Rilla ze Złotych Iskier - Lucy Maud Montgomery

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

No­tatki z Glen i inne sprawy

BYŁO CIE­PŁE, ZŁO­CI­STOCH­MURNE, upojne po­po­łu­dnie. Su­san Ba­ker z po­czu­ciem bez­względ­nej sa­tys­fak­cji roz­sia­dła się w du­żej ba­wialni. Krzą­tała się po domu bez prze­rwy już od szó­stej rano, to­też uznała, że te­raz, o czwar­tej, na­leży się jej go­dzina wy­po­czynku wraz z por­cją miej­sco­wych plo­tek. Na­prawdę miała po­wody do za­do­wo­le­nia: w kuchni tego dnia wszystko szło jak z płatka, Dok­tor Je­kyll nie zmie­nił się dziś w Pana Hyde'a, więc nie grał jej na ner­wach, a z miej­sca, w któ­rym sie­działa, roz­cią­gał się wi­dok na jej naj­więk­szą chlubę - grządkę oso­bi­ście przez nią wy­ho­do­wa­nych pe­onii. Nikt w Glen St. Mary nie do­cze­kał się ni­gdy tak im­po­nu­ją­cych pe­onii - szkar­łat­nych, sre­brzy­sto­ró­żo­wych i bia­łych jak śnieg.

Nowa czarna bluzka z je­dwa­biu, w którą się dziś wy­stro­iła, wy­twor­no­ścią do­rów­ny­wała wszyst­kiemu, co no­siła pani Mar­shal­lowa El­liott, po­dob­nie jak biały wy­kroch­ma­lony far­tuch wy­koń­czony sze­roką na pięć cali mi­sterną szy­deł­kową ko­ronką, że nie wspo­mnimy o rów­nie pięk­nej wstawce. W pełni świa­doma wła­snej ele­gan­cji, Su­san otwo­rzyła "Dzien­nik Przed­się­biorcy", szy­ku­jąc się do lek­tury No­ta­tek z Glen, które jak po­in­for­mo­wała ją przed chwilą panna Cor­ne­lia, zaj­mo­wały dziś całe pół ko­lumny i do­ty­czyły nie­mal wszyst­kich miesz­kań­ców Zło­tych Iskier. Tym­cza­sem już na pierw­szej stro­nie bił w oczy wielki czarny na­głó­wek: w mie­ście o dziw­nej na­zwie Sa­ra­jewo za­mor­do­wano ja­kie­goś ar­cy­księ­cia Fer­dy­nanda. Wia­do­mość tę Su­san spo­st­po­no­wała jako zu­peł­nie nie­istotną - szu­kała prze­cież cze­goś na­prawdę so­czy­stego... O, są! No­tatki z Glen St. Mary. Umo­ściw­szy się wy­god­nie, Su­san za­częła od­czy­ty­wać na głos zda­nie po zda­niu, aby przy­pad­kiem nie po­mi­nąć żad­nego szcze­gółu.

Pani Bly­the i jej gość, panna Cor­ne­lia alias pani Mar­shal­lowa El­liott, ga­wę­dziły so­bie w po­bliżu otwar­tych drzwi na we­randę, skąd de­li­katna mor­ska bryza na­wie­wała aro­maty z ogrodu. Z ob­ro­śnię­tego wi­nem ką­cika, gdzie sie­dzieli Rilla i Wal­ter z panną Oli­ver, do­bie­gały nie­kiedy salwy śmie­chu i we­so­łej pa­pla­niny. Gdyż gdzie­kol­wiek była Rilla, nie mo­gło się obejść bez śmie­chu.

W ba­wialni znaj­do­wał się jesz­cze je­den re­zy­dent - zwi­nięty w kłę­bek na so­fie. Nie wolno nam go po­mi­nąć, gdyż dał się po­znać jako szcze­gólny in­dy­wi­du­ali­sta, a także jako je­dyny na świe­cie obiekt szcze­rej nie­na­wi­ści Su­san.

Wszyst­kie koty są ta­jem­ni­cze, ale Dok­tor Je­kyll i Pan Hyde, zwany w skró­cie Dok­tor­kiem, bił pod tym wzglę­dem wszel­kie re­kordy. Od­zna­czał się po­dwójną oso­bo­wo­ścią, czy też - jak za­kli­nała się Su­san - był po pro­stu opę­tany przez dia­bła. Już same po­czątki jego eg­zy­sten­cji wy­da­wały się mocno po­dej­rzane. Cztery lata wcze­śniej Rilla Bly­the miała uko­cha­nego ko­ciaka, bia­łego jak śnieg z czar­nym czub­kiem ogonka, któ­rego na­zwała Jack Mróz. Su­san go nie lu­biła, cho­ciaż nie umia­łaby po­dać żad­nego lo­gicz­nego po­wodu swej an­ty­pa­tii.

- Wspo­mni pani moje słowa, pani dok­to­rowo - ma­wiała zło­wiesz­czo - nic do­brego z tego kota nie wy­ro­śnie.

- Ależ dla­czego tak są­dzisz? - dzi­wiła się pani Bly­the.

- Ja nie są­dzę... po pro­stu to wiem - brzmiała od­po­wiedź.

Za to reszta do­mow­ni­ków uwiel­biała Jacka Mroza - był taki czy­ściutki i za­dbany! Na swoim ślicz­nym bie­lut­kim fu­terku nie to­le­ro­wał naj­mniej­szej plamki, do tego tak roz­kosz­nie ła­sił się i mru­czał, ni­gdy też nie po­zwa­lał so­bie na naj­drob­niej­szą na­wet nie­uczci­wość.

I na­gle... co za sen­sa­cja: Jack Mróz uro­dził ko­cięta!

Próżno by szu­kać wła­ści­wych słów, by opi­sać triumf Su­san. Czyż nie upie­rała się za­wsze, że ten kot za­my­dlił im wszyst­kim oczy? No to te­raz sami wi­dzą.

Rilla za­trzy­mała so­bie jedno śliczne ko­ciątko o wy­jąt­kowo lśnią­cym i gład­kim ru­dym fu­terku w ciem­niej­sze prążki, z du­żymi zło­ci­stymi uszkami. Na­zwała je Złotko, co wy­da­wało się sto­sow­nym imie­niem dla za­baw­nego stwo­rzonka, które na ra­zie w ża­den spo­sób nie prze­ja­wiało swej praw­dzi­wie wred­nej na­tury. Su­san oczy­wi­ście ostrze­gała wszyst­kich, że po pro­ge­ni­tu­rze dia­bo­licz­nego Jacka Mroza nie można się spo­dzie­wać ni­czego do­brego, ale kto by się tam przej­mo­wał jej ka­san­drycz­nymi prze­po­wied­niami?

Bly­the'owie tak przy­wy­kli uwa­żać Jacka Mroza za osob­nika płci mę­skiej, że nie po­tra­fili zmie­nić tego na­wyku i upar­cie na­zy­wali go tym sa­mym imie­niem, co brzmiało dość śmiesz­nie. Go­ści wpra­wiało w osłu­pie­nie, kiedy Rilla rzu­cała mi­mo­cho­dem ja­kąś uwagę na te­mat "Jacka i jego ko­ciaka" czy upo­mi­nała su­rowo Złotko: "Idź do ma­musi i po­proś go, żeby ci umył fu­terko".

- To nie­przy­zwo­ite, pani dok­to­rowo - ża­liła się Su­san.

Sama kom­pro­mi­sowo za­wsze mó­wiła o Jacku "to" albo "ta biała be­stia", to­też przy­naj­mniej jedno serce nie ucier­piało, kiedy "to" przy­pad­kiem otruło się czymś na­stęp­nej zimy.

Nie mi­nął rok, jak wy­szło na jaw, że imię "Złotko" zde­cy­do­wa­nie nie pa­suje do ru­dego kotka, to­też Wal­ter, który aku­rat czy­tał opo­wieść Ste­ven­sona, zmie­nił je na Dok­tor Je­kyll i Pan Hyde, w skró­cie Dok­to­rek. Jako Dok­tor Je­kyll kot był spo­koj­nym, czu­łym po­dusz­kow­cem, który uwiel­biał, gdy go gła­skano i piesz­czono. Szcze­gól­nie lu­bił ukła­dać się na grzbie­cie i da­wać się skro­bać po gład­kiej, kre­mo­wej szyjce, mru­cząc przy tym w eks­ta­tycz­nej sa­tys­fak­cji. Je­śli cho­dzi o sztukę mru­cze­nia, to mógł ucho­dzić za praw­dzi­wego mi­strza; ża­den z ko­tów ze Zło­tych Iskier nie wy­da­wał z sie­bie nie­mal bez prze­rwy tak roz­kosz­nych dźwię­ków.

- Je­dyne, czego za­zdrosz­czę ko­tom, to mru­cze­nie - za­uwa­żył kie­dyś dok­tor Bly­the, słu­cha­jąc roz­wi­bro­wa­nych po­mru­ków Dok­torka. - Nie ma na świe­cie lep­szego wy­razu ukon­ten­to­wa­nia.

Dok­to­rek wy­rósł na wielce przy­stoj­nego kota. Każdy ruch wy­ko­ny­wał z gra­cją, umiał też przy­bie­rać iście kró­lew­skie pozy. Kiedy owi­nięty swym dłu­gim, prąż­ko­wa­nym ogo­nem sie­dział nie­ru­chomo na we­ran­dzie, wpa­tru­jąc się w prze­strzeń, do­mow­nicy czuli, że na­wet egip­ski sfinks nie mógłby się z nim rów­nać.

Za to gdy wstę­po­wał w niego Pan Hyde - co nie­uchron­nie zda­rzało się przed desz­czem czy wi­churą - zmie­niał się w dziką be­stię o od­mie­nio­nych śle­piach. I za­wsze działo się to na­gle. Zry­wał się z miej­sca jak osza­lały, za­czy­nał ska­kać i gryźć każdą rękę, która pró­bo­wała mu prze­szko­dzić. Fu­tro w ta­kich chwi­lach zda­wało mu się ciem­nieć, śle­pia błysz­czały dia­bo­licz­nym bla­skiem i w ogóle biło od niego ja­kieś nie­sa­mo­wite piękno. Je­śli taka prze­miana na­stę­po­wała o zmierz­chu, wszyst­kim do­mow­ni­kom udzie­lał się na­strój grozy. Kot sta­wał się wtedy strasz­li­wym po­two­rem i tylko Rilla za­wzię­cie go bro­niła, za­pew­nia­jąc, że to prze­cież "taki miły, skra­da­jący się ko­tek". Bo i rze­czy­wi­ście się skra­dał.

Dok­tor Je­kyll lu­bił świeże mleko. Pan Hyde go ni­gdy nie ty­kał, a na mięso re­ago­wał gniew­nymi po­mru­kami. Dok­tor Je­kyll umiał cho­dzić po scho­dach tak ci­cho, że nikt go nie sły­szał. Pan Hyde tu­pał jak wielki chłop. Kilka razy, gdy Su­san spę­dzała sama wie­czór, wy­stra­szył ją tym "nie­mal na śmierć". Albo sia­dy­wał po­środku kuchni i prze­wier­cał ją przez go­dzinę nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem swych strasz­nych śle­piów. To ruj­no­wało jej nerwy, ale bie­daczka czuła do swego wroga zbyt wiele lę­kli­wego re­spektu, by od­wa­żyła się go prze­pę­dzić. Raz rzu­ciła w niego pa­ty­kiem, a kot bły­ska­wicz­nie sko­czył w jej stronę, więc ucie­kła za drzwi i ni­gdy wię­cej nie pró­bo­wała za­dzie­rać z Pa­nem Hyde'em. Za wszyst­kie jego nie­pra­wo­ści od­gry­wała się jed­nak na Bogu du­cha win­nym Dok­to­rze Je­kyllu, prze­ga­nia­jąc go bez­ce­re­mo­nial­nie, je­śli tylko ośmie­lił się we­tknąć nos do jej kró­le­stwa, i uda­jąc, że nie sły­szy jego bła­gań o ulu­bione ką­ski.

- "Liczne grono przy­ja­ciół panny Fa­ith i Ge­ralda Me­re­di­thów oraz Ja­mesa Bly­the'a" - czy­tała Su­san, roz­sma­ko­wu­jąc się sa­mym brzmie­niem tych na­zwisk ni­czym słod­kimi przy­smacz­kami - "bar­dzo się ucie­szyło, mo­gąc ich po­wi­tać kilka ty­go­dni temu po po­wro­cie z Red­mond Col­lege. Ja­mes Bly­the, który w roku ty­siąc dzie­więć­set trzy­na­stym uzy­skał dy­plom w za­kre­sie nauk hu­ma­ni­stycz­nych, ukoń­czył wła­śnie pierw­szy rok stu­diów me­dycz­nych".

- Fa­ith Me­re­dith na­prawdę wy­ro­sła na naj­ład­niej­szą dziew­czynę, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam - sko­men­to­wała to panna Cor­ne­lia znad swo­jej szy­deł­ko­wej ro­bótki. - Za­dzi­wia­jące, jak się te dzieci roz­wi­nęły, od­kąd na ple­ba­nii za­miesz­kała Ro­se­mary West. Lu­dzie już pra­wie za­po­mnieli, ja­kie to były ło­bu­ziaki. Anne, ser­deńko, chyba pa­mię­tasz, jak one daw­niej się za­cho­wy­wały? Ro­se­mary za­ska­ku­jąco do­brze się z nimi do­ga­duje, jest dla nich bar­dziej przy­ja­ciółką niż ma­co­chą. Wszyst­kie ją ko­chają, a Una wręcz uwiel­bia. Co do ma­łego Bruce'a, to Una stała się jego zde­kla­ro­waną nie­wol­nicą. Oczy­wi­ście ten chłop­czyk to sama sło­dycz. Ale czy wi­dzia­łaś kiedy, żeby ja­kieś dziecko było aż tak po­dobne do ciotki, jak on do El­len? Jest tak samo ciemny i sta­now­czy, nie wi­dzę w nim ani jed­nej ce­chy Ro­se­mary. Nor­man Do­uglas trąbi na całą wieś, że bo­cian się po­my­lił i za­miast do nich, za­niósł dzie­ciaka na ple­ba­nię.

- Bruce prze­pada za Je­mem - za­uwa­żyła pani Bly­the. - Kiedy nas od­wie­dza, cho­dzi za nim ci­chutko jak wierny pie­sek, śle­dząc każdy jego krok spod tych czar­nych brwi. Wszystko by dla niego zro­bił, przy­naj­mniej tak mi się zdaje.

- My­ślisz, że z Jema i Fa­ith bę­dzie kie­dyś para?

Pani Bly­the się uśmiech­nęła. Po­wszech­nie wie­dziano, że panna Cor­ne­lia, która daw­niej sły­nęła z wro­go­ści do męż­czyzn, na stare lata za­częła ba­wić się w swatkę.

- Na ra­zie są tylko do­brymi przy­ja­ciółmi.

- I to na­wet bar­dzo do­brymi, jak na mój gust - od­rze­kła z na­ci­skiem panna Cor­ne­lia. - Do­cho­dzą mnie słu­chy o wszyst­kich spraw­kach na­szej mło­dzieży.

- Nie wąt­pię, że Mary Vance pil­nuje, aby nie po­zo­sta­wała pani w nie­świa­do­mo­ści, pani Mar­shal­lowo - ode­zwała się zna­cząco Su­san - ale to wstyd zaj­mo­wać się swa­ta­niem dzieci.

- Dzieci? Jem ma dwa­dzie­ścia je­den lat, a Fa­ith dzie­więt­na­ście - za­re­pli­ko­wała panna Cor­ne­lia. - Nie za­po­mi­naj, moja Su­san, że my, sta­ru­chy, nie je­ste­śmy je­dy­nymi do­ro­słymi na świe­cie.

Ura­żona Su­san za­sło­niła się ga­zetą. Nie zno­siła, kiedy wy­ty­kano jej wiek, nie tyle z próż­no­ści, ile z obawy, że ktoś mógłby ją uznać za zbyt starą do pracy.

- "Carl Me­re­dith i Shir­ley Bly­the w pią­tek wie­czo­rem wró­cili z Qu­een's Aca­demy. Jak się do­wia­du­jemy, Carl ma w przy­szłym roku ob­jąć szkołę w Har­bour Head, gdzie z pew­no­ścią bę­dzie od­no­sił suk­cesy jako świetny i lu­biany na­uczy­ciel".

- O tak, na­uczy dzie­ciaki wszyst­kiego o ro­ba­lach - do­my­śliła się panna Cor­ne­lia. - Ukoń­czył już Qu­een's, więc pan Me­re­dith i Ro­se­mary chcieli go od razu wy­słać do Red­mondu, ale Carl to nie­za­leżna du­sza i za­mie­rza sam za­ro­bić na stu­dia. Na pewno wyj­dzie mu to na do­bre.

- "Wal­ter Bly­the, który przez ostat­nie dwa lata uczył w szkole w Low­bridge, zło­żył re­zy­gna­cję" - czy­tała da­lej Su­san. - "Je­sie­nią wy­biera się na stu­dia".

- Czy aby zdro­wie mu na to po­zwoli? - za­nie­po­ko­iła się panna Cor­ne­lia.

- Mamy na­dzieję, że do je­sieni się wzmocni - od­parła pani Bly­the. - Le­niwe lato na słońcu i świe­żym po­wie­trzu po­trafi zdzia­łać cuda.

- Ty­fus to jed­nak ciężka cho­roba - za­uwa­żyła panna Cor­ne­lia - a Wal­ter le­d­wie się wy­li­zał. Moim zda­niem po­wi­nien wstrzy­mać się jesz­cze przez rok, tylko on jest taki am­bitny! Czy Nan i Di także jadą?

- Tak. Obie chciały uczyć jesz­cze przez rok, ale Gil­bert uznał, że nie ma na co cze­kać.

- I bar­dzo do­brze. Będą miały oko na Wal­tera i do­pil­nują, żeby się nie prze­mę­czał. Przy­pusz­czam - panna Cor­ne­lia zer­k­nęła z ukosa na Su­san - że po tym, jak mi przed chwilą utarto nosa, nie po­win­nam wspo­mi­nać, że Jerry Me­re­dith robi słod­kie oczy do Nan.

Su­san pu­ściła tę uwagę mimo uszu, a pani Bly­the znów się za­śmiała.

- Droga panno Cor­ne­lio, chyba wi­dać, że mam pełne ręce ro­boty z tymi wszyst­kimi roz­flir­to­wa­nymi chło­pa­kami i dziew­czy­nami. Gdy­bym chciała trak­to­wać to se­rio, pew­nie bym się nie po­zbie­rała, ale tak nie jest... Wciąż z tru­dem do mnie do­ciera, że są już do­ro­śli. Kiedy pa­trzę na mo­ich dwóch wy­so­kich sy­nów, nie chce mi się wie­rzyć, że to te same tłu­ściut­kie, śliczne, całe w do­łecz­kach bo­basy, które do­piero co tu­li­łam, ca­ło­wa­łam i któ­rym śpie­wa­łam ko­ły­sanki. Czyż Jem nie był naj­słod­szym dzi­dziu­siem Wy­ma­rzo­nego Domu? A te­raz pro­szę: li­cen­cjat! I to po­dej­rze­wany o za­loty!

- Wszy­scy się sta­rze­jemy - wes­tchnęła panna Cor­ne­lia.

- Je­dyna część mo­jego ciała, która czuje się staro, to kostka, którą zła­ma­łam, kiedy Jo­sie Pye wy­zwała mnie dawno temu do przej­ścia po szczy­cie da­chu Bar­rych. Za­wsze mnie boli, gdy wieje wschodni wiatr. Nie wie­rzę, że to reu­ma­tyzm, ale co ból, to ból. A je­śli cho­dzi o dzieci, to za­pla­no­wały so­bie ra­zem z Me­re­di­thami we­sołe lato, za­nim je­sie­nią po­jadą na stu­dia. Taka ra­do­sna z nich gro­madka! Przy nich dom aż try­ska we­so­ło­ścią.

- Czy Rilla po po­wro­cie Shir­leya też wy­je­dzie do Qu­een's?

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy. Ja wo­la­ła­bym za­trzy­mać ją w domu. Gil­bert uważa, że nie jest zbyt silna... Bar­dzo szybko wy­ro­sła, jak na pięt­na­sto­latkę jest nie­do­rzecz­nie wy­soka. Nie palę się, żeby ją pusz­czać w świat... By­łoby strasz­nie spę­dzać zimę bez choćby jed­nego dziecka w domu. Mu­sia­ła­bym z nu­dów za­cząć kłó­cić się z Su­san...

Su­san uśmiech­nęła się na to przy­pusz­cze­nie. Kłó­cić się z "drogą pa­nią dok­to­rową"! Też po­mysł!

- A Rilla chcia­łaby je­chać? - spy­tała panna Cor­ne­lia.

- Nie. Prawdę rze­kł­szy, to je­dyne z mo­ich dzieci, które nie ma ta­kich am­bi­cji. I wła­ści­wie tego ża­łuję, bo tro­chę by się przy­dało. Ona w ogóle nie my­śli po­waż­nie o ży­ciu, za­leży jej tylko na mi­łym spę­dza­niu czasu.

- A dla­czego nie mia­łaby się do­brze ba­wić? - obu­rzyła się Su­san, która nie mo­gła znieść naj­mniej­szej kry­tycz­nej uwagi na te­mat miesz­kań­ców Zło­tych Iskier, na­wet je­śli sami je wy­gła­szali. - Młoda dziew­czyna ma swoje prawa i tego będę się trzy­mać. Jesz­cze zdąży się na­ślę­czeć nad ła­ciną i greką.

- Chcia­ła­bym do­pa­trzyć się u niej choć odro­biny od­po­wie­dzial­no­ści. I sama wiesz, jak bar­dzo jest próżna.

- Bo też ma do tego po­wody. To naj­ład­niej­sza panna w ca­łym Glen St. Mary. My­śli pani, że w na­wet czte­rech po­ko­le­niach tych wszyst­kich Ma­cAl­li­ste­rów, Craw­for­dów i El­liot­tów zza za­toki zna­la­złaby się choć jedna z taką cerą? Szkoda ga­dać! O, pani dok­to­rowo, ja znam swoje miej­sce, ale nie po­zwolę pani tak jeź­dzić po na­szej Rilli. A pani niech po­słu­cha tego, pani Mar­shal­lowo. - Su­san uznała, że czas wy­rów­nać ra­chunki z panną Cor­ne­lią za jej roz­grze­by­wa­nie ser­co­wych spraw dzieci. - "Mil­ler Do­uglas osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał z wy­jazdu na za­chód. Stwier­dził, że stara Wy­spa Księ­cia Edwarda zu­peł­nie mu wy­star­czy, i za­mie­rza na­dal go­spo­da­ro­wać na far­mie swo­jej ciotki, pani Ale­co­wej Da­vis" - prze­czy­tała z trium­fal­nym bły­skiem w oku. - Sły­sza­łam, pani El­liott, że ten Mil­ler za­leca się do Mary Vance?

Strzał oka­zał się celny. Czer­stwa twarz panny Cor­ne­lii po­czer­wie­niała.

- Nie chcę, żeby się krę­cił koło Mary - od­rze­kła cierpko. - Po­cho­dzi z nie­wła­ści­wej ro­dziny. Jego oj­ciec był czarną owcą wśród Do­ugla­sów, ni­gdy go nie uzna­wali za swego. W do­datku matka wy­wo­dzi się z tych okrop­nych Dil­lo­nów z Har­bour Head.

- Zda­wało mi się, pani Mar­shal­lowo, że ro­dzice Mary też nie na­le­żeli do ary­sto­kra­cji?

- Mary Vance otrzy­mała do­bre wy­cho­wa­nie i jest in­te­li­gentną, ro­zumną dziew­czyną. Nie zmar­nuje so­bie ży­cia przy kimś ta­kim jak Mil­ler Do­uglas. Zna zresztą moje zda­nie w tej ma­te­rii, a jak do­tąd za­wsze mnie słu­chała.

- No to chyba nie ma się pani czego oba­wiać, bo sły­sza­łam, że pani Da­vis także sprze­ci­wia się temu związ­kowi. Twier­dzi, że nie ma mowy, by jej bra­ta­nek dał się zła­pać ta­kiemu zeru jak Mary Vance.

Su­san wró­ciła do swo­ich ba­ra­nów w po­czu­ciu zwy­cię­skiego za­koń­cze­nia po­tyczki. Po chwili od­czy­tała ko­lejną wia­do­mość:

- "Z przy­jem­no­ścią do­wia­du­jemy się, że panna Oli­ver pod­pi­sała kon­trakt na­uczy­ciel­ski na ko­lejny rok. Za­słu­żone wa­ka­cje za­mie­rza spę­dzić w swoim domu w Low­bridge".

- Tak się cie­szę, że Ger­trude z nami zo­sta­nie - sko­men­to­wała to pani Bly­the. - Bar­dzo by nam jej bra­ko­wało. Ma wspa­niały wpływ na Rillę, która ją ubó­stwia. Mimo róż­nicy wieku ser­decz­nie się za­przy­jaź­niły.

- To panna Oli­ver nie wy­cho­dzi za mąż?

- Niby się o tym mó­wiło, ale po­dobno odło­żyli te plany na rok.

- A kim jest jej wy­bra­nek?

- To Ro­bert Grant, młody praw­nik z Char­lot­te­town. Mam na­dzieję, że da Ger­trude szczę­ście. Miała smutne, pełne go­ry­czy ży­cie i jest nie­zwy­kle wraż­liwa. Zo­stała sama na świe­cie, a jej pierw­sza mło­dość mi­nęła. To nowe uczu­cie spa­dło na nią jak grom z ja­snego nieba i le­d­wie śmie wie­rzyć, że okaże się trwałe. Kiedy oka­zało się, że trzeba odło­żyć ślub, wpa­dła w praw­dziwą roz­pacz, cho­ciaż pan Grant w ni­czym tu nie za­wi­nił. Po pro­stu musi naj­pierw roz­wi­kłać pewne kom­pli­ka­cje ma­jąt­kowe, które wy­ni­kły po nie­daw­nej śmierci jego ojca. Ale Ger­trude od­biera to jako zły omen i boi się o swoje szczę­ście.

- I słusz­nie, pani dok­to­rowo - za­uwa­żyła po­sęp­nie Su­san. - Nie można za bar­dzo ufać męż­czy­znom.

- Pan Grant jest rów­nie mocno w niej za­ko­chany, jak ona w nim, więc Ger­trude nie do niego ma żal, tylko do losu. Ma pewną skłon­ność do mi­sty­cy­zmu czy, jak to na­zy­wają nie­któ­rzy, do prze­są­dów. Wie­rzy w dziwne sny i cho­ciaż się z niej śmie­jemy, nie daje so­bie tego wy­per­swa­do­wać. Cho­ciaż przy­znaję, że pewne jej sny... Oby tylko Gil­bert nie usły­szał, że gło­szę ta­kie he­re­zje! Co tam jesz­cze zna­la­złaś, Su­san?

- Och! Pani tylko po­słu­cha, pani dok­to­rowo: "Pani So­phia Craw­ford zli­kwi­do­wała swój dom w Low­bridge i chce za­miesz­kać ze swoją bra­ta­nicą, pa­nią Al­ber­tową Craw­ford". Prze­cież to moja ku­zynka So­phia! Po­kłó­ci­ły­śmy się w dzie­ciń­stwie o to, która zdo­bę­dzie w szkółce nie­dziel­nej kartkę z na­pi­sem "Bóg jest mi­ło­ścią"[2] w wianku z pącz­ków ró­ża­nych, i od­tąd nie za­mie­ni­ły­śmy ani słowa. A te­raz ma za­miesz­kać po dru­giej stro­nie drogi!

- Bę­dziesz mu­siała ja­koś się z nią po­go­dzić. Nie wy­pada się gnie­wać z naj­bliż­szymi są­sia­dami.

- Ku­zynka So­phia za­częła tę kłót­nię, więc niech pierw­sza wy­cią­gnie rękę do zgody - od­parła wy­nio­śle Su­san. - Je­śli to zrobi, go­towa je­stem wyjść jej na­prze­ciw, bo uwa­żam się za do­brą chrze­ści­jankę. To nie jest szcze­gól­nie we­soła osoba, przez całe ży­cie na wszystko na­rze­kała. Kiedy wi­dzia­łam ją ostatni raz, miała ty­siąc zmarsz­czek... może wię­cej, a może mniej... z tego bia­do­le­nia. Wyła jak po­tę­pie­niec na po­grze­bie swo­jego pierw­szego męża, ale nie mi­nął rok, jak zna­la­zła so­bie dru­giego. Ostat­nia no­tatka do­ty­czy spe­cjal­nego na­bo­żeń­stwa w ostat­nią nie­dzielę... Po­dobno ko­ściół był pięk­nie ude­ko­ro­wany.

- To mi przy­po­mina, że pan Pryor zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wia się usta­wia­niu kwia­tów w ko­ściele - wtrą­ciła panna Cor­ne­lia. - Za­wsze mó­wi­łam, że je­śli prze­nie­sie się tu z Low­bridge, będą z nim same kło­poty. Ni­gdy nie po­winno się go po­wo­ły­wać na star­szego, to wielka po­myłka i jesz­cze jej po­ża­łu­jemy. Po­dobno za­po­wie­dział, że je­śli dziew­częta na­dal będą "za­śmie­cać pul­pit chwa­stami", prze­sta­nie cho­dzić do ko­ścioła.

- Ko­ściół świet­nie so­bie ra­dził, za­nim Księ­ży­cowy Wą­sacz spro­wa­dził się do Glen, i moim zda­niem bez niego też so­bie po­ra­dzi.

- Kto, u li­cha, nadał mu to śmieszne prze­zwi­sko? - spy­tała pani Bly­the.

- Chłopcy z Low­bridge na­zy­wali go tak, od­kąd pa­mię­tam, pani dok­to­rowo... Pew­nie dla­tego, że ma taką okrą­głą, czer­woną twarz z ry­żymi wą­sami. Nikt nie śmie uży­wać tego prze­zwi­ska w jego obec­no­ści i le­piej się tego trzy­mać. Ale mniej­sza o wąsy, ważne, że jest kom­plet­nie stuk­nięty i ma głowę na­bitą róż­nymi dziw­nymi po­my­słami. Te­raz wy­brano go star­szym i po­dobno zro­bił się bar­dzo po­bożny, ale ja pa­mię­tam, jak dwa­dzie­ścia lat temu przy­ła­pano go na wy­pa­sa­niu krowy na cmen­ta­rzu w Low­bridge. Tak, tak, ni­gdy tego nie za­po­mnę. Kiedy wi­dzę go, jak mo­dli się na spo­tka­niu, za­wsze mam to przed oczami. No, to już wszyst­kie No­tatki, wię­cej nic cie­ka­wego w tej ga­ze­cie nie ma. Wia­do­mo­ści zza gra­nicy ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wały. Co to za ar­cy­książę, co go za­mor­do­wano?

- A co nas to ob­cho­dzi? - spy­tała panna Cor­ne­lia, nie­świa­doma, jak straszną od­po­wiedź na to py­ta­nie szy­kuje prze­zna­cze­nie. - W tych bał­kań­skich kra­jach cią­gle ko­goś mor­dują. U nich to nor­malne i do­prawdy na­sze ga­zety nie po­winny dru­ko­wać tego ro­dzaju sen­sa­cji. "Dzien­nik Przed­się­biorcy" ostat­nio co­raz bar­dziej prze­sa­dza z tymi szo­ku­ją­cymi na­głów­kami. No do­brze, mu­szę się zbie­rać. Nie, ser­deńko, na­wet mnie nie proś, że­bym zo­stała na ko­la­cję. Mar­shall uważa, że je­śli nie ma mnie w domu przy po­siłku, to zna­czy, że nie warto go jeść... Iście po mę­sku. No to ucie­kam. Anne, ser­deńko, co jest z tym ko­tem? Ma ja­kiś atak? - Dok­to­rek na­gle wy­lą­do­wał na dy­wa­niku u stóp panny Cor­ne­lii, przy­płasz­czył uszy, za­klął szpet­nie, po czym jed­nym sza­leń­czym su­sem wy­sko­czył przez okno.

- Och, nie. Po pro­stu zmie­nia się w Pana Hyde'a, a to zna­czy, że wkrótce za­cznie pa­dać albo mocno wiać. Nasz Dok­to­rek mógłby słu­żyć za ba­ro­metr.

- Całe szczę­ście, że po­le­ciał sza­leć na dwo­rze, a nie po mo­jej kuchni - stwier­dziła Su­san. - To ja idę za­jąć się ko­la­cją. Przy ta­kim tłu­mie, jaki te­raz mamy, trzeba wcze­śniej my­śleć o po­sił­kach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

OD TŁU­MACZKI

To już ostatni tom kul­to­wego cy­klu po­wie­ści o ru­do­wło­sej Anne. Główna bo­ha­terka tym ra­zem scho­dzi na dal­szy plan, ustę­pu­jąc - także w ty­tule - miej­sca swo­jej naj­młod­szej córce. Rów­nież w tej czę­ści przy­wra­cam wszyst­kim po­sta­ciom ory­gi­nalne imiona, zgod­nie z obec­nie obo­wią­zu­ją­cymi za­sa­dami edy­tor­skimi. Zresztą imię sa­mej Anne po­ja­wia się za­le­d­wie kilka razy, i to głów­nie w dia­lo­gach, w nar­ra­cji au­torka na­zywa ją prze­waż­nie "pa­nią Bly­the".

Zmiana, która w po­przed­nich to­mach bu­dziła naj­wię­cej kon­tro­wer­sji, czyli na­zwa domu Zie­lone Szczyty, prze­stała już mieć zna­cze­nie, gdyż pra­wie się jej nie wspo­mina. Po­ja­wiła się za to inna, do­ty­cząca na­zwy domu Bly­the'ów w Glen St. Mary, która we wcze­śniej­szych prze­kła­dach brzmiała Złoty Brzeg. Zde­cy­do­wa­łam się zmie­nić ją z dwóch po­wo­dów: po pierw­sze, Złote Iskry wy­dały mi się bliż­sze ory­gi­nal­nemu In­gle­side, które po pol­sku zna­czy "prze­strzeń przy ko­minku". Miej­sce to w domu Anne i Gil­berta sku­piało zwy­kle całą ro­dzinę i było dla nich nie­zwy­kle ważne. Po dru­gie, uzna­łam, że ro­man­tyczka Anne ab­so­lut­nie nie na­zwa­łaby swego pierw­szego wła­snego domu "brze­giem", na­wet zło­tym, zwłasz­cza że le­żał w głębi lądu. W to­mie Anne ze Zło­tych Iskier opo­wiada Dia­nie, jak długo z Gil­ber­tem ob­my­ślali tę na­zwę i jak im za­le­żało, aby była piękna.

Czy­tel­niczki i Czy­tel­nicy, któ­rym ta zmiana nie przy­pad­nie do gu­stu, ze­chcą może przy­jąć jako re­kom­pen­satę mały do­da­tek. Po­nie­waż wiele osób czuło się za­wie­dzio­nych bra­kiem w do­tych­cza­so­wych wy­da­niach tek­stu słyn­nego wo­jen­nego wier­sza Wal­tera Bly­the'a, po­sta­no­wi­łam go prze­tłu­ma­czyć i za­mie­ścić w przy­pi­sie.

Fik­cyjna na­zwa geo­gra­ficzna Four Winds obej­muje praw­do­po­dob­nie całą część wy­brzeża, w skład któ­rej wcho­dzą liczne, słabo za­lud­nione osady, ta­kie jak Four Winds Har­bour (gdzie znaj­do­wał się Wy­ma­rzony Dom), Har­bour Head, nie­wy­mie­niona z na­zwy wio­ska ry­backa, a także całe Glen St. Mary, łącz­nie ze Zło­tymi Iskrami.

Za ab­so­lut­nie bez­cenne in­for­ma­cje ser­decz­nie dzię­kuję Ber­na­de­cie Mi­lew­ski, au­torce bloga "Kie­ru­nek Avon­lea", oraz panu Sta­ni­sła­wowi Ku­cha­rzy­kowi, który od lat bada florę Wy­spy Księ­cia Edwarda, a swoją wie­dzą dzieli się na blogu "Ziel­nik L.M. Mont­go­mery". To on jest au­to­rem nie­ofi­cjal­nej (bo ofi­cjal­nej brak) pol­skiej na­zwy may­flo­wers (ma­jow­niki), ulu­bio­nych kwia­tów LMM (Epi­gaea re­pens), o któ­rych au­torka czę­sto wspo­mina w swo­ich książ­kach.

Anna Bań­kow­ska