Siedemnasty list
do Wielebnego O. Annat, Jezuity
(Autor dowodzi, iż, skoro się usunie dwuznaczne wyrażenie Janseniusza, okaże się, iż nie ma w Kościele żadnej herezji. Wykazuje dalej, iż, za jednomyślną zgodą wszystkich teologów, a zwłaszcza jezuitów, powaga papieża i Soborów ekumenicznych nie jest nieomylna w kwestiach faktu).
23 stycznia, 1657
Wielebny Ojcze!
Postępowanie wasze kazało mi mniemać iż życzycie sobie abyśmy poniechali utarczek, i byłem do tego skłonny. Ale, od tego czasu, ogłosiliście w tak krótkim czasie tyle pism, iż widzę, że nie można liczyć na pokój, o ile zależy od milczenia jezuitów. Nie wiem czy to złamanie rozejmu wyjdzie wam bardzo na korzyść; co do mnie, dość jestem rad, iż daje mi ono sposobność obalenia tego częstego zarzutu herezji, który wciąż powtarza się w waszych pismach.
Czas abym powściągnął raz na zawsze to rosnące z każdym dniem zuchwalstwo, z jakim traktujecie mnie jako heretyka. Czynisz to, mój Ojcze, w książce, którą świeżo wydałeś, w sposób niepodobny do zniesienia, i który podałby mnie wręcz w podejrzenie, gdybym ci nie odpowiedział tak jak na to zasługuje zarzut tego rodzaju. Zlekceważyłem tę zniewagę w pismach twoich współbraci, jak również mnogość innych rozsianych tam bezładnie: mój piętnasty List dostateczną był odpowiedzią. Ale obecnie ty, mój Ojcze, przemawiasz innym tonem; czynisz z tego z całą powagą główny punkt swojej obrony; jest to prawie jedyna rzecz, na której się wspierasz. Powiadasz bowiem: "iż, za całą odpowiedź na moich piętnaście Listów, wystarczy powiedzieć piętnaście razy że jestem heretykiem, i że, jako taki, nie zasługuję w niczym na wiarę". Słowem, nie dopuszczasz żadnej wątpliwości co do mej apostazji, przyjmujesz ją jako niezłomną zasadę, na której śmiało budujesz. Zupełnie serio tedy, mój Ojcze, traktujesz mnie jako heretyka; zupełnie też serio ci odpowiem.
Wiem dobrze, mój Ojcze, jakiej wagi jest to oskarżenie; toż karygodną lekkomyślnością jest rzucać je, o ile się go nie może udowodnić. Pytam, jakie masz na to dowody? Kiedy widziano mnie w Charenton? Kiedy chybiłem mszy św., lub obowiązkom chrześcijańskim w swojej parafii? Kiedy dopuściłem się jakiegoś czynu wspólnie z heretykami lub też w rozdwojeniu z Kościołem? Któremu soborowi się sprzeciwiłem? Jaką uchwałę papieską naruszyłem? Trzeba odpowiedzieć, mój Ojcze, albo... rozumiesz mnie.
I cóż odpowiesz? Proszę, niech wszyscy dadzą baczenie. Przypuszczasz, po pierwsze, że ten kto pisze te Listy należy do Port-Royal; powiadasz następnie iż Port-Royal uznany jest za siedzibę herezji: z czego wnosisz iż autor Listów jest heretykiem. Nie na mnie tedy, mój Ojcze, spada brzemię tego oskarżenia, ale na Port-Royal obciążasz mnie nim, jedynie w przypuszczeniu że doń należę. Toteż, nietrudno mi będzie się bronić; wystarczy mi powiedzieć że doń nie należę, i odesłać was do moich Listów, gdzie powiedziałem że jestem sam, i stwierdziłem najwyraźniej że nie należę do Port-Royal, mianowicie w Liście szesnastym, poprzedzającym twoją książkę.
Dowiedź tedy na inny sposób, że jestem heretykiem, albo też twoja niemoc stanie się jawną całemu światu. Dowiedź z moich pism że nie uznaję Konstytucji papieskiej. Nie jest ich tak dużo. Chodzi tylko o rozpatrzenie szesnastu listów; otóż, wyzywam cię, ciebie i cały świat, abyś znalazł bodaj ślad czegoś podobnego. Kiedy np. rzekłem, w czternastym: "iż, zabijając, wedle waszych maksym, braci swoich w stanie grzechu śmiertelnego, skazuje się na potępienie tych, dla których umarł Chrystus", czyż nie uznałem wyraźnie że Chrystus umarł dla tych potępionych, że zatem fałszem jest "iż umarł jedynie dla samych wybranych", co jest potępione w piątym twierdzeniu? To pewna, mój Ojcze, nie rzekłem nic, co by mogło wypaść na korzyść tych bezbożnych twierdzeń, którymi brzydzę się z całego serca. I, gdyby nawet Port-Royal je uznawał, oświadczam iż nie możecie stąd wyciągać żadnego wniosku przeciw mnie, ponieważ, Bogu dzięki, jestem związany na ziemi jedynie z katolickim, apostolskim i rzymskim Kościołem, w którym chcę żyć i umierać, w spójni z papieżem, jego najwyższą głową, poza którym-to Kościołem jestem przeświadczony że nie ma zbawienia.
Cóż poczniecie z kimś, kto mówi w ten sposób? Z której strony mnie zaczepicie, skoro ani moje słowa ani pisma nie nastręczają żadnego pozoru waszym oskarżeniom o herezję, ukrycie zaś moje osłania mnie przed waszymi pogróżkami? Czujecie, iż gromi was niewidzialna ręka, która czyni wasze zbłąkania widzialnymi całemu światu. I na próżno silicie się ugodzić mnie w osobie tych, których uważacie za moich druhów. Nie lękam się was ani dla siebie, ani dla nikogo innego, nie będąc związany ani z żadnym Zgromadzeniem, ani z żadną postronną osobą. Wszystkie wasze wpływy daremne są wobec mnie. Niczego nie spodziewam się, ani nie lękam się od świata; nie pragnę odeń niczego, nie trzeba mi, Bogu dzięki ani niczyjego mienia ani poparcia. Tak więc, moi Ojcowie, umykam się wszystkim waszym napaściom. Nie chwycicie mnie z żadnej strony. Możecie dosięgnąć Port-Royal, ale nie mnie. Usunięto niejednego z Sorbony, ale mnie nikt nie usunie z mego mieszkania. Możecie gotować gwałty przeciwko kapłanom i doktorom, ale nie przeciw mnie, który nie posiadam tych godności. Nigdy tedy może nie mieliście sprawy z człowiekiem będącym tak dalece poza waszą mocą i tak zdolnym zwalczać wasze błędy, ile że jest wolny, bez zobowiązań, przywiązań, stosunków, interesów; dość biegły w waszych maksymach, i bardzo gotowy ścigać je tyle ile będę sądził że Bóg mi nakazuje, przy czym żaden ludzki wzgląd nie zdoła powstrzymać ani zwolnić mego pościgu.
Skoro tedy nie możesz nic przeciw mnie, na cóż ci się zda, mój Ojcze, głosić tyle oszczerstw na osoby nie mięszające się do naszych sporów, jak to czynią wszyscy wasi Ojcowie? Nie zdadzą się wam na nic te wykręty. Poczujecie moc prawdy, którą wam przeciwstawiam. Powiadam wam, że niweczycie moralność chrześcijańską odłączając ją od miłości Boga, od której zwalniacie ludzi; a wy mi powiadacie o śmierci O. Mestera, którego nie widziałem w życiu! Powiadam, że wasi kazuiści pozwalają zabić człowieka za jedno jabłko, a wy mi mówicie że "otwarto skarbonkę w Saint-Merry". Tak samo co ma znaczyć, że mnie zaczepiacie raz po raz o książkę O Świętem Dziewictwie, napisaną przez pewnego Oratoryanina, którego nie widziałem nigdy na oczy, zarówno jak jego książki? To nadzwyczajne, mój Ojcze: ty uważasz zatem wszystkich, którzy wam są nie na rękę, za jedną osobę! Nienawiść wasza ogarnia ich wszystkich razem, i tworzy z nich jak gdyby wyklęte ciało, w którym każdy ma odpowiadać za wszystkich innych.
Jest wielka różnica między jezuitami, a tymi, którzy ich zwalczają. Wy tworzycie w istocie jedno ciało, zespolone pod jedną głową; reguły wasze - jak to wskazałem - bronią wam drukować czegokolwiek bez zgody przełożonych, którzy stają się odpowiedzialni za wszystkie błędy poszczególnych członków: Nie wolno im wymówić się, że nie zauważyli błędów, które jeden z was głosi, ponieważ mają obowiązek je zauważyć, w myśl waszych ustaw, oraz listów waszych generałów Akwawity, Vitteleschiego etc. Słusznie zatem można wam zarzucać błędy waszych współbraci, znajdujące się w pismach zatwierdzonych przez waszych przełożonych oraz przez teologów z waszego Towarzystwa. Ale ze mną, mój Ojcze, rzecz zupełnie inna. Ja nie podpisałem książki O Świętem Dziewictwie. Mógłby ktoś otworzyć wszystkie skarbony w Paryżu, a ja nie przestałbym być dobrym katolikiem. Słowem, oświadczam wam, głośno i wyraźnie, że nikt nie odpowiada za moje Listy prócz mnie, ja zaś nie odpowiadam za nic prócz za swoje Listy.
Mógłbym poprzestać na tym, mój Ojcze, nie mówiąc o tych innych osobach, które wy pomawiacie o herezję ,aby i mnie objąć tym oskarżeniem. Ale, ponieważ jestem tego przyczyną, czuję się poniekąd w obowiązku skorzystać z tejże samej przyczyny, aby z niej wydobyć potrójną korzyść. Jest to bowiem korzyść, i to niemała, wydobyć na jaw niewinność spotwarzanych osób. Druga, i bardzo nadająca się do mego przedmiotu, to wykazać znowuż grę waszej polityki w tym oskarżeniu. Ale, wedle mojej oceny, największą korzyścią jest to, że ukażę całemu światu fałsz tej gorszącej pogłoski, którą siejecie na wsze strony: "Iż Kościół jest pastwą nowej herezji". Że zaś wprowadziliście w błąd wiele osób, wmawiając w nie, iż punkty, co do których wszczęliście tak wielką burzę, są czymś zasadniczym dla wiary, uważam za rzecz niezmiernie ważną zniweczyć te fałszywe pozory i wyłożyć tu jasno na czym one polegają, aby wykazać iż naprawdę nie ma w Kościele herezji.
Nieprawdaż, kiedy się ktoś zapyta na czym polega herezja tak nazwanych przez was jansenistów, objaśnią go, iż na tym, że ci ludzie twierdzą: "Że przykazania boże są niemożliwe; że nie można oprzeć się łasce i że człowiek nie ma swobody czynienia dobrego i złego; że Chrystus nie umarł za wszystkich ludzi, ale tylko za wybranych"; i wreszcie że "podtrzymują Pięć Twierdzeń potępionych przez papieża". Czy nie wmawiacie światu, że dla tej-to przyczyny prześladujecie swoich przeciwników? Czy nie to powiadacie w swoich książkach, rozmowach, katechizmach, jak to świeżo uczyniliście na Boże Narodzenie u św. Ludwika, pytając małej dziewczynki: "Dla kogo przyszedł Jezus Chrystus, moje dziecko? - Dla wszystkich ludzi, mój Ojcze. - Jak to, moje dziecko, nie należysz tedy do tych nowych heretyków, którzy powiadają, że Chrystus przyszedł tylko dla wybranych?" Dzieci w to wierzą, i wielu innych także; powtarzacie bowiem te same brednie z ambony, jak np. wasz O. Crasset w Orleanie, któremu za to wzbroniono ambony. I przyznam się, że i ja sam niegdyś wam wierzyłem. Zaszczepiliście we mnie o nich to pojęcie. Tak iż, kiedyście ich przyciskali w sprawie Twierdzeń, czekałem bacznie jaka będzie ich odpowiedź; byłbym zerwał z nimi bezzwłocznie, gdyby nie oświadczyli iż potępiają je jako oczywistą bezbożność. Ale uczynili to, i bardzo wyraźnie. P. de Sainte-Beuve, profesor królewski w Sorbonie, potępił w swoich pismach te Pięć Twierdzeń, na długi czas przed papieżem; toż samo inni ich doktorzy ogłosili szereg pism, między innymi O Łasce Zwycięzkiej, wydane w tym samym czasie, gdzie odrzucają te Twierdzenia, i jako kacerskie i jako cudzoziemskie. Powiadają bowiem w Przedmowie: "iż to są Twierdzenia heretyckie i luterskie, dowolnie ukute i wymyślone, nie znajdujące się ani u Janseniusza ani u jego obrońców": oto ich własne słowa. Skarżą się na tych, którzy im je przypisują, i zwracają do was te słowa św. Prospera, pierwszego ucznia św. Augustyna ich mistrza, w którego Semi-pelagianie francuscy wpierali podobne rzeczy aby go zohydzić. "Są ludzie", powiada ów święty, "pałający tak ślepą żądzą osławienia nas, iż obrali w tym celu środek niszczący własną ich reputację. Sporządzili bowiem z umysłu niejakie Twierdzenia pełne bezbożności i bluźnierstw i rozpuścili je na wsze strony, aby wmówić światu, że my podtrzymujemy je w tym samym znaczeniu jakie oni określili w swoim piśmie. Ale z tej odpowiedzi świat pozna i naszą niewinność i niegodziwość ludzi wmawiających nam te bezbożności, których są jedynymi autorami".
W istocie, moi Ojcowie, kiedy słyszałem ich mówiących w ten sposób przed Konstytucją; kiedy ujrzałem, iż przyjęli ją później z całym szacunkiem; że ofiarowali się ją podpisać; że wreszcie p. Arnauld oświadczył to wszystko, w całym swoim drugim liście, jeszcze energiczniej niż ja tu mogę przytoczyć, sądziłem, iż zgrzeszyłbym wątpiąc o ich dobrej wierze. I, w istocie, ci, którzy chcieli odmówić rozgrzeszenia ich zwolennikom przed listem p. Arnaulda, oświadczyli później, iż, skoro tak jasno potępił błędy, które mu przypisywano, nie ma żadnej przyczyny wykluczać z Kościoła ani jego, ani jego przyjaciół. Ale wyście poczynali sobie inaczej. I odtąd to zacząłem podejrzewać, że jesteście zaślepieni namiętnością.
Wprzód, kiedy myśleliście że nie zechcą podpisać tej Konstytucji, groziliście im tym podpisem: kiedyście ujrzeli że sami z siebie są do tego skłonni, przestaliście o tym mówić. I mimo że - jakby się zdawało - powinni byście zadowolić się tym ich stanowiskiem, grzmieliście dalej na ich herezję: "ponieważ" (powiadaliście) "serce ich jest w niezgodzie z ręką, i ponieważ są katolikami zewnętrznie a heretykami wewnętrznie", jak to sam, mój Ojcze, powiedziałeś w swojej Odpowiedzi na kilka pytań, str. 27 i 47.
Jakże dziwnie uderzyło mnie to postępowanie, mój Ojcze! O kimż bowiem nie można powiedzieć tego samego? jakiż zamęt można by wzniecić pod tym pozorem? "Jeżeli ktoś się wzbrania", powiada św. Grzegorz papież, "uwierzyć w wyznanie wiary osób czyniących je zgodnie z nauką Kościoła, podaje tym w wątpliwość wiarę wszystkich katolików". Zląkłem się tedy, mój Ojcze, "że może waszym zamiarem jest uczynić tych ludzi heretykami mimo że nimi nie są", jak powiada papież o podobnym sporze za jego czasu: "ile że" (powiada) "nie jest zwalczaniem ale tworzeniem herezji odmawiać wiary tym, którzy własnym swym wyznaniem świadczą iż wyznają prawdziwą wiarę: Hoc non est haeresim purgare sed facere". Ale poznałem, zaprawdę, że nie ma kacerzy w Kościele, ujrzawszy iż tak dobrze oczyścili się ze wszystkich tych herezji, iż nie mieliście już sposobu oskarżać ich o żaden błąd w rzeczach wiary; i że musieliście po prostu ograniczyć całą napaść do kwestii faktycznych tyczących Janseniusza, które nie mogły być przedmiotem herezji. Chcieliście bowiem zmusić ich do uznania, że "te Twierdzenia znajdują się u Janseniusza, dosłownie, wszystkie, w tych samych wyrazach", jak to napisałeś sam: Singulares, individuae, totidem verbis apud Jansenium contentae, w twoich Cavilli, str. 39.
Odtąd wasz spór zaczął mi się stawać obojętny. Pókim sądził, iż spieracie się o prawdę lub fałsz tych Twierdzeń, słuchałem was z uwagą, to bowiem tyczyło wiary. Ale, kiedym spostrzegł, że spieracie się już tylko o to czy znajdują się słowo w słowo w Janseniuszu czy nie, przestałem się tym zajmować, ile że dla religii jest to zupełnie obojętne. Inna rzecz, iż wiele pozorów przemawiało za tym że mówicie prawdę; twierdzić bowiem że jakieś wyrazy znajdują się słowo w słowo w danym autorze, to rzecz, co do której nie można się omylić. Toteż nie dziwię się, iż tyle osób, i we Francji i w Rzymie, uwierzyło, wobec tak stanowczego wyrażenia, iż Janseniusz głosił je w istocie. I dlatego zdumiałem się niepomału, dowiadując się, iż nawet ten punkt faktyczny, któryście przedstawiali jako tak pewny i ważny, jest fałszywy, i że, gdy was wezwano do przytoczenia stronicy dzieła Janseniusza gdzieście znaleźli te Twierdzenia "słowo w słowo", nie zdołaliście tego uczynić.
Przytaczam cały ten porządek, ponieważ zdaje mi się, że to dostatecznie odstania ducha waszego Towarzystwa w całej tej sprawie. Świat dowie się ze zdumieniem, iż, mimo wszystko com powiedział, nie przestaliście ogłaszać ich za heretyków. Ale wyście jeno zmienili herezję, stosownie do chwili. W miarę bowiem jak się oczyszczali z jednej, wasi Ojcowie podsuwali drugą, iżby nigdy nie byli czyści. Tak, w r. 1653, herezja ich polegała na treści Twierdzeń. Później tkwiła w owym "słowo w słowo". Później pomieściliście ją w sercu. Ale dziś, nie ma już o tym mowy: są heretykami, o ile nie podpiszą że "duch nauki Janseniusza znajduje się w duchu tych Pięciu Twierdzeń".
Oto cały przedmiot waszej obecnej dysputy. Nie wystarcza wam że potępiają Pięć Twierdzeń, i jeszcze wszystko co by w Janseniuszu mogło się znaleźć zgodnego z nimi i sprzecznego ze św. Augustynem: czynią bowiem to wszystko. Tak iż, na przykład, kwestia nie w tym: "czy Jezus Chrystus umarł tylko dla wybranych"; potępiają to równie jak wy; ale czy Janseniusz jest tego zdania czy nie. I na to oświadczam wam bardziej niż kiedykolwiek, iż wasza dysputa mało mnie obchodzi, tak samo jak mało obchodzi Kościół. Mimo bowiem że nie jestem doktorem, tak samo jak i ty, mój Ojcze, pojmuję wszelako dobrze że nie chodzi tu o wiarę, skoro chodzi tylko o to co o tym mniemał Janseniusz. Gdyby wierzyli, że jego nauka zgodna jest z prawdziwym i dosłownym znaczeniem tych Twierdzeń, potępiliby ją; nie chcą tego uczynić, jedynie dlatego iż są przekonani że bardzo się od nich różni: toteż, gdyby nawet rozumieli to źle, nie byliby heretykami, ponieważ rozumieją to jedynie w duchu katolickim.
I, aby to wytłumaczyć na przykładzie, przypomnę rozmaitość mniemań pomiędzy św. Bazylim a św. Atanazym w przedmiocie pism Dionizego z Aleksandrii. Św. Bazyli, mniemając iż znajduje w nich poglądy Ariusza przeciw równości Ojca i Syna, potępił je jako kacerskie; przeciwnie św. Atanazy, sądząc iż znajduje w nich prawdziwą naukę Kościoła, bronił ich jako katolickich. Czy myślisz tedy, mój Ojcze, iż św. Bazyli, który uważał te pisma za ariańskie, miałby prawo ogłosić św. Atanazego heretykiem, za to że ich bronił? I jakąż miałby przyczynę po temu, skoro ów nie bronił w nich arianizmu, ale prawdziwej wiary, którą w nich mniemał widzieć? Gdyby ci obaj święci zgodzili się na istotną myśl tych pism, i gdyby obaj uznali tę herezję, bez wątpienia św. Atanazy nie mógłby ich bronić bez herezji; ale ponieważ różnili się w sądzie co do ich myśli, św. Atanazy pozostał katolikiem broniąc ich, choćby nawet źle je zrozumiał, byłby to bowiem jedynie błąd faktyczny, i broniłby w tej nauce jedynie wiary katolickiej, którą w niej widział.
Powiadam ci to samo, mój Ojcze. Gdybyście się zgodzili na myśl Janseniusza, i gdyby wasi przeciwnicy zgodzili się z wami, iż sądzi on np. że "nie można oprzeć się łasce", ten kto wzbraniałby się to potępić, byłby heretykiem. Ale, wobec tego że spieracie się o jego myśl, i że oni sądzą, iż, wedle jego nauki, "można się oprzeć łasce", nie macie najmniejszego prawa nastawać na nich jako na heretyków (choćbyście pomawiali o herezję samego Janseniusza), skoro oni potępiają myśl, którą w nim przyjmujecie, i skoro nie ważylibyście się potępić myśli, którą oni przyjmują. Jeżeli chcecie tedy ich pognębić, dowiedźcie że rozumienie, które oni przypisują Janseniuszowi jest heretyckie: wówczas bowiem i oni będą heretykami. Ale w jakiż sposób moglibyście to uczynić, skoro faktem jest, wedle waszego własnego wyznania, iż rozumienie, które oni podają jest prawomyślne?
Aby to jasno wykazać, wezmę za zasadę to co uznajecie sami: "Iż nauka o łasce skutecznej nie jest potępiona, i że papież nie dotknął jej swoją bullą". I w istocie, kiedy miał sądzić o Pięciu Twierdzeniach, punkt tyczący "łaski skutecznej" ubezpieczono od wszelkiej Cenzury. Wynika to jasno z opinii konsultantów, którym papież oddał je do zbadania. Mam te opinie w ręku, równie jak wiele osób w Paryżu, między innymi ks. biskup z Montpellier, który je przywiózł z Rzymu. Widać z tego że opinie ich były podzielone, i że najwybitniejsi z nich, rozumiejąc że te Twierdzenia można wziąć w znaczeniu "łaski skutecznej", byli zdania że nie należy ich potępić; podczas gdy inni, godząc się że nie należałoby ich potępić gdyby miały to znaczenie, uznali iż zasługują na Cenzurę: ponieważ, wedle ich wyroku, sens tych Twierdzeń bardzo jest od tego odległy. I dlatego papież potępił je; i wszyscy poddali się jego wyrokowi.
Pewnym zatem jest, mój Ojcze, że "łaska skuteczna" nie została potępiona. I nie dziw: toć tak potężnie oświadczył się za nią Św. Augustyn, św. Tomasz i cała jego szkoła, tylu papieży i soborów, i cała tradycja, iż byłoby bezbożnością pomawiać ją o herezję. Otóż, wszyscy ci, których okrzykujecie za heretyków, oświadczają, iż nie znajdują w Janseniuszu nic innego, jak tylko naukę o łasce skutecznej. I to jedno tylko twierdzili w Rzymie. Ty sam to uznałeś - Cavilli, str. 35 - oświadczając: "Iż, mówiąc wobec papieża, nie rzekli ani słowa o Twierdzeniach, NE VERBUM QUIDEM; cały czas mówili jeno o łasce skutecznej". Tak więc, czy się mylę w tym przypuszczeniu czy nie, niewątpliwem bodaj jest, iż znaczenie, które przyjmują nie jest heretyckie i że tym samym oni nie są heretykami. Aby bowiem zawrzeć rzecz w dwóch słowach: albo Janseniusz głosił jedynie łaskę skuteczną, i w takim razie nie dopuścił się błędu; albo głosił co innego, i w takim razie nie ma obrońców. Cała kwestia jest tedy w tym, aby wiedzieć czy Janseniusz głosił w istocie co innego niż łaskę skuteczną; i jeżeli się okaże że tak, wy będziecie mieli chwałę żeście go lepiej zrozumieli, ale oni nie będą mieli tego nieszczęścia iż pobłądzili w wierze.
Trzeba tedy chwalić Boga, mój Ojcze, że nie ma zgoła herezji w Kościele, skoro w tym wszystkim chodzi jedynie o punkt faktyczny, który nie może stanowić herezji. Kościół bowiem rozstrzyga punkty wiary boską powagą i odcina od swego ciała wszystkich którzy wzbraniają się ich przyjąć; ale nie poczyna sobie tak samo w kwestiach faktycznych. A przyczyną tego jest, iż zbawienie nasze związane jest z wiarą, którą nam objawiono, nie zależy natomiast od innych poszczególnych faktów nie objawionych przez Boga. Tak więc, jesteśmy obowiązani wierzyć iż przykazania boskie nie są niemożliwe, ale nie jesteśmy obowiązani wiedzieć co Janseniusz uczył w tym przedmiocie. Dlatego to, w rozstrzygnięciu punktów wiary, Bóg oświeca Kościół obecnością swego Ducha który nie może błądzić; w sprawach faktycznych natomiast, pozwala mu działać wedle ludzkiego pojęcia i rozumu, które są tu naturalnymi sędziami. Jedynie Bóg mógł pouczyć Kościół o swej wierze; wystarczy natomiast przeczytać Janseniusza, aby poznać czy owe Twierdzenia znajdują się w jego książce. Stąd pochodzi, że herezją jest opierać się orzeczeniom wiary: znaczyłoby to przeciwstawiać własnego ducha Duchowi bożemu. Ale nie jest herezją, mimo że może być zuchwalstwem, nie wierzyć w pewne poszczególne fakty: ponieważ znaczy to jedynie przeciwstawić rozum, który może być jasny, powadze, która może być wielka, ale która nie jest w tym nieomylna.
Uznają to wszyscy teologowie, jak to widać z tej maksymy kardynała Belarmin, członka waszego Towarzystwa: "Powszechne i prawnie zebrane sobory nie mogą błądzić w określaniu dogmatów wiary; ale mogą błądzić w kwestiach faktu". I w innym miejscu: "Papież jako papież, a nawet na czele powszechnego soboru, może błądzić w postronnych sporach faktycznych, jako zależących głównie od informacji i świadectwa ludzi". I tak samo kardynał Baronius: "Trzeba się poddać całkowicie wyrokom soborów w artykułach wiary; ale co się tyczy osób i ich pism, cenzura nie ma takiej samej mocy, ponieważ nie ma człowieka, który by się nie mógł omylić". Dlatego też Jego Wielebność Arcybiskup Tuluzy wysnuł to prawidło z listów dwóch wielkich papieży, św. Leona i Pelagiusza II: "Iż właściwym przedmiotem soborów jest wiara, i że wszystko co się tam rozstrzyga poza wiarą, może być przedmiotem nowych rozstrząsań i badań; natomiast tego co orzeczono w kwestiach wiary nie należy już rozpatrywać, ponieważ, jak mówi Tertulian, jedynie zasada wiary jest niezmienna i nieodwołalna".
Stąd pochodzi, iż, podczas gdy nigdy nie zdarzyło się aby powszechne i prawnie zebrane sobory były w sprzeczności z sobą co do artykułów wiary: "ponieważ", jak powiada arcybiskup Tuluzy, "nie wolno nawet rozstrząsać drugi raz tego co raz postanowiono w przedmiocie wiary"; też same sobory bywały niekiedy sprzeczne co do punktów faktycznych, tam gdzie chodziło o rozumienie myśli jakiegoś autora: "ponieważ", jak znowuż powiada arcybiskup Tuluzy za papieżami których cytuje, "wszystko co się rozstrzyga na soborach poza wiarą może być na nowo rozpatrywane i badane". Tak np. IV-ty i V-ty sobór zdają się w sprzeczności z sobą w wykładzie tych samych autorów; a to samo zdarzyło się dwom papieżom w kwestii nauki pewnych scytyjskich mnichów. Skoro bowiem papież Hormisdas potępił ją, biorąc ją w złem rozumieniu, papież Jan II, jego następca, zbadawszy na nowo i biorąc w dobrem znaczeniu, potwierdził ją i uznał za katolicką. Czy powiedzielibyście dlatego, iż jeden z tych papieży był heretykiem? I czy nie trzeba przyznać, że, byleby się potępiło heretycki sens, który jeden z papieży widział w tym piśmie, nie jest się heretykiem przez to iż się nie potępia samego pisma, biorąc je w sensie którego niewątpliwie papież ów nie potępił; inaczej bowiem jeden z dwóch papieży byłby winien herezji.
Chciałem, mój Ojcze, przyzwyczaić cię do tych sporów, które zdarzają się między katolikami w kwestiach faktycznych tyczących rozumienia myśli jakiegoś autora. Ukazałem ci oto jednego Ojca Kościoła przeciw drugiemu, papieża przeciw papieżowi i sobór przeciw soborowi, aby was zawieść od tego do innych przykładów podobnej rozbieżności, ale bardziej nieproporcjonalnej. Ujrzysz bowiem z jednej strony papieży i sobory, a z drugiej jezuitów, którzy sprzeciwią się ich orzeczeniom odnośnie do myśli danego autora, przy czym nie oskarżacie swoich współbraci, nie mówię o herezję ale nawet o zuchwalstwo.
Wiesz dobrze, mój Ojcze, iż wiele soborów i papieży, a nawet piąty powszechny sobór, potępiły pisma Origenesa jako zawierające herezję; między innymi "o pojednaniu złych duchów w dniu sądu". Czy sądzisz dlatego, iż, aby być katolikiem, bezwarunkowo koniecznym jest wierzyć iż Origenes w istocie głosił te błędy; i że nie wystarcza potępiać je nie przypisując mu ich? Gdyby tak było, cóż by się stało z waszym O. Halloix, który bronił czystości wiary Origenesa, równie jak wielu innych katolików, którzy podjęli to samo jak Pic de la Mirande, i Genebrard, doktor Sorbony? I czy również nie jest faktem, że tenże sam sobór powszechny potępił pisma Teodoreta przeciw św. Cyrylowi, jako "bezbożne, przeciwne prawdziwej wierze i zakażone herezją nestoriańską"? A mimo to, O. Sirmond, jezuita, bronił się i rzekł w żywocie tego Ojca: iż "pisma te wolne są od herezji nestoriańskiej".
Widzisz tedy, mój Ojcze, iż, kiedy Kościół potępia czyjeś pisma, przypuszcza w nich błąd który potępia; wówczas punktem wiary jest iż ten błąd jest potępiony, ale nie jest punktem wiary, że te pisma zawierają w istocie błąd który Kościół w nich przypuszcza. Sądzę iż dostatecznie to udowodniłem; zakończę tedy te przykłady przykładem papieża Honoriusza, którego dzieje są tak znane. Wiadomo, iż gdy, z początkiem siódmego wieku, mąciła Kościół herezja monotelitów, papież, chcąc zakończyć ten spór, wydał dekret, jakoby faworyzujący tych heretyków, tak iż wiele osób było tym zgorszonych; mimo to, za jego pontyfikatu, odbyło się to bez większego rozgłosu. Ale, w pięćdziesiąt lat później, kiedy Kościół zebrał się na VItym powszechnym soborze, któremu papież Agaton przewodniczył przez swoich legatów, przedłożono tam ów dekret; i, odczytawszy go i zbadawszy, potępiono go jako zawierający herezję monotelitów, i spalono w tym charakterze na pełnym zgromadzeniu wraz z innymi pismami tych heretyków. I cały Kościół przyjął ten wyrok z takim szacunkiem i jednomyślnością, iż potwierdziły go później dwa sobory powszechne, a także dwaj papieże, Leon X i Adrian II, który żył w dwieście lat potem; i nikt nie zamącił tej tak powszechnej i spokojnej zgody przez siedm lub ośm wieków. Mimo to, kilku autorów w ostatnich czasach, między innymi kardynał Belarmin, nie poczuwali się do popełnienia herezji twierdząc, wbrew tylu papieżom i soborom, iż pisma Honoriusza wolne są od błędów których się w nich dopatrzono: "ile że", powiada, "wobec tego że sobory powszechne mogą błądzić w kwestiach faktu, można twierdzić z całą pewnością że sobór VI-ty omylił się co do tego faktu, i że, nie zrozumiawszy dobrze myśli pism Honoriusza, mylnie pomieścił tego papieża w rzędzie heretyków".
Zauważ to dobrze, mój Ojcze: nie jest herezją mówić że Honoriusz nie był heretykiem, mimo że wielu papieży i kilku soborów uznało go takim, i to po zbadaniu. Przechodzę teraz do naszej kwestii i wzywam was, abyście swojej sprawy bronili najlepiej jak zdołacie. Cóż powiesz, mój Ojcze, aby pomówić swoich wrogów o herezję? Iż "papież Innocenty X oświadczył że Pięć Twierdzeń znajduje się w Janseniuszu"? Jak ci się zdaje, mój Ojcze? Czy to nie jest kwestia faktu, tej samej natury co owe poprzedzające? Papież oświadczył, iż błąd Pięciu Twierdzeń znajduje się w Janseniuszu, tak samo jak jego poprzednik oświadczył iż błąd monotelitów i nestorianów znajduje się w pismach Teodoreta i Honoriusza. Na co, wasi Ojcowie napisali, iż potępiają owe herezje, ale że się nie godzą aby ci autorowie je głosili; tak samo jak wasi przeciwnicy powiadają dziś, iż potępiają te Pięć Twierdzeń, ale że się nie godzą aby Janseniusz je głosił. Przyznaj, mój Ojcze, że oba te wypadki są bardzo podobne. A jeżeli jest jaka różnica, łatwo osądzić jak bardzo jest ona na korzyść obecnej kwestii, przez porównanie wielu poszczególnych okoliczności, dosyć widocznych samych przez się, tak że nie będę się nad nimi rozwodził. Czem się tedy dzieje, mój Ojcze, iż, w tej samej sprawie, wasi Ojcowie są katolikami, a wasi przeciwnicy heretykami? I, mocą jakiego osobliwego wyjątku, pozbawiacie ich swobody, którą przyznajecie wszystkim wiernym?
Cóż ty na to powiesz, mój Ojcze? Że "papież potwierdził swoją bullę przez Breve"? Odpowiem ci, że dwa powszechne sobory i dwóch papieży potwierdziło potępienie listów Honoriusza. Ale co wy za broń widzicie w słowach tego Breve, gdzie papież oświadcza: Iż "potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach"? Cóż to dodaje do jego bulli? i cóż stąd wynika, jeśli nie to, iż, tak samo jak VI-ty sobór potępił naukę Honoriusza ponieważ uważał ją za tożsamą z monotelitami, tak samo papież potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach, ponieważ sądził iż jest tożsamą z tymi Pięcioma Twierdzeniami? I w jaki sposób nie byłby tak mniemał? Toć wasze Towarzystwo nie przestaje o tym pisać; i ty sam, mój Ojcze, któryś powiedział że są tam "słowo w słowo", byłeś w Rzymie w dobie Cenzury: spotykam cię bowiem wszędzie. Czyż papież mógłby nie zawierzyć szczerości lub nauce tylu poważnych zakonników? I w jaki sposób nie uwierzyłby że nauka Janseniusza jest toż sama z tymi Pięcioma Twierdzeniami, wobec twego zapewnienia iż znajdują się "słowo w słowo" u tego autora? Oczywistym tedy jest, mój Ojcze, iż, jeżeli się okaże że Janseniusz ich nie użył, nie trzeba będzie mówić, jak to uczynili wasi Ojcowie w tamtych przykładach, iż papież się omylił. Należy po prostu powiedzieć, że wyście oszukali papieża, co nie przyczyni zgorszenia, tak dobrze was już znają.
Tak więc, mój Ojcze, cały ten przedmiot daleki jest od wszelkiej herezji. Ale, ponieważ chcecie ją stworzyć za jaką bądź cenę, spróbowaliście odwrócić kwestię faktyczną i czynicie to w taki sposób: "Papież", powiadacie, "oświadczył iż potępił naukę Janseniusza w Pięciu Twierdzeniach; zatem artykułem wiary jest, iż nauka Janseniusza tycząca Pięciu Twierdzeń - jakakolwiek by była - jest heretycka". Oto, mój Ojcze, osobliwy punkt wiary, iż nauka jest heretycką, jakakolwiek by była. Jak to! jeżeli wedle Janseniusza "można się oprzeć łasce wewnętrznej", i jeżeli fałszem jest, wedle niej, że "Jezus Chrystus umarł tylko za predestynowanych", czy to będzie potępione, ponieważ jest jego nauką? Maż być prawdą w Konstytucji papieskiej iż "mamy swobodę czynienia dobrego i złego", a to samo ma być fałszem w Janseniuszu? I cóż za nieszczęście go ściga, iż, w jego książce, prawda ma się stać herezją?
Czy nie trzeba tedy powiedzieć, że jest heretykiem jedynie w razie jeżeli będzie w zgodzie z tymi potępionymi błędami, skoro Konstytucja papieża jest prawidłem do którego trzeba przymierzyć Janseniusza, aby osądzić czym jest wedle jego stosunku do niej, i że w ten sposób kwestię: "czy jego nauka jest herezją", można rozwiązać tą drugą kwestią faktyczną: "czy jest zgodna z naturalnym znaczeniem tych Twierdzeń". Niepodobna aby nie była herezją jeżeli jest z niemi zgodna, i niepodobna aby nie była katolicką jeżeli jest im sprzeczną. Skoro bowiem, wedle Papieża i biskupów, "Twierdzenia te są potępione w ich właściwym i naturalnym rozumieniu", niepodobna aby były potępione w rozumieniu Janseniusza, chyba w razie jeśli to rozumienie Janseniusza byłoby to samo co właściwe i naturalne rozumienie tych Twierdzeń: a to jest punkt faktyczny.
Kwestia pozostaje tedy wciąż na tym punkcie faktycznym, i niepodobna jej w żaden sposób zeń wydobyć, aby ją zmienić w kwestię wiary. Tym samym niepodobna zrobić z niej kwestii herezji; natomiast moglibyście snadnie z niej uczynić pozór do prześladowania, gdyby nie nadzieja iż nie znajdzie się osób tak dalece zaprzedanych waszym interesom aby się dały użyć do tak niesprawiedliwych procederów, i aby chciały zmusić do podpisywania jak wy tego pragniecie: "Iż potępia się te Twierdzenia w rozumieniu Janseniusza", bez wytłumaczenia co to jest owo rozumienie Janseniusza. Mało jest ludzi skłonnych podpisać wyznanie wiary in blanco. Otóż to byłoby takim cyrografem, który później wypełniono by czym się wam podoba, mając swobodę wykładać do woli co to jest rozumienie Janseniusza, którego nie wytłumaczono. Niechże je tedy wprzódy wytłumaczą: inaczej zrobicie z tego nową najbliższą możność, abstrahendo ab omni sensu. Wiesz, Ojcze, że świat nie widzi tego dobrem okiem. Nienawidzi on dwuznaczności, zwłaszcza w materiach wiary, w których słusznym jest rozumieć bodaj to co się potępia. I jaki sposób ci doktorzy, którzy są przekonani że Janseniusz nie ma czego innego na myśli prócz "łaski skutecznej", zgodziliby się oświadczyć iż potępiają jego naukę bez jej objaśnienia; toć, wedle ich wierzenia, którego im nikt nie odebrał, znaczyłoby to nie co innego jak potępić łaskę skuteczną, której nie można potępić bez zbrodni. Nie byłażby to osobliwa tyrania stawiać ich w tej opłakanej konieczności: albo dopuścić się występku wobec Boga, gdyby podpisali to potępienie wbrew własnemu sumieniu, albo popaść w zarzut herezji, gdyby odmówili podpisu?
Ale to wszystko odbywa się wielce tajemniczo. Każdy wasz krok jest dziełem polityki. Muszę wytłumaczyć, czemu nie tłumaczycie owego rozumienia Janseniuszowego. Piszę jedynie po to aby odsłonić wasze zamiary i w ten sposób udaremnić je. Trzeba mi tedy pouczyć nieświadomych, iż głównym waszym celem w tym sporze jest wywyższyć "łaskę wystarczającą" waszego Moliny, czego nie możecie uczynić, nie obalając "łaski skutecznej", która jej jest sprzeczna. Ale, ponieważ widzicie iż jest ona dziś uznana w Rzymie i wśród wszystkich uczonych Kościoła, przeto, nie mogąc jej zwalczać samej w sobie, postanowiliście zaczepić ją tak aby nikt tego nie spostrzegł, pod godłem nauki Janseniusza.
Dlatego trzeba wam było starać się o potępienie Janseniusza bez wyjaśnienia; i, aby to osiągnąć, trzeba wam było dać do zrozumienia że nauka jego nie jest nauką łaski skutecznej, iżby świat mniemał że można potępić jedno bez drugiego. Stąd pochodzi, iż staracie się wmówić to dziś osobom nie znającym zupełnie tego autora. I ty sam robisz to, mój Ojcze, w swoich Cavilli, str. 23, za pomocą tego subtelnego rozumienia: "Papież potępił naukę Janseniusza. Papież nie potępił nauki o łasce skutecznej. Zatem nauka o łasce skutecznej różni się od nauki Janseniusza". Gdyby ten dowód był przekonywający, można by tak samo wykazać, że Honoriusz i wszyscy ci którzy go bronią są kacerzami. Szósty sobór potępił naukę Honoriusza. Otóż szósty sobór nie potępił nauki Kościoła. Zatem nauka Honoriusza różna jest od nauki Kościoła. Zatem wszyscy którzy jej bronią są heretykami. Jasnym jest, że to nie dowodzi niczego, skoro papież potępił jedynie naukę zawartą w Pięciu Twierdzeniach, o której mu wmówiono że jest nauką Janseniusza.
Ale co wam o to! wszak nie macie zamiaru długo wspomagać tym rozumowaniem. Mimo iż tak wątłe, wytrwa dość długo jak na waszą potrzebę. Potrzebne wam jest jedynie na to, aby ci, którzy nie chcą potępić łaski skutecznej, potępili Janseniusza bez skrupułu. Skoro to nastąpi, wasz argument pójdzie niebawem w zapomnienie, podpisy zostaną jako wiekuiste świadectwo potępienia Janseniusza, wy zaś zyskacie sposób zaczepienia wprost łaski skutecznej za pomocą tego innego argumentu o wiele silniejszego, który ukujecie w swoim czasie: "Naukę Janseniusza", powiecie, "potępiono jednomyślnym orzeczeniem całego Kościoła. Otóż, ta nauka jest najoczywiściej nauką o łasce skutecznej", i dowiedziecie tego bardzo łatwo. "Zatem nauka o łasce skutecznej potępiona jest nawet przez jej obrońców". Oto czemu nastajecie na podpisanie tego potępienia jakiejś nauki, bez wyjaśnienia jej. Oto korzyść jaką zamierzacie wydobyć z tych podpisów. Ale, jeżeli wasi przeciwnicy oprą się temu, zastawiacie im, w razie odmowy, inną pułapkę. Połączywszy bowiem zręcznie kwestię wiary z kwestią faktyczną, nie pozwalając aby je rozdzielili, ani aby podpisali jedną bez drugiej, kiedy nie będą mogli podpisać obu razem, ogłosicie wszędzie iż odrzucili obie razem. I tak, mimo że, w istocie, jedynie wzdragają się uznać aby Janseniusz głosił te Twierdzenia, które potępiają, co nie może stanowić herezji, wy powiecie śmiało, że odmówili potępienia samych-że Twierdzeń, i że w tym leży ich herezja. Oto owoc, który dobędziecie z ich odmowy, owoc, który byłby wam nie mniej użyteczny od tego, który uzyskalibyście z ich zgody. Tak iż, o ile będą wymagane te podpisy, zawsze wpadną w waszą pułapkę, czy podpiszą czy nie podpiszą, a wy zawsze wyjdziecie na swoje, tak czy owak: tak zręcznie umiecie prowadzić rzeczy, aby wam zawsze wyszły na korzyść, jakkolwiek się obrócą.
Jakże ja was dobrze znam, mój Ojcze! i z jaką boleścią patrzę iż Bóg was tak dalece opuścił, że pozwala wam osiągnąć szczęśliwy obrót w tak niegodnym postępowaniu! Szczęście wasze warte jest współczucia: zazdrościć mogą go jedynie ci którzy nie wiedzą co jest prawdziwe szczęście. Miłość bliźniego każe stawać w poprzek owemu szczęściu którego wy szukacie w całej tej polityce, ponieważ opieracie go tylko na kłamstwie i staracie się jedynie wmówić w świat jeden z tych dwóch fałszów: albo że Kościół potępił łaskę skuteczną, albo że ci którzy jej bronią, podtrzymują pięć potępionych błędów. Trzeba tedy powiedzieć całemu światu, i to że łaska skuteczna nie jest potępiona, wedle waszego własnego wyznania, i to że nikt nie broni tych błędów; iżby świat wiedział, że ci, którzy odmówiliby podpisania tego, co chcielibyście, aby od nich żądano, odmawiają jedynie z przyczyny kwestii faktycznej i że, będąc gotowi do podpisania kwestii wiary, nie mogą stać się heretykami wskutek tej odmowy; jest bowiem kwestią wiary to, iż te Twierdzenia są kacerskie, ale nigdy nie będzie kwestią wiary, że to są Twierdzenia Janseniusza. Wolni są od błędu, to wystarczy. Może wykładają Janseniusza zbyt przychylnie; ale może wy wykładacie go nie dość przychylnie. Nie wchodzę w to. Wiem bądź co bądź tyle, iż, wedle waszych maksym, możecie, w swoim mniemaniu, bez zbrodni głosić że jest heretykiem, wbrew własnemu waszemu przekonaniu; podczas gdy oni, wedle swoich zasad, nie mogliby bez zbrodni powiedzieć że jest katolikiem, gdyby nie byli o tym przekonani. Są tedy szczersi od was, mój Ojcze; lepiej zgłębili Janseniusza niż wy; nie są mniej światli od was; nie są tedy mniej od was wiarogodni. Ale, jak bądź się ma rzecz z kwestią faktyczną, są z pewnością katolikami, aby być bowiem katolikiem, nie jest koniecznym twierdzić że ktoś drugi nim nie jest; i, nie obciążając nikogo błędem, wystarczy oczyścić się zeń samemu.
REPLY OF THE ˝PROVINCIAL˝ TO THE FIRST TWO LETTERS OF HIS FRIEND
February 2, 1656
SIR,
Your two letters have not been confined to me. Everybody has seen them, everybody understands them, and everybody believes them. They are not only in high repute among theologians- they have proved agreeable to men of the world, and intelligible even to the ladies.
In a communication which I lately received from one of the gentlemen of the Academy- one of the most illustrious names in a society of men who are all illustrious- who had seen only your first letter, he writes me as follows: ˝I only wish that the Sorbonne, which owes so much to the memory of the late cardinal, would acknowledge the jurisdiction of his French Academy. The author of the letter would be satisfied; for, in the capacity of an academician, I would authoritatively condemn, I would banish, I would proscribe- I had almost said exterminate- to the extent of my power, this proximate power, which makes so much noise about nothing and without knowing what it would have. The misfortune is that our academic power is a very limited and remote power. I am sorry for it; and still more sorry that my small power cannot discharge me from my obligations to you,˝ &c.
My next extract is from the pen of a lady, whom I shall not indicate in any way whatever. She writes thus to a female friend who had transmitted to her the first of your letters: ˝You can have no idea how much I am obliged to you for the letter you sent me- it is so very ingenious, and so nicely written. It narrates, and yet it is not a narrative; it clears up the most intricate and involved of all possible matters; its raillery is exquisite; it enlightens those who know little about the subject and imparts double delight to those who understand it. It is an admirable apology; and, if they would so take it, a delicate and innocent censure. In short, that letter displays so much art, so much spirit, and so much judgment, that I burn with curiosity to know who wrote it,˝ &c.
You too, perhaps, would like to know who the lady is that writes in this style; but you must be content to esteem without knowing her; when you come to know her, your esteem will be greatly enhanced.
Take my word for it, then, and continue your letters; and let the censure come when it may, we are quite prepared for receiving it. These words proximate power and sufficient grace, with which we are threatened, will frighten us no longer. We have learned from the Jesuits, the Jacobins, and M. le Moine, in how many different ways they may be turned, and how little solidity there is in these new-fangled terms, to give ourselves any trouble about them. Meanwhile, I remain, &c.
Osiemnasty list
Do Wielebnego O. Annat, Jezuity
(Autor wykazuje jeszcze dowodniej, z samej odpowiedzi O. Annat, iż nie ma w Kościele żadnej herezji, że wszyscy potępiają naukę, którą jezuici chcą przypisać Janseniuszowi, że tedy wszyscy wierni są tego samego zdania w kwestii Pięciu Twierdzeń. Autor określa różnicę między kwestiami wiary a kwestiami faktycznyemi, i wykazuje, iż, w kwestiach taktycznych raczej należy poddawać się temu, co się widzi niż jakiejkolwiek ludzkiej powadze.)
24 marzec 1657
Wielebny Ojcze!
Od dawna już silisz się znaleźć jakiś błąd u swoich przeciwników, ale - pewien tego jestem - przyznasz w końcu, że nie ma nic trudniejszego niż uczynić heretykami tych którzy nimi nie są i którzy niczym się tak nie brzydzą jak herezją. Wykazałem w ostatnim liście, ile herezji wmawiałeś w nich, jedna po drugiej, nie mogąc znaleźć żadnej którą by się dało podtrzymać przez czas dłuższy: tak iż nie zostało ci w końcu nic, jak tylko oskarżyć ich iż wzdragają się potępić sens Janseniusza, który chcecie aby potępili bez wyjaśnienia. Musiało snać być bardzo trudno znaleźć w nich herezję, skoro uciekliście się do tej. Kto bowiem słyszał kiedy o herezji, której nie można wyrazić? To też odpowiedziano ci bez trudu, iż, jeżeli Janseniusz nie zawiera błędów, nie byłoby słusznie go potępiać; jeżeli zaś zawiera, powinniście je wskazać, iżby się wiedziało bodaj co się potępia. Nie uczyniliście tego wszelako nigdy; próbowaliście jedynie umocnić wasze uroszczenia za pomocą dekretów, które na nic się wam nie zdały, ponieważ nie tłumaczą w żadnej mierze myśli Janseniusza, którą rzekomo potępiają w tych Pięciu Twierdzeniach. Nie była to więc droga do zakończenia sporów. Gdybyście się zgodzili z obu stron na prawdziwą naukę Janseniusza, i gdybyście się różnili jedynie w tym czy ta nauka jest herezją czy nie, wówczas sąd który by oświadczył że jest herezją, trafiłby w sedno kwestii. Ale, skoro wielki spór był o to, jaki jest sens nauki Janseniusza, przy czym jedni mówili, że widzą w nim jedynie naukę św. Augustyna i św. Tomasza, inni zaś że widzą herezję której wszelako nie określają, jasnym jest, że wyrok papieski który nie dotyka tego punktu i który potępia jedynie myśl Janseniusza w ogólności, nie wyjaśniając jej, nie rozstrzyga w niczym sporu.
Dlatego to powtórzyłem wam sto razy, iż wobec tego że spór wasz toczy się koło tego faktu, nie zakończycie go nigdy inaczej, jak tylko oświadczając jaką jest ta myśl Janseniusza. Ale, ponieważ wciąż odmawiacie tego uparcie, przycisnąłem was wreszcie w ostatnim moim liście, wykazując, iż ta chęć potępienia owej rzekomej myśli bez wyjaśnienia jej ma swoje tajemne przyczyny, i że zamiarem waszym jest przerzucić z czasem to nieokreślone potępienie na naukę o łasce skutecznej, wykazując że jest nie czym innym niż nauką Janseniusza: co wam przyjdzie bez trudu. To zmusiło was do odpowiedzi. Gdybyście bowiem potem jeszcze wzdragali się objaśnić tę myśl, najmniej bystrzy ludzie zrozumieliby że w istocie godziliście jeno w łaskę skuteczną, co, wobec czci Kościoła dla tak świętej nauki, byłoby dla was sromotną hańbą.
Trzeba wam tedy było się oświadczyć; i to właśnie uczyniłeś, mój Ojcze, odpowiadając na mój list, gdzie ci przedstawiłem: "iż, jeżeli Janseniusz miał, co do tych Pięciu Twierdzeń, inne jakieś rozumienie niż odnoszące się do łaski skutecznej, wówczas nie ma obrońców; jeżeli zaś nie miał innego rozumienia poza łaską skuteczną, nie ma błędu". Nie mogłeś temu zaprzeczyć, mój Ojcze; ale czynisz tego rodzaju rozróżnienie, str. 21: "Aby usprawiedliwić Janseniusza", powiadasz, "nie wystarczy powiedzieć iż głosi on jedynie łaskę skuteczną; ponieważ można ją głosić w dwa sposoby: jeden heretycki, w duchu Kalwina, polegający na twierdzeniu iż wola pobudzana łaską nie ma mocy się jej oprzeć; drugi prawomyślny, w duchu Tomistów i Sorbony, mianowicie iż łaska skuteczna, sama z siebie, włada wolą w ten sposób iż zawsze wola ma władzę oprzeć się jej". Zgoda na to wszystko, mój Ojcze; po czym kończysz w ten sposób: "Iż Janseniusz byłby katolikiem, gdyby bronił łaski skutecznej w duchu Tomistów; ale że jest heretykiem, ponieważ jest sprzeczny z Tomistami a zgodny z Kalwinem, który przeczy władzy opierania się łasce".
Nie rozpatruję tu, mój Ojcze, tego punktu faktycznego, mianowicie czy Janseniusz zgodny jest z Kalwinem. Wystarczy mi że to utrzymujesz, i że nam oświadczasz, iż pod nauką Janseniusza rozumiałeś nie co innego jak naukę Kalwina. Czy nie to chciałeś powiedzieć, mój Ojcze? Czy nie błąd Kalwina chciałeś potępić pod mianem nauki Janseniusza? Czemuż tego nie powiedziałeś wcześniej? Oszczędziłbyś sobie wiele trudu: bez bull i listów papieskich, wszyscy byliby potępili ten błąd wraz z tobą. Jakże to objaśnienie było potrzebne i ile ono usuwa trudności! Nie wiedzieliśmy, mój Ojcze, jaki błąd papież i biskupi chcieli potępić pod mianem nauki Janseniusza. Cały Kościół był w wielkim kłopocie, a nikt nie chciał nam tego wyjaśnić. Czynisz to teraz, mój Ojcze; ty, którego całe stronnictwo uważa za swoją głowę i za główną sprężynę wszystkich obrad, i który znasz całą tajemnicę tej sprawy. Powiedziałeś nam tedy, że ta nauka Janseniusza jest nie czym innym, niż nauką Kalwina potępioną przez sobór. To rozprasza wiele wątpliwości. Wiemy obecnie, iż błąd który zamierzali potępić pod nazwą "nauki Janseniusza", jest nie czym innym jak nauką Kalwina, i że, w ten sposób, jesteśmy posłuszni ich wyrokowi, potępiając wraz z nimi to co oni chcieli potępić. Nie dziwi nas już, że papieże i część biskupów tak się zaciekła przeciw Janseniuszowi. Jakże mogłoby być inaczej, mój Ojcze, skoro wierzyli tym, którzy głoszą publicznie, że ta nauka jest tożsama z nauką Kalwina?
Oświadczam tedy, mój Ojcze, że nie masz już o co gromić swoich przeciwników, ponieważ oni brzydzą się tym samym, czym ty się brzydzisz. Dziwi mnie tylko, żeś tego nie wiedział, i że tak licho znałeś ich poglądy w tej kwestii, które tylekroć wyrażali w swoich dziełach. Pewien jestem, iż, gdybyś się do nich zbliżył, żałowałbyś że się nie zapoznałeś, spokojnie i życzliwie, z tak czystą i chrześcijańską nauką, którą zaciekłość kazała ci zwalczać na nieznane. Ujrzałbyś, mój Ojcze, iż nie tylko uważają oni, że można się w istocie oprzeć owej wątłej łasce noszącej miano pobudzającej albo nieskutecznej, nie pełniąc dobra do którego ona zachęca, ale utrzymują też niezłomnie, wbrew Kalwinowi, iż wola może się opierać nawet łasce skutecznej i zwycięskiej; jak również bronią, wbrew Molinie, mocy tej łaski nad wolą: równie żarliwie wojując o jedną z tych prawd co o drugą. Wiedzą aż nadto, że człowiek, z własnej swej natury, zawsze ma moc grzeszenia i oparcia się łasce, i że, od swego skażenia, nosi w sobie nieszczęsny zaczyn pożądliwości, która pomnaża w nim nieskończenie tę moc, ale że wszelako, kiedy się Bogu spodoba natchnąć go swym miłosierdziem, czyni z nim co chce i jak chce: przy czym to nieomylne działanie Boga nie niweczy w żadnej mierze naturalnej wolności człowieka, dzięki tajemnemu i cudownemu sposobowi w jaki Bóg dokonuje tej przemiany. Sposoby te cudownie wyłożył św. Augustyn; a rozpraszają one wszelkie możliwe sprzeczności, które przeciwnicy łaski skutecznej chcą widzieć między najwyższą władzą łaski nad wolną wolą, a siłą jaką wolna wola posiada aby się opierać łasce. Wedle tego wielkiego świętego, z którego papieże i Kościół uczynili prawidło w tym przedmiocie, Bóg odmienia serce człowieka rozlewając w nim niebiańską słodycz, która przemaga pożądliwości ciała. Człowiek, czując z jednej strony swoją śmiertelność i nicość, z drugiej zaś odkrywając wielkość i wieczność Boga, uczuwa wstręt do rozkoszy grzechu, które go dzielą od nieskazitelnego dobra. Znajdując swą najwyższą rozkosz w Bogu który go upaja, zwraca się doń niemylnie sam z siebie, popędem zupełnie swobodnym, zupełnie dobrowolnym, miłosnym, tak iż byłoby dlań męką i karą oderwać się odeń. Nie znaczy to aby nie mógł się odeń oderwać w każdej chwili i aby w istocie nie oddalał się odeń jeśli zechce; ale w jaki sposób miałby chcieć, skoro wola zmierza zawsze jedynie ku temu co ją najbardziej zachwyca, a nic jej wówczas tak bardzo nie zachwyca, jak to jedyne dobro, obejmujące w sobie wszystkie inne dobra. Quid enim amplius nos delectat, secundum id operemur necesse est, jak powiada św. Augustyn.
W ten sposób Bóg rozrządza wolną wolą człowieka, nie narzucając mu przymusu; wolna wola, która zawsze może oprzeć się łasce, ale nie zawsze chce się opierać, zwraca się równie swobodnie jak niechybnie do Boga, kiedy ów chce ją przyciągnąć słodyczą swego skutecznego natchnienia.
Oto są, mój Ojcze, boskie zasady św. Augustyna i św. Tomasza, wedle których prawdą jest "iż możemy opierać się łasce", wbrew mniemaniu Kalwina; ale że, mimo to, jak powiada papież Klemens w swoim piśmie zwróconym do Kongregacji de Auxillis: "Bóg rodzi w nas drgnienie naszej woli, i rozrządza skutecznie naszem sercem, mocą władzy jaką Jego najwyższy Majestat ma nad wolą ludzi, zarówno jak nad resztą istot żyjących pod niebem, wedle św. Augustyna".
Wedle tych również zasad, działamy sami z siebie, co sprawia, iż zasługa nasza jest istotnie naszą, na wspak błędowi Kalwina; zarazem zaś, jako że Bóg jest pierwszą zasadą naszych czynności, i "czyni w nas to co mu jest miłe", jak mówi św. Paweł, nasze zasługi są darami Boga, jak mówi Sobór trydencki.
Ta nauka obala owe bluźnierstwo Lutra, potępione przez tenże sam sobór: "Iż nie współdziałamy w żadnej mierze w dziele naszego zbawienia, nie więcej niż jakaś rzecz martwa". Niweczy ona również bezbożny pogląd szkoły Moliny, która nie chce uznać, iż to właśnie siła samej łaski sprawia iż współdziałamy z nią w dziele naszego zbawienia: czym podkopuje tę zasadę wiary, ustaloną przez św. Pawła: "Iż Bóg tworzy w nas i wolę i działanie".
Za pomocą tego-to sposobu można pogodzić wszystkie te ustępy z Pisma, które zdają się najbardziej sprzeczne: "Nawróćcie się do Boga", "nawróć nas do siebie, Panie" - "Odrzućcie precz od siebie wasze nieprawości". - "Bóg to zdejmuje nieprawości ze swego ludu". "Czyńcie dzieła godne pokuty". - "Panie, sprawiłeś w nas wszystkie swoje dzieła". - "Wzbudźcie w sobie nowe serce i nowego ducha. - Dam wam nowego ducha, i stworzę w was nowe serce", etc.
Aby pogodzić te pozorne sprzeczności, przypisujące nasze dobre uczynki to Bogu, to nam, trzeba uznać, iż, jak powiada św. Augustyn, "nasze uczynki są naszymi z przyczyny wolnej woli, która je poczyna, a również są i bożymi, z przyczyny jego łaski, która sprawia, iż nasza wolna wola je poczyna". W ten sposób, jak powiada w innym miejscu, Bóg daje nam czynić to, co się jemu podoba, dając nam chcieć to, czego moglibyśmy nie chcieć: A Deo factum est ut vellent, quod et nolle potuissent.
Tak więc, mój Ojcze, przeciwnicy wasi są w doskonalej zgodzie nawet z Nowymi Tomistami, skoro Tomiści wyznają, jak oni, i możność oparcia się łasce, i nieomylne działanie łaski. To ostatnie głoszą Tomiści bardzo wyraźnie, w myśl tej podstawowej zasady ich nauki, którą Alvarez, jeden z ich świeczników, powtarza tak często w swojej książce, wyrażając ją tak, disp. 72, n. 4: "Kiedy łaska skuteczna pobudza wolną wolę, wola ustępuje niechybnie: działanie bowiem łaski sprawia to, iż, mimo że mogłaby się nie zgodzić, godzi się". A jako argument, podaje określenie św. Tomasza, swego mistrza: "Iż wola boża nie może się nie spełnić; tak iż, kiedy Bóg chce, aby człowiek poddał się jego łasce, poddaje się niechybnie, a nawet koniecznie, nie z konieczności bezwzględnej, ale z konieczności niechybnej". W czym łaska nie niweczy "możliwości oparcia się jej w razie chęci": sprawia jedynie, iż człowiek nie chce się opierać, jak to wasz O. Petau uznaje w tych słowach, t. 1, str. 602: "Łaska Chrystusa sprawia, iż człowiek trwa niechybnie w pobożności, mimo że nie z musu. Może bowiem nie poddać się temu, jeżeli chce, jak mówi sobór; ale właśnie ta łaska sprawia, że nie chce się nie poddać".
Oto, mój Ojcze, stała nauka św. Augustyna, św. Prospera, św. Tomasza, innych Ojców i Soborów; oto także nauka waszych przeciwników, mimo żeście tego nie myśleli; oto wreszcie ta, którą potwierdziłeś sam w tych słowach: "Nauka o łasce skutecznej, uznająca, że można się jej oprzeć, jest prawomyślna, wsparta na Soborach i podtrzymywana przez Tomistów i Sorbonistów". Powiedz prawdę, mój Ojcze, gdybyś był wiedział, że twoi przeciwnicy wyznają w istocie tę naukę, interes twego Towarzystwa nie pozwoliłby ci może dać jej tej publicznej aprobaty; ale ponieważ wyobrażałeś sobie, że oni są jej przeciwni, tenże sam interes skłonił cię do pochwalenia mniemań, które uważałeś za przeciwne ich mniemaniom; i, dzięki tej omyłce, chcąc obalić ich zasady, umocniłeś je sam niezłomnie. Tak iż widzimy dzisiaj, jakoby cudem, obrońców łaski skutecznej usprawiedliwionych przez obrońców Moliny: tak cudowne są drogi Boga w tym, aby sprowadzić wszystkie rzeczy ku chwale Jego prawdy!
Niechże tedy cały świat się dowie, z własnego waszego oświadczenia, iż ta prawda "łaski skutecznej", nieodzowna do wszelkiego nabożnego uczynku, tak droga Kościołowi i kupiona ceną krwi Zbawiciela, jest tak niezłomnie katolicka, iż nie ma ani jednego katolika, nawet zgoła wśród jezuitów, który by jej nie uznawał za prawowierną. I okaże się równocześnie, z twego własnego wyznania, iż nie ma najmniejszego podejrzenia o błąd u tych, których tyleście obwiniali; kiedyście bowiem wpierali im ukryte błędy nie chcąc ich odsłonić, równie trudno im było bronić się od nich, jak wam łatwo było oskarżać ich w ten sposób; ale obecnie, kiedyście oświadczyli, iż ten błąd, który każe wam ich zwalczać, to jest błąd Kalwina, o którym myśleliście, że oni go podtrzymują, nie ma człowieka, który by nie widział jasno, że są wolni od wszelkiego błędu. Temu jedynemu, który im zarzucacie są tak dalece przeciwni, iż świadczą się swą mową, swymi książkami i wszystkim czym mogą jawnie stwierdzić swoje wierzenia, że potępiają tę herezję z całego serca, i w ten sam sposób jak czynią Tomiści, których wy uznajecie bez trudności za katolików, i których katolicyzm nigdy nie był podejrzewany.
Cóż teraz wydobędziesz przeciw nim, mój Ojcze? Iż, mimo że nie trzymają się nauki Kalwina, są wszelako heretykami, ponieważ nie chcą uznać że nauka Janseniusza jest tożsamą z nauką Kalwina? Czy śmiesz powiedzieć, że to jest podstawa do herezji? Czy to nie jest, przeciwnie, prosta kwestia faktyczna, która nie może stanowić herezji? Byłoby herezją twierdzić że człowiek nie ma mocy opierania się łasce skutecznej; ale czy jest herezją wątpić że Janseniusz to mówi? Czy to jest objawiona prawda? Czy to jest artykuł wiary, w który trzeba wierzyć pod karą potępienia? I czy to nie jest, na wspak wam, kwestia faktyczna, dla której śmiesznym byłoby doszukiwać się herezji w kościele?
Nie dawajże im już tego miana, mój Ojcze, ale jakieś inne, bardziej zgodne z naturą waszego sporu. Powiedz, że są nieucy i głupcy i że źle rozumieją myśli Janseniusza; będą to zarzuty w charakterze waszej dysputy; ale nazywać ich heretykami, to, doprawdy, nie ma żadnego związku. Że zaś to jest jedyna zniewaga, od której chcę ich bronić, nie będę sobie zadawał wiele trudu aby wykazać że dobrze rozumieją Janseniusza. Tyle ci powiem, mój Ojcze, iż, sądząc go wedle twoich własnych prawideł, trudno nie uznać go za katolika, oto bowiem kryteria, które podajecie. "Aby osądzić", powiadasz, "czy Janseniusz jest w porządku, trzeba wiedzieć czy broni łaski skutecznej na sposób Kalwina, który przeczy aby można się jej oprzeć, wówczas bowiem byłby heretykiem; lub też na sposób Tomistów, którzy przyjmują tę możność; wówczas bowiem byłby katolikiem". Widzisz tedy, mój Ojcze, czy on twierdzi że możemy się oprzeć łasce, kiedy powiada, w całych traktatach, między innymi w tomie III, l. 8, c. 20: "Iż mamy zawsze władzę opierać się łasce, wedle soboru; IŻ WOLNA WOLA MOŻE ZAWSZE DZIAŁAĆ I NIE DZIAŁAĆ, chcieć i nie chcieć, przyzwolić i nie przyzwolić, robić dobre i złe; iż człowiek, w tym życiu, ma zawsze te dwie wolności, które nazywacie sprzecznymi". Spójrz tak samo, czy nie jest przeciwny błędom Kalwina, tak jak ty je sam malujesz: on, wykazujący w całym rozdziale 21, iż Kościół potępił tego heretyka, "który utrzymuje, iż łaska nie działa na wolną wolę w ten sposób jak to zawsze Kościół uznawał, tak iż w mocy wolnej woli jest poddać się albo nie poddać: podczas gdy, wedle św. Augustyna i soborów, człowiek ma zawsze władzę nie poddania się jeśli chce; zaś, wedle św. Prospera, Bóg udziela nawet swoim wybranym władzę wytrwania w ten sposób, iż nie odejmuje im możności chcenia czegoś przeciwnego". A wreszcie osądź, czy nie jest w zgodzie z Tomistami, kiedy oświadcza, rozdz. 4: "Iż wszystko co pisali Tomiści aby zgodzić skuteczność łaski z możnością oparcia się jej jest tak zgodne z jego nauką, iż wystarczy zajrzyć do ich ksiąg, aby poznać jego poglądy. QUOD IPSI DIXERUNT, DICTUM PUTA".
Oto jak wyraża się co do wszystkich tych punktów; i stąd wyobrażam sobie iż wierzy w możność oparcia się łasce; że jest sprzeczny z Kalwinem a zgodny z Tomistami, ponieważ tak mówi: jest zatem katolikiem wedle was. Jeżeli ty, Ojcze, masz jaką drogę poznania nauki danego autora inaczej niż z jego wyrażeń, i jeżeli, nie cytując żadnego ustępu, chcesz, wbrew wszystkim jego słowom, twierdzić że on przeczy możności oparcia się łasce, i że jest za Kalwinem przeciw Tomistom, nie lękaj się, mój Ojcze, że cię dlatego oskarżę o herezję: powiem tylko, iż widocznie źle rozumiesz Janseniusza, ale niemniej pozostaniemy obaj dziećmi jednego Kościoła.
Czem tedy się dzieje, mój Ojcze, iż ty występujesz w tym sporze tak namiętnie i że traktujesz jak swoich najstraszliwszych wrogów i najniebezpieczniejszych heretyków, ludzi, których nie możesz obwinić o żaden błąd, ani o nic innego, jeno iż rozumieją Janseniusza inaczej od ciebie? O cóż bowiem spieracie się, jeżeli nie o myśl tego autora? Wy chcecie aby ją potępili; na co oni pytają was jak ją rozumiecie. Wypowiadacie, że rozumiecie ją w sensie herezji Kalwina; oni odpowiadają że ją potępiają; tak więc, jeżeli wam chodzi nie o wyrazy, ale o rzecz którą oznaczają, powinieneś się tym zadowolić. Jeżeli nie chcą powiedzieć że potępiają myśl Janseniusza, to dlatego, iż uważają ją za tożsamą z nauką św. Tomasza. Tak więc, słowo to jest w tym sporze bardzo dwuznaczne: w waszych ustach znaczy ono naukę Kalwina, w ich ustach św. Tomasza. Skoro tedy przyczyną waszych sporów są różne pojęcia, które wiążecie z tym samym słowem, gdybym był sędzią w waszej dyspucie, zabroniłbym obu stronom posługiwać się imieniem JANSENIUSZ. I tak, gdybyście wyrażali jedynie to, co pod nim rozumiecie, okazałoby się iż wy żądacie jeno potępienia nauki Kalwina, na co oni się godzą; oni zaś nie chcą niczego więcej, jak tylko bronić nauki św. Augustyna i św. Tomasza, w czym godzicie się wszyscy.
Oświadczam ci tedy, mój Ojcze, iż, co do mnie, zawsze ich będę uważał za katolików, czy potępią Janseniusza znajdując w nim błędy, czy nie potępią znajdując w nim jedynie to co wy sami uważacie za katolickie. Będę do nich mówił jak św. Hieronim do Jana, biskupa Jerozolimskiego, oskarżonego o wyznawanie ośmiu twierdzeń Origenesa: "Albo potęp Origenesa", rzekł ów święty, "jeżeli głosił te błędy, albo zaprzecz aby je głosił: AUT NEGA HOC DIXISSE EUM QUI ARGUITUR; AUT SI LOCUTUS EST TALIA, EUM DAMNA QUI DIXERIT".
Oto, mój Ojcze, jak postępują ci, którzy zwalczają jedynie błędy a nie osoby; podczas gdy wy, którzy ścigacie bardziej osoby niż błędy, uważacie, że to nic nie jest potępić błędy, jeżeli nie potępi się osób, którym chcecie je wmówić.
Cóż to za brutalne postępowanie, mój Ojcze! ale jak małe ma widoki powodzenia! Powiedziałem wam to na innym miejscu i powtarzam jeszcze: gwałt i prawda nie mają nad sobą żadnej mocy. Nigdy wasze oskarżenia nie były zelżywsze, i nigdy bardziej nie jaśniała niewinność waszych przeciwników; nigdy podstępniej nie zaczepiono łaski skutecznej, i nigdy nie stała ona silniej. Czynicie ostatnie wysiłki aby wmówić światu że wasze spory dotyczą artykułów wiary; i nigdy lepiej nie było wiadome, że cały wasz spór kręci się jedynie koło punktu faktycznego. Wreszcie, poruszacie wszystko możliwe aby wmówić że ten punkt faktyczny jest prawdziwy, i nigdy świat nie był bardziej skłonny wątpić o tym. A przyczyna tego jest jasna. Jest nią to, mój Ojcze, iż nie obieracie naturalnych dróg do przekonania o punkcie faktycznym, które to drogi są: przekonać zmysły, i pokazać w książce słowa, które rzekomo mają się w niej znajdować. Wy natomiast szukacie sposobów tak odległych od tej prostoty, iż musi to uderzyć nawet najbardziej naiwnych. Czemu nie obraliście tej samej drogi, której ja się trzymałem w swoich Listach aby ujawnić tyle niegodziwych maksym u waszych autorów, a to cytując wiernie miejsca z których je zaczerpnąłem? W ten sposób postąpili proboszczowie paryscy, i to zawsze trafia światu do przekonania. Ale cobyście powiedzieli i co by świat o tym pomyślał, gdyby oni wam zarzucili, na przykład, to twierdzenie O. l'Amy: "Iż zakonnik może zabić tego kto mu grozi ogłoszeniem potwarzy na niego samego albo na jego Zakon, jeżeli nie może obronić się inaczej", nie przytaczając miejsca gdzie ta zasada znajduje się dosłownie; gdyby, mimo próśb i wzywań, wzbraniali się uparcie tego uczynić; i gdyby, zamiast tego, uzyskali w Rzymie bullę nakazującą uznać to całemu światu? Czy świat nie osądziłby, bez wątpienia, że oni oszukali papieża i że uciekli się do tego nadzwyczajnego środka jedynie w braku środków naturalnych, które prawda faktyczna daje w rękę każdemu kto jej broni? Toteż, wskazali po prostu, że O. l'Amy głosi tę naukę w tomie V. disp. 36, n. 118, str. 554, wydania z Douay; w ten sposób wszyscy ci, którzy chcieli to sprawdzić, znaleźli ją tam, i nikt nie mógł powątpiewać. Oto bardzo łatwy i szybki sposób załatwienia kwestii faktycznych, w których się ma słuszność.
Czem się tedy dzieje, mój Ojcze, że ty nie postępujesz w ten sposób? Powiedziałeś, w swoich Cavilli: Iż Pięć Twierdzeń znajduje się u Janseniusza dosłownie, w tych samych wyrażeniach, IISDEM VERBIS. Odpowiedziano ci że nie. Cóż było na to czynić, jeśli nie przytoczyć stronicę, jeżeli je tam w istocie widziałeś, lub też wyznać żeś się omylił? Ale ty nie robisz ani jednego ani drugiego; zamiast tego, widząc dobrze że wszystkie ustępy z Janseniusza, które przytaczasz niekiedy aby olśnić świat, nie są owe mi "potępionymi poszczególnymi Twierdzeniami", które zobowiązałeś się ukazać w jego książce, przedstawiasz nam bulle papieskie, orzekając iż te Twierdzenia wyjęto z pism Janseniusza, bez wskazania miejsca.
Znam, mój Ojcze, szacunek jaki chrześcijanie winni są Stolicy Apostolskiej; i wasi przeciwnicy dostatecznie okazali iż mają zamiar nie zapominać o nim nigdy. Ale nie sądź aby było uchybieniem tej czci, jeśli się przedstawi papieżowi, z całą uległością jaką dzieci winne są ojcu a członki swojej głowie, iż mógł go ktoś omamić w tej kwestii faktycznej; iż nie kazał jej zbadać za czasu swego pontyfikatu; że jego poprzednik Innocenty X zbadał jedynie czy te Twierdzenia są kacerskie, ale nie czy pochodzą od Janseniusza: co sprawiło, iż pewien Komisarz Apostolski, jeden z głównych egzaminatorów, powiedział: "Iż nie mogą być cenzurowane w rozumieniu żadnego autora: NON SUNT QUALIFICABILES IN SENSO PROFERENTIS, ponieważ przedłożono im je jedynie dla rozpatrzenia ich samych w sobie, bez wglądania w to kto może być ich autorem: IN ABSTRACTO ET UT PRAESCINDUNT AB OMNI PROFERENTE", jak to widzimy w ich świeżo ogłoszonych naradach; iż więcej niż sześćdziesięciu doktorów, i wielka ilość innych osób pobożnych i bystrych, odczytało bacznie tę książkę nie znajdując w nich owych Twierdzeń a znajdując wręcz przeciwne; iż ci, którzy wpłynęli na papieża w tym duchu, mogli snadnie nadużyć zaufania, które w nich pokłada, mając (jak jest w istocie) interes w tym aby zohydzić tego autora, który dowiódł Molinie przeszło sześćdziesięciu błędów; iż rzecz jest tym prawdopodobniejsza dzięki tej ich zasadzie, jednej z najbardziej uświęconych w ich teologii: "że wolno im spotwarzać z czystym sumieniem tych, którzy, w ich mniemaniu, niesprawiedliwie ich zaczepiają". Skoro tedy ich świadectwo jest tak podejrzane, a zaś świadectwo innych tak poważne, jest niejaka przyczyna aby błagać Jego Świątobliwość, z całą możebną pokorą, aby kazała zbadać ten fakt w obecności doktorów jednego i drugiego stronnictwa, i powzięła w tej mierze uroczystą i prawną rezolucję. "Niechaj zgromadzą zdatnych sędziów", powiadał św. Bazyli w podobnym sporze, Ep. 75, "niech każdy ma tam swobodę; niech zbadają moje księgi i niech sprawdzą czy są tam błędy przeciw wierze; niech przeczytają zarzuty i odpowiedzi, iżby to był sąd wydany ze znajomością rzeczy i po formie, a nie zniesławienie bez zbadania".
Nie wyobrażaj sobie, mój Ojcze, iż zdołasz pomówić o brak uszanowania wobec Stolicy Apostolskiej tych, którzy postąpią w ten sposób. Papieże nie zwykli poczynać sobie z wiernymi z tą tyranią, jaką wy byście chcieli uprawiać pod ich imieniem. "Kościół", powiada papież św. Grzegorz, in Job., lib. 8, c. 1, "który wzrósł w szkole pokory, nie rozkazuje z surową powagą, ale przekonuje rozumem to o czym uczy swoje dzieci, jeśli uważa że się zbłąkały: RECTA QUAE ERRANTIBUS DICIT, NON QUASI EX AUCTORITATE PRAECIPIT, SE DEX RATIONE PERSUADET". I nie tylko nie ma sobie za wstyd zmienić sąd, który mu wyłudzono, ale, przeciwnie, czyni sobie z tego chlubę, jak o tym świadczy św. Bernard, Ep. 180: "Stolica Apostolska, powiada, w tym jest godna uznania, iż nie zacieka się w ambicji, i chętnie skłonna jest odwołać to, co jej wydarto podstępem; jakoż bardzo słusznym jest, aby nikt nie miał owocu z niesprawiedliwości, a zwłaszcza wobec Stolicy Apostolskiej".
Oto, mój Ojcze, godne uczucia, które trzeba budzić w papieżach; ile że wszyscy teologowie godzą się, że mogą oni być wprowadzeni w błąd, i że ich godność nie tylko nie chroni ich od tego, ale przeciwnie tym więcej na to naraża, z przyczyny wielkiej mnogości spraw, które rozrywają ich uwagę. Powiadał to ten sam św. Grzegorz, osobom, które dziwiły się, że inny papież dał się oszukać: "Czemu się dziwicie", mówi, l. 1, Dial., "że można nas oszukać, nas, którzy jesteśmy ludźmi? Czyście nie czytali, iż Dawid, ów król mający ducha proroczego, dawszy wiarę szalbierstwom Siby, wydal fałszywy wyrok na syna Jonatana? Któż będzie się tedy dziwił, iż szalbierze wprowadzają nas niekiedy w błąd, nas którzy nie jesteśmy prorokami? Mnogość spraw nas przytłacza, i umysł nasz, który, dzieląc się między tyle rzeczy, mniej przykłada się do każdej z osobna, tym łatwiej może się omylić w jednej z nich".
W istocie, mój Ojcze, sądzę, że papieże wiedzą lepiej od ciebie, czy mogą być wprowadzeni w błąd czy nie. Oznajmiają nam sami, iż papieże i najwięksi królowie bardziej są narażeni na to, niż osoby mające mniej ważnych spraw i należy im wierzyć. I łatwo jest wyobrazić sobie, jaką drogą postępują ci, którzy chcą ich podejść. Św. Bernard tak opisuje to w liście do Innocentego II: "Nie jest to rzecz dziwna ani nowa, iż umysł ludzki może oszukiwać i być oszukanym. Przybyli do nas zakonnicy w duchu kłamstwa i omamu. Podburzali cię przeciw biskupowi, którego nienawidzą a którego życie jest przykładne. Ci ludzie kąsają jak psy i chcą podać dobre za złe. Mimo to, bardzo Święty Ojcze, unosisz się gniewem przeciw swemu synowi. Czemu dałeś przedmiot do radości jego przeciwnikom? Nie wierz każdemu słowu, ale zbadaj czy ono jest z Bogu. Mam nadzieję, iż, kiedy poznasz prawdę, wszystko co było zbudowane na fałszywym zeznaniu rozpadnie się. Modlę się do ducha prawdy, aby ci dał łaskę oddzielenia światła od ciemności, i potępienia złego na pożytek dobrego".
Widzisz tedy, mój Ojcze, iż wysokie stanowisko papieży nie zabezpiecza ich od omyłki; czyni jeno iż omyłki ich są bardziej niebezpieczne i doniosłe. To właśnie przedstawia św. Bernard papieżowi Eugeniuszowi, de Confid., lib. 2, cap. ultimo. "Jest inny błąd, tak powszechny, iż nie widziałem wśród wielkich ani jednego kto by go uniknął. Jest nim, Ojcze Święty, zbytnia łatwowierność, z której rodzi się tyle nadużyć. Z tego bowiem pochodzą gwałtowne prześladowania niewinnych, niesprawiedliwe uprzedzenia wobec nieobecnych, i straszliwe gniewy o nic, PRO NIHILO. Oto, święty Ojcze, powszechne zło, od którego jeśli będziesz wolny, powiem że ty jeden masz tę zaletę wśród wszystkich swoich współtowarzyszy".
Mam nadzieję, mój Ojcze, iż to zaczyna cię przekonywać, że papieże są wystawieni na wprowadzenie w błąd. Ale, aby ci tego dowieść zupełnie, przypomnę ci tylko przykłady, które sam przytaczasz w swojej książce, mianowicie papieży i cesarzy, których w istocie kacerzom udało się podejść. Mówisz bowiem, iż Apolinary podszedł papieża Damazego, tak samo jak Celestiusz Zosima. Powiadasz też, iż niejaki Atanazy oszukał Herakliusza i skłonił go do prześladowania katolików; że wreszcie Sergiusz uzyskał od Honoriusza ów dekret, który spalono na szóstym soborze: "płaszcząc się", powiadasz, "przed papieżem jak lokaj".
Sam zatem stwierdziłeś, mój Ojcze, iż ci, którzy tak postępują wobec królów i papieży, skłaniają ich niekiedy podstępnie do prześladowania obrońców prawd wiary, w rozumieniu, iż ścigają herezje. I stąd pochodzi, że papieże, którzy niczym się tak nie brzydzą jak takim podejściem, uczynili z listu Aleksandra III prawo kościelne, zamieszczone w Prawie kanonicznym, pozwalające zawiesić wykonanie ich bull i dekretów, kiedy zachodzi przypuszczenie że ich oszukano. "Jeżeli czasem", powiada ów papież do arcybiskupa Rawenny (c. 5, extr. de Rescrip.) "przesyłamy Waszej Wielebności dekrety, które cię rażą, nie troskaj się o to. Albo wypełnisz je ze czcią, albo prześlesz nam racje, dla których, wedle swego sądu, nie uczyniłeś tego; nie weźmiemy ci bowiem za złe, jeżeli nie wykonasz dekretu wydartego nam podstępem albo sztuką".
Tak postępują papieże, starający się jeno rozświetlić spory chrześcijaństwa, a nie iść na rękę namiętnościom tych, którzy pragną wnieść w nie zamęt. Nie posługują się władztwem, jak powiadają św. Piotr i św. Paweł za Jezusem Chrystusem; duch, który ujawnia się w całym ich postępowaniu, to duch pokoju i prawdy. Z tej przyczyny listy ich zawierają zwyczajnie tę klauzulę, która domyślna jest we wszystkich: "Si ita est, si preces veritate nitantur: Jeżeli rzecz jest tak jak ją nam przedstawiono i jeżeli fakty są prawdziwe". Z czego okazuje się, iż, skoro papieże dają moc swoim bullom jedynie o tyle, o ile wspierają się na prawdziwych faktach, nie same bulle dowodzą prawdy faktów, ale, przeciwnie, prawdziwość faktów nadaje wagę bullom.
Czem tedy poznajemy prawdziwość faktów? Naszymi oczami, mój Ojcze, które są ich prawymi sędziami, jak rozum jest sędzią rzeczy naturalnych i zrozumiałych, a wiara rzeczy nadnaturalnych i objawionych. Skoro bowiem mnie zmuszasz, mój Ojcze, powiem ci, iż, wedle mniemania największych dwóch doktorów Kościoła, św. Augustyna i św. Tomasza, te trzy zasady naszego poznania, zmysły, rozum i wiara, mają każda oddzielny przedmiot i swoją pewność w jego zakresie. I jak Bóg raczył się posłużyć pośrednictwem zmysłów aby stworzyć wejście dla wiary: Fides ex auditu, tak wiara nie tylko nie niweczy pewności zmysłów, ale, przeciwnie, znaczyłoby to podkopywać wiarę, chcieć podawać w wątpliwość wierne świadectwo zmysłów! Dlatego to św. Tomasz powiada wyraźnie: iż Bóg chciał, aby w Eucharystii istniały cechy zmysłowe, iżby zmysły, które sądzą jedynie z tych cech, nie były zwiedzione: Ut sensus a deceptione reddantur immunes.
Możemy stąd wyciągnąć wniosek, iż, kiedy nam dają jakieś twierdzenie do zbadania, trzeba najpierw rozpoznać jego naturę, aby zbadać, do której z tych trzech zasad mamy je odnieść. Jeżeli chodzi o rzecz nadnaturalną, nie będziemy jej sądzić ani zmysłami ani rozumem, ale Pismem św. i orzeczeniami Kościoła. Jeżeli chodzi o twierdzenie nie objawione i na miarę naturalnego rozumu, on sam będzie tu właściwym sędzią. A jeżeli chodzi o kwestię faktyczną, będziemy wierzyli zmysłom, którym, z natury rzeczy, przychodzi o tym wyrokować.
To prawo jest tak powszechne, iż, wedle św. Augustyna i św. Tomasza, kiedy nawet Pismo św. nastręcza nam jakiś ustęp, którego najbliższe literalne znaczenie wydaje się w sprzeczności z tym co zmysły albo rozum rozpoznają z łatwością, nie trzeba próbować im przeczyć i poddawać ich tej jawnej myśli Pisma; ale trzeba wykładać Pismo i szukać w nim innego znaczenia, które by się godziło z tą dotykalną prawdą. Ponieważ słowo boże jest nieomylne nawet w faktach, świadectwo zaś zmysłów i rozumu, działających w swoim zakresie, jest również pewne, trzeba aby te dwie prawdy zgadzały się; że zaś Pismo można wykładać w rozmaite sposoby, podczas gdy świadectwo zmysłów jest jedno, należy, w tych przedmiotach, przyjąć jako prawdziwy wykład Pisma św. ten, który zgodny jest z wiernym świadectwem zmysłów. Trzeba, powiada św. Tomasz, I p. q. 68, a. 1, "zważać, wedle św. Augustyna, dwie rzeczy: po pierwsze, iż Pismo św. ma zawsze jakieś znaczenie prawdziwe; po wtóre, iż - ponieważ może mieć różne znaczenia - kiedy się znajdzie takie, które w świetle rozumu jest oczywiście fałszywe, - nie trzeba się upierać że to jest jego znaczenie istotne, ale szukać innego, które by się zgadzało z rozumem".
Wyjaśnia to na przykładzie ustępu z Genesis, gdzie jest napisane: "Iż Bóg stworzył dwa wielkie świeczniki, słońce i księżyc, i także gwiazdy"; przez co zdawałoby się iż Pismo św. mówi, że księżyc jest większy niż wszystkie gwiazdy. Ale, ponieważ pewnym jest, z nieomylnych demonstracji, że to jest fałsz, nie należy (powiada ów święty) upierać się przy tym dosłownym znaczeniu, ale trzeba szukać innego, zgodnego z tą prawdą faktyczną, a to mówiąc: "Iż słowo "wielki świecznik" określa wielkość światła księżyca jedynie w stosunku do nas, a nie wielkość jego masy samej w sobie".
Gdyby ktoś chciał poczynać sobie inaczej, (mówi) nie pomnażałby czci Pisma św., ale, przeciwnie, wystawiałby je na wzgardę niewiernych: "Ponieważ", jak powiada św. Augustyn, "gdyby poznali iż wierzymy w Piśmie św. w rzeczy, o których fałszu są przeświadczeni, śmieliby się z naszej łatwowierności odnośnie do rzeczy bardziej ukrytych, jak zmartwychwstanie umarłych i żywot wieczny". "Tak więc", dodaje św. Tomasz, "znaczyłoby to podać naszą religię na wzgardę, a nawet zgoła zamknąć im do niej przystęp".
I byłby to w istocie, mój Ojcze, sposób zamknięcia wstępu heretykom i podania w ich oczach na wzgardę powagi papieża, gdyby się odsądziło od katolicyzmu tych, którzy nie wierzą iż jakieś słowa znajdują się w książce gdzie ich w istocie nie ma, dlatego że tak oświadczył papież wprowadzony w błąd. Jedynie bowiem zbadanie książki może pouczyć czy jakieś słowa w niej są. Rzeczy faktycznych można dowieść jedynie przez zmysły. Jeżeli to, co twierdzicie, jest prawdą, pokażcie; jeżeli nie, nie żądajcie od nikogo aby uwierzył: to byłoby daremne. Wszystkie potęgi świata nie mogą, powagą swoją, przekonać o punkcie faktycznym, ani też go zmienić, nic bowiem nie może sprawić aby to co jest, nie było.
Daremnie, na przykład, mnichy ratyzbońskie uzyskały u papieża św. Leona IX uroczysty dekret, w którym oświadcza, iż ciało św. Dionizego, pierwszego biskupa miasta Paryża, uważanego powszechnie za Aeropagitę, uniesiono z Francji i przeniesiono do ich klasztoru. To nie przeszkadza, iż ciało tego świętego zawsze było i jest jeszcze w słynnym opactwie noszącym jego miano, gdzie niełacno skłonilibyście kogo do uznania tej bulli, mimo że papież ów oświadcza iż zbadał rzecz "z całą możliwą bacznością, diligentissime, i z udziałem wielu biskupów i prałatów; tak iż zobowiązuje ściśle Francuzów, districte praecipientes, aby to przyjęli i wyznali że nie posiadają już tych świętych relikwij". A mimo to, Francuzi, którzy znali fałsz tego faktu własnymi oczyma, i którzy, otwarłszy puzdro, znaleźli wszystkie te relikwie w całości, jak o tym świadczą ówcześni historycy, uwierzyli wówczas, jak też zawsze wierzono później, w rzecz przeciwną temu, co papież im zalecił do wierzenia, wiedząc dobrze, że nawet i święci i prorocy mogą być wprowadzeni w błąd.
Na próżno też uzyskaliście przeciw Galileuszowi ów dekret Rzymu, potępiający jego naukę o obrocie ziemi. Nie sprawicie przez to, aby stanęła w miejscu, i gdyby się miało niezłomne spostrzeżenia, iż to ona się obraca, wszyscy ludzie razem nie przeszkodziliby jej się kręcić i sobie samym kręcić się wraz z nią. Nie wyobrażajcie sobie tak samo, iż listy papieża wyklinające św. Wirgila za to, że wierzył w antypody, unicestwiły ten nowy świat; mimo iż papież oświadczył, że to mniemanie jest bardzo niebezpiecznym błędem, król hiszpański dobrze na tym wyszedł, iż uwierzył raczej Krzysztofowi Kolumbowi, który stamtąd wracał, niż sądowi tego papieża, który nigdy tam nie był; a Kościół odniósł stąd wiele korzyści, ponieważ odkrycie to dało znajomość Ewangelii tylu ludom, które byłyby żyły w niewierze.
Widzisz tedy, mój Ojcze, jaka jest przyroda kwestii faktycznych, i wedle jakich zasad należy o nich sądzić: z czego łatwo wywnioskować w naszym przedmiocie, że, jeżeli Pięć Twierdzeń nie znajduje się w Janseniuszu, niepodobna jest aby je stamtąd zaczerpnięto; i że jedyny sposób dobrego sądzenia o tym, oraz przekonania świata, jest rozpatrzyć tę książkę na statecznej konferencji, jak tego żądają od was od tak dawna. Aż do tej pory, nie macie żadnego prawa pomawiać swoich przeciwników o upór, są bowiem bez zarzutu w tej kwestii faktycznej, tak jak są wolni od błędu w kwestii wiary: katolicy w kwestii wiary, rozsądni ludzie wobec faktu, niewinni i w jednym, i w drugim.
Któż się tedy nie zdumieje, mój Ojcze, widząc z jednej strony tak pełne usprawiedliwienie, a z drugiej tak gwałtowne oskarżenia? Kto by pomyślał, że w sprawie tej idzie jedynie o fakt małej wagi, który chcecie narzucić nie pokazawszy go? I kto by śmiał wyobrazić sobie, iż uczyniono w całym Kościele tyle hałasu o nic, pro nihilo, mój Ojcze, jak powiada św. Bernard? Ale to właśnie cała zręczność waszego postępowania, obudzić przeświadczenie że chodzi o wszystko w sprawie gdzie nie chodzi o nic, i wmówić w potężne osoby, które wam dają ucha, iż w sporze tym chodzi o najzgubniejsze błędy Kalwina i o najważniejsze zasady wiary; iżby, w tym przeświadczeniu, obróciły cały swój zapał i powagę przeciw tym, których zwalczacie, jak gdyby ocalenie religii katolickiej od tego zależało; podczas gdy, gdyby poznali iż chodzi jedynie o ten drobny punkt faktyczny, zgoła by ich to nie obeszło; przeciwnie, żałowaliby że dołożyli tylu wysiłków aby wspierać wasze osobiste namiętności w sprawie bez znaczenia dla Kościoła.
Ostatecznie bowiem - aby przyjąć najgorsze - gdyby nawet było prawdą że Janseniusz głosił te Twierdzenia, cóż za nieszczęście że kilka osób wątpi o tym, byleby potępiły same Twierdzenia, jak też to czynią publicznie? Czy to nie dość, że potępił je cały świat bez wyjątku w tym właśnie znaczeniu" w jakim wy chcecie aby je potępić? I czyż wyrok ten byłby ostrzejszy, gdyby powiedziano że Janseniusz je głosił? Na co zdałoby się tedy wymagać tego oświadczenia, jeżeli nie na to aby zniesławić doktora i biskupa, który umarł na łonie Kościoła? Jaka stąd korzyść państwu, papieżowi, biskupom, doktorom i całemu Kościołowi? Nie dotyczy ich to w najlżejszej mierze, mój Ojcze; jedynie tylko wasze Towarzystwo znalazłoby w istocie niejaką przyjemność w zohydzeniu autora, który wam trochę dokuczył. Mimo to, wszystko jest w poruszeniu, ponieważ wy wmawiacie że wszystko jest zagrożone. Oto tajemna przyczyna, będąca sprężyną tego wstrząśnienia, które ustałoby natychmiast, z chwilą gdyby świat poznał istotną treść waszych sporów. I dlatego to, ponieważ spokój Kościoła zależy od tego światła, niezmiernie było ważnym dać je, aby, zdzierając z was maskę, pokazać całemu światu, że wasze oskarżenia są bez podstaw, wasi przeciwnicy bez błędu, a Kościół bez herezji.
Oto, mój Ojcze, korzyść jaką chciałem zapewnić; wydaje mi się ona tak doniosła dla całej religii, iż trudno mi pojąć, w jaki sposób ci, którym dajecie tyle przyczyn do mówienia, mogą trwać w milczeniu. Gdyby nawet krzywdy jakie im czynicie nie dotykały ich, te które ponosi Kościół powinny by, jak sądzę, skłonić ich do podniesienia krzyku: wątpię przy tym aby Duchowni mieli prawo wydać swą dobrą cześć na łup potwarzy, zwłaszcza w materiach wiary. Mimo to, pozwalają wam mówić co się wam podoba: tak iż, gdyby nie sposobność jakąście mi dali do odezwania się, nic by może nie przeciwstawiło się oszczerczym wpływom, które siejecie dokoła. Toteż cierpliwość ich zdumiewa mnie, tym bardziej że nie mogę jej posądzać ani o lękliwość ani o niemoc, wiedząc dobrze że nie brak im ani argumentów, ani zapału w służbie prawdy. Milczą oto wszelako z taką chrześcijańską pokorą, iż lękam się, że ona jest nadmierna. Co do mnie, mój Ojcze, nie sądzę, abym mógł to uczynić. Zostawcie Kościół w spokoju, a ja was poniecham z całego serca. Ale, póki będziecie się silili niecić w nim zamęt, bądźcie pewni iż znajdą się dzieci pokoju, które będą się czuły w obowiązku dołożyć wszelkich wysiłków aby w nim utrzymać ten pokój.
Koniec listu osiemnastego i ostatniego.
LETTER II
Paris, January 29, 1656
SIR,
Just as I had sealed up my last letter, I received a visit from our old friend M. N-. Nothing could have happened more luckily for my curiosity; for he is thoroughly informed in the questions of the day and is completely in the secret of the Jesuits, at whose houses, including those of their leading men, he is a constant visitor. After having talked over the business which brought him to my house, I asked him to state, in a few words, what were the points in dispute between the two parties.
He immediately complied, and informed me that the principal points were two- the first about the proximate power, and the second about sufficient grace. I have enlightened you on the first of these points in my former letter and shall now speak of the second.
In one word, then, I found that their difference about sufficient grace may be defined thus: The Jesuits maintain that there is a grace given generally to all men, subject in such a way to free-will that the will renders it efficacious or inefficacious at its pleasure, without any additional aid from God and without wanting anything on his part in order to act effectively; and hence they term this grace sufficient, because it suffices of itself for action. The Jansenists, on the other hand, will not allow that any grace is actually sufficient which is not also efficacious; that is, that all those kinds of grace which do not determine the will to act effectively are insufficient for action; for they hold that a man can never act without efficacious grace.
Such are the points in debate between the Jesuits and the Jansenists; and my next object was to ascertain the doctrine of the New Thomists. ˝It is rather an odd one,˝ he said; ˝they agree with the Jesuits in admitting a sufficient grace given to all men; but they maintain, at the same time, that no man can act with this grace alone, but that, in order to do this, he must receive from God an efficacious grace which really determines his will to the action, and which God does not grant to all men.˝ ˝So that, according to this doctrine,˝ said I, ˝this grace is sufficient without being sufficient.˝ ˝Exactly so,˝ he replied; ˝for if it suffices, there is no need of anything more for acting; and if it does not suffice, why- it is not sufficient.˝
˝But,˝ asked I, ˝where, then, is the difference between them and the Jansenists?˝ ˝They differ in this,˝ he replied, ˝that the Dominicans have this good qualification, that they do not refuse to say that all men have the sufficient grace.˝ ˝I understand you,˝ returned I; ˝but they say it without thinking it; for they add that, in order to act, we must have an efficacious grace which is not given to all, consequently, if they agree with the Jesuits in the use of a term which has no sense, they differ from them and coincide with the Jansenists in the substance of the thing. That is very true, said he. ˝How, then,˝ said I, ˝are the Jesuits united with them? and why do they not combat them as well as the Jansenists, since they will always find powerful antagonists in these men, who, by maintaining the necessity of the efficacious grace which determines the will, will prevent them from establishing that grace which they hold to be of itself sufficient?˝
˝The Dominicans are too powerful,˝ he replied, ˝and the Jesuits are too politic, to, come to an open rupture with them. The Society is content with having prevailed on them so far as to admit the name of sufficient grace, though they understand it in another sense; by which manoeuvre they gain this advantage, that they will make their opinion appear untenable, as soon as they judge it proper to do so. And this will be no difficult matter; for, let it be once granted that all men have the sufficient graces, nothing can be more natural than to, conclude that the efficacious grace is not necessary to action- the sufficiency of the general grace precluding the necessity of all others. By saying sufficient we express all that is necessary for action; and it will serve little purpose for the Dominicans to exclaim that they attach another sense to the expression; the people, accustomed to the common acceptation of that term, would not even listen to their explanation. Thus the Society gains a sufficient advantage from the expression which has been adopted by the Dominicans, without pressing them any further; and were you but acquainted with what passed under Popes Clement VIII and Paul V, and knew how the Society was thwarted by the Dominicans in the establishment of the sufficient grace, you would not be surprised to find that it avoids embroiling itself in quarrels with them and allows them to hold their own opinion, provided that of the Society is left untouched; and more especially, when the Dominicans countenance its doctrine, by agreeing to employ, on all public occasions, the term sufficient grace.
˝The Society,˝ he continued, ˝is quite satisfied with their complaisance. It does not insist on their denying the necessity of efficacious grace, this would be urging them too far. People should not tyrannize over their friends; and the Jesuits have gained quite enough. The world is content with words; few think of searching into the nature of things; and thus the name of sufficient grace being adopted on both sides, though in different senses, there is nobody, except the most subtle theologians, who ever dreams of doubting that the thing signified by that word is held by the Jacobins as well as by the Jesuits; and the result will show that these last are not the greatest dupes.˝
I acknowledged that they were a shrewd class of people, these Jesuits; and, availing myself of his advice, I went straight to the Jacobins, at whose gate I found one of my good friends, a staunch Jansenist (for you must know I have got friends among all parties), who was calling for another monk, different from him whom I was in search of. I prevailed on him, however, after much entreaty, to accompany me, and asked for one of my New Thomists. He was delighted to see me again. ˝How now! my dear father,˝ I began, ˝it seems it is not enough that all men have a proximate power, with which they can never act with effect; they must have besides this a sufficient grace, with which they can act as little. Is not that the doctrine of your school?˝ ˝It is,˝ said the worthy monk; ˝and I was upholding it this very morning in the Sorbonne. I spoke on the point during my whole half-hour; and, but for the sand-glass, I bade fair to have reversed that wicked proverb, now so current in Paris: 'He votes without speaking, like a monk in the Sorbonne.'˝ ˝What do you mean by your half-hour and your sand-glass?˝ I asked; ˝do they cut your speeches by a certain measure?˝ ˝Yes,˝ said he, ˝they have done so for some days past.˝ ˝And do they oblige you to speak for half an hour?˝ ˝No; we may speak as little as we please.˝ ˝But not as much as you please, said I. ˝O what a capital regulation for the boobies! what a blessed excuse for those who have nothing worth the saying! But, to return to the point, father; this grace given to all men is sufficient, is it not?˝ ˝Yes,˝ said he. ˝And yet it has no effect without efficacious grace?˝ ˝None whatever,˝ he replied. ˝And all men have the sufficient,˝ continued I, ˝and all have not the efficacious?˝ ˝Exactly,˝ said he. ˝That is,˝ returned I, ˝all have enough of grace, and all have not enough of it that is, this grace suffices, though it does not suffice- that is, it is sufficient in name and insufficient in effect! In good sooth, father, this is particularly subtle doctrine! Have you forgotten, since you retired to the cloister, the meaning attached, in the world you have quitted, to the word sufficient? don't you remember that it includes all that is necessary for acting? But no, you cannot have lost all recollection of it; for, to avail myself of an illustration which will come home more vividly to your feelings, let us suppose that you were supplied with no more than two ounces of bread and a glass of water daily, would you be quite pleased with your prior were he to tell you that this would be sufficient to support you, under the pretext that, along with something else, which however, he would not give you, you would have all that would be necessary to support you? How, then can you allow yourselves to say that all men have sufficient grace for acting, while you admit that there is another grace absolutely necessary to acting which all men have not? Is it because this is an unimportant article of belief, and you leave all men at liberty to believe that efficacious grace is necessary or not, as they choose? Is it a matter of indifference to say, that with sufficient grace a man may really act?˝ ˝How!˝ cried the good man; ˝indifference! it is heresy- formal heresy. The necessity of efficacious grace for acting effectively, is a point of faith- it is heresy to deny it.˝
˝Where are we now?˝ I exclaimed; ˝and which side am I to take here? If I deny the sufficient grace, I am a Jansenist. If I admit it, as the Jesuits do, in the way of denying that efficacious grace is necessary, I shall be a heretic, say you. And if I admit it, as you do, in the way of maintaining the necessity of efficacious grace, I sin against common sense, and am a blockhead, say the Jesuits. What must I do, thus reduced to the inevitable necessity of being a blockhead, a heretic, or a Jansenist? And what a sad pass are matters come to, if there are none but the Jansenists who avoid coming into, collision either with the faith or with reason, and who save themselves at once from absurdity and from error!˝
My Jansenist friend took this speech as a good omen and already looked upon me as a convert. He said nothing to me, however; but, addressing the monk: ˝Pray, father,˝ inquired he, ˝what is the point on which you agree with the Jesuits?˝ ˝We agree in this,˝ he replied, ˝that the Jesuits and we acknowledge the sufficient grace given to all.˝ ˝But,˝ said the Jansenist, ˝there are two things in this expression sufficient grace- there is the sound, which is only so much breath; and there is the thing which it signifies, which is real and effectual. And, therefore, as you are agreed with the Jesuits in regard to the word sufficient and opposed to them as to the sense, it is apparent that you are opposed to them in regard to the substance of that term, and that you only agree with them as to the sound. Is this what you call acting sincerely and cordially?˝
˝But,˝ said the good man, ˝what cause have you to, complain, since we deceive nobody by this mode of speaking? In our schools we openly teach that we understand it in a manner different from the Jesuits.˝
˝What I complain of,˝ returned my friend˝ ˝is, that you do not proclaim it everywhere, that by sufficient grace you understand the grace which is not sufficient. You are bound in conscience, by thus altering the sense of the ordinary terms of theology, to tell that, when you admit a sufficient grace in all men, you understand that they have not sufficient grace in effect. All classes of persons in the world understand the word sufficient in one and the same sense; the New Thomists alone understand it in another sense. All the women, who form one-half of the world, all courtiers, all military men, all magistrates, all lawyers, merchants, artisans, the whole populace- in short, all sorts of men, except the Dominicans, understand the word sufficient to express all that is necessary. Scarcely any one is aware of this singular exception. It is reported over the whole earth, simply that the Dominicans hold that all men have the sufficient graces. What other conclusion can be drawn from this, than that they hold that all men have all the graces necessary for action; especially when they are seen joined in interest and intrigue with the Jesuits, who understand the thing in that sense? Is not the uniformity of your expressions, viewed in connection with this union of party, a manifest indication and confirmation of the uniformity of your sentiments?
˝The multitude of the faithful inquire of theologians: What is the real condition of human nature since its corruption? St. Augustine and his disciples reply that it has no sufficient grace until God is pleased to bestow it. Next come the Jesuits, and they say that all have the effectually sufficient graces. The Dominicans are consulted on this contrariety of opinion; and what course do they pursue? They unite with the Jesuits; by this coalition they make up a majority; they secede from those who deny these sufficient graces; they declare that all men possess them. Who, on hearing this, would imagine anything else than that they gave their sanction to the opinion of the Jesuits? And then they add that, nevertheless, these said sufficient graces are perfectly useless without the efficacious, which are not given to all!
˝Shall I present you with a picture of the Church amidst these conflicting sentiments? I consider her very like a man who, leaving his native country on a journey, is encountered by robbers, who inflict many wounds on him and leave him half dead. He sends for three physicians resident in the neighboring towns. The first, on probing his wounds, pronounces them mortal and assures him that none but God can restore to him his lost powers. The second, coming after the other, chooses to flatter the man- tells him that he has still sufficient strength to reach his home; and, abusing the first physician who opposed his advice, determines upon his ruin. In this dilemma, the poor patient, observing the third medical gentleman at a distance, stretches out his hands to him as the person who should determine the controversy. This practitioner, on examining his wounds, and ascertaining the opinions of the first two doctors, embraces that of the second, and uniting with him, the two combine against the first, and being the stronger party in number drive him from the field in disgrace. From this proceeding, the patient naturally concludes that the last comer is of the same opinion with the second; and, on putting the question to him, he assures him most positively that his strength is sufficient for prosecuting his journey. The wounded man, however, sensible of his own weakness, begs him to explain to him how he considered him sufficient for the journey. 'Because,' replies his adviser, 'you are still in possession of your legs, and legs are the organs which naturally suffice for walking.' 'But,' says the patient, 'have I all the strength necessary to make use of my legs? for, in my present weak condition, it humbly appears to me that they are wholly useless.' 'Certainly you have not,' replies the doctor; 'you will never walk effectively, unless God vouchsafes some extraordinary assistance to sustain and conduct you.' 'What!' exclaims the poor man, 'do you not mean to say that I have sufficient strength in me, so as to want for nothing to walk effectively?' 'Very far from it,' returns the physician. 'You must, then,' says the patient, 'be of a different opinion from your companion there about my real condition.' 'I must admit that I am,' replies the other.
˝What do you suppose the patient said to this? Why, he complained of the strange conduct and ambiguous terms of this third physician. He censured him for taking part with the second, to whom he was opposed in sentiment, and with whom he had only the semblance of agreement, and for having driven away the first doctor, with whom he in reality agreed; and, after making a trial of strength, and finding by experience his actual weakness, he sent them both about their business, recalled his first adviser, put himself under his care, and having, by his advice, implored from God the strength of which he confessed his need, obtained the mercy he sought, and, through divine help, reached his house in peace.
The worthy monk was so confounded with this parable that he could not find words to reply. To cheer him up a little, I said to him, in a mild tone: ˝But after all, my dear father, what made you think of giving the name of sufficient to a grace which you say it is a point of faith to believe is, in fact, insufficient?˝ ˝It is very easy for you to talk about it,˝ said he. ˝You are an independent and private man; I am a monk and in a community- cannot you estimate the difference between the two cases? We depend on superiors; they depend on others. They have promised our votes- what would you have to become of me?˝ We understood the hint; and this brought to our recollection the case of his brother monk, who, for a similar piece of indiscretion, has been exiled to Abbeville.
˝But,˝ I resumed, ˝how comes it about that your community is bound to admit this grace?˝ ˝That is another question,˝ he replied. ˝All that I can tell you is, in one word, that our order has defended, to the utmost of its ability, the doctrine of St. Thomas on efficacious grace. With what ardor did it oppose, from the very commencement, the doctrine of Molina? How did it labor to establish the necessity of the efficacious grace of Jesus Christ? Don't you know what happened under Clement VIII and Paul V, and how, the former having been prevented by death, and the latter hindered by some Italian affairs from publishing his bull, our arms still sleep in the Vatican? But the Jesuits, availing themselves, since the introduction of the heresy of Luther and Calvin, of the scanty light which the people possess for discriminating between the error of these men and the truth of the doctrine of St. Thomas, disseminated their principles with such rapidity and success that they became, ere long, masters of the popular belief; while we, on our part, found ourselves in the predicament of being denounced as Calvinists and treated as the Jansenists are at present, unless we qualified the efficacious grace with, at least, the apparent avowal of a sufficient. In this extremity, what better course could we have taken for saving the truth, without losing our own credit, than by admitting the name of sufficient grace, while we denied that it was such in effect? Such is the real history of the case.˝
This was spoken in such a melancholy tone that I really began to pity the man; not so, however, my companion. ˝Flatter not yourselves,˝ said he to the monk, ˝with having saved the truth; had she not found other defenders, in your feeble hands she must have perished. By admitting into the Church the name of her enemy, you have admitted the enemy himself. Names are inseparable from things. If the term sufficient grace be once established, it will be vain for you to protest that you understand by it a grace which is not sufficient. Your protest will be held inadmissible. Your explanation would be scouted as odious in the world, where men speak more ingenuously about matters of infinitely less moment. The Jesuits will gain a triumph- it will be their grace, which is sufficient in fact, and not yours, which is only so in name, that will pass as established; and the converse of your creed will become an article of faith.˝
˝We will all suffer martyrdom first,˝ cried the father, ˝rather than consent to the establishment of sufficient grace in the sense of the Jesuits. St. Thomas, whom we have sworn to follow even to the death, is diametrically opposed to such doctrine.˝
To this my friend, who took up the matter more seriously than I did, replied: ˝Come now, father, your fraternity has received an honor which it sadly abuses. It abandons that grace which was confided to its care, and which has never been abandoned since the creation of the world. That victorious grace, which was waited for by the patriarchs, predicted by the prophets, introduced by Jesus Christ, preached by St. Paul, explained by St. Augustine, the greatest of the fathers, embraced by his followers, confirmed by St. Bernard, the last of the fathers, supported by St. Thomas, the angel of the schools, transmitted by him to your order, maintained by so many of your fathers, and so nobly defended by your monks under Popes Clement and Paul- that efficacious grace, which had been committed as a sacred deposit into your hands, that it might find, in a sacred and everlasting order, a succession of preachers, who might proclaim it to the end of time- is discarded and deserted for interests the most contemptible. It is high time for other hands to arm in its quarrel. It is time for God to raise up intrepid disciples of the Doctor of grace, who, strangers to the entanglements of the world, will serve God for God's sake. Grace may not, indeed, number the Dominicans among her champions, but champions she shall never want; for, by her own almighty energy, she creates them for herself. She demands hearts pure and disengaged; nay, she herself purifies and disengages them from worldly interests, incompatible with the truths of the Gospel. Reflect seriously, on this, father; and take care that God does not remove this candlestick from its place, leaving you in darkness and without the crown, as a punishment for the coldness which you manifest to a cause so important to his Church.˝
He might have gone on in this strain much longer, for he was kindling as he advanced, but I interrupted him by rising to take my leave and said: ˝Indeed, my dear father, had I any influence in France, I should have it proclaimed, by sound of trumpet: 'BE IT KNOWN TO ALL MEN, that when the Jacobins SAY that sufficient grace is given to all, they MEAN that all have not the grace which actually suffices!' After which, you might say it often as you please, but not otherwise.˝ And thus ended our visit.
You will perceive, therefore, that we have here a politic sufficiency somewhat similar to proximate power. Meanwhile I may tell you that it appears to me that both the proximate power and this same sufficient grace may be safely doubted by anybody, provided he is not a Jacobin.
I have just come to learn, when closing my letter, that the censure has passed. But as I do not yet know in what terms it is worded, and as it will not be published till the 15th of February, I shall delay writing you about it till the next post. I am, &c.
Szesnasty list
do Wielebnych OO. Jezuitów
(Straszliwe potwarze jezuitów na pobożnych księży i święte zakonnice).
4 grudnia 1656
Wielebni Ojcowie!
Oto dalszy ciąg waszych potwarzy; najpierw odpowiem na te, które zostały mi jeszcze z waszych Uwag. Ale, ponieważ wszystkie wasze książki są ich jednako pełne, znajdę w nich dość przedmiotu aby z wami pomówić w tej materii ile tylko uznam za potrzebne. Powiem wam tedy krótko, w przedmiocie tej bajki, którąście rozpuścili we wszystkich waszych pismach przeciw biskupowi z Ypre, iż nadużywacie przewrotnie paru dwuznacznych słów z jego listów. Ponieważ te słowa można rozumieć w dobrem znaczeniu, powinno się je, wedle ducha Kościoła, wziąć w ten sposób, a inaczej mogą być wzięte jedynie wedle ducha waszego Towarzystwa. Skoro bowiem mówi do przyjaciela: "Nie kłopocz się tyle o swego siostrzeńca, dostarczę mu czego potrzeba z pieniędzy, które mam w rękach", czemu wmawiacie koniecznie, że on tym chciał powiedzieć, iż weźmie te pieniądze, aby ich nie zwrócić, a nie iż zalicza je sobie, aby je oddać? Ale, w istocie, jesteście bardzo nieostrożni: dostarczyliście bowiem sami dowodów przeciw sobie w innych listach tegoż biskupa, któreście ogłosili, a które świadczą wyraźnie, że chodziło jedynie o zaliczkę którą miał zwrócić. Okazuje się to z przytoczonego przez was listu z 30 lipca 1619, mianowicie ze słów: "Nie kłopocz się o ZALICZKI, nie zbraknie mu niczego, póki będzie tutaj"; oraz z 6 stycznia 1620, gdzie mówi: "Zbytnioś nagły; gdyby nawet chodziło o zdanie rachunków, mam tu jeszcze na tyle kredytu, aby znaleźć pieniądze w potrzebie".
Jesteście tedy prostymi oszczercami, moi Ojcowie, zarówno w tym przedmiocie, jak w waszej śmiesznej bajce o skarbonce w Saint-Merry. Jakąż bowiem przewagę możecie wyciągnąć z oskarżenia, które jeden z waszych konfidentów rzucił na znienawidzonego wam kapłana? Czy oskarżenie równoznaczne jest z winą? Nie, moi Ojcowie. Ludzie świątobliwi jak on zawsze mogą być oskarżeni, dopóki będą istnieli potwarcy tacy jak wy. Nie z oskarżenia tedy trzeba sądzić, ale z wyroku. Otóż wyrok wydany 23 lutego 1656 uniewinnia go w całej pełni, nie mówiąc iż tego, kto wszczął lekkomyślnie tę brudną sprawę, wyparli się właśni koledzy i zmusili do odwołania. Co zaś do tego co powiadacie, w tym samym miejscu o "sławnym duszpasterzu, który w mgnieniu oka wzbogacił się o dziewięćset tysięcy franków", wystarczy was odesłać do ks. ks. proboszczy Św. Rocha i św. Pawła, którzy dadzą całemu Paryżowi świadectwo jego bezinteresowności w tej sprawie oraz waszej karygodnej przewrotności w owej potwarzy.
Ale dość już o tak czczych fałszach. To są jedynie ćwiczenia waszych nowicjuszów a nie wytrawne ciosy waszych Mistrzów. Przechodzę tedy do nich, moi Ojcowie; przechodzę do tego oszczerstwa, jednego z najczarniejszych jakie wyszło z waszego ducha. Mówię o tym bezczelnym zuchwalstwie, z jakim ośmieliliście się wpierać świętym zakonnicom i ich nauczycielom: "że nie wierzą w tajemnicę Przemienienia, ani w istotną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii". Oto, moi Ojcowie, szalbierstwo godne was. Oto zbrodnia, którą tylko sam Bóg zdolny jest ukarać, jak wy tylko sami zdolni jesteście ją popełnić. Trzeba być równie pokornym jak te pokorne spotwarzone istoty, aby to znieść cierpliwie, i trzeba być równie niegodziwym jak ci niegodziwi oszczercy aby temu uwierzyć. Nie silę się tedy ich oczyszczać: nie ciąży na nich żadne podejrzenie. Gdyby potrzebowały obrońców, znalazłyby lepszych ode mnie. To, co powiem tutaj, nie ma na celu wykazania ich niewinności, ale tylko waszej złej wiary. Chcę jedynie wzbudzić grozę w was samych, i ukazać całemu światu, że po tym uczynku nie masz nic, do czego byście nie byli zdolni.
Powiecie oczywiście, że ja należę do Port-Royal to bowiem pierwsza rzecz, którą rzucacie każdemu kto zwalcza wasze ohydy; jak gdyby tylko w Port-Royal znajdowali się ludzie dość gorliwi aby bronić przeciw wam czystości Chrześcijaństwa! Znam, moi Ojcowie, zacność pobożnych samotników, którzy się tam schronili; wiem ile Kościół zawdzięcza ich zbożnej i wytrwałej pracy. Znam ich pobożność i wiedzę. Mimo bowiem iż nie należę do ich grona, - jak to chcielibyście wmówić, nie wiedząc kim jestem - znam niejednego z nich a szanuję cnotę wszystkich. Ale Bóg nie ograniczył jedynie do owego grona tych, których chce przeciwstawić waszym wyuzdaniom. Mam nadzieję dać wam to uczuć, moi Ojcowie, przy jego pomocy; i, jeżeli raczy mnie podtrzymać w zamiarze obrócenia dlań wszystkiego co odeń otrzymałem, przemówię do Was w taki sposób, iż może pożałujecie że nie macie do czynienia z kimś z Port-Royal. I tak, moi Ojcowie, podczas gdy ci, których znieważacie tak haniebną potwarzą, zasyłają jeno do Boga modły aby wam ją odpuścił, ja, którego nie dotyczy ta krzywda, czuję się w obowiązku rzucić wam ją w oczy w obliczu całego Kościoła, i przyprawić was o ów zbawczy wstyd, o którym mówi Kościół, będący jedynym niemal lekarstwem w podobnej zatwardziałości: Imple facies eorum ignominia; et quaerent nomen tuum Domine.
Trzeba poskromić to zuchwalstwo, które nie oszczędza najświętszych miejsc. Któż bowiem będzie bezpieczny, po takiej potwarzy? Jak to, moi Ojcowie, śmiecie rozszerzać po całym Paryżu tak gorszącą książkę, pod nazwiskiem O. Meynier, jednego z waszych, i pod tym ohydnym tytułem: Port-Royal i Genewa w zmowie przeciw Przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza! Oskarżacie w tej książce o kacerstwo nie tylko ks. de Saint-Cyran i p. Arnauld, ale także siostrę jego, matkę Agnieszkę, i wszystkie zakonnice z tego klasztoru, mówiąc o nich, na str. 96: "Iż wiara ich, w przedmiocie Eucharystii, jest równie podejrzana jak wiara p. Arnauld", o którym twierdzicie, na str. 4, "że jest szczerym Kalwinem".
Pytam całego świata, czy istnieją w Kościele osoby, na które moglibyście miotać podobne zarzuty z mniejszym prawdopodobieństwem? Powiedzcie mi bowiem, moi Ojcowie, gdyby te zakonnice i ich duszpasterze byli "w zmowie z Genewą przeciw Przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza" - rzecz straszna do pomyślenia! - czemu obrałyby za główny cel swego nabożeństwa ten Sakrament, tak bardzo im obmierzły? Czemu pomieściłyby w swojej regule kult Przenajświętszego Sakramentu? Czemu przybrałyby strój Przenajświętszego Sakramentu; miano "Panien Przenajświętszego Sakramentu"; czemu nazwałyby swój kościół: "Kościołem Przenajświętszego Sakramentu"? Czemu starałyby się w Rzymie o zatwierdzenie tej instytucji, i o prawo święcenia co czwartek nabożeństwa do Przenajświętszego Sakramentu, w którym wiara Kościoła tak pełno się wyraża, gdyby, powiadom, sprzysięgły się z Genewą celem podkopania tej wiary w Kościele? Czemu by się zobowiązały - w osobliwym ślubie zatwierdzonym przez Papieża - iż bez przerwy, dzień i noc, zakonnice będą czuwać w obliczu tej św. Hostii, aby swym nieustającym uwielbieniem tej ofiary odkupić bezbożność herezji, która chciała ją obalić? Powiedzcie mi, moi Ojcowie, jeśli zdołacie, czemu, ze wszystkich tajemnic naszej wiary, poniechałyby tych, w które wierzą, aby wybrać tę, w którą jakoby nie wierzą? I czemu by się poświęciły, tak pełno i całkowicie, tej tajemnicy naszej wiary, gdyby ją uważały, jak heretycy, za tajemnicę nieprawości? Co odpowiecie, moi Ojcowie, na tak oczywiste świadectwa? świadectwa nie tylko słów, ale uczynków, i to nie jakichś pojedynczych uczynków, ale całego ciągu życia wyłącznie poświęconego uwielbieniu Jezusa Chrystusa obecnego na ołtarzu? Co odpowiecie na książki, które, wedle was, pochodzą z Port-Royal, pełne najjaśniejszych określeń, którymi Ojcowie Kościoła i sobory posłużyli się dla wyrażenia istoty tej tajemnicy? Śmieszna to rzecz, ale ohydna zarazem, owa odpowiedź jaką dajecie na to w swoim piśmidle: Arnauld, powiadacie, mówi wprawdzie o przeistoczeniu; ale rozumie pod tym "przeistoczenie obrazowe". Głosi wprawdzie, iż wierzy w "obecność rzeczywistą"; ale kto nam ręczy, że nie rozumie pod tym "prawdziwego i rzeczywistego obrazu"?
Dokąd my idziemy, moi Ojcowie? i z kogóż nie zrobicie na zawołanie Kalwina, jeżeli wam będzie wolno kazić najbardziej kanoniczne i święte wyrażenia obłudnymi subtelnościami waszych świeżo ukutych dwuznaczników? Któż bowiem kiedy posłużył się innymi wyrażeniami niż te oto, zwłaszcza w prostych budujących rozważaniach, gdzie nie chodzi o kontrowersje? A wszelako, miłość ich i cześć dla tej tajemnicy tak dalece przenika ich Pisma, iż wyzywam was, moi Ojcowie, abyście, przy całej waszej przemyślności, znaleźli w nich bodaj najmniejszy ślad dwuznacznika, lub też najlżejsze powinowactwo z poglądami genewskimi.
Wszystkim wiadomo, moi Ojcowie, że herezja genewska polega zasadniczo - jak sami to głosicie - na twierdzeniu, iż Jezus Chrystus nie jest obecny w tym Sakramencie; iż niepodobna mu być w wielu miejscach; iż naprawdę jest tylko w niebie, i jedynie tam trzeba go ubóstwiać, a nie na ołtarzu; że chleb zachowuje swoją istotę; że Ciało Jezusa Chrystusa nie wchodzi do ust ani do żołądka; że pożywamy je jedynie wiarą, że zatem źli nie pożywają go; i że msza nie jest ofiarą ale ohydą. Posłuchajcież, moi Ojcowie, w jaki sposób Port-Royal "działa zgodnie z Genewą w swoich książkach".
Czytamy tam, na wasze pognębienie; "Iż krew i ciało Jezusa Chrystusa znajdują się pod postacią chleba i wina", 2-gi list Arnaulda, str. 259; "Iż Święty Świętych obecny jest w Sanktuarium i że tam należy go ubóstwiać", ibid., str. 243; "Że Chrystus nawiedza grzeszników przyjmujących komunię istotną i prawdziwą obecnością swego ciała w ich żołądku, mimo że nie obecnością swego ducha w ich sercu", (O częstej komunii, cz. 3, rozdz. 16); "Iż popioły Świętych główną swą moc czerpią z tego nasienia życia, które im zostaje z dotknięcia nieśmiertelnego i ożywczego ciała Jezusa Chrystusa", cz. 1, rozdz. 40; "że to, iż ciało Jezusa Chrystusa mieści się w hostii, i to w najdrobniejszej cząsteczce hostii, nie dzieje się mocą żadnej naturalnej potęgi ale mocą wszech potęgi Boga", Theolog. Fam. lect. 16; "Iż boska moc obecna jest przy tym, aby sprawić skutek, który wyrażają słowa poświęcenia", ibid; "Iż Jezus Chrystus, uniżony i złożony na ołtarzu, jest równocześnie wywyższony w swojej chwale; Iż, sam przez się i zwyczajną swą mocą, znajduje się w wielu miejscach naraz, pośród kościoła tryumfującego i pielgrzymującego", Rat. de susp. Corp. Chr. rat., 21; "że postacie sakramentu pozostają jakoby zawieszone i istnieją cudownie nie wspierając się na żadnym przedmiocie, i że ciało Chrystusa jest takoż zawieszone w tych postaciach; iż nie zawisło od nich tak jak Substancja zawisła od akcydensu", ibid. 23; "Iż substancja chleba zmienia się zostawiając akcydens niezmieniony", In offic. Eccles. diviniss. Sacram.; "Iż Jezus Chrystus obecny jest w Eucharystii z taką samą chwałą, z jaką mieszka w niebie", Listy ks. de Saint Cyran, tom I, list 93; "Iż jego wspaniałe człowieczeństwo mieszka w arce Kościoła pod postacią chleba oblekającą je widocznie; i że, znając naszą grubą naturę, prowadzi nas w ten sposób do uwielbienia jego bóstwa obecnego we wszystkich miejscach, przez ubóstwienie jego człowieczeństwa obecnego w poszczególnym miejscu", ibid.; "Iż przyjmujemy ciało Jezusa Chrystusa na język, i że on uświęca go swym boskim dotknięciem", List 32; "Iż wchodzi w usta kapłana", List 72; "Iż, mimo że Jezus Chrystus uprzystępnił się nam w Przenajświętszym Sakramencie mocą swej miłości i łaski, zachowuje wszelako swą nieprzystępność, jako nieodzowny warunek swej boskiej natury, ponieważ, mimo iż jedynie ciało i krew są tam obecne mocą słowa, VI VERBORUM, nie przeszkadza to iż cała jego boskość, zarówno jak całe człowieczeństwo, znajduje się tam, w nieodzownym zespoleniu", Obrona Różańca Przenajśw. Sakram., str. 217; a wreszcie "iż Eucharystia jest wraz i Sakramentem i Ofiarą", Theol. fam., lect. 15; i, "mimo że ta ofiara jest pamiątką ofiary Krzyża, zachodzi wszelako ta różnica, iż ofiara Mszy św. odbywa się tylko za Kościół i jego wiernych, podczas gdy ofiara Krzyża spełniła się, wedle słów Pisma, za cały świat", ibid., str. 153. To wystarczy, moi Ojcowie, aby ukazać jasno, że nie było może jeszcze bezwstydu równego waszemu. Ale chcę więcej uczynić: chcę wydać wyrok na was własnymi waszymi usty. Czegóż bowiem żądacie, aby uchylić wszelki pozór, iż ktoś dzieli przekonania genewskie? "Gdyby Arnauld", powiada wasz O. Meynier, str. 83, "powiedział, iż w tej cudownej tajemnicy, nie ma, pod postacią chleba, zgoła chleba, ale tylko ciało i krew Jezusa Chrystusa, przyznałbym iż oświadczył się ze wszystkim przeciw Genewie". Przyznajcież tedy, oszczercy, i dajcie mu publiczne zadośćuczynienie. Ile razy widzieliście to w ustępach, które przytoczyłem? Co więcej jeszcze: toć Theol. famil. ks. de Saint-Cyran, skoro ją Arnauld uznał, wyraża mniemania ich obu. Odczytajcież tedy całą lekcję piętnastą, a zwłaszcza artykuł drugi, a znajdziecie tam żądane przez was słowa, jeszcze dobitniej niż je wyrażacie sami: "Czy jest chleb w Hostii św., a wino w kielichu? Nie; cała bowiem substancja chleba i wina znika, aby ustąpić miejsca Ciału i Krwi Jezusa Chrystusa, i one są tam jedynie, obleczone we właściwości i postać chleba i wina".
I cóż, moi Ojcowie, czy jeszcze powiecie, że Port-Royal nie uczy nic, "czego by nie mogła przyjąć Genewa"; i że Arnauld nic nie powiada w swoim drugim liście, "czego by nie mógł powiedzieć pastor kalwiński"? Każcież mówić Mestrezatowi tak jak mówi Arnauld w tym liście, str. 237 i nast. Każcie mu powiedzieć: "Że bezecnym kłamstwem jest obwiniać go jakoby przeczył przeistoczeniu; iż podstawą jego książek jest prawdziwa i istotna obecność Syna Bożego, przeciwstawiona herezji kalwińskiej; że czuje się szczęśliwym znajdując się w miejscu, gdzie ubóstwia się nieustannie Świętego Świętych w Sanktuarium"! rzecz o wiele bardziej sprzeczna z wiarą kalwińską niż sama istotna obecność, ponieważ, jak mówi kardynał de Richelieu w swoich Kontrowersjach, str. 536: "nowi nauczyciele we Francji, połączywszy się z Lutrami, którzy wierzą w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, oświadczyli, iż różnią się, w przedmiocie tej tajemnicy, od Kościoła jedynie z przyczyny czci jaką katolicy oddają Eucharystii".
Każcież podpisać w Genewie wszystkie ustępy, które wam przytoczyłem z dzieł Port-Royalu, i nie tylko ustępy, ale całe traktaty tyczące tej tajemnicy jak książkę O Częstej Komunii, Wykład obrzędów mszy św., Ćwiczenia w czasie mszy, Rationes susp. sancti sacram., przekład Hymnów w Horale Port-Royalu, etc. A wreszcie każcie ustanowić w Charenton ową świętą instytucję nieustającej adoracji Jezusa Chrystusa zawartego w Eucharystii, jak czynią w Port-Royal, a będzie to największa usługa jaką możecie oddać Kościołowi, wówczas bowiem już nie Port-Royal będzie "jednomyślny z Genewą", ale Genewa będzie jednomyślna z Port-Royal i z całym Kościołem.
W istocie, moi Ojcowie, nie mogliście gorzej trafić, niż oskarżając Port-Royal o to, że nie wierzy w Eucharystię. Ale ja wnet pokażę, co was do tego popchnęło. Wiecie, że ja znam się nieco na waszej polityce: trzymaliście się jej ściśle w tej okoliczności. Gdyby ks. de Saint-Cyran i p. Arnauld powiedzieli jedynie w co trzeba wierzyć odnośnie do tej tajemnicy, a nie co trzeba czynić, aby się do niej przygotować, byliby najlepszymi katolikami w świecie i nie doszukiwano by się dwuznaczności w ich wyrażeniach o "rzeczywistej obecności" i "przeistoczeniu". Ale, ponieważ trzeba aby wszyscy, którzy zwalczają wasze wyuzdania, byli heretykami, i to w tych właśnie punktach, na których je zwalczają, w jakiż sposób p. Arnauld nie byłby heretykiem w przedmiocie Eucharystii, napisawszy umyślną książkę przeciw profanacjom, jakich wy się dopuszczacie na tym sakramencie?
Jak to, moi Ojcowie, miałby powiedzieć bezkarnie: "iż nie należy udzielać Ciała Jezusa Chrystusa tym, którzy popadają wciąż w te same zbrodnie i w których się nie widzi żadnej nadziei poprawy; i że należy ich oddalić na jakiś czas od Ołtarza, iżby się oczyścili szczerą pokutą i mogli później przystąpić doń skutecznie"? Nie ścierpcież, moi Ojcowie, aby tak mówiono: nie mielibyście takich tłumów u swoich konfesjonałów. Toć wasz O. Brisacier powiada: "iż, gdybyście się trzymali tej metody, nie udzielilibyście krwi Jezusa Chrystusa nikomu". Lepiej wam o wiele trzymać się praktyki waszego Towarzystwa, którą wasz O. Mascarenhas przytacza w książce uznanej przez waszych doktorów a nawet przez W. O. generała, a która jest taka: "Iż wszelakie osoby, nawet księża, mogą przyjmować Ciało Jezusa Chrystusa w ten sam dzień, w którym się zmazali ohydnymi zbrodniami; iż podobna komunia nie tylko nie jest brakiem uszanowania, ale przeciwnie chwalebnym uczynkiem; iż spowiednicy nie powinni nikogo od tego odwracać; iż, przeciwnie, powinni radzić tym, którzy popełnili zbrodnie, iżby się natychmiast komunikowali: ponieważ, mimo że Kościół tego zabronił, zakaz ten uchylony jest praktyką rozpowszechnioną po całej ziemi". Mascar. tr. 4, disp. 5, n. 284.
Oto co znaczy, moi Ojcowie, mieć jezuitów po całym świecie. Oto powszechna praktyka, którąście wprowadzili i którą chcecie utrzymać. Mniejsza, iż stoły Jezusa Chrystusa będą przepełnione ohydą, byle wasze kościoły były pełne ludzi. Tych, którzy się sprzeciwiają temu, obwińcie o herezję w przedmiocie Najśw. Sakramentu: to jest konieczne, za jaką bądź cenę. Ale w jaki sposób zdołacie to uczynić, po tylu niezłomnych świadectwach ich wiary? Nie lękacie się, iż przytoczę cztery wielkie dowody, które dajecie na znak ich herezji? Powinniście się lękać, moi Ojcowie, a ja nie powinienem oszczędzić wam tego wstydu. Zbadajmyż tedy pierwszy.
"Ks. de Saint-Cyran", powiada O. Meynier, "pocieszając jednego z przyjaciół po stracie matki", tom I, list 14, "powiada, iż najmilsza ofiara, jaką można ofiarować Bogu w takim wypadku, to poddanie się: zatem jest Kalwinem". To bardzo subtelne, moi Ojcowie, i nie wiem czy kto dojrzy tego rację. Dowiedzmyż się tedy od was. Dlatego, powiada ten wielki dialektyk, iż "nie wierzy zatem w ofiarę mszy. Ta bowiem jest Bogu najmilsza ze wszystkich".
Niechże kto teraz powie, że jezuici nie umieją rozumować! Umieją tak dobrze, że dowiedliby herezji komu by zechcieli; nawet samemu Pismu św. Czyż to bowiem nie herezja mówić, jak czyni Ekklezjasta: "Nie masz nic gorszego niż kochać pieniądze, Nihil es iniquius quam amare pecuniam"; jak gdyby cudzołóstwo, mężobójstwo, bałwochwalstwo nie były większą zbrodnią? I komuż nie zdarzy się co chwila powiedzieć podobnych rzeczy, że, na przykład, ofiara skruszonego i pokornego serca najmilsza jest Bogu; ile że, w takim powiedzeniu, mamy na myśli jedynie porównanie pewnych cnót duchowych między sobą a nie z ofiarą mszy św., która jest czymś zupełnie odmiennym i nieskończenie wyższym? Czy to nie jest pocieszne, moi Ojcowie? I, aby was pognębić do reszty, mamż przytoczyć ustęp z tegoż samego listu ks. de Saint-Cyran, gdzie mówi o ofierze mszy św. jako o "najwyborniejszej" ze wszystkich w ton sposób: "Iż ofiarujemy Bogu, codziennie i na każdym miejscu, ofiarę Ciała jego Syna, który nie znalazł doskonalszego środka, aby uczcić swego Ojca"?, A później: "Iż Jezus Chrystus kazał nam przyjmować w godzinie śmierci swoje ofiarowane Ciało, aby uczynić milszą Bogu ofiarę naszego i aby się połączyć z nami w chwili naszego zgonu, aby nas umocnić, uświęcając swą obecnością ostatnią ofiarę jaką czynimy Bogu z naszego życia i naszego ciała". Wykręćcież to wszystko, moi Ojcowie, i powtarzajcie dalej - jak to czynicie na str. 33 - iż on odmawiał od komunikowania się przy śmierci, i że nie wierzył w ofiarę mszy św. Nic bowiem nie jest zbyt śmiałe dla zawodowych oszczerców.
Drugi wasz dowód jest tego wymownym świadectwem. Aby bowiem uczynić Kalwinem nieboszczyka ks. de Saint-Cyran, któremu przypisujecie książkę Piotra Aurelego, bierzecie ustęp, w którym Aureli tłumaczy (str. 89) w jaki sposób poczyna sobie Kościół z księżmi a nawet biskupami, których chce zawiesić lub degradować: "Kościół, powiada, nie mogąc odjąć im charakteru kapłańskiego, ponieważ ten charakter jest niezniszczalny, czyni co w jego mocy: wymazuje ze swej pamięci ów charakter, którego nie może wymazać z duszy tych co go otrzymali. Uważa ich jako nie będących już księżmi lub biskupami. Tak iż, wedle języka Kościoła, można powiedzieć iż nimi już nie są, mimo że zawsze są nimi w istocie: OB INDEBILITATEM CARACTERIS". Widzicie, moi Ojcowie, iż ten autor uznany przez trzy zgromadzenia francuskiego kleru, powiada jasno że charakter Kapłaństwa jest niezniszczalny, a wszelako wy przypisujecie mu, przeciwnie, powiedzenie: iż "charakter Kapłaństwa nie jest niezniszczalny". Otoć straszliwe oszczerstwo: to znaczy, wedle was, lekki grzech powszedni. Książka bowiem była wam nie na rękę, ile że odparła herezje waszych współbraci angielskich w przedmiocie władzy biskupiej. Ale oto i straszliwa niedorzeczność: przyjąwszy fałszywie że ks. de Saint-Cyran uważa iż ten charakter nie jest niezniszczalny, wyciągacie stąd wniosek że nie wierzy w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii.
Nie spodziewajcie się, moi Ojcowie, abym wam na to odpowiadał. Jeśli wam brak zdrowego rozsądku, ja go wam nie wleję. Wszyscy ci, którzy go mają, wyśmieją się z was, równie jak z waszego trzeciego dowodu, opartego na tych słowach (O częstej komunii, cz. 3, rozdz. 2): "Iż Bóg daje nam w Eucharystii ten sam pokarm co świętym w niebie, z tą jedynie różnicą, iż odejmuje nam jego widok i smak, zachowując oba dla Niebios". W istocie, moi Ojcowie, te słowa wyrażają tak wiernie myśl Ewangelii, iż doprawdy nie wiem już jak wy się bierzecie do rzeczy, aby ich nadużyć. Nie widzę tu bowiem nic prócz tego co uczy Sobór Trydencki, Sess. 13, c. 18: iż między Jezusem w Eucharystii a Jezusem w niebie nie ma innej różnicy prócz tej że tu jest zasłoniony, a tam nie. Arnauld nie powiada, iż nie ma innej różnicy w sposobie przyjmowania Jezusa Chrystusa, ale tylko że nie ma innej różnicy w Jezusie Chrystusie, którego się przyjmuje. Wy wszelako chcecie, wbrew wszelkiej oczywistości, weprzeć weń iż mówi w tym ustępie: że tak samo tu nie pożywa się Jezusa Chrystusa ustami jak w Niebie; z czego wnioskujecie o jego herezji.
Litość mnie zbiera nad wami, moi Ojcowie. Trzebaż to jeszcze tłumaczyć? Czemu mięszacie ten boski pokarm i sposób przyjmowania go? Jest tylko jedna różnica, jak powiedziałem, w tym pokarmie na ziemi i w niebie: to iż tu ukryty jest pod zasłoną, która nam odejmuje jego widok i smak zmysłowy. Ale istnieje więcej różnic w przyjmowaniu go tu i tam, a najważniejsza z nich, jak mówi Arnauld (cz. 3, rozdz. 16), to ta: "iż wchodzi tu w usta i żołądek dobrych i złych", co nie ma miejsca w niebie.
A jeżeli nie znacie racyj tej rozmaitości, powiem wam, moi Ojcowie, iż przyczyną, dla której Bóg ustanowił rozmaite sposoby przyjmowania tego samego pokarmu, jest różnica zachodząca między stanem chrześcijan w tym życiu, a stanem zbawionych w niebie. Stan chrześcijan, jak powiada kardynał du Perron wedle Ojców, zajmuje pośrednie miejsce między stanem Zbawionych a stanem Żydów. Zbawieni posiadają Jezusa Chrystusa istotnie bez znaku i bez zasłony, Żydzi posiadali z Jezusa Chrystusa jedynie znak i zasłony, jako to manna i baranek wielkanocny; chrześcijanie zaś posiadają Chrystusa w Eucharystii prawdziwie i rzeczywiście, ale jeszcze okrytego zasłoną. "Bóg", powiada św. Eucheriusz, "uczynił sobie trzy arki: Synagogę, która miała jeno cienie bez prawdy; Kościół, który ma prawdę i cienie; i Niebo, gdzie nie ma cieni, jeno sama prawda".
Wyszlibyśmy ze stanu, w którym jesteśmy, - tzn. stanu wiary, który św. Paweł przeciwstawia zarówno Zakonowi jak i jasnemu widzeniu, - gdybyśmy posiadali jeno znaki bez Jezusa Chrystusa; ponieważ właściwością Zakonu jest mieć jeno cienie a nie istotę rzeczy; wyszlibyśmy zeń również, gdybyśmy go posiadali widocznie, ponieważ wiara, jak powiada tenże apostoł, nie dotyczy rzeczy, które się widzi. Tak więc, Eucharystia jest wybornie dostrojona do naszego stanu wiary, ponieważ zawiera rzeczywiście Jezusa, ale zasłoniętego. Tak iż byłoby zniweczeniem tego stanu, gdyby Chrystus nie znajdował się istotnie pod postacią chleba i wina, jak utrzymują heretycy; a byłoby również zniweczeniem, gdybyśmy go przyjmowali bez osłon jak w niebie, ile że w ten sposób stan nasz spływałby się ze stanem Żydostwa albo też stanem chwały.
Oto, moi Ojcowie, tajemnicza i boska właściwość tej na wskroś boskiej tajemnicy. Oto co nom każe brzydzić się Kalwinizmem, spychającym nas do stanu Żydów; i oto co każe nam wzdychać do chwały Zbawionych, która nam da pełne i całkowite obcowanie z Jezusem. Z tego widzicie, że istnieją rozmaite różnice między sposobem w jaki On się udziela chrześcijanom i Zbawionym, i że, między innymi, tu przyjmuje się go ustami, a w niebie nie; ale te wszystkie one zależą od jedynej różnicy istniejącej pomiędzy stanem Wiary, w którym my się znajdujemy, a stanem jasnego widzenia, w którym są oni. I oto co, moi Ojcowie, Arnauld powiedział jasno w tych słowach: "Iż, między czystością tych, którzy przyjmują Jezusa w Eucharystii, a czystością Zbawionych, nie powinno być innej różnicy, jak tylko ta, która istnieje między wiarą a jasnym widzeniem Boga, od czego jedynie zależy różny sposób pożywania go na ziemi i w Niebie". Powinniście byli, moi Ojcowie, uszanować w tych słowach owe święte prawdy, zamiast je kazić aby w nich znaleźć herezję, której nie było w nich nigdy i być nie może; mianowicie, iż pożywa się Jezusa jedynie wiarą a nie ustami, jak to podsuwają złośliwie wasi Ojcowie Annat i Meynier, czyniąc z tego główny punkt swego oskarżenia.
Krucho jest z waszymi dowodami, moi Ojcowie, dlatego-to uciekliście się do nowej sztuczki, mianowicie sfałszowaliście Sobór Trydencki, iżby Arnauld nie był z nim w zgodzie; tyle macie sposobów wpędzenia kogoś w herezję! Czyni to O. Meynier w swojej książce kilkadziesiąt razy, a jaki dziesiątek razy na samej stronicy 54, gdzie utrzymuje, iż, aby mówić jak katolik, nie dość jest powiedzieć: Wierzę, iż Jezus Chrystus jest rzeczywiście obecny w Eucharystyi, ale że trzeba powiedzieć: "Wierzę, wraz z soborem, że jest tam obecny obecnością miejscową, albo miejscowo". I na to cytuje Sobór, Sess. 13, can. 3, can. 4, can. 6. Któż by nie uwierzył, widząc słowo "miejscowa obecność" cytowane z trzech kanonów powszechnego Soboru, iż ono znajduje się tam w istocie? To wam mogło zdać się na coś, moi Ojcowie, przed moim piętnastym Listem; ale obecnie, nikt się na to nie złapie. Zajrzymy do aktów Soboru, i przekonamy się że jesteście szalbierze. Tych słów bowiem: "miejscowa obecność", "miejscowo", "miejscowość", nigdy tam nie było. I oświadczam wam, co więcej, moi Ojcowie, iż nie ma ich w żadnym innym ustępie z Soboru, ani w żadnym innym z poprzedzającego Soboru, ani w żadnym z Ojców Kościoła.
Proszę was tedy, moi Ojcowie, powiedzcie mi, czy zamierzacie oskarżyć o kalwinizm wszystkich, którzy nie posłużyli się tym wyrażeniem? Jeżeli tak, Sobór Trydencki jest mocno podejrzany i wszyscy Ojcowie Kościoła bez wyjątku. Czy nie macie innej drogi, aby zrobić z p. Arnauld heretyka, nie zaczepiając tylu ludzi, którzy wam nie zrobili nic złego, a między innymi św. Tomasza, który jest tak żarliwym obrońcą Eucharystii, a który tak dalece nie posłużył się tym terminem, iż, przeciwnie, odrzucił go, 3 p. quaest. 76, ad. 6, gdzie powiada: Nullo modo Corpus Christi est in hoc Sacramento localiter? Któż wy tedy jesteście, moi Ojcowie, aby narzucać własną powagą nowe terminy, którymi nakazujecie się posługiwać, aby dobrze wyrazić swą wiarę: jak gdyby wyznanie wiary ułożone przez papieży wedle uchwały Soboru, gdzie tego terminu nie ma, było niedostatecznym i zostawiało dwuznaczność w umyśle wiernych, którą wyście jedni odkryli! Cóż za zuchwalstwo przepisywać te wyrażenia zgoła samym Doktorom! Cóż za fałsz wmawiać je Soborom powszechnym! I cóż za nieuctwo nie wiedzieć jakie trudności czynili z ich przyjęciem najuczeńsi święci? "Wstydźcie się", moi Ojcowie, swego "szalbierstwa i nieuctwa", jak powiada Pismo św. do podobnych wam szalbierzy i nieuków: de mendacio ineruditionis tuae confundere.
Nie próbujcie już tedy odgrywać mistrzów. Nie macie ani charakteru, ani nauki po temu. Ale, jeżeli zechcecie przedłożyć swoją rzecz skromniej, można was będzie wysłuchać. Mimo bowiem iż, jak to widzieliście, św. Tomasz odrzucił to słowo "obecność miejscowa", z tej przyczyny, iż ciało Jezusa Chrystusa nie znajduje się w Eucharystii sposobem zwykłej rozciągłości ciał w jakimś miejscu, mimo to, kilku nowszych teologów przyjęło ten termin, rozumiejąc przezeń tylko to, iż ciało Jezusa Chrystusa jest istotnie pod tą postacią; że zaś ta znajduje się w określonym miejscu, i ciało Jezusa znajduje się w nim również. I, w tym znaczeniu, p. Arnauld zgodzi się z tym bez trudności: toć i ks. de Saint-Cyran i on oświadczyli tyle razy, iż Jezus Chrystus znajduje się istotnie w Eucharystii w określonym miejscu, a cudownie w wielu miejscach naraz. Tak więc, wszystkie wasze subtelności rozpadły się w proch; i nie mogliście dać najmniejszego pozoru prawdy oskarżeniu, które wolno by było wytaczać jedynie z niezłomnymi dowodami.
Ale na co zda się, moi Ojcowie, przeciwstawiać ich niewinność waszym oszczerstwom? Nie przypisujecie im tych błędów z przeświadczeniem aby je wyznawali, ale w przeświadczeniu że oni wam szkodzą. To starczy, wedle waszej teologii, aby móc spotwarzać bez grzechu; i możecie bez spowiedzi i pokuty odprawiać mszę, w tej samej chwili kiedy wpieracie kapłanom odmawiającym ją co dzień, iż uważają ją za czyste bałwochwalstwo: co jest tak ohydnem świętokradztwem, iż wy sami kazaliście powiesić in effigie O. Jarigiusza z waszego zakonu, za to iż odprawiał mszę wówczas gdy był "w porozumieniu z Genewą".
Dziwię się tedy, nie temu że im przypisujecie z takim brakiem skrupułów tak ciężkie i tak fałszywe zbrodnie, ale że im przypisujecie tak niebacznie zbrodnie tak mało prawdopodobne. Rozrządzacie bowiem grzechami wedle woli, ale czy mniemacie, iż tak samo możecie rozrządzać wiarą ludzi? W istocie, moi Ojcowie, gdyby już koniecznie trzeba było obwinić o Kalwinizm albo ich albo was, w złej znaleźlibyście się skórze. Słowa ich są równie katolickie jak wasze; ale ich uczynki potwierdzają ich wiarę, a wasze jej przeczą. Jeżeli bowiem wierzycie, jak oni, że ten chleb istotnie zmienia się w ciało Jezusa Chrystusa, czemu nie prosicie jak oni, aby kamienne i lodowate serca tych, którym radzicie doń przystąpić, zmieniły się szczerze w serca ludzkie i pełne miłości? Jeżeli wierzycie, że Jezus Chrystus jest tam jakoby w stanie umarłym, dla nauczenia tych, którzy doń przystępują, aby umarli dla świata, dla grzechu i dla siebie samych, czemu dajecie się doń zbliżać tym w których grzech i chucie są jeszcze żywe? I w jaki sposób uważacie za godnych chleba niebieskiego tych, którzy nie byliby godni pożywać chleb ziemski?
O wielcy czciciele tej świętej tajemnicy, obracający swą gorliwość na prześladowanie tych, którzy ją czczą tyloma świętymi komuniami, i na schlebianie tym, którzy ją hańbią tyloma komuniami świętokradzkimi! Jakże godnym jest tych obrońców tak słodkiej i czystej ofiary otaczać stół Jezusa Chrystusa zatwardziałymi grzesznikami grzęznącymi w kale i pomieścić wśród nich księdza, którego własny jego spowiednik wysyła wprost od jego bezeceństw do ołtarza, iżby tam ofiarował, w miejsce Jezusa Chrystusa, tę ofiarę tak świętą Bogu świętości, i aby ją niósł swymi skalanymi rękami w te do szczętu skalane usta! Zaiste, właśnie tym, którzy praktykują to postępowanie "po całym świecie", w myśl zasad potwierdzonych przez ich własnego generała, przystoi obwiniać autora Częstej Komunii oraz Dziewice Najśw. Sakramentu, iż nie wierzą w Najśw. Sakrament!
Ale to im jeszcze nie wystarcza. Dla zadowolenia swej zajadłości, trzeba ich było oskarżyć o wyrzeczenie się Chrystusa i chrztu. To nie są, moi Ojcowie, czyste baśnie, jak wasze. To są opłakane wybryki, którymi przepełniliście miarę swoich potwarzy. Tak potworny fałsz nie byłby w dość godnych rękach, gdyby go głosił jedynie wasz dobry przyjaciół Filleau, który go wydał na świat z waszego natchnienia; wasze Towarzystwo przyjęło go jawnie; wasz O. Meynier ogłosił świeżo, "jako pewną prawdę", iż Port-Royal tworzy, od trzydziestu pięciu lat, tajemny spisek, którego ks. de Saint-Cyran i biskup z Ypre byli hersztami: "aby obalić tajemnicę Wcielenia, dowieść iż Ewangelia jest zmyśloną baśnią, wytępić religię i wznieść Deizm na gruzach Chrześcijaństwa".
Czy to wszystko, moi Ojcowie? Czy będziecie zadowoleni, jeżeli świat uwierzy w to wszystko o tych, których nienawidzicie? Czy wasza wściekłość uśmierzy się wreszcie, jeżeli ich podacie w ohydę nie tylko wszystkim członkom Kościoła, oskarżając ich o "porozumienie z Genewą", ale nawet wszystkim tym, którzy, mimo iż poza kościołem, wierzą w Chrystusa, dla owego Deizmu, który im wpieracie?
Ale w kogo wy chcecie wmówić, na proste słowo, bez cienia dowodu, i przeciw wszelkiej oczywistości, iż kapłani, którzy głoszą jeno łaskę Chrystusa, czystość Ewangelii i obowiązki chrztu, wyrzekli się chrztu, Ewangelii i Chrystusa? Kto w to uwierzy, moi Ojcowie? Czy wy w to sami wierzycie, nieszczęśnicy? I do jakiejż przywiedliście się ostateczności, skoro trzeba wam koniecznie albo dowieść że oni nie wierzą w Chrystusa, albo też uchodzić za najmocniejszych potwarców jacy istnieli kiedykolwiek? Dowiedźcież więc tego, moi Ojcowie! Wymieńcie tego "czcigodnego kapłana", który, jak powiadacie, był świadkiem takiego zebrania w Bourg-Fontaine w r. 1621, i odkrył waszemu O. Filleau zamysły jakie tam snuto celem zniweczenia religii chrześcijańskiej; wymieńcie tego, "którego oznaczono głoskami A. A." Powiadacie, na str. 15, że "to nie jest Antoni Arnauld", ponieważ wam dowiódł że miał wówczas dopiero 9 lat, "ale ktoś inny, który" - jak powiadacie - "żyje jeszcze, i jest zbyt bliskim przyjacielem Arnaulda aby mu mógł być nieznany". Znacie go tedy, moi Ojcowie; tym samym, jeżeli sami nie jesteście wyzuci z religii, macie obowiązek wskazać tego bezbożnika królowi i trybunałom, iżby otrzymał zasłużoną karę. Trzeba przemówić, moi Ojcowie, trzeba go nazwać, albo ścierpieć wstyd iż świat będzie na was patrzał jako na kłamców niegodnych aby im kiedykolwiek wierzono.
W ten-to sposób pouczył nas dobry O. Walerian iż trzeba "przywieść na hak" i przyprzeć do muru takich szalbierzy. Milczenie w tej kwestii będzie pełnym i całkowitym wyznaniem waszej diabelskiej potwarzy. Najbardziej zaślepieni wasi przyjaciele będą zmuszeni przyznać, że "to nie jest objaw waszej cnoty ale waszej niemocy", i podziwiać że śmieliście, w swoim zuchwalstwie, rozciągnąć tę potwarz na zakonnice z Port-Royal, i rzec (str. 74) iż ułożony przez jedną z nich Tajemny Różaniec Najśw. Sakramentu był pierwszym owocem tego spisku przeciw Jezusowi Chrystusowi; na str. 95: "Iż wpojono im wszystkie ohydne maksymy tego Pisma", które jest, wedle was, "katechizmem Deizmu".
Obalono niezłomnie wasze szalbierstwa tyczące tego pisma, w obronie cenzury - nieboszczyka arcybiskupa paryskiego wydanej na waszego O. Brisacier. Nie możecie nic odpowiedzieć, a mimo to, nie wahacie się, z haniebniejszą niż kiedykolwiek przewrotnością, obwiniać o szczyt bezbożności dziewic znanych z pobożności całemu światu. Okrutni i nikczemni kaci! tedy najustronniejszy klasztor nie daje schronienia przeciw waszym oszczerstwom! Podczas gdy te święte dziewice uwielbiają dzień i noc Jezusa Chrystusa w Najśw. Sakramencie, w duchu swojej reguły, wy nie przestajecie dzień i noc głosić, iż one nie wierzą ani w to że Jezus jest w Eucharystyi, ani po prawicy swego Ojca, i wyświecacie je publicznie z Kościoła, podczas gdy one modlą się tajemnie za was i za cały Kościół. Spotwarzacie te, które nie mają ani uszu aby was słyszeć, ani ust aby wam odpowiedzieć. Ale Chrystus, w którym są ukryte aby pewnego dnia zjawić się wraz z nimi, słyszy was i odpowiada wam za nie! Rozlega się dziś ten święty i straszliwy głos, który przerażeniem zdejmuje naturę, a pociechą napełnia Kościół. I lękam się, moi Ojcowie, że ci, którzy zatwardzili swoje serca i którzy wzbraniają się uparcie słyszeć gdy on przemawia jako Bóg, będą zmuszeni usłyszeć go ze zgrozą kiedy przemówi jako Sędzia.
Jakoż bowiem, moi Ojcowie, zdołacie zdać rachunek z tylu potwarzy, kiedy on je rozpatrzy, nie wedle rojeń waszych OO. Dicastyla, Gansa i Pennalossy, którzy je usprawiedliwiają, ale wedle prawideł swej wiekuistej prawdy, i wedle świętych nakazów swego Kościoła, który, daleki od usprawiedliwiania tej zbrodni, brzydzi się nią tak bardzo, iż skarał ją na równi z dobrowolnym mężobójstwem. Oddalił bowiem potwarców, tak samo jak morderców, od komunii aż do śmierci, na I i II Soborze w Arles. Sobór Lateraneński uznał niegodnymi stanu duchownego tych, których przekonano o tej zbrodni, choćby się z niej poprawili. Papieże zgoła zagrozili tym, którzy spotwarzą biskupów, księży lub diakonów, iż nie otrzymają komunii w chwili śmierci. Autorów zaś potwarczego pisma, o ile nie będą mogli dowieść tego co głoszą, skarał papież Adrian na chłostę, moi Wielebni Ojcowie: FLAGELLENTUR. Oto jak bardzo Kościół był zawsze odległy od błędów Waszego Towarzystwa, tak skażonego iż usprawiedliwia równie wielkie grzechy jak potwarz, aby je samemu móc popełniać tym swobodniej!
Zaprawdę, moi Ojcowie, bylibyście zdolni sprawić tym ogromne szkody, gdybyście, z dopustu Boga, sami nie dostarczyli środków zapobieżenia im i udaremnienia wszystkich waszych szalbierstw. Aby bowiem odjąć wam wszelką wiarę, wystarcza jeno ogłosić tę szczególną maksymę, która rozgrzesza je z winy. Potwarz jest daremna, o ile się nie łączy z wielką reputacją szczerości. Oszczerca nie dopnie celu, o ile nie ma sławy człowieka nienawidzącego obmowy i niezdolnego do niej. Tak więc, moi Ojcowie, własna wasza zasada stoi wam na zdradzie. Stworzyliście ją, aby ubezpieczyć swoje sumienie; chcieliście bowiem oczerniać nie gubiąc duszy, i być z rzędu owych "świętych i pobożnych" potwarców, o których mówi św. Atanazy. Aby się ocalić od piekła, chwyciliście się tedy owej maksymy, która was ratuje odeń na wiarę waszych doktorów; ale taż sama maksyma, która ubezpiecza, wedle nich, od mąk grożących na tamtym świecie, odejmuje wam na tym pożytek, któregoście się spodziewali; tak iż, mniemając uniknąć zbrodni oszczerstwa, straciliście jej owoc: tak zło sprzeczne jest z samym sobą, i tak zastawia sobie sidła i niweczy się własną złośliwością!
Z większym tedy spotwarzalibyście pożytkiem, głosząc wraz ze św. Pawłem, że prości obmowcy, maledici, niegodni są oglądania Boga; wówczas łatwiej bodaj uwierzono by waszym potwarzom, mimo iż, w istocie, skazywalibyście się sami na potępienie. Ale kiedy powiadacie - jak to czynicie - że spotwarzanie waszych nieprzyjaciół nie jest zbrodnią, nikt nie uwierzy waszym oszczerstwom, a potępieni będziecie i tak. Pewnym bowiem jest, moi Ojcowie, i to że wasi poważni autorowie nie obalą sprawiedliwości Boga, i to że nie mogliście dać pewniejszego dowodu że nie jesteście w prawdzie, skoro uciekacie się do kłamstwa. Gdyby prawda była z wami, walczyłaby za was, zwyciężyłaby za was; jakichkolwiek byście mieli wrogów, "uwolniłaby was od nich", jak to przyrzekła. Uciekliście się do kłamstwa, jedynie aby podtrzymać błędy, którymi schlebiacie grzesznikom ,aby poprzeć oszczerstwa, którymi ścigacie nabożne osoby stojące wam w poprzek. Ponieważ prawda jest sprzeczna z waszym celem, trzeba wam było złożyć swoją ufność w kłamstwie, jak mówi prorok. "Rzekliście: Niedole, które trapią ludzi, nie dosięgną nas; położyliśmy bowiem nadzieje w kłamstwie i kłamstwo nas ochroni". Ale co im odpowiada prorok? "Dlatego właśnie" (powiada) "iż położyliście swoje nadzieje w kłamstwie i zamęcie, sperastis in calumnia et in tumultu, przyczytają wam tę nieprawość, i upadek wasz podobien będzie upadkowi wysokiego muru walącego się niespodzianie, i upadkowi glinianego naczynia, które ktoś strzaska krusząc je w drobno ułamki tak potężną i przemożną siłą, że nie zostaje ani jeden okruch, którym by można zaczerpnąć wody ani zanieść nieco ognia; ponieważ" (jak mówi inny prorok) "strapiliście serce sprawiedliwego, którego ja nie strapiłem; schlebialiście zaś złości niegodziwców i umacniali ją. Odbiorę tedy mój lud z waszych rąk i dam poznać że jestem jego i waszym panem".
Tak, moi Ojcowie, trzeba się spodziewać, iż, jeżeli nie odmienicie ducha, Bóg odbierze z waszych rąk tych, których oszukujecie od tak dawna, czy to zostawiając ich w nierządzie waszym złem pasterstwem, czy też zatruwając ich swymi potwarzami. Objawi jednym, iż fałszywe prawidła waszych kazuistów nie zasłonią ich przed jego gniewem; w duchu innych wyciśnie słuszny lęk, aby się nie zgubili idąc za wami i dając wiarę waszym szalbierstwom, jak wy się zgubicie sami wymyślając je i siejąc po świecie. Niech się nikt bowiem nie łudzi: nie można drwić sobie z Boga, i nie można bezkarnie gwałcić przykazań jakie nam dał w Ewangelii, bronią potępiać bliźniego bez zupełnej pewności jego winy. Tak więc, bez względu na pobożne maksymy, jakie głoszą ci, którzy łacno dają ucho waszym kłamstwom, i bez względu na płaszczyk dewocji, pod którym to czynią, trzeba im się lękać aby ich nie wykluczono z królestwa bożego za tę jedną zbrodnię: iż przypisywali tak wielkie zbrodnie jak schyzmę i herezję kapłanom katolickim i świętym zakonnicom, za cały dowód mając owe tak grube wasze szalbierstwa. "Zły duch", powiada św. Franciszek Salezy, "jest na języku tego, który obmawia i w uchu tego, kto go słucha". A św. Bernard, Cant. 24: "Obmowa, jest to trucizna, która niweczy miłość bliźniego i w jednym i w drugim. Jedna potwarz może być tedy śmiertelna dla nieskończonej mnogości dusz, skoro zabija nie tylko wszystkich tych, którzy ją głoszą, ale także wszystkich, którzy jej nie odrzucają".
------------------------------------------------
Moi Wielebni Ojcowie, listy moje nie zwykły były tak szybko po sobie następować, ani sięgać takich rozmiarów. Brak czasu jest przyczyną i tego i tego. List ten jest dłuższy jedynie dzięki temu, iż nie miałem czasu napisać go krócej. Rację, która zmusza mnie do pośpiechu, znacie lepiej ode mnie. Wasze Odpowiedzi nie szły wam na zdrowie, dobrze zrobiliście zmieniając metodę: ale nie wiem czyście dobrze ją wybrali, i czy świat nie powie, żeście się zlękli Benedyktynów.
Dowiedziałem się, że ten, któremu cały świat przypisywał autorstwo waszych Apologij, wypiera się ich i gniewa się że mu je przypisują. Ma słuszność; ja zaś zawiniłem, że go o to posądzałem. Jakkolwiek bowiem mnie o tym upewniano, powinienem był myśleć, iż zbyt wiele ma rozsądku aby wierzyć waszym szalbierstwom, a zbyt wiele honoru aby je ogłaszać nie wierząc w nie. Mało kto z ludzi świeckich zdolny jest do wybryków, które wam są zwyczajne i które zanadto trącą wami, aby można mnie było usprawiedliwić, żem nie poznał waszej ręki. Zmamił mnie głos opinii. Ale ta wymówka, która byłaby aż nadto dobra dla was, nie jest wystarczająca dla mnie, który mam za zasadę nie mówić nic bez pewnych dowodów i który wykroczyłem przeciw temu tylko ten raz. Żałuję tego, cofam, i życzę, abyście skorzystali z mego przykładu.
The Lettres provinciales
LETTER I
Paris, January 23, 1656
SIR,
We were entirely mistaken. It was only yesterday that I was undeceived. Until that time I had laboured under the impression that the disputes in the Sorbonne were vastly important, and deeply affected the interests of religion. The frequent convocations of an assembly so illustrious as that of the Theological Faculty of Paris, attended by so many extraordinary and unprecedented circumstances, led one to form such high expectations that it was impossible to help coming to the conclusion that the subject was most extraordinary. You will be greatly surprised, however, when you learn from the following account the issue of this grand demonstration, which, having made myself perfectly master of the subject, I shall be able to tell you in very few words.
Two questions, then, were brought under examination; the one a question of fact, the other a question of right.
The question of fact consisted in ascertaining whether M. Arnauld was guilty of presumption, for having asserted in his second letter that he had carefully perused the book of Jansenius, and that he had not discovered the propositions condemned by the late pope; but that, nevertheless, as he condemned these propositions wherever they might occur, he condemned them in Jansenius, if they were really contained in that work.
The question here was, if he could, without presumption, entertain a doubt that these propositions were in Jansenius, after the bishops had declared that they were.
The matter having been brought before the Sorbonne, seventy-one doctors undertook his defence, maintaining that the only reply he could possibly give to the demands made upon him in so many publications, calling on him to say if he held that these propositions were in that book, was that he had not been able to find them, but that if they were in the book, he condemned them in the book.
Some even went a step farther and protested that, after all the search they had made into the book, they had never stumbled upon these propositions, and that they had, on the contrary, found sentiments entirely at variance with them. They then earnestly begged that, if any doctor present had discovered them, he would have the goodness to point them out; adding that what was so easy could not reasonably be refused, as this would be the surest way to silence the whole of them, M. Arnauld included; but this proposal has been uniformly declined. So much for the one side.
On the other side are eighty secular doctors and some forty mendicant friars, who have condemned M. Arnauld's proposition, without choosing to examine whether he has spoken truly or falsely- who, in fact, have declared that they have nothing to do with the veracity of his proposition, but simply with its temerity.
Besides these, there were fifteen who were not in favor of the censure, and who are called Neutrals.
Such was the issue of the question of fact, regarding which, I must say, I give myself very little concern. It does not affect my conscience in the least whether M. Arnauld is presumptuous or the reverse; and should I be tempted, from curiosity, to ascertain whether these propositions are contained in Jansenius, his book is neither so very rare nor so very large as to hinder me from reading it over from beginning to end, for my own satisfaction, without consulting the Sorbonne on the matter.
Were it not, however, for the dread of being presumptuous myself, I really think that I would be disposed to adopt the opinion which has been formed by the most of my acquaintances, who, though they have believed hitherto on common report that the propositions were in Jansenius, begin now to suspect the contrary, owing to this strange refusal to point them out- a refusal the more extraordinary to me as I have not yet met with a single individual who can say that he has discovered them in that work. I am afraid, therefore, that this censure will do more harm than good, and that the impression which it will leave on the minds of all who know its history will be just the reverse of the conclusion that has been come to. The truth is the world has become sceptical of late and will not believe things till it sees them. But, as I said before, this point is of very little moment, as it has no concern with religion.
The question of right, from its affecting the faith, appears much more important, and, accordingly, I took particular pains in examining it. You will be relieved, however, to find that it is of as little consequence as the former.
The point of dispute here was an assertion of M. Arnauld's in the same letter, to the effect ˝that the grace, without which we can do nothing, was wanting to St. Peter at his fall.˝ You and I supposed that the controversy here would turn upon the great principles of grace; such as whether grace is given to all men? Or if it is efficacious of itself? But we were quite mistaken. You must know I have become a great theologian within this short time; and now for the proofs of it!
To ascertain the matter with certainty, I repaired to my neighbor, M. N-, doctor of Navarre, who, as you are aware, is one of the keenest opponents of the Jansenists, and, my curiosity having made me almost as keen as himself, I asked him if they would not formally decide at once that ˝grace is given to all men,˝ and thus set the question at rest. But he gave me a sore rebuff and told me that that was not the point; that there were some of his party who held that grace was not given to all; that the examiners themselves had declared, in a full assembly of the Sorbonne, that that opinion was problematical; and that he himself held the same sentiment, which he confirmed by quoting to me what he called that celebrated passage of St. Augustine: ˝We know that grace is not given to all men.˝
I apologized for having misapprehended his sentiment and requested him to say if they would not at least condemn that other opinion of the Jansenists which is making so much noise: ˝That grace is efficacious of itself, and invincibly determines our will to what is good.˝ But in this second query I was equally unfortunate. ˝You know nothing about the matter,˝ he said; ˝that is not a heresy- it is an orthodox opinion; all the Thomists maintain it; and I myself have defended it in my Sorbonic thesis.˝
I did not venture again to propose my doubts, and yet I was as far as ever from understanding where the difficulty lay; so, at last, in order to get at it, I begged him to tell me where, then, lay the heresy of M. Arnauld's proposition. ˝It lies here,˝ said he, ˝that he does not acknowledge that the righteous have the power of obeying the commandments of God, in the manner in which we understand it.˝
On receiving this piece of information, I took my leave of him; and, quite proud at having discovered the knot of the question, I sought M. N-, who is gradually getting better and was sufficiently recovered to, conduct me to the house of his brother-in-law, who is a Jansenist, if ever there was one, but a very good man notwithstanding. Thinking to insure myself a better reception, I pretended to be very high on what I took to be his side, and said: ˝Is it possible that the Sorbonne has introduced into the Church such an error as this, 'that all the righteous have always the power of obeying the commandments of God?'˝
˝What say you?˝ replied the doctor. ˝Call you that an error- a sentiment so Catholic that none but Lutherans and Calvinists impugn it?˝
˝Indeed!˝ said I, surprised in my turn; ˝so you are not of their opinion?˝
˝No,˝ he replied; ˝we anathematize it as heretical and impious.˝
Confounded by this reply, I soon discovered that I had overacted the Jansenist, as I had formerly overdone the Molinist. But, not being sure if I had rightly understood him, I requested him to tell me frankly if he held ˝that the righteous have always a real power to observe the divine precepts?˝ Upon this, the good man got warm (but it was with a holy zeal) and protested that he would not disguise his sentiments on any consideration- that such was, indeed, his belief, and that he and all his party would defend it to the death, as the pure doctrine of St. Thomas, and of St. Augustine their master.
This was spoken so seriously as to leave me no room for doubt; and under this impression I returned to my first doctor and said to him, with an air of great satisfaction, that I was sure there would be peace in the Sorbonne very soon; that the Jansenists were quite at one with them in reference to the power of the righteous to obey the commandments of God; that I could pledge my word for them and could make them seal it with their blood.
˝Hold there!˝ said he. ˝One must be a theologian to see the point of this question. The difference between us is so subtle that it is with some difficulty we can discern it ourselves- you will find it rather too much for your powers of comprehension. Content yourself, then, with knowing that it is very true the Jansenists will tell you that all the righteous have always the power of obeying the commandments; that is not the point in dispute between us; but mark you, they will not tell you that that power is proximate. That is the point.˝
This was a new and unknown word to me. Up to this moment I had managed to understand matters, but that term involved me in obscurity; and I verily believe that it has been invented for no other purpose than to mystify. I requested him to give me an explanation of it, but he made a mystery of it, and sent me back, without any further satisfaction, to demand of the Jansenists if they would admit this proximate power. Having charged my memory with the phrase (as to my understanding, that was out of the question), I hastened with all possible expedition, fearing that I might forget it, to my Jansenist friend and accosted him, immediately after our first salutations, with: ˝Tell me, pray, if you admit the proximate power?˝ He smiled, and replied, coldly: ˝Tell me yourself in what sense you understand it, and I may then inform you what I think of it.˝ As my knowledge did not extend quite so far, I was at a loss what reply to make; and yet, rather than lose the object of my visit, I said at random: ˝Why, I understand it in the sense of the Molinists.˝ ˝To which of the Molinists do you refer me?˝ replied he, with the utmost coolness. I referred him to the whole of them together, as forming one body, and animated by one spirit.
˝You know very little about the matter,˝ returned he. ˝So far are they from being united in sentiment that some of them are diametrically opposed to each other. But, being all united in the design to ruin M. Arnauld, they have resolved to agree on this term proximate, which both parties might use indiscriminately, though they understand it diversely, that thus, by a similarity of language and an apparent conformity, they may form a large body and get up a majority to crush him with the greater certainty.˝
This reply filled me with amazement; but, without imbibing these impressions of the malicious designs of the Molinists, which I am unwilling to believe on his word, and with which I have no concern, I set myself simply to ascertain the various senses which they give to that mysterious word proximate. ˝I would enlighten you on the subject with all my heart,˝ he said; ˝but you would discover in it such a mass of contrariety and contradiction that you would hardly believe me. You would suspect me. To make sure of the matter, you had better learn it from some of themselves; and I shall give you some of their addresses. You have only to make a separate visit to one called M. le Moine and to Father Nicolai.˝
˝I have no acquaintance with any of these persons,˝ said I.
˝Let me see, then,˝ he replied, ˝if you know any of those whom I shall name to you; they all agree in sentiment with M. le Moine.˝
I happened, in fact, to know some of them.
˝Well, let us see if you are acquainted with any of the Dominicans whom they call the 'New Thomists,' for they are all the same with Father Nicolai.˝
I knew some of them also whom he named; and, resolved to profit by this council and to investigate the matter, I took my leave of him and went immediately to one of the disciples of M. le Moine. I begged him to inform me what it was to have the proximate power of doing a thing.
˝It is easy to tell you that, ˝ he replied; ˝it is merely to have all that is necessary for doing it in such a manner that nothing is wanting to performance.˝
˝And so,˝ said I, ˝to have the proximate power of crossing a river, for example, is to have a boat, boatmen, oars, and all the rest, so that nothing is wanting?˝
˝Exactly so,˝ said the monk.
˝And to have the proximate power of seeing,˝ continued I, ˝must be to have good eyes and the light of day; for a person with good sight in the dark would not have the proximate power of seeing, according to you, as he would want the light, without which one cannot see?˝
˝Precisely,˝ said he.
˝And consequently,˝ returned I, ˝when you say that all the righteous have the proximate power of observing the commandments of God, you mean that they have always all the grace necessary for observing them, so that nothing is wanting to them on the part of God.˝
˝Stay there,˝ he replied; ˝they have always all that is necessary for observing the commandments, or at least for asking it of God.˝
˝I understand you,˝ said I; ˝they have all that is necessary for praying to God to assist them, without requiring any new grace from God to enable them to pray.˝
˝You have it now,˝ he rejoined.
˝But is it not necessary that they have an efficacious grace, in order to pray to God?˝
˝No,˝ said he; ˝not according to M. le Moine.˝
To lose no time, I went to the Jacobins, and requested an interview with some whom I knew to be New Thomists, and I begged them to tell me what proximate power was. ˝Is it not,˝ said I, ˝that power to which nothing is wanting in order to act?˝
˝No,˝ said they.
˝Indeed! fathers,˝ said I; ˝if anything is wanting to that power, do you call it proximate? Would you say, for instance, that a man in the night-time, and without any light, had the proximate power of seeing?˝
˝Yes, indeed, he would have it, in our opinion, if he is not blind.˝
˝I grant that,˝ said I; ˝but M. le Moine understands it in a different manner.˝
˝Very true,˝ they replied; ˝but so it is that we understand it.˝
˝I have no objections to that,˝ I said; ˝for I never quarrel about a name, provided I am apprised of the sense in which it is understood. But I perceive from this that, when you speak of the righteous having always the proximate power of praying to God, you understand that they require another supply for praying, without which they will never pray.˝
˝Most excellent!˝ exclaimed the good fathers, embracing me; ˝exactly the thing; for they must have, besides, an efficacious grace bestowed upon all, and which determines their wills to pray; and it is heresy to deny the necessity of that efficacious grace in order to pray.˝
˝Most excellent!˝ cried I, in return; ˝but, according to you, the Jansenists are Catholics, and M. le Moine a heretic; for the Jansenists maintain that, while the righteous have power to pray, they require nevertheless an efficacious grace; and this is what you approve. M. le Moine, again, maintains that the righteous may pray without efficacious grace; and this is what you condemn.˝
˝Ay,˝ said they; ˝but M. le Moine calls that power 'proximate power.'˝
˝How now! fathers,˝ I exclaimed; ˝this is merely playing with words, to say that you are agreed as to the common terms which you employ, while you differ with them as to the sense of these terms.˝
The fathers made no reply; and at this juncture, who should come in but my old friend, the disciple of M. le Moine! I regarded this at the time as an extraordinary piece of good fortune; but I have discovered since then that such meetings are not rare- that, in fact, they are constantly mixing in each other's society.
˝I know a man,˝ said I, addressing myself to M. le Moine's disciple, ˝who holds that all the righteous have always the power of praying to God, but that, notwithstanding this, they will never pray without an efficacious grace which determines them, and which God does not always give to all the righteous. Is he a heretic?˝
˝Stay,˝ said the doctor; ˝you might take me by surprise. Let us go cautiously to work. Distinguo. If he call that power proximate power, he will be a Thomist, and therefore a Catholic; if not, he will be a Jansenist and, therefore, a heretic.˝
˝He calls it neither proximate nor non-proximate,˝ said I.
˝Then he is a heretic,˝ quoth he; ˝I refer you to these good fathers if he is not.˝
I did not appeal to them as judges, for they had already nodded assent; but I said to them: ˝He refuses to admit that word proximate, because he can meet with nobody who will explain it to him.˝
Upon this one of the fathers was on the point of offering his definition of the term, when he was interrupted by M. le Moine's disciple, who said to him: ˝Do you mean, then, to renew our broils? Have we not agreed not to explain that word proximate, but to use it on both sides without saying what it signifies?˝ To this the Jacobin gave his assent.
I was thus let into the whole secret of their plot; and, rising to take my leave of them, I remarked: ˝Indeed, fathers, I am much afraid this is nothing better than pure chicanery; and, whatever may be the result of your convocations, I venture to predict that, though the censure should pass, peace will not be established. For though it should be decided that the syllables of that word proximate should be pronounced, who does not see that, the meaning not being explained, each of you will be disposed to claim the victory? The Jacobins will contend that the word is to be understood in their sense; M. le Moine will insist that it must be taken in his; and thus there will be more wrangling about the explanation of the word than about its introduction. For, after all, there would be no great danger in adopting it without any sense, seeing it is through the sense only that it can do any harm. But it would be unworthy of the Sorbonne and of theology to employ equivocal and captious terms without giving any explanation of them. In short, fathers, tell me, I entreat you, for the last time, what is necessary to be believed in order to be a good Catholic?˝
˝You must say,˝ they all vociferated simultaneously, ˝that all the righteous have the proximate power, abstracting from it all sense- from the sense of the Thomists and the sense of other divines.˝
˝That is to say,˝ I replied, in taking leave of them, ˝that I must pronounce that word to avoid being the heretic of a name. For, pray, is this a Scripture word?˝ ˝No,˝ said they. ˝Is it a word of the Fathers, the Councils, or the Popes?˝ ˝No.˝ ˝Is the word, then, used by St. Thomas?˝ ˝No.˝ ˝What necessity, therefore, is there for using it since it has neither the authority of others nor any sense of itself.?˝ ˝You are an opinionative fellow,˝ said they; ˝but you shall say it, or you shall be a heretic, and M. Arnauld into the bargain; for we are the majority, and, should it be necessary, we can bring a sufficient number of Cordeliers into the field to carry the day.˝
On hearing this solid argument, I took my leave of them, to write you the foregoing account of my interview, from which you will perceive that the following points remain undisputed and uncondemned by either party. First, That grace is not given to all men. Second, That all the righteous have always the power of obeying the divine commandments. Third, That they require, nevertheless, in order to obey them, and even to pray, an efficacious grace, which invincibly determines their will. Fourth, That this efficacious grace is not always granted to all the righteous, and that it depends on the pure mercy of God. So that, after all, the truth is safe, and nothing runs any risk but that word without the sense, proximate.
Happy the people who are ignorant of its existence! happy those who lived before it was born! for I see no help for it, unless the gentlemen of the Acadamy, by an act of absolute authority, banish that barbarous term, which causes so many divisions, from beyond the precincts of the Sorbonne. Unless this be done, the censure appears certain; but I can easily see that it will do no other harm than diminish the credit of the Sorbonne, and deprive it of that authority which is so necessary to it on other occasions.
Meanwhile, I leave you at perfect liberty to hold by the word proximate or not, just as you please; for I love you too much to persecute you under that pretext. If this account is not displeasing to you, I shall continue to apprise you of all that happens. I am, &c.