BRACIA BOHATEROWIE
Za bardzo dawnych czasów, kiedy po wielkich miastach nie było jeszcze takich porządków jak dzisiaj, często szerzyły się różne zarazy i ludziom strasznie dawały we znaki. Zarazy te nazywano powietrzem i jak po dziś dzień, tak i dawniej modlono się: "Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie!".
Otóż przyszedł raz taki mór, taka bladolica choroba i do szczętu spustoszyła Mostar, stolicę Bośni i Hercegowiny, dwóch krajów słowiańskich na Półwyspie Bałkańskim.
Ze wszystkich mieszkańców Mostaru ocalała tylko jedna wdowa z dwoma synkami. Jeden miał na imię Chrysto, a drugi Dżuro. Wdowa nie mogła wyżywić sierot. Roboty nie ma, a chleb podrożał. Co tu począć? Myśli i myśli biedaczka, aż postanowiła nareszcie oddać Chrysta w służbę cesarzowi, a Dżura sułtanowi.
Minęło lat dziewięć. Chłopcy wyrośli na silnych i urodziwych młodzieńców. przez cały ten czas nie widzieli się ani razu ze sobą. Sułtan wydał wojnę cesarzowi. Na obszernej równinie zebrały się dwie armie nieprzyjacielskie i stoją naprzeciw siebie. Z armii cesarskiej wysuwa się dzielny, rosły jeździec, pędzi ku szeregom wroga i wyzywa rycerzy na pojedynek. Wyzwanie przyjmuje dziewięciu, ale jeden po drugim pada, krwią zbryzgany. Sułtana zgroza przejmuje. Zginął sam kwiat jego wojska. Na dany rozkaz heroldowie zaczynają objeżdżać szeregi i wołają:
- Czy nie masz między wami rycerza, którego wykarmiła matka-bohaterka? Jeśli jest silny z najsilniejszych, zuch nad zuchy, niech wyjdzie na bój za padyszacha, a padyszach, tj. sułtan, nagrodzi go złotem i mianuje go bejem.
Słyszy Dżuro wezwanie i staje w namiocie sułtana. Sułtan kochał Dżura jak syna.
- Czy to prawda, mój ojcze, że uczynisz bejem tego, kto pokona wroga? - zapytał Dżuro.
- Prawda, synu - odparł padyszach.
Dżuro siada na swego czarnego jak węgiel konia, podjeżdża do wojska nieprzyjaciół i wyzywa rycerza na pojedynek. Rycerz wyjeżdża; krzyżują się oszczepy i - pęknięte, spadają na ziemię. Rycerze chwytają dzidy i dzidy starłszy się ze sobą, rozlatują się w drzazgi. Do szabli - i szable pękają na połowę. Rycerze zeskakują z koni i biorą się za bary. Tarcze trzeszczą i łamią się, pióra hełmów fruwają w powietrzu... Bój trwa dzień cały. Żaden ani raniony, ani pokonany.
Wyczerpani z sił, rycerze siadają do wypoczynku.
- Powiedz mi, szlachetny rycerzu - rzecze Dżuro - z jakiegoś ty kraju? Kto jest twoją matką? Jaki naród wydał takiego bohatera?
- Słyszałeś może, iż kilka lat temu mór bladolicy o wężowych ślepiach spustoszył Mostar, mój gród rodzinny. Ocalała jedynie moja matka z dwoma synkami. Nie miała nas czem wyżywić i oddała mnie...
- Chrysto, bracie mój! - zawołał rozradowany Dżuro i porwał brata w objęcia.
Wojsko z obu stron patrzy i dziwi się. Wrogowie, którzy walczyli tak zawzięcie, ściskają się nagle. Oto usiedli na zielonej murawie, otwierają flaszki, piją wino, trącają się.
- Cóż teraz poczniemy? - zapytuje Dżuro.
- Idź ty, bracie, do padyszacha, a ja pójdę do cesarza i poprosimy ich o zawarcie pokoju. Przecież dwaj bracia nie mogą podnosić ręki wzajem na siebie, choćby nawet na polu bitwy.
Idzie Dżuro do sułtana, Chrysto do cesarza, a zabiegi ich zostają uwieńczone skutkiem pomyślnym. Monarchowie zawarli pokój.
- Czemże wynagrodzimy braci-bohaterów? - zapytuje sułtan, wyciągając dłoń zgody do byłego wroga.
- Ty nagródź swego, jak uważasz, a ja mianuję swego generałem - odparł cesarz.
- Nie, nie należy rozłączać braci. Ja dam im ziemię, a ty daj pieniędzy.
I tak się stało. Chrysto i Dżuro otrzymali cały powiat na własność dziedziczną, udali się po matkę i zaczęli sobie żyć jak u Pana Boga za piecem.
Od nich to bierze początek ród, który po dziś dzień zażywa szacunku w całej Bośni.