Supernawyk. Odzyskaj spontaniczność i ciekawość świata - Mike Rucker

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Osta­teczną wer­sję niniej­szej książki zaczą­łem pisać na początku 2020 roku, kiedy to, jak wszy­scy z pew­no­ścią wiemy, spa­dła na nas zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie glo­balna pan­de­mia. Odda­wa­łem ukoń­czony ręko­pis w momen­cie, kiedy Stany Zjed­no­czone były mniej wię­cej w poło­wie zaszcze­pione i powoli wra­cały do swego rodzaju nowej i nie­sta­bil­nej nor­mal­no­ści. Innymi słowy, pisa­łem tę książkę w okre­sie (miejmy nadzieję) naj­mniej rado­snych lat, jakie kolek­tyw­nie prze­ży­jemy w całym naszym życiu.

Przed­sta­wione w niej idee zostały spraw­dzone w "nor­mal­nych" oko­licz­no­ściach, jed­nak pan­de­mia COVID-19 spra­wiła, że kra­jo­braz świata zmie­nił się dia­me­tral­nie. Pod­czas jej naj­nie­bez­piecz­niej­szych momen­tów zabawa nie znaj­do­wała się na szczy­cie czy­jej­kol­wiek listy prio­ry­te­tów, mojej rów­nież. W maju 2020 roku mocno się roz­cho­ro­wa­łem, co było wyni­kiem począt­kowo łagod­nej infek­cji wiru­sem COVID-19 i nało­że­nia się na sie­bie w tam­tym okre­sie wielu stre­so­rów. Przez kilka mie­sięcy nie mogłem spać, przez co moje funk­cjo­no­wa­nie, nie wspo­mi­na­jąc już o zaba­wie, stało się nie­mal nie­moż­liwe. Cho­ciaż zda­rzały się momenty, w któ­rych lek­cje zawarte w tej książce pomo­gły mi osią­gnąć więk­szą satys­fak­cję z życia, ist­niały rów­nież takie, w któ­rych wal­czy­łem z syn­dro­mem oszu­sta, pisząc kolejne roz­działy o rado­ści, pod­czas gdy sam pra­wie jej nie odczu­wa­łem. Pomimo tych pro­ble­mów i tak uwa­żam, że mia­łem szczę­ście. Miliony osób stra­ciły środki do życia czy swo­ich naj­bliż­szych; ci, któ­rzy mieli naj­mniej szczę­ścia, stra­cili życie. Poza nie­po­skro­mio­nym wiru­sem ludzie na całym świe­cie zma­gali się pod­czas pan­de­mii rów­nież z niespra­wiedliwością, sys­te­mo­wym rasi­zmem, zawi­ro­wa­niami poli­tycz­nymi, wyzwa­niami powo­do­wa­nymi przez zmiany kli­matu i z innymi pro­ble­mami, które mógł­bym jesz­cze długo wymie­niać. Nic dziw­nego, że w sytu­acji, w któ­rej tak wiele fizjo­lo­gicz­nych i psy­cho­lo­gicz­nych potrzeb z potrzebą bez­pie­czeń­stwa na czele nie zostaje zaspo­ko­jo­nych, nie­wielu z nas zaj­mo­wało się pogo­nią za potrze­bami wyż­szego rzędu.

Jeżeli pośród tego ponu­rego kra­jo­brazu możemy odna­leźć cho­ciaż jedno jasne świa­tełko, to jest nim fakt, że pan­de­mia dała wielu z nas jedyną oka­zję na przyj­rze­nie się swo­jemu dotych­cza­so­wemu życiu -?jego ryt­mowi, ter­mi­na­rzom, dys­trak­cjom i obse­sjom -?z wystar­cza­jąco dużego dystansu, aby móc zadać sobie tak istotne pyta­nia jak: Czy żyję tak, jak chcę? Co w moim życiu jest przy­pad­kowe, a co zapla­no­wane? Czy mogę żyć bar­dziej świa­do­mie? Oraz oczy­wi­ście: Czy moje życie mogłoby być zabaw­niej­sze?

Z per­spek­tywy osób szu­ka­ją­cych odpo­wie­dzi na powyż­sze pyta­nia ta książka nie mogłaby uka­zać się w lep­szym momen­cie. Bez względu na to, czy do końca to rozu­miemy, czy nie, pan­de­mia zazna­jo­miła nas z klu­czo­wymi kon­cep­tami tej publi­ka­cji. Gdy zosta­li­śmy zamknięci w domach i pozba­wieni wielu aktyw­no­ści, które kochamy, zro­zu­mie­li­śmy, jak bole­sne jest mar­no­wa­nie naszego cen­nego czasu. Cier­pie­li­śmy z powodu braku bez­po­śred­nich inte­rak­cji z przy­ja­ciółmi i rodziną oraz odczu­li­śmy, jak destruk­tywne może być pozba­wienie nas oso­bi­stej łącz­no­ści z czym­kol­wiek poza nami samymi. Odkry­li­śmy prawdę w sen­ten­cji "bez­pie­czeń­stwo to w więk­szo­ści prze­sąd" i zatę­sk­ni­li­śmy za "przy­godą dla odważ­nych"1.

Nad­szedł zatem czas, aby­śmy rzu­cili się z powro­tem w wir naszej przy­gody dla odważ­nych i odzy­skali radość -?nie tylko dla sie­bie, ale także by pomóc naszym naj­bliż­szym oraz, jak nie­długo się prze­ko­nasz, całemu spo­łe­czeń­stwu.

Wstęp

Więk­szość swo­jego życia spę­dzi­łem na poszu­ki­wa­niu szczę­ścia. Było ono dla mnie niczym zagadka, któ­rej ni­gdy nie potra­fi­łem roz­wią­zać. W mło­do­ści noto­rycz­nie uda­wa­łem kogoś, kim nie jestem, sta­ra­jąc się despe­racko odna­leźć wła­sną pozy­cję w struk­tu­rze nie­wiel­kiego spo­łe­czeń­stwa mojego małego rodzin­nego mia­sta Davis w Kali­for­nii. Nie zaznaw­szy szczę­ścia w domu, usa­mo­dziel­ni­łem się już jako nasto­la­tek, żeby spraw­dzić, czy nie czeka ono na mnie gdzieś w świe­cie. Od tam­tej pory prze­by­łem dość długą drogę.

Cho­ciaż ludzie od zawsze pra­gnęli być szczę­śliwi, idea szczę­ścia jako wyuczo­nej umie­jęt­no­ści ni­gdy nie cie­szyła się spe­cjalną popu­lar­no­ścią. Oczy­wi­ście obec­nie ist­nieje cały rynek psy­cho­lo­gów, guru, insty­tu­cji i orga­ni­za­cji usi­łu­ją­cych raz na zawsze "roz­wią­zać" pro­blemy z odczu­wa­niem rado­ści. Kolejne książki tłu­ma­czą czy­tel­ni­kom, jak doświad­czać wię­cej poczu­cia szczę­ścia z per­spek­tywy neu­ro­lo­gicz­nej, psy­cho­lo­gicz­nej, reli­gij­nej albo ducho­wej. Jego wizja jako doświad­cze­nia nie­za­leż­nego od bogac­twa, osią­gnięć czy innych czyn­ni­ków zewnętrz­nych wzbu­dza liczne kon­tro­wer­sje. Wielu z nas odczuwa bez­rad­ność, usi­łu­jąc dążyć do lep­szego życia mimo trud­no­ści, które czę­sto wydają się nie do poko­na­nia.

Dla wszyst­kich -?od człon­ków poko­le­nia baby boomers, czyli powo­jen­nego wyżu demo­gra­ficz­nego, któ­rzy nie potra­fią powró­cić do rado­ści z daw­nych lat, po młod­sze rocz­niki zma­ga­jące się z rekor­do­wym pozio­mem spo­łecz­nej samot­no­ści, nie­po­koju i wypa­le­nia -?pogoń za szczę­ściem napę­dzana jest nadzieją, że jego zdo­by­cie roz­wiąże pozo­stałe pro­blemy. Uwa­żamy, że jeśli tylko uda nam się prze­łą­czyć nasz "pstry­czek szczę­ścia", życiowe trud­no­ści natych­miast prze­staną być tak uciąż­liwe. W końcu możemy osią­gnąć wewnętrzną satys­fak­cję bez względu na to, jak mroczne jest nasze oto­cze­nie, prawda? A czy wspo­mi­na­łem już, że w naszym biu­rowcu urzą­dzono dla pra­cow­ni­ków nowy pokój zen2?

Jak wkrótce odkry­jesz, pogoń za szczę­ściem może rów­nież stać się pułapką. W rze­czy­wi­sto­ści uga­nia­nie się za rado­ścią przy­nosi zwy­kle wszystko... z wyjąt­kiem jej samej. Wiem o tym, ponie­waż sam wpa­dłem w ten potrzask. Na początku 2016 roku naresz­cie poczu­łem, że odha­czy­łem wszyst­kie pod­punkty na mojej liście pogoni za szczę­ściem: mia­łem udane mał­żeń­stwo i dwójkę zdro­wych dzieci. Odno­si­łem suk­cesy zarówno jako przed­się­biorca, jak i jako eks­pert do spraw roz­woju biz­nesu. Dwu­krot­nie wygra­łem zawody tria­tlo­nowe Iron­man. Dużo podró­żo­wa­łem. Posta­wi­łem stopę na każ­dym z kon­ty­nen­tów. Mia­łem dok­to­rat i publi­ko­wa­łem swoje bada­nia. Otrzy­my­wa­łem liczne nagrody za osią­gnię­cia w dzie­dzi­nie, którą się zaj­mo­wa­łem. Cóż, więk­szość osób mogłaby uznać, że mia­łem wszystko. I obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, moje życie fak­tycz­nie było wspa­niałe. Co wię­cej, jako zało­ży­ciel i czło­nek sto­wa­rzy­sze­nia Inter­na­tio­nal Posi­tive Psy­cho­logy Asso­cia­tion upla­so­wa­łem się w czo­łówce bada­czy zaj­mu­ją­cych się tema­tyką szczę­ścia. Natu­ral­nie wpro­wa­dza­łem wszyst­kie naj­now­sze odkry­cia do wła­snej codzien­no­ści. Jako czło­nek spo­łecz­no­ści Quan­ti­fied Self zop­ty­ma­li­zo­wa­łem swoje życie nie tylko pod wzglę­dem jako­ści, lecz także ilo­ści -?zbie­ra­jąc i ana­li­zu­jąc infor­ma­cje na temat swo­ich dobrych i złych dni, nie­ustan­nie szu­ka­jąc pomię­dzy nimi kore­la­cji oraz pró­bu­jąc odna­leźć spo­sób na pod­nie­sie­nie mojego poziomu szczę­ścia. Dotar­łem na sam szczyt. Nie zostało mi już wiele rze­czy, które mógł­bym zro­bić, żeby poczuć się szczę­śliw­szym. Nie ist­niała żadna tech­nika, któ­rej jesz­cze nie wypró­bo­wa­łem.

Tak się składa, że jestem rów­nież zapa­lo­nym blo­ge­rem i w ramach tego hobby roz­sy­łam czy­tel­ni­kom swój new­slet­ter, mniej wię­cej dwu­dzie­stego trze­ciego dnia każ­dego mie­siąca zamy­ka­ją­cego dany kwar­tał (grud­nia, marca, czerwca oraz wrze­śnia). 23 czerwca 2016 roku pra­co­wa­łem tak jak zawsze. Przy­go­to­wa­łem new­slet­ter będący tyradą na temat cudow­no­ści mojego obec­nego życia i klik­ną­łem przy­cisk "wyślij". Pod koniec maila pochwa­li­łem się czy­tel­ni­kom, że nie­dawno odha­czy­łem kolejny pod­punkt na mojej liście rze­czy do zro­bie­nia przed śmier­cią -?razem z moim uko­cha­nym bra­tem Bria­nem prze­je­cha­li­śmy się Kingda Ka, naj­wyż­szą kolejką gór­ską na całym świe­cie.

Nie­spełna dwa­dzie­ścia cztery godziny po roze­sła­niu tego e-maila mój brat nie­spo­dzie­wa­nie zmarł na zator tęt­nicy płuc­nej. To było jak sur­re­ali­styczny kosz­mar: kiedy moi przy­ja­ciele, rodzina i pozo­stali czy­tel­nicy dowia­dy­wali się, ile rado­ści spra­wiło mi to wspól­nie doświad­cze­nie, tra­giczna śmierć Briana uświa­do­miła mi, że ni­gdy wię­cej nie będziemy mieli oka­zji go powtó­rzyć. Gdy minął pierw­szy szok, pogrą­ży­łem się w głę­bo­kim smutku i nie­po­koju. Zna­la­złem się tym samym na zdra­dli­wej ścieżce kwe­stio­no­wa­nia abso­lut­nie wszyst­kiego w moim życiu.

Nie­długo póź­niej tra­fi­łem do szpi­tala, ponie­waż musia­łem przejść poważną ope­ra­cję bio­dra. Gdy wybu­dzi­łem się z nar­kozy, zupeł­nie nie czu­łem nóg. Leżąc w szpi­tal­nym łóżku, wal­czy­łem o to, by zacho­wać pozy­tywne myśle­nie. Zbu­do­wa­łem całe swoje życie wokół aktyw­no­ści fizycz­nej i pozy­tywnego nasta­wie­nia, a nagle musia­łem przy­zwy­czaić się do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej ni­gdy wię­cej nie pobie­gnę w żad­nych zawo­dach. Sta­łem się emo­cjo­nal­nym wra­kiem. Tra­dy­cyjne narzę­dzia psy­cho­lo­gii pozy­tywnej nie poma­gały. Bez względu na to, ile medy­to­wa­łem czy pisa­łem w dzien­niku wdzięcz­no­ści, szczę­ście pozo­sta­wało dla mnie nie­uchwytne. Wresz­cie musia­łem przy­znać przed samym sobą, że w moim przy­padku te spo­soby stra­ciły zasto­so­wa­nie. Wie­rzy­łem w szczę­ście, a jed­nak nie mogłem poczuć się szczę­śliwy. Doświad­czy­łem ogrom­nego dyso­nansu poznaw­czego. Wcze­śniej uwa­ża­łem, że rozu­miem, na czym polega życie, aż tu nagle ponow­nie zupeł­nie się w nim zagu­bi­łem.

Mia­łem fart, bo czu­cie w nogach powró­ciło, a pod­czas docho­dze­nia do sie­bie w kolej­nych mie­sią­cach po ope­ra­cji zaczą­łem uświa­da­miać sobie coś bar­dzo istot­nego. Zada­łem sobie pyta­nie, czy moje gor­liwe pra­gnie­nie bycia szczę­śli­wym nie stało się przy­pad­kiem czę­ścią całego pro­blemu? I nie­spo­dzie­wa­nie, kiedy tylko prze­sta­łem łajać się za odczu­wa­nie smutku, stało się coś nie­sa­mo­wi­tego. Ener­gia, którą wcze­śniej mar­no­wa­łem, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na odzy­ska­niu rado­ści, wró­ciła do mnie i mogłem wyko­rzy­stać ją do cze­goś innego. Zamiast upar­cie fik­so­wać się na tym, czego mi bra­ko­wało, zaczą­łem podej­mo­wać lep­sze decy­zje i prze­zna­czać wię­cej czasu na dzia­ła­nie i dobrą zabawę. Jak wkrótce prze­czy­tasz, moje spo­soby na to były roz­ma­ite, począw­szy od tak pro­stych jak kre­atywne wynaj­do­wa­nie oka­zji do spę­dze­nia z żoną czasu tylko we dwoje, a skoń­czyw­szy na nie­orto­dok­syj­nym podej­ściu do fizjo­te­ra­pii, które pozwo­liło mi stać się lep­szym tan­ce­rzem i pogłę­bić więź z córką.

Z cza­sem moje wnio­ski zło­żyły się na w pełni ukształ­to­wane obja­wie­nie. Wresz­cie dostrze­głem, jak daremne, a nawet prze­ciw­sku­teczne były moje sta­ra­nia, by uchwy­cić i zatrzy­mać przy sobie szczę­ście -?nie tylko w tam­tym kry­zy­so­wym momen­cie, ale przez całe lata. Praca nad byciem szczę­śli­wym uszczu­pliła mój ogra­ni­czony czas i uwagę, które mógł­bym poświę­cić na pełne prze­ży­wa­nie życia.

Z nauko­wego punktu widze­nia moje obja­wie­nie miało cał­ko­wity sens. Poczu­cie szczę­ścia wyewo­lu­owało w nas nie bez powodu: miało za zada­nie przy­cią­gać nas do tych rze­czy i aktyw­no­ści, które zwięk­szą nasze szanse na prze­trwa­nie. Gdy­by­śmy zawsze czuli się usa­tys­fak­cjo­no­wani, nie mie­li­by­śmy moty­wa­cji, żeby ruszać naprzód. Cza­sami to wła­śnie nie­za­do­wo­le­nie, a nie szczę­ście, jest tą siłą, która pobu­dza nas do dzia­ła­nia. I cho­ciaż wielu z nas teo­re­tycz­nie to rozu­mie, pogoń za szczę­ściem wciąż doty­czy nas wszyst­kich. Niczym Syzyf, machi­nal­nie wta­cza­jący swój głaz na górę wyłącz­nie po to, żeby zoba­czyć, jak sta­cza się z powro­tem w dół, my rów­nież bez­u­stan­nie sta­ramy się je zdo­być i utrzy­mać, nie zasta­na­wia­jąc się nawet, jaka tak naprawdę jest jego war­tość.

Dosze­dłem do wnio­sku, że prze­my­śle­nia na temat szczę­ścia kie­ro­wały moją uwagę na to, czego mi do niego bra­kuje, przez co czu­łem się bar­dziej nie­szczę­śliwy. (Od tam­tego czasu dowie­dzia­łem się rów­nież, że nowe bada­nia na temat nauko­wej natury szczę­ścia, któ­rymi podzielę się na stro­nach tej książki, to potwier­dzają). Zaczą­łem zatem akcep­to­wać fakt, że roz­pacz z powodu śmierci mojego brata oraz strach o moją fizyczną spraw­ność po ope­ra­cji były odpo­wied­nimi i nie­unik­nio­nymi reak­cjami na te realne tra­ge­die. Roz­pacz i ból są czę­ścią życia czło­wieka. A jed­nak jako nie­wol­nik goni­twy za szczę­ściem, zamiast to zaakcep­to­wać, jesz­cze bar­dziej pogłę­bi­łem swoje cier­pie­nie, usi­łu­jąc tuszo­wać smu­tek oraz ból. Tak zafik­so­wa­łem się na potrze­bie bycia szczę­śli­wym, że nie usza­no­wa­łem innych swo­ich potrzeb, takich jak żałoba, pogo­dze­nie się z wła­snymi emo­cjami czy ich odczu­wa­nie.

Ale skoro umyślna pogoń za szczę­ściem dopro­wa­dziła mnie do roz­pa­czy, to jaka pozo­stała mi alter­na­tywa? Czy ist­nieje coś, co pomo­głoby nam prze­trzy­mać naj­mrocz­niej­sze okresy życia i na czym mogli­by­śmy pole­gać? Zaczą­łem zada­wać sobie mniej intro­spek­tyw­nych pytań, a zamiast tego sku­pi­łem się na empa­tycz­nym podej­ściu do mojej auto­no­mii i spraw­czo­ści w zgo­dzie z wyzna­wa­nymi przez sie­bie war­to­ściami. Kiedy prze­rwa­łem pro­ces samo­oskar­ża­nia i sta­łem się bar­dziej pro­ak­tywny, pomimo mojej głę­bo­kiej żałoby wpa­dło mi do głowy dru­gie klu­czowe prze­my­śle­nie: cho­ciaż nie mogę zawsze czuć się szczę­śliwy, pra­wie zawsze mogę dobrze się bawić. Jeżeli podejdę do tego świa­do­mie, będę w sta­nie two­rzyć chwile rado­ści i przy­jem­no­ści -?tak, nawet przy­zna­jąc przy tym, że jestem smutny. Jak wkrótce prze­czy­tasz, zabawa może być czę­ścią wielu sta­nów emo­cjo­nal­nych, a nawet nad nimi zapa­no­wać.

W prze­ci­wień­stwie do szczę­ścia zabawa nie jest naszą reak­cją na zastane oko­licz­no­ści. To nasta­wie­nie na dzia­ła­nie, stan, który kon­tro­lu­jesz i możesz wywo­łać w sobie nie­mal zawsze i nie­mal wszę­dzie. Zabawa jest dla nas rów­nież nie­zwy­kle korzystna zarówno pod wzglę­dem fizycz­nym, jak i psy­cho­lo­gicz­nym. Zamiast sku­piać się na tym, czego nam bra­kuje, prze­sta­wie­nie się na tryb zabawy zapew­nia nam natych­mia­stowe korzy­ści.

Jest ona bez­po­śred­nią neu­ro­lo­giczną drogą do popra­wie­nia wła­snego samo­po­czu­cia -?a jed­nak, jak mia­łem nie­długo się prze­ko­nać, to także umie­jęt­ność, która wymaga pew­nego wyćwi­cze­nia, przy­naj­mniej dla ludzi zaan­ga­żo­wa­nych w pełne powagi doro­słe życie. Dzie­cia­kom zabawa przy­cho­dzi natu­ral­nie, pod­czas gdy my, doro­śli, mie­rzymy się przy tym z trzema głów­nymi prze­szko­dami:

Z wie­kiem wmó­wiono nam prze­ko­na­nie, że dobra zabawa to coś dzie­cin­nego, a nawet nie­sto­sow­nego. Nie doce­niamy men­tal­nych oraz fizycz­nych korzy­ści pły­ną­cych z zabawy. Odrzuca nas ten sprzeczny z intu­icją fakt, że w przy­padku zabie­ga­nych doro­słych zabawa wymaga pew­nej dys­cy­pliny, co brzmi... no cóż, nie­zbyt zabaw­nie.

Zanim skoń­czysz czy­tać Super­na­wyk, poznasz jasne i prze­ko­nu­jące dowody naukowe na to, jak ważna i nie­zbędna w życiu jest zabawa. Nauczysz się rów­nież tak­tyk oraz tech­nik, dzięki któ­rym wpro­wa­dzisz ją do swo­jej codzien­no­ści w spo­sób, który będzie dla cie­bie wygodny i auten­tyczny, a nie sztuczny czy wymu­szony. To wła­śnie te tech­niki zde­cy­do­wa­nie popra­wiły moje samo­po­czu­cie i z ogrom­nym powo­dze­niem pomo­gły tym, na któ­rych je wypró­bo­wa­łem.

Nie jestem żad­nym guru scho­dzą­cym do ludu ze szczytu góry. Kiedy mówię, że nad­szedł czas, aby­śmy prze­stali gonić za szczę­ściem i zaczęli dobrze się bawić, to mówię tak, ponie­waż takie wnio­ski zostały poparte przez zwe­ry­fi­ko­wane naukowe źró­dła. Razem z moim zespo­łem spę­dzi­li­śmy całe lata na uwie­rzy­tel­nia­niu stra­te­gii i idei, które nie­długo odkry­jesz. Wszy­scy mamy w sobie zdol­ność życia bar­dziej rado­snym życiem; potrzeba nam do tego jedy­nie odpo­wied­nich narzę­dzi. Niniej­sza książka jest wła­śnie jed­nym z nich.

Rozdział 1. Zabawa jest antidotum

Roz­dział 1

Zabawa jest anti­do­tum

Był taki czas w moim życiu, kiedy sądzi­łem, że mam już wszystko - miliony dola­rów, posia­dło­ści, samo­chody, dro­gie ubra­nia, piękne kobiety i wszyst­kie mate­rialne dobra, jakie możesz sobie wyobra­zić. A teraz wal­czę o pokój.

-?Richard Pryor

Pew­nego zimo­wego dnia w Pho­enix, w Ari­zo­nie, męż­czy­zna nazwi­skiem Will Novak otrzy­mał wia­do­mość e-mail z zapro­sze­niem na wie­czór kawa­ler­ski. Impreza zapo­wia­dała się wyśmie­ni­cie: week­end na nar­tach w Ver­mont, motyw lat osiem­dzie­sią­tych, grill, wło­skie jedze­nie, piwo i prze­piękny, świe­żutko opa­dły śnieg. Był tylko jeden malutki pro­blem. Will ni­gdy nie sły­szał o panu mło­dym, Angelu, ani o żad­nym z jego druż­bów: któ­ryś z nich musiał prze­słać mu zapro­sze­nie przez pomyłkę. (Należy tutaj zazna­czyć, że był pośród nich drużba nazwi­skiem Bill Novak). Tak czy ina­czej, ta wia­do­mość wpra­wiła Willa w dobry nastrój. Był wów­czas ojcem dzie­się­cio­mie­sięcz­nego dziecka, więc każdą zabawną sytu­ację przyj­mo­wał z otwar­tymi ramio­nami.

Dla­tego też, śmie­jąc się sam do sie­bie, odpi­sał: "No k*rwa, wcho­dzę w to! Wnio­sku­jąc po mailu, Angelo to świetny koleś, więc musimy poże­gnać jego kawa­ler­stwo z przy­tu­pem! Mam nadzieję, że jego przy­szła żona (albo przy­szły mąż) jest rów­nie super". Na koniec dopi­sał jesz­cze swój roz­miar koszulki.

Ni­gdy się nie spo­dzie­wał, że otrzyma odpo­wiedź. A jed­nak jego ruch wywo­łał lawinę zda­rzeń. Druż­bo­wie uznali, że Will jest prze­za­bawny -?tak prze­za­bawny, że będzie świet­nym dodat­kiem do ich imprezy. Nie­długo póź­niej dostał wia­do­mość: "Jeśli ty mówisz poważ­nie, to my też. Wpa­daj!".

Will onie­miał. Czy naprawdę mówili poważ­nie? Z jed­nej strony, taka wycieczka kosz­to­wa­łaby go pra­wie tysiąc dola­rów, a miał prze­cież żonę, nie­mowlę i finan­sowy ból głowy spo­wo­do­wany remon­tem kupio­nego po tanio­ści domu. No i... to byli zupeł­nie obcy faceci. Z dru­giej strony, nie jeź­dził na nar­tach, odkąd skoń­czył czter­na­ście lat. Jego życie było pełne i satys­fak­cjo­nu­jące, jed­nak jak u więk­szo­ści pierw­szo­rocz­nych rodzi­ców, prze­peł­nie­nie pie­lu­chy albo cało­nocna bez­sen­ność sta­no­wiły w tym momen­cie jego jedyne przy­gody.

Dla­tego też, zamiast odmó­wić, pod­jął kolejne ryzyko. Zało­żył zbiórkę w ser­wi­sie GoFundMe, którą nazwał: "Pomóż mi poje­chać na wie­czór kawa­ler­ski obcego gościa". No cóż, pozba­wiony snu, świeżo upie­czony tatuś i grupa kolesi w impre­zo­wych nastro­jach pla­nu­jący coś tak bar­dzo przy­pad­ko­wego to jedna rzecz. Teraz jed­nak przy­łą­czyły się do tego dzie­siątki, a póź­niej nawet setki ludzi, prze­ry­wa­jąc wszyst­kie zapla­no­wane na ten dzień ważne zaję­cia, żeby zalo­go­wać się na GoFundMe i dorzu­cić kilka dola­rów. Przed koń­cem dnia wycieczka Willa została w pełni opła­cona. Łącz­nie 224 osoby wpła­ciły na nią 4615 dola­rów, a całą akcję udo­stęp­niono 6300 razy. (Pie­niędzmi z nad­wyżki zasi­lono póź­niej fun­dusz na "stu­dia/jedze­nie/zabawki/cokol­wiek innego będzie potrzebne dziecku" pana mło­dego i jego ówcze­snej narze­czo­nej, która była już wtedy w ciąży).

Jeśli uwa­żasz, że to śmieszne, postaw się na miej­scu Willa. Zasta­nów się, co towa­rzy­szyło mu przy tych wyda­rze­niach:

Bez­tro­ska radość wywo­łana śmiesz­nym żar­tem. Adre­na­lina towa­rzy­sząca podej­mo­wa­niu ryzyka. Czy­sty zachwyt spo­wo­do­wany prze­sko­kiem od codzien­no­ści do cze­goś nie­zwy­czaj­nego. Dresz­czyk emo­cji wywo­łany spon­ta­niczną podróżą i oka­zją do zabawy. Nagroda w postaci nowych zna­jo­mych. Szansa na zdrowy rodzaj ucieczki.

Histo­ria Willa roz­ło­żona na czyn­niki pierw­sze staje się czy­stą, niczym nie­ska­żoną zabawą. Otrzy­maw­szy bło­go­sła­wień­stwo od swo­jej part­nerki, męż­czy­zna wsiadł do samo­lotu i prze­żył nie­sa­mo­wity week­end. To wspo­mnie­nie pozo­sta­nie z nim do końca życia. A dla innych stał się przy tym legendą. Któ­re­goś dnia jego dzieci zoba­czą zdję­cia z tam­tego week­endu i zaśmieją się z nie­do­wie­rza­niem, że ich tata zro­bił coś tak spon­ta­nicz­nego.

Opo­wia­dam ci tę histo­rię nie dla­tego, żeby nama­wiać cię do dorów­na­nia Wil­lowi Nova­kowi albo wywa­le­nia kalen­da­rza do kosza i rzu­ce­nia się w wir cał­ko­wi­tej spon­ta­nicz­no­ści. W mojej książce w ogóle o to nie cho­dzi. Sedna całej tej opo­wie­ści wcale zresztą nie sta­nowi Will, ale ludzie, któ­rzy dopin­go­wali go w jego przy­go­dzie. Ich pełen ener­gii zapał musi prze­cież o czymś świad­czyć. Ist­nieje powód, dla któ­rego tak wiele osób wpła­ciło pie­nią­dze zarówno na zbiórkę Willa, jak i na wiele innych zabaw­nych (choć zapewne "bez­sen­sow­nych") kam­pa­nii w inter­ne­cie:

Żyjemy w świe­cie, w któ­rym ludzie są dra­ma­tycz­nie spra­gnieni zabawy. A jed­nak, zamiast bawić się samemu, kli­kamy kilka przy­ci­sków i odda­jemy tę moż­li­wość takim gościom jak Will.

Zabawa jest -?albo powinna być -?jed­nym z pod­sta­wo­wych dóbr dostęp­nych dla wszyst­kich. Nikt z nas nie może przejść przez życie bez okre­sów straty, zawodu czy bólu. Zabawa jest magicz­nym bal­sa­mem, spra­wia­ją­cym, że pro­blemy dnia codzien­nego stają się łatwiej­sze do wytrzy­ma­nia.

Od momentu naszych naro­dzin jest ona także pod­sta­wo­wym ele­men­tem nie­zbęd­nym dla roz­woju ludz­kiego mózgu; nawet przy naj­prost­szej zaba­wie w "a kuku" ludzie kształ­tują w sobie pod­stawy zro­zu­mie­nia świata. Gdy jeste­śmy dziećmi, zabawa pomaga nam roz­wi­jać pod­sta­wowe umie­jęt­no­ści spo­łeczne oraz moto­ryczne, a także usta­lać i testo­wać nasze gra­nice i defi­nio­wać samych sie­bie w sto­sunku do reszty świata. W okre­sie dora­sta­nia i wcze­snej doro­sło­ści wyko­rzy­stu­jemy ją, żeby badać życie, odkry­wać, kto lub co daje nam przy­jem­ność, i odgry­wać różne role, które osta­tecz­nie dopro­wa­dzą nas do doj­rza­łej świa­do­mo­ści wła­snego "ja". (Cytu­jąc mądre słowa Szefa z serialu Mia­steczko South Park: "Na wszystko jest czas i miej­sce. Nazywa się to stu­dia").

Kiedy jed­nak zaczy­namy kro­czyć ścieżką doro­sło­ści, a nasze życie staje się bar­dziej świa­dome, zabawa prze­mie­nia się w narzę­dzie słu­żące uroz­ma­ice­niu, roz­rywce oraz ucieczce przed pre­sją codzien­no­ści. Pomaga nam rów­nież zacho­wać zdro­wie: śmiech i dobry humor, które zwy­kle jej towa­rzy­szą, zmniej­szają nie­po­kój oraz stres, pod­wyż­szają poczu­cie wła­snej war­to­ści i zwięk­szają naszą moty­wa­cję. Co wię­cej, zabawa popra­wia jakość odde­chu i krą­że­nie krwi, obniża puls i ciśnie­nie oraz wspo­maga wydzie­la­nie endor­fin do krwio­biegu. Przy­nosi też ulgę w poczu­ciu samot­no­ści i nudy. Jest jed­nym z klu­czo­wych skład­ni­ków wital­no­ści, zwłasz­cza kiedy sta­jemy się coraz starsi.

Wła­śnie takie korzy­ści przy­nosi nam zabawa -?albo raczej powinna przy­no­sić. Smutna rze­czy­wi­stość wygląda jed­nak ina­czej. Więk­szość z nas zre­zy­gno­wała z zabawy tuż po okre­sie wcze­snej doro­sło­ści, ponie­waż "kie­dyś trzeba doro­snąć, prawda?". W arty­kule dla gazety "Wall Street Jour­nal", zaty­tu­ło­wa­nym An Over­lo­oked Skill in Aging: How to Have Fun (Prze­oczona umie­jęt­ność w sta­rze­niu się: Jak dobrze się bawić)3, Clare Ans­berry pisze, że więk­szość doro­słych osób nie pamięta już, w jaki spo­sób się bawić. Pozwa­lamy, aby ta ważna umie­jęt­ność sła­bła, ponie­waż wydaje nam się, że nie wnosi do naszego życia zbyt wielu war­to­ści. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak "śmiech, bez­tro­ska, radość i roz­rywka mogą dzia­łać niczym anti­do­tum na stres, depre­sję czy ner­wicę lękową"4.

Skoro czy­tasz tę książkę, to pew­nie masz już pewne podej­rze­nia doty­czące tego, że w naszym życiu bra­kuje zabawy. No cóż, czy­tel­niku, jesteś w tym wyjąt­kiem. Więk­szość osób lek­ce­waży zabawę, uzna­jąc ją za dzie­cinną, nie­istotną, roz­pra­sza­jącą czy nawet nie­bez­pieczną. Wiem to, ponie­waż kiedy chwa­li­łem się, że piszę książkę na temat zwró­ce­nia uwagi ludzi na zabawę, widzia­łem wiele powąt­pie­wa­ją­cych reak­cji. Nie­któ­rzy ner­wowo zer­kali przy tym przez ramię. Inni chi­cho­tali i naprędce zmie­niali temat. Zna­la­zło się także kilku, któ­rzy z entu­zja­zmem kiwali gło­wami, tylko cze­ka­jąc na oka­zję, żeby wytłu­ma­czyć mi, dla­czego w ich sytu­acji zabawa nie może stać się prio­ry­te­tem.

W spo­łe­czeń­stwie, które nade wszystko ceni pro­duk­tyw­ność, łatwo nam było uwie­rzyć, że zabawa jest czymś, czego "faj­nie jest cza­sem doświad­czyć". Zamiast poświę­cać na nią codzienny, war­to­ściowy czas, odkła­damy ją na orga­ni­zo­wane raz do roku waka­cje oraz, jeśli zna­leź­li­śmy się pośród grupy szczę­śliw­ców, oka­zyjne week­en­dowe przy­gody. Według bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez zaj­mu­jącą się pra­wami pra­cow­ni­ków firmę Zene­fits5 Stany Zjed­no­czone zapew­niają naj­krót­szy okres płat­nego urlopu ze wszyst­kich państw roz­wi­nię­tych, a mimo to wielu pra­cow­ni­ków musi być nama­wia­nych przez swo­ich prze­ło­żo­nych, żeby w ogóle go wyko­rzy­stali. Każ­dego dnia poświę­camy więk­szość godzin na pracę, coraz bar­dziej obra­żeni na wydłu­ża­jące się listy rze­czy do zro­bie­nia. W tak otę­pia­łym sta­nie nie pozo­staje nam nic innego, jak żyć życiem takich jak Will zabaw­nych out­si­de­rów, któ­rych widzimy cza­sem na naszych mediach spo­łecz­no­ścio­wych, zamiast prze­ży­wać wła­sne codzienne przy­gody.

Kiedy piszę o "prze­ży­wa­niu wła­snych przy­gód", nie mam na myśli jecha­nia przez cały kraj na imprezę z nie­zna­jo­mymi ani też niczego rów­nie rady­kal­nego. Cho­dzi mi o prze­ży­wa­nie życia w spo­sób prze­my­ślany, począw­szy od pod­ję­cia świa­do­mej decy­zji, żeby zain­te­re­so­wać się zabawą i włą­czyć ją do har­mo­no­gramu poszcze­gól­nych dni -?w życiu, które masz już teraz, a nie w jakiejś fan­ta­stycz­nej wer­sji jutra. Możesz to nazwać nawy­kiem zabawy, albo po pro­stu supernawy­kiem.

Budo­wa­nie takiego nawyku musimy roz­po­cząć od ponow­nego zro­zu­mie­nia, czym jest zabawa i dla­czego jest ona o wiele waż­niej­sza dla naszego zdro­wia, szczę­ścia i suk­cesu, niż kazano nam wie­rzyć.

Nie samą pracą człowiek żyje

Ale w jaki spo­sób zna­leź­li­śmy się w tym miej­scu? Więk­szość z nas, żyją­cych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych lub Euro­pie, została zama­ry­no­wana w sta­rej pro­te­stanc­kiej etyce pracy, która sta­nowi duchową piętę achil­le­sową tak zwa­nego ame­ry­kań­skiego snu. To ona mówi nam: ciężka praca jest cnotą. Dla pury­ta­nów suk­ces defi­nio­wał nie tylko war­tość czło­wieka, ale także duchową czy­stość. Według nich na szali dosłow­nie ważyły się losy ich dusz. W tym kon­tek­ście to nic dziw­nego, że ciężką pracę i jej efekty uwa­żano wów­czas za sprawę naj­wyż­szej wagi!

Tak więc, skoro praca jest święta, to roz­rywki odwo­dzące nas od niej - zwane cza­sem zabawą -?są nie tylko bez­war­to­ściowe, ale rów­nież złe.

Na­dal wie­rzymy, że ciężka praca jest wszyst­kim, czego potrzeba nam do zgro­ma­dze­nia bogac­twa i speł­nie­nia ame­ry­kań­skiego snu -?nie zwa­ża­jąc na argu­menty nowo­cze­snej socjo­lo­gii, które suge­rują, że zwią­zek pomię­dzy jed­nostką a ubó­stwem jest dużo bar­dziej skom­pli­ko­wany. Dosko­nale zade­mon­stro­wała to dzien­ni­karka i komen­ta­torka spo­łeczna Bar­bara Ehren­re­ich w książce Za gro­sze pra­co­wać i (nie) prze­żyć6, w któ­rej opi­suje, co się stało, kiedy pró­bo­wała żyć z mini­mal­nej pen­sji wypła­ca­nej jej w róż­nych zawo­dach. W skró­cie -?ciężka praca nie wystar­czyła jej do wyrwa­nia się z życia "od pierw­szego do pierw­szego", bo jest to nie­moż­liwe bez oszczęd­no­ści czy spo­łecz­nej siatki bez­pie­czeń­stwa, którą w razie potrzeby mogłaby się posłu­żyć.

A jed­nak prze­ko­na­nie, że dzięki pracy możemy wznieść się na wyżyny (w dowol­nym sen­sie), pozo­staje głę­boko zapi­sane w zbio­ro­wej pod­świa­do­mo­ści. Nasze poczu­cie wła­snej war­to­ści pod­nosi się i opada wraz z naszą pro­duk­tyw­no­ścią. Autorka Rahaf Har­fo­ush zauważa w książce Hustle & Float7, że postrze­ga­nie pracy jako cnoty -?bez względu na to, jak daleko jej do przy­jem­no­ści, wyż­szego zna­cze­nia czy samych efek­tów -?było nie­zwy­kle pomocne w cza­sach rewo­lu­cji prze­my­sło­wej, kiedy obo­wiązki podzie­lono na jesz­cze drob­niej­sze, nud­niej­sze i wyma­ga­jące mniej­szych kwa­li­fi­ka­cji seg­menty. Wyniki pracy w owych seg­men­tach łatwo dało się wów­czas zmie­rzyć i zop­ty­ma­li­zo­wać. Ta tak zwana praca algo­ryt­miczna - czyli wyko­ny­wana w spo­sób powta­rzalny i sekwen­cyjny -?była chle­bem powsze­dnim dla dużej czę­ści spo­łe­czeń­stwa8. Na przy­kład mój dzia­dek posia­dał odlew­nię w Okla­ho­mie. Wraz z kole­gami zja­wiał się w pracy codzien­nie rano o tej samej godzi­nie i każ­dego dnia każdy z nich dokład­nie rozu­miał, czego od niego ocze­ki­wano. Praca była fizycz­nie wykań­cza­jąca, dla­tego nad­go­dziny nie wcho­dziły w rachubę. Wów­czas ludzie wie­dzieli, co mają robić, wyko­ny­wali swoje zada­nia i odbie­rali wypłatę. Reszta czasu, którą spę­dzali poza zakła­dem, nale­żała wyłącz­nie do nich.

W latach sie­dem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku powi­ta­li­śmy jed­nak erę infor­ma­cyjną. Wielu pra­cow­ni­ków prze­stało wytwa­rzać różne dingsy i zamiast tego zaczęło zara­biać na życie w roz­wi­ja­ją­cej się gałęzi "pracy umy­sło­wej". Wraz z naro­dzi­nami poję­cia wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej i inno­wa­cjami będą­cymi wyni­kiem pracy skoń­czy­li­śmy być pra­cow­ni­kami obsłu­gu­ją­cymi maszyny o zębat­kach i łań­cu­chach i teraz to my jeste­śmy zębat­kami i łań­cu­chami, a nasza zdol­ność dzia­ła­nia jest nad­mier­nie eks­plo­ato­wana i opty­ma­li­zo­wana do gra­nic moż­li­wo­ści, zupeł­nie tak jak sprzętu na liniach pro­duk­cyj­nych. Sta­li­śmy się maszy­nami, które pro­du­kują dobra przy­no­szące dochody innym ludziom.

Żeby jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać obraz dzi­siej­szego świata, w ostat­nich latach nasza pro­duk­tyw­ność staje się coraz trud­niej­sza do zmie­rze­nia. W prze­ci­wień­stwie do pracy przy liniach pro­duk­cyj­nych praca kre­atywna opiera się na nie­li­ne­ar­nym myśle­niu i dzia­ła­niu, a więc nie trzyma się już kon­se­kwent­nych sche­ma­tów. W rezul­ta­cie nie posiada także linii mety. Bez wyzna­czo­nych norm pracy aryt­me­tycz­nej pozo­sta­li­śmy jedy­nie z lichą świa­do­mo­ścią tego, czy nasz dzień spę­dzony w biu­rze był odpo­wied­nio pro­duk­tywny. Zamar­twia­jąc się o zarobki, zawsze znaj­du­jemy się zatem w try­bie "dostępny". Co wię­cej, nowe kanały komu­ni­ka­cji spra­wiły, że można do nas dotrzeć nie­mal wszę­dzie i nie­mal o każ­dej porze dnia i nocy, co pro­wa­dzi do jesz­cze więk­szych pro­ble­mów. W chwili obec­nej, gdy wielu z nas pra­cuje zdal­nie z wła­snego domu, nasza praca wydaje się nie mieć końca. Pra­cu­jemy, jemy i śpimy w gra­ni­cach tej samej fizycz­nej prze­strzeni, dla­tego też nie ist­nieje żadna wyraźna cezura, która wska­za­łaby naszym umy­słom, że teraz jeste­śmy już "poza" pracą. Zamiast tego odpi­su­jemy na e-maile aż do momentu, kiedy nasze głowy opadną na poduszki.

W ostat­nich latach łap­czywe macki tak zwa­nej eko­no­mii na żąda­nie jesz­cze sku­tecz­niej zacie­rają gra­nicę pomię­dzy życiem zawo­do­wym a pry­wat­nym. W przy­padku ludzi, któ­rzy zara­biają na takich plat­for­mach jak Uber, Lyft, Fiverr, Insta­cart czy Door­Dash, praca wnika w każdy dostępny zaką­tek dnia. Sku­szeni fał­szy­wymi obiet­ni­cami nie­za­leż­no­ści pra­cow­nicy czę­sto nie mają świa­do­mo­ści, jak potężne siły bez ustanku dbają o to, żeby odpo­wied­nio duża część zarob­ków za ich ciężką pracę wpa­dała do kie­szeni kogoś innego. Co gor­sza, mecha­nika tych plat­form jest skon­stru­owana w taki spo­sób, aby zmu­sić pra­cow­ni­ków do coraz dłuż­szej pracy za coraz mniej­sze pie­nią­dze. Jeżeli pra­cu­jesz doryw­czo w podob­nej fir­mie, bez pro­blemu odnaj­dziesz w inter­ne­cie liczne wyzna­nia pro­gra­mi­stów drę­czo­nych wyrzu­tami sumie­nia z powodu tego, że ich umie­jęt­no­ści zostały wyko­rzy­stane do oszu­ki­wa­nia takich ludzi jak ty.

Two­rze­nie ilu­zji pozwa­la­ją­cej pra­cow­ni­kom wie­rzyć, że sami o sobie decy­dują, oraz inne tech­niki mani­pu­la­cji obecne w apli­ka­cjach eko­no­mii na żąda­nie sta­no­wią poważny pro­blem, który jed­nak nie ogra­ni­cza się wyłącz­nie do tego rynku. O ile nie pra­cu­jesz dla samego sie­bie, twój pra­co­dawca praw­do­po­dob­nie nie zdra­dzi ci, jaki jest jego naj­więk­szy prio­ry­tet: wyci­snąć, ile się da, z każ­dego fir­mo­wego zasobu -?wli­cza­jąc w to pra­cow­ni­ków. Takie kor­po­ra­cyjne sztuczki zostały dosko­nale opi­sane w arty­kule opu­bli­ko­wa­nym w maga­zy­nie "Slate" pod tytu­łem My Distur­bing Stint on a Cor­po­rate Wel­l­ness App (Moje nie­po­ko­jące wyniki pracy z apli­ka­cją Cor­po­rate Wel­l­ness). Jego autorka, Ann Lar­son, wysuwa teo­rię, że ukry­tym celem apli­ka­cji mają­cej dbać o zdro­wie i dobre samo­po­czu­cie pra­cow­ni­ków jest prze­rzu­ca­nie odpo­wie­dzial­no­ści za słabe rezul­taty nisko­płat­nej, wykań­cza­ją­cej pracy z pra­co­dawcy na pra­cow­nika oraz jed­no­cze­sne nakła­nia­nie go przy tym do wyko­ny­wa­nia coraz bar­dziej wynisz­cza­ją­cych zadań przez jesz­cze dłuż­szy czas9. Firmy, któ­rych misją jest dzie­le­nie się swoim obro­tem z zatrud­nio­nymi oso­bami, oczy­wi­ście ist­nieją, ale z pew­no­ścią nie sta­no­wią ryn­ko­wej normy.

Bez wyraź­nej gra­nicy, która oddzie­la­łaby życie pry­watne od zawo­do­wego, hasło "Daj z sie­bie 110 pro­cent!" nabiera nowego, zło­wiesz­czego zna­cze­nia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych poziom wypa­le­nia zawo­do­wego pośród wszyst­kich rodza­jów pra­cow­ni­ków osią­gnął naj­wyż­szy pro­cent w histo­rii. Aby temu zara­dzić, kor­po­ra­cje zatrud­niają popu­lar­nych mów­ców moty­wa­cyj­nych, takich jak Gary Vay­ner­chuk (który upiera się, że musisz "haro­wać")10 czy Grant Car­done (pro­mu­jący pracę według reguły "10X")11. Ich hasła być może świet­nie brzmią na sce­nie, ale coraz licz­niej­sze przy­kłady ich zasto­so­wa­nia w prak­tyce jasno wyka­zują, że zain­spi­ro­wane nimi osoby będą musiały zapła­cić za to nie­małą cenę. W swo­jej książce Dying for a Pay­check Jef­frey Pfef­fer, pro­fe­sor zacho­wań orga­ni­za­cyj­nych ze Stan­ford Gra­du­ate School of Busi­ness, opi­suje, jak bar­dzo jeste­śmy krzyw­dzeni przez nowo­cze­sne miej­sca pracy, które naka­zują nam zawsze być dla nich "dostęp­nymi"12. W wywia­dzie dla gazety "Insi­ghts" Pfef­fer wyraża także swoje uzna­nie dla Nurii Chin­chilli z IESE Busi­ness School za okre­śle­nie tego rodzaju nie­od­po­wied­nich zacho­wań mia­nem zanie­czysz­cze­nia spo­łecz­nego13. Tra­giczne skutki tego zja­wi­ska -?inwa­zji prio­ry­te­tów zawo­do­wych na oso­bi­ste -?zwy­kle wykra­czają nawet poza zwy­czajne nisz­cze­nie przy­jaźni czy więzi rodzin­nych; nie­któ­rych z nas dosłow­nie zabi­jają. Bada­nia Świa­to­wej Orga­ni­za­cji Zdro­wia oraz Mię­dzy­na­ro­do­wej Orga­ni­za­cji Pracy wska­zują na to, że w 2016 roku dłu­gie godziny pracy dopro­wa­dziły do śmierci 745 000 osób -?jest to o 29 pro­cent wię­cej, niż wyka­zały wyniki podob­nego bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego w roku 200014.

Zmu­sza­nie pra­cow­ni­ków do coraz bar­dziej mor­der­czej pracy nie jest wcale nowym kon­cep­tem. Fre­de­rick Win­slow Tay­lor w swoim dziele z 1911 roku, zaty­tu­ło­wa­nym Zasady nauko­wego zarzą­dza­nia, przy­ta­cza słynną histo­rię o tym, jak nakło­nił robot­ni­ków wytwa­rza­ją­cych żeliwo do zwięk­sze­nia dzien­nej pro­duk­cji z dwu­na­stu ton do czter­dzie­stu sied­miu za pomocą pod­nie­sie­nia ich wypłat i uważ­nej obser­wa­cji tempa pracy -?co na­dal sto­suje się w teo­rii oraz prak­tyce zarzą­dza­nia pra­cow­ni­kami, pomimo dra­ma­tycz­nych, opi­sy­wa­nych przeze mnie powy­żej zmian, które zaszły od tam­tego czasu w naszej eko­no­mii. (Oraz pomimo nie­ukry­wa­nej pogardy Tay­lora dla co naj­mniej jed­nego z robot­ni­ków, któ­rego opi­sy­wał jako tak fleg­ma­tycz­nego, że swoim rozu­mem przy­po­mi­nał raczej woła niż cokol­wiek innego)15. Pamię­tam, jak jako dok­to­rant uczy­łem się teo­rii wyzna­cza­nia celów16. Edwin Locke i Gary Latham (czo­łowi myśli­ciele w kwe­stii zacho­wań orga­ni­za­cyj­nych od połowy lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku) zdo­byli sławę dzięki swoim meto­dom wyzna­cza­nia ambit­nych celów biz­ne­so­wych w celu zwięk­sze­nia pro­duk­tyw­no­ści pra­cow­ni­ków. Wspo­mi­nam o tym jed­nak wyłącz­nie dla zazna­cze­nia, że cho­ciaż ewo­lu­cja opty­mi­zo­wa­nia nas do stop­nia pra­cu­ją­cych maszyn posiada długą histo­rię, to nowo­cze­sne kor­po­ra­cje wciąż usi­łują sprze­dać nam kon­cept, że "harówka" jest czymś god­nym pochwały. W rze­czy­wi­sto­ści jest ona tru­ci­zną.

Bądźmy szcze­rzy -?jeżeli nie haru­jesz... jeśli nie odpi­su­jesz na e-maile, sie­dząc na toa­le­cie... jeśli nie robisz dzie­się­ciu tysięcy kro­ków dzien­nie... to musisz chyba być leniem, prawda? Szcze­rze mówiąc, to zatrwa­ża­jące, do jakiego stop­nia dali­śmy się zma­ni­pu­lo­wać. A prze­cież podobne prak­tyki cią­głego dawa­nia z sie­bie stu pro­cent nie pozo­staną bez kon­se­kwen­cji. Zna­cząca część naszego dobrego samo­po­czu­cia i zdro­wia opiera się na zaba­wie i odpo­czynku, a tym­cza­sem nowo­cze­sny tryb życia wyrwał z korze­niami wszel­kie oka­zje na nacie­sze­nie się tymi nie­zbęd­nymi kom­po­nen­tami rado­snej egzy­sten­cji.

Zastawianie pułapki szczęścia

Jak wspo­mi­na­łem we wstę­pie niniej­szej książki, należę do licz­nego grona osób, które posta­no­wiły odpo­wie­dzieć na pre­sję nowo­cze­snego świata, wyzna­cza­jąc sobie jeden, nie­zmienny cel -?być szczę­śli­wym. W ten spo­sób, jak wielu, wpa­dłem w pułapkę roz­li­cza­nia się z wła­snych aspi­ra­cji oraz doświad­czeń, które przy­no­szą mi radość. Pozwól, że podam ci przy­kład. Lubię medy­to­wać. Pra­gnąc więc "zop­ty­ma­li­zo­wać" moją prak­tykę medy­ta­cji, zaku­pi­łem urzą­dze­nie, które zapew­niało mi feed­back, czyli poka­zy­wało, jak "dobrze" medy­to­wa­łem. W kon­se­kwen­cji moja rela­cja z medy­ta­cją szybko zaczęła się psuć, ponie­waż opro­gra­mo­wa­nie urzą­dze­nia nie­ustan­nie nama­wiało mnie do medy­to­wa­nia coraz dłu­żej i czę­ściej, zamiast zwy­czaj­nie pozwo­lić mi się cie­szyć tym doświad­cze­niem. Tak samo dzieje się obec­nie w kwe­stii wielu zajęć -?zachęca się nas, żeby­śmy uży­wali apli­ka­cji i gadże­tów, które mie­rzą nie­mal każdy aspekt naszego życia, od snu, przez tre­ningi, aż po coś tak oso­bi­stego jak liczba dni, które spę­dzi­li­śmy z uko­chaną osobą17.

Zamiast cie­szyć się naszymi aktyw­no­ściami na wła­snych warun­kach, prze­kształ­camy je w sta­ty­styki, które póź­niej pod­da­jemy ana­li­zie. Porów­nu­jemy dzi­siej­szą wer­sję sie­bie z wer­sją wczo­raj­szą, jed­no­cze­śnie nie prze­sta­jąc także porów­ny­wać się z sąsia­dami miesz­ka­ją­cymi w domu obok. Fik­su­jemy się na punk­cie prze­pa­ści pomię­dzy tym, gdzie jeste­śmy teraz, a tym, gdzie chcie­li­by­śmy być, cho­ciaż nasze pra­gnie­nia zwy­kle są dość przy­pad­kowe. Tym­cza­sem mogli­by­śmy wyko­rzy­stać tę ener­gię na takie doświad­cze­nia, które rze­czy­wi­ście pomo­głyby nam się roz­wi­jać oraz spra­wiały nam radość. Szczę­ście stało się mira­żem, który widzimy wyraź­nie tylko z dale­kiej odle­gło­ści, a kiedy do niego docie­ramy, odnaj­du­jemy zamiast niego jedy­nie pustkę -?dla­tego ponow­nie roz­glą­damy się po hory­zon­cie, wikła­jąc się w ten spo­sób w nie­koń­czącą się pętlę.

To nie nasza wina: nauka suge­ruje, że wszystko sprzy­się­gło się prze­ciwko nam. Nasze mózgi są dosłow­nie zapro­gra­mo­wane na to, aby fik­so­wać się na punk­cie prze­pa­ści pomię­dzy tym, gdzie jeste­śmy teraz, a miej­scem, w któ­rym wydaje nam się, że będziemy szczę­śliwi. W aka­de­mic­kim żar­go­nie coś, co doty­czy przy­jem­no­ści, okre­ślane jest mia­nem hedo­niczne. Wszyst­kie prze­ży­cia hedo­niczne nato­miast zazwy­czaj skła­dają się z dwóch spra­wia­ją­cych przy­jem­ność kom­po­nen­tów: wycze­ki­wa­nia oraz kon­su­mo­wa­nia. Nie­gdyś naukowcy uwa­żali, że kie­ruje nami głów­nie pogoń za przy­jem­no­ścią kon­sump­cyjną -?to takie gór­no­lotne okre­śle­nie tego, że robimy rze­czy, dzięki któ­rym czu­jemy się dobrze. Obec­nie zga­dzają się jed­nak, że czę­sto tym, co tak naprawdę napę­dza nas w pogoni za przy­jem­no­ścią, nie jest samo czu­cie się dobrze w danym momen­cie, ale per­spek­tywa czer­pa­nia przy­jem­no­ści z poten­cjal­nej nagrody i towa­rzy­szą­cych jej miłych uczuć. Ist­nieją na to trzy uza­sad­nie­nia:

1. Jeste­śmy świetni w ocze­ki­wa­niu. Jeżeli kie­dy­kol­wiek czy­ta­łeś coś na temat szczę­ścia, to z pew­no­ścią sły­sza­łeś o dopa­mi­nie. Dopa­mina otrzy­mała swój słynny przy­do­mek "hor­mon szczę­ścia" dla­tego, że począt­kowo uwa­żano ją za neu­ro­prze­kaź­nik poma­ga­jący nam w doświad­cza­niu przy­jem­no­ści. A jed­nak jak ujął to neu­ro­log dok­tor Blake Por­ter w roz­mo­wie ze mną: "W tej chwili w neu­ro­nauce histo­ria o nio­są­cej przy­jem­ność dopa­mi­nie prak­tycz­nie umarła". Kiedy naukowcy zaczęli dokład­niej badać ten hor­mon, zauwa­żyli coś zaska­ku­ją­cego: jego poziom czę­sto wystrze­li­wał w górę, zanim badany robił coś zabaw­nego. Cho­ciaż kie­dyś wie­rzy­li­śmy, że dopa­mina jest inte­gralną czę­ścią zabawy i przy­jem­no­ści, obec­nie wiemy już, że powo­do­wane przez nią wzmoc­nie­nie naszych odczuć w naj­więk­szym stop­niu jest powią­zane z ocze­ki­wa­niem18. Co wię­cej, owo ocze­ki­wa­nie nie­ko­niecz­nie w ogóle musi mieć cokol­wiek wspól­nego z przy­jem­no­ścią. Naukowcy są zda­nia, że praw­dziwe ewo­lu­cyjne zada­nie dopa­miny polega na przy­go­to­wa­niu nas na coś nie­ocze­ki­wa­nego poprzez wzmo­że­nie naszego pobu­dze­nia. A czym będzie to "nie­ocze­ki­wane"? Dopa­miny zupeł­nie to nie obcho­dzi. Co wię­cej, uważa się także, że ten hor­mon jest powią­zany z pogo­nią za dowol­nym celem, dla­tego też zapew­nia nam zastrzyk moty­wa­cji i w ten spo­sób pomaga dotrzeć do linii mety.

Zachę­ceni dopa­miną ruszamy zatem w pogoń za szczę­ściem, zamiast cie­szyć się darem szczę­ścia samym w sobie19. Pra­gnie­nie, aby zaspo­koić potrzebę odczu­wa­nia rado­ści, jest z defi­ni­cji nie­za­spo­ka­jalne. Dla­tego też osta­tecz­nie wpa­damy w koło­wro­tek, który nauka traf­nie okre­śla mia­nem hedo­nicz­nej bieżni. Ten kon­cept znany jest rów­nież pod takimi nazwami jak "hedo­niczna adap­ta­cja", "hedo­niczny rela­ty­wizm" albo "stały punkt szczę­ścia" -?a każda z nich okre­śla ludzką ten­den­cję do prze­ce­nia­nia wpływu, jaki będą mieć na nasze poczu­cie szczę­ścia roz­ma­ite zmiany lub wyda­rze­nia życiowe. Naj­czę­ściej bowiem kiedy to, co nowe, już nam spo­wsze­dnieje, nasze zado­wo­le­nie powraca do "sta­łego punktu szczę­ścia" -?czyli tego samego poziomu, jaki odczu­wa­li­śmy przed doko­na­niem zmiany. A ponie­waż nie będziemy szczę­śliwsi niż wcze­śniej, natych­miast powró­cimy do goni­twy za czymś wię­cej.

Poza hedo­niczną bież­nią ist­nieją rów­nież dwie inne "głu­piut­kie ludz­kie sztuczki", które spra­wiają, że szczę­ście pozo­staje dla nas nie­uchwytne.

2. Jeste­śmy świetni w adap­to­wa­niu się. Dowolne zda­rze­nia życiowe -?bez względu na to, czy są dobre, czy złe - mają wyłącz­nie tym­cza­sowy i ogra­ni­czony wpływ na nasze subiek­tywne poczu­cie szczę­ścia. Szczę­ście zaczyna wymy­kać się nam z rąk już w momen­cie, kiedy je uchwy­cimy. Przez całe dekady naukowcy sto­so­wali teo­rię poziomu adap­ta­cji, aby spró­bo­wać zro­zu­mieć, dla­czego to, co dobre, nie trwa długo, jed­nak dopiero w roku 1978 Phi­lip Brick­man, Dan Coates i Ron­nie Janoff-Bul­man napi­sali pracę naukową, która przy­kuła uwagę szer­szej publiki20. To wła­śnie ci bada­cze odkryli, że cie­szymy się z cudow­nych, nie­spo­dzie­wa­nych zda­rzeń -?takich jak przy­kła­dowa wygrana na lote­rii -?które na chwilę czy­nią nasze życie eks­cy­tu­ją­cym. Eks­cy­ta­cja ta trwa jed­nak przez sto­sun­kowo krótki okres, ponie­waż posia­damy zdol­ność adap­ta­cji. Po pew­nym cza­sie akli­ma­ty­zu­jemy się w naszej nowej rze­czy­wi­sto­ści i powra­camy do wyj­ścio­wego poziomu szczę­ścia, który odczu­wa­li­śmy wcze­śniej. Co wię­cej, jeżeli nie będziemy ostrożni w naszym podej­ściu do zmie­nia­ją­cych się oko­licz­no­ści, ryzy­ku­jemy, że poziom naszego szczę­ścia obniży się z powodu roz­ma­itych kom­pli­ka­cji (na przy­kład, w przy­padku zwy­cięz­ców lote­rii, przez pre­sję ze strony przy­ja­ciół i rodziny, któ­rzy chcie­liby, aby podzie­lić się z nimi swoją wygraną) oraz nowych obo­wiąz­ków (jak powie­działby raper The Noto­rious B.I.G.: "Wię­cej kasy, wię­cej pro­ble­mów"). Dobra wia­do­mość jest jed­nak taka, że naj­now­sze bada­nia dają nam nadzieję -?tak, nawet tym, któ­rzy wygrali na lote­rii. Uważa się, że możemy popra­wić swoją życiową satys­fak­cję, jeżeli będziemy w sta­nie efek­tyw­nie dosto­so­wy­wać się do naszego powo­dze­nia21. Innymi słowy, możemy "prze­chy­trzyć" zja­wi­sko adap­ta­cji, jeśli posia­damy do tego odpo­wied­nie narzę­dzia.

3. Jeste­śmy świetni w porów­ny­wa­niu. Poczu­cie szczę­ścia czę­sto może mieć mniej wspól­nego z tym, czego naprawdę doświad­czamy, a wię­cej z tym, co myślimy o naszych doświad­cze­niach w porów­na­niu z doświad­cze­niami innych osób.

Prze­wa­ża­jąca liczba "skład­ni­ków" szczę­ścia dla ogółu ludz­ko­ści opiera się na doświad­cze­niach wspól­nych. Patrząc pod tym kątem, szczę­ście przy­po­mina masową halu­cy­na­cję. Porów­nu­jemy się z innymi na tle usta­lo­nej przez spo­łe­czeń­stwo rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej żyjemy w danym momen­cie.

Przy­kła­dowo, prze­pro­wa­dzone we Fran­cji bada­nie socjo­de­mo­gra­ficzne wyka­zało, że ludzie posta­wieni przed moż­li­wo­ścią wyboru zwy­kle nie chcą otrzy­my­wać "wię­cej" w sen­sie abs­trak­cyj­nym, ale pra­gną mieć wię­cej niż ci, któ­rzy ich ota­czają. Kiedy zapy­tano uczest­ni­ków bada­nia o to, czy wole­liby mieć 110 punk­tów IQ przy świa­to­wej śred­niej wyno­szą­cej 90 punk­tów IQ, czy 130 punk­tów IQ przy śred­niej wyno­szą­cej 150 punk­tów IQ, wielu z nich wybrało pierw­szą opcję, choć ozna­cza­łoby to, że ogól­nie mie­liby mniej punk­tów IQ niż w przy­padku opcji dru­giej. Podob­nie wielu z uczest­ni­ków wybrało cztery tygo­dnie urlopu w warun­kach, w któ­rych inni mie­liby po dwa tygo­dnie urlopu zamiast sze­ściu tygo­dni urlopu w takich, w któ­rych inni mie­liby ich po osiem22.

Każdy z nas posiada wro­dzony i głę­boko zako­rze­niony mecha­nizm pre­dys­po­nu­jący go do biegu na tej hedo­nicz­nej bieżni. Kiedy wresz­cie dotrwasz do swo­jego urlopu, czę­sto oka­zuje się jed­nak, że wcale nie przy­niósł ci tyle szczę­ścia, na ile liczy­łeś, bo nie dorów­nał twoim ocze­ki­wa­niom. Gdy w końcu otrzy­masz awans, twoja eufo­ria szybko zacznie zani­kać, kiedy zaczniesz adap­to­wać się do nowych obo­wiąz­ków. Co gor­sza, nowa pozy­cja w fir­mie może oka­zać się gor­sza, niż ci się wyda­wało. Twoje dziecko będzie ska­kało z eks­cy­ta­cji na widok świą­tecz­nych pre­zen­tów, a zaraz potem jego świat legnie w gru­zach, kiedy porówna je z nową zabawką kuzyna, która oka­zała się choć odro­binę bar­dziej cool. Pozy­tywne aspekty takich doświad­czeń są zatem incy­den­talne, a my szybko powra­camy po nich do naszego ory­gi­nal­nego stanu (to znowu ten nie­zno­śny stały punkt szczę­ścia), a cza­sem nawet czu­jemy się gorzej.

Wkraczając w Nicość

Czy widzia­łeś kie­dyś film Nie­koń­cząca się opo­wieść? Wystę­pu­jąca w nim potężna, zło­wiesz­cza siła nazwana Nico­ścią pożera magiczną kra­inę Fan­ta­zję, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko ponurą pustkę, która ma sym­bo­li­zo­wać cał­ko­wity brak wyobraźni w "praw­dzi­wym" świe­cie. To wła­śnie w taki spo­sób zaczą­łem sobie wyobra­żać naszą bez­myślną kon­sump­cję mediów i odda­wa­nie się innym wysy­sa­ją­cym duszę zaję­ciom -?jako z pozoru nie­po­wstrzy­maną Nicość, gotową wessać w sie­bie przy­jem­ność i sens życia... jeśli jej na to pozwo­limy.

Weźmy na przy­kład media spo­łecz­no­ściowe. Korzy­sta­nie z nich może dostar­czyć nam tro­chę roz­rywki, połą­czyć nas z innymi ludźmi i pozwo­lić nam nacie­szyć się miłymi wspo­mnie­niami. Sam uwiel­biam kon­tak­to­wać się przez nie z bli­skimi i dzie­lić się moim życiem w inter­ne­cie, dla­tego w żad­nym wypadku nie pró­buję demo­ni­zo­wać takich narzę­dzi. Musimy jed­nak pamię­tać, że apli­ka­cje te zostały zapro­jek­to­wane wła­śnie w taki spo­sób, aby mani­pu­lo­wać i zarzą­dzać naszym cza­sem wypo­czynku. Przy­cią­gają naszą uwagę dzięki dokład­nie opra­co­wa­nym licz­ni­kom zaan­ga­żo­wa­nia. Gdy apli­ka­cja przy­po­mina nam, że nie­które wyda­rze­nia z naszego życia zyskały więk­szą publiczną apro­batę niż inne, zaczy­namy pod­świa­do­mie kla­sy­fi­ko­wać wła­sne wspo­mnie­nia pod wzglę­dem liczby komen­ta­rzy i polu­bień, które otrzy­mały, zamiast war­to­ści pły­ną­cych z samego doświad­cze­nia.

Taka mecha­nika -?stwo­rzona spe­cjal­nie po to, aby zatrzy­mać nas przy danej plat­for­mie spo­łecz­no­ścio­wej -?może dopro­wa­dzić nawet do mimo­wol­nej zmiany w naszym zacho­wa­niu. Z cza­sem coraz czę­ściej zaczniemy robić rze­czy, które spodo­bają się naszym obser­wu­ją­cym, zamiast uszczę­śli­wiać nas samych. Dzia­ła­jąc w taki spo­sób, rezy­gnu­jemy także z intym­no­ści sytu­acji i "roz­wad­niamy" nasze prze­ży­cia, żyjąc raczej w inter­ne­cie niż chwilą. Co wię­cej, wraz ze wzro­stem naszej publiki poczu­cie wali­da­cji będzie spły­wało na nas coraz czę­ściej ze źró­deł zewnętrz­nych, od armii Nico­ści -?czyli ludzi zupeł­nie nam obcych, któ­rzy wcale lub niespe­cjal­nie inte­re­sują się nami samymi i naszym dobrym samopoczu­ciem.

Nasze doświad­cze­nia, zamiast sta­no­wić war­tość samą w sobie, obec­nie stają się spo­so­bem okre­śla­nia naszego sta­tusu spo­łecz­nego, liczo­nego w dzi­wacz­nych wir­tu­al­nych walu­tach, zwy­kle nic nie­war­tych i więk­szo­ści z nas nie­po­trzeb­nych. A jed­nak patrze­nie na coraz wyż­sze liczby na licz­niku polu­bień spra­wia, że czu­jemy się chwi­lowo zaspo­ko­jeni kolejną dawką dopa­miny. Ta ulotna gra­ty­fi­ka­cja jest przy­jemna, a na doda­tek nie­trudna do zdo­by­cia, dla­tego wra­camy po wię­cej i wię­cej. I wię­cej. Brzmi tro­chę jak popa­da­nie w uza­leż­nie­nie, prawda? To dla­tego, że wła­śnie nim jest. Naj­now­sze bada­nia suge­rują, że takie dzia­ła­nie zmie­nia struk­turę naszych mózgów i spra­wia, że sta­jemy się bar­dziej podatni na ner­wicę lękową oraz depre­sję23. W rze­czy samej, nie­któ­rzy bada­cze argu­men­tują, że wzra­sta­jące sta­ty­styki liczby samo­bójstw i stwier­dzo­nych przy­pad­ków depre­sji zbie­gają się w cza­sie z sze­ro­kim roz­po­wszech­nie­niem smart­fo­nów oraz popu­la­ry­za­cją mediów spo­łecz­no­ścio­wych24. Praca dok­tor Jean Marie Twenge, pro­fe­sor psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Sta­no­wym San Diego, jest szcze­gól­nie waż­nym gło­sem w dys­ku­sji na temat tego, czy smart­fony nisz­czą nasze zdro­wie psy­chiczne. Cho­ciaż nie­któ­rzy kry­ty­kują autorkę za zbyt nega­tywne podej­ście pod­czas inter­pre­ta­cji wyni­ków, jej bada­nia jasno wska­zują, że media spo­łecz­no­ściowe z dużym praw­do­po­do­bień­stwem wywie­rają nega­tywny wpływ na nasze dobre samo­po­czu­cie25.

W książce The Com­pass of Ple­asure26, poświę­co­nej nauko­wemu wyja­śnie­niu tego, co spra­wia, że czu­jemy się dobrze, jej autor, David J. Lin­den, zauważa, że za prze­ci­wień­stwo przy­jem­no­ści był nie­gdyś uwa­żany ból -?aż do momentu, w któ­rym zaczę­li­śmy uważ­niej badać żar­tow­ni­sia zwa­nego dopa­miną i odkry­li­śmy, że ból rów­nież może akty­wo­wać nasz układ nagrody. Teraz wiemy już, że prze­ci­wień­stwem przy­jem­no­ści jest znu­że­nie -?a więc brak satys­fak­cji będący wyni­kiem braku sty­mu­lu­ją­cych bodź­ców oraz zajęć. A skoro znu­że­nie jest wro­giem zabawy, to Nicość jest jej osta­tecz­nym prze­ciw­ni­kiem.

Tajna broń zabawy -?oksytocyna

Spo­soby, w jakie obec­nie usi­łu­jemy stać się szczę­śliwsi, w rze­czy­wi­sto­ści nie­mal w ogóle nie wzbo­ga­cają naszego życia; są raczej mar­nym wysił­kiem, szybko gubią­cym się w pustce Nico­ści. Choć ciężko pra­cu­jemy na nasze szczę­ście, w zamian za to otrzy­mu­jemy wyjąt­kowo krót­ko­trwałą nagrodę -?a kiedy radość po raz kolejny nas opusz­cza, pozo­staje nam tylko zasta­na­wiać się dla­czego.

Anti­do­tum na tę sytu­ację sta­nowi zabawa -?być może nawet w sen­sie dosłow­nym, neu­ro­che­micz­nym. Tak się składa, że w towa­rzy­stwie innych ludzi wywo­łuje ona uwol­nie­nie dru­giego, rów­nie istot­nego hor­monu szczę­ścia, o któ­rym mówi się zde­cy­do­wa­nie za mało: oksy­to­cyny. Uwal­niamy ją, kiedy anga­żu­jemy się w zacho­wa­nia pro­spo­łeczne i aktyw­no­ści, które łączą nas z innymi. Ten hor­mon zapew­nia nam praw­dzi­wie słod­kie poczu­cie bycia czę­ścią więk­szej cało­ści, pod­czas gdy dopa­mina może być meta­forą popra­wia­ją­cego humor sło­dzika, sacha­ryny.

Jeżeli nie spra­wu­jemy świa­do­mej kon­troli nad naszym cza­sem, pozwa­lamy, aby to inni nim roz­po­rzą­dzali. Z tego powodu możemy czuć się uwię­zieni i bez­silni, pod­świa­do­mie rozu­mie­jąc, że tak być nie powinno. Igno­ru­jemy nasze pier­wotne potrzeby spraw­czo­ści oraz auto­no­mii i sta­ramy się zła­go­dzić przy­kre uczu­cia, wpła­ca­jąc kilka gro­szy na przy­godę Willa albo wrzu­ca­jąc na tablicę zdję­cie z hasz­ta­giem #tbt i obser­wu­jąc, jak poja­wia się pod nim coraz wię­cej polu­bień. Pro­blem w tym, że nie na tym polega budo­wa­nie praw­dzi­wej więzi z bli­skimi. Wpa­tru­jemy się w tele­fony, igno­ru­jąc ludzi, z któ­rymi jemy wspólny posi­łek, i uwa­żamy te wir­tu­alne kon­takty za spo­łecz­nie anga­żu­jące, pod­czas gdy jed­no­cze­śnie, gdzieś głę­boko w sobie, czu­jemy, że życie prze­cieka nam mię­dzy pal­cami, a my, zamiast je zatrzy­mać, wrzu­camy kolejną chwilę w otchłań Nico­ści.

Kiedy jed­nak spró­bu­jemy sku­pić się na zaba­wie, zaczniemy powoli odzy­ski­wać kon­trolę nad naszym życiem. Sta­wia­jąc ją sobie jako prio­ry­tet i aktyw­nie poszu­ku­jąc w niej zna­czą­cych inte­rak­cji spo­łecz­nych z innymi ludźmi oraz dzie­le­nia się z nimi real­nymi doświad­cze­niami, unik­niemy potrzeby pod­pi­na­nia się do dopa­mi­no­wej kro­plówki. W tym sen­sie zabawa sta­nowi anti­do­tum na nie­ustanny bieg po hedo­nicz­nej bieżni, wzbo­ga­ca­jąc naszą egzy­sten­cję, zamiast wyłącz­nie wytłu­miać praw­dziwe potrzeby bli­sko­ści i peł­nego życia.

Uwol­nie­nie oksy­to­cyny wydaje się nawet czymś wię­cej niż tylko zja­wi­skiem przy­jem­nym; bada­nia suge­rują, że chroni nas także przed naszymi nega­tyw­nymi impul­sami. Kiedy dok­tor Vol­ker Ott z nie­miec­kiego uni­wer­sy­tetu Lübeck i jego współ­pra­cow­nicy podali gru­pie dwu­dzie­stu zdro­wych męż­czyzn oksy­to­cynę, poziom ich samo­kon­troli się zwięk­szył, nato­miast liczba spo­ży­wa­nych w ciągu dnia prze­ką­sek wyraź­nie zma­lała, co dopro­wa­dziło bada­czy do kon­klu­zji, że oksy­to­cyna może mieć wpływ na kon­trolę naszego zacho­wa­nia powią­za­nego z sys­te­mem nagrody27. A zatem, kiedy anga­żu­jemy się w takie aktyw­no­ści, które wpły­wają na zwięk­sze­nie jej poziomu i zaspo­ka­jają naszą potrzebę zabawy, jeste­śmy lepiej przy­go­to­wani na wyj­ście poza strefę natych­mia­sto­wej gra­ty­fi­ka­cji i do podej­mo­wa­nia lep­szych decy­zji doty­czą­cych tego, w co zain­we­stu­jemy nasze czas i uwagę. Uwal­nia­nie oksy­to­cyny wydaje się rów­nież wspie­rać więzy mię­dzy­ludz­kie, ponie­waż pomaga nam głę­biej odczu­wać empa­tię. Dzięki niej możemy zatem odstą­pić od kar­mie­nia Nico­ści i zacząć kar­mić samych sie­bie oraz tych, o któ­rych szcze­rze się trosz­czymy. W obec­no­ści oksy­to­cyny mamy ten­den­cję do bar­dziej pro­spo­łecz­nego zacho­wa­nia i lep­szego zro­zu­mie­nia, że nie wszystko kręci się wokół nas i naszej pozy­cji wzglę­dem innych, bo naj­le­piej czu­jemy się wła­śnie w takich momen­tach, w któ­rych wszy­scy wspie­ramy sie­bie nawza­jem28.

Drobna uwaga: Oksy­to­cyna i dopa­mina wyka­zują realny i prze­ba­dany zwią­zek z naszym zacho­wa­niem. Nauka zaczyna powoli gro­ma­dzić wszyst­kie kawałki ukła­danki, jed­nak przy­znaje, że pełen obraz tego, w jaki spo­sób związki te dzia­łają w naszych cia­łach, jest o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wany, niż obec­nie jeste­śmy w sta­nie to zro­zu­mieć. Neu­ro­prze­kaź­niki nie są albo jed­nym, albo dru­gim; są ze sobą ści­śle powią­zane, współ­za­leżne i sym­bio­tyczne, a w dodatku nasze orga­ni­zmy wyko­rzy­stują je do peł­nie­nia róż­no­rod­nych funk­cji. A jed­nak, cho­ciaż nie możemy mówić o oksy­to­cy­nie ver­sus dopa­mi­nie w naszych mózgach - ponie­waż tak naprawdę są one raczej bli­skimi przy­ja­ciółmi, któ­rzy potrze­bują sie­bie nawza­jem, żeby dobrze się bawić, niż prze­ciw­ni­kami -?w tym roz­dziale wyko­rzy­sta­łem je jako przy­datną meta­forę dla przed­sta­wie­nia tego, co i z jakiego powodu powin­ni­śmy doce­niać.

Prosta teoria zabawy

Zabawa była już tak mocno oczer­niana, mar­gi­na­li­zo­wana, ukry­wana i igno­ro­wana, że zde­cy­do­wa­nie zasłu­guje na ocie­ple­nie wize­runku. Nasza wspólna przy­goda roz­pocz­nie się zatem od zro­zu­mie­nia praw­dzi­wej natury tego zja­wi­ska. Szczę­ście jest sta­nem umy­słu, nato­miast zabawa jest czymś, co możesz wyko­nać. Nie wymaga przy tym edu­ka­cji, pie­nię­dzy ani wła­dzy -?potrze­buje jedy­nie inten­cjo­nal­no­ści. Jeżeli wcze­śniej przed­sta­wi­łem ci szczę­ście jako miraż, to zabawa jest twoją pry­watną oazą w ogródku za domem. Zanim skoń­czymy ten roz­dział, zaczniemy już być aktywni. Bo wła­śnie tak to działa. Wła­śnie to robi zabawa.

Z punktu widze­nia nauki zabawa sta­nowi sto­sun­kowo dzie­wi­czy teren. W pew­nym sen­sie przy­po­mina bły­ska­wice, które od zara­nia dzie­jów ludzie obser­wo­wali z podzi­wem i prze­ra­że­niem. Bły­ska­wica jest zja­wi­skiem spek­ta­ku­lar­nym, praw­dzi­wym, a w nie­któ­rych przy­pad­kach rów­nież nisz­czy­ciel­skim -?lecz na­dal pozo­staje zagadką to, w jaki dokład­nie spo­sób powstaje29. Bada­cze nie są zgodni ani co do tego, jak chmury burzowe się ładują, ani jak krze­szą iskrę. Bły­ska­wica łamie pod­sta­wowe zasady fizyki.

Wiele kwe­stii zwią­za­nych z zabawą rów­nież pozo­staje dla nas tajem­nicą. Wie­dza naukowa na temat genezy jej powsta­nia w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści opiera się na spe­ku­la­cjach. Według jed­nej z teo­rii ludzie na wcze­snym eta­pie ewo­lu­cji odkryli, że zabawa wspiera ich roz­wój umy­słowy30. Bawie­nie się z innymi uczyło ich współ­pracy i docho­dze­nia do poro­zu­mie­nia, a także zapew­niało pod­wa­liny pod powstałe póź­niej normy spo­łeczne. Kiedy nasi przod­ko­wie anga­żo­wali się w zabawę, nawią­zy­wali przy tym satys­fak­cjo­nu­jące rela­cje oraz osią­gali korzystne kon­sen­susy spo­łeczne, które sta­no­wią fun­da­menty nowo­cze­snej dyna­miki gru­po­wej. Ten aspekt zabawy mógł napę­dzać powsta­wa­nie i roz­wój całych spo­łe­czeństw. A przy­naj­mniej tak głosi teo­ria.

To jed­nak wyłącz­nie domy­sły. W rze­czy­wi­sto­ści nikt nie zna ewo­lu­cyj­nych korzeni zabawy ani nie wie z całą pew­no­ścią, dla­czego bawie­nie się tak sku­tecz­nie pomaga nam cie­szyć się życiem. A jed­nak, w prze­ci­wień­stwie do szczę­ścia, czyli subiek­tyw­nego kon­struktu defi­nio­wal­nego wyłącz­nie przez ludzką per­cep­cję, zabawa jest obser­wo­walna, moż­liwa do zade­mon­stro­wa­nia, praw­dziwa i zawsze pozo­sta­jąca w naszym zasięgu. Jest rów­nież zja­wi­skiem uni­wer­sal­nym i pier­wot­nym, dzia­ła­ją­cym na głęb­szym pozio­mie niż nasza kul­tura -?ten fakt jest łatwo zauwa­żalny, kiedy zwró­cimy uwagę, jak wiele zwie­rząt uwiel­bia się bawić. Nie jest to cechą wyłącz­nie ludzką. Zabawa może być tak pro­sta jak u dwóch bawią­cych się psów albo tak skom­pli­ko­wana jak "zło­żone zabawy", które dopro­wa­dziły do nie­któ­rych z naj­więk­szych odkryć Alberta Ein­ste­ina.

Dla tych, któ­rzy pra­gnę­liby poznać defi­ni­cję zabawy, oto ona: zabawa jest anga­żo­wa­niem się w przy­jemne doświad­cze­nia. Powin­ni­śmy jed­nak zagłę­bić się w ten temat, ponie­waż jest ona rów­nież czymś o wiele istot­niej­szym. Zabawa jest:

1. Nasta­wiona na dzia­ła­nie

Zabawa jest bez­po­śred­nia. Albo dobrze się bawisz, albo nie. W świe­cie nauki defi­niu­jemy afek­tywną jakość danego doświad­cze­nia poprzez nada­nie jej ety­kietki tonu hedo­nicz­nego, czę­ściej nazy­wa­nego war­to­ścią. Aby zanadto nie kom­pli­ko­wać sprawy, słowa hedo­niczny i war­tość będą jedy­nymi poję­ciami z żar­gonu psy­cho­lo­gicz­nej popkul­tury, które chciał­bym, żebyś pamię­tał pod­czas zapo­zna­wa­nia się z tą książką. Doświad­cze­nia o war­to­ści pozy­tyw­nej będą dla nas przy­jemne, nato­miast te o war­to­ści nega­tyw­nej -?nie. Jeśli nasta­wimy się na zabawę, ozna­cza to, że będziemy poszu­ki­wać bar­dziej pozy­tyw­nych doświad­czeń, co oczy­wi­ście będzie dla nas korzystne31. Rów­no­cze­śnie jed­nak, kiedy będziemy mar­twić się o to, jak stać się szczę­śliwsi, auto­ma­tycz­nie i pod­świa­do­mie zaczniemy defi­nio­wać się jako osoby nie­szczę­śliwe (lub w naj­lep­szym wypadku nie­wy­star­cza­jąco szczę­śliwe). Owa prze­paść, którą wów­czas w sobie stwo­rzymy -?ten nasz słaby wskaź­nik dobrego samo­po­czu­cia -?sta­nie się cen­trum naszego zain­te­re­so­wa­nia, czę­ścią naszej oso­bo­wo­ści, wypie­ra­jącą doda­jące nam sił prze­ko­na­nie, że to my decy­du­jemy, jak spę­dzamy nasz czas.

2. Pro­spo­łeczna

Zabawa nikogo nie wyklu­cza. Nie jest zależna od takich zasad jak "nie możesz niczego nalać z pustej szklanki" albo "naj­pierw załóż maskę", któ­rymi kie­ruje się wiele osób usi­łu­ją­cych odna­leźć życiowe szczę­ście. Zamiast tego zabawa czę­sto wynosi nas ponad nas samych. Bar­dzo spodo­bał mi się spo­sób, w jaki dok­tor neu­ro­lo­gii Lisa Feld­man Bar­rett ujęła to w naszej roz­mo­wie: "[Pod­czas zabawy] na kilka minut usu­wasz się z cen­trum wła­snego wszech­świata". To wła­śnie wtedy prze­cho­dzimy ze strefy ja do strefy my.

Zabawa jest pre­dys­po­no­wana do przy­no­sze­nia korzy­ści nie tylko tobie, ale wszyst­kim, któ­rzy w niej uczest­ni­czą. Weźmy na przy­kład śmia­nie się z cze­goś w gro­nie przy­ja­ciół. Jak zręcz­nie ujął to aktor kome­diowy John Cle­ese: "Nie­mal nie­moż­li­wym jest zacho­wa­nie jakie­go­kol­wiek dystansu czy poczu­cia spo­łecz­nej hie­rar­chii, gdy wszy­scy ryczymy ze śmie­chu. Śmiech jest siłą demo­kra­cji"32.

Nie pró­buję przy tym powie­dzieć, że zabawa wymaga obec­no­ści innych osób. Samotna zabawa jest rów­nie istotna, a szcze­gól­nie ważna może być dla intro­wer­ty­ków. Mimo to ludzie, na któ­rych nam zależy, czę­sto bywają dla nas naj­po­tęż­niej­szym źró­dłem świet­nej zabawy. Jed­no­cze­śnie, mówiąc o tym, że jest ona zja­wi­skiem pro­spo­łecz­nym, mam na myśli rów­nież to, że nie czyni się jej niczyim kosz­tem. Co cie­kawe, kiedy angiel­skie okre­śle­nie zabawy -?fun -?po raz pierw­szy poja­wiło się w języku Anglo­sa­sów, praw­do­po­dob­nie pod koniec XVII wieku, począt­kowo ozna­czało ono oszu­stwo albo drwinę. Ta kono­ta­cja pozo­staje w języku angiel­skim aż do dziś, w takich wyra­że­niach jak "I had a lit­tle fun at some­one's expense", czyli "Tro­chę się zaba­wi­łem czy­imś kosz­tem". Być może to wła­śnie ona przy­czy­niła się rów­nież do nie naj­lep­szej ogól­nej opi­nii na temat zabawy. Pozbądźmy się zatem tego bala­stu prze­szło­ści. Od tego miej­sca zgódźmy się wszy­scy, że nie wolno nam nazy­wać zabawą cze­goś, co wyda­rza się kosz­tem kogo­kol­wiek.

3. Auto­no­miczna

Być może przez moje rekla­mo­wa­nie zabawy i jej pro­spo­łecz­nych wła­ści­wo­ści do two­jej głowy wpa­dła myśl, że jestem kolejną biu­rową mendą, mówiącą ci, że musisz czę­ściej się uśmie­chać. W prze­ci­wień­stwie do szczę­ścia (które zostało wymier­nie zde­fi­nio­wane przez naukę) zabawa jest jed­nak czymś, co musisz okre­ślić dla sie­bie samo­dziel­nie. Twoja zabawa będzie nie­za­leżna i wyjąt­kowa wyłącz­nie dla cie­bie. To twoja wła­sność. Jedyną jej wspólną dla nas wszyst­kich cechą jest jej pozy­tywna war­tość -?i ener­gia, którą nas wypeł­nia. Pamię­taj zatem, że kiedy inni usi­łują narzu­cić ci swoje podej­ście do tego, jak dobrze się bawić, może być to dla cie­bie nawet szko­dliwe. To kolejny powód, przez który zabawa doro­biła się złej repu­ta­cji, jed­nak tym pro­ble­mem zaj­miemy się dokład­niej w roz­dziale poświę­co­nym zaba­wie w miej­scu pracy.

4. Nie­zwy­kła

Zabawa jest zja­wi­skiem wie­lo­po­zio­mo­wym -?sięga od widocz­nych gołym okiem oznak w postaci coraz szer­szego uśmie­chu, który wstę­puje ci na usta pod­czas czy­ta­nia zabaw­nego komiksu, aż po pochła­nia­jącą wszystko falę fizjo­lo­gicz­nej i psy­cho­lo­gicz­nej przy­jem­no­ści, którą odczu­wasz w szczy­cie naj­przy­jem­niej­szych doświad­czeń. Dla jed­nych zabawą może być przy­tu­la­nie się z part­ne­rem pod­czas oglą­da­nia serialu na Net­flik­sie, nato­miast dla innych będzie to gło­śne wale­nie w bębny per­ku­sji. A co naj­lep­sze, nie ma zupeł­nie żad­nego zna­cze­nia, co uwa­żasz za świetną zabawę -?cokol­wiek by to było, i tak będzie w sta­nie wynieść cię ponad codzien­ność i zwy­czaj­ność. Ist­nieje bowiem pewien nie­zwy­kły, nad­przy­ro­dzony wręcz obszar zabawy, który znaj­duje się daleko ponad nauką i ponad wszyst­kim tym, co jeste­śmy w sta­nie zmie­rzyć.

Oso­bi­ście lubię myśleć o war­to­ściach jako o dwóch kolo­rach na kole ruletki. Sam zade­cy­duj, który z nich repre­zen­tuje pozy­tywne doświad­cze­nia, a który nega­tywne. To twój wybór. Kiedy roz­wi­niemy w sobie nawyk zabawy, nauczymy się oszu­ki­wać w ruletce w taki spo­sób, aby wygrany kolor przy­no­sił nam korzyść. Nie możemy spra­wić, żeby kulka ni­gdy nie lądo­wała na kolo­rze nega­tyw­nych war­to­ści, jed­nak zwy­kle jeste­śmy w sta­nie dys­po­no­wać naszym cza­sem w taki spo­sób, aby mieć na swoim kon­cie wię­cej dobrych doświad­czeń niż złych. Możemy rów­nież nauczyć się cie­szyć nawet z tych, które nie idą po naszej myśli. Ale czy wiesz, za co naj­bar­dziej kocham ana­lo­gię z grą w ruletkę? Za pole zie­lone. Zabawa w swoim naj­lep­szym wyda­niu prze­wyż­sza dual­ność bycia szczę­śli­wym lub nieszczę­śli­wym. Ist­nieje spe­cjalne pole zabawy, któ­rego nie odnaj­dziesz na podziałce linio­wej. Znaj­duje się ono poza war­to­ściami. Prze­ska­ku­jemy wów­czas nad pro­stą chę­cią subiek­tyw­nej poprawy samo­po­czu­cia i jeste­śmy w sta­nie dostrzec, że jest ona jedy­nie try­wial­nym zmar­twie­niem naszego ego. W takich szczy­to­wych momen­tach chwi­lowo nie ist­nieją radość i smu­tek, a ci, któ­rzy mieli na tyle szczę­ścia, żeby doświad­czyć tego stanu, opi­sują swoje doświad­cze­nia jako tak cudowne, że nie da się okre­ślić ich w sło­wach. Te uwal­nia­jące wyskoki mają ogromny poten­cjał, aby połą­czyć nas z czymś więk­szym od nas -?czymś, co, jak nie­długo się prze­ko­nasz, sam zaczą­łem nazy­wać Tajem­nicą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. H. Kel­ler, Let Us Have Faith, New York: Double­day, & Doran & Com­pany, Inc., 1940. [wróć]

2. R. Gol­den, What Does the Out­cry over Ama­zon's Men­tal Health Kio­sks Say About Cor­po­rate Wel­l­ness Pro­grams?, "HR Dive", 16 czerwca 2021, https://www.hrdive.com/news/what-does-out­cry-over-ama­zon-ama­zen-men­tal -health-kio­sks-say-about-cor­po­rate-wel­l­ness/601942. [wróć]

3. Prze­kłady tytu­łów arty­ku­łów nie­prze­tłu­ma­czo­nych wcze­śniej na język pol­ski pocho­dzą od tłu­maczki (przyp tłum) [wróć]

4. C. Ans­berry, An Over­lo­oked Skill in Aging: How to Have Fun, "The Wall Street Jour­nal", 2 czerwca 2018, http://www.wsj.com/artic­les/an-over­lo­oked-skill-in-aging-how-to-have-fun-1527937260. [wróć]

5. G. Iacurci, U.S. Is Worst Among Deve­lo­ped Nations for Wor­ker Bene­fits, CNBC, 4 lutego 2021, http://www.cnbc.com/2021/02/04/us-is-worst-among-rich-nations-for-wor­ker-bene­fits.html. [wróć]

6. B. Ehren­re­ich, Za gro­sze. Pra­co­wać i (nie) prze­żyć, War­szawa: Metro­po­li­tan Books, 2022. [wróć]

7. R. Har­fo­ush, Hustle and Float: Rec­laim Your Cre­ati­vity and Thrive in a World Obses­sed with Work, New York: Diver­sion Books, 2019. [wróć]

8. D.H. Pink, Drive : kom­plet­nie nowe spoj­rze­nie na moty­wa­cję, War­szawa: Wydaw­nic­two Stu­dio Emka, 2012. [wróć]

9. A. Lar­son, My Distur­bing Stint on a Cor­po­rate Wel­l­ness App: At Some Point, I Reali­zed the Goal Was to Make My Job Kill Me Slo­wer, "Slate", 26 kwiet­nia 2021, https://slate.com/human-inte­rest/2021/04/cor­po­rate-wel­l­ness-gro­cery-store-work-dan­gers.html. [wróć]

10. G. Vay­ner­chuk, Crush It!: Why NOW Is the Time to Cash In on Your Pas­sion, vol. 10, New York: Har­per­Col­lins, 2015. Warto zazna­czyć, że pozna­łem Gary'ego oso­bi­ście i szcze­rze wie­rzę w to, że ma dobre inten­cje (rów­nież to samo zakła­dam na temat Granta). Co wię­cej, należy przy­znać, że od kilku lat Gary łagod­nieje w swoim podej­ściu do "harówki". [wróć]

11. G. Car­done, Reguła 10: Jedyna róż­nica mię­dzy suk­ce­sem a porażką, Gli­wice: Wydaw­nic­two Złote Myśli, 2016. [wróć]

12. J. Pfef­fer, Dying for a Pay­check: Why the Ame­ri­can Way of Busi­ness Is Inju­rious to People and Com­pa­nies, New York: Har­per­Col­lins Publi­shers, 2018. [wróć]

13. D. Walsh, The Work­place Is Kil­ling People and Nobody Cares, Stan­ford Gra­du­ate School of Busi­ness, 15 marca 2018, http://www.gsb.stan­ford.edu/insi­ghts/work­place-kil­ling-peo ple-nobody-cares. [wróć]

14. F. Pega, B. Nafradi, N.C. Momen, Y. Ujita, K.N. Stre­icher, A.M. Pruss-Ustun, A. Desca­tha et al., Glo­bal, Regio­nal, and Natio­nal Bur­dens of Ische­mic Heart Dise­ase and Stroke Attri­bu­ta­ble to Expo­sure to Long Wor­king Hours for 194 Coun­tries, 2000-2016: A Sys­te­ma­tic Ana­ly­sis from THE WHO/ILO Joint Esti­ma­tes of the Work-Rela­ted Bur­den of Dise­ase and Injury, "Envi­ron­ment Inter­na­tio­nal" 154 (2021): 106595, https://doi.org/10.1016/j.envint.2021.106595. [wróć]

15. F.W. Tay­lor, The Prin­ci­ples of Scien­ti­fic Mana­ge­ment, New York: Har­per & Bro­thers, 1919. [wróć]

16. J. Miner, Orga­ni­za­tio­nal Beha­vior 1: Essen­tial The­ories of Moti­va­tion and Leader­ship, New York: Routledge, 2015. [wróć]

17. B. Bar­tels, My Love-Rela­tion­ship Coun­ter, App Store, 18 grud­nia 2010, https://apps.apple.com/us/app/my-love-rela­tion­ship-coun­ter/id409609608. [wróć]

18. B.H. Schott, L. Minuzzi, R.M. Krebs, D. Elmen­horst, M. Lang, O.H. Winz, C.I. Seiden­be­cher et al., Meso­lim­bic Func­tio­nal Magne­tic Reso­nance Ima­ging Acti­va­tions During Reward Anti­ci­pa­tion Cor­re­late With Reward-Rela­ted Ven­tral Stria­tal Dopa­mine Rele­ase, "Jour­nal of Neu­ro­science" 28, nr 52 (2008): 14311-14319, https://doi.org/10.1523/jneu­ro­sci.2058-08.2008. [wróć]

19. Dopa­mine Jack­pot! Sapol­sky on the Science of Ple­asure, YouTube, FORA.tv, 2 marca 2011, https://www.youtube.com/watch?v=axrywDP9Ii0. [wróć]

20. P. Brick­man, D. Coates, R. Janoff-Bul­man, Lot­tery Win­ners and Acci­dent Vic­tims: Is Hap­pi­ness Rela­tive?, "Jour­nal of Per­so­na­lity and Social Psy­cho­logy" 36, nr 8 (1978): 917-927, https://doi.org/10.1037/0022-3514.36.8.917. [wróć]

21. E. Lin­dqvist, R. Ostling, D. Cesa­rini, Long-Run Effects of Lot­tery Wealth on Psy­cho­lo­gi­cal Well-Being, "The Review of Eco­no­mic Stu­dies" 87, nr 6 (2020): 2703-2726, https://doi.org/10.1093/restud/rdaa006. [wróć]

22. G. Grol­leau, S. Said, Do You Pre­fer Having More or More Than Others? Survey Evi­dence on Posi­tio­nal Con­cerns in France, "Jour­nal of Eco­no­mic Issues" 42, nr 4 (2008): 1145-1158, https://doi.org/10.1080/00213624.2008.11507206. [wróć]

23. J.W. Kable, P.W. Glim­cher, The Neu­ro­bio­logy of Deci­sion: Con­sen­sus and Con­tro­versy, "Neu­ron" 63, nr 6 (2009): 733-745, https://doi.org/10.1016/j.neu­ron.2009.09.003. [wróć]

24. J.M. Twenge, T.E. Joiner, M.L. Rogers, G.N. Mar­tin, Incre­ases in Depres­sive Symp­toms, Suicide-Rela­ted Out­co­mes, and Suicide Rates Among U.S. Ado­le­scents After 2010 and Links to Incre­ased New Media Screen Time, "Cli­ni­cal Psy­cho­lo­gi­cal Science" 6, nr 1 (2017): 3-17, https://doi.org/10.1177/2167702617723376. [wróć]

25. J. Twenge, IGen: Why Today's Super-Con­nec­ted Kids Are Gro­wing Up Less Rebel­lious, More Tole­rant, Less Happy -?and Com­ple­tely Unpre­pa­red for Adul­thood -?and What That Means for the Rest of Us, New York: Atria Books, 2017. [wróć]

26. D.J. Lin­den, The Com­pass of Ple­asure: How Our Bra­ins Make Fatty Foods, Orgasm, Exer­cise, Mari­ju­ana, Gene­ro­sity, Vodka, Lear­ning, and Gam­bling Feel So Good, New York: Pen­guin, 2012. [wróć]

27. V. Ott, G. Fin­lay­son, H. Leh­nert, B. Heit­mann, M. Hein­richs, J. Born, M. Hal­l­sch­mid, Oxy­to­cin Redu­ces Reward-Dri­ven Food Intake in Humans, "Dia­be­tes" 62, nr 10 (2013): 3418-3425, https://doi.org/10.2337/db13-0663. [wróć]

28. J.A. Bar­raza, P.J. Zak, Oxy­to­cin Instan­tia­tes Empa­thy and Pro­du­ces Pro­so­cial Beha­viors, "Oxy­to­cin, Vaso­pres­sin and Rela­ted Pep­ti­des in the Regu­la­tion of Beha­vior" (2013): 331-342, https://doi.org/10.1017/cbo9781139017855.022. [wróć]

29. C. Engel­king, Light­ning's Strange Phy­sics Still Stump Scien­ti­sts, "Disco­ver Maga­zine", 20 listo­pada 2019, https://www.disco­ver­ma­ga­zine.com/envi­ron­ment/light­nings-strange-phy­sics-still-stump-scien­ti­sts. [wróć]

30. J. Gold­stein, Play in Chil­dren's Deve­lop­ment, Health and Well-Being, Brus­sels: Toy Indu­stries of Europe, 2012. [wróć]

31. D. Sul­li­van, B.P. Hardy, Nie­do­syt i speł­nie­nie. Jak kon­cep­cja braku i korzy­ści może zmie­nić twoje życie na lep­sze, Gli­wice: One­press Power, 2023. [wróć]

32. K. Petras, R. Petras, "Nothing Is Worth More Than This Day": Fin­ding Joy in Every Moment, New York: Work­man Publi­shing, 2016. [wróć]