Culebra I. Wąż
Wąż jest jednym z najmocniej utrwalonych
symboli - czy to w starożytności, czy w czasach współczesnych.
Wykorzystują go kultury na całym świecie w celu przedstawienia całego
spektrum ludzkich doświadczeń - dobra i zła, kreatywności i śmierci,
mądrości i pokusy. Na przykład w niektórych wierzeniach rdzennych
Amerykanów wąż jest uważany za wcielenie Matki Ziemi, która ma władzę
nad naturą. Legendy te głoszą, że jeśli ludzie odnoszą się z szacunkiem
do natury, wąż się odwdzięcza, przynosząc dobrą pogodę i urodzaj. Jeśli
zaś tego szacunku zabraknie, zsyła susze i klęski żywiołowe. W literaturze wedyjskiej znajdziemy odwołania do potężnej energii zwanej
kundalini, zwiniętej (jak wąż) u podstawy kręgosłupa. Siła ta, obudzona
przez praktykę jogi lub medytację, wyzwala wyższe poziomy świadomości i uwalnia pokłady kreatywności. W religii hinduistycznej Wisznu jedno z najważniejszych bóstw przedstawiane jest często na tysiącgłowym wężu. W haitańskim voodoo wąż to święty symbol, który stanowi pomost między
światem fizycznym i duchowym. I oczywiście jest też najsłynniejszy ze
wszystkich wąż - ten z Księgi Rodzaju, który ukazuje się Ewie w ogrodzie
Eden, kusząc ją zakazanym owocem. Wąż obiecuje, że po jego zjedzeniu ona
i Adam uzyskają wiedzę i moc, a tymczasem, jak głosi Biblia, prowadzi ją
- a wraz z nią całą ludzkość - na manowce.
Culebra to hiszpańskie słowo oznaczające węża. Tak też nazywa się
niewielka wyspa oddalona około 30 kilometrów na wschód od Portoryko.
Znalazłem się na niej, będąc na skraju załamania nerwowego, i tam
sięgnąłem dna.
Ta książka powstała przez przypadek
Była dziesiąta rano, ale słońce już mocno grzało. Siedziałem boso na
Flamenco Beach. Zerknąłem na ekran mojego iPhone'a - dostałem kilka
wiadomości od znajomych, czy wszystko w porządku. Nie wszystko było w porządku, nie odpisywałem więc i schowałem telefon do kieszeni.
Piasek na plażach Culebry jest bardzo jasny, prawie biały - wygląda
pięknie i dziwnie zarazem, wzbudza we mnie pewien niepokój. W książce
Moby Dick Herman Melville pisał, że kolor biały ma w sobie pewną
nieuchwytną cechę, która sprawia, że "myśl o białości, jeśli jej odjąć
wszelkie łagodniejsze skojarzenia i powiązać ją z jakimkolwiek
przedmiotem strasznym samym w sobie, potęguje ową straszliwość do
ostatnich granic". Za przykład podawał niedźwiedzia polarnego i żarłacza
białego: "Cóż, jeśli nie ich gładka, śnieżna białość czyni z nich owe
nadprzyrodzone potwory?". Dorzuciłbym do tej listy niepokojąco biały
piasek Flamenco.
Ocean był spokojny. Na plaży poza mną nie było nikogo. Spomiędzy drzew
gdzieś w oddali wyfrunął myszołów i poszybował nad wodą. Wpatrywałem się
w fale i patrząc z boku, każdy by pewnie pomyślał, że jestem spokojny i opanowany. Soczyście zielone góry, ciemny las, bezmiar oceanu - widok
zapierał dech w piersiach. Mnie jednak ogarniała panika. Oślepiające
słońce sprawiało, że czułem się jak w sali przesłuchań. Nowy Jork
zalało, a ja zostałem bez dachu nad głową.
Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, siedziałem więc dalej na plaży.
Tydzień temu przez Nowy Jork przetoczył się huragan Sandy -
najpotężniejszy, jaki kiedykolwiek uderzył w to miasto. Cały Dolny
Manhattan znalazł się pod wodą, kilkadziesiąt osób zginęło, a tysiące
mieszkań zamieniło się w akwaria - w tym moje. "To jakieś szaleństwo",
pomyślałem, biorąc łyk czerwonego wina. Było zdecydowanie za wcześnie,
żeby pić. Co z tego? Wziąłem kolejny łyk. Chciałem znaleźć się gdzieś
indziej, gdziekolwiek, ale nie miałem dokąd uciec. Zamknąłem po chwili
oczy i ponownie je otworzyłem. Myszołów odleciał.
Wszyscy mówili mi: "Chcesz zostać pisarzem? Przeprowadź się do Nowego
Jorku". I tak zrobiłem. Rzuciłem pracę jako specjalista do spraw
reklamy, sprzedałem mieszkanie, pożegnałem się z przyjaciółmi i rodziną,
po czym wsiadłem w samolot z Minneapolis-Saint Paul na lotnisko
LaGuardia w Nowym Jorku. Miałem bilet w jedną stronę. Zabrałem ze sobą
tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Po głowie chodziły mi słowa Paulo
Coelho: "Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa
potajemnie, by udało ci się to osiągnąć". No cóż... Ledwo zdążyłem się
wypakować, kiedy się zaczęło.
Huragan Sandy zaskoczył wszystkich swoją intensywnością. Spodziewaliśmy
się, że przyjdzie jakaś burza, ale większość mieszkańców, łącznie ze
mną, nie przesadzała ze środkami ostrożności. "Daj spokój, jesteśmy w Nowym Jorku. Nie ma co panikować z powodu kiepskiej pogody" - mniej
więcej takie było nasze podejście. Noc, kiedy uderzył huragan, spędziłem
w New Jersey - nie zdecydowały o tym względy bezpieczeństwa, ale raczej
nuda. Spotykałem się wówczas z dziewczyną o imieniu Madison, która tam
mieszkała. Któreś z nas wpadło na pomysł, żeby przeczekać zapowiadany
huragan w sąsiednim stanie, a po wypiciu paru drinków utwierdziliśmy się
w przekonaniu, że to dobra decyzja. Zaplanowaliśmy, że zrobimy sobie noc
filmową. Trochę przed północą zerwał się wiatr, a w mieszkaniu zaczęła
szwankować elektryczność. Nie mieliśmy pojęcia, że kilka kilometrów od
nas poziom wody na rzece Hudson niebezpiecznie się podnosił, a Dolny
Manhattan zamienił się w basen. Wreszcie prąd wysiadł na dobre.
Kochaliśmy się, a deszcz wściekle walił w okna. Mieliśmy się całkiem
nieźle. Gorzej z moim nowojorskim mieszkaniem. Było przy Broad Channel w dzielnicy Queens, nad samą wodą. Właśnie podpisałem umowę najmu,
następnego dnia miałem tam nocować. Tymczasem jeszcze przed północą
wypełniło się wodą po kolana. W ciągu kilku godzin wszystko zostało
doszczętnie zniszczone.
Chciałem zrobić furorę w Nowym Jorku, ale nie o to mi chodziło. O poranku, na kacu, dowiedziałem się, co z moim mieszkaniem, i dopiero
wtedy po raz pierwszy uderzyło mnie, co ja właściwie zrobiłem. Zamknąłem
za sobą wszystkie drzwi, nie miałem żadnego planu B. Poczułem się
totalnie zagubiony i bezradny. Rzuciłem świetną pracę z perspektywami,
byłem więc bezrobotny, a do tego właśnie zostałem bezdomny. Wspaniale.
Rozważałem w głowie swoje opcje: powrót do Minneapolis absolutnie nie
wchodził w grę - nie zamierzałem tego zrobić, zanim czegokolwiek nie
osiągnę. Może mógłbym pomieszkać u Madison? Tę myśl też szybko
odrzuciłem, w sumie przecież dopiero ją poznałem. A gdyby tak rozesłać
po znajomych na Facebooku pytanie, czy ktoś przyjmie mnie na nocleg na
kanapie przez jakiś czas? Czemu nie, ale dopiero tu przyleciałem i nie
miałem jeszcze znajomych, których mógłbym prosić o coś takiego. Mój
umysł pracował na najwyższych obrotach, szukając alternatywy.
Zadzwonił telefon. Spojrzałem na ekran - to był mój kumpel Jake.
Podobnie jak ja przez huragan stracił dach nad głową. Ale - w przeciwieństwie do mnie - miał jakiś plan.
- Wiem, co zrobimy. Mój znajomy ma domek gdzieś na Karaibach. Obecnie
wyjechał i domek stoi pusty, więc...? Co możesz zrobić, kiedy życie
zabiera ci dom przy samej plaży? Znaleźć inny dom przy lepszej plaży! To
co, jedziemy?
Nawet się nie zastanawiałem.
Kilka dni później siedzieliśmy na pokładzie samolotu tanich linii
lotniczych JetBlue do Puerto Rico. Stamtąd maleńki zardzewiały
samolocik, na który wydaliśmy ostatnie pieniądze, zabrał nas na Culebrę,
wyspę węża.
Na Culebrze panuje niesamowita cisza, jak z zupełnie innego świata.
Wprost trudno uwierzyć, że to wciąż Karaiby, gdzie na każdej wyspie aż
roi się od luksusowych hoteli i kurortów przyciągających turystów.
Culebra jest niewielka (1800 mieszkańców) i niepozorna, wręcz osobliwa.
To samo można powiedzieć o samolocie, który nas tu dostarczył. Był to
relikt minionej epoki, przypominał starą kolejkę górską w wesołym
miasteczku, którą gdzieniegdzie rdza przeżarła na wylot, a cała
konstrukcja przeraźliwie skrzypi, gdy przerażeni pasażerowie mkną po jej
nieprzewidywalnych zakrętach, ale jednak wciąż funkcjonuje.
Po niezbyt spokojnym locie nastąpiło zaskakująco łagodne lądowanie.
Podziękowaliśmy pilotowi po hiszpańsku i ruszyliśmy polną drogą na
poszukiwanie naszej chatki. Kurczaki i jaszczurki kroczyły ulicami z pewnością siebie nowojorskich taksówkarzy. Tu i ówdzie między palmami
widać było hamaki, w których drzemali lokalsi, łapiący ostatnie
promienie zachodzącego słońca.
Przyjechaliśmy w dzień wyborów. Domy udekorowane były flagami
zawieszonymi na masztach i balkonach. Plakaty z hasłami po hiszpańsku i zdjęciami szeroko uśmiechniętych polityków oblepiały słupy telefoniczne
i znaki drogowe. Zbliżał się wieczór, głosowanie się zakończyło, teraz
można świętować! W oddali słychać było śpiewy, a niebo rozbłysło od
fajerwerków. Tequila lała się strumieniami. Mieszkańcy tańczyli na
ulicach do muzyki grającej na pełny regulator z samochodów. Słyszałem
nawet strzały z broni.
Ostatkiem sił weszliśmy do domku. Zaklepałem sobie większy pokój i wreszcie rzuciłem się na łóżko. Materac był twardy jak kamień, a w oknie
brakowało szyby. Zamknąłem oczy. Słuchałem muzyki dobiegającej z ulicy i przez moment wyobraziłem sobie, że w ten sposób wyspa mnie wita, ciesząc
się z mojego przybycia. Wkrótce ta myśl - podobnie zresztą jak wszystkie
inne - wyparowała w wilgotne powietrze. Przespałem ciurkiem dziesięć
godzin.
Spotkanie z ego
Obudziłem się zupełnie skołowany. "Jak ja się tu właściwie znalazłem?"
Próbowałem uporządkować wydarzenia z ostatniego tygodnia, ale w głowie
miałem natłok myśli. Huragan, powódź, samolot, świętowanie na ulicach...
Odtwarzałem powoli, jak trafiłem z przytulnego mieszkania Madison do
niewygodnego łóżka na Culebrze, i nagle poczułem się przeraźliwie
samotny.
Wciąż miałem na sobie wczorajszy T-shirt i dżinsy. Nie przebrałem się,
wyszedłem z domku, zgarniając po drodze butelkę czerwonego wina, która
stała na blacie w kuchni. Szedłem przed siebie: najpierw polną drogą,
potem asfaltową. Minąłem kurczaki i jaszczurki. Minąłem lokalsów
śpiących w hamakach. Minąłem plakaty z uśmiechniętymi politykami,
potłuczone butelki po tequili z wczorajszego świętowania i resztki po
fajerwerkach. Szedłem dalej, zatrzymałem się dopiero na plaży na
północnym krańcu wyspy. Dojście nad ocean zajęło mi czterdzieści pięć
minut.
Usiadłem na piasku i otworzyłem wino. Patrzyłem na intensywnie
niebieskie niebo i całkowicie spokojny ocean. Koniec końców można
powiedzieć, że miałem szczęście - podczas huraganu nic mi się nie stało,
a do tego wylądowałem na tropikalnej wyspie, ale dopiero co się tu
znalazłem, a już myślałem o wyjeździe. Poważnie martwiłem się, co będzie
dalej z moim życiem. "Jestem beznadziejny", myślałem. "Po co
przeprowadzałem się do Nowego Jorku? Dlaczego rzuciłem niezłą pracę,
sprzedałem mieszkanie? Trzeba było zostać na miejscu. Za późno na
spełnianie naiwnych pragnień". Założyłem, że jeśli zaryzykuję i zawalczę
o swoje marzenie, cały wszechświat będzie mi potajemnie sprzyjał. Teraz
nie byłem już tego taki pewien.
Już jako dziecko chciałem zostać pisarzem. Codziennie wyglądałem przez
okno mojego pokoju i pozwalałem wyobraźni swobodnie wędrować po
odległych miejscach, z dala od rodzinnej mieściny w Minnesocie. Marzenia
stawały się coraz śmielsze i szara rzeczywistość mojego miasteczka
przestała mi wystarczać. Odkryłem książki. Whitman, Hemingway, García
Márquez, Rimbaud, Blake, Ginsberg - dla mnie pisarze byli ostatnimi
wielkimi odkrywcami. Tak, granice świata były już poznane, ale pisarze
badali inne granice - ludzkiego umysłu.
Traktowałem pisanie jako formę medytacji. Musiałem wyłączyć wszystkie
myśli, żeby zrobić w głowie miejsce dla słów - pozwalałem im się nieść,
a same układały się w zdania. Wbrew pozorom kreatywność wymaga
słuchania. Zanim pisarz zacznie pisać, powinien nauczyć się słuchać, bo
kiedy się nadstawi ucha, można usłyszeć inspirację, którą przez
większość czasu zagłusza natłok myśli.
To była dla mnie ważna lekcja. Starałem się mieć uszy otwarte, bo w każdej chwili spodziewałem się usłyszeć melodię muzy przelatującej
akurat przez stan Minnesota w drodze do innego świata. "Jeśli będę
uważnie słuchał, może uda mi się uchwycić świetny pomysł, zanim wpadnie
na niego ktoś inny", myślałem. Dlatego wsłuchiwałem się nawet w ciszę, w nadziei, że podsłucham jakąś wielką kosmiczną tajemnicę. Uważałem, że
natchnienie to rzecz z innego świata, poza naszym pojmowaniem, którą
trzeba dobrze wykorzystać, bo przychodzi tylko na chwilę, a za moment
już jej nie ma.
Wybiegnijmy w przyszłość o jakieś piętnaście lat: zbliżam się do
trzydziestki i robię karierę w reklamie, a swoje marzenia o zostaniu
pisarzem dawno odłożyłem na bok. Nieoczekiwanie dla mnie samego wszedłem
w rolę profesjonalnego korposzczura. Zmotywowany, skupiony, szybko
mówiłem, szybko działałem i szybko awansowałem, zyskując niezłą pozycję
w branży. Pisanie było ostatnią rzeczą, o której myślałem.
Moje dni były po brzegi wypełnione prezentacjami dla klientów,
kreatywnymi burzami mózgów, hektolitrami kawy i niezliczonymi
spotkaniami. A noce? Happy hours w lokalnych barach, koncerty
hip-hopowe, kluby nocne, narkotyki (trochę za dużo) i dużo dziewczyn (z których większość ledwie pamiętam). Mieszkanie zapełniałem coraz to
nowymi rzeczami, których tak naprawdę nie potrzebowałem, a wolny czas
spędzałem z ludźmi, za którymi nie przepadałem. I sprawiało mi to
przyjemność - przez jakiś czas. Czegoś mi jednak brakowało, choć nie
umiałem określić czego. A potem było już tylko gorzej. Cichaczem do
mojego życia wkradła się depresja. Tą gonitwą nie wiadomo za czym
próbowałem sobie coś zrekompensować, coś, co nieświadomie zgubiłem
gdzieś po drodze. Zapomniałem najważniejszą lekcję mojego dzieciństwa.
Zapomniałem, jak się słucha.
W ten poranek na Flamenco Beach wreszcie zatrzymałem się w biegu i poważnie zastanowiłem nad sekwencją zdarzeń, które doprowadziły mnie tu,
gdzie jestem. Uzmysłowiłem sobie, że spędziłem ostatnich dziesięć lat
życia w pogoni za sukcesem w znaczeniu, w jakim jest on powszechnie
rozumiany w społeczeństwie - ale nie do końca o to mi chodziło. Przez to
straciłem z oczu swój wyższy cel (jaki on miałby być - jeszcze sobie
tego nie uświadamiałem). Podobnie jak wielu ludzi w moim wieku
przedkładałem sukces ponad cel i uznanie ponad autentyczność. Tymczasem
nie było już nikogo, komu mógłbym zaimponować. Słońce na plaży świeciło
jak szalone, ja jednak czułem się tak, jakby zbierały się nade mną
czarne chmury. Miałem natłok myśli - i nie były one przyjemne. Czułem,
jakbym dostał w twarz. Chciałem, żeby ktoś dał mi w twarz. Przydałoby mi
się więcej wina. Potrzebowałem czegoś, co odwróciłoby moją uwagę od
natrętnych myśli.
"Skąd się właściwie biorą te myśli?", zapytałem sam siebie. Zastanowiło
mnie to, z jaką pogardą się do siebie odnosiłem, i chciałem wiedzieć, co
jest źródłem tego uczucia.
Dlaczego czuję się tak niepewnie?
Bo jestem bezdomny i bezrobotny.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo bez pieniędzy, bez pracy i bez perspektyw nie wrócę do Nowego Jorku.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo rzuciłem pracę i karierę, żeby podążać za marzeniem, którego być może
nigdy nie uda mi się zrealizować.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo boję się ponieść porażkę.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo potrzebuję uznania innych, żeby poczuć, że jestem coś wart.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo nie potrafię znaleźć szczęścia w spokoju i stabilizacji.
Dlaczego aż tak się tym przejmuję?
Bo czuję jakiś nieokreślony brak. A skoro czegoś mi brak, to znaczy, że
czegoś potrzebuję. Czegokolwiek.
Bingo. Właśnie odkryłem swoje ego. Miało cholernie dużo do powiedzenia -
i to nie były fajne rzeczy.
Ego to mój wewnętrzny głos niezadowolenia i lęku. Przez lata nie
zdawałem sobie sprawy z jego istnienia, ale towarzyszył mi od zawsze i z całą pewnością miał wielki wpływ na wiele moich zachowań i decyzji.
Nigdy wcześniej nie zwracałem na niego uwagi - założyłem, że moje ego to
po prostu prawdziwy ja. Ale ja nie jestem moim ego. Ty też nie jesteś
twoim ego. Nie jesteśmy naszymi myślami. Jesteśmy świadomością pod
powierzchnią aktywności umysłowej. Umysł przypomina ocean - nieustannie
się zmienia, woda przelewa się, wzbiera, cofa, burzy. Prawdziwy ja - i prawdziwy ty - to ocean, z którego powstają te fale. Nasze myśli bywają
różne, czasami zupełnie przypadkowe, czasami destrukcyjne, ale nasza
świadomość pozostaje nieruchoma pomimo tych wszystkich zawirowań na
powierzchni.
Nie jesteśmy naszymi myślami. Jesteśmy świadomością pod powierzchnią
aktywności umysłowej. Umysł przypomina ocean - nieustannie się zmienia,
woda przelewa się, wzbiera, cofa, burzy. Prawdziwy ja - i prawdziwy ty -
to ocean, z którego powstają te fale.
Ego reprezentuje mentalność braku i daje fałszywe podszepty, żeby
usprawiedliwić ten brak. "Mam osiągnąć sukces. Muszę zaimponować innym.
Potrzebuję uwagi". To nie są słowa twojego prawdziwego ja. Tak mówi ego.
Siedząc na Flamenco Beach, uświadomiłem sobie, że scenariusze snute
przez moje ego, choć przekonujące, nie były prawdziwe. Naszą
rzeczywistość kształtują historie, w które wierzymy. Zrozumiałem, że
jeśli chcę zmienić swoje życie, muszę też zacząć opowiadać sobie inną
historię - historię, która nie wypływa z mojego ego, ale skądś poza nim.
Gdy uświadomiłem sobie, że nie jestem swoimi myślami, przypomniałem
sobie o umiejętności, z której kiedyś często korzystałem, a z biegiem
lat gdzieś zatraciłem - żeby przestać myśleć, a zacząć słuchać. Starałem
się skupić na przestrzeni pomiędzy moimi myślami. Na początku nie było
to proste - myśli, zarówno te pozytywne, jak i te mniej, walczyły o moją
uwagę, a wypite wino, które wciąż szumiało mi w głowie, wcale nie
ułatwiało sprawy, ale nie zatrzymywałem się na swoich myślach,
pozwoliłem im płynąć. Powoli świat zewnętrzny przestał do mnie docierać
i skierowałem całą uwagę do wewnątrz. Odkryłem, że toczę wewnętrzną
walkę. Biły się we mnie dwa głosy. Pierwszy to ego. Krzyczało, że
powinienem się martwić. Raz przesadnie skupiało się na przeszłości,
przywołując wszystkie błędy, jakie popełniłem, raz obsesyjnie wybiegało
w przyszłość i podsuwało milion powodów, dla których powinienem zwątpić
w sensowność tego, co sobie zaplanowałem. Ego odwoływało się do tego, co
było, i do tego, co będzie, ale nigdy nie do tego, co jest.
Zamknąłem oczy i skupiłem się na swoim oddechu. Wdech. Wydech. Wdech.
Wydech. Gdy udało mi się trochę uciszyć wewnętrzny harmider, usłyszałem
cichutki, znacznie cichszy od rozgorączkowanego ego, głos mówiący, że
jest okej, żebym się uspokoił, że nic złego mi się nie dzieje.
- Nie musisz uciekać ani się zamartwiać, nawet jeśli jest ci teraz
bardzo ciężko.
Zadrżałem, mimo że było ciepło.
- Jesteś właśnie tu, gdzie powinieneś być - powiedział głos. To było
moje wyższe ja.
Nie tylko usłyszałem, co do mnie mówi, ale też instynktownie poczułem.
Głos jednocześnie był częścią mnie i poza mną. Nie potrafiłem
zlokalizować, skąd dobiega, ale mój umysł pozostawał spokojny i słuchał.
Uderzyło mnie, że nie bez powodu wylądowałem na Culebrze - tak miało
być. Czarne myśli zaprzątały mi głowę, od kiedy pamiętam, i zawsze im
bezrefleksyjnie ulegałem, aż znalazłem się w ślepym zaułku. Pierwszy raz
w życiu tak się czułem, ale uznałem, że to dobry moment, żeby moje ego i moje wyższe ja odbyły szczerą rozmowę.
Zdaniem ego byłem ofiarą serii niefortunnych zdarzeń.
Zdaniem wyższego ja sam kreuję własną rzeczywistość.
Zdaniem ego powinienem się stresować obecną sytuacją.
Zdaniem wyższego ja powinienem zaufać i zanurzyć się w teraźniejszości.
Zdaniem ego wszystko, co się przydarzyło, stało się przez przypadek.
Zdaniem wyższego ja wszystko miało swój cel.
Znajdź swój ocean
Gdy znika ego, znikają ograniczenia.
- Yogi Bhajan
Dorastałem w Minnesocie i jako dzieciak nigdy nie widziałem morza ani
żadnej większej wody. Niedaleko domu mieliśmy za to mały, mulisty staw,
do którego dostępu broniły różnego rodzaju robaki, żaby i żółwie.
Pamiętam, jak podwijałem nogawki, żeby wejść do wody, i czułem, jak
błoto przelewa mi się między palcami stóp. Słyszałem, że istnieje coś
takiego jak oceany, ale było to poza moim wyobrażeniem.
Kiedy nasza percepcja jest ograniczona, nasza rzeczywistość również jest
ograniczona. Gdy poszerzamy naszą zdolność postrzegania, zwiększa się
również nasza zdolność doświadczania. Jeśli chcemy czegoś więcej, musimy
najpierw sięgnąć wyobraźnią dalej.
Dopiero kiedy wylądowałem na Culebrze, dotarło do mnie, że jeśli szukamy
swojej prawdy na zewnątrz nas samych (czy to w mediach, polityce,
religii czy innych wytworach społecznych), zawsze będziemy brodzić w niewielkim stawie - w płytkim zbiorniku możliwości. Jeśli nie uda nam
się spojrzeć na życie z szerszej perspektywy, będzie nam się błędnie
wydawało, że to jezioro to ocean. Kiedy nasza percepcja jest
ograniczona, nasza rzeczywistość również jest ograniczona. Gdy
poszerzamy naszą zdolność postrzegania, zwiększa się również nasza
zdolność doświadczania. Jeśli chcemy czegoś więcej, musimy najpierw
sięgnąć wyobraźnią dalej.
Każdy z nas ma w sobie ocean. To pewien szczególny rodzaj energii, ten
stan, gdy aktor wchodzi w rolę tak głęboko, że się w niej zatraca. To
ten moment, kiedy ojciec po raz pierwszy przytula swojego nowo
narodzonego syna. To to uczucie, kiedy się zakochujesz i masz wrażenie,
że czas się zatrzymał. Kiedy w twoim umyśle nie ma żadnych rozproszeń, a ty po prostu zanurzasz się w teraźniejszości i akceptujesz tę chwilę w pełni, jakakolwiek by ona była - czy wspaniała, czy bolesna - bez
żadnych ale.
Prędzej czy później każdy znajdzie swój ocean - to pewne. To nasz
ostateczny cel, wszyscy do tego dążymy i wszyscy tam trafimy. Zapomnij o porażkach - czeka cię tylko rozwój. Zapomnij o pożarach, które musisz
ugasić - przed tobą ocean możliwości. Nawet jeśli wybierzesz błędną
ścieżkę, prędzej czy później dotrzesz nią do autostrady prowadzącej
wprost do celu. Niektórzy trafią tam szybko, innym zajmie to dużo więcej
czasu, bo będą bali się zanurzyć w nieznanym. Jedni znajdą go, bo
świadomie szukają, inni - jak na przykład ja - dojdą do niego przez
przypadek.
Ego podpowie ci, że szukając swojego oceanu, stracisz grunt i utoniesz.
Nie słuchaj go. Jeśli znajdziesz ocean, będziesz bezpieczny.
Każdy dopływ trafia do rzeki, a każda rzeka wpada do morza. Kiedy dajesz
się ponieść chwili, słyszysz mądrość ciszy, a nie podszepty zwątpienia.
Dzięki tej mądrości jesteś w domu - nawet jeśli utknąłeś na wyspie i nie
masz dachu nad głową. Jesteś tu, gdzie masz być. Jest dobrze. Ego nie ma
teraz nic do gadania.
Każdy nowy początek wywodzi się od jakiegoś końca
Wąż ma bogatą symbolikę, a moja ulubiona metafora z nim związana to
odrodzenie. Z wiekiem jego skóra zużywa się, traci swoją pierwotną
gładkość, uniemożliwiając mu swobodne poruszanie się, oraz staje się po
prostu za mała - wąż wciąż rośnie. Dlatego wykształca pod nią nową
warstwę, a starą po prostu zrzuca, gdy nie jest mu już potrzebna - bez
żalu i sentymentów staje się nową wersją siebie.
Człowiek też zmienia skórę. Każdego dnia milion komórek naskórka ulega
wymianie. Za siedem lat wszystkie komórki w ciele każdego z nas (oprócz
neuronów i komórek budujących kości) zostaną wymienione na nowe - nie
dzieje się to jednak w jednej chwili. W czysto fizycznym sensie
nieustannie stajemy się nowymi ludźmi. Najpierw pełzamy, chodzimy na
czworaka, po czym uczymy się chodzić, biegamy... latamy, upadamy i się
podnosimy. Każdy z nas ma za sobą własną niesamowitą drogę, która nas
ukształtowała. W tym nieustającym cyklu upadania i podnoszenia się, by
spróbować na nowo, musimy czasami zostawić jakąś część siebie, by móc
iść naprzód i dalej się rozwijać. Proces wymiany skóry jest niezbędny
dla naszego zdrowia i wzrostu - i analogicznie: zastępowanie dawnych
przekonań, idei, planów czy marzeń nowymi jest niezbędne dla naszego
umysłu.
Ta książka opowiada historię o tym, jak na Culebrze, Wyspie Węża,
nauczyłem się wymieniać skórę swojego ego - pozbywając się
ograniczających mnie poglądów stopniowo, jeden po drugim.
Nowy Jork, 2015 rok