Przedsłowie. Olgi Tokarczuk wprowadzenie do świata mediów
Zaskakująca, więcej - zdumiewająca była godzinna noblowska przemowa, co piszę! - wykład Olgi Tokarczuk w Akademii Szwedzkiej 7 grudnia 2020 roku. Zatytułowany Czuły narrator, w całości został upowszechniony w tygodnikach i Internecie, zamieszczony w witrynie Nagrody Nobla1. Choć to mowa okazjonalna, to zawiera wiele inspirujących stwierdzeń noblistki odnoszących się do współczesnego świata mediów, w których Oldze Tokarczuk udało się wyjaśnić, dlaczego literatura jest ważna w czasach cyfrowej kakofonii.
Warto przeto wyróżnić szczególnie znaczące fragmenty oraz opatrzyć je kilkuzdaniowymi komentarzami. Bez wątpienia będzie to subiektywny, autorski wybór i odczytanie mowy, może nawet jej nadinterpretacja. Co więcej, kryteria wyboru fragmentów zależą przecież od perspektywy interpretatora. Nie pretendując zatem do uniwersalnej selekcji czy interpretacji tego wykładu, przyjmę akademicką perspektywę medioznawczą. Ona bowiem, jak uważam, pozwala dostrzec wnikliwość diagnozy współczesnego zmediatyzowanego świata2.
Przytaczane fragmenty tekstu przemowy (wszystkie za portalem NobelPrize.org) zostały wyróżnione, aby oddzielać myśli Olgi Tokarczuk od ich komentowania. Oto początkowe akapity mowy noblowskiej.
Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. (...) Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła - jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje - Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować. (...) byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. (...) I nawet, jeżeli powiem: "Jestem nieobecna", to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: "Jestem" - najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.
W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora3.
Wielki słownik języka polskiego PAN wskazuje, że medium to "osoba, która posiada zdolność kontaktowania się z bytami z zaświatów"4. I to Olga była tu medium. Ale przecież dla małej Olgi medium - przekaźnikiem w trzecim znaczeniu słownikowym, był sam radioodbiornik. To nim była zafascynowana, a szczególnie mrugającym wskaźnikiem - "zielonym okiem". To jego czułość punktowała świat - Warszawa, Londyn, Luksemburg, a przez radio odzywał się do niej kosmos. I oto ujawnia się McLuhanowskie "medium jest przekazem", maksyma współczesnego pojmowania mediów, w ujęciu Olgi jedności obu znaczeń. Czymże jest ten wyżej wspomniany, a i wskazany w tytule mowy "czuły narrator"? Jest medium wyższego rzędu, realnie spiritualistycznym, prawdziwie łączącym autora-narratora-nadawcę z czytelnikiem-słuchaczem, odbiorcą i uczestnikiem komunikacji międzyludzkiej, czyli społecznej.
Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny - za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść - zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów. To, jak myślimy o świecie i - co chyba ważniejsze - jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść - rządzi5.
Wybitny amerykańsko-węgierski medioznawca George Gerbner stale podkreślał znaczenie wielkich narracji w formie powieści (a i mitów) dla życia społecznego. Cytował chętnie dawnego szkockiego patriotę i poetę, Andrew Fletchera, który pisał: "Gdyby mi wolno było stworzyć wszystkie ballady, nie musiałbym się przejmować, kto tworzy prawa naszego narodu"6. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, dodawał George Gerbner, "tworzenie ballad - lub mówiąc szerzej, historii - przeniosło się od rodziców, szkół, społeczności, kościołów i narodów do komercyjnego przemysłu telewizyjnego prowadzonego przez korporacyjne konglomeraty medialne. Ta transformacja głęboko zmieniła sposób, w jaki dzieci są socjalizowane i zrobiła wiele, aby ukształtować sposób zarządzania naszym społeczeństwem. Krótko mówiąc, zmieniła nasz styl życia"7.
Jako ówczesny współpracownik profesora Gerbnera, odwołałem się do jego tez o znaczeniu narracji w książce o minionym okresie stalinowskiej polityki kulturowej. Pod rządami totalitarnymi tylko trzy elementy zachowują pewną niezależność od kontroli państwa: rodzina, pamięć i tradycja kulturowa. Nic dziwnego, że dyktatorzy próbują obezwładnić nawet je. Nic nie może lepiej zilustrować polityki Stalina, polegającej na zmiażdżeniu wszelkich form swobodnego przepływu ludzi i idei, niż kampania przeciwko Ukraińcom na początku lat 30. XX wieku. Po narzuceniu zwierzchności władzy bolszewików na Ukrainie jedynym środkiem zachowania niezależności i siły jej kultury byli kobzars, lokalni niewidomi bardowie, którzy wędrowali po kraju, śpiewając ballady i recytując starożytne legendy. Według słów słynnego rosyjskiego kompozytora Dimitrija Szostakowicza byli oni "żywym muzeum, żywą historią kraju: wszystkimi jego piosenkami, całą jego muzyką i poezją", które podtrzymywały tożsamość narodową narodu ukraińskiego. Stalin nie mógł tego tolerować. Na jego rozkaz kilkuset bardów zaproszono na zgromadzenie, na którym jednak zamiast doczekać się uznania zostali aresztowani, a następnie, jak wspomniał Szostakowicz w swoim świadectwie, "rozstrzelano prawie wszystkich tych nieszczęsnych ślepców"8.
Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki. (....) Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów - głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając9.
To medialna literacka kakofonia, którą można zaobserwować w każdej nieco większej księgarni, o internetowym amazon.com już nie wspominając. W pierwszych latach rozwoju tzw. Web 2.0, czyli blogów, postów, haseł Wikipedii, nawet Facebooka, wydawała się triumfem kultury uczestnictwa aż do krytyki Andrew Keena przeprowadzonej w książce Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę10, który wykazuje, że Internet sprzyja powstawaniu nowych form kultury rażących pustką, banalnością, upowszechnia więc w istocie amatorszczyznę. Nie byłoby to tragedią, gdyby kult twórcy-amatora (prosumenta) nie podkopywał kultury opartej na profesjonalizmie. Bankrutują redakcje, wydawnictwa i producenci muzyczni. Upada, zdaniem Keena, kultura przez duże K.
Tezy Keena subtelniej rozwija najnowsza książka Jay'a D. Boltera, której tytuł można przetłumaczyć jako: Cyfrowa obfitość. Upadek kultury elitarnej a rozwój nowych mediów11. Konsekwencją jest medialny, a więc i kulturalny harmider, tak trafnie ujęty przez Olgę Tokarczuk. Pisze ona o jego podłożu:
Instynkt ekspresji - może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie - najpełniej objawia się w sztuce. (...) Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: "Opowiem ci moją historię", "Opowiem ci historię mojej rodziny", ewentualnie "Opowiem ci, gdzie byłam" to dziś najpopularniejsze gatunki literackie12.
Wszakże gdy wszyscy piszą, niewiele może być dostrzeżone. Aby nieco uporządkować ów bezlik, wprowadza się kategoryzacje wedle rodzajów.
(...) żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk, zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników.
Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże - odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać, i dostaje dokładnie to, co chciał13.
I tak Olga Tokarczuk przystępnie ujmuje ważne zagadnienie teorii nie tylko literatury, ale i mediów masowych. W analizie przekazów masowych często stosowane i użyteczne jest pojęcie gatunku. W odniesieniu do sztuki wprowadził je już Arystoteles, który dzielił wytwory literackie na grupy lub typy (tragedia, komedia, epika, liryka itd.). W XX wieku termin ten zaczął być używany przez producentów filmowych Hollywoodu do klasyfikacji filmów oraz pomagał w usprawnieniu organizacji ich produkcji i marketingu.
Troska o przestrzeganie norm gatunku przenosi wartość dzieła w sferę tradycji kulturalnej, kosztem wartości artystycznej, która wyżej ceni nowatorskie formy ekspresji twórczej. Jednakże w odniesieniu do mediów pojęcie gatunku jest mniej kontrowersyjne niż w sztuce, gdyż ich pożądanym standardem jest nie oryginalność i indywidualność, lecz rutyna i standaryzacja.
W dalszym wywodzie Olga Tokarczuk wprost podejmuje temat nowych form gatunkowych: filmowych seriali telewizyjnych.
Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.
Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. (...) Pierwsze dwie dekady XXI w. z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny.
Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej - narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: "deus ex machina". (...)
Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości14.
Tokarczuk jakby znowu wracała do hipnotyzującej funkcji medium w kształcie już nie radiowym, ale wizualnym - telewizyjnym, gdy ciągnąca się fabula interrupta koresponduje z płynną komunikacją, określoną przez Jay'a Boltera jako flow, przepływ, pozostający w opozycji do tradycyjnego teatralnego katharsis (oczyszczenia).
Tego katharsis nie daje już popkultura ani informacja masowa. Media współczesne raczej mącą niż oczyszczają świadomość.
Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.
Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu, to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy.
Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII w., ukuł termin "pansofia", w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?
Kiedy powstał Internet, wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości - oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej praktycznie z każdego miejsca na Ziemi.
Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać - różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących15.
W 1998 roku informatyk, profesor Ryszard Tadeusiewicz, posłużył się metaforą smogu informacyjnego, którą uznał za najlepszą dla scharakteryzowania zjawiska przeładowania informacyjnego (ang. information overload) oraz niskiej oceny wiarygodności informacji znajdujących się w zasobach sieciowych. To drugie odnosi się do wiedzy ujętej w Wikipedii.
Obecnie doszły tutaj metafory filtrów i baniek informacyjnych, pojęć wprowadzonych przez Eliego Parisela w książce Bańka filtrująca. Co Internet ukrywa przed tobą16. Pokazuje on, jak algorytmy Facebooka czy Google'a odcinają nas od informacji, które mogłyby być sprzeczne z naszymi poglądami.
Tekst Olgi Tokarczuk także ostrzega nas przed wiarą w czynienie dobra przez Google'a. Zresztą słynne motto Don't be evil usunięto z pierwszych słów kodeksu postępowania firmy. Sam Internet pełen jest fake newsów, fałszywych informacji, mowy nienawiści, wydumanych teorii, choćby płaskoziemców czy negacjonistów pandemii.
Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie "pansoficznie", ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.
Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.
Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych - od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.
Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. (...) Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem17.
Tokarczuk dostrzega finansowy i polityczny wymiar działań mediów społecznościowych, ujawniony światu w skandalu Cambridge Analytica. Ale przecież to tylko wierzchołek góry lodowej, choć doskonałe wprowadzenie do subdyscypliny medioznawstwa - ekonomii politycznej mediów.
Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia - kina, fotografii, virtual reality i augmented reality - stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej "odkodowanie" na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.
Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś - to jasne - stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego18.
O komunikacji bezpośredniej w formie pierwotnej, czyli komunikacji oralnej, wiele pisano w tzw. Szkole Toronto, z Walterem Ongiem i Marshallem McLuhanem na czele. Jednak dzisiaj, w erze eksplozji środków audiowizualnych, gier komputerowych, wirtualnej rzeczywistości, zdaje się ona być nam bliższa w nowych audiowizualnych formach.
Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać listu, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko.
To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX w., martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata - oddziałujący bezpośrednio na nasze zmysły19.
Obszernie traktuje o tym książka Jacka Dukaja Po piśmie. Wpływ jego poglądów na media odnajduję w mowie Olgi Tokarczuk.
Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące "ktoś", "coś", "gdzieś", "kiedyś" może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee - ziemia jest płaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. "Gdzieś" toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. "Gdzieś" od "jakiegoś" czasu trwa "jakaś" wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają. Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie "dobre wiadomości", ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak20.
Przemoc w mediach to klasyczny temat medioznawczy. Nabiera on jednak coraz większego znaczenia już nie jako obrazy fizycznej przemocy, gwałtu i okrucieństwa, ale jako przemoc symboliczna, a szczególnie jako mowa nienawiści.
(...) jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji.
Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy, w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku.
Żeby łatwiej nam było to znieść, dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.
Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił - fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie21.
Człowiek otrzymuje identyfikator, już nie tylko plakietkę na ubraniu czy paszport, ale numer - PESEL, login itp. Stajemy się numerem, a w sieci profilem, nasze dane są gromadzone jako big data, zapisywane w chmurach internetowych, segregowane przez algorytmy. Tokarczuk nazywa nas zombie, medioznawcy - cyfrowymi ludźmi. Jesteśmy realnie wirtualni, czyli jak żywe trupy w grach komputerowych.
Co nas może ożywić faktycznie? Odpowiedź Olgi jest do przewidzenia - literatura.
(...) kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji22.
I tu skojarzyłem tę myśl z tytułem mojej pracy doktorskiej z socjologii kultury i mediów sprzed niemal pół wieku Młodzi robotnicy Nowej Huty jako odbiorcy i współtwórcy kultury (1971) - określenie "odbiorcy" w tytule było oczywiste, ale "współtwórcy kultury" już nie. Postrzegałem ich jako interpretatorów, aktywnych psychicznie odbiorców. To wówczas byli robotnicy oglądający w telewizji spektakle teatralne, kabarety w stylu Starszych Panów, a także recitale, na przykład Ewy Demarczyk. Dzisiaj serwuje się im disco polo Zenka Martyniuka. Remedium na prymitywną popkulturę może być rozumienie i współodczuwanie czułości wykazywanej przez twórcę-narratora.
Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.
Do tego właśnie służy mi czułość - czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw.
(...) Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest "ja". (...) Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.
Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie23.
Kluczowym słowem w mowie noblowskiej Tokarczuk jest nie tyle literatura i media, ani nawet wrażliwość czy miłość. Jest nim czułość24. Przywołana jest w tytule i w końcowych rozważaniach jako podsumowanie. Przynależy do sfery pogłębionej narracji oraz ludzkiej etyki komunikowania, a niekiedy - choć raczej wyjątkowo - mediów. Ale przecież media są środkiem komunikacji społecznej, a ta, aby była dobra, w etycznym, społecznym i ludzkim sensie, w uzupełnieniu do teorii aktu komunikacyjnego Habermasa, wymaga skupienia uwagi, dostrzegania wartości i godności drugiej osoby, pewnego stopnia czułości. Komunikacja społeczna powinna zatem być odniesieniem do tego, co Florian Znaniecki nazywał "współczynnikiem humanistycznym" w socjologii, a co należałoby wprowadzić do współczesnych badań medioznawczych na wszelkich poziomach.
1 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, NobelPrize.org, Nobel Media AB 2020, 10 lutego 2020 roku, https://www.nobelprize.org/uploads/2019/12/tokarczuk-lecture-polish.pdf (dostęp: 5.08.2020).
2 Zastanawiające, że w artykule "Od fake newsów po rolę literatury". Mowa Olgi Tokarczuk trafia do szkół nauczyciele nie wskazywali bezpośrednich odniesień w przemowie do kwestii medialnych, dostrzegając jedynie kwestię fake newsów, zob. J. Suchecka, "Od fake newsów po rolę literatury". Mowa Olgi Tokarczuk trafia do szkół, https://tvn24.pl/polska/olga-tokarczuk-i-jej-mowa-noblowska-jako-temat-lekcji-od-historii-po-godzine-wychowawcza-ra991777-2565582 (dostęp: 5.08.2020).
3 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, dz. cyt., s. 1-2; wyróżnienie - T.G.K.
4 Medium to także: 1) osoba dająca się łatwo zahipnotyzować; 2) osoba obcująca z duchami podczas seansów spirytystycznych; 3) to, za pośrednictwem czego są przekazywane lub wyrażane jakieś treści, Słownik języka polskiego PWN, https://www.wsjp.pl/index.php?id_hasla=4104&id_znaczenia=773789 &l=16&ind=0 (dostęp: 8.08.2020).
5 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, dz. cyt., s. 3.
6 Cyt. za: G. Gerbner, The Electronic Storyteller. Television & the Cultivation of Values, Media Education Foundation transcript of One of Three Videos in the Series: George Gerbner on Media and Culture, https://www.mediaed.org/transcripts/The-Electronic-Storyteller-Transcript.pdf (dostęp: 8.08.2020).
8 Testimony: The Memoirs of Dmitri Shostakovich, ed. S. Volkov, New York 1979, s. 165.
9 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, dz. cyt., s. 5.
10 A. Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę, tłum. M. Bernatowicz i K. Topolska-Ghariani, Warszawa 2007.
11 J.D. Bolter, The Digital Plenitude: The Decline of Elite Culture and the Rise of New Media, Boston 2019.
12 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, dz. cyt., s. 5.
16 E. Parisel, The Filter Bubble: What the Internet Is Hiding from You, New York 2011.
17 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, dz. cyt., s. 9-10.
24 Wczuwanie to empatia, a czułość to raczej wyczuwanie. Olga Tokarczuk pisze o wyczuwaniu głosów świata poprzez radioodbiornik.