UCIEKAJ NA WIDOK KALOSZY
Droga przez Kolumbię. Mieszkańcy Bogoty mogą opuszczać miasto tylko w zorganizowanych kolumnach pojazdów. Pojedyncze samochody to łatwy łup dla partyzantów wymuszających haracze i porywających ludzi dla okupu. Guerillę trudno odróżnić od oddziałów żołnierzy. Można ich rozpoznać po tym, że do wojskowego munduru zamiast porządnych skórzanych butów noszą zwykłe kalosze.
Jeśli jedziesz przed siebie i długo nie mijasz nikogo z przeciwka, to zły znak.
Natychmiast zawracaj, bo pewnie zatrzymują. Kiedy wyjedziesz poza zasięg i przez jeden dzień nie ma z tobą kontaktu, rodzina umiera z niepokoju.
Ewa chodzi na zajęcia tylko w piątki i soboty, ma więc dużo wolnego czasu. Chciałaby pozwiedzać Kolumbię ze swoim chłopakiem. Wszyscy ich ostrzegają, ale młodzi postanawiają spróbować. Ile można siedzieć w głośnym, zatłoczonym mieście? Podczas jednej z wycieczek trafiają do małego kolonialnego miasteczka. Jest pusto, cicho, urokliwie. Wielki Piątek. Ewa wchodzi do kościoła, chce się pomodlić. W jej rodzinie wierzy się, że wszystkie modlitwy wypowiedziane tego dnia o piętnastej zostaną wysłuchane. Mario zostaje na zewnątrz, będzie robił zdjęcia. Kiedy po kwadransie Ewa wychodzi z kościoła, staje jak wryta. Główny plac miasteczka jest cały zielony – od wojskowych mundurów. Widzi machającego do niej Maria. Natychmiast do samochodu! – daje jej znak. Z walącym sercem odjeżdżają, nie oglądając się za siebie.
Innym razem wizytują razem hotel na zlecenie ministerstwa. Po wstępnej inspekcji zostawiają bagaże w pokoju i idą pozwiedzać okolicę. Kiedy wracają, na hotelowym parkingu stoi mnóstwo samochodów, gra głośna muzyka. Impreza. Idą do recepcji po klucz, a tam niespodzianka. Obsługa hotelu bardzo przeprasza, ale musiała spakować ich rzeczy i wynieść je z pokoju. Lokalny mafioso zarezerwował cały obiekt i pozostali goście niestety musieli się wyprowadzić.
Południe Kolumbii, region zamieszkały przez Indian, którzy wykuli tam charakterystyczne posągi w skałach. Ewa i Mario jadą wiejską drogą. Od kilku godzin nie mija ich żaden samochód. Niedobrze, ale przecież to głęboka prowincja. Nagle na poboczu dostrzegają patrol policji. Macha, żeby się zatrzymali. Patrzą na siebie, stają. Policjant przeprowadza rutynową kontrolę: sprawdza dokumenty, każę otworzyć bagażnik. Wreszcie pyta:
– Nie spotkaliście żadnych partyzantów?
Ewę zamurowało.
– Nas pytacie? Myślałam, że to wy przed nimi chronicie.
Policjant głośno się roześmiał.
DLACZEGO NIE PRACUJESZ JUŻ W MINISTERSTWIE?
Sprawy skomplikowały się po pięciu latach, wraz ze zmianą rządu. Strategia promocji kraju uległa całkowitej zmianie, a nowej pani minister zależało przede wszystkim na automarketingu. Podjęłam wówczas decyzję o rezygnacji. Razem ze mną odeszło osiemdziesiąt osób. Wydział promocji został zrestrukturyzowany, a oficjalny portal internetowy Kolumbii przekazany do prowadzenia przez firmę zewnętrzną.
CO ZAMIERZAŁAŚ DALEJ?
Musiałam zebrać myśli. Nie byłam już pewna, czy widzę dla siebie miejsce w Kolumbii. Aby spokojnie się zastanowić, co dalej, wyjechaliśmy z Mariem na długie wakacje.
MYŚLAŁAŚ I WYMYŚLIŁAŚ. POSTANOWIŁAŚ ZAŁOŻYĆ BIURO PODRÓŻY. NIE MARTWIŁY CIĘ WOJNA DOMOWA, CZYHAJĄCA PRZY DROGACH GUERILLA I SZKOŁY DLA PŁATNYCH MORDERCÓW?
Po odejściu z ministerstwa zastanawiałam się, co mogłabym robić. Doskonale znałam kraj, biegle mówiłam po hiszpańsku, miałam doświadczenie w turystyce i liczne kontakty z hotelarzami i tour operatorami. Pomyślałam, że mogłabym organizować wyjazdy do Kolumbii dla Polaków. Byłabym pierwsza na lokalnym rynku, ale bałam się skoczyć na głęboką wodę. Przecież nigdy nie prowadziłam firmy. Wtedy Mario, który od lat ma własną działalność, powiedział coś, za co będę mu wdzięczna do końca życia: „Ewa, każda firma potrzebuje przynajmniej dwóch lat, żeby się rozkręcić. Rób to, co czujesz, i nie martw się o pieniądze. Będę nas utrzymywał”.
ODPOWIADASZ ZA BEZPIECZEŃSTWO TURYSTÓW. CZY SYTUACJA W KOLUMBII POPRAWIŁA SIĘ NA TYLE, ŻEBY MÓC JE ZAGWARANTOWAĆ?
Jest znacznie lepiej. Rząd wziął sobie za główny cel zakończenie najdłużej trwającej na świecie wojny domowej i przez kilka ostatnich lat prowadził w Hawanie negocjacje pokojowe z partyzantką FARC. Gwarantami tego porozumienia zostały Norwegia i Kuba. 27 września 2016, po 52 latach wojny domowej, kolumbijski rząd oficjalnie podpisał z FARC pakt pokojowy.
Na ten moment Kolumbia czekała bardzo długo. Dziś można bezpiecznie przemieszczać się po kraju, a państwo coraz bardziej otwiera się na turystów, którzy wcześniej prawie tu nie trafiali. Coraz częściej na ulicy słyszę język polski. Ale z naszymi klientami odwiedzamy tylko sprawdzone miejsca. Kiedy chcemy wejść na teren slumsów, idzie z nami ochrona. Sami Kolumbijczycy też wykazują się troską o bezpieczeństwo turystów. Bardzo dbają o to, aby ich kraj był jak najlepiej postrzegany.
Standardy bezpieczeństwa są tu inne niż w Szwajcarii czy Kanadzie, ale nie różnią się od tych panujących w Argentynie, Ekwadorze czy Peru. Wśród Kolumbijczyków są ludzie nieprzyzwoicie bogaci i tacy, którzy żyją w skrajnej nędzy. Ci drudzy nie mają nic do stracenia, więc są nieprzewidywalni. Dlatego zawsze należy pamiętać o pewnych zasadach. Nie wolno wchodzić w puste uliczki, nawet jeśli wydają się spokojne i urokliwe. Nie należy stać na rogu ulic, bo tam łatwo ktoś może do ciebie podbiec. Szyby i drzwi w samochodzie muszą być zawsze zamknięte, zwłaszcza na światłach albo w korku. Nie można obnosić się z drogą biżuterią czy sprzętem elektronicznym. W supermarketach są bramki bezpieczeństwa jak na lotnisku, przy wejściu do muzeum należy pokazać zawartość torebki. To wszystko może wydawać się niepokojące, ale da się do tego przyzwyczaić. Mieszkam w Bogocie od piętnastu lat i nigdy nic złego mnie nie spotkało. Tylko w Polsce śmieją się, kiedy idąc ulicą, mocno ściskam torebkę przed sobą.
DŁUGO ROZKRĘCAŁAŚ FIRMĘ?
Kiedy odeszłam z ministerstwa, napisała do mnie pewna dziewczyna, czytelniczka mojego bloga. Wymieniłyśmy kilka maili, a ona sprawiła mi miłą niespodziankę. Przysłała mi paczkę z polskimi produktami, o których napisałam na blogu, że mi ich brakuje. Tak zaprzyjaźniłam się z Kingą. Okazało się, że wkrótce miała przeprowadzić się do Bogoty. Wcześniej ona i jej mąż Kolumbijczyk mieszkali w Hiszpanii.
Kinga też szukała pomysłu na to, czym mogłaby się zajmować w Kolumbii. Zaproponowałam jej spółkę. Tu dość łatwo jest założyć firmę, podatki płaci się tylko od fakturowania, więc na początku nie ponosiłyśmy kosztów. W urzędach panują chaos i biurokracja, ale znając hiszpański i lokalne realia oraz wykazując dużą cierpliwość, byłyśmy w stanie wszystko załatwić. Razem rozkręcałyśmy działalność, założyłyśmy stronę, zadbałyśmy o marketing, brałyśmy udział w targach. Po pewnym czasie zaczęli kontaktować się z nami pierwsi turyści z Polski. Na początku małe grupy, dziś po trzydzieści, czterdzieści osób. Nasze biuro, Kolumbia Travel, organizuje przede wszystkim wyjazdy motywacyjne dla pracowników polskich firm. Obsługujemy większość wyjazdów do Kolumbii pojawiających się w katalogach biur podróży w Polsce.
CO BYŁO DLA WAS NAJWIĘKSZYM BIZNESOWYM WYZWANIEM?