Sekrety kobiet - Ewa Woydyłło

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Być ko­bietą

Bar­dzo trudno być ko­bietą.

Weźmy cho­ciażby ilość łez wy­pła­ki­wa­nych każ­dego dnia przez ko­biety na ca­łym świe­cie. Pła­czą z po­wodu swych ma­tek i oj­ców, swych dzieci, mę­żów, ko­chan­ków, sze­fów, in­nych ko­biet, sa­mych sie­bie. Opła­kują ży­cie i śmierć, dole i nie­dole, wiel­kie ra­do­ści i wiel­kie smutki, nie­wiel­kie też. Łzy ko­biece są wsty­dliwe, bo w na­szym świe­cie pła­kać wy­pada tylko ma­łym dzie­ciom. Pła­czemy więc naj­czę­ściej w ukry­ciu, w sa­mot­no­ści. Rzadko uświa­da­miamy so­bie, że inne ko­biety też pła­czą, z tych sa­mych po­wo­dów, co my. Dzięki łzom oca­lamy to, co w nas naj­lep­sze. Za­pewne tej skłon­no­ści do łez za­wdzię­czamy fakt, że znacz­nie rza­dziej niż męż­czyźni ucie­kamy się do agre­sji.

Łzami ob­my­wamy zra­nie­nia i ko­imy po­szar­pane nerwy. Po­wo­dów do pła­czu mamy bez liku. Na­sze nerwy nisz­czą ciosy za­da­wane przez in­nych, ale także, nie­raz jesz­cze bo­le­śniej, zra­nie­nia po­wsta­jące jakby same z sie­bie w głębi na­szych serc i umy­słów.

O tych cio­sach i ra­nach trzeba po­roz­ma­wiać. Cza­sem roz­ma­wiamy. Bywa, że za­czy­namy się ko­muś zwie­rzać i na­gle prze­ry­wamy, nie koń­cząc opo­wie­ści. Bo albo wy­czu­jemy, że ktoś ro­zu­mie nas w pół słowa - po co więc da­lej opo­wia­dać? Albo spo­strze­gamy, że na­sze słowa pa­dają jak szklane kulki na mar­mu­rową po­sadzkę. Dźwię­czą, to­czą się w róż­nych kie­run­kach, by po chwili zgi­nąć w mroku, nie zo­sta­wia­jąc żad­nego śladu. Wtedy zmie­niamy te­mat.

Może jed­nak nie trzeba zmie­niać te­matu? Nie żeby wy­po­wie­dzieć wszyst­kie bo­lące se­krety i po­zbyć się ich raz na za­wsze, lecz żeby wy­do­być na jaw choćby nie­które, przyj­rzeć się im i do­po­wie­dzieć nie do­koń­czone lub ni­gdy nie pod­jęte wy­zna­nia.

De­pre­sja. Ten bez­i­mienny gniew na los i złe ży­cie, po­łą­czony z roz­ża­le­niem.

Lęki. Przed ciem­nym po­ko­jem, cmen­ta­rzem, du­chami, czar­nym ko­tem - jak u ma­łego dziecka. Przed męż­czy­zną, któ­rego jed­no­cze­śnie pra­gniesz tak bar­dzo, że omdle­wają lę­dź­wie, aż za­czy­nasz sła­niać się na no­gach, lecz bo­isz się do niego zbli­żyć. Przed eg­za­mi­nem do li­ceum, wy­gło­sze­niem swego zda­nia pu­blicz­nie, kon­fron­ta­cją w słusz­nej spra­wie. Przed czy­imś pod­nie­sio­nym gło­sem, wul­gar­no­ścią, wy­gra­ża­niem pię­ścią lub sło­wami. Przed Pa­nem Bo­giem, za to, że wie o to­bie coś, co sam spra­wił, a czego ty sama ni­gdy do końca nie poj­miesz.

Sa­mot­ność. Kiedy cały świat wy­daje się wi­ro­wać w tańcu albo krę­cić jak ko­lo­rowa ka­ru­zela, a ty sto­isz z boku i nikt cię nie do­strzega, jakby cie­bie w ogóle nie było. Sa­mot­ność naj­gor­sza bywa wtedy, gdy coś boli, lecz ni­kogo to nie ob­cho­dzi. A może jesz­cze gor­sza jest wów­czas, gdy spływa na cie­bie wielka ra­dość i też ni­kogo to nie in­te­re­suje. Sa­mot­ność w ocze­ki­wa­niu dziecka, które prze­cież jest wa­sze, ale tak na­prawdę staje się tylko twoje, bo part­ner uważa, że te­raz to już nie jego sprawa. Sa­mot­ność z tym dziec­kiem w ra­mio­nach, kiedy w bu­ja­nym fo­telu wy­cze­ku­jesz go­dzi­nami, aż on wróci do domu ze swego świata - je­żeli w ogóle miewa ten ka­prys, by cza­sem wra­cać. I ta sa­mot­ność, kiedy on wraca, ale do sie­bie, nie do cie­bie. Wraca na go­rącą ko­la­cję, por­cję na­leż­nego mu seksu, po upra­so­waną ko­szulę i czy­ste skar­petki. Sa­mot­ność, w któ­rej wiesz, że ob­cho­dzą go te skar­petki, a nie ty. I po­dobna sa­mot­ność, kiedy twoje dzieci za­czy­nają tak samo jak on wra­cać do domu tak na­prawdę nie do cie­bie, tylko po upra­so­wane ko­szule, na obiady, ko­la­cje, upie­czone przez cie­bie cia­sta i ulu­bione na­le­śniki z grzy­bami. Twoją sa­mot­ność naj­trud­niej zro­zu­mieć w gło­śnych po­zo­rach ro­dzin­nej wspól­noty, kiedy wszy­scy mają pełne usta przy­smaku i ko­lej­nych rosz­czeń lub żą­dań, a ty na­wet nie wiesz, czego byś sama pra­gnęła, gdy­byś od­wa­żyła się pra­gnąć.

Krzywdy. Do­znane wtedy, gdy by­łaś bar­dzo mała, a matka zo­sta­wiała cię na całe dnie z ja­kąś obcą, ina­czej pach­nącą ko­bietą, która na­uczyła cię mó­wić "zara", a gdy to po­wta­rza­łaś, wszy­scy się z cie­bie śmiali. Oj­ciec kar­cił cię za każde krzywo na­ry­so­wane kółko. Nie bił, nie ła­jał, ale od­wra­cał się ze znie­cier­pli­wie­niem. Nie wy­li­czajmy da­lej, star­czy. Twój świat w ta­kich chwi­lach za każ­dym ra­zem wa­lił się w gruzy. "On mnie nie ko­cha. On mnie nie chce. Je­stem do ni­czego". Czy dzi­siaj też tak cza­sem nie my­ślisz? Krzywdy, ja­kie chcący i nie­chcący wy­rzą­dzali ci szkolni ko­le­dzy, kiedy prze­krę­cali twoje imię i wy­cho­dziły im nie­przy­zwo­ite prze­zwi­ska. Krzywdy od na­uczy­cie­lek, obo­jęt­nych i nie­wraż­li­wych, które na­wet nic złego ci nie zro­biły, ale też nic do­brego.

Nie­rów­ność. Kiedy go­rzej wy­kształ­cony i, co tu dużo mó­wić, głup­szy szef nie­wiele ro­bił, a za­ra­biał dwa razy wię­cej niż ty. Kiedy na opar­ciach two­jego fo­tela roz­kła­dali się z łok­ciami sie­dzący po obu stro­nach fa­ceci, a gdy spró­bo­wa­łaś choć na chwilę się oprzeć, sły­sza­łaś: "Co się pani tak roz­py­cha?" A pa­mię­tasz te sy­tu­acje, gdy za­czy­na­łaś opo­wia­dać dow­cip, a twój mąż po pierw­szym zda­niu prze­chwy­ty­wał wą­tek i nie da­wał ci do­koń­czyć? Lub kiedy dawno temu twój brat mógł po so­bie nie zmyć kubka, a ty ni­gdy. Albo kiedy on zda­wał ma­turę, wszy­scy mu nad­ska­ki­wali, a jak ty - to nikt. Gdy pró­bo­wa­łaś się po­skar­żyć, to sły­sza­łaś, że prze­cież "le­piej od niego się uczysz, jaki więc sens mia­łoby ja­kieś szcze­gólne za­in­te­re­so­wa­nie?" I jesz­cze ten przy­kład: od kiedy pa­mię­tasz, ro­dzice, zwłasz­cza oj­ciec, byli roz­cza­ro­wani, że uro­dzi­łaś się dziew­czynką. Nie żeby ci wy­po­mi­nał, nie, ale pa­trzył na cie­bie ja­koś z ukosa, z cha­rak­te­ry­stycz­nym skrzy­wie­niem ust i czymś ta­kim w oczach, że ro­biło ci się przy­kro. Za­nim po­szłaś do szkoły, od­da­ła­byś wszystko, żeby być chłop­cem. Póź­niej, z cza­sem, już nie. Ale ojca co­raz mniej lu­bi­łaś. Był twoim wy­rzu­tem su­mie­nia za nie­po­peł­niony grzech. Tak zresztą zo­stało. Cza­sem po­dob­nie się czu­łaś w ko­ściele, kiedy mu­sia­łaś bić się w piersi, po­wta­rza­jąc w kółko: "Nie je­stem godna..." Nie wiesz do­tąd, dla­czego nie je­steś godna. Czyż słowo "godna" nie po­cho­dzi od "god­no­ści" i nie zo­stało przez sa­mego Stwórcę nadane czło­wie­kowi? Dawno już prze­sta­łaś się nad tym gło­wić. Zbyt czę­sto czu­łaś, że god­ność to twoja fa­na­be­ria. Tyle razy nie uzna­wali jej w pracy, w któ­rej nie wy­na­gra­dzano cię spra­wie­dli­wie, jakby twoja płeć była czymś w ro­dzaju kary au­to­ma­tycz­nie od­bie­ra­ją­cej prawo do sza­cunku. Nie uzna­wali jej rów­nież wul­garni fa­ceci, któ­rzy na ulicy re­cho­tali ob­sce­nicz­nie, a cza­sem na­wet wy­cią­gali do two­ich piersi i po­ślad­ków brudne łapy, jak­byś była po pro­stu bra­ku­ją­cym za­koń­cze­niem ich wy­gło­dzo­nej mę­sko­ści. Two­jej god­no­ści nie sza­no­wały na­wet twoje wła­sne dzieci, przy­sy­ła­jąc ci SMS-y o tre­ści: "Ucieknę z tego cho­ler­nego domu, a ty się po­wieś", lub od­po­wia­da­jąc na twoje za­tro­ska­nie: "Spły­waj" i "Za­mknij się" - albo jesz­cze bar­dziej or­dy­nar­nie. Jak więc mo­głaś uwie­rzyć w swoją god­ność i nie za­tra­cić do reszty po­czu­cia war­to­ści? Czy można ce­nić i sza­no­wać ko­goś, kogo cały świat lek­ce­waży lub pięt­nuje? To po pro­stu nie­moż­liwe.

Złość. Gniew. Fu­ria. Czer­wony pło­mień przed oczami. W chwi­lach, gdy od­czu­wa­łaś bez­sil­ność, od­rzu­ce­nie, czy­jąś lu­bież­ność, po­gardę lub wro­gość. Co ro­bi­łaś z tą zło­ścią, któ­rej nie wolno ci było otwar­cie oka­zy­wać w domu, w szkole, a po­tem w pracy, w mał­żeń­stwie, ni­g­dzie? Po­wta­rzano ci tyle razy, że zło­ścić się nie wy­pada, że to nie­ele­ganc­kie, a przede wszyst­kim nie­ko­biece - aż w to uwie­rzy­łaś, a na­wet je­żeli nie cał­kiem uwie­rzy­łaś, to w końcu i tak na­uczy­łaś się swój gniew tłu­mić, wy­pie­rać, za­mie­niać w smu­tek albo li­tość nad sobą. Czy dzi­siaj od­czu­wasz tam­ten gniew? A może dawna złość po­wraca cy­klicz­nie? Nie­które z nas tamta nie wy­ra­żona wście­kłość do­pada w rytm wa­ha­dła po­ru­sza­nego fa­lo­wa­niem obec­nych fru­stra­cji. A może twój za­daw­niony gniew po­wraca w snach - złych, nie­spo­koj­nych, mę­czą­cych? Albo prze­ja­wia się w drga­niu po­wieki? Zle­żały gniew może za­gnieź­dzić się jako chro­niczny ból w krzyżu, żo­łądku, pod most­kiem albo w prze­bra­niu zwa­la­ją­cej z nóg mi­greny. Czy wiesz, że na­ukowcy mają do­wody na to, iż na raka piersi cho­rują znacz­nie czę­ściej ko­biety na ze­wnątrz opa­no­wane, a w środku gej­zery emo­cji. U któ­rych sy­tu­acje stre­sowe trwają tak długo, że or­ga­nizm staje się prze­cią­żony sa­mym wy­pie­ra­niem i tłu­mie­niem gniewu. Wi­dzisz, nie służą nam naj­wy­raź­niej ta­kie chwa­lone po­wszech­nie ce­chy "ko­biece", jak skłon­ność do kom­pro­mi­sów za wszelką cenę, ugo­do­wość, cier­pli­wość, go­to­wość do po­świę­ceń i zbyt dłu­gie zno­sze­nie psy­chicz­nego zmę­cze­nia.

U nie­któ­rych ko­biet te ich de­pre­sje, lęki, sa­mot­ność i krzywdy spina od dawna gro­ma­dzona i ni­gdy peł­nym gło­sem nie wy­po­wie­dziana złość w bo­le­ściwy ró­ża­niec z wy­pła­ka­nych i nie wy­pła­ka­nych łez, u in­nych w po­wróz z go­tową pę­tlą do po­wie­sze­nia się, jesz­cze u in­nych w na­szyj­nik z twar­dych ko­rali, w któ­rym - mó­wią same - chyba nam do twa­rzy, choć uwie­rają. Ta­kie są mniej wię­cej na­sze se­krety.

Z tych se­kre­tów biorą się na­sze pro­blemy. Po­wstają z nie­mocy wo­bec lu­dzi i fru­stra­cji wy­wo­ła­nych zda­rze­niami, fak­tami i przy­pad­kami lo­so­wymi. Gor­sze od wszyst­kich są roz­cza­ro­wa­nia wo­bec sa­mych sie­bie. U pod­łoża jed­nych i dru­gich leżą nie­re­ali­styczne lub wy­gó­ro­wane, wy­ra­sta­jące z rosz­czeń albo na­iw­no­ści ocze­ki­wa­nia. I jesz­cze coś: cza­sem nie fru­stra­cja czy nie­moc, lecz zwy­czajny brak ener­gii staje się sam przez się pro­ble­mem, który ni­czym zło­śliwy no­wo­twór pro­du­kuje co­raz to nowe ogni­ska. Aż w końcu ży­cie może się stać jed­nym wiel­kim pro­ble­mem. Ten brak ener­gii też zwy­kle nie po­wstaje sam z sie­bie. Naj­czę­ściej przed nim były urazy, roz­cza­ro­wa­nia, nie­speł­nie­nie i żal o coś lub za czymś, czego już nie ma albo ni­gdy nie było, a miało być.

Na­sza nie­doj­rzała lo­gika mówi nam: "Skoro tak bar­dzo cze­goś pra­gniesz i to jest do­bre, to prze­cież nie mo­żesz tego nie do­stać". A gdy nie do­sta­jesz, rzadko my­ślisz, że głu­pio chcia­łaś, czę­ściej, że zo­sta­łaś oszu­kana. Z po­wodu tej lo­giki do roz­pa­czy do­pro­wa­dza nas za­jęta sobą, nie­przy­stępna star­sza sio­stra, kry­tyczny oj­ciec, zimna i do­cie­kliwa albo za­bor­cza matka. Naj­bar­dziej jed­nak przy­gnę­bia pu­sta skrzynka pocz­towa bez wy­cze­ki­wa­nego li­stu i te­le­fon, który ca­łymi dniami mil­czy, za­miast przy­no­sić wy­zna­nia o tę­sk­no­cie i mi­ło­ści ko­goś, o kim pra­gniemy śnić. Lo­gika ta - przy­naj­mniej w mło­dzień­czych la­tach - każe nam ob­se­syj­nie krą­żyć my­ślami wo­kół mi­ło­ści, czer­piąc z niej, a czę­ściej jesz­cze z jej braku, więk­szość mo­ty­wów do dzia­ła­nia.

Wpi­sana w okres doj­rze­wa­nia mi­ło­sna ob­se­syj­ność po­ciąga za sobą dwa nie­bez­pie­czeń­stwa. Pierw­sze po­lega na tym, że pra­gnąc mi­ło­ści bar­dziej niż cze­go­kol­wiek na świe­cie, bie­rzemy za mi­łość byle co - ja­kieś przy­pad­kowe za­loty, czy­jeś za­uro­cze­nie po­mie­szane z wła­snym albo zu­peł­nie nie­cie­kawą hi­sto­rię z ja­kimś kom­plet­nym ze­rem. Dru­gie nie­bez­pie­czeń­stwo tkwi w wy­ide­ali­zo­wa­nych ocze­ki­wa­niach. Tak do­brze wiemy, czym po­winna być praw­dziwa mi­łość, że bez za­sta­no­wie­nia tor­pe­du­jemy wszel­kie oka­zy­wane nam uczu­cia i za­in­te­re­so­wa­nie przez nie w pełni do­sko­nałe wcie­le­nia ad­o­ra­to­rów. Za­równo w pierw­szym, jak i w dru­gim przy­padku same sie­bie ska­zu­jemy na nie­speł­nie­nie i sa­mot­ność. Z tego po­tem wy­ni­kają próby sa­mo­bój­cze i de­pre­sje, chro­niczne po­czu­cie krzywdy, gniew albo smu­tek, bu­li­mia i ano­rek­sja, al­ko­ho­lizm, ner­wice. Mamy chan­dry i po­czu­cie, że je­ste­śmy nie­szczę­śliwe. Trzeba po­sta­rać się sta­wić temu czoło.

Je­żeli ja­ki­kol­wiek swój pro­blem przed­sta­wisz ob­ra­zowo jako wpad­nię­cie do "głę­bo­kiego dołu", z któ­rego po osy­pu­ją­cych się i stro­mych ścia­nach nie mo­żesz sama się wy­do­stać, to masz dwa spo­soby po­ra­dze­nia so­bie w tej sy­tu­acji. Pierw­szy: wo­ła­nie o po­moc, a na­stęp­nie mocne chwy­ce­nie się po­da­nej dłoni po to, by z po­mocą in­nych lu­dzi wy­do­stać się z pu­łapki. Dru­gim spo­so­bem, który czę­sto w pierw­szej ko­lej­no­ści przy­cho­dzi do głowy, gdy ktoś na­gle spo­strzega, że znaj­duje się w "głę­bo­kim dole", jest ża­ło­sne po­chli­py­wa­nie na dnie wy­krotu albo żar­liwe mo­dły wzno­szone do ulu­bio­nego świę­tego, co w su­mie spro­wa­dza się do zda­nia się na los. Cią­gnąc na­wet naj­moc­niej za wła­sne sznu­rówki, nikt sam, bez po­mocy, nie zdoła wy­do­być się z "głę­bo­kiego dołu".

Pro­blemy emo­cjo­nalne mają w so­bie coś ta­kiego, że bez dy­stansu do sprawy i spoj­rze­nia na rzecz z od­mien­nego niż wła­sny punktu wi­dze­nia nie spo­sób ich do­brze po­jąć. Na­sze ro­zu­mie­nie zmar­twień i trosk znie­kształca na ogół oso­bliwy me­cha­nizm in­ter­pre­ta­cyjny wprzę­ga­jący umysł na usługi emo­cji. Wy­nika to z pod­świa­do­mego ro­zu­mo­wa­nia: "Skoro je­stem w roz­pa­czy, ozna­cza to, że po­wód jest tak po­ważny, że nie można nie być w roz­pa­czy". Znaj­du­jesz tym sa­mym dla niej uza­sad­nie­nie. Ono na­daje jej od­po­wied­nią rangę. Tkwisz więc da­lej w roz­pa­czy i to ona wła­śnie, a nie jej po­wód, może po chwili stać się głów­nym pro­ble­mem. Na pewno nie tędy droga.

Sama so­bie nie po­ra­dzisz. Po­trzebny jest, jak już po­wie­dziano, drugi czło­wiek. Ktoś cię po­wi­nien prze­ko­nać, że na twoje zmar­twie­nie można po­pa­trzeć z in­nej strony. Że ono jest nie tak bez­na­dziejne i tra­giczne, jak ci się wy­da­wało. Taką rolę może ode­grać nie do­wolny drugi czło­wiek, lecz je­dy­nie ktoś, kto speł­nia na­stę­pu­jące wa­runki: jest emo­cjo­nal­nie doj­rzały, jest życz­liwy i etyczny oraz za­leży mu na tym, by cie­bie z tego dołu wy­cią­gnąć, zbyt­nio nie po­tur­bo­waw­szy. Po­wi­nien więc taki czło­wiek po­sia­dać od­po­wied­nie umie­jęt­no­ści rzu­ca­nia lu­dziom znaj­du­ją­cym się w "głę­bo­kich do­łach" lin ra­tun­ko­wych, bu­do­wa­nia dla nich bez­piecz­nych dra­bin do wspię­cia się w górę albo skrzy­ki­wa­nia do po­mocy do­dat­ko­wych za­stę­pów ra­tow­ni­ków.

Wa­runki te speł­niają - a ra­czej za­kła­damy, że po­winni speł­niać - psy­cho­te­ra­peuci. Trzeba wy­bie­rać so­bie "ra­tow­ni­ków" pod ką­tem tych cech: doj­rza­ło­ści, do­broci i fa­cho­wo­ści. Jak je roz­po­znać? Psy­cho­log nie­doj­rzały bę­dzie się ob­ra­żał, gnie­wał, sam szu­kał wspar­cia, bę­dzie chciał rzą­dzić i bę­dzie cze­kał na okla­ski; czło­wiek zły wy­ko­rzy­sta cię albo skrzyw­dzi; kiep­ski fa­cho­wiec nie po­może ci roz­plą­tać su­płów ani sfor­mu­ło­wać ce­lów, nie wskaże drogi, po­gubi się w me­to­dach, bę­dzie po­pi­sy­wać się książ­kową wie­dzą i nie­zro­zu­miałą ter­mi­no­lo­gią, a ty jak sta­łaś w miej­scu, tak bę­dziesz stała da­lej.

Fa­cho­wość z ko­lei wiąże się z wy­bra­nym przez te­ra­peutę spo­so­bem pracy. Spo­so­bów i szkół te­ra­peu­tycz­nych do­ciera do nas ostat­nio z Za­chodu i Wschodu dość dużo. Warto się tro­chę ro­ze­znać w tych pro­po­zy­cjach, by do­brać dla sie­bie me­todę naj­wła­ściw­szą. Klient czy pa­cjent nie po­wi­nien bier­nie zda­wać się na czyjś sza­ma­nizm je­dy­nie dla­tego, że stał się modny; zbyt dużo ry­zy­kuje - sa­mego sie­bie. Oso­bi­ście po­le­cam kli­niki i ga­bi­nety, w któ­rych te­ra­peuci pra­cują ze­spo­łowo lub je­żeli in­dy­wi­du­al­nie, to in­for­mują, komu pod­le­gają. Wtedy przy­naj­mniej wia­domo, do kogo można się zwró­cić w ra­zie wąt­pli­wo­ści. Sku­tecz­ność psy­cho­te­ra­pii dość ła­two spraw­dzić: albo pa­cjent za­czyna względ­nie prędko czuć się le­piej, albo go­rzej. W ja­kim mo­men­cie to spraw­dzać? Trudno od­po­wie­dzieć jed­no­znacz­nie. Jed­nakże psy­cho­te­ra­peuta po­wi­nien ra­zem z pa­cjen­tem uło­żyć na wstę­pie plan te­ra­pii. Oczy­wi­ście zmiany w ży­ciu będą za­le­żały nie od psy­cho­te­ra­peuty, lecz od tego, co zrobi sam pa­cjent. Nie po­wi­nien on być ni­gdy przed­mio­tem te­ra­pii, lecz za­an­ga­żo­wa­nym, świa­do­mym i uczest­ni­czą­cym pod­mio­tem. Bo po­tem wła­śnie jako "pod­miot" bę­dzie mógł kie­ro­wać swoim ży­ciem. Mię­dzy in­nymi po to zwra­camy się o po­moc do spe­cja­li­sty.

Zwy­czaj ko­rzy­sta­nia z psy­cho­te­ra­pii ogra­ni­cza się u nas jed­nak na ra­zie do nie­zbyt licz­nej klien­teli w więk­szych mia­stach. Nie tylko dla­tego, że na wsi lub w ma­łych mia­stach jest mniej psy­cho­lo­gów. W na­szej tra­dy­cji wciąż wy­soko ce­nimy "po­ke­rową twarz" i nie­ko­rzy­sta­nie z ni­czy­jej po­mocy. "Ten to fajny gość, nie wi­dać po nim, co prze­żywa i sam so­bie z wszyst­kim ra­dzi" - mó­wimy z po­dzi­wem o kimś, kto nie za­pła­cze na­wet na po­grze­bie matki. Ko­biety ła­twiej zwie­rzają się ze swych trosk, ale i one omi­jają z da­leka ga­bi­nety psy­cho­lo­gów, błą­ka­jąc się ze swymi tro­skami po przy­ja­ciół­kach, krew­nych, są­siad­kach. Ety­kietki osoby "za­bu­rzo­nej psy­chicz­nie" bo­imy się jak ognia. Pój­ście do psy­cho­te­ra­peuty bywa dla oto­cze­nia (i wielu z nas) rów­no­znaczne z taką wła­śnie dia­gnozą.

Wła­śnie dla osób, które do­tąd nie od­wa­żyły się zwró­cić do ni­kogo o po­moc psy­cho­lo­giczną, choć czują, że mo­głaby im się przy­dać, otwie­ram na kart­kach tej książki swój ga­bi­net. Cał­ko­wi­cie dys­kretny, ano­ni­mowy, bez świad­ków, re­je­stra­cji i kar­to­tek. Do ni­czego nie będę zmu­szać, nie­które rze­czy wy­tłu­ma­czę, nie­które do­ra­dzę, ogól­nie za­chę­ca­jąc do sa­mo­dziel­nego za­sta­no­wie­nia.

Za­pra­szam wszyst­kich. Za­pra­szam cie­bie, Ma­rio, ko­bieto o naj­smut­niej­szych oczach, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam, po­grą­żoną w de­pre­sji, na którą od pię­ciu lat le­ka­rze ani nie­le­ka­rze nie znaj­dują le­kar­stwa. Pod ko­niec pierw­szej roz­mowy zo­ba­czy­łam coś nie­zwy­kłego w two­ich ma­to­wych oczach. Pew­nie dla­tego, że tak spodo­bało mi się świa­tełko, które na uła­mek se­kundy za­pa­liło się w two­ich tę­czów­kach, na­gle na­bra­łam na­dziei. Mam za­miar po­dzie­lić się nią z tobą. Nie za­pi­szę ci ta­ble­tek, nie będę cię trzy­mać w szpi­talu i nie każę ci dro­bia­zgowo opi­sy­wać dzie­ciń­stwa. Po­sta­ram się po­móc, żeby świa­tło, które roz­bły­sło w two­ich oczach, nie zga­sło od razu, tylko zo­stało w nich jesz­cze na chwilę, po­tem jesz­cze tro­chę, a po­tem co­raz dłu­żej i dłu­żej. Może wspól­nie uda nam się zna­leźć spo­sób, że­byś sama to świa­tełko na­uczyła się za­pa­lać. Bo, Ma­rio, na­wet naj­pięk­niej­sze oczy nie są piękne, gdy są ma­towe i bez ży­cia.

Za­pra­szam cie­bie, moja imien­niczko, Ewo, która w swym sa­mot­nym nie­szczę­ściu do­szłaś już do tego, że pi­jesz czy­stą wódkę pro­sto z bu­telki, bo już ci wszystko jedno. Spójrz, gdzie się zna­la­złaś. Ty, która ku­po­wa­łaś ob­razy na au­kcjach i nie na­pi­ła­byś się her­baty z kubka, któ­rej nie przy­szłoby do głowy za­ło­żyć perły przed po­łu­dniem, ty - taka wy­ra­fi­no­wana i ary­sto­kra­tyczna, nie­prze­ciętna i po­nad wszyst­kimi... Po­patrz, co się z tobą stało. Pa­lisz na ulicy, pi­jesz czy­stą z gwinta, a głos masz tak ochry­pły, że lu­dzie mó­wią do cie­bie przez te­le­fon: "Prze­pra­szam pana, to chyba po­myłka".

Za­pra­szam Ju­stynę, Agnieszkę, Syl­wię, We­ro­nikę, Da­rię. Za­pra­szam was, dziew­czyny, które wszyst­kie je­ste­ście młod­sze od mo­ich có­rek i nie­wiele star­sze od mo­jego wnuka, a szu­ka­cie po­mocy na swoje je­dze­nie-nie­je­dze­nie. Och, z wami to mi naj­cię­żej, naj­smut­niej, naj­trud­niej. Nie po­wiem wam, dla­czego, bo to nie ja pod­daję się te­ra­pii, ale chcę, że­by­ście wie­działy, że to, co wam mó­wię, pły­nie bar­dziej z mego serca niż ro­zumu. (Może dla­tego tak wielu z was nie udaje mi się ła­two po­móc?)

Za­pra­szam też pa­nią X, która jest jedną z ty­sięcy żon al­ko­ho­li­ków, a wciąż są­dzi, że jest jedną je­dyną na ca­łym świe­cie, którą spo­tkał taki los. Pa­nią, pani X, naj­chęt­niej od razu za­pro­si­ła­bym nie na roz­mowę w cztery oczy, tylko na jedno ze spo­tkań gru­po­wych, ja­kie przez lata pro­wa­dzi­łam w czwartki wie­czo­rem w In­sty­tu­cie Psy­chia­trii. Dla­czego tam? Dla­czego nie chcę roz­ma­wiać na ucho? Otóż dla­tego, że musi pani jak naj­szyb­ciej zo­ba­czyć, jak wiele ma pani to­wa­rzy­szek w swo­jej nie­doli. Wtedy od razu pani zro­zu­mie, jak bar­dzo się myli, są­dząc, że on pije z pani po­wodu. Al­ko­ho­lik pije z jed­nego po­wodu: bo jest al­ko­ho­li­kiem. Dla­tego musi się pani do­wie­dzieć, że to po­czu­cie winy jest czę­ścią jego cho­roby, która każ­dego, kto jest bli­sko, wciąga jak wir. Stąd to upo­rczywe uczu­cie, że pani to­nie, że to­nie­cie oboje, że to­nie wa­sza ro­dzina. To ten wir, pro­szę pani. Ma­ry­na­rze, ry­bacy i ci, któ­rzy do­brze pły­wają, wie­dzą, że wir nie jest groźny, gdy czło­wiek, który się weń do­stał, prze­staje się sza­mo­tać, ma­chać gwał­tow­nie rę­kami i no­gami, wal­czyć. Pa­ra­doks? Ow­szem, ale oka­zuje się, że tak samo z uza­leż­nie­nia czy ze współ­uza­leż­nie­nia - z tego śmier­tel­nego wiru - można wy­pły­nąć na spo­kojne wody i za­cząć po­wra­cać do do­brego ży­cia po­przez od­stą­pie­nie od walki, ak­cep­ta­cję swej bez­sil­no­ści i wy­ci­sze­nie emo­cji. Li­czę, że kie­dyś przyj­dzie pani spo­tkać się z grupą in­nych współ­uza­leż­nio­nych osób. Tym­cza­sem jed­nak za­pra­szam do tego niby-ga­bi­netu, który dla pani też otwie­ram za po­śred­nic­twem tej książki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki