Smak miłości. Jak kochać świadomie i bez lęku - OSHO

Kup ebooka

29.99 zł
23.09 zł (23,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPRO­WA­DZE­NIE: Co to jest miłość?

WPRO­WA­DZE­NIE

CO TO JEST MIŁOŚĆ?

Nie­do­brze, że musimy sta­wiać tego rodzaju pyta­nia. Dopóki natu­ralny porzą­dek rze­czy nie uległ zabu­rze­niu, dopóty każdy czło­wiek wie­dział, co to jest miłość. Teraz nie­wiele osób umie to wyja­śnić. Miłość stała się jed­nym z naj­rzad­szych doświad­czeń. Wiele się o niej mówi. Opo­wia­dają o niej filmy, wier­sze i powie­ści. Śpiewa się o niej pio­senki, pre­zen­tuje ją w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych, w radiu i w cza­so­pi­smach. Roz­bu­do­wany prze­mysł pomaga ludziom w zro­zu­mie­niu, czym jest miłość. Mimo to pozo­staje ona zja­wi­skiem nie­zro­zu­mia­łym, nie­roz­po­zna­nym.

Pytać: "Co to jest miłość?", to tak, jakby pytać: "Co to jest jedze­nie?". Czy nie był­byś takim pyta­niem zasko­czony? Mógłby je zadać tylko ktoś, kto nie jadł od chwili naro­dzin, ktoś, kto ni­gdy nie zakosz­to­wał poży­wie­nia.

Miłość jest pokar­mem duszy. Twoja dusza ni­gdy jej nie zaznała, dla­tego nie znasz jej smaku, gło­du­jesz. Tak więc pyta­nie jest uza­sad­nione, choć brzmi dziw­nie. Odży­wiasz ciało, dla­tego żyje. Dusza nie dostaje pokarmu, dla­tego jest mar­twa.

Rodzimy się z pełną zdol­no­ścią do tego, by kochać i być kocha­nym. Każde dziecko rodzi się napeł­nione miło­ścią i dosko­nale wie, czym ona jest. Powstaje jed­nak pro­blem, bowiem jego rodzice nie wie­dzą, czym jest miłość. Żadne dziecko nie dostaje takich rodzi­ców, na jakich zasłu­guje. Tacy rodzice po pro­stu nie ist­nieją. Za jakiś czas dziecko samo sta­nie się rodzi­cem i wtedy także straci zdol­ność kocha­nia.

Każde dziecko rodzi się z ogrom­nym zaso­bem miło­ści. Przy­cho­dzi na świat jako miłość. Jest zbu­do­wane z tkanki miło­ści. Rodzice nie potra­fią jed­nak dać mu miło­ści, ponie­waż nie byli kochani przez swo­ich rodzi­ców. Ich rodzice tylko uda­wali. Mogli dużo mówić o miło­ści, powta­rzać: "Kochamy cię". Ale ich czyny świad­czyły o czymś prze­ciw­nym. Trak­to­wali dziecko w spo­sób pozba­wiony sza­cunku. Żaden rodzic nie sza­nuje dziecka, nie zasta­na­wia­jąc się nawet nad tym. Wszak dziecko to nie osoba. Dziecko jest przez doro­słych postrze­gane jako pro­blem. Jeżeli zacho­wuje się spo­koj­nie, nie krzy­czy, nie płata figli, nie wcho­dzi rodzi­com w drogę, to dobrze, dosko­nale. Według powszech­nej opi­nii powinno się zacho­wy­wać wła­śnie w ten spo­sób. W takim podej­ściu bra­kuje i sza­cunku, i miło­ści.

Rodzice nie wie­dzą, czym jest miłość. Żona nie kocha męża, mąż nie kocha żony. Nie ma mię­dzy nimi miło­ści. Zastą­piły ją walka o wła­dzę, chęć posia­da­nia, zazdrość. Wszel­kiego typu tru­ci­zny, które ją nisz­czą, na przy­kład chci­wość i zazdrość.

Miłość jest deli­kat­nym kwia­tem. Ten kwiat musi być chro­niony, wzmac­niany, pod­le­wany. Tylko wtedy będzie rósł. Miłość dziecka jest bar­dzo deli­katna, ponie­waż deli­katne jest samo dziecko, deli­katne jest jego ciało. Czy myślisz, że dziecko pozo­sta­wione samo sobie prze­żyje? Pomyśl tylko, jak bez­radna jest ta mała ludzka istota. Bez opieki umiera. To samo dzieje się z miło­ścią. Miłość pozo­sta­wiona sama sobie i pozba­wiona tro­ski umiera.

Rodzice nie potra­fią kochać. Nie wie­dzą, czym jest miłość. Ni­gdy nie doświad­czyli pełni tego uczu­cia. Pamię­taj, że nie obar­czam ich odpo­wie­dzial­no­ścią. Są ofia­rami, podob­nie jak ty. Rodzice rodzi­ców znaj­do­wali się w takiej samej sytu­acji. I tak dalej... Możemy dotrzeć w tym wyli­cza­niu do Adama i Ewy oraz Boga Ojca! Wydaje mi się, że Bóg Ojciec nie odno­sił się z sza­cun­kiem do Adama i Ewy. Od początku wyda­wał im roz­kazy: "Rób­cie to", "Nie rób­cie tego", "Nie jedz­cie owo­ców z tego drzewa". Kiedy Adam spró­bo­wał zaka­za­nego owocu, nara­ził się na gniew Boga i został wraz z Ewą wygnany z raju.

Groźba wygna­nia z raju powta­rza się w pro­ce­sie wycho­wa­nia dziecka. Każdy rodzic grozi dziecku, że zosta­nie wyrzu­cone: "Jeżeli nie będziesz mnie słu­chać, jeżeli nie będziesz się wła­ści­wie zacho­wy­wać, wyrzucę cię z domu!". Dziecko boi się tego. Wyrzu­cony? W dziką prze­strzeń życia? Zaczyna się uczyć zawie­ra­nia kom­pro­mi­sów. Zba­cza ze swo­jej ścieżki. Zaczyna mani­pu­lo­wać. Nie ma ochoty się uśmie­chać, lecz gdy matka jest w pobliżu, uśmie­cha się do niej, by dostać tro­chę mleka. Jest to wyra­cho­wa­nie - począ­tek poli­tyki.

Nie­sza­no­wane dziecko zaczyna nie­na­wi­dzić rodzi­ców. Jest sfru­stro­wane tym, że rodzice nie kochają go takim, jakie jest. Rodzice ocze­kują od dziecka, że będzie się zacho­wy­wało w okre­ślony spo­sób - tym zasłu­guje sobie na ich miłość. To miłość warun­kowa. Aby "stać się warte" miło­ści, dziecko uczy się fał­szu. Traci kon­takt z rze­czy­wi­stymi wewnętrz­nymi war­to­ściami i sza­cu­nek do sie­bie. Stop­niowo roz­wija się w nim poczu­cie winy.

Wie­lo­krot­nie w gło­wie dziecka poja­wia się myśl: "Czy to moi praw­dziwi rodzice? Być może nie. Praw­dziwi rodzice kocha­liby mnie. Czy ci ludzie mogli mnie adop­to­wać?".

Tysiące razy dziecko dostrzega w oczach rodzi­ców gniew. Widzi straszny gniew na twa­rzach ojca i matki. Ten gniew mógł zostać wywo­łany przez bła­hostkę. Jest nie­pro­por­cjo­nalny do przy­czyny.

Z powodu dro­bia­zgu dziecko doświad­cza wście­kło­ści rodzi­ców. Trudno mu w to uwie­rzyć. Gniew i wście­kłość są nie­uspra­wie­dli­wione. Dziecko musi jed­nak pod­po­rząd­ko­wać się rodzi­com, musi się ukło­nić, zaak­cep­to­wać ich reak­cję. Tak stop­niowo jest nisz­czona zdol­ność dziecka do kocha­nia.

Miłość może się roz­wi­jać jedy­nie w śro­do­wi­sku nasy­co­nym miło­ścią, wibru­ją­cym miło­ścią. Należy pamię­tać o tej pod­sta­wo­wej zasa­dzie. Jeśli rodzice kochają nie tylko dziecko, ale też sie­bie nawza­jem i nasy­cają atmos­ferę domu aro­ma­tem miło­ści, dziecko od nie­mow­lęc­twa staje się istotą zako­rze­nioną w miło­ści. Ni­gdy nie będzie sta­wiać pytań w rodzaju: "Czym jest miłość?".

Miłość sta­nie się rze­czy­wi­stą pod­stawą ist­nie­nia dziecka.

Nie­stety, rodzinna rze­czy­wi­stość wygląda zwy­kle ina­czej. Dziecko uczy się od rodzi­ców destruk­cyj­nych zacho­wań: kłótni, kon­flik­tów. Jeżeli jesteś kobietą, zwróć uwagę, czy nie zacho­wu­jesz się tak, jak zacho­wy­wała się twoja matka. Obser­wuj sie­bie zwłasz­cza wtedy, kiedy prze­by­wasz z chło­pa­kiem lub z mężem. Czy nie powie­lasz zna­nych ci wzor­ców? A jeśli jesteś męż­czy­zną, czy nie zacho­wu­jesz się jak twój ojciec? Czy nie robisz tych samych bez­sen­sow­nych kro­ków, które on robił? Kie­dyś dzi­wi­łeś się: "Jak ojciec mógł robić coś takiego?". Teraz postę­pu­jesz podob­nie. Ludzie mają skłon­ność do powta­rza­nia i naśla­do­wa­nia zacho­wań. Mówimy, że mał­pują. Powta­rzasz zacho­wa­nia swo­jego ojca i swo­jej matki. Musisz się od tego uwol­nić. Tylko wtedy doświad­czysz, czym jest miłość.

Nie umiem zde­fi­nio­wać, czym jest miłość, ponie­waż nie można jej zamknąć w defi­ni­cji, podob­nie jak naro­dzin, śmierci, Boga, medy­ta­cji. Nie mogę powie­dzieć: "To wła­śnie jest miłość", nie mogę wam poka­zać miło­ści. Miłość nie jest zja­wi­skiem dostęp­nym zewnętrz­nej obser­wa­cji. Nie można jej pod­dać ana­li­tycz­nemu bada­niu. Miłość może być jedy­nie doświad­czana. Mogę wam wska­zać drogę, która pro­wa­dzi do doświad­cza­nia miło­ści.

Pierw­szy krok polega na uwol­nie­niu się od wpływu rodzi­ców. Uwol­nie­nie takie nie ozna­cza braku sza­cunku dla rodzi­ców ani fizycz­nego odda­le­nia się od nich. Mam na myśli to, że powi­nie­neś uwol­nić się od gło­sów rodzi­ców, roz­brzmie­wa­ją­cych w twoim wnę­trzu, od zapi­sa­nych w umy­śle pro­gra­mów i nagrań. Usuń je... Sta­niesz się wolny. I poczu­jesz współ­czu­cie dla rodzi­ców.

Każda osoba żywi urazę do swo­jego ojca lub do swo­jej matki. Jakże byłoby moż­liwe, żebyś jej nie czuł, skoro rodzi­cie wyrzą­dzili ci tak wielką krzywdę? Nie zro­bili tego jed­nak świa­do­mie. Ich inten­cje były jak naj­lep­sze. Pra­gnęli zro­bić wszystko dla twego dobra. A co tak naprawdę zro­bili?

Nie wystar­czy jedy­nie cze­goś chcieć. Pod­trzy­my­wa­nie dobrych inten­cji nie ozna­cza, że poja­wią się dobre rezul­taty. Rodzice z pew­no­ścią mieli dobre inten­cje. Cóż z tego? Sami nie zaznali rado­ści. Są robo­tami. Świa­do­mie lub nie­świa­do­mie, celowo lub nie­ce­lowo - stwa­rzają atmos­ferę, w któ­rej za pewien czas ich dzieci rów­nież zamie­nią się w roboty.

Jeśli pra­gniesz się roz­wi­jać i stać ludzką istotą, a nie robo­tem, uwol­nij się od swo­ich rodzi­ców. Musisz nauczyć się uważ­no­ści. Jest to ciężka i żmudna praca, któ­rej nie spo­sób wyko­nać natych­miast. Musisz być bar­dzo ostrożny. Zauwa­żaj, kiedy poja­wia się w tobie postać matki i inspi­ruje cię do dzia­ła­nia. W takim momen­cie zatrzy­maj się i wyco­faj. Zamiast sta­rego sche­matu użyj cał­ko­wi­cie nowego, któ­rego twoja matka ni­gdy nie mogłaby sobie wyobra­zić.

Roz­pa­trzmy to na przy­kła­dzie. Twój part­ner z dużym zain­te­re­so­wa­niem patrzy na inną kobietę. Obser­wuj, co robisz. Czy postę­pu­jesz tak, jak postę­po­wała twoja matka, kiedy ojciec z zain­te­re­so­wa­niem patrzył na inną kobietę? Jeżeli tak wła­śnie się zacho­wu­jesz, ni­gdy nie poznasz, czym jest miłość. Powta­rzasz stary sche­mat. Ten sam dra­mat odgry­wają inni akto­rzy. Nie bądź naśla­dowcą. Uwol­nij się od tego. Się­gnij po nowe zacho­wa­nia, któ­rych nie uży­wali twoi rodzice. Ta świe­żość dotrze do two­jej istoty, a wtedy popły­nie miłość.

Tak więc pierw­szym kro­kiem jest uwol­nie­nie się od rodzi­ców.

Drugi krok to roz­po­zna­nie nie­praw­dzi­wo­ści prze­ko­na­nia, że możemy kochać tylko wtedy, kiedy mamy war­to­ścio­wego part­nera. To non­sens! Ludzie myślą, że będą kochać tylko wtedy, gdy znajdą dosko­nalą kobietę lub dosko­na­łego męż­czy­znę. Ni­gdy takich osób nie znaj­dziesz, ponie­waż dosko­nała kobieta i dosko­nały męż­czy­zna nie ist­nieją. A jeżeli nawet takie osoby by ist­niały, nie byłyby zain­te­re­so­wane twoją miło­ścią.

Sły­sza­łem histo­rię o męż­czyź­nie, który przez całe życie był sta­rym kawa­le­rem, ponie­waż cią­gle szu­kał kobiety dosko­na­łej. Kiedy miał sie­dem­dzie­siąt lat, ktoś zadał mu pyta­nie:

- Cią­gle podró­żo­wa­łeś - z Nowego Jorku do Kat­mandu, z Kat­mandu do Rzymu, z Rzymu do Lon­dynu. Cią­gle szu­ka­łeś. Czy zna­la­złeś kobietę dosko­nałą? Czy choć jedną?

Stary czło­wiek posmut­niał i odpo­wie­dział:

- Tak, pew­nego razu udało mi się. Dawno, dawno temu spo­tka­łem kobietę dosko­nałą.

Pyta­jący inda­go­wał dalej:

- I co się wtedy stało? Dla­czego się z nią nie oże­ni­łeś?

- Cóż mogłem zro­bić, ona szu­kała dosko­na­łego męż­czy­zny - smutno odpo­wie­dział sta­rzec.

Pamię­taj o tym, że potrzeba miło­ści, którą prze­ja­wiają dwie istoty dosko­nałe, jest zupeł­nie odmienna od two­jej potrzeby. Ma cał­kiem inną jakość.

Nie rozu­miesz miło­ści, która jest moż­liwa dla cie­bie, a więc nie zrozu­miesz miło­ści, któ­rej doświad­cza Budda, ani miło­ści, która pły­nie do cie­bie od Lao-cy.

Naj­pierw trzeba zro­zu­mieć, że miłość jest zja­wi­skiem natu­ral­nym. Pierw­szy krok to roz­po­zna­nie poziomu natu­ral­nego, z któ­rego można przejść do poziomu trans­cen­den­tal­nego. Druga istotna kwe­stia doty­czy tego, aby ni­gdy nie szu­kać dosko­na­łego męż­czy­zny ani dosko­na­łej kobiety. Kiedy szuka się dosko­na­łej osoby i nie można jej zna­leźć, jest się nie­szczę­śli­wym.

Aby pozo­sta­wać ela­stycz­nym i wzra­stać w miło­ści, nie potrzeba dosko­na­ło­ści. Miłość tak naprawdę nie odnosi się do dru­giej osoby. Kocha­jąca osoba po pro­stu kocha, podob­nie jak oddy­cha, je, pije, śpi...

Nie mówimy prze­cież: "Jeżeli w tym miej­scu nie będzie czy­stego, nie­ska­żo­nego powie­trza, nie będę oddy­chać". Oddy­chasz nawet w Los Ange­les i w Bom­baju. Oddy­chasz w każ­dym miej­scu, nawet tam, gdzie powie­trze jest ska­żone. Nie możesz prze­stać oddy­chać tylko z tego powodu, że powie­trze jest nie takie, jakiego byś sobie życzył!

Kiedy jesteś głodny, zja­dasz cokol­wiek, kiedy umie­rasz z pra­gnie­nia, pijesz cokol­wiek. Nie będziesz nale­gał, żeby dostać coca-colę. Wszystko ujdzie, każdy napój, nawet brudna woda. Znane są wypadki, że ludzi pili wła­sny mocz. Nie­któ­rzy zabi­jali na pustyni swoje wiel­błądy, ponie­waż te zwie­rzęta mają zgro­ma­dzone we wnę­trzu zapasy wody. To groźne, gdyż osoba, która zabiła wiel­błąda, musi dalej wędro­wać pie­szo. Jed­nak chęć zaspo­ko­je­nia pra­gnie­nia była sil­niej­sza niż roz­są­dek. Cóż po roz­sądku, jeśli wiel­błąd niósłby na grzbie­cie zwłoki wła­ści­ciela?

Żywa i kocha­jąca osoba po pro­stu kocha. Miłość jest funk­cją natury.

Dla­czego nie należy pra­gnąć dosko­na­ło­ści? Jeżeli przyj­miesz postawę poszu­ki­wa­cza dosko­na­ło­ści, nie odczu­jesz wewnętrz­nego prze­pływu miło­ści, będziesz od niego odcięty. Ludzie, któ­rzy żądają dosko­na­ło­ści, są pozba­wieni miło­ści, są neu­ro­tyczni. Jeżeli nawet udaje im się zna­leźć kochanka, miłość ulega znisz­cze­niu z powodu takich żądań.

Kiedy kobieta zaczyna kochać męż­czy­znę, natych­miast poja­wiają się wyma­ga­nia. Kobieta zaczyna ocze­ki­wać, by męż­czy­zna był dosko­nały. Nagle męż­czy­zna musi się stać ide­ałem, uwol­nić od wszel­kich ogra­ni­czeń. Nie ma już prawa być czło­wie­kiem. Ma do wyboru: stać się nadczło­wie­kiem albo oszu­ki­wać. Podob­nie się dzieje, kiedy męż­czy­zna zaczyna kochać kobietę. Ona także nagle musi się stać ide­ałem, nadczło­wie­kiem.

Natu­ral­nie sta­nie się nad­czło­wie­kiem jest bar­dzo trudne, więc ludzie zaczy­nają oszu­ki­wać. Sto­sują gry, udają miłość. Dla­tego jesz­cze raz powtó­rzę tę istotną zasadę: Ni­gdy nie wyma­gaj dosko­na­ło­ści. Nie masz prawa żądać cze­go­kol­wiek od kogo­kol­wiek. Jeżeli ktoś cię kocha, bądź wdzięczny, ale niczego nie wyma­gaj, ponie­waż druga osoba nie musi cię kochać. Jeżeli ktoś kocha, to praw­dziwy cud. Warto zachwy­cać się tą cudow­no­ścią.

Mimo to ludzie wcale się nie zachwy­cają. Z powodu dro­bia­zgów nisz­czą szanse na miłość. Nie inte­re­suje ich miłość ani pły­nąca z niej radość. Pocią­gają ich raczej ego­cen­tryczne dzia­ła­nia.

Sku­piaj się wyłącz­nie na swej rado­ści. Wszystko inne jest nie­istotne.

Miłość jest natu­ralną funk­cją, jest jak oddy­cha­nie. Jeśli kochasz jakąś osobę, nie wysu­waj wobec niej żądań. W prze­ciw­nym razie zamkniesz drzwi wio­dące do auten­tycz­nego kon­taktu ze swoim part­ne­rem. Niczego nie ocze­kuj. Jeżeli coś pojawi się na two­jej dro­dze, wyraź wdzięcz­ność. Jeżeli nic się nie pojawi, ozna­cza to, że nie ma takiej potrzeby. Nie ocze­kuj niczego spe­cjal­nego.

Obser­wuj ludzi. Zauważ, czy sza­nują sie­bie wza­jem­nie.

Żona przy­go­to­wuje dla cie­bie jedze­nie, ty zaś ni­gdy jej nie dzię­ku­jesz. Nie twier­dzę, że zawsze powi­nie­neś wer­ba­li­zo­wać swoją wdzięcz­ność, to uczu­cie powinno być jed­nak obecne w oczach. Ale ty się tym nie przej­mu­jesz. Uwa­żasz, że to ci się należy. Kto ci to powie­dział?

Mąż idzie do pracy i zara­bia dla was pie­nią­dze, a ty ni­gdy mu za to nie dzię­ku­jesz. Nie czu­jesz żad­nej wdzięcz­no­ści. "Męż­czyźni muszą wyko­ny­wać pracę zarob­kową" - myślisz.

Czy w takim kli­ma­cie miłość może wzra­stać? Miłość potrze­buje oka­za­nia wdzięcz­no­ści. Miłość potrze­buje wol­no­ści od wyma­gań i ocze­ki­wań. Powin­ni­śmy o tym pamię­tać.

Następna ważna zasada doty­czy tego, żeby zamiast myśleć o otrzy­my­wa­niu miło­ści, sku­pić się na jej dawa­niu. Kiedy dajesz, otrzy­mu­jesz. Nie ma innej drogi. Ludzie bar­dziej sku­piają się na tym, w jaki spo­sób coś dla sie­bie wyrwać, coś dostać. Każdy jest zain­te­re­so­wany tym, by otrzy­mać, nikt nie czer­pie rado­ści z dawa­nia. Ludzie dają bar­dzo nie­chęt­nie. Jeżeli dają, to tylko po to, by otrzy­my­wać. To podej­ście biz­ne­sowe. Robie­nie inte­re­sów. Tacy ludzie zawsze chcą być pewni, że otrzy­mali wię­cej, niż dali. Jeżeli tak się stało, wie­dzą, że zro­bili dobry inte­res.

Miłość nie jest inte­re­sem. Dla­tego zaprze­stańmy tego rodzaju dzia­łań. W prze­ciw­nym razie zmar­nu­jemy życie, utra­cimy miłość wraz z całym jej pięk­nem. To, co piękne, nie ma piętna inte­re­sow­no­ści.

Inte­re­sow­ność jest naj­więk­szym złem ist­nie­ją­cym na świe­cie. Postawy tej nie zna świat natury. Drzewa po pro­stu rosną i kwitną. Nie jest to biz­nes. Podob­nie gwiazdy po pro­stu świecą. Nie ma w tym żad­nego inte­resu. Nie musisz za to świa­tło pła­cić, nikt nie żąda od cie­bie cze­goś w zamian. Ptaki nad­la­tują i sia­dają w pobliżu drzwi two­jego domu, śpie­wają. Nie pro­szą, abyś wysta­wił im cer­ty­fi­kat czy oka­zał uzna­nie. Kiedy ptak odśpiewa pieśń, odla­tuje szczę­śliwy.

W ten wła­śnie spo­sób roz­wija się miłość. Dawaj i nie kon­cen­truj się na tym, jak wiele możesz wyszar­pać. Ow­szem, zapłata nadej­dzie, nadej­dzie zwie­lo­krot­niona, ale sta­nie się to w spo­sób natu­ralny. Zapłata pojawi się spon­ta­nicz­nie, nie ma potrzeby jej się doma­gać. Jeżeli będziesz żądał, zapłata ni­gdy się nie pojawi. Tak więc zacznij dawać.

Na początku może to być trudne, ponie­waż całe życie uczono cię tego, by przede wszyst­kim brać. Na początku będziesz musiał wal­czyć ze swoją zbroją. Twoje mię­śnie stały się twarde, a serce zlo­do­wa­ciałe. Jesteś wysty­gły. Na pewno napo­tkasz wiele trud­no­ści, ale każdy krok będzie cię pro­wa­dził do przodu, aż wresz­cie rzeka zacznie pły­nąć.

Naj­pierw uwol­nij się od rodzi­ców. Czy­niąc to, uwol­nisz się także od spo­łe­czeń­stwa, edu­ka­cji, cywi­li­za­cji, ponie­waż twoi rodzice repre­zen­tują wszyst­kie wymie­nione poję­cia. Uwal­nia­jąc się, sta­niesz się indy­wi­du­al­no­ścią. Po raz pierw­szy nie będziesz czę­ścią tłumu, zyskasz indy­wi­du­al­ność. Tym wła­śnie jest wewnętrzny wzrost. Taka wła­śnie ma być doro­sła osoba.

Doro­sła osoba nie potrze­buje rodzi­ców. Doro­sła osoba nie potrze­buje obok sie­bie nikogo, na kim mogłaby się wspie­rać ani do kogo mogłaby lgnąć. Doro­sła osoba jest szczę­śliwa, będąc sama. Ta samot­ność jest pie­śnią i świę­tem. Doro­sła osoba potrafi być szczę­śliwa sama ze sobą. Jej samot­ność nie jest osa­mot­nie­niem. Jest medy­ta­cją.

Pew­nego dnia musia­łeś opu­ścić łono matki. Jeżeli pozo­stał­byś w nim dłu­żej niż dzie­więć mie­sięcy, umarł­byś. Umar­łaby także twoja matka. Podob­nie pew­nego dnia musia­łeś opu­ścić śro­do­wi­sko swo­jej rodziny, które było innym rodza­jem łona, i posze­dłeś do szkoły. Następ­nie zakoń­czy­łeś edu­ka­cję i wsze­dłeś w szer­sze rela­cje spo­łeczne. Jed­nak w głębi sie­bie na­dal jesteś dziec­kiem. Pozo­sta­jesz w łonie! Łono ma wiele pozio­mów, trzeba się sta­rać opu­ścić je wszyst­kie.

Na Wscho­dzie nazy­wamy to ponow­nymi naro­dzi­nami. Kiedy doświad­czasz ponow­nych naro­dzin, cał­ko­wi­cie uwal­niasz się od wpływu rodzi­ców. Piękno tego pro­cesu polega na tym, że tylko osoba, która uwol­niła się od rodzi­ców może odczu­wać wdzięcz­ność wobec nich, może im rów­nież wyba­czyć. Taka osoba odczuwa w sto­sunku do rodzi­ców współ­czu­cie i miłość. Odczuwa je, ponie­waż uświa­da­mia sobie, że rodzice cier­pieli w podobny spo­sób. Taka osoba nie jest ani tro­chę zła. Może mieć łzy w oczach, ale w ogóle nie jest zagnie­wana. Zrobi wszystko, by pomóc rodzi­com w posu­wa­niu się ku pełni samot­no­ści, ku wyży­nom samot­no­ści.

Tak więc po pierw­sze stań się indy­wi­du­al­no­ścią, to naj­waż­niej­sze. Po dru­gie nie ocze­kuj dosko­na­ło­ści, nie wyma­gaj jej. Kochaj zwy­kłych ludzi. W zwy­kłych ludziach nie ma niczego złego. Zwy­kłe osoby są nad­zwy­czajne! Każda ludzka istota jest wyjąt­kowa. Sza­nuj tę wyjąt­ko­wość.

Po trze­cie dawaj i rób to bez­wa­run­kowo. Tylko wtedy poznasz, czym jest miłość. Nie potra­fię zde­fi­nio­wać miło­ści. Mogę tylko wska­zać drogę, na któ­rej będziesz wzra­stać. Mogę poka­zać, w jaki spo­sób zasa­dzić krzak róży, jak go pod­le­wać, nawo­zić, chro­nić. A wtedy pew­nego dnia poja­wią się kwiaty, zakwitną i napeł­nią dom zapa­chem. W taki spo­sób przy­cho­dzi miłość.

CZĘŚĆ I: Podróż od "ja" do "my"

CZĘŚĆ I

Podróż od "ja" do "my"

Zro­zu­mie­nie natury i siły miło­ści

Miło­ści nie można się nauczyć. Nie można jej kul­ty­wo­wać. Miłość kul­ty­wo­wana nie jest praw­dziwą miło­ścią. Jest nie żywą, lecz pla­sti­kową różą. Kiedy cze­goś się uczysz, to coś przy­cho­dzi z zewnątrz. Praw­dziwa miłość rodzi się i roz­wija w twoim wnę­trzu.

Miłość jest nie ucze­niem się, lecz wzra­sta­niem. Potrze­bu­jesz nie tyle ucze­nia się spo­so­bów kocha­nia, ile oducza­nia się zacho­wań nie­zgod­nych z miło­ścią. Muszą zostać usu­nięte prze­szkody, muszą zostać usu­nięte bariery, a wtedy miłość pojawi się natu­ral­nie, spon­ta­nicz­nie. Kiedy odrzu­cisz blo­ku­jące drogę głazy, zacznie się swo­bodny prze­pływ. Ujawni się ukryte źró­dło miło­ści. Jest ono twoją praw­dziwą istotą.

Poza zależ­no­ścią i domi­na­cją - wydo­sta­nie się z otoczki ego

Zaska­kuje mnie liczba osób, które przy­cho­dzą do mnie i mówią, że boją się miło­ści. Skąd się bie­rze ten lęk? Poja­wia się z tego powodu, że gdy naprawdę kogoś kochasz, twoje ego zaczyna top­nieć. Nie możesz kochać, gdy ego domi­nuje. Ego prze­szka­dza praw­dzi­wej miło­ści. Kiedy pró­bu­jesz zli­kwi­do­wać prze­szkodę mię­dzy sobą a innymi, ego mówi: "Uwa­żaj! To może pro­wa­dzić do śmierci".

Śmierć ego nie ozna­cza two­jej śmierci. Śmierć ego to dla cie­bie szansa na życie. Ego to mar­twa skóra, ota­cza­jąca żywą istotę. Trzeba je odrzu­cić. Ego poja­wia się natu­ral­nie - jak kurz na ubra­niu i na ciele podróż­nika. W pew­nym momen­cie podróż­nik musi wziąć kąpiel, oczy­ścić się z kurzu.

Żyjąc, zbie­ramy na sobie kurz prze­szło­ści, doświad­czeń i wie­dzy. Wła­śnie ten kurz two­rzy ego. Gro­ma­dzi się, two­rzy wokół cie­bie sko­rupę. Musisz ją stłuc i odrzu­cić. Należy kąpać się codzien­nie, a jesz­cze lepiej - co chwila, by ta sko­rupa nie prze­kształ­ciła się w wię­zie­nie.

Pomocne w tym pro­ce­sie będzie zro­zu­mie­nie, skąd pocho­dzi ego.

Dziecko rodzi się w sta­nie cał­ko­wi­tej bez­rad­no­ści. Nie może prze­żyć bez opieki doro­słych. Więk­szość małych zwie­rząt, pta­ków, drzew może żyć bez pomocy rodzi­ców, rodziny, spo­łe­czeń­stwa. Jeżeli w pew­nych wypad­kach potrzebna jest pomoc, to nie­wielka: kilka dni, naj­wy­żej kilka mie­sięcy. Nato­miast dziecko jest tak bez­radne, że pozo­staje uza­leż­nione od pomocy oto­cze­nia przez kilka lat. W tym wła­śnie tkwią korze­nie ego.

Dla­czego poczu­cie bez­rad­no­ści stwa­rza ego? Dziecko jest zależne od innych. W jego umy­śle rodzi się błędna inter­pre­ta­cja tej sytu­acji, prze­ko­na­nie, że jest ono pęp­kiem świata. Dziecko myśli: "Nikt nie jest waż­niej­szy ode mnie. Kiedy tylko zapła­czę, matka natych­miast przy­biega. Kiedy czuję głód, zaraz dostaję do ssa­nia pierś. Kiedy mam mokre pie­luszki, wystar­czy, że zapła­czę, a ktoś przy­cho­dzi i je zmie­nia". Dziecko czuje się jak udzielny władca. W rze­czy­wi­sto­ści jest cał­ko­wi­cie bez­radne i zależne, a matka, ojciec, rodzina oraz opie­ku­no­wie poma­gają mu prze­żyć. Te osoby trosz­czą się o dziecko, a ono z tego powodu uznaje sie­bie za cen­trum swo­jego ogra­ni­czo­nego świata. W ten spo­sób powstaje ego.

Rze­czy­wi­stość jest zupeł­nie inna, ale dziecko nie może zdać sobie z tego sprawy. Nie umie pojąć zło­żo­nej natury rze­czy­wi­sto­ści. Nie potrafi zro­zu­mieć, że jest bez­radne. Myśli, że może dyk­to­wać warunki! Cza­sem przez całe życie pozo­staje na pozy­cji dyk­ta­tora. Może stać się Napo­le­onem, Alek­san­drem Wiel­kim, Adol­fem Hitle­rem, pre­zy­den­tem, pre­mie­rem. Wszystko są to infan­tylne role. Ci ludzie pró­bują dostać te same rze­czy, które były ich udzia­łem w dzie­ciń­stwie. Pra­gną być cen­trum wszel­kiej egzy­sten­cji, cen­trum świata. Wraz z nimi świat powi­nien żyć i umie­rać.

Dziecko uważa tę inter­pre­ta­cję za pra­wi­dłową, gdyż odnaj­duje w spoj­rze­niu matki sygnały, że jest sen­sem jej życia. Kiedy ojciec wraca do domu, dziecko czuje także, że jest sen­sem życia ojca. Taki stan trwa przez pierw­sze trzy, cztery lata. A prze­cież począt­kowe lata życia czło­wieka są naj­waż­niej­sze!

Psy­cho­lo­go­wie twier­dzą, że po ukoń­cze­niu czwar­tego roku życia dziecko jest pra­wie kom­pletną istotą. W psy­chice dziecka zostały zapi­sane zasad­ni­cze wzorce, które doro­sły czło­wiek będzie powta­rzał w róż­nych sytu­acjach. Zanim dziecko skoń­czy sie­dem lat, jego postawa jest już utrwa­lona, a ego ukształ­to­wane. Dziecko wyru­sza w kie­runku świata zewnętrz­nego i wtedy nagle zewsząd poja­wiają się pro­blemy, miliony pro­ble­mów! Kiedy wykra­cza poza krąg rodziny, poja­wiają się coraz więk­sze pro­blemy. Nikt nie chce trosz­czyć się o dziecko w taki spo­sób, w jaki robiła to matka. Nikt nie sku­pia się na nim w taki spo­sób, w jaki robił to ojciec. Ludzie są obo­jętni, a to rani ego.

Tak więc pod­sta­wowy wzo­rzec został utrwa­lony. Nie­za­leż­nie od tego, czy dziecko doświad­cza z tego powodu bólu, czy też nie, nie potrafi już zmie­nić tego wzorca. Stał się on nie­zmien­nym ele­men­tem istoty dziecka. Pod­czas zabawy z rówie­śni­kami dziecko będzie się sta­rało ich zdo­mi­no­wać. Kiedy pój­dzie do szkoły, będzie chciało być naj­waż­niej­sze w kla­sie. Będzie prze­ko­nane, że należy mu się naj­wyż­sza pozy­cja, i ze zdzi­wie­niem stwier­dzi, że inne dzieci myślą podob­nie. W ten spo­sób powstaje kon­flikt, roz­po­czyna się walka, star­cie ego­cen­trycz­nych postaw. Ta walka trwa całe życie. Ota­czają cię miliony ego. Każde pró­buje kon­tro­lo­wać, mani­pu­lo­wać, domi­no­wać, uży­wa­jąc róż­nych środ­ków: bogac­twa, wła­dzy, poli­tyki, wie­dzy, siły, kłam­stwa, pre­ten­sji, hipo­kry­zji. Każde chce poka­zać, że jest pęp­kiem świata.

Opi­sana sytu­acja sta­nowi źró­dło wszel­kich pro­ble­mów w rela­cjach mię­dzy ludźmi. Z powodu kon­cen­tra­cji na ego zawsze pozo­sta­jesz z kimś w kon­flik­cie. Wszy­scy ludzie są pod tym wzglę­dem podobni do cie­bie. Pły­nie­cie w jed­nej łodzi. Zosta­li­ście wycho­wani w podobny spo­sób.

Ist­nieją na Zacho­dzie psy­cho­lo­go­wie, któ­rzy twier­dzą, że dopóty nie nastąpi pokój na świe­cie, dopóki dzieci nie prze­staną być wycho­wy­wane przez rodzi­ców. Nie popie­ram ich zda­nia. Spo­strze­że­nia tych psy­cho­lo­gów zawie­rają pewne ele­menty prawdy, jed­nak w isto­cie są bar­dzo nie­bez­pieczne. Jeżeli dzieci wycho­wy­wa­łyby się w żłob­kach i przed­szko­lach bez rodzi­ców, pozba­wione miło­ści, w atmos­fe­rze cał­ko­wi­tej obo­jęt­no­ści, mogłyby nie mieć pro­ble­mów z ego, lecz zapewne mia­łyby inne, jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczne pro­blemy.

Dziecko wycho­wy­wane w atmos­fe­rze cał­ko­wi­tej obo­jęt­no­ści nie ma cen­trum. Nie wie, kim naprawdę jest. Jest wewnętrz­nie pomie­szane, pozba­wione toż­sa­mo­ści. Prze­stra­szone, nie­pewne, nie potrafi zro­bić nawet jed­nego kroku.

Dziecko pozba­wione miło­ści rodzi­ciel­skiej nie sta­nie się w przy­szło­ści buddą. Będzie pomie­szane i pora­nione, zawsze pełne obaw.

Potrze­bu­jesz miło­ści, by się uwol­nić od lęku. Wtedy odczu­jesz też, że inni cię akcep­tują, że nie jesteś kimś bez­war­to­ścio­wym, kogo można wyrzu­cić na śmiet­nik. Dziecko wycho­wy­wane bez miło­ści nie ma ego. W jego życiu nie będzie wiele walki i starć. Ale nie będzie ono umiało sta­nąć po swo­jej stro­nie. Cią­gle będzie ucie­kać od ludzi, kryć się w gro­tach wła­snej istoty. Nie osią­gnie stanu buddy, nie będzie pro­mie­nio­wać siłą witalną, nie będzie skon­cen­tro­wane, swo­bodne, ugrun­to­wane. Będzie oddzie­lone od swo­jego cen­trum.

Dla­tego nie popie­ram tych psy­cho­lo­gów. Ich kon­cep­cja spo­wo­duje wycho­wa­nie robo­tów, nie ludzi. Roboty oczy­wi­ście nie mają pro­ble­mów. Nie czują lęku, nie cho­rują na wrzody ani na nowo­twory. Jed­nak nie osią­gają naj­wyż­szego poziomu świa­do­mo­ści, a nawet cofają się w roz­woju. Jeśli sta­niesz się robo­tem, lęk w ogóle nie będzie się poja­wiał, ponie­waż nie będzie nikogo, kto mógłby odczu­wać lęk. Nie warto jed­nak osią­gać podob­nego stanu. Lepiej być podob­nym do boga niż do robota. Mam na myśli to, że można osią­gnąć abso­lutną świa­do­mość i nie żywić obaw, nie mieć lęków ani pro­ble­mów, cie­szyć się życiem jak ptaki, cele­bro­wać życie jak ptaki, śpie­wać jak ptaki. Można osią­gnąć ten stan, nie cofa­jąc się, lecz w pełni roz­wi­ja­jąc świa­do­mość.

Na początku życia dziecko buduje ego. Jest to pro­ces natu­ralny, który należy zaak­cep­to­wać. Nie ma jed­nak potrzeby, by póź­niej dźwi­gać to roz­dmu­chane ego. Ego jest potrzebne na początku życia, by dziecko czuło, że jest akcep­to­wane, kochane, przyj­mo­wane, że jest mile widzia­nym gościem. Ojciec, matka i rodzina two­rzą wokół dziecka atmos­ferę cie­pła, co pomaga mu rosnąć, nabie­rać sił, zako­rze­niać się. To nie­zbędny pro­ces. Ego daje dziecku ochronę. Jest ono niczym łupina, która chroni nasie­nie. Jed­nak łupina nie może stać się naj­waż­niej­sza, gdyż wów­czas nasie­nie musia­łoby obumrzeć. Jeżeli ego utrzy­muje się zbyt długo, staje się wię­zie­niem. Kiedy nad­cho­dzi wła­ściwy moment, łupina powinna pęk­nąć i opaść. Wtedy z nasie­nia naro­dzi się nowe życie.

Dziecko potrze­buje ego, ponie­waż jest bez­radne, słabe, podatne na zra­nie­nia. W jego oto­cze­niu ist­nieje nie­zli­czona ilość czyn­ni­ków, które mogą mu zagra­żać. Dziecko potrze­buje ochrony, domu, trwa­łej pod­stawy. Nie zwraca uwagi na ota­cza­jący je świat, naj­waż­niej­szy jest dla niego dom. Stam­tąd czer­pie poczu­cie swo­jego zna­cze­nia.

Za poczu­ciem zna­cze­nia podąża ego. Dziecko staje się ego­istyczne i stąd wyni­kają wszyst­kie pro­blemy, z któ­rymi styka się jako doro­sły. Ego nie pozwala ci naprawdę się zako­chać. Wymaga, by każda osoba pod­po­rząd­ko­wy­wała się tobie. Nie zezwoli, byś ty pod­po­rząd­ko­wał się komu­kol­wiek. A miłość poja­wia się, kiedy potra­fisz pod­po­rząd­ko­wać się dru­giej oso­bie. Kiedy zmu­szasz drugą osobę do ule­gło­ści, budzi to nie­na­wiść i nisz­czy uczu­cie. Nie na tym polega miłość. Bez miło­ści twoje życie będzie pozba­wione cie­pła, poezji. Twoje życie będzie logiczne, racjo­nalne, mate­ma­tyczne, wypeł­nione prozą. Ale czy można żyć bez poezji?

Proza jest w porządku, racjo­nal­ność jest w porządku. Są potrzebne, uży­teczne. Jed­nak w życiu kie­ro­wa­nym tylko przez rozum i logikę nie ma miej­sca na praw­dziwe świę­to­wa­nie. Kiedy życie nie jest świę­tem, staje się nudne. Potrze­bu­jemy poezji. Żeby odczuć poezję, musisz się pod­dać. Musisz odrzu­cić ego. Jeżeli możesz to zro­bić, jeżeli potra­fisz odsu­nąć ego nawet na krótką chwilę, twoje życie prze­szyją prze­bły­ski piękna i świę­to­ści.

Bez poezji nie możesz auten­tycz­nie żyć, możesz tylko egzy­sto­wać. Miłość jest poezją. Jeżeli nie możesz doświad­czyć miło­ści, jak chcesz doświad­czyć modli­twy, medy­ta­cji, wyż­szej świa­do­mo­ści? Jeżeli nie osią­gniesz świa­do­mo­ści medy­ta­cyj­nej, pozo­sta­niesz cia­łem. Ni­gdy nie będziesz świa­domy swo­jej wewnętrz­nej duszy. Szczy­towe doświad­cze­nia można osią­gnąć jedy­nie w modli­tew­nym odda­niu, w głę­bo­kiej medy­ta­cji i w ciszy. Ta modli­tewna cisza, ta medy­ta­cyjna świa­do­mość sta­nowi naj­wyż­szy poziom doświad­cze­nia. Jed­nak to miłość otwiera drzwi.

Carl Gustaw Jung zba­dał tysiące pacjen­tów cier­pią­cych na różne zabu­rze­nia psy­chiczne. Stwier­dził, że nie spo­tkał cier­pią­cej psy­chicz­nie osoby, która prze­kro­czyła czter­dzie­sty rok życia i któ­rej zasad­ni­cze pro­blemy nie mia­łyby ducho­wego cha­rak­teru. Ist­nieje okre­ślony rytm, który spra­wia, że po prze­kro­cze­niu czter­dziestki w życiu czło­wieka poja­wia się nowy wymiar. Kiedy jed­nak nie wiesz, jak podejść do tego nowego ducho­wego wyzwa­nia, nie wiesz, co robić, możesz zacho­ro­wać. Roz­wój jed­nostki to cią­gły pro­ces. Jeżeli pomi­niesz jeden etap, powstaje luka.

Jeżeli nie nauczysz się uwal­niać od ego, nie będziesz umieć kochać, swo­bod­nie prze­by­wać z drugą osobą. Ego cią­gle wal­czy, nawet gdy ty sie­dzisz w mil­cze­niu. Szuka spo­so­bów na to, by domi­no­wać nad oto­cze­niem, by stać się władcą świata. To two­rzy pro­blemy w przy­jaźni, sek­sie, miło­ści, rela­cjach spo­łecz­nych. Wszę­dzie wcho­dzisz w kon­flikty. Także w kon­flikty z rodzi­cami, któ­rzy dali ci to ego. Rzadko się zda­rza, by syn wyba­czył ojcu, a córka matce.

Geo­r­gij Gur­dżi­jew na ścia­nie pokoju, w któ­rym spo­ty­kał się z gośćmi, miał wypi­saną sen­ten­cję: "Jeśli nie czu­jesz się dobrze ze swoim ojcem i ze swoją matką, odejdź stąd. Nie mogę ci pomóc". Dla­czego? Dla­tego, że pro­blem ego poja­wił się w rodzi­nie i tam musi zostać roz­wią­zany. Z tego wła­śnie powodu wszyst­kie sta­ro­żytne tra­dy­cje powia­dają: "Kochaj swo­ich rodzi­ców. Sza­nuj ich tak bar­dzo, jak to moż­liwe".

Ego wyra­sta i roz­wija się na rodzin­nej gle­bie, dla­tego tam też powinno zostać oswo­bo­dzone. W prze­ciw­nym razie wszę­dzie będzie cię prze­śla­do­wać.

Rów­nież psy­cho­ana­li­tycy stwier­dzili, że istota ich pracy tera­peu­tycz­nej polega na skie­ro­wa­niu uwagi pacjenta ponow­nie na pro­blemy, które ist­niały mię­dzy nim a jego rodzi­cami, i na pod­ję­ciu próby roz­wią­za­nia tych pro­ble­mów. Jeżeli potra­fisz roz­wią­zać kon­flikt ze swo­imi rodzi­cami, znik­nie wiele innych kon­fliktów, ponie­waż wyra­stają one z tego zasad­ni­czego kon­fliktu.

Na przy­kład męż­czy­zna, który nie jest w dobrej rela­cji ze swoim ojcem, nie może być też w dobrej rela­cji z sze­fem w pracy, ponie­waż szef jest figurą ojcow­ską. Mały kon­flikt z rodzi­cami trwa i odzwier­cie­dla się we wszyst­kich two­ich rela­cjach. Jeżeli nie uło­ży­łeś sobie sto­sun­ków z matką, nie możesz mieć dobrego kon­taktu z żoną. Nie możesz być w dobrych kon­tak­tach z kobie­tami w ogóle, ponie­waż twoja matka jest pierw­szą kobietą i sta­nowi dla cie­bie model kobiety. Tam, gdzie poja­wia się kobieta, tam jest też twoja matka i sub­telna rela­cja trwa.

Ego rodzi się w rela­cji z ojcem i z matką. W tym wła­śnie miej­scu trzeba pod­jąć pracę nad nim. Jeśli tak nie zro­bisz, będziesz obci­nał gałę­zie i liście drzewa, pod­czas gdy jego korze­nie pozo­staną nie­na­ru­szone. Kiedy zała­twisz swoje sprawy z ojcem i z matką, sta­niesz się doj­rzały, wolny od ego. Zro­zu­miesz, że jako dziecko byłeś bez­radny, cał­ko­wi­cie zależny od innych, że nie sta­no­wi­łeś cen­trum świata. Bez tej zależ­no­ści nie mógł­byś prze­żyć. Zro­zu­mie­nie pro­wa­dzi do tego, że ego stop­niowo słab­nie. Skoro prze­sta­łeś być w kon­flik­cie z życiem, roz­luź­niasz się, relak­su­jesz, sta­jesz się natu­ralny. Wtedy możesz pły­nąć. Widzisz, że świata nie zalud­niają wro­go­wie, lecz jedna ludzka rodzina. Świat nie zwraca się prze­ciw tobie. Możesz pły­nąć razem z nim. Czło­wiek staje się wolny od ego, gdy spo­strzega, że sta­nowi ono rodzaj dzie­cię­cego snu, że jest zako­rze­nione w nie­wie­dzy.

Przy­cho­dzą do mnie ludzie i pytają: "W jaki spo­sób można się zako­chać? Czy ist­nieje na to jakiś spo­sób?". Pytają o metodę, okre­śloną tech­nikę. W isto­cie nie rozu­mieją, o co pytają. Miłość ozna­cza, że nie ist­nieją metody ani tech­niki. Z tego powodu mówimy: "Zako­chać się, wpaść w miłość" (w ory­gi­nale fal­ling in love - przyp. tłum.). Prze­sta­jesz być kon­tro­lu­ją­cym. Z tego względu osoby prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wane mówią, że miłość jest ślepa. W rze­czy­wi­sto­ści to dzięki miło­ści patrzymy i widzimy naprawdę. Jeśli się zako­chasz, taki osob­nik pomy­śli, że zwa­rio­wa­łeś. Umysł jest dosko­na­łym narzę­dziem mani­pu­la­cji. Każda sytu­acja, która łączy się z utratą kon­troli, to zagro­że­nie dla umy­słu.

Ist­nieje świat ludz­kiego serca i ludz­kiej świa­do­mo­ści, w któ­rym nie działa żadna tech­no­lo­gia. Wszel­kiego rodzaju tech­no­lo­gie są sku­teczne w sto­sunku do mate­rii. W prze­strzeni świa­do­mo­ści nie możemy uży­wać żad­nych tech­no­lo­gii, nie możemy pod­da­wać świa­do­mo­ści kon­troli. Każdy wysi­łek, który ma na celu pod­da­nie świa­do­mo­ści kon­troli lub wywo­ła­nie okre­ślo­nego stanu, wynika z ego­izmu.

Natu­ralne etapy życia i miło­ści

Ludzie pytają mnie, w jaki spo­sób należy two­rzyć atmos­ferę prze­nik­niętą miło­ścią, która pomaga dziecku wzra­stać i nie zakłóca jego natu­ral­nego poten­cjału.

Każdy spo­sób poma­ga­nia dziecku jest błędny. Dziecko potrze­buje two­jej miło­ści, a nie two­jej pomocy. Dziecko potrze­buje poży­wie­nia, wspar­cia. Natu­ralny poten­cjał dziecka jest nie­znany, tak więc nie ist­nieje wła­ściwy spo­sób, by pomóc dziecku w roz­wi­ja­niu tego poten­cjału. Nie możesz pomóc, jeśli cel nie jest znany. Jedyne, co możesz zro­bić, to nie prze­szka­dzać. W rze­czy­wi­sto­ści sprawy wyglą­dają w ten spo­sób, że mówiąc o udzie­la­niu pomocy, ludzie prze­szka­dzają sobie wza­jem­nie, a ponie­waż sama nazwa jest szla­chetna, nikt nie pro­te­stuje. Dziecko, oczy­wi­ście, jest zależne od cie­bie, nie potrafi prze­ciw tej pomocy zapro­te­sto­wać.

Wszy­scy ludzie są pod tym wzglę­dem podobni, doświad­czali pomocy rodzi­ców tak jak ty. Nie roz­wi­nęli swo­jego natu­ral­nego poten­cjału, tobie także się to nie udało.

Cały świat znaj­duje się na błęd­nej dro­dze, mimo że dzie­ciom udzie­lają pomocy rodzice, rodzina, krewni, sąsie­dzi, nauczy­ciele, kapłani. W rezul­ta­cie każda osoba jest tak obcią­żona pomocą, że pod jej cię­ża­rem nie jest w sta­nie zre­ali­zo­wać swo­jego natu­ral­nego poten­cjału, żad­nego poten­cjału! Czło­wiek nie jest w sta­nie wyko­nać swo­bod­nie ruchu, dźwiga na ple­cach kolo­salny cię­żar.

Wszy­scy ota­cza­jący cię ludzie poma­gali ci. Ich pomoc dopro­wa­dziła do tego, że sta­łeś się podobny do nich. Teraz ty chcesz poma­gać swoim dzie­ciom. Jedyne, co możesz zro­bić, to kochać swoje dzieci, nasy­cać wasze rela­cje miło­ścią. Bądź cie­pła, akcep­tu­jąca. Dziecko przy­nosi na świat nie­znany poten­cjał i trudno jest okre­ślić, kim może się stać. Nie da się zasu­ge­ro­wać: "W ten spo­sób możesz pomóc dziecku". Każde dziecko jest nie­po­wta­rzalne, więc nie mogą ist­nieć uni­wer­salne środki wycho­waw­cze.

Wła­ściwy spo­sób postę­po­wa­nia polega na tym, by w ogóle nie poma­gać. Jeżeli dys­po­nu­jesz rze­czy­wi­stą odwagą, to, pro­szę, nie poma­gaj dziecku. Kochaj je, odży­wiaj je. Pozwól mu robić to, co chce robić. Pozwól mu iść tam, dokąd chce iść. Twój umysł cią­gle będzie cię pro­wo­ko­wał, abyś wcho­dziła dziecku w drogę. Będzie znaj­do­wał uza­sad­nia­jące to argu­menty. Umysł ma zna­ko­mitą umie­jęt­ność racjo­na­li­za­cji: "Jeżeli nie będę inter­we­nio­wać, pojawi się nie­bez­pie­czeń­stwo, dziecko wpad­nie do studni". Chcę jed­nak powie­dzieć, że lepiej pozwo­lić, by dziecko wpa­dło do studni, niż poma­gać mu w samo­de­struk­cji.

Bar­dzo rzadko się zda­rza, by dziecko wpa­dło do studni, a nawet jeśli tak się sta­nie, nie ozna­cza to, że zgi­nie. Naj­praw­do­po­dob­niej zosta­nie z niej wycią­gnięte. Jeżeli rze­czy­wi­ście sytu­acja budzi twój nie­po­kój, stud­nię można zakryć, oto­czyć pło­tem.

Przed­mio­tem two­jej tro­ski powinno być usu­nię­cie wszel­kich nie­bez­pie­czeństw. Nie prze­szka­dzaj jed­nak dziecku, pozwól mu iść wła­sną drogą.

Należy zro­zu­mieć ważne pra­wi­dło­wo­ści doty­czące roz­woju czło­wieka. Życie dzieli się na sied­mio­let­nie cykle. Dla­czego? Nikt nie wie. Podob­nie jak nikt nie wie, dla­czego Zie­mia doko­nuje peł­nego obrotu wokół wła­snej osi w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin, nie dwu­dzie­stu trzech ani dwu­dzie­stu pię­ciu godzin. Nie można tego wyja­śnić. To po pro­stu fakt. Dla­tego nie pytaj­cie mnie, dla­czego życie ludz­kie dzieli się na sied­mio­let­nie cykle. Tego nie wiem. Wystar­czy, że zro­zu­mie­cie tę pra­wi­dło­wość, a wtedy zro­zu­mie­cie zasadę roz­woju czło­wieka.

Pierw­sze sie­dem lat życia istoty ludz­kiej to naj­waż­niej­szy okres, ponie­waż two­rzy się wów­czas pod­stawa dal­szego roz­woju. Z tego wła­śnie powodu wszyst­kie reli­gie sta­rają się usi­dlić dziecko tak szybko, jak to tylko moż­liwe. W ciągu tych pierw­szych sied­miu lat jesteś warun­ko­wany, napeł­niany wszel­kiego rodzaju prze­ko­na­niami, które będą wywie­rały wpływ na twoje dal­sze życie. Te prze­ko­na­nia będą cię sepa­ro­wać od two­jego rze­czy­wi­stego poten­cjału, będą cię nisz­czyć, zakłó­cać jasność two­jego postrze­ga­nia. Będą dzia­łały niczym ciemne prze­słony na oczach i znie­kształ­cały praw­dziwy obraz świata.

Egzy­sten­cja jest cał­ko­wi­cie prze­zro­czy­sta, łatwa do prze­nik­nię­cia, nato­miast na two­ich oczach nagro­ma­dziło się wiele warstw kurzu. Cały ten pył osiadł w ciągu pierw­szych sied­miu lat życia, kiedy byłeś nie­winną, ufną istotą. Wie­rzy­łeś wów­czas we wszystko, co ci powie­dziano, wszystko uzna­wa­łeś za prawdę. To, co w tym okre­sie prze­nik­nęło do pod­staw two­jej świa­do­mo­ści, w póź­niej­szych okre­sach stało się nie­moż­liwe do odkry­cia. Pier­wotne prze­ko­na­nia stały się nie­mal skład­ni­kami two­jej krwi i tkanki kost­nej. W póź­niej­szym okre­sie życia mogłeś kwe­stio­no­wać wiele prze­ko­nań, ale ni­gdy nie poda­wa­łeś w wąt­pli­wość tych naj­głęb­szych.

Pier­wot­nym wyra­zem miło­ści do dziecka jest pozo­sta­wie­nie go przez pierw­sze sie­dem lat życia w sta­nie cał­ko­wi­tej nie­win­no­ści, w sta­nie wol­nym od uwa­run­ko­wań: nie­mal dzi­kim, pogań­skim. Dziecko nie powinno być wpro­wa­dzane w zasady żad­nej reli­gii. Osoba, która pró­buje skło­nić dziecko do wyzna­wa­nia okre­ślo­nej reli­gii, zatruwa duszę nowej istoty. Zanim dziecko zacznie sta­wiać jakie­kol­wiek pyta­nia, już udziela się mu odpo­wie­dzi za pośred­nic­twem goto­wych filo­zo­fii, dogma­tów, ide­olo­gii. To bar­dzo dziwna sytu­acja. Dziecko nie zaczęło jesz­cze sta­wiać pytań na temat Boga, a ty już zaczy­nasz je uczyć o Bogu. Dla­czego jesteś tak nie­cier­pliwa? Zacze­kaj!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki