ROZDZIAŁ 1
Wszystko jest względne
Przez lata David Miliband przygotowywał się
do roli następcy ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii. A potem
w jednej chwili wszystko się zmieniło. Miliband, który jeszcze
niedawno był o krok od objęcia przywództwa w Anglii, nie mógł
ścierpieć życia w ojczyźnie.
W pierwszych latach XXI wieku David
wspinał się - krok po kroku - po szczeblach hierarchii władzy
politycznej. Zajmował kilka wysokich stanowisk - między innymi był
ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Gordona Browna. Tego
rodzaju urząd jest przepustką w drodze na szczyt hierarchii
władzy. Kiedy Brown zrezygnował z funkcji przewodniczącego
Partii Pracy w 2010 roku, David wydawał się jego naturalnym
następcą. I rzeczywiście już następnego dnia ogłosił publicznie
swoją kandydaturę, występując w otoczeniu piętnastu popierających
go parlamentarzystów. Był pewnym kandydatem na to stanowisko.
Dwa dni później wydarzyło się jednak
coś zaskakującego. Młodszy brat Davida, Ed Miliband, ogłosił
swoją kandydaturę na stanowisko
przewodniczącego Partii Pracy.
Wybór nowego przywódcy wymaga
uzyskania przez jednego z kandydatów bezwzględnej większości
głosów. W Partii Pracy musiały się odbyć cztery tury głosowania,
zanim jednemu z kandydatów udało się tego dokonać. W pierwszej turze
zwyciężył David, który uzyskał 37,78% głosów, przy 34,33% głosów
oddanych na Eda. W drugiej turze David znowu był górą: uzyskał
38,89% głosów, a Ed - 37,47%. Również w trzeciej turze
David pokonał Eda stosunkiem 42,72% do 42,26% głosów.
W pierwszych trzech turach
David wyprzedził młodszego brata, ale jego przewaga wyraźnie
stopniała. Z czwartej, ostatniej tury to Ed wyszedł zwycięsko,
uzyskując 50,65% głosów przy 49,35% głosów oddanych na Davida.
W ten sposób Ed Miliband z minimalną
przewagą został nowym przywódcą Partii Pracy. David pozostał
w parlamencie przez następne dwa lata, ale jak sam powiedział:
"ciągłe porównania uczyniły [jego] życie zawodowe
nieznośnym". W kwietniu 2013 roku David wyjechał z ojczyzny
i zamieszkał w Nowym Jorku, jak najdalej od swojego brata.
Porażka w wyrównanej walce zawsze jest
bolesna. Napełnia nas poczuciem żalu i nie pozwala przestać myśleć
o tym, co by było, gdyby... Dlaczego jednak szczególnie bolesna jest przegrana z kimś takim, jak
młodszy brat?
Odpowiemy na to pytanie,
przyglądając się sile oddziaływania porównań
społecznych - procesu oceny własnej pozycji w stosunku do
ludzi w naszym otoczeniu. Zastanowimy się nad tym, w jaki sposób jako
istoty z natury społeczne jesteśmy zaprogramowani do porównywania
się z innymi - z rodzeństwem, sąsiadami, przyjaciółmi,
kolegami z pracy, kumplami z liceum i dawnymi współlokatorami
z akademika.
Zależnie od okoliczności porównania
społeczne mogą nas motywować do bardziej skutecznej współpracy,
do bardziej zaciekłej rywalizacji, a nawet - jak w wypadku
Davida Milibanda - do wycofania się z gry. Aby zrozumieć te
zjawiska, musimy pojąć kilka ważnych idei dotyczących porównań
społecznych.
Po pierwsze, porównania społeczne są nieuniknione.
Pamiętaj, że nasz świat społeczny
jest zmienny i dynamiczny; porównania społeczne pomagają nam ustalić,
jakie miejsce w nim zajmujemy w danym momencie. Aby ocenić, jak dobrze
nam się wiedzie, przyglądamy się innym. W rezultacie mamy nienasycony
apetyt na informacje pochodzące z porównań społecznych. To dlatego
siedemset milionów ludzi codziennie przegląda Facebooka, nie tylko po
to, by dzielić się informacjami, lecz także by sprawdzić, jak się
plasuje w porównaniu ze swoimi znajomymi - we wszystkich sferach
życia, od tego, kto pierwszy znalazł męża lub żonę, przez to, kto
robi najbardziej błyskotliwą karierę, po to, kto był na najlepszych
wakacjach.
Po drugie, porównania społeczne są
dokonywane w dwóch kierunkach: w górę i w dół.
Możemy spoglądać w górę, na
ludzi, którzy radzą sobie lepiej niż my, albo w dół, na
tych, od których czujemy się lepsi. To, czy patrzymy w górę,
czy też spoglądamy w dół, ma decydujące znaczenie dla naszego
zadowolenia z życia i dla naszej motywacji. Spoglądanie w górę
sprawia, że czujemy się gorzej, ale może nas motywować do większego
wysiłku. Porównania w dół poprawiają nasze samopoczucie, ale
mogą prowadzić do nadmiernego samozadowolenia. Tak więc porównania
społeczne mogą nas motywować do lepszych wyników, wprawiając
nas przy tym w gorszy nastrój. Mogą też pogarszać nasze wyniki,
a jednocześnie sprawiać, że czujemy się wspaniale. Aby odnosić
sukcesy w życiu, musimy znaleźć równowagę między samozadowoleniem
a motywacją do osiągania jak najlepszych wyników.
Po trzecie, porównania społeczne
mogą wzbudzać w ludziach zbyt silną
motywację. Co za tym idzie - mogą ich popychać do
oszustwa, do sabotowania wysiłków konkurentów albo do podejmowania
szalonego ryzyka w pogoni za wygraną.
Paradoksalnie to ludzie, z którymi
najściślej współpracujemy, są dla nas najważniejszymi punktami
odniesienia. Najczęściej porównujemy się do przyjaciół, ale
takie porównania mogą ich przeistoczyć w naszych wrogów. W tym
rozdziale zastanowimy się nad tym, jak można skutecznie wykorzystywać
porównania społeczne, aby znaleźć równowagę między współpracą
a rywalizacją.
Zrozumieć
świat
- dlaczego mężczyźni oczekujący dziecka przybierają
na wadze
Czy moje zarobki są wystarczająco
wysokie? Czy muszę zrobić remont kuchni? Czy moje dzieci dobrze sobie
radzą w szkole? Czy powinienem schudnąć?
Nie sposób zastanawiać się nad tymi
pytaniami w próżni. Szukając odpowiedzi, nieuchronnie spoglądamy na
innych. To oni są punktem odniesienia, który pomaga nam ocenić, jaką
pozycję zajmujemy w świecie i jak dobrze do niego pasujemy.
Rozważmy przykład wagi. Ważysz za
dużo czy może w sam raz? Aby odpowiedzieć na to pytanie, często
- świadomie lub nie - myślimy o swoich znajomych i o tym,
ile ważą. Badacze ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Harvarda przez
32 lata wielokrotnie ważyli 12 067 osób badanych. Okazało się, że
kiedy znajomi danej osoby przybierali na wadze, prawdopodobieństwo tego,
że i ona będzie miała nadwagę, wzrastało o 57%. Dlaczego? Dlatego,
że nasz mózg mówi nam, że to nic złego sięgnąć po kolejny pączek,
dopóki nie ważymy dużo więcej niż Monica czy Brad! Nasza waga nie
wygląda tak źle, jeśli naszym przyjaciołom również przybyło kilka
kilogramów.
Szczególnie sugestywny przykład
roli, jaką odgrywają porównania społeczne w przybieraniu na wadze,
dotyczy ciąży. W trakcie ciąży ciało kobiety ulega zdumiewającej
przemianie. Kobieta, która nosi w łonie dziecko, w naturalny sposób
przybiera na wadze. Nic dziwnego - przecież je za dwoje. Niezwykle
interesujące jest jednak to, co się dzieje z ciałami mężczyzn,
kiedy ich żony oczekują dziecka.
Nie ma żadnego biologicznego powodu,
z jakiego ciało przyszłego ojca miałoby się zmienić. Niezależnie
od jego początkowego wkładu w ów proces, nie ma absolutnie żadnej
funkcji biologicznej, jaką ojciec musiałby spełniać w czasie,
gdy kobieta nosi w łonie jego dziecko.
W praktyce jednak - jak pokazują
badania - mężczyźni oczekujący dziecka wyraźnie tyją, kiedy
ich żony są w ciąży. W jednym badaniu aż 25% przyszłych ojców
przyznało, że musiało sobie sprawić ubrania "ciążowe" ze
względu na istotny przyrost wagi. Naszym zdaniem ważną przyczyną tego
zjawiska są porównania społeczne. Jak to się dzieje? W miarę jak
ciężarna matka przybiera na wadze, przyszły ojciec stopniowo, krok po
kroku, traci motywację do utrzymywania własnej wagi. Zanim się obejrzy,
ta utrata motywacji skutkuje kilkoma zbędnymi kilogramami. W skrajnych
wypadkach u mężczyzn występują nawet objawy ciążowe, podobne do
tych obserwowanych u ciężarnych kobiet. To zjawisko jest wystarczająco
częste i prawdziwe, aby zasłużyć na odrębną nazwę: zespół kuwady
(lub ciąża współczulna).
Niezależnie od
tego, czy chodzi o naszą wagę, pensję, czy o wyposażenie kuchni,
porównania pomagają nam ocenić, jak dobrze sobie radzimy. Jednakże
nie tylko to, jak wypadamy na tle innych, lecz także to, z kim się porównujemy, może decydować o tym,
czy porównania zmotywują nas do cięższej pracy, czy tylko sprawią,
że poczujemy się gorzej.
Podobieństwo
ma znaczenie
"Dwa rody, zacne jednako
i sławne"[2]. W pierwszym wersie Romea i Julii
Szekspir wprowadza temat słynnej rywalizacji między dwoma
szlacheckimi rodami, zwracając uwagę na to, jak bardzo były do siebie
podobne.
Mimo że nieustannie porównujemy
się z innymi, nie wszystkie porównania społeczne są sobie
równe. Niektóre mają większe znaczenie niż inne. W badaniu
dotyczącym przybierania na wadze znajomi tej samej płci wpływali na
swoją wagę w większym stopniu niż znajomi płci przeciwnej. Im
bardziej podobna jest do nas druga osoba, na tym wyższych obrotach
działają nasze instynkty porównywania się z innymi.
Właśnie dlatego Davida Milibanda
tak bardzo zabolała porażka wyborcza w walce z bratem. Ludzie
rzadko są do siebie tak podobni, jak rodzeństwo - osoby, które
mają wspólnych rodziców i wspólne DNA i które w większości
wypadków dorastają razem. Davida i Eda Milibandów łączyło coś
jeszcze - podobne ambicje. Obaj studiowali w Oksfordzie. Obaj zostali
członkami Parlamentu. Obaj ubiegali się o stanowisko przewodniczącego
Partii Pracy. Wreszcie - obaj byli poważnymi kandydatami na urząd
premiera Wielkiej Brytanii. Suma wszystkich tych podobieństw, a także
minimalne rozmiary porażki sprawiły, że przegrana okazała się dla
Davida nie do zniesienia.
W wypadku braci Miliband podobieństwo
podsycało zaciekłą rywalizację, która ostatecznie zrujnowała
karierę Davida. Bywa jednak i tak, że rywalizacja między
rodzeństwem wzmacnia motywację, pozwalając ludziom wspiąć się
na wyżyny. Rozważmy przykład innej pary rodzeństwa - sióstr
Williams. Venus i Serena od ponad dekady dominują w kobiecym
tenisie. Na różnych etapach kariery każda z sióstr zajmowała
pierwsze miejsce na liście najlepszych tenisistek świata. Na początku
jednak to starsza siostra, Venus, była bardziej wychwalana przez
specjalistów i budziła większy postrach na korcie.
Wspominając te początkowe lata, Serena
przyznała, że "zawsze czuła się tą gorszą". Zamiast pogodzić
się z losem "numeru dwa", Serena czerpała z tej sytuacji
inspirację: "Venus była wielką gwiazdą. Kiedy dorastałyśmy,
wszystko kręciło się wokół Venus. Musiało tak być, bo Venus
była niesamowitą tenisistką. Tak naprawdę właśnie to - bycie
małą siostrzyczką, tą, która nie jest jeszcze równie silna ani
równie dobra - dało mi odwagę i waleczność, jakie cechują
moją grę".
Dzisiaj to Serena jest tą,
która przyćmiła starszą siostrę i zdominowała kobiecy
tenis. W dwudziestu czterech meczach finałowych, które siostry
rozegrały przeciwko sobie, Serena wygrała czternaście razy, a Venus
- dziesięć. Serena zdobyła osiemnaście tytułów wielkoszlemowych,
a Venus - siedem. W chwili gdy piszemy te słowa, Serena zajmuje
pierwsze miejsce w rankingu WTA, a Venus - osiemnaste. Serena
z pewnością nie jest już "tą gorszą".
Jak się jednak przekonaliśmy,
rywalizacja i współpraca mogą występować równocześnie. To
dlatego siostry Williams przejawiają tak nadzwyczajną zdolność do
tego, by odłożyć na bok siostrzaną rywalizację i odnosić sukcesy
jako zespół, o czym świadczy imponujący stosunek 21 zwycięstw do
zaledwie 1 porażki w finałach rozgrywek deblowych - w tym trzy
wygrane finały olimpijskie w latach 2000, 2008 i 2012.
Jak wyjaśnił Josh Sanburn, felietonista
tygodnika "Time": "Rywalizacja między siostrami Williams jest
niezwykła i zdumiewająca. To dwie spośród najlepszych tenisistek
wszech czasów, które pochodzą z tej samej rodziny i grają w tych
samych czasach. Pomimo zaciekłej rywalizacji na korcie poza nim nadal są
sobie bardzo bliskie". Ich relacja jest doskonałym przykładem tego,
że bracia i siostry mogą być naszymi najbliższymi przyjaciółmi...
a zarazem najbardziej zaciekłymi rywalami.
Zjawisko porównań społecznych nie
ogranicza się jednak do rywalizacji między rodzeństwem. Weźmy na
przykład wspólną historię. Czy zauważyłeś, że ludzie, którzy
w tym samym czasie podejmują pracę w jednej branży, często
zostają zawziętymi rywalami? Tak było w wypadku Larry'ego Birda
i Earvina "Magica" Johnsona, którzy w tym samym roku - 1970
- rozpoczęli karierę w lidze NBA. Od tego czasu nieustannie
porównywali się ze sobą. Jak przyznał Larry Bird: "Pierwszą
rzeczą, jaką robiłem każdego ranka, było przejrzenie statystyk
meczowych i sprawdzenie, jak poszło Magicowi. Nic innego mnie nie
obchodziło".
Dawni współlokatorzy z akademika
i znajomi z dzieciństwa również mają wspólną historię, co
może wyjaśniać, dlaczego nic nie wywołuje równie emocjonujących
porównań społecznych, jak zjazd absolwentów liceum albo spotkanie
dawnych kolegów ze studiów. Ponieważ ludzie, z którymi się zobaczysz
na takim spotkaniu, są osobami, z którymi dorastałeś, każdy z nich
będzie dla ciebie wyrazistym punktem odniesienia.
Najsilniejsze emocje wzbudzają w nas
często porównania z ludźmi, którzy są do nas podobni pod względem
atrybutów ważnych dla Ja. Chodzi tu o cechy i umiejętności, na
których najbardziej nam zależy. Zastanów się przez chwilę nad tym, co
naprawdę się dla ciebie liczy. Czy twoim najważniejszym celem życiowym
jest zarabianie pieniędzy? Jeśli tak, to zapewne jesteś skłonny
porównywać się z innymi pod względem zasobności portfela.
Oczywiście cechy, które jedna
osoba uważa za niezwykle ważne, dla innej mogą mieć niewielkie
znaczenie. Dla inżyniera najważniejsze może być zdobycie upragnionej
nagrody za osiągnięcia naukowo-techniczne. Dla entuzjastów ogrodnictwa
liczy się umiejętność wyhodowania przepięknych petunii, nagradzanych
w konkursach ogrodniczych. Dla triatlonistów powodem do dumy może być
czas uzyskany w ostatnich zawodach. Dla innych najważniejszą miarą
własnego sukcesu mogą być osiągnięcia ich dzieci. Czy masz ambicję,
aby wspiąć się na szczyt drabiny korporacyjnej? A może pragniesz
wyhodować największy pomidor w okolicy? Obszary, które mają dla
ciebie najistotniejsze znaczenie, to zarazem te, w których czujesz
się najbardziej zagrożony (i najsilniej zmotywowany) w rywalizacji
z innymi.
Najbardziej intensywne porównania
społeczne to te pomiędzy rywalami. Rywale, tacy jak Larry Bird i Magic
Johnson, pojawiają się w dziedzinach o istotnym znaczeniu i wywodzą
się spośród równorzędnych konkurentów, którzy pod pewnymi
względami są do siebie podobni (lub psychologicznie bliscy).
Rywalami mogą być jednostki, ale też
drużyny, przedsiębiorstwa i organizacje. Na przykład w amerykańskiej
koszykówce akademickiej doskonałym przykładem rywalizacji jest
ta pomiędzy Uniwersytetem Duke a Uniwersytetem Karoliny Północnej
(UNC). Te dwa uniwersytety mają podobną historię i tożsamość i są
położone blisko siebie. Ich drużyny często grają przeciwko sobie,
są od siebie oddalone o zaledwie piętnaście kilometrów i prezentują
bardzo podobny poziom. Co za tym idzie - sukcesy każdej z drużyn
mogą silnie motywować drugą drużynę.
Kiedy Uniwersytet Duke zdobył mistrzostwo
kraju w 1992, rok później po tytuł mistrzowski sięgnęła drużyna
UNC. Kiedy zaś zespół UNC został mistrzem kraju w 2009, rok później
to trofeum przypadło w udziale Uniwersytetowi Duke. Oczywiście na
zdobycie mistrzostwa kraju składa się wiele elementów, ale motywacja
jest czynnikiem o decydującym znaczeniu, a porównania społeczne
wzmacniają motywację w miejscu pracy, na boisku koszykarskim i w wielu innych miejscach.
Małpki kapucynki
pod gradem
pocisków zawistnych porównań
Scott Crabtree przez lata wspinał się po
szczeblach kariery w firmie zajmującej się nowymi technologiami. Był
zadowolony ze swojej firmy i z wykonywanej pracy - do czasu,
gdy pojawił się nowy pracownik, który wynegocjował roczną
pensję o zaledwie kilka tysięcy dolarów niższą od ówczesnego
wynagrodzenia Scotta. Jak to ujął sam Scott: "Zdałem sobie sprawę,
że ten żółtodziób zaraz po studiach dostanie pensję, jaką ja
osiągnąłem po dziesiątkach lat pracy". Wynagrodzenie nowego kolegi
zrujnowało doświadczane przez Scotta poczucie satysfakcji. Do tej pory
był zadowolony ze swojej pensji i ze swojej pracy. Teraz jednak czuł
się sfrustrowany za sprawą porównania, o którym nie mógł przestać
myśleć. Wreszcie, podobnie jak David Miliband, poczuł, że sytuacja
stała się dla niego nie do zniesienia, i odszedł z firmy.
Jednym z powodów, z jakich porównania
są tak groźne, jest fakt, że mamy ukształtowaną ewolucyjnie
skłonność do ich dokonywania. Frans de Waal z Uniwersytetu Emory
dowiódł tego w badaniach małpek kapucynek. W pewnym pomysłowym
badaniu de Waal wyszkolił małpki, aby używały kamyków jako
swego rodzaju waluty i wymieniały je z badaczem na jedzenie. Oto
jak odbywała się taka wymiana: badacz wyciągał otwartą dłoń,
małpa wrzucała do niej kamyk, a wtedy badacz oferował jej plasterek
ogórka.
Czy kamyk to uczciwa cena za plasterek
ogórka? Małpy uważały, że tak - pod warunkiem, że ich towarzyszki
dostawały w zamian to samo. Kiedy samotna kapucynka wymieniała kamyk na
kawałek ogórka, zjadała go z przyjemnością i chętnie powtarzała
tę wymianę jeszcze wiele razy. W jednym z warunków eksperymentalnych
de Waal badał jednak dwie małpki w sąsiadujących ze sobą klatkach,
które przeprowadzały tę transakcję równocześnie. W jednej klatce
kapucynka w zamian za kamyk dostawała (tak jak poprzednio) kawałek
ogórka. Tymczasem małpka w drugiej klatce dostawała słodkie, soczyste
winogrono. Małpy - podobnie jak ludzie - cenią winogrona wyżej
niż ogórki... Okazuje się, że cenią je dużo, dużo wyżej!
Widząc tę niesprawiedliwość,
kapucynka, której zaoferowano zwykły ogórek, dostawała... no
cóż... małpiego rozumu. Małpy, które widziały, jak ich sąsiadki
robią dużo lepszy interes, nie tylko przestawały płacić kamykami
za ogórki. Niektóre z nich odmawiały przyjęcia ogórka, a nawet
rzucały nim w badacza. W jednym wypadku po otrzymaniu ogórka małpka,
która widziała, że jej sąsiadka dostała winogrono za tę samą
cenę, rzuciła ogórek na podłogę i skuliła się nadąsana w rogu
klatki. Druga kapucynka sięgnęła do sąsiedniej klatki, chwyciła
kawałek ogórka i z apetytem zjadła oba smakołyki - winogrono
i ogórek. Ten eksperyment pokazuje, że nasi ewolucyjni przodkowie nie
oceniali osiąganych przez siebie wyników samych w sobie, ale czynili
to w procesie porównywania.
Podobnie jak małpy, którym
zaoferowano kawałek ogórka, współcześni ludzie przejmują się
porównaniami. W żadnej dziedzinie ów wrodzony instynkt porównawczy
nie jest bardziej widoczny niż w świecie biznesu. Zastanówmy się
nad tym, co się wydarzyło w 2003 roku, kiedy linie lotnicze American
Airlines znalazły się na krawędzi bankructwa. Aby uratować firmę,
zarząd poprosił związki zawodowe o zaakceptowanie dużych cięć
wynagrodzeń. Po trudnych negocjacjach kierownictwo American Airlines
przekonało związki zawodowe, aby zgodziły się na łączne obniżki
wynagrodzeń o 1,8 miliarda dolarów; pilotom odebrano w sumie
660 milionów dolarów, mechanikom i pracownikom naziemnym - 620
milionów, a stewardom i stewardesom - 340 milionów.
Przyjmując te warunki, związki zawodowe
wybrały współpracę zamiast rywalizacji... do czasu, gdy dotarły do
nich nowe informacje.
Dzień po tym, jak związki zawodowe
zgodziły się na te ustępstwa, ujawniono treść rocznego sprawozdania
(formularza 10-k), złożonego przez American Airlines w amerykańskiej
Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Okazało się, że pragnąc
zatrzymać najwyższą kadrę zarządzającą, American Airlines
zaoferowały 45 dyrektorom wysoką premię lojalnościową w zamian za
pozostanie w firmie do końca 2005 roku.
Wyobraź sobie przez chwilę, że jesteś
jednym z pilotów. Liderzy związkowi przekonali ciebie i twoich
kolegów do rezygnacji z 660 milionów dolarów. Dzień później
dowiadujesz się, że wielu członków ścisłego kierownictwa otrzyma
premie lojalnościowe - niektórzy mieli dostać nawet 1,6 miliona
dolarów!
Po uzyskaniu tej informacji porównawczej
związki zawodowe przeszły od współpracy do rywalizacji. Wycofały się
z wcześniejszych ustępstw i zwolniły swojego negocjatora. Podobnie
jak małpki kapucynki, związki zawodowe sądziły, iż są traktowane
uczciwie, do czasu, gdy odkryły, że inni dostają coś lepszego.
Ta sytuacja jest bardzo podobna do
tej, w której znalazł się Scott Crabtree. Porównanie własnego
wynagrodzenia z pensją nowego współpracownika sprawiło,
że nie tylko poczuł niechęć do młodszego kolegi, lecz także
przestał lubić swoją pracę. Scott uległ oddziaływaniu tych
samych czynników psychologicznych, co małpki kapucynki, które
z zadowoleniem zjadały ogórki... do czasu, gdy zauważyły, że
ich sąsiadka dostała winogrono. To porównanie stłumiło w nim
ducha współpracy i obudziło instynkt rywalizacji. Scott rzucił
więc pracę i założył własną firmę. Jego nowy tytuł? Prezes
i dyrektor do spraw zadowolenia.
Zarówno dawna firma Scotta, jak
i zarząd American Airlines nie rozumiały potęgi porównań
społecznych. W zapale dążenia do jednego celu - takiego jak
zatrzymanie kadry zarządzającej albo zatrudnienie obiecującego młodego
wilka - łatwo przeoczyć fakt, że nasze działania wywołują
porównania społeczne. Kiedy więc zatrudniamy nowego pracownika,
zawieramy umowę z klientem, negocjujemy sprzedaż domu albo decydujemy,
jakie ubrania kupić jednemu z naszych dzieci, powinniśmy brać pod
uwagę potężny wpływ porównań społecznych na ludzkie postawy,
zachowania i sposób spostrzegania świata.
Dlaczego
bliźnięta dorastające osobno mogą być bardziej podobne niż
bliźnięta wychowywane razem?
Tom Patterson dorastał w Kansas. Był
wychowywany przez małżeństwo dozorców - praktykujących
chrześcijan. Jego brat bliźniak, Steve Tazumi, dorastał w Filadelfii
z ojcem farmaceutą - praktykującym buddyzm. Bracia zostali
rozdzieleni wkrótce po urodzeniu, po śmierci matki. Każdy z nich
wiedział, że ma brata bliźniaka, ale ich akta zaginęły i chłopcy
nie mieli ze sobą kontaktu przez prawie 40 lat.
Mimo to, jak się okazuje, Steve
i Tom mieli takie same zainteresowania i wybrali taką samą
drogę zawodową. Jak wyjaśnił Steve: "To niesamowite. Tom był
właścicielem siłowni i ja też miałem własną siłownię. Obaj
pasjonowaliśmy się fitnessem". Tom dodał: "Od pierwszego spotkania
świetnie się dogadywaliśmy, ponieważ jesteśmy do siebie bardzo
podobni".
Czynniki genetyczne w dużej mierze
wpływają na to, kim jesteśmy, ale to porównania społeczne, jakich
dokonujemy w trakcie dorastania, wyjaśniają tę zaskakującą
anomalię: bliźnięta rozdzielone tuż po urodzeniu i wychowywane
w różnych domach często są do siebie równie (a nawet bardziej)
podobne jak bliźnięta, które dorastały razem. Wszystko przemawia za
tym, że bliźnięta dorastające razem powinny być bardziej podobne niż
te wychowywane osobno. Przecież bliźnięta żyjące w tym samym domu
mają jednakowe doświadczenia społeczne, doświadczają tego samego
stylu wychowawczego i dorastają w tej samej lokalnej kulturze. Jest
jednak pewien haczyk: bliźnięta wychowywane razem nieustannie się
porównują. A kiedy angażują się w podobne formy aktywności, jedno
z rodzeństwa nieuchronnie radzi sobie gorzej niż drugie. Nie mając
obok siebie brata bliźniaka albo siostry bliźniaczki, z którym lub
z którą mogłyby się porównywać, bliźnięta dorastające osobno
mogą swobodnie oddawać się swoim prawdziwym pasjom, nie narażając
się przy tym na przykre doświadczenie zostawania w tyle za bratem
czy siostrą.
Zrozumienie roli porównań społecznych
wywarło wpływ na wytyczne dla ośrodków adopcyjnych. W świecie
adopcji termin "przybrane bliźnięta" odnosi się do adoptowania
dziecka przez rodzinę, która już wychowuje dziecko w bardzo
podobnym wieku. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to fantastyczny
pomysł. Dziecko zyskuje towarzysza zabaw, a rodzice mogą czerpać
korzyści z efektu skali - tylko jeden kurs do szkoły i z powrotem,
jedna wyprawa na trening piłkarski i tak dalej. Jak jednak wyjaśnia
ekspert w dziedzinie adopcji, Sam Wojnilower, ośrodki adopcyjne
rozumieją problem przybranych bliźniąt. Kiedy do rodziny trafia
przybrany brat bliźniak lub siostra bliźniaczka, dzieci nieustannie
się ze sobą porównują, co wywiera na nie tak destrukcyjny wpływ,
że specjaliści zajmujący się adopcją starają się unikać takich
sytuacji.
Siła oddziaływania porównań
społecznych rozciąga się również na dorosłe rodzeństwa. Rozważmy
przykład dwóch sióstr. Jedna z nich pracuje zawodowo, a druga
nie. Co wpływa na ich decyzję dotyczącą wejścia (lub nie) na rynek
pracy? Co zaskakujące, łączne dochody ich rodzin nie mają istotnego
znaczenia. Tak naprawdę liczy się to, czy zarobki
rodziny jednej z sióstr są wyższe, czy niższe niż dochody osiągane
przez rodzinę drugiej siostry. David Neumark z Uniwersytetu
Kalifornijskiego w Irvine odkrył, że kobieta, której mąż zarabia
mniej niż małżonek jej siostry, dużo częściej czuje się zmuszona
do podjęcia pracy. Dlaczego? Ponieważ bez jej wkładu dochód jej
rodziny będzie niższy niż dochód rodziny siostry! Chcemy nadążać
za Kowalskimi, zwłaszcza gdy pani Kowalska jest naszą siostrą.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[2] Tłum. Józef Paszkowski.