Rozdział 1NAJWIĘKSZA dychotomia
Jocko Willink
Placówka Charlie Med, obóz Ar-Ramadi, Irak, 2006 Rok
- Sir - odezwał się słabym głosem młody seals - proszę tu podejść.
Spletliśmy dłonie w uścisku. Nie oficjalnym, jak podaje sobie ręce dwóch biznesmenów, ale ze splecionymi kciukami, jak podczas siłowania się na rękę. To był braterski uścisk. Młody seals czuł działanie morfiny. Widziałem to po jego oczach. Ale nadal był ze mną, świadomy i przytomny. Posiadał wszystkie cechy, które powinien mieć młody mężczyzna. Był inteligentny, odważny, wysportowany, zabawny, lojalny i silny. Jakieś pół godziny wcześniej został postrzelony w nogę. Później dowiedziałem się, że Mikey Monsoor, młody operator karabinu maszynowego z SEAL, ruszył pod silnym ostrzałem wroga i wyciągnął tego chłopaka z bitewnej zawieruchy na ulicy w dzielnicy Malaab w Ar-Ramadi, w samym sercu brutalnej irackiej rebelii.
Ranny seals leżał teraz na noszach w Charlie Med, szpitalu polowym w obozie Ar-Ramadi, gdzie amerykańscy lekarze wojskowi pracowali bez wytchnienia, by niemal codziennie ratować życie ciężko rannym żołnierzom. Potężny przeciwpancerny pocisk o wymiarach 7,62 × 54 mm ze stalowym rdzeniem wbił się chłopakowi w nogę w dolnej części uda, rozdarł mięso i kość, po czym wyszedł górą, blisko pachwiny. Trudno było powiedzieć, czy da się uratować kończynę. Patrząc na to, jak wygląda rana, podejrzewałem, że nie.
Ranny seals ścisnął mi mocniej dłoń i przyciągnął mnie do siebie, tak że nasze twarze znalazły się w odległości zaledwie kilku centymetrów. Widziałem, że chce mi coś powiedzieć, więc pochyliłem głowę, przysuwając ucho do jego ust. Nie miałem pewności, czego się spodziewać. Bał się, był zły czy smutny, że może stracić nogę? Stresował się, co go czeka? Był chyba zdezorientowany. Wziął głęboki oddech i wyszeptał:
- Proszę, sir, niech mi pan pozwoli zostać. Proszę mi pozwolić. Proszę. Nie chcę wracać do domu. Zrobię wszystko. Będę sprzątać obóz. Mogę tu dochodzić do siebie. Proszę, proszę, proszę, chcę po prostu zostać z zespołem.
A więc o to mu chodziło. Nie był przerażony. Ani zły. Nie smuciło go, że może stracić nogę. Przejmował się tylko tym, że może opuścić zespół zadaniowy.
Zespół zadaniowy Zabijaka. Nasz zespół. Nasze życie. Po raz pierwszy nasz seals został poważnie ranny. Podczas wcześniejszych akcji kilku chłopaków odniosło lekkie obrażenia. Niektórym niewiele brakowało do niebezpiecznych obrażeń. Ale to był pierwszy w zespole zadaniowym. Zabijaka ranny seals, którego życie całkiem się zmieni z powodu poważnej rany odniesionej w walce. Nawet jeżeli nie straciłby nogi, obrażenia wydawały się zbyt poważne, by mógł zachować dotychczasową niebywałą formę fizyczną. A mimo to chłopaka obchodziło tylko to, że mógłby mnie zawieść, że mógłby zawieść zespół i swój pluton.
Co za gość. Prawdziwy przyjaciel i brat. I bohater: młody, odważny, bez wątpienia bardziej przejęty losem przyjaciół niż własnym życiem.
Poruszyło mnie to. Poczułem, jak do oczu napływają mi łzy. Powstrzymałem je i przełknąłem gulę, którą czułem w gardle. Nie miałem czasu na wzruszenia. Byłem "liderem". Musiałem być silny - dla niego.
- W porządku, bracie. Najpierw musimy cię załatać - odparłem cicho. - Jak się wyliżesz, wrócisz do nas. Ale najpierw musisz dojść do siebie.
- Dam radę - odparł ranny seals. - Tylko proszę mi pozwolić zostać... Proszę mi pozwolić.
- Bracie - zapewniłem żarliwie - ściągnę cię z powrotem, jak tylko staniesz na nogi. Ale najpierw musisz dać się wyleczyć.
- Tu się wyleczę. Mogę pracować w TOC - protestował, wspominając o naszym taktycznym centrum operacyjnym (tactical operations center), które monitorowało operacje bojowe przez radioodbiorniki i ekrany telewizyjne wyświetlające nagrania ze statków powietrznych, zarówno załogowych, jak i bezzałogowych.
- Słuchaj - odezwałem się - to tak nie działa. Zostałeś poważnie ranny. Będziesz potrzebował porządnej rehabilitacji, a tu ci takiej nie załatwimy. Wróć do domu. Dojdź do siebie. Stań na nogi, a ja sprawię, że tu wrócisz, obiecuję.
Nie kłamałem. Niezależnie od tego, czy straciłby nogę, czy nie, gdyby tylko doszedł w wystarczającym stopniu do siebie, zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, żeby go tu z powrotem ściągnąć.
- Dobrze, sir - odparł, przekonany, że to nie potrwa długo. - Niedługo wrócę.
- Wiem, bracie. Wiem o tym - powiedziałem.
Wkrótce potem ładowano go do helikoptera MEDEVAC****** i odleciał do lepiej wyposażonego ośrodka, w którym istniała szansa na uratowanie mu nogi.
Wróciłem do obozu składającego się z szeregu namiotów i budynków, który nazwaliśmy Sharkbase, wciśniętego między rzekę Eufrat a obóz Ar-Ramadi, dużą amerykańską bazę wojskową.
Poszedłem do mojego pokoju na piętrze budynku, gdzie znajdowało się też centrum operacyjne; był to bogaty niegdyś kompleks ze zdobionymi kolumnami, wcześniej należący do reżimu Saddama Husajna. Teraz służył nam za siedzibę, z workami z piaskiem w oknach i improwizowanymi meblami. Usiadłem na spartańskim łóżku zrobionym ze sklejki i kantówek.
Oto i rzeczywistość: zostaliśmy tu umieszczeni zaledwie miesiąc wcześniej. Właściwie codziennie dochodziło do wymiany ognia. Miasto Ar-Ramadi, na którego terenie działaliśmy, było pełne bojowników. I to dobrych: doskonale wyposażonych i wyszkolonych, a do tego zdyscyplinowanych. Walczyli zawzięcie i bezlitośnie.
Oczywiście byliśmy pod tym względem lepsi. Nasze wyszkolenie, sprzęt i nastawienie plasowały nas w czołówce jednostek wojskowych świata. Znaleźliśmy się w Ar-Ramadi po to, by miasto stało się bezpieczne dla miejscowych, ale mogliśmy to zrobić tylko w jeden sposób: musieliśmy pokonać wroga, dopaść złowrogich bojowników na ulicach i ich wybić. Do nogi.
Ale nie byliśmy kuloodporni. Nie mogliśmy dzień w dzień biegać po mieście i nie tracić przy tym ludzi. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Gdzie człowiek wdaje się w wojnę, zwłaszcza w bezwzględnych miejskich warunkach, tam są ofiary. Na tym to polega. Co dziwne, aż do tego momentu sealsi w Iraku mieli masę szczęścia. Trzy lata na wojnie i zaledwie kilka ofiar - w tym żadnej śmiertelnej. Chłopaki odnosili rany w dość przypadkowy sposób, najczęściej ze względu na zwykłego pecha.
Szczęście kiedyś jednak musiało się skończyć. Dostaliśmy na to ewidentny dowód, widziałem go na własne oczy - patrzyłem na rannego sealsa, bladego od utraty krwi, majaczącego pod wpływem morfiny, szczęśliwego - niesamowicie szczęśliwego - że w ogóle przeżył.
Ranny seals był młody. Służył dopiero w swoim drugim plutonie i była to zaledwie jego druga zmiana w Iraku. Był doskonałym operatorem i kluczowym członkiem zespołu. A poza tym świetnym gościem. Wiernym. Lojalnym. Zabawnym.
Chociaż sealsi w zespole zadaniowym bardzo się między sobą różnili, pod wieloma względami byli też podobni. Jasne, mieli cechy szczególne. Nie byli też, rzecz jasna, chodzącymi ideałami. Jak my wszyscy.
Jednocześnie każdy z nich okazał się niesamowity na własny sposób. Byli patriotami i altruistami. Znajdowali się w "Oddziałach" - jak sealsi w skrócie nazywają naszą społeczność oddziałów sił specjalnych amerykańskiej marynarki SEAL - z tego samego powodu: by służyć, by wypełniać obowiązki, by oddać wszystko, co mogli, dla zespołu zadaniowego, drużyny i naszego wspaniałego narodu.
A ja nimi dowodziłem.
Tylko że słowo "dowodzić" nie oddawało uczuć, jakie żywiłem wobec tych ludzi. Wszystkich. Byli moimi przyjaciółmi; razem żartowaliśmy, razem się śmialiśmy, razem się wspieraliśmy. Traktowałem ich jak braci, ponieważ istniała między nami braterska więź. Byli też jak moje dzieci, ponieważ odpowiadałem za wszystko, co zrobili - niezależnie od tego, czy postępowali dobrze, czy źle - a poza tym musiałem ich chronić, jak tylko umiałem: musiałem ich obserwować, gdy sami obserwowali miasto z dachów i przemieszczali się niebezpiecznymi ulicami.
Oddawali mi wszystko, co mieli. W pracy, podczas szkolenia, a teraz na polu bitwy. Jednocześnie byli dla mnie wszystkim. Pod wieloma względami stali mi się bliżsi niż rodzice, rodzeństwo, a nawet żona i dzieci. Oczywiście, że kochałem moją rodzinę. Ale ci chłopcy z zespołu zadaniowego też byli moją rodziną i chciałem ich przede wszystkim chronić.
Lecz jakkolwiek bym tego nie pragnął, mieliśmy coś do zrobienia. Coś niebezpiecznego i strasznego. Nie mieliśmy miejsca na błąd. A ja musiałem wystawiać ich na potworne ryzyko raz po raz i znowu. Oto przykład dychotomii przywództwa, być może największą, z jaką lider mierzy się w trakcie walki: jego najważniejszym obowiązkiem jest sprawowanie opieki nad oddziałami, lecz musi przy tym wykonać zadanie. Oznacza to, że powinien podejmować decyzje i realizować plany oraz strategie mogące kosztować życie ludzi, których tak kocha.
To było dla mnie niesamowicie trudne. W Ar-Ramadi nie chodziło bowiem o to, czy kogoś stracimy. Pytanie brzmiało: kiedy do tego dojdzie.
Nie byłem wcale pesymistą. Ależ skąd. Lecz to nie oznaczało, że nie brałem pod uwagę ofiar. Modliłem się, by ich nie było. Robiliśmy, co w naszej mocy, by zminimalizować ryzyko w kwestiach, nad którymi mieliśmy kontrolę.
W tym sensie byłem realistą. A rzeczywistość wyglądała tak, że amerykańscy żołnierze i marines zostawali ranni i ginęli w Ar-Ramadi codziennie. Codziennie.
Wciąż chodziliśmy na nabożeństwa żałobne za poległych bohaterów.
Misja w Ar-Ramadi zupełnie nie przypominała mojej pierwszej operacji w Iraku w latach 2003-2004, gdy wszystko kontrolowaliśmy w znacznie większym stopniu, a sytuacja nie była tak dynamiczna. W Ar-Ramadi w 2006 roku ciągłe i intensywne walki w miejskim terenie oznaczały, że nie kontrolowaliśmy ryzyka. Ilekroć moi ludzie wychodzili na pole bitwy, czyli niemal codziennie, miałem świadomość, że w końcu nadejdzie ten dzień.
Na tym polegało najcięższe brzemię dowodzenia.
A potem ten dzień nadszedł.
Drugiego sierpnia 2006 roku Leif i jego sealsi z plutonu Charlie razem z plutonem z armii irackiej, dla którego byli doradcami bojowymi, połączyli siły z naszymi towarzyszami broni z oddziału Buldog******* podczas dużej akcji oczyszczania w południowo-środkowym Ar-Ramadi. Operacja rozpoczęła się wcześnie rano, a mniej więcej przez pierwszą godzinę było zupełnie cicho.
Nagle rozległ się pojedynczy strzał, a zaraz za nim gorączkowy okrzyk przez radio:
- Mamy rannego!
Ryan Job, niezwykły młody strzelec z plutonu Charlie, został trafiony w twarz pociskiem wrogiego snajpera. Był ciężko ranny. Rozpętało się piekło, gdy bojownicy zaczęli strzelać z wielu stron naraz. Leif i pluton Charlie starali się ewakuować Ryana, a bojowe wozy piechoty M2 Bradley oraz czołgi M1A2 Abrams oddziału Buldog przybyły na ratunek z potężną siłą ognia. Pluton Charlie wsadził Ryana do pojazdu MEDEVAC i odesłał z pola bitwy, by zajęli się nim lekarze. Następnie Leif i reszta plutonu, a także iraccy żołnierze ruszyli z powrotem na Posterunek Bojowy Sokół (Combat Outpost Falcon, COP Falcon), ufortyfikowaną pozycję armii amerykańskiej kilka niebezpiecznych przecznic dalej. Ale walki w południowo-środkowym Ar-Ramadi robiły się coraz cięższe, ponieważ wrodzy bojownicy opanowali cały obszar. Żołnierze z plutonu Charlie słyszeli ogień maszynowy, gdy ich bracia z oddziału Buldog - Mike i jego żołnierze - wciąż zawzięcie ostrzeliwali się z wrogiem w szeregu miejsc w mieście. Leif i dowództwo jego plutonu omówili pospiesznie sytuację, aż wreszcie ten pierwszy skontaktował się ze mną przez radio i poprosił o pozwolenie na powrót i zabezpieczenie kilku budynków, w których, jak podejrzewał, ukrywali się wrodzy bojownicy.
- Zróbcie to - poleciłem.
Leif i jego pluton zrobili wszystko, co mogli, by zminimalizować ryzyko. Do podejrzanych budynków jechali w ciężko opancerzonych wozach bojowych Bradley. Pojazdy te urabiały budynki ogniem z potężnych działek automatycznych 25 mm. Mało tego, taranowały ogrodzenia, by pluton mógł zejść z otwartej ulicy i nieco ukryć się przed wrogimi pociskami w drodze do budynków, których wejścia miał sforsować. Lecz i to nie mogło całkowicie zneutralizować ryzyka. I nie zneutralizowało.
Oglądałem nagranie na żywo z drona lecącego nad plutonem Charlie, którego członkowie wysiadali z bradleyów i wchodzili do budynku. Wiedziałem, że ostrzał jest silny. Gdy jednak moi sealsi weszli do środka, nie miałem już możliwości obserwowania, co się dzieje.
Po kilku długich minutach zobaczyłem, że kilku sealsów opuszcza budynek z rannym; wnieśli go do stojącego nieopodal bradleya. To był jeden z naszych. Nie ruszał się.
Obserwowałem to wszystko z TOC, a czułem rosnący ścisk w brzuchu. Chciało mi się płakać i krzyczeć, wymiotować i wygrażać niebu pięścią.
Musiałem jednak zdusić w sobie te emocje, bo miałem zadanie do wykonania. Trzymałem więc radio i czekałem na wezwanie od Leifa. Sam tego nie robiłem, ponieważ wiedziałem, że musi coś zrobić, a nie chciałem mu przeszkadzać.
Odezwał się kilka minut później. Słyszałem, że stara się zachować spokój, ale i tak w jego głosie słychać było całą gamę emocji.
Zdał raport: gdy pluton Charlie wszedł do budynku, zaskoczył go wrogi ostrzał z sąsiedniego budynku. Kiedy seals Marc Lee, operator karabinu maszynowego, odważnie stanął w progu, by ściągnąć na siebie uwagę rebeliantów i ochronić resztę towarzyszy idących za nim, powalił go ogień przeciwnika. Zginął na miejscu.
Marc Alan Lee, niesamowity wojownik, przyjaciel, brat, syn, mąż, wujek, człowiek silnej wiary, komik i naprawdę wybitny przedstawiciel ludzkiego rodzaju, nie żył. W dodatku Ryan Job, inny operator karabinu maszynowego z plutonu Charlie i święty człowiek, już wcześniej został poważnie ranny, przebywał w śpiączce farmakologicznej i znajdował się w drodze na operację w Niemczech. Na razie nie wiedzieliśmy, co z nim będzie.
Brzemię tej straty ciążyło mi kamieniem.
Kiedy Leif wrócił do bazy, widziałem, jak mu ciężko. W oczach miał nie tylko łzy, ale też zwątpienie i pytania. Czuł, że ciąży na nim brzemię olbrzymiej odpowiedzialności. Leif nigdy nie wspominał, że sam też został ranny: odłamek wbił mu się w plecy, o milimetry mijając ochronę zapewnianą przez kamizelkę. Leifa to nie obchodziło. Ważniejsze było dla niego strzaskane serce.
Minął kolejny dzień.
Leif przyszedł do mojej kwatery. Widziałem, że w jego duszy panuje chaos.
Jako dowódca komponentu lądowego Leif postanowił wrócić na pole walki. Zaakceptowałem tę decyzję. Lecz to on musiał zmierzyć się z faktem, że on przeżył, a Marc nie.
- Mam wrażenie, że podjąłem złą decyzję - powiedział cicho. - Chciałbym cofnąć czas. Chciałbym móc zrobić coś, cokolwiek, inaczej, żeby Marc wciąż był wśród nas.
Widziałem, jak bardzo go to dręczyło. Czuł, że wśród całego tego chaosu i szaleństwa mógł zdecydować inaczej, wybrać inną drogę.
Ale się mylił.
- Nie, Leif - odparłem powoli - nie mogłeś podjąć żadnej decyzji. Wszyscy ci żołnierze uwikłali się w bezlitosną walkę, w ogromną bitwę i potrzebowali naszej pomocy, naszego wsparcia. Zrobiłeś to. Istniało jeszcze tylko jedno inne wyjście: czekać na tyłach i dać armii walczyć na własną rękę. Nie mogłeś jednak pozwolić, żeby pluton Charlie siedział sobie spokojnie w bezpiecznym budynku, a oddział Buldog podjął ryzyko i poniósł ofiary. Nie działamy w ten sposób. Jesteśmy drużyną. Dbamy o siebie. Nie miałeś innego wyboru, więc to nie była kwestia decyzji.
Leif milczał. Spojrzał na mnie i powoli skinął głową. Z pewnością ciężko było mu tego słuchać, ale wiedział, że mam rację. Wiedział, że nie mógł siedzieć z boku, kiedy inni Amerykanie znajdowali się na linii frontu i potrzebowali wsparcia w być może największym pojedynczym starciu podczas wielomiesięcznej bitwy o Ar-Ramadi. Gdyby zdecydował inaczej, wszyscy w plutonie wiedzieliby, że podjął złą decyzję. Leif też by miał tę świadomość. Ale wobec ciężaru, jaki nosił na sercu, potrzebował pocieszenia.
Mówiłem więc dalej:
- Jesteśmy frogmanami. Jesteśmy sealsami. Jesteśmy amerykańskimi wojskowymi. Jeżeli możemy jakoś pomóc towarzyszom, to im pomagamy. Tak działamy. Wiesz o tym. Marc też o tym wiedział. Wszyscy o tym wiemy. Tacy jesteśmy.
- Po prostu chciałbym zamienić się z Markiem - powiedział Leif z oczami pełnymi łez. - Zrobiłbym wszystko, żeby wrócił.
- Słuchaj - odparłem - nie mamy kryształowej kuli. Nie wiemy, kiedy któryś z chłopaków zostanie ranny albo zabity. Gdyby tak było, nie bralibyśmy udziału w konkretnych akcjach. Ale tak nie jest. Nie mamy takiej możliwości. Jedyny sposób, żeby zagwarantować wszystkim bezpieczeństwo, to siedzieć cicho i czekać, aż inni załatwią sprawę za nas. Ale tak się nie robi i ty o tym wiesz. Musimy wykorzystać wszelkie środki, by wygrać. Oczywiście, trzeba minimalizować ryzyko, kiedy tylko się da, ale koniec końców nie wyeliminujemy go całkowicie. Nadal musimy robić, co do nas należy.
Leif znowu przytaknął. Wiedział, że mam rację. Wierzył mi, bo to była prawda.
Tyle że to nie uśmierzyło koszmarnego bólu po stracie Marca. Jego śmierć miała zostać z Leifem na zawsze. Wiedziałem o tym - podobnie jak Leif.
Trudno to pojąć. To w ogóle najtrudniejsza i najbardziej bolesna ze wszystkich dychotomii przywództwa: dbać o swoich ludzi bardziej niż o cokolwiek innego - tak bardzo, że dobrowolnie oddalibyście za nich życie - a jednocześnie prowadzić chłopaków na misje, które mogą skończyć się ich śmiercią.
Nawet w Stanach, czyli w środowisku, które nie jest nam wrogie, przygotowujące do operacji szkolenie SEAL wiąże się z niebezpieczeństwem. Zminimalizowanie wszelkiego ryzyka oznaczałoby, że przechodzący szkolenie sealsi nie mogliby skakać ze spadochronem, spuszczać się na linach z helikopterów, dostawać się na statki z małych łódek, prowadzić pojazdów w szybkich konwojach nocą wyłącznie z użyciem noktowizora czy trenować z użyciem ostrej amunicji. Niestety raz na kilka lat mimo największych środków ostrożności i kontroli jakiś seals ginie albo zostaje poważnie ranny podczas treningów wysokiego ryzyka. Ale rezygnacja z ryzyka, koniecznego, by stworzyć realistyczne szkolenie, wystawiałaby sealsów na jeszcze większe niebezpieczeństwo podczas operacji w strefach walk, nie byliby bowiem wówczas w pełni gotowi na czekające ich wyzwanie. O ile zatem lider musi dbać jak najlepiej o żołnierzy, o tyle musi ich także narażać na ryzyko - w trakcie szkolenia, a jeszcze bardziej w trakcie walki. Oczywiście, od lidera wymaga się minimalizowania ryzyka w jak największym stopniu. Nadal jednak istnieje ryzyko, które nie podlega kontroli, a jego konsekwencje mogą być potencjalnie śmiertelne.
Dychotomia polegająca na dbaniu o dobrostan ludzi i jednocześnie wystawianiu ich na niebezpieczeństwo w celu realizacji zadania to coś, co zna każdy lider na placu boju - doskonale poznali ją także dowódcy elementu lądowego w Ar-Ramadi. Chociaż bowiem byliśmy gotowi zrobić, co w naszej mocy, by zniszczyć przeciwnika i pomóc zabezpieczyć Ar-Ramadi, wiedzieliśmy też, że zwycięstwo okupimy krwią najbardziej obiecujących młodych Amerykanów.
Była to również krew zespołu zadaniowego Zabijaka. Po tym, jak Ryan został ranny, a Marc zabity, ponieśliśmy i inne straty - pomniejsze rany, niewielkie kontuzje, na szczęście nic bardziej poważnego. A potem, 29 września, zaledwie kilka tygodni przed końcem operacji, razem z Leifem byliśmy w TOC i słuchaliśmy komunikatów radiowych, gdy tymczasem sealsi z innego plutonu zespołu zadaniowego, plutonu Delta, walczyli po drugiej stronie linii. Słuchaliśmy, jak żołnierze raportują każdy ruch i przekazują informacje o zabitych bojownikach. Tak wyglądał zwykły dzień w Ar-Ramadi. A potem usłyszeliśmy prośbę o ewakuację ofiar. Z komunikatu jasno wynikało, że kilku sealsów zostało rannych. Brzmiało to poważnie.
Serce mi zamarło. Włączyło się natychmiastowe wsparcie z amerykańskich sił szybkiego reagowania (quick reaction force, QRF), które ruszyły w stronę pozycji plutonu Delta. Kilka minut później usłyszeliśmy, że wielu sealsów zostało rannych, a jeden wymagał "pilnej interwencji chirurgicznej", co oznaczało zagrożenie życia i konieczność natychmiastowego medycznego wsparcia. W napięciu i ciszy słuchaliśmy kolejnych komunikatów, pełni nadziei, że nasi ranni bracia - szczególnie ciężko ranni - wyjdą z tego cało.
Wezwanie od dowódcy batalionu 1/506******** pozbawiło nas złudzeń. Przekazał nam hiobowe wieści. Trzech ludzi odniosło rany, ale mogli się z tego wylizać - żadnemu z nich nie groziła utrata życia czy choćby kończyny. Lecz po chwili ten dzielny i profesjonalny dowódca na moment umilkł. W końcu się odezwał, informując nas, że ranny został i czwarty żołnierz. Mikey Moonsor odniósł bardzo poważne obrażenia. Głos dowódcy lekko drżał. Powiedział nam, że według niego Mikey nie przeżyje.
Przez czas, który wydawał się wiecznością, czekaliśmy z Leifem na nowe informacje. Ostatecznie ze szpitala polowego dotarła do nas wiadomość, która złamała nam serca: Michael Anthony Monsoor - wyjątkowy młody seals, uwielbiany przez wszystkich w plutonie i zespole zadaniowym, kolejny święty człowiek, niewiarygodnie silny, zdeterminowany, przyjazny, empatyczny i inspirujący młodzieniec - zmarł wskutek odniesionych ran.
Kiedy już reszta plutonu Delta opuściła pole bitwy, skontaktował się ze mną przyjaciel, Seth Stone, dowódca plutonu Delta. Opowiedział mi dokładnie o tym, co zdarzyło się podczas akcji: wrogi bojownik rzucił granat ręczny na dach, na pozycję jednego ze snajperów plutonu, a Mikey Moonsor w najbardziej ofiarnym akcie, jaki można sobie wyobrazić, heroicznie rzucił się na granat, osłaniając przed wybuchem trójkę towarzyszy. Poświęcił życie, by ich ocalić. Ta akcja miała być ostatnią misją Mikeya w Ar-Ramadi - kilka dni później miał wrócić do domu.
Tak jak Leif cierpiał po stracie Marka, tak Seth mierzył się z przytłaczającym ciężarem utraty Mikeya. Nadal dowodził misjami i wypełniał obowiązki razem z sealsami, którzy pojawili się na zmianę, ale widziałem, że ta strata bardzo go dręczy. Kiedy wróciliśmy do Stanów, zaledwie kilka krótkich tygodni po śmierci Mikeya, Seth opowiedział mi, co czuje, gdy siedzieliśmy po pracy w biurze naszego zespołu.
- Mam wrażenie, że śmierć Mikeya to moja wina. Czuję się za to odpowiedzialny - powiedział mi ze łzami w oczach.
Myślałem o tym przez chwilę, a potem powiedziałem szczerze:
- Jesteśmy za to odpowiedzialni.
Przerwałem na moment. Seth milczał. Moje słowa go zaskoczyły.
- Tak, jesteśmy za to odpowiedzialni - powtórzyłem. - To była nasza strategia. To my ją opracowaliśmy. Znaliśmy ryzyko. Planowałeś misje. Ja je zaakceptowałem. Byliśmy dowódcami, jesteśmy więc odpowiedzialni za wszystko, co zdarzyło się podczas tej zmiany. Za wszystko. Tak właśnie jest. Nie uciekniemy od tego. Na tym polega dowodzenie.
Spojrzałem na Setha. Wyraźnie widziałem, że serce mu pęka. Obaj, Leif i Seth - jakkolwiek twardzi byli na polu bitwy, jakkolwiek zdeterminowani, by ukończyć misję, jakkolwiek bezlitośni w pogoni za wrogiem - kochali swoich chłopców i dbali o nich jak o nic na świecie. Oddaliby wszystko, by zamienić się miejscami z poległymi. Wszystko. Ale nie było takiej opcji. Świat nie działa w ten sposób.
A teraz obaj musieli sobie poradzić z następstwami największej dychotomii przywództwa: niezależnie od tego, jak bardzo dbacie o swoich ludzi, jako liderzy musicie wypełniać obowiązki - realizować misję. A to oznacza ryzyko, które może kosztować ludzi życie.
Seth trawił to, co powiedziałem. Wreszcie się odezwał:
- Raz po raz odgrywam w głowie tę misję. Próbuję zrozumieć, co powinienem był zrobić inaczej. Może należało umieścić snajperów w innym budynku? Może trzeba było kazać im rozlokować się na piętrze, a nie na dachu? Może nie powinniśmy byli w ogóle zaczynać tej misji? - W miarę, jak mówił, w jego głosie słychać było narastające emocje.
- Seth - zacząłem spokojnie - z perspektywy czasu zawsze wszystko wiadomo. Jest milion rzeczy, które mogliśmy zrobić inaczej, gdybyśmy wiedzieli dokładnie, co zdarzy się tamtego dnia. Ale tego nie wiedzieliśmy. Wybrałeś ten budynek, bo to była najlepsza taktyczna pozycja w okolicy. Rozmieściłeś gości na dachu, bo stamtąd rozciągał się najlepszy widok, więc była to też najlepsza ochrona. Zacząłeś tę misję, bo to właśnie robimy: walczymy z wrogiem. Wykonywałeś masę takich akcji. Zminimalizowałeś ryzyko do minimum. Ale nie mogłeś przewidzieć wszystkich skutków.
Seth skinął głową. Podobnie jak Leif wiedział, że mam rację. Ale nie mogło to uśmierzyć bólu, jaki czuł po stracie Mikeya.
Przez kilka kolejnych tygodni, gdy szykowaliśmy się do powrotu, zbieraliśmy sprzęt i załatwialiśmy sprawy administracyjne, rozmawiałem z Sethem o przyszłości. Leif i ja dostaliśmy polecenie złożenia raportu na temat poleceń szkoleniowych, by można było przekazać to, czego dowiedzieliśmy się o przywództwie w Ar-Ramadi, kolejnemu pokoleniu sealsów, którzy mieli wyruszyć do Iraku i Afganistanu. Seth nie był pewny, co robić dalej ze swoim życiem. Nie wiedział, czy zostanie w marynarce. To była ciężka operacja. Przez sześć miesięcy bez przerwy ciążyła na nim presja, patrzył na wielu swoich rannych ludzi i śmierć jednego z nich. Mierzył się ze strachem i śmiercią niemal na co dzień.
Jednocześnie Trzeci Oddział SEAL potrzebował kogoś, kto przejąłby po mnie rolę dowódcy w zespole zadaniowym Zabijaka. I zaproponowano to stanowisko właśnie Sethowi.
- Nie wiem - powiedział mi. - Nie wiem, czy dam radę zrobić to znowu.
- Rozumiem - odparłem. Przeszedł przecież piekło. - Nie musisz brać tej roboty. Możesz zrobić, co tylko zechcesz. Możesz odejść z zespołu. Podróżować. Surfować. Skończyć nowe studia. Zarobić kupę kasy. Możesz zrobić to wszystko. Jeżeli tego chcesz, to w porządku. Zrobiłeś dla mnie i dla SEAL więcej, niż mógłbym poprosić. Ale powiem ci coś jeszcze. Mamy dwa plutony SEAL, które potrzebują lidera. Potrzebują kogoś, kto będzie się nimi opiekował i zajmie się nimi na polu bitwy i poza nim. Masz więcej doświadczenia bojowego niż ktokolwiek w tej ekipie. Nikt nie poradzi sobie lepiej z tym zespołem zadaniowym niż ty. Możesz zrobić, cokolwiek zechcesz, ale ci goście cię potrzebują. Potrzebują lidera. To się nie zmieni.
Seth milczał przez kilka sekund. W Ar-Ramadi dał z siebie wszystko. Gdyby odszedł z marynarki, miałby masę możliwości: był niesamowicie inteligentny, kreatywny i pomysłowy, a do tego już miał świetne referencje. Wiedziałem, że jego ambicje wykraczają poza wojsko, że chciałby robić inne rzeczy już jako cywil. Zrozumiałbym, gdyby odszedł. Zrobił swoje. Siedziałem i obserwowałem w ciszy, jak Seth myśli. Aż wreszcie zobaczyłem, jak wyraz jego twarzy się zmienia i pojawia się na niej pewność.
- W porządku - oznajmił, wstając z krzesła.
- Ale co w porządku? - zapytałem.
- Idę - odparł, zmierzając ku drzwiom.
- Dokąd idziesz?
- Idę powiedzieć zastępcy dowódcy, że przejmuję zespół. Przejmuję dowodzenie nad zespołem zadaniowym Zabijaka. Muszę to zrobić - poinformował. - Nie ma innego wyjścia.
Uśmiechnął się i wyszedł.
Nie ma innego wyjścia, pomyślałem. Seth nie miał innej opcji, chociaż w życiu miał te wszystkie inne opcje. Wiedział, co powinien zrobić. Rozumiał, na czym polega jego obowiązek. I go wypełnił.
Zupełnie jak wiele razy w Ar-Ramadi, Seth zrobił odważny krok naprzód. Raz jeszcze wziął na własne barki niełatwe brzemię dowodzenia i walki z przeciwstawnymi siłami, które składają się na niezliczone dychotomie przywództwa. Brzemię znalezienia równowagi między dowodzeniem a podporządkowywaniem się. Byciem pewnym siebie, ale nie zarozumiałym. Byciem odważnym, ale i ostrożnym. Bycie dzielnym, ale i rozważnym.
A co najważniejsze, postanowił zmierzyć się z największą dychotomią: szkolić, pracować, stworzyć zespół przyjaciół i braci, dbać o tych ludzi jak o nic na świecie, a jednocześnie prowadzić ich na misje, w których mogą stracić życie.
To jest właśnie brzemię. To jest wyzwanie. To jest dychotomia.
To jest przywództwo.
Zasada
W przywództwie istnieje nieskończenie wiele dychotomii, a lider musi ostrożnie balansować między przeciwstawnymi siłami. Nie ma jednak bardziej skomplikowanej sprzeczności: szczerze dbać o każdego członka zespołu z osobna, lecz przy tym akceptować ryzyko niezbędne do ukończenia misji. Dobry lider buduje silne, głębokie relacje z podwładnymi. I chociaż zrobiłby dla nich wszystko, musi jednocześnie pamiętać, że ma zadanie do wykonania. A to może oznaczać ryzyko dla ludzi, o których tak dba.
Na wojnie pojawia się największa dychotomia: lider może stanąć przed koniecznością postawienia najcenniejszego, co ma - własnych ludzi - w sytuacji, w której mogą zostać ranni lub zabici. Jeżeli jego relacje z podwładnymi są zbyt bliskie i nie umie się zdystansować od własnych emocji, nie da rady podjąć trudnych wyborów wiążących się z ryzykiem dla jego ludzi. Z takim podejściem zespół nic nie osiągnie i polegnie na misji. Na drugim końcu spektrum znajduje się lider, który za bardzo przejmuje się realizacją misji i może poświęcać zdrowie i bezpieczeństwo ludzi, nie zyskując przy tym znaczącej przewagi. Oprócz potwornego wpływu na poszczególnych członków ekipy ma to także wpływ na zespół, który widzi w liderze kogoś nieczułego, więc przestaje go szanować i słuchać. Taki zespół się rozpadnie.
Ta dychotomia ujawnia się także u cywilów, chociaż nie w tak ekstremalny sposób. To jedna ze sprzeczności, wobec których najtrudniej o równowagę - łatwo przesadzić w jedną lub w drugą stronę. Jeżeli lider nawiąże zbyt bliskie stosunki z ludźmi, może nie chcieć wymagać od nich rzeczy niezbędnych do realizacji projektu czy zadania. Może nie mieć środków potrzebnych, by poświęcić jednostki, z którymi ma dobre stosunki, nawet jeżeli wymaga tego dobro firmy. A bywają też liderzy będący z ludźmi tak blisko, że nie chcą podejmować z nimi trudnych rozmów - nie umieją powiedzieć im, że muszą być lepsi w tym, co robią.
Z drugiej strony, jeżeli lider zbyt dystansuje się od zespołu, może doprowadzać jego członków do przepracowania, wyczerpania i wyrządzić inne szkody, które jednocześnie nie mają znaczącej wartości. Może zbyt pospiesznie zwalniać ludzi, by oszczędzić niewielką sumę - i w ten sposób dorobić się reputacji kogoś, kogo w zespole nie obchodzi nic oprócz umiejętności realizacji celów strategicznych.
Lider musi więc znaleźć równowagę. Musi cisnąć, ale nie przesadzać. Musi prowadzić zespół do realizacji misji, ale zadbać, by droga nie wiodła w przepaść.
Zastosowanie w biznesie
- Ależ oni ciężko pracują! - przejął się kierownik regionalny. Był odpowiedzialny za nadzór nad operacjami wydobywania surowców z ziemi, a następnie za ich sprzedaż jako towar. To prosty biznes: im tańsza produkcja, tym więcej pieniędzy można zarobić. Ale nawet w przypadku towarów w grę wchodziło ludzkie życie i ludzki dobrostan.
- Wiem. Widziałem ich w akcji - odparłem.
- Widziałeś ich przez kilka godzin. To nic w porównaniu z całymi dniami, tygodniami, miesiącami i latami, dzięki którym, koniec końców, ci ludzie sprawiają, że to miejsce w ogóle działa - odparł bardzo stanowczo kierownik regionalny.
Chyba myślał, że to do mnie nie dotarło. Spróbowałem przyjąć jego perspektywę: miał rację, nie można było nie doceniać wysiłku ludzi w kopalni, dzień w dzień. Jego natarczywość wynikała też stąd, że uważał mnie za jednego "nich", korpomądrali. którzy schodzą z wysokich stołków i próbują mu pomóc "rozwiązać problem". Oczywiście, miał rację: wysłała mnie korporacja, żebym pomógł mu rozwiązać problem.
Osiem miesięcy wcześniej korporacja zamknęła jedną z jego kopalni, przez co pod jego kontrolą pozostało pięć obiektów. Koszty produkcji okazały się zbyt wysokie, a kopalnia najzwyczajniej w świecie nie przynosiła dostatecznych zysków. Kiedy ją zamknięto, kierownik regionalny zatrzymał około jedną czwartą pracowników i przeniósł ich do pozostałych kopalni. Korporacja była przeciwna temu pomysłowi, ale okazał się nieprzejednany i przekonywał przełożonych, że dodatkowa siła robocza w pozostałych oddziałach zwiększy produkcję. Łatwo dało się jednak zauważyć, że tak naprawdę za decyzją kierownika regionalnego stała troska o ludzi - prawdziwa, szczera troska. Był górnikiem w trzecim pokoleniu. Wiedział, jak trudna to robota.
Moja rozmowa z nim nie szła po mojej myśli. Musiałem zdusić konflikt w zarodku.
- Wiem, że nie w pełni rozumiem, jak ciężko pracują - stwierdziłem, przyznając, że nie mogę całkowicie pojąć, jak bardzo oddani są temu zajęciu. - Zdecydowanie nie jestem ekspertem. Ale już po tych kilku godzinach obserwacji widać gołym okiem, że to harówa.
Dla kierownika regionalnego to było jednak za mało.
- Nie chodzi tylko o to, że są pracowici - odparł. - Mają umiejętności. To jedni z najlepszych górników na świecie. Weźmy takiego Miguela, to ten tam, na koparce. Jeden z najlepszych górników, jakich w życiu widziałem. - Przez okno pokazał ogromną koparkę raz po raz ładującą ziemię na dużą wywrotkę.
- Tak. Prowadzi tę koparkę, jakby była przedłużeniem jego ramienia. Dobry jest - powiedziałem.
- A wiesz co? - ciągnął kierownik regionalny. - To nie tylko dobry operator sprzętu, ale i dobry człowiek. Ma żonę i czwórkę dzieci. Dobrych dzieci.
- Kocha rodzinę - potwierdziłem.
- No, dokładnie - odparł kierownik. - No, dokładnie.
- Dobrze, to chodźmy do biura i porozmawiajmy o liczbach - zaproponowałem, nie chcąc dłużej odkładać tej nieuniknionej rozmowy. Kierownik regionalny znał te dane lepiej niż ja. Nadmiar personelu z zamkniętej kopalni zwiększył produkcję w każdym z pozostałych obiektów, ale nawet to choćby w przybliżeniu nie wystarczyło, by zrekompensować związane z tym wydatki. Kierownik miał teraz za dużo pracowników i dobrze o tym wiedział. Pozostałych pięć kopalni, nad którymi sprawował kontrolę, nie przynosiło odpowiednich dochodów.
Poszliśmy do jego biura i usiedliśmy.
- Wiem, co zaraz powiesz - poinformował. Z jego tonu wywnioskowałem, że ma ochotę na konfrontację. Chciał być na mnie zły. Musiałem zachować ostrożność.
- Tak. Chyba nie muszę zatem mówić za dużo - odparłem. - Liczby mówią same za siebie.
- Liczby nie powiedzą wszystkiego - odparował.
- Naturalnie. Ale mówią dość na temat płacenia rachunków.
- To nie wszystko! - odparł wyraźnie rozzłoszczony.
- Wiem - powiedziałem, starając się brzmieć empatycznie.
- Doprawdy? - zapytał natarczywie.
Uznałem, że czas go ustawić do pionu.
- Tak - powiedziałem stanowczo. - Doskonale to wiem.
Kierownik regionalny usiadł i patrzył na mnie, lekko zaskoczony moim tonem, gdy oznajmiłem, że rozumiem jego biznes. Ale nie chodziło mi o to, że rozumiem biznes, tylko że rozumiem sytuację, z którą mierzył się jako lider.
- Wiem, że tam jest dużo ludzi - powiedziałem. - Dużo ludzi, których los zależy od twoich właściwych decyzji; to one zadecydują, czy dalej będą mieć pracę, czy ją stracą, czy będą w stanie spłacić kredyt i wyżywić rodziny. To trudne, ciężkie decyzje. Znam takie sytuacje z autopsji. Od moich decyzji zależało życie ludzi. To ja decydowałem, jakie misje realizowaliśmy, w jakie miejsca wchodziliśmy, kto gdzie został wysłany. Wysyłałem moich ludzi, moich przyjaciół, moich braci prosto na wroga, raz po raz. I nie zawsze kończyło się to dobrze.
Kierownik regionalny słuchał. Po raz pierwszy naprawdę mnie słuchał. W końcu udało mi się nawiązać z nim kontakt.
- Słuchaj - ciągnąłem - jesteś liderem. A to duża odpowiedzialność. W wojsku nazywamy ją "ciężarem dowodzenia". To brzemię odpowiedzialności za ludzi, którzy dla ciebie pracują. W SEAL rozporządzałem życiami; ty rozporządzasz dobrostanem tych ludzi. To nie do końca to samo, ale istnieją tu podobieństwa. Ludzie liczą, że pozwolisz im dalej płacić rachunki i utrzymywać rodziny. A tobie na nich zależy. Powinno ci zależeć. Mnie też zależało na moich ludziach, byli dla mnie wszystkim. Nadal są. To jedna z najtrudniejszych dychotomii przywództwa.
- Co masz na myśli? - zapytał kierownik regionalny.
- Fakt, że dbasz o tych ludzi, jak tylko się da, ale jednocześnie musisz nimi dowodzić. A jako liderowi być może przyjdzie ci zrobić coś, co skrzywdzi kogoś z twojego zespołu. Ale musisz także podejmować decyzje, które pozwolą ci kontynuować misję w imię większego dobra wszystkich w zespole. Co osiągnęliby dowódcy wojskowi, gdyby zdecydowali się chronić żołnierzy przed ryzykiem za wszelką cenę?
- Cóż, nic - przyznał.
- Otóż właśnie - odparłem. - Gdzie byłby nasz kraj, gdyby armia nie robiła, co do niej należy? Powiem ci: nawet nie mielibyśmy kraju. Właśnie dlatego dowódcy wojskowi robią to, co robią. A ty jesteś w bardzo podobnej sytuacji. Zrobiłeś, co mogłeś, żeby uratować ich stanowiska. Ale nie wyszło. Po prostu nie wyszło. Walczyłeś przez osiem miesięcy. Ilu pracowników przeniosłeś z zamkniętej kopalni?
- Sto czterdzieści siedem osób - odparł kierownik regionalny.
- A ilu ludzi zatrudniałeś wcześniej w pięciu kopalniach?
- Około 600.
- Próbując zatem utrzymać pracę dla 147 osób - stwierdziłem - narażasz na szwank pozostałych 5 kopalni i 600 osób, czyli całą misję. Jeżeli nie podejmiesz pewnych trudnych decyzji, do tego właśnie dojdzie.
Kierownik regionalny milczał. Widziałem po jego oczach, że trawi informacje.
- Ale... ale nie wiem... nie wiem, czy potrafię - powiedział szczerze. - Niektórzy z nich są dla mnie jak rodzina.
- W takim razie pozwól, że coś ci powiem - odparłem. - Jeżeli nie weźmiesz się za dowodzenie, to co twoim zdaniem zrobi korporacja?
- Albo nas zamknie... albo... - Przerwał, nie chcąc wyrazić na głos tej drugiej, oczywistej opcji.
- Albo co?
- Albo mnie zwolni - odparł.
- No właśnie - przytaknąłem. - To co będzie lepsze dla wszystkich? Całkowite zamknięcie? A może nowy lider, który nie przejmuje się zespołem tak bardzo jak ty, przyjdzie po tobie i zetnie koszty, zwalniając tyle osób, ile tylko się da? Wiem, że to niełatwe. Wiem. Ale jeżeli nie zrobisz, co do ciebie należy, a wiesz, co musisz zrobić, nie pomożesz nikomu. I stanowczo nie przewodzisz. Prawdę mówiąc, robisz coś dokładnie przeciwnego. Jeżeli nie podejmiesz trudnej decyzji, skrzywdzisz ludzi, o których się troszczysz, a nie im pomożesz. To kolejna dychotomia: żeby pomóc zespołowi, czasem musisz sprawić mu ból. To jak z lekarzem przeprowadzającym operację. Operacja to brutalna sprawa: rozcinasz czyjeś ciało i coś z niego wyjmujesz, a potem zszywasz wszystko na nowo. Ale chirurg musi to zrobić, żeby uratować życie. Ty też musisz zrobić coś brutalnego. Ale jeżeli tego nie zrobisz, konsekwencje będą o wiele gorsze.
Kierownik regionalny tylko kiwał głową. Rozumiał, co mówię. Był liderem o złotym sercu, przejętym losem swoich ludzi - to godna podziwu i bardzo ważna cecha przywódcy. Ale stracił równowagę, dbając o ludzi bardziej niż o misję. Dlatego zniknął mu z oczu cel strategiczny. By chronić część pracowników, zaryzykował losy całej misji i reszty podwładnych. Teraz zrozumiał, że popełnił w ten sposób błąd. Kiedy to przyznał, mógł skorygować kurs i odnaleźć równowagę na nowo. Musiał podjąć trudne decyzje. Nie podobało mu się to, ale rozumiał, że tak trzeba.
Przez kolejne dwa tygodnie kierownik regionalny pożegnał się z niemal 80 osobami. Nie podobało mu się to. Ale nie miał wyboru. Musiał dowodzić. Dzięki tym cięciom kopalnie przestały być na minusie. Znowu zaczęły przynosić dochód i weszły na ścieżkę wiodącą ku stabilnej przyszłości. Kierownik regionalny zrozumiał najtrudniejszą dychotomię przywództwa: lider musi dbać o podwładnych, ale jednocześnie musi realizować misję, z tą zaś wiąże się ryzyko, a niekiedy niemożliwe do uniknięcia konsekwencje. Kierownik regionalny wiedział teraz, że musi znaleźć równowagę między dbaniem o ludzi a realizacją celów i że jeżeli nie wypełni któregoś z tych założeń, polegnie na obu tych polach.
Ekwipunek Marca Lee - hełm, buty, a także starannie wymalowany karabin maszynowy Mark 48 - wystawiony ku pamięci na dachu taktycznego centrum operacyjnego w Sharkbase, obozie zespołu zadaniowego Zabijaka, który na jego cześć przemianowano na Obóz Marca Lee. Wprawdzie eksponowanie amerykańskiej flagi w Iraku było teoretycznie wbrew przepisom, ale zespół zadaniowy Zabijaka oznaczył w ten sposób swoją siedzibę. Marc walczył za ojczyznę i swoich towarzyszy i był pierwszym sealsem poległym w walce w Iraku. Zespół zadaniowy Zabijaka stracił też Michaela Monsoora, a także Ryana Joba, zmarłego po operacji, której poddano go ze względu na odniesione przez niego rany.
(Zdjęcie dzięki uprzejmości autorów)
****** MEDEVAC to skrót od medical evacuation (ewakuacja medyczna); procedura obejmuje ewakuację rannego z pola bitwy i opiekę nad nim podczas transportu do ośrodka medycznego albo transferu pacjentów z jednego ośrodka leczniczego do innego przy pomocy personelu medycznego. Inną procedurą tego typu jest CASEVAC (casualty evacuation, ewakuacja ofiar) (przyp. tłum.).
******* Oddział Buldog, kompania Bravo, 1. Batalion, 37. Pułk Pancerny 1. Dywizji Pancernej (przyp. aut.).
******** 1/506: 1. Batalion, 506. Pułk Piechoty Spadochronowej 101. Dywizji Powietrznodesantowej 506. Pułku to jednostka legendarnej Kompanii Braci, której wyczyny podczas drugiej wojny światowej zostały dokładnie opisane w książce Kompania Braci autorstwa Stephena Ambrose'a i sportretowane w serialu HBO pod tym samym tytułem (przyp. aut.).