I
OD ŁABY PO BUG I NIEMEN
12 czerwca 1168 roku nagły płomień oświecił morze okalające sławny Półwysep Arkoński. Słupem ognia zajęła się brama potężnego grodu, a w spadających przepalonych belkach powoli odsłaniało się wejście do jego wnętrza. Niemało było wówczas grodów na Słowiańszczyźnie. Niemało ich uległo płomieniom w wyniku takiej czy innej wyprawy wojennej, bądź też zwykłego niedbalstwa mieszkańców. Dziwne i potężne były to budowle.
Już od setek lat wznoszone przez Słowian zapewniały ich ziemiom, ich mieszkańcom bezpieczeństwo. Niejeden raz pokrzyżowały plany obcych najeźdźców. Tak pod sławnym grodem Poznaniem załamała się wyprawa cesarza Henryka II przeciw Bolesławowi Chrobremu. Tak kończyło się wiele innych wypraw.
Zanim więc bliżej omówimy wypadki owego roku 1168 oraz ich znaczenie, przyjrzyjmy się owym ciekawym budowlom. Jak ziemie słowiańskie długie i szerokie, można było spotkać potężne grody. Później jedne z nich stały się zaczątkami miast, inne traciły na znaczeniu i dzisiaj pozostały po nich wzniesienia ziemne, mniej czy bardziej regularne pagóry, tajemnicze wały, kopce. Legenda rzadko określa je właściwie. Nowsze dzieje przysłoniły dawną ich funkcję. Jeśli przemierzymy ziemie polskie, to spotkamy się z nazwami takimi jak "Szwedzkie Góry", "Szwedzkie Okopy", "Góra Bony" i inne. Związane z tym poglądy długo kołatały się w społeczeństwie. Dzisiaj, szczególnie przy ogromnym rozwoju badań archeologicznych, ogół społeczeństwa zna już właściwe dzieje tych nasypów. Często, jakkolwiek nie zawsze, otacza się je należnym szacunkiem i troską. Tam gdzie prowadzono badania, odsłoniły one w mniejszym czy większym stopniu swoje tajemnice. Tam gdzie badań nie było, czekają na swego odkrywcę. Czasami bezmyślne działanie lub zwykły przypadek odsłaniają ich wnętrze. Wówczas dostrzegamy jakieś belki, niekiedy konstrukcje kamienne, zabytki wysypujące się z osuwiska i wiele innych ciekawych elementów.
Jeśli okiem badacza przenikniemy ich wnętrze, staniemy zdumieni celowością i precyzją działania ówczesnych budowniczych. Grody te zwykle lokowano w miejscach niedostępnych. Zależnie od miejscowych warunków mogły to być wyspy na rzekach, wyspy na bagnach i jeziorach, półwyspy, czasami brzegi jezior i morza, a w miejscach wyżynnych urwiste skarpy wzniesień. Tak wybrany teren odpowiednio umacniano. Podstawę stanowił tu wał ziemny, a niekiedy było ich kilka. Wał taki o szerokości kilku, kilkunastu lub dwudziestu kilku kilometrów, również znacznej wysokości, był zbudowany w wyjątkowo przemyślny sposób. Aby uczynić go bardziej stromym, zaopatrywano go wewnątrz w konstrukcje drewniane. Składały się na nie, szczególnie u Słowian zachodnich, warstwy belek ułożone na przemian. Niekiedy jednak mógł on być zbudowany z drewnianych skrzyń wykonanych na zrąb, podobnie jak do niedawna budowano chaty. Takie skrzynie ustawiane obok siebie, wewnątrz wypełnione ziemią i kamieniami, stanowiły bardzo trudne do zniszczenia umocnienia.
Trzeba w ogóle przyznać, że nasi przodkowie byli swojego rodzaju mistrzami. Potężny wał zabezpieczony z zewnątrz ziemią, która kryła owe konstrukcje, był niewrażliwy na ogień. Jeszcze szerokość i sposób budowania uniemożliwiał ich rozbicie za pomocą jakiejkolwiek machiny oblężniczej. Równie przemyślnie zabezpieczano bramy, ten newralgiczny punkt każdej fortyfikacji. Mogła ona, jak w grodzie na Bródnie w Warszawie, składać się z korytarza wzmocnionego z obu stron palami. Kiedy taki korytarz wypełniało się na przykład worami z piaskiem, wtedy przebicie się stawało się prawie niemożliwe. Tak więc jeśli obrońcy nie dali się zaskoczyć, jeśli mieli dość żywności, mogli bronić się niemal bez końca. Groźne było wywołanie pożaru. Wnętrze zabudowane drewnianymi chatami, stłoczonymi na niewielkiej przestrzeni, w takim wypadku stawało się gorejącym piecem. Nie było innego ratunku, jak otworzyć bramy i uciekać na zewnątrz, nawet pod miecze najeźdźców. Ileż to wybiegów dokonano, aby cel ten osiągnąć. Ruska księżna Olga po nieudanym, a trwającym rok oblężeniu grodu Iskorosteń, zwróciła się do mieszkańców owego grodu z propozycją rozmów pokojowych. Jako daniny zażądała ptaków spod każdej strzechy. Obrońcy zmęczeni oblężeniem z radością przystali na ten dziwny i tani okup. Księżna ze swym wojskiem pozornie odstąpiła od grodu. Następnie kazała przywiązać ptakom zapalone pakuły i puścić je wolno. Przerażone ptaki wracały do swoich gniazd. Stanęły w ogniu strzechy chat i nic już nie mogło uratować grodu.
Długo ciągnęło się oblężenie grodu arkońskiego. Wyprawa duńska, mając za cel zdobycie go, traciła już wszelką nadzieję. Bo i niełatwo było go zdobyć. Z trzech stron broniło gród morze i urwisty kredowy brzeg. Od strony lądu potężnego wału zabezpieczonego ziemią, która osłaniała i bramę, nie można było w żaden sposób zniszczyć. Doborowa załoga walczyła dzielnie, odparto wszystkie szturmy. Zawziętość wzrastała. Naprzeciw siebie stanęli przedstawiciele dwóch światów. Duńczycy reprezentujący tryumfujące chrześcijaństwo stanęli przed ostatnim bastionem słowiańskiego pogaństwa. Za wałami kryło się już jego ostatnie sanktuarium. Wewnątrz znajdowała się sławna świątynia arkońska, w której królował potężny posąg Świętowita. Tu garnęli się wierni jego wyznawcy, tu udawali się przybysze z tych ziem, gdzie zapanował już krzyż. Na ziemiach sąsiednich reprezentowali go krwiożerczy Sasi, którzy od kilku wieków w jego imię mordowali, palili i grabili. Tu w jego cieniu butni rycerze, kierowani niejednokrotnie przez równych im w grabieży biskupów niemieckich, coraz głębiej wżerali się w żywe ciało słowiańskie. Padały po uporczywej walce kolejne sanktuaria. Cały świat słowiański przyjmował nową wiarę. Nie zawsze, na szczęście, działo się to tak, jak między Łabą a Odrą. Niektóre plemiona słowiańskie zdołały się skonsolidować, utworzyć potężne państwa narodowe, stawiać skuteczny opór zachodnim najeźdźcom. Jeśli już przyjmowały nową wiarę, to w sposób przemyślany, zorganizowany, jako konieczność dziejową, którą trzeba umieć wykorzystać i do własnych, przede wszystkim własnych celów. Tak postąpił Mieszko I. Jako wielki polityk umiał wszystko obrócić na swoją korzyść, pozostawił też po sobie wieczną spuściznę w postaci państwa polskiego.
Burze dziejowe niejednokrotnie wstrząsały jego dziełem, ale go nie obaliły. Podobnie już wcześniej Czesi nagięli się do nowego porządku, ale ich władcy umieli wykorzystać nową sytuację i stworzyć niezniszczalny naród czeski.
Inne były losy ludów zamieszkałych między Odrą a Łabą. One najdłużej kurczowo trzymały się dawnych wierzeń, dawnych swobód. Rozbite, często skłócone, ulegały i spotkała je zagłada. Los zdarzył, że główną rolę odegrali tu Niemcy. Stosując znaną i z niedawnych czasów zasadę wyniszczenia, doprowadzili oni do biologicznej zagłady Połabian. Nie ta czy inna wiara była tu celem. Celem była ziemia, ów znany dobrze Lebensraum - przestrzeń życiowa.
Ostatni cios pogaństwu zadali Duńczycy. Zniszczyli przybytek Świętowita. Toteż los ludności był tu nieco inny.
Wróćmy jednak do owego sławnego, wspomnianego na wstępie, dnia. W potężnym monolicie grodu arkońskiego oblegający przez przypadek odkryli nagle słaby punkt. Okazało się, że przy bramie część osłony ziemnej osunęła się. Wystarczyło teraz zainscenizować nowy szturm, w czasie którego podłożono ogień pod odsłonięte wyschnięte belki. Nagle strzelił w górę płomień. Brama zapłonęła. Droga do wnętrza grodu stała otworem. Należało jeszcze złamać opór obrońców, owych 600 wytrawnych wojów wspomaganych przez mieszkańców. Ale to już stosunkowo słaba przeszkoda. Zresztą nie jest na rękę władcy duńskiemu całkowite zniszczenie grodu. Nie chodzi o mord mieszkańców i pożogę. Wystarczy, jeśli poddadzą się, jeśli przyjmą zależność władcy. Wreszcie pozwolą się ochrzcić i zgodzą na zniszczenie świątyni Świętowita. Takie też są warunki. Takie zostanie zawarte porozumienie. Teraz nadejdą chwile grozy dla mieszkańców. Do grodu wejdą zwycięzcy. Zgodnie z duchem czasu przystąpią do niszczenia sanktuarium. Święty koń Świętowita wywlecze jego posąg, który następnie dla większej hańby zostanie porąbany przez zwycięzców.
Nastąpiły dalsze wypadki. Lud Arkony, sławni Ranowie, musiał poddać się chrztowi. Przynajmniej formalnie w tej chwili przemienił się w chrześcijan równych prawem innym mieszkańcom Europy. Król Waldemar zagarnął przebogaty skarbiec Świętowita, na który składały się dary wielu pokoleń. Przyjął od księcia Jaromira hołd lenny i naznaczył go podległym sobie wielkorządcą wyspy. Ustalono należne daniny. Reszty dokonał czas.
Ów ogień, który błysnął 12 czerwca 1168 roku, i jego zgaśnięcie po spełnieniu zadania stały się niejako symbolem. Wielowiekowy rozwój rodzimych wierzeń i obrzędów został za jednym zamachem przecięty. Jednak tak tu, jak i na innych ziemiach, szczególnie tam gdzie lud słowiański żyje po dzień dzisiejszy, przetrwało niezawodnie wiele z dawnych obrzędów. Dostrzegamy je niemal na co dzień w obrzędowości ludowej, w naszych własnych wyobrażeniach. Jednak kult oficjalny owego dnia znikł bezpowrotnie. Prawa rozwoju historycznego wyznaczyły nowy czas.
Jest oczywiste, że tak jak Słowianie nie pojawili się znikąd, tak i ich obyczaje narastały stopniowo, wzbogacały się, rozwijały w miarę postępu wieków i myśli ludzkiej. Dawne to dzieje, dziś ledwo uchwytne, gdy człowiek myślący zaczął tworzyć własną mitologię, gdy w niezrozumieniu zjawisk go otaczających, w obliczu nieodwracalnej śmierci chciał dostrzec wokół siebie coś, co pozbawiłoby go beznadziejności bytu. Ciężką walkę z przyrodą chciał sobie ułatwić, wprzęgając do pomocy jakieś siły mocne, niezawodne, a znane sobie narzędzia i pułapki wzmocnić, wzbogacić, uczynić bardziej sprawnymi. I tak powoli tworzył wokół siebie nowy świat - świat sił niematerialnych, świat duchów i bogów. Świat ten rozrastał się i bogacił tak, jak bogaciło się życie człowieka, jak rozszerzała się jego wiedza i siła rozumu. Pierwotny myśliwy, koczujący, przenoszący się z miejsca na miejsce, dostrzegł nagle nowe możliwości. Zauważył, że zwierzę można trzymać w zamknięciu, że można je hodować i mieć z niego pożytek, że można tę czy inną roślinę przenieść i posadzić koło swej siedziby. Że byt można sobie bardziej zabezpieczyć.
Korzyść płynąca z życia osiadłego dostrzegła najpierw kobieta. Obarczona dziećmi, zagrożona ciężkimi okresami ciąż i połogów, gorliwie zajęła się nową gospodarką dającą jej poczucie bezpieczeństwa. Niejednokrotnie ratowała od głodu swego niefrasobliwego męskiego partnera. Toteż obok cudownych cech macierzyństwa, już dawniej czczonych, przydała swemu stanowi blasku macierzyństwa ziemi. Stała się prawzorem późniejszych bóstw kobiecych czczonych w różnych formach po dziś dzień. Wszystko to rozpoczęło się w okresie zwanym środkową epoką kamienia. W nową epokę, młodszą epokę kamienia, weszła ludzkość z zarysowanymi już nowymi modelami gospodarki. Podzieliła się wówczas według specjalizacji na dwa podstawowe odłamy.
Pierwszy stanowili ci, którzy znaleźli się na glebach dobrych, przemienili w rolników i stworzyli pierwsze wielkie cywilizacje. Przywiązanie do ziemi, której przecież nie można porzucić, bo daje plony, pozwoliło na zbudowanie trwałych osiedli i wielkich miast.
Inny los wyznaczyła historia drugiemu odłamowi ludzkości, tym, którzy znaleźli się na nieprzejrzanych stepach. Hodowali oni stada owiec, bydła i innych zwierząt. Ich los zależał od zwykłej trawy. Jeśli było jej dużo, jeśli z wiosną pojawiała się soczysta i tak utrzymywała się przez całe lato, wówczas wzrastało bogactwo, ale jeśli wyschła, groziła katastrofa. Stada padały, a z nimi ginął i człowiek. Nie można było myśleć o zakładaniu trwałych siedzib. Pasterze musieli przemierzać step, musieli zmieniać pastwiska. Bydło musiało jeść, aby miał co jeść człowiek. W tych warunkach pojawiły się społeczności wiecznych wędrowców niezatrzymujących się dłużej nigdzie. Same warunki stworzyły z nich dobrych wojowników. Musieli bronić się tak przed zwierzęciem, jak i przed innymi ludźmi. I tu pojawiły się z czasem wielkie państwa, ale przede wszystkim były to państwa rabusiów łaknących cudzych bogactw. Pasterzy kusiły bogactwa innych ludów, chętnie po nie sięgali, stawali się często postrachem ludów rolniczych. Co prawda niejeden taki lud z czasem zmieniał rodzaj swej gospodarki.
Przyjrzyjmy się biblijnym Żydom. Niełatwo im było nagiąć się do osiadłego życia. Wieczni wędrowcy po stepach i pustyniach, uparci hodowcy owiec, z niechęcią odnieśli się do słusznej chyba myśli przedstawicieli faraona chcących przyzwyczajać ich do zwykłej pracy, do osiadłego życia. Zbuntowali się i uciekli w stepy Synaju. Tam w ciągu czterdziestu lat wędrówki powrócili do dawnego trybu życia, hodowli owiec i rabunku. Tak widział ich dobro Mojżesz. Dopiero jego następcy, w innych warunkach, doprowadzili do rozpoczęcia procesu osiedlania.
Przypomnijmy też naszych Cyganów, jak opornie przebiega wszelka próba ich stabilizacji, ile wysiłku kosztuje osiedlenie tych wiecznych wędrowców.
Ziemie polskie w okresie młodszej epoki kamienia, tak zwanym neolicie, stają się polem penetracji wielu ludów. Napływają tu pierwsi rolnicy z południa, gdzieś z Niziny Węgierskiej, przynosząc ze sobą nowy rodzaj gospodarki, nowe sposoby życia, nowe wierzenia i obyczaje. Widzimy ich w szeregu grup w trwałych osadach, uprawiających ziemię, hodujących zwierzęta, przede wszystkim bydło, które stanie się miejscową specjalizacją i towarzyszyć będzie mieszkańcom naszych ziem aż po dzień dzisiejszy. Nie oni jednak, jak należy sądzić, stali się podstawą późniejszego wyodrębnienia grupy słowiańskiej.
U schyłku neolitu pojawił się inny lud. Napłynął w formie gromad pasterzy, wojowniczy, uzbrojony w skuteczną broń w postaci toporów bojowych, i szybko zawładnął naszymi ziemiami. Na jego ślady natrafiamy przede wszystkim w zachowanych naczyniach glinianych lub ich częściach. Naczynia gliniane dokonały w ogóle w dziejach ludzkości zasadniczego przełomu. Pozwoliły na spożywanie gotowanego pożywienia. Pasterze zdobili je w ciekawy sposób, a mianowicie odciskaniem sznura, tworząc w ten sposób oryginalny ornament. Stąd zresztą ich nazwa "sznurowcy". Jak wpadli na taki pomysł, trudno ustalić. Może przytraczanie do pasa naczyń niezbędnych w ciągłej wędrówce stało się okazją do powstania później już stale powtarzanego motywu?
W tym właśnie ludzie dopatrują się uczeni przodków Indoeuropejczyków, a więc tej grupy ludzkiej, która stała się podstawą mieszkańców przede wszystkim dzisiejszej Europy, w tym oczywiście i późniejszej ludności słowiańskiej. Skąd przybyli, nie wiadomo. Wiele tu hipotez, nad którymi w tym miejscu nie warto się jednak zatrzymywać. Czytelnik znajdzie odpowiedź w bogatej już literaturze przedmiotu.
Dotychczasowi wieczni wędrowcy przeszli istotne przeobrażenia. Podzielili się na wiele odłamów, z których część wędrowała w różne strony Europy. Część pozostała na miejscu i zmieniła tryb życia, stając się rolnikami. Jeśli dzisiaj spojrzymy na obyczaje różnych ludów indoeuropejskich, a szczególnie tych, którzy, jak na przykład Grecy, już w starożytności stworzyli rozwiniętą kulturę i nabyli umiejętność pisania, to spostrzeżemy, że wiele z nich zachowało się i na naszych ziemiach w postaci obyczajów ludowych. Przyjrzyjmy się na przykład dawnemu weselu greckiemu i porównajmy je z weselem ludowym na przykład z Rzeszowskiego. I tu, i tam będziemy mieli do czynienia z tymi samymi elementami. I tu, i tam będą występowali drużbowie, będzie występował orszak. I tu, i tam młodzi muszą się opłacać przy wznoszonych zaporach. I tu, i tam natrafiamy też na zwyczaj pogrzebowy wrzucania przez zebranych ziemi do grobu. I to wszystko zachowało się z czasów dawnej wspólnoty.
Minęły następne wieki. Powoli na ziemiach dzisiejszej Polski i sąsiednich ukształtował się lud zwany w archeologii ludem kultury łużyckiej. Nazwę taką otrzymał od pierwszych typowych dlań odkryć dokonanych na Łużycach. Jak udowodnił niejednokrotnie polski uczony Józef Kostrzewski, lud ten to dawni Prasłowianie, bezpośredni nasi przodkowie. Ileż to natrudzili się nacjonalistyczni uczeni niemieccy i ich zwolennicy, aby tezę tę obalić. Na próżno. Teza ta, logicznie udowodniona, jest dzisiaj najbardziej przekonywająca.
Cóż to jednak za lud owi Prasłowianie? Czym się zajmował, jakie pozostawił za sobą ślady? Odpowiedź na to nie jest oczywiście prosta, tak jak wszędzie, gdzie musimy się posługiwać wyłącznie źródłami archeologicznymi. Mówią one wiele, ale nie wszystko. Pozwalają określić, jak mieszkali nasi przodkowie, czym się trudnili, jak chowali zmarłych. Nie potrafimy jednak wiele powiedzieć o ich kulturze duchowej. Odgadujemy ją z trudem. Tu źródła mogą, niestety, zawodzić.
Wiemy, że Prasłowianie żyli w stałych osadach, że trudnili się przede wszystkim rolnictwem, umiejętnie uprawiając ziemię. Mniej uwagi poświęcali hodowli, traktując ją jednak jako drugie z kolei ważne źródło utrzymania. Istotnym odkryciem było stwierdzenie, że dawno już porzucili w zasadzie myślistwo. Zajmowali się nim zapewne od przypadku do przypadku, raczej w takim zakresie, w jakim mogło ono uzupełnić zaopatrzenie spiżarni i dodatkowo może przyczynić rozrywki.
Uparty był rolnik z Prasłowianina. W miarę wzrostu gęstości zaludniania zajmował pod uprawę nowe, coraz gorsze gleby. Zapewne stosował już technikę wypaleniskową pozwalającą w jakimś stopniu użyźniać ziemię, stał więc już nieporównanie wyżej od rolnika neolitycznego. Mniejsza też stawała się jego zależność od takiej czy innej gleby.
Posługiwał się drewnianą sochą do spulchniania ziemi, a więc odszedł od dawnej uprawy kopieniaczej. Uprawiał proso, pszenicę i jęczmień oraz - co jest mniej prawdopodobne - żyto. Znał już wartość jarzyn i potrafił je uprawiać. Wiemy, że na pewno znał groch, bób, soczewicę, mak i wiele innych. Zboże mełł na żarnach ręcznych składających się z wklęsłego kamienia i kulistego rozcieracza.
Hodował przede wszystkim bydło, które dawało mu nie tylko mięso, ale także mleko i jego przetwory. Rzadziej zajmował się hodowlą tak dziś popularnych świń oraz kóz i owiec.
Miejscem jego zamieszkania były osady otwarte, zabudowane starannie wykonanymi domami. Obok nich w starszej epoce żelaza pojawiły się grody obronne. Dzisiaj dzięki szeregowi odkryć, między innymi sławnego Biskupina, znamy już sposób ówczesnego budowania. I tu, jak później w średniowieczu, wykorzystywano naturalne miejsca obronne. Wznoszono potężne wały o konstrukcji skrzyniowej, chroniące mieszkańców. Wnętrze grodu to swojego rodzaju miasto, starannie zabudowane według z góry przyjętego planu. Natrafiamy na ślady jednakowych chat wybudowanych wzdłuż regularnie wyznaczonych ulic. Wspomniany wyżej Biskupin liczył prawdopodobnie około 2000 mieszkańców, odpowiadał więc w dzisiejszym pojęciu małemu miasteczku lub dużej wsi. Dwie rzeczy są tu niezmiernie ciekawe. Otóż w grodzie wszystkie chaty są takie same. Świadczy to o wewnętrznym układzie społecznym, który nie zna jeszcze władzy jednostki. Byłby tu więc ustrój pierwotnej demokracji, wsparty w tym czasie zapewne na kolektywnym zarządzie przez zebranie mężczyzn, a może legendarną radę starców. To rada sprawiedliwie rozdzielała ziemię zdatną do uprawy.
Samo pojawienie się grodów mówi o jakichś zmianach w dotychczasowej sytuacji ówczesnych ludzi. Zapewne sam fakt budowy miejsc obronnych wskazuje na potencjalne zagrożenie, na strach przed czymś, co może grozić bądź to od najbliższego sąsiada, bądź z zewnątrz. Z drugiej strony możliwość mobilizacji odpowiednich sił do budowy grodu wskazuje na wyraźną konsolidację ludności w odpowiednie grupy. Nasuwa się myśl o tworzeniu się jakichś mini państewek, jakichś miast-państw, może na wzór grecki. Zapoczątkowano więc proces, który w dalekiej przyszłości doprowadzi do powstania państw narodowych.
Dziwnymi drogami błąkała się myśl ludzka, zanim uformowała sobie wyobrażenia wierzeń i kultu. W pradawnych czasach ograniczały się one do magii. Ona miała pomóc myśliwemu, miała też pomóc grupie ludzkiej w zachowaniu odpowiedniej liczebności. To tym dwu magiom poświęcono pierwsze wyobrażenia plastyczne, znane powszechnie ciekawe rysunki jaskiniowe i figurki kobiece. I tu przełom dokonał się w czasie zmian w gospodarce. Dostrzeżenie zjawiska wyrastania rośliny z ziarna spowodowało, że człowiek przywiązywał doń ogromne znaczenie. Fakt konieczności umieszczenia go w ziemi nadał tej ostatniej charakter sakralny. Tak rodzi się nowe pojęcie magii rezurekcyjnej, magii odradzania się. Dawnemu myśliwemu obce były pory roku, o ile nie łączyły się z dolegliwym zimnem. Teraz znalazły się one w centrum uwagi. Zaczęto dostrzegać zamieranie i odradzanie się życia. Zaczęto obserwować, co dzieje się na niebie. Powoli wyrastały wyobrażenia pierwszych bóstw, zwykle łączonych ze zjawiskami niebieskimi. Pamiętajmy, że nowe wielkie cywilizacje rodzą się bez reszty w strefie ciepłej, tam gdzie plony mogą stać się na tyle wielkie, aby uzyskane nadwyżki pozwoliły na ich gromadzenie.
Na niebie świeci jasne słońce, słońce cudowne, mogące pomnażać plony, ale i słońce groźne, mogące je niszczyć, wypalając posiane zboże, mogące zabijać człowieka. To wszystko napawało ludzi strachem i szacunkiem. Boskie słońce, jak w wielu krajach południa, weszło na ołtarze, zajęło czołowe miejsce w panteonie. Inna droga prowadzi do ubóstwienia człowieka. Człowiek wybitny, wódz czy król, stanie między swoim ludem a bogami, aby być nieodzownym pośrednikiem. Z czasem sam przypisze sobie cechy boskie. Pojawiają się postacie bogów-królów, bogów-wodzów.
Człowiek zawsze żyje w określonych warunkach, jakie go otaczają, jakie i sam wokół siebie tworzy. On to będzie stopniowo zaludniał świat nowymi siłami. Z dawnego totemizmu pozostaną ślady w postaci bóstw lokalnych i kultu zwierząt. Kiedy zmieni się gospodarka, i w kulcie zajdą zmiany. Na ołtarze powoli wyniesie się te zwierzęta, które będą człowiekowi przydatne. Codzienna potrzeba każe je uświęcić. Znów w wielu krajach pojawią się święte byki - symbol siły i płodności. Pojawią się zwierzęta ofiarne. Nie przypadkiem u Żydów będzie to baran, bo przecież on stanowił podstawę ich gospodarki, ich istnienia. Przejdzie wiele wieków, a kult utrwali się w nieco innej formie w chrześcijaństwie.
Siły kosmiczne, zwierzęta, wodzowie - oto elementy, które złożą się na późniejsze wierzenia.
Bóg jednak, aby mógł być przydatny, nie może być sam. Z pradawnej wielkiej matki, symbolu płodności, wyrośnie bóstwo kobiece, bogini płodności, które aby rodzić, musi być zapłodnione. Pojawi się więc męski partner, mąż, kochanek, niekiedy syn. Później w miarę zanikania matriarchatu dokonuje się swoiste przestawienie kolejności. Bóg męski, często wojowniczy, zajmuje czołowe miejsce. Obok niego zjawi się jego małżonka, bóstwo kobiece. Wynikiem ich współżycia będą bóstwa - dzieci. Powstanie pierwszy panteon bóstw. Świat jednak nie stoi w miejscu. Wraz z rozwojem gospodarczym i wyrastaniem państw na arenę wchodzi polityka, wzajemne podboje, uzależnianie się. I tu człowiek adoptuje swoje wierzenia, dochodząc do wniosku, że bóg króla mocniejszego jest bogiem mocniejszym. Jeśli dokonano podboju, to lokalne bóstwo spada niżej niż bóstwo zwycięskie. Panteon gmatwa się, nakłada na siebie. W rozwoju historycznym tworzy to często bardzo zawikłane układy, skomplikowane zależności. Później już sami twórcy nie umieli zrozumieć całego procesu, tym bardziej że odbywał się on spontanicznie. Dla nowych układów rosły nowe legendy. Powstała plątanina, z której dzisiaj trudno odtworzyć dawny obraz.
Gdy na nasze ziemie napłynęli pierwsi rolnicy, zapewne przynieśli ze sobą jakieś ukształtowane już wyobrażenia religijne. Idąc z południa, mogli oni - co wydaje się słuszne - czcić słońce. Znajdowane pochówki krów świadczą, że być może jako zwierzę święte - obok słońca - występował byk. Oczywiście nie zamykało to całości problemu. Rolnik czcił zapewne wielką matkę-ziemię dającą plony, może stanowiącą partnerkę boga-słońca. Odprawiał zabiegi mające na celu wywołanie jej płodności. Dziś trudno je odtworzyć. Wiemy - a zachowało się to i w kulturze ludowej - że kobiecie przypisywano tu znaczną rolę. Nie tak dawno rolnicy starali się za wszelką cenę spowodować odpowiednią płodność ziemi. Wleczono więc po ziemi zaraz po żniwach którąś z dziewczyn, a czasami odbywano nawet stosunki płciowe, aby tylko ziemi dać siłę rodzenia. Wydaje się więc, że obraz jest tu jasny. Przypomnijmy jednak, że już w okresie neolitu napływały na nasze ziemie kolejno różne grupy ludzkie: rolnicze, pasterskie, a nawet prymitywne ludy myśliwskie. One też zapewne zostawiły ślady swoich kultur. Czy dla przybysza z północy lub w ogóle z innej sfery niż śródziemnomorska, słońce było tak wielką siłą? Wydaje się, że nie. Spójrzmy dzisiaj na nasze niebo. Ile dni w roku świeci ono intensywnie? To prawda, że z jego obiegiem łączy się pojawienie wiosny, możliwość siewów, później żniwa, a brak słońca może zmniejszyć plony, ale mamy inną siłę o wiele groźniejszą. Z ciemnego, zachmurzonego nieba padają w miesiącach letnich gromy, zabijają, niszczą dobytek. Mogły kiedyś przynosić zbawczy ogień. W zamglonej strefie północy ta siła wydaje się wyrastać ponad inne. Popatrzmy na antyczną Grecję. Lud jej jest pochodzenia indoeuropejskiego, tak jak Słowianie. Przybył zapewne z północy. Nie ma wyraźnego, dominującego śladu kultu słońca. Pojawia się natomiast ów gromowładny Zeus. Zapewne to nie przypadek. Warunki określały charakter bogów. Tak było gdzie indziej, tak zapewne było i na naszych ziemiach.