swoim obrotem z zatrudnionymi osobami,
oczywiście istnieją, ale z pewnością nie stanowią rynkowej normy.
Bez wyraźnej granicy, która oddzielałaby życie prywatne od zawodowego,
hasło "Daj z siebie 110 procent!" nabiera nowego, złowieszczego
znaczenia. W Stanach Zjednoczonych poziom wypalenia zawodowego pośród
wszystkich rodzajów pracowników osiągnął najwyższy procent w historii.
Aby temu zaradzić, korporacje zatrudniają popularnych mówców
motywacyjnych, takich jak Gary Vaynerchuk (który upiera się, że musisz
"harować")10 czy Grant Cardone (promujący pracę według reguły
"10X")11. Ich hasła być może świetnie brzmią na scenie, ale coraz
liczniejsze przykłady ich zastosowania w praktyce jasno wykazują, że
zainspirowane nimi osoby będą musiały zapłacić za to niemałą cenę. W swojej książce Dying for a Paycheck Jeffrey Pfeffer, profesor zachowań
organizacyjnych ze Stanford Graduate School of Business, opisuje, jak
bardzo jesteśmy krzywdzeni przez nowoczesne miejsca pracy, które
nakazują nam zawsze być dla nich "dostępnymi"12. W wywiadzie
dla gazety "Insights" Pfeffer wyraża także swoje uznanie dla Nurii
Chinchilli z IESE Business School za określenie tego rodzaju
nieodpowiednich zachowań mianem zanieczyszczenia
społecznego13. Tragiczne skutki tego zjawiska -?inwazji
priorytetów zawodowych na osobiste -?zwykle wykraczają nawet poza
zwyczajne niszczenie przyjaźni czy więzi rodzinnych; niektórych z nas
dosłownie zabijają. Badania Światowej Organizacji Zdrowia oraz
Międzynarodowej Organizacji Pracy wskazują na to, że w 2016 roku długie
godziny pracy doprowadziły do śmierci 745 000 osób -?jest to o 29
procent więcej, niż wykazały wyniki podobnego badania przeprowadzonego w roku 200014.
Zmuszanie pracowników do coraz bardziej morderczej pracy nie jest wcale
nowym konceptem. Frederick Winslow Taylor w swoim dziele z 1911 roku,
zatytułowanym Zasady naukowego zarządzania, przytacza słynną historię
o tym, jak nakłonił robotników wytwarzających żeliwo do zwiększenia
dziennej produkcji z dwunastu ton do czterdziestu siedmiu za pomocą
podniesienia ich wypłat i uważnej obserwacji tempa pracy -?co nadal
stosuje się w teorii oraz praktyce zarządzania pracownikami, pomimo
dramatycznych, opisywanych przeze mnie powyżej zmian, które zaszły od
tamtego czasu w naszej ekonomii. (Oraz pomimo nieukrywanej pogardy
Taylora dla co najmniej jednego z robotników, którego opisywał jako tak
flegmatycznego, że swoim rozumem przypominał raczej woła niż cokolwiek
innego)15. Pamiętam, jak jako doktorant uczyłem się teorii
wyznaczania celów16. Edwin Locke i Gary Latham (czołowi myśliciele
w kwestii zachowań organizacyjnych od połowy lat sześćdziesiątych XX
wieku) zdobyli sławę dzięki swoim metodom wyznaczania ambitnych celów
biznesowych w celu zwiększenia produktywności pracowników. Wspominam o tym jednak wyłącznie dla zaznaczenia, że chociaż ewolucja optymizowania
nas do stopnia pracujących maszyn posiada długą historię, to nowoczesne
korporacje wciąż usiłują sprzedać nam koncept, że "harówka" jest czymś
godnym pochwały. W rzeczywistości jest ona trucizną.
Bądźmy szczerzy -?jeżeli nie harujesz... jeśli nie odpisujesz na e-maile,
siedząc na toalecie... jeśli nie robisz dziesięciu tysięcy kroków
dziennie... to musisz chyba być leniem, prawda? Szczerze mówiąc, to
zatrważające, do jakiego stopnia daliśmy się zmanipulować. A przecież
podobne praktyki ciągłego dawania z siebie stu procent nie pozostaną bez
konsekwencji. Znacząca część naszego dobrego samopoczucia i zdrowia
opiera się na zabawie i odpoczynku, a tymczasem nowoczesny tryb życia
wyrwał z korzeniami wszelkie okazje na nacieszenie się tymi niezbędnymi
komponentami radosnej egzystencji.
Zastawianie pułapki szczęścia
Jak wspominałem we wstępie niniejszej książki, należę do licznego grona
osób, które postanowiły odpowiedzieć na presję nowoczesnego świata,
wyznaczając sobie jeden, niezmienny cel -?być szczęśliwym. W ten sposób,
jak wielu, wpadłem w pułapkę rozliczania się z własnych aspiracji oraz
doświadczeń, które przynoszą mi radość. Pozwól, że podam ci przykład.
Lubię medytować. Pragnąc więc "zoptymalizować" moją praktykę medytacji,
zakupiłem urządzenie, które zapewniało mi feedback, czyli pokazywało,
jak "dobrze" medytowałem. W konsekwencji moja relacja z medytacją szybko
zaczęła się psuć, ponieważ oprogramowanie urządzenia nieustannie
namawiało mnie do medytowania coraz dłużej i częściej, zamiast
zwyczajnie pozwolić mi się cieszyć tym doświadczeniem. Tak samo dzieje
się obecnie w kwestii wielu zajęć -?zachęca się nas, żebyśmy używali
aplikacji i gadżetów, które mierzą niemal każdy aspekt naszego życia, od
snu, przez treningi, aż po coś tak osobistego jak liczba dni, które
spędziliśmy z ukochaną osobą17.
Zamiast cieszyć się naszymi aktywnościami na własnych warunkach,
przekształcamy je w statystyki, które później poddajemy analizie.
Porównujemy dzisiejszą wersję siebie z wersją wczorajszą, jednocześnie
nie przestając także porównywać się z sąsiadami mieszkającymi w domu
obok. Fiksujemy się na punkcie przepaści pomiędzy tym, gdzie jesteśmy
teraz, a tym, gdzie chcielibyśmy być, chociaż nasze pragnienia zwykle są
dość przypadkowe. Tymczasem moglibyśmy wykorzystać tę energię na takie
doświadczenia, które rzeczywiście pomogłyby nam się rozwijać oraz
sprawiały nam radość. Szczęście stało się mirażem, który widzimy
wyraźnie tylko z dalekiej odległości, a kiedy do niego docieramy,
odnajdujemy zamiast niego jedynie pustkę -?dlatego ponownie rozglądamy
się po horyzoncie, wikłając się w ten sposób w niekończącą się pętlę.
To nie nasza wina: nauka sugeruje, że wszystko sprzysięgło się przeciwko
nam. Nasze mózgi są dosłownie zaprogramowane na to, aby fiksować się
na punkcie przepaści pomiędzy tym, gdzie jesteśmy teraz, a miejscem, w którym wydaje nam się, że będziemy szczęśliwi. W akademickim żargonie
coś, co dotyczy przyjemności, określane jest mianem hedoniczne.
Wszystkie przeżycia hedoniczne natomiast zazwyczaj składają się z dwóch
sprawiających przyjemność komponentów: wyczekiwania oraz konsumowania.
Niegdyś naukowcy uważali, że kieruje nami głównie pogoń za przyjemnością
konsumpcyjną -?to takie górnolotne określenie tego, że robimy rzeczy,
dzięki którym czujemy się dobrze. Obecnie zgadzają się jednak, że często
tym, co tak naprawdę napędza nas w pogoni za przyjemnością, nie jest
samo czucie się dobrze w danym momencie, ale perspektywa czerpania
przyjemności z potencjalnej nagrody i towarzyszących jej miłych uczuć.
Istnieją na to trzy uzasadnienia:
1. Jesteśmy świetni w oczekiwaniu. Jeżeli
kiedykolwiek czytałeś coś na temat szczęścia, to z pewnością słyszałeś o dopaminie. Dopamina otrzymała swój słynny przydomek "hormon szczęścia"
dlatego, że początkowo uważano ją za neuroprzekaźnik pomagający nam w doświadczaniu przyjemności. A jednak jak ujął to neurolog doktor Blake
Porter w rozmowie ze mną: "W tej chwili w neuronauce historia o niosącej
przyjemność dopaminie praktycznie umarła". Kiedy naukowcy zaczęli
dokładniej badać ten hormon, zauważyli coś zaskakującego: jego poziom
często wystrzeliwał w górę, zanim badany robił coś zabawnego. Chociaż
kiedyś wierzyliśmy, że dopamina jest integralną częścią zabawy i przyjemności, obecnie wiemy już, że powodowane przez nią wzmocnienie
naszych odczuć w największym stopniu jest powiązane z oczekiwaniem18. Co więcej, owo oczekiwanie niekoniecznie w ogóle
musi mieć cokolwiek wspólnego z przyjemnością. Naukowcy są zdania, że
prawdziwe ewolucyjne zadanie dopaminy polega na przygotowaniu nas na coś
nieoczekiwanego poprzez wzmożenie naszego pobudzenia. A czym będzie to
"nieoczekiwane"? Dopaminy zupełnie to nie obchodzi. Co więcej, uważa się
także, że ten hormon jest powiązany z pogonią za dowolnym celem, dlatego
też zapewnia nam zastrzyk motywacji i w ten sposób pomaga dotrzeć do
linii mety.
Zachęceni dopaminą ruszamy zatem w pogoń za szczęściem, zamiast
cieszyć się darem szczęścia samym w sobie19. Pragnienie, aby
zaspokoić potrzebę odczuwania radości, jest z definicji niezaspokajalne.
Dlatego też ostatecznie wpadamy w kołowrotek, który nauka trafnie
określa mianem hedonicznej bieżni. Ten koncept znany jest również pod
takimi nazwami jak "hedoniczna adaptacja", "hedoniczny relatywizm" albo
"stały punkt szczęścia" -?a każda z nich określa ludzką tendencję do
przeceniania wpływu, jaki będą mieć na nasze poczucie szczęścia rozmaite
zmiany lub wydarzenia życiowe. Najczęściej bowiem kiedy to, co nowe, już
nam spowszednieje, nasze zadowolenie powraca do "stałego punktu
szczęścia" -?czyli tego samego poziomu, jaki odczuwaliśmy przed
dokonaniem zmiany. A ponieważ nie będziemy szczęśliwsi niż wcześniej,
natychmiast powrócimy do gonitwy za czymś więcej.
Poza hedoniczną bieżnią istnieją również dwie inne "głupiutkie ludzkie
sztuczki", które sprawiają, że szczęście pozostaje dla nas nieuchwytne.
2. Jesteśmy świetni w adaptowaniu się.
Dowolne zdarzenia życiowe -?bez względu na to, czy są dobre, czy złe -
mają wyłącznie tymczasowy i ograniczony wpływ na nasze subiektywne
poczucie szczęścia. Szczęście zaczyna wymykać się nam z rąk już w momencie, kiedy je uchwycimy. Przez całe dekady naukowcy stosowali
teorię poziomu adaptacji, aby spróbować zrozumieć, dlaczego to, co
dobre, nie trwa długo, jednak dopiero w roku 1978 Philip Brickman, Dan
Coates i Ronnie Janoff-Bulman napisali pracę naukową, która przykuła
uwagę szerszej publiki20. To właśnie ci badacze odkryli, że
cieszymy się z cudownych, niespodziewanych zdarzeń -?takich jak
przykładowa wygrana na loterii -?które na chwilę czynią nasze życie
ekscytującym. Ekscytacja ta trwa jednak przez stosunkowo krótki okres,
ponieważ posiadamy zdolność adaptacji. Po pewnym czasie aklimatyzujemy
się w naszej nowej rzeczywistości i powracamy do wyjściowego poziomu
szczęścia, który odczuwaliśmy wcześniej. Co więcej, jeżeli nie będziemy
ostrożni w naszym podejściu do zmieniających się okoliczności,
ryzykujemy, że poziom naszego szczęścia obniży się z powodu rozmaitych
komplikacji (na przykład, w przypadku zwycięzców loterii, przez presję
ze strony przyjaciół i rodziny, którzy chcieliby, aby podzielić się z nimi swoją wygraną) oraz nowych obowiązków (jak powiedziałby raper The
Notorious B.I.G.: "Więcej kasy, więcej problemów"). Dobra wiadomość jest
jednak taka, że najnowsze badania dają nam nadzieję -?tak, nawet tym,
którzy wygrali na loterii. Uważa się, że możemy poprawić swoją życiową
satysfakcję, jeżeli będziemy w stanie efektywnie dostosowywać się do
naszego powodzenia21. Innymi słowy, możemy "przechytrzyć"
zjawisko adaptacji, jeśli posiadamy do tego odpowiednie narzędzia.
3. Jesteśmy świetni w porównywaniu. Poczucie
szczęścia często może mieć mniej wspólnego z tym, czego naprawdę
doświadczamy, a więcej z tym, co myślimy o naszych doświadczeniach w porównaniu z doświadczeniami innych osób.
Przeważająca liczba "składników" szczęścia dla ogółu ludzkości opiera
się na doświadczeniach wspólnych. Patrząc pod tym kątem, szczęście
przypomina masową halucynację. Porównujemy się z innymi na tle ustalonej
przez społeczeństwo rzeczywistości, w której żyjemy w danym momencie.
Przykładowo, przeprowadzone we Francji badanie socjodemograficzne
wykazało, że ludzie postawieni przed możliwością wyboru zwykle nie chcą
otrzymywać "więcej" w sensie abstrakcyjnym, ale pragną mieć więcej niż
ci, którzy ich otaczają. Kiedy zapytano uczestników badania o to, czy
woleliby mieć 110 punktów IQ przy światowej średniej wynoszącej 90
punktów IQ, czy 130 punktów IQ przy średniej wynoszącej 150 punktów IQ,
wielu z nich wybrało pierwszą opcję, choć oznaczałoby to, że ogólnie
mieliby mniej punktów IQ niż w przypadku opcji drugiej. Podobnie wielu z uczestników wybrało cztery tygodnie urlopu w warunkach, w których inni
mieliby po dwa tygodnie urlopu zamiast sześciu tygodni urlopu w takich,
w których inni mieliby ich po osiem22.
Każdy z nas posiada wrodzony i głęboko zakorzeniony mechanizm
predysponujący go do biegu na tej hedonicznej bieżni. Kiedy wreszcie
dotrwasz do swojego urlopu, często okazuje się jednak, że wcale nie
przyniósł ci tyle szczęścia, na ile liczyłeś, bo nie dorównał twoim
oczekiwaniom. Gdy w końcu otrzymasz awans, twoja euforia szybko zacznie
zanikać, kiedy zaczniesz adaptować się do nowych obowiązków. Co gorsza,
nowa pozycja w firmie może okazać się gorsza, niż ci się wydawało. Twoje
dziecko będzie skakało z ekscytacji na widok świątecznych prezentów, a zaraz potem jego świat legnie w gruzach, kiedy porówna je z nową zabawką
kuzyna, która okazała się choć odrobinę bardziej cool. Pozytywne
aspekty takich doświadczeń są zatem incydentalne, a my szybko powracamy
po nich do naszego oryginalnego stanu (to znowu ten nieznośny stały
punkt szczęścia), a czasem nawet czujemy się gorzej.
Wkraczając w Nicość
Czy widziałeś kiedyś film Niekończąca się opowieść? Występująca w nim
potężna, złowieszcza siła nazwana Nicością pożera magiczną krainę
Fantazję, pozostawiając po sobie tylko ponurą pustkę, która ma
symbolizować całkowity brak wyobraźni w "prawdziwym" świecie. To właśnie
w taki sposób zacząłem sobie wyobrażać naszą bezmyślną konsumpcję mediów
i oddawanie się innym wysysającym duszę zajęciom -?jako z pozoru
niepowstrzymaną Nicość, gotową wessać w siebie przyjemność i sens życia...
jeśli jej na to pozwolimy.
Weźmy na przykład media społecznościowe. Korzystanie z nich może
dostarczyć nam trochę rozrywki, połączyć nas z innymi ludźmi i pozwolić
nam nacieszyć się miłymi wspomnieniami. Sam uwielbiam kontaktować się
przez nie z bliskimi i dzielić się moim życiem w internecie, dlatego w żadnym wypadku nie próbuję demonizować takich narzędzi. Musimy jednak
pamiętać, że aplikacje te zostały zaprojektowane właśnie w taki sposób,
aby manipulować i zarządzać naszym czasem wypoczynku. Przyciągają naszą
uwagę dzięki dokładnie opracowanym licznikom zaangażowania. Gdy
aplikacja przypomina nam, że niektóre wydarzenia z naszego życia zyskały
większą publiczną aprobatę niż inne, zaczynamy podświadomie klasyfikować
własne wspomnienia pod względem liczby komentarzy i polubień, które
otrzymały, zamiast wartości płynących z samego doświadczenia.
Taka mechanika -?stworzona specjalnie po to, aby zatrzymać nas przy
danej platformie społecznościowej -?może doprowadzić nawet do mimowolnej
zmiany w naszym zachowaniu. Z czasem coraz częściej zaczniemy robić
rzeczy, które spodobają się naszym obserwującym, zamiast uszczęśliwiać
nas samych. Działając w taki sposób, rezygnujemy także z intymności
sytuacji i "rozwadniamy" nasze przeżycia, żyjąc raczej w internecie niż
chwilą. Co więcej, wraz ze wzrostem naszej publiki poczucie walidacji
będzie spływało na nas coraz częściej ze źródeł zewnętrznych, od armii
Nicości -?czyli ludzi zupełnie nam obcych, którzy wcale lub
niespecjalnie interesują się nami samymi i naszym dobrym samopoczuciem.
Nasze doświadczenia, zamiast stanowić wartość samą w sobie, obecnie
stają się sposobem określania naszego statusu społecznego, liczonego w dziwacznych wirtualnych walutach, zwykle nic niewartych i większości z nas niepotrzebnych. A jednak patrzenie na coraz wyższe liczby na
liczniku polubień sprawia, że czujemy się chwilowo zaspokojeni kolejną
dawką dopaminy. Ta ulotna gratyfikacja jest przyjemna, a na dodatek
nietrudna do zdobycia, dlatego wracamy po więcej i więcej. I więcej.
Brzmi trochę jak popadanie w uzależnienie, prawda? To dlatego, że
właśnie nim jest. Najnowsze badania sugerują, że takie działanie zmienia
strukturę naszych mózgów i sprawia, że stajemy się bardziej podatni na
nerwicę lękową oraz depresję23. W rzeczy samej, niektórzy
badacze argumentują, że wzrastające statystyki liczby samobójstw i stwierdzonych przypadków depresji zbiegają się w czasie z szerokim
rozpowszechnieniem smartfonów oraz popularyzacją mediów
społecznościowych24. Praca doktor Jean Marie Twenge,
profesor psychologii na Uniwersytecie Stanowym San Diego, jest
szczególnie ważnym głosem w dyskusji na temat tego, czy smartfony
niszczą nasze zdrowie psychiczne. Chociaż niektórzy krytykują autorkę za
zbyt negatywne podejście podczas interpretacji wyników, jej badania
jasno wskazują, że media społecznościowe z dużym prawdopodobieństwem
wywierają negatywny wpływ na nasze dobre samopoczucie25.
W książce The Compass of Pleasure26, poświęconej naukowemu
wyjaśnieniu tego, co sprawia, że czujemy się dobrze, jej autor, David J.
Linden, zauważa, że za przeciwieństwo przyjemności był niegdyś uważany
ból -?aż do momentu, w którym zaczęliśmy uważniej badać żartownisia
zwanego dopaminą i odkryliśmy, że ból również może aktywować nasz układ
nagrody. Teraz wiemy już, że przeciwieństwem przyjemności jest
znużenie -?a więc brak satysfakcji będący wynikiem braku stymulujących
bodźców oraz zajęć. A skoro znużenie jest wrogiem zabawy, to Nicość jest
jej ostatecznym przeciwnikiem.
Tajna broń zabawy -?oksytocyna
Sposoby, w jakie obecnie usiłujemy stać się szczęśliwsi, w rzeczywistości niemal w ogóle nie wzbogacają naszego życia; są raczej
marnym wysiłkiem, szybko gubiącym się w pustce Nicości. Choć ciężko
pracujemy na nasze szczęście, w zamian za to otrzymujemy wyjątkowo
krótkotrwałą nagrodę -?a kiedy radość po raz kolejny nas opuszcza,
pozostaje nam tylko zastanawiać się dlaczego.
Antidotum na tę sytuację stanowi zabawa -?być może nawet w sensie
dosłownym, neurochemicznym. Tak się składa, że w towarzystwie innych
ludzi wywołuje ona uwolnienie drugiego, równie istotnego hormonu
szczęścia, o którym mówi się zdecydowanie za mało: oksytocyny. Uwalniamy
ją, kiedy angażujemy się w zachowania prospołeczne i aktywności, które
łączą nas z innymi. Ten hormon zapewnia nam prawdziwie słodkie poczucie
bycia częścią większej całości, podczas gdy dopamina może być metaforą
poprawiającego humor słodzika, sacharyny.
Jeżeli nie sprawujemy świadomej kontroli nad naszym czasem, pozwalamy,
aby to inni nim rozporządzali. Z tego powodu możemy czuć się uwięzieni i bezsilni, podświadomie rozumiejąc, że tak być nie powinno. Ignorujemy
nasze pierwotne potrzeby sprawczości oraz autonomii i staramy się
złagodzić przykre uczucia, wpłacając kilka groszy na przygodę Willa albo
wrzucając na tablicę zdjęcie z hasztagiem #tbt i obserwując, jak pojawia
się pod nim coraz więcej polubień. Problem w tym, że nie na tym polega
budowanie prawdziwej więzi z bliskimi. Wpatrujemy się w telefony,
ignorując ludzi, z którymi jemy wspólny posiłek, i uważamy te wirtualne
kontakty za społecznie angażujące, podczas gdy jednocześnie, gdzieś
głęboko w sobie, czujemy, że życie przecieka nam między palcami, a my,
zamiast je zatrzymać, wrzucamy kolejną chwilę w otchłań Nicości.
Kiedy jednak spróbujemy skupić się na zabawie, zaczniemy powoli
odzyskiwać kontrolę nad naszym życiem. Stawiając ją sobie jako priorytet
i aktywnie poszukując w niej znaczących interakcji społecznych z innymi
ludźmi oraz dzielenia się z nimi realnymi doświadczeniami, unikniemy
potrzeby podpinania się do dopaminowej kroplówki. W tym sensie zabawa
stanowi antidotum na nieustanny bieg po hedonicznej bieżni, wzbogacając
naszą egzystencję, zamiast wyłącznie wytłumiać prawdziwe potrzeby
bliskości i pełnego życia.
Uwolnienie oksytocyny wydaje się nawet czymś więcej niż tylko zjawiskiem
przyjemnym; badania sugerują, że chroni nas także przed naszymi
negatywnymi impulsami. Kiedy doktor Volker Ott z niemieckiego
uniwersytetu Lübeck i jego współpracownicy podali grupie dwudziestu
zdrowych mężczyzn oksytocynę, poziom ich samokontroli się zwiększył,
natomiast liczba spożywanych w ciągu dnia przekąsek wyraźnie zmalała, co
doprowadziło badaczy do konkluzji, że oksytocyna może mieć wpływ na
kontrolę naszego zachowania powiązanego z systemem nagrody27. A zatem, kiedy angażujemy się w takie aktywności, które wpływają na
zwiększenie jej poziomu i zaspokajają naszą potrzebę zabawy, jesteśmy
lepiej przygotowani na wyjście poza strefę natychmiastowej gratyfikacji
i do podejmowania lepszych decyzji dotyczących tego, w co zainwestujemy
nasze czas i uwagę. Uwalnianie oksytocyny wydaje się również wspierać
więzy międzyludzkie, ponieważ pomaga nam głębiej odczuwać empatię.
Dzięki niej możemy zatem odstąpić od karmienia Nicości i zacząć karmić
samych siebie oraz tych, o których szczerze się troszczymy. W obecności
oksytocyny mamy tendencję do bardziej prospołecznego zachowania i lepszego zrozumienia, że nie wszystko kręci się wokół nas i naszej
pozycji względem innych, bo najlepiej czujemy się właśnie w takich
momentach, w których wszyscy wspieramy siebie nawzajem28.
Drobna uwaga: Oksytocyna i dopamina wykazują realny i przebadany
związek z naszym zachowaniem. Nauka zaczyna powoli gromadzić wszystkie
kawałki układanki, jednak przyznaje, że pełen obraz tego, w jaki sposób
związki te działają w naszych ciałach, jest o wiele bardziej
skomplikowany, niż obecnie jesteśmy w stanie to zrozumieć.
Neuroprzekaźniki nie są albo jednym, albo drugim; są ze sobą ściśle
powiązane, współzależne i symbiotyczne, a w dodatku nasze organizmy
wykorzystują je do pełnienia różnorodnych funkcji. A jednak, chociaż nie
możemy mówić o oksytocynie versus dopaminie w naszych mózgach -
ponieważ tak naprawdę są one raczej bliskimi przyjaciółmi, którzy
potrzebują siebie nawzajem, żeby dobrze się bawić, niż przeciwnikami -?w tym rozdziale wykorzystałem je jako przydatną metaforę dla
przedstawienia tego, co i z jakiego powodu powinniśmy doceniać.
Prosta teoria zabawy
Zabawa była już tak mocno oczerniana, marginalizowana, ukrywana i ignorowana, że zdecydowanie zasługuje na ocieplenie wizerunku. Nasza
wspólna przygoda rozpocznie się zatem od zrozumienia prawdziwej natury
tego zjawiska. Szczęście jest stanem umysłu, natomiast zabawa jest
czymś, co możesz wykonać. Nie wymaga przy tym edukacji, pieniędzy ani
władzy -?potrzebuje jedynie intencjonalności. Jeżeli wcześniej
przedstawiłem ci szczęście jako miraż, to zabawa jest twoją prywatną
oazą w ogródku za domem. Zanim skończymy ten rozdział, zaczniemy już być
aktywni. Bo właśnie tak to działa. Właśnie to robi zabawa.
Z punktu widzenia nauki zabawa stanowi stosunkowo dziewiczy teren. W pewnym sensie przypomina błyskawice, które od zarania dziejów ludzie
obserwowali z podziwem i przerażeniem. Błyskawica jest zjawiskiem
spektakularnym, prawdziwym, a w niektórych przypadkach również
niszczycielskim -?lecz nadal pozostaje zagadką to, w jaki dokładnie
sposób powstaje29. Badacze nie są zgodni ani co do tego, jak
chmury burzowe się ładują, ani jak krzeszą iskrę. Błyskawica łamie
podstawowe zasady fizyki.
Wiele kwestii związanych z zabawą również pozostaje dla nas tajemnicą.
Wiedza naukowa na temat genezy jej powstania w przeważającej części
opiera się na spekulacjach. Według jednej z teorii ludzie na wczesnym
etapie ewolucji odkryli, że zabawa wspiera ich rozwój
umysłowy30. Bawienie się z innymi uczyło ich współpracy i dochodzenia do porozumienia, a także zapewniało podwaliny pod powstałe
później normy społeczne. Kiedy nasi przodkowie angażowali się w zabawę,
nawiązywali przy tym satysfakcjonujące relacje oraz osiągali korzystne
konsensusy społeczne, które stanowią fundamenty nowoczesnej dynamiki
grupowej. Ten aspekt zabawy mógł napędzać powstawanie i rozwój całych
społeczeństw. A przynajmniej tak głosi teoria.
To jednak wyłącznie domysły. W rzeczywistości nikt nie zna ewolucyjnych
korzeni zabawy ani nie wie z całą pewnością, dlaczego bawienie się tak
skutecznie pomaga nam cieszyć się życiem. A jednak, w przeciwieństwie do
szczęścia, czyli subiektywnego konstruktu definiowalnego wyłącznie
przez ludzką percepcję, zabawa jest obserwowalna, możliwa do
zademonstrowania, prawdziwa i zawsze pozostająca w naszym zasięgu. Jest
również zjawiskiem uniwersalnym i pierwotnym, działającym na głębszym
poziomie niż nasza kultura -?ten fakt jest łatwo zauważalny, kiedy
zwrócimy uwagę, jak wiele zwierząt uwielbia się bawić. Nie jest to cechą
wyłącznie ludzką. Zabawa może być tak prosta jak u dwóch bawiących się
psów albo tak skomplikowana jak "złożone zabawy", które doprowadziły do
niektórych z największych odkryć Alberta Einsteina.
Dla tych, którzy pragnęliby poznać definicję zabawy, oto ona: zabawa
jest angażowaniem się w przyjemne doświadczenia. Powinniśmy jednak
zagłębić się w ten temat, ponieważ jest ona również czymś o wiele
istotniejszym. Zabawa jest:
1. Nastawiona na działanie
Zabawa jest bezpośrednia. Albo dobrze się bawisz, albo nie. W świecie
nauki definiujemy afektywną jakość danego doświadczenia poprzez nadanie
jej etykietki tonu hedonicznego, częściej nazywanego wartością. Aby
zanadto nie komplikować sprawy, słowa hedoniczny i wartość będą
jedynymi pojęciami z żargonu psychologicznej popkultury, które
chciałbym, żebyś pamiętał podczas zapoznawania się z tą książką.
Doświadczenia o wartości pozytywnej będą dla nas przyjemne, natomiast te
o wartości negatywnej -?nie. Jeśli nastawimy się na zabawę, oznacza to,
że będziemy poszukiwać bardziej pozytywnych doświadczeń, co oczywiście
będzie dla nas korzystne31. Równocześnie jednak, kiedy
będziemy martwić się o to, jak stać się szczęśliwsi, automatycznie i podświadomie zaczniemy definiować się jako osoby nieszczęśliwe (lub w najlepszym wypadku niewystarczająco szczęśliwe). Owa przepaść, którą
wówczas w sobie stworzymy -?ten nasz słaby wskaźnik dobrego samopoczucia
-?stanie się centrum naszego zainteresowania, częścią naszej osobowości,
wypierającą dodające nam sił przekonanie, że to my decydujemy, jak
spędzamy nasz czas.
2. Prospołeczna
Zabawa nikogo nie wyklucza. Nie jest zależna od takich zasad jak "nie
możesz niczego nalać z pustej szklanki" albo "najpierw załóż maskę",
którymi kieruje się wiele osób usiłujących odnaleźć życiowe szczęście.
Zamiast tego zabawa często wynosi nas ponad nas samych. Bardzo spodobał
mi się sposób, w jaki doktor neurologii Lisa Feldman Barrett ujęła to w naszej rozmowie: "[Podczas zabawy] na kilka minut usuwasz się z centrum własnego wszechświata". To właśnie wtedy przechodzimy ze strefy
ja do strefy my.
Zabawa jest predysponowana do przynoszenia korzyści nie tylko tobie, ale
wszystkim, którzy w niej uczestniczą. Weźmy na przykład śmianie się z czegoś w gronie przyjaciół. Jak zręcznie ujął to aktor komediowy John
Cleese: "Niemal niemożliwym jest zachowanie jakiegokolwiek dystansu czy
poczucia społecznej hierarchii, gdy wszyscy ryczymy ze śmiechu. Śmiech
jest siłą demokracji"32.
Nie próbuję przy tym powiedzieć, że zabawa wymaga obecności innych osób.
Samotna zabawa jest równie istotna, a szczególnie ważna może być dla
introwertyków. Mimo to ludzie, na których nam zależy, często bywają dla
nas najpotężniejszym źródłem świetnej zabawy. Jednocześnie, mówiąc o tym, że jest ona zjawiskiem prospołecznym, mam na myśli również to, że
nie czyni się jej niczyim kosztem. Co ciekawe, kiedy angielskie
określenie zabawy -?fun -?po raz pierwszy pojawiło się w języku
Anglosasów, prawdopodobnie pod koniec XVII wieku, początkowo oznaczało
ono oszustwo albo drwinę. Ta konotacja pozostaje w języku angielskim aż
do dziś, w takich wyrażeniach jak "I had a little fun at someone's
expense", czyli "Trochę się zabawiłem czyimś kosztem". Być może to
właśnie ona przyczyniła się również do nie najlepszej ogólnej opinii na
temat zabawy. Pozbądźmy się zatem tego balastu przeszłości. Od tego
miejsca zgódźmy się wszyscy, że nie wolno nam nazywać zabawą czegoś, co
wydarza się kosztem kogokolwiek.
3. Autonomiczna
Być może przez moje reklamowanie zabawy i jej prospołecznych właściwości
do twojej głowy wpadła myśl, że jestem kolejną biurową mendą, mówiącą
ci, że musisz częściej się uśmiechać. W przeciwieństwie do szczęścia
(które zostało wymiernie zdefiniowane przez naukę) zabawa jest jednak
czymś, co musisz określić dla siebie samodzielnie. Twoja zabawa będzie
niezależna i wyjątkowa wyłącznie dla ciebie. To twoja własność. Jedyną
jej wspólną dla nas wszystkich cechą jest jej pozytywna wartość -?i energia, którą nas wypełnia. Pamiętaj zatem, że kiedy inni usiłują
narzucić ci swoje podejście do tego, jak dobrze się bawić, może być to
dla ciebie nawet szkodliwe. To kolejny powód, przez który zabawa
dorobiła się złej reputacji, jednak tym problemem zajmiemy się
dokładniej w rozdziale poświęconym zabawie w miejscu pracy.
4. Niezwykła
Zabawa jest zjawiskiem wielopoziomowym -?sięga od widocznych gołym okiem
oznak w postaci coraz szerszego uśmiechu, który wstępuje ci na usta
podczas czytania zabawnego komiksu, aż po pochłaniającą wszystko falę
fizjologicznej i psychologicznej przyjemności, którą odczuwasz w szczycie najprzyjemniejszych doświadczeń. Dla jednych zabawą może być
przytulanie się z partnerem podczas oglądania serialu na Netfliksie,
natomiast dla innych będzie to głośne walenie w bębny perkusji. A co
najlepsze, nie ma zupełnie żadnego znaczenia, co uważasz za świetną
zabawę -?cokolwiek by to było, i tak będzie w stanie wynieść cię ponad
codzienność i zwyczajność. Istnieje bowiem pewien niezwykły,
nadprzyrodzony wręcz obszar zabawy, który znajduje się daleko ponad
nauką i ponad wszystkim tym, co jesteśmy w stanie zmierzyć.
Osobiście lubię myśleć o wartościach jako o dwóch kolorach na kole
ruletki. Sam zadecyduj, który z nich reprezentuje pozytywne
doświadczenia, a który negatywne. To twój wybór. Kiedy rozwiniemy w sobie nawyk zabawy, nauczymy się oszukiwać w ruletce w taki sposób, aby
wygrany kolor przynosił nam korzyść. Nie możemy sprawić, żeby kulka
nigdy nie lądowała na kolorze negatywnych wartości, jednak zwykle
jesteśmy w stanie dysponować naszym czasem w taki sposób, aby mieć na
swoim koncie więcej dobrych doświadczeń niż złych. Możemy również
nauczyć się cieszyć nawet z tych, które nie idą po naszej myśli. Ale czy
wiesz, za co najbardziej kocham analogię z grą w ruletkę? Za pole
zielone. Zabawa w swoim najlepszym wydaniu przewyższa dualność bycia
szczęśliwym lub nieszczęśliwym. Istnieje specjalne pole zabawy, którego
nie odnajdziesz na podziałce liniowej. Znajduje się ono poza
wartościami. Przeskakujemy wówczas nad prostą chęcią subiektywnej
poprawy samopoczucia i jesteśmy w stanie dostrzec, że jest ona jedynie
trywialnym zmartwieniem naszego ego. W takich szczytowych momentach
chwilowo nie istnieją radość i smutek, a ci, którzy mieli na tyle
szczęścia, żeby doświadczyć tego stanu, opisują swoje doświadczenia jako
tak cudowne, że nie da się określić ich w słowach. Te uwalniające
wyskoki mają ogromny potencjał, aby połączyć nas z czymś większym od nas
-?czymś, co, jak niedługo się przekonasz, sam zacząłem nazywać
Tajemnicą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki