Powolna produktywność. Zapomniana sztuka osiągania sukcesów bez wypalenia zawodowego - Cal Newport

Kup ebooka

43.00 zł
34.40 zł (34,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPRO­WA­DZE­NIE

Latem 1966 roku, gdy do­bie­gał końca drugi rok jego pracy w ty­go­dniku "The New Yor­ker", John McPhee wy­lą­do­wał na ple­cach na stole pik­ni­ko­wym pod je­sio­nem na swoim po­dwórku nie­da­leko Prin­ce­ton w sta­nie New Jer­sey. "Le­ża­łem na nim przez pra­wie dwa ty­go­dnie, wpa­tru­jąc się w ga­łę­zie i li­ście, wal­cząc ze stra­chem i z pa­niką" - wspo­mina w swo­jej książce Draft No. 4 z 2017 roku[1]. McPhee miał już wtedy opu­bli­ko­wa­nych pięć ob­szer­nych ar­ty­ku­łów dla "The New Yor­kera"[2], a wcze­śniej przez sie­dem lat jako re­dak­tor współ­pra­co­wał z ty­go­dni­kiem "Time". In­nymi słowy, nie był no­wi­cju­szem w branży cza­so­pism, ale ar­ty­kuł, który unie­ru­cho­mił go tego lata na stole pik­ni­ko­wym, był naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym, jaki kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał na­pi­sać.

McPhee już wcze­śniej two­rzył syl­wetki lu­dzi[3], na przy­kład w swoim pierw­szym waż­nym ar­ty­kule dla "The New Yor­kera" - "Wy­czu­cie, w któ­rym miej­scu je­steś" - opi­sał gwiazdę ko­szy­kówki Uni­wer­sy­tetu Prin­ce­ton Billa Bra­dleya. Na kon­cie miał także ma­te­riały do­ty­czące hi­sto­rii[4]: wio­sną 1966 roku opu­bli­ko­wał dwu­czę­ściowy ar­ty­kuł na te­mat po­ma­rań­czy, w któ­rym prze­śle­dził hi­sto­rię tego skrom­nego owocu aż do pierw­szej wzmianki o nim z 500 roku p.n.e. w Chi­nach. Jed­nak w ra­mach obec­nego pro­jektu, do­ty­czą­cego nie­wia­ry­god­nie ob­szer­nego te­matu Pine Bar­rens w po­łu­dnio­wym New Jer­sey, McPhee pró­bo­wał zro­bić coś znacz­nie trud­niej­szego. Za­miast przed­sta­wić jedną, mu­siał spleść hi­sto­rie wielu po­staci, m.in. od­two­rzyć dłu­gie dia­logi i od­wie­dzić kon­kretne miej­sca. Za­miast za­pre­zen­to­wać hi­sto­rię po­je­dyn­czego obiektu, mu­siał zgłę­bić hi­sto­rię geo­lo­giczną, eko­lo­giczną, a na­wet po­li­tyczną ca­łego re­gionu.

McPhee spę­dził osiem mie­sięcy[5], drą­żąc ten te­mat, aż do wspo­mnia­nego pa­ra­liżu na stole pik­ni­ko­wym. Ze­brał, jak sam póź­niej stwier­dził, "ma­te­riał wy­star­cza­jący, by wy­peł­nić si­los". Po­dró­żo­wał ze swo­jego domu w Prin­ce­ton do Pine Bar­rens wię­cej razy, niż mógł zli­czyć, czę­sto za­bie­ra­jąc śpi­wór, aby prze­dłu­żyć po­byt. Prze­czy­tał wszyst­kie ko­nieczne książki i roz­ma­wiał ze wszyst­kimi od­po­wied­nimi oso­bami. Te­raz, gdy mu­siał za­cząć pi­sać, po­czuł się przy­tło­czony. "Brak pew­no­ści sie­bie na po­czątku wy­daje mi się ra­cjo­nalny - wy­ja­śnił. - Nie ma zna­cze­nia, że coś, co zro­bi­łeś wcze­śniej, było do­bre. Twój ostatni tekst nie na­pi­sze za cie­bie na­stęp­nego"[6]. Za­tem McPhee le­żał na stole, pa­trząc na ga­łę­zie je­sionu i pró­bu­jąc wy­my­ślić, jak po­łą­czyć w jedną ca­łość ten po­tężny zbiór źró­deł i hi­sto­rii. Po­zo­stał przy stole przez dwa ty­go­dnie, aż w końcu po­ja­wiło się roz­wią­za­nie jego dy­le­matu: Fred Brown.

Na po­czątku po­szu­ki­wań McPhee po­znał Browna, miesz­ka­ją­cego w szo­pie w głębi Pine Bar­rens 79-latka[7]. Póź­niej spę­dzili wiele dni ra­zem, wę­dru­jąc po le­sie. Od­kry­ciem, które spra­wiło, że McPhee wstał ze stołu pik­ni­ko­wego, był fakt, iż Brown wy­da­wał się w ja­kiś spo­sób po­wią­zany z więk­szo­ścią kwe­stii, które pra­gnął po­ru­szyć w ar­ty­kule. Mógłby przed­sta­wić Browna na po­czątku, a na­stęp­nie ustruk­tu­ry­zo­wać te­maty, które chciał zgłę­bić, chwi­lowo od­kła­da­jąc na bok swoje ko­lejne przy­gody z Brow­nem.

Mimo tego prze­łomu McPhee po­trze­bo­wał jesz­cze po­nad roku, aby ukoń­czyć ar­ty­kuł, pra­cu­jąc w skrom­nym wy­naj­mo­wa­nym biu­rze przy ulicy Na­ssau w Prin­ce­ton, znaj­du­ją­cym się nad skle­pem optycz­nym i na­prze­ciwko szwedz­kiego sa­lonu ma­sażu. Go­towy ar­ty­kuł li­czył po­nad trzy­dzie­ści ty­sięcy słów i skła­dał się z dwóch czę­ści, które uka­zały się w dwóch ko­lej­nych nu­me­rach ma­ga­zynu. To cu­downy długi re­por­taż, jedna z uko­cha­nych po­zy­cji w dłu­giej bi­blio­gra­fii McPhee. Nie po­wstałby on, gdyby nie go­to­wość au­tora, by odło­żyć wszystko na bok i po pro­stu le­żeć na ple­cach, wpa­tru­jąc się w niebo i głę­boko za­sta­na­wia­jąc nad tym, jak stwo­rzyć coś wspa­nia­łego.

Na­tra­fi­łem na tę hi­sto­rię w po­cząt­ko­wej fa­zie pan­de­mii ko­ro­na­wi­rusa. Ten okres był dla pra­cow­ni­ków wie­dzy - de­li­kat­nie mó­wiąc - trudny. W tym nie­po­ko­ją­cym wio­sen­nym cza­sie wraz z roz­wo­jem pan­de­mii i pod wpły­wem zwią­za­nych z nią za­kłó­ceń za­częły na­ra­stać obawy zwią­zane z wy­ma­ga­niami do­ty­czą­cymi pro­duk­tyw­no­ści wśród tych, któ­rzy na co dzień pra­cują w biu­rach i przy ekra­nach kom­pu­te­rów. Po­nie­waż w mo­ich tek­stach o tech­no­lo­gii i roz­pro­sze­niu uwagi czę­sto po­ru­sza­łem kwe­stie pro­duk­tyw­no­ści, bez­po­śred­nio do­świad­czy­łem na­ra­sta­ją­cego sprze­ciwu. Je­den z czy­tel­ni­ków na­pi­sał mi w e-ma­ilu: "Prze­szkodą jest dla mnie ję­zyk pro­duk­tyw­no­ści. Przy­jem­ność pły­nąca z faktu, że my­śli się i robi rze­czy do­brze, jest bar­dzo głę­boko za­ko­rze­niona w na­tu­rze ludz­kiej... Wy­daje mi się, że słab­nie, gdy jest łą­czona z pro­duk­tyw­no­ścią". Ko­men­tu­jący na moim blogu do­dał: "Ter­mi­no­lo­gia pro­duk­tyw­no­ści za­kłada nie tylko wy­ko­na­nie cze­goś, ale też zro­bie­nie tego za wszelką cenę". Czę­sto pod­kre­ślano rolę pan­de­mii jako czyn­nika wzmac­nia­ją­cego te na­stroje. Traf­nie ujął to pe­wien wni­kliwy czy­tel­nik: "Fakt, że pro­duk­tyw­ność = liczba wy­pro­du­ko­wa­nych rze­czy, jest jesz­cze bar­dziej wi­doczny pod­czas tej pan­de­mii, gdy od ro­dzi­ców, któ­rzy mieli szczę­ście za­cho­wać pracę, ocze­kuje się, że będą wy­ko­ny­wać po­dobną pracę, jed­no­cze­śnie opie­ku­jąc się dziećmi i je edu­ku­jąc". Ta ener­gia mnie za­sko­czyła. Ko­cham moją pu­blicz­ność, ale zwy­kle nie opi­sy­wa­łem jej jako "roz­pa­lo­nej". Do te­raz. Coś wy­raź­nie się zmie­niało.

Jak wkrótce od­kry­łem, ta ro­snąca nie­chęć do pro­duk­tyw­no­ści nie ogra­ni­cza się do mo­ich czy­tel­ni­ków. Mię­dzy wio­sną 2020 a la­tem 2021 roku, czyli w nie­spełna pół­tora roku, opu­bli­ko­wano co naj­mniej cztery ważne książki sku­pia­jące się na po­pu­lar­nych kon­cep­cjach pro­duk­tyw­no­ści. Na­leżą do nich Do No­thing Ce­le­ste He­adlee, Can't Even Anne He­len Pe­ter­sen, La­zi­ness Does Not Exist De­vona Price'a i uro­czo sar­do­niczne Cztery ty­siące ty­go­dni Oli­vera Bur­ke­mana. Wy­czer­pa­nie pracą zna­la­zło od­zwier­cie­dle­nie także w wielu sze­roko ko­men­to­wa­nych tren­dach spo­łecz­nych, które w cza­sie pan­de­mii na­si­lały się je­den po dru­gim. Naj­pierw była tzw. wielka re­zy­gna­cja. Cho­ciaż zja­wi­sko to po­le­gało na wy­co­fy­wa­niu się z rynku pracy w wielu róż­nych sek­to­rach go­spo­darki, wśród licz­nych nar­ra­cji po­bocz­nych pra­cow­nicy wie­dzy wy­ra­żali po­stu­lat, by ob­ni­żyć wy­ma­ga­nia sta­wiane im w ka­rie­rze za­wo­do­wej. Po wiel­kiej re­zy­gna­cji na­stą­pił etap ci­chego od­cho­dze­nia z pracy - w re­zul­ta­cie młodsi pra­cow­nicy za­częli agre­syw­nie sprze­ci­wiać się wy­ma­ga­niom pra­co­daw­ców do­ty­czą­cym pro­duk­tyw­no­ści.

"Przy­tła­czają nas praca i stres, je­ste­śmy cią­gle nie­za­do­wo­leni i pró­bu­jemy do­sko­czyć do po­przeczki, która wciąż jest pod­no­szona" - pi­sze Ce­le­ste He­adlee[8] we wstę­pie do Do No­thing. Kilka lat wcze­śniej ta­kie na­sta­wie­nie mo­gło się wy­da­wać pro­wo­ka­cyjne. Jed­nak za­nim pan­de­mia osią­gnęła szczyt, He­adlee miała za­stępy zwo­len­ni­ków.

Wi­dząc ten szybki wzrost nie­za­do­wo­le­nia, zro­zu­mia­łem, że dzieje się coś waż­nego. Pra­cow­nicy wie­dzy byli wy­czer­pani - wy­pa­leni co­raz więk­szą liczbą obo­wiąz­ków. Pan­de­mia nie tyle była przy­czyną tego trendu, ile spra­wiła, że zo­stała prze­kro­czona gra­nica wy­trzy­ma­ło­ści. Wielu pra­cow­ni­ków wie­dzy, któ­rzy na­gle zo­stali zmu­szeni do pracy zdal­nej, gdy ich dzieci krzy­czały w są­sied­nim po­koju, i cier­pieli pod­czas ko­lej­nego spo­tka­nia na Zoo­mie, za­częło się za­sta­na­wiać: "Co my tu wła­ści­wie ro­bimy?".

W moim uka­zu­ją­cym się od dawna biu­le­ty­nie, a także w no­wym pod­ka­ście, który uru­cho­mi­łem nie­długo po wy­bu­chu pan­de­mii, za­czą­łem sze­roko mó­wić o nie­za­do­wo­le­niu pra­cow­ni­ków wie­dzy i al­ter­na­tyw­nych kon­struk­cjach za­wo­do­wych. Ruch prze­ciwko pro­duk­tyw­no­ści się na­si­lał i co­raz czę­ściej po­ru­sza­łem tę kwe­stię w re­por­ta­żach dla "The New Yor­kera", z któ­rym współ­pra­cuję. Osta­tecz­nie spra­wiło to, że od je­sieni 2021 roku dwa razy w mie­siącu pro­wa­dzę po­świę­coną tej te­ma­tyce ko­lumnę Of­fice Space. Od­kry­łem trudne hi­sto­rie. Lu­dzie byli przy­tło­czeni, ale źró­dła ich ro­sną­cego wy­czer­pa­nia nie były oczy­wi­ste. In­ter­ne­towe dys­ku­sje na ten te­mat do­star­czyły wielu róż­no­rod­nych, a nie­raz sprzecz­nych teo­rii: pra­co­dawcy nie­ustan­nie zwięk­szają wy­ma­ga­nia wo­bec pod­wład­nych, pró­bu­jąc wy­do­być więk­szą war­tość z ich pracy. Nie, tak na­prawdę przy­czyną jest zin­ter­na­li­zo­wana kul­tura sku­piona na by­ciu za­ję­tym, którą bu­dują osoby kształ­tu­jące w in­ter­ne­cie po­dej­ście do pro­duk­tyw­no­ści. A może tak na­prawdę je­ste­śmy świad­kami nie­unik­nio­nego upadku "ka­pi­ta­li­zmu ostat­niego etapu"? Wy­ty­kano pal­cami i wy­ła­do­wy­wano fru­stra­cje, a przez cały ten czas wy­kwa­li­fi­ko­wani pra­cow­nicy co­raz bar­dziej po­grą­żali się w nie­szczę­ściu. Sy­tu­acja wy­da­wała się po­nura, ale w miarę, jak pro­wa­dzi­łem wła­sne ba­da­nia na ten te­mat, za­czą­łem do­strze­gać pro­myk na­dziei - da­wała ją hi­sto­ria, od któ­rej roz­po­czę­li­śmy tę dys­ku­sję.

Kiedy po raz pierw­szy ze­tkną­łem się z hi­sto­rią Johna McPhee, który przez dłu­gie dni spo­glą­dał na li­ście na swoim po­dwórku, przy­ją­łem ją z no­stal­gią - jako scenę z dawno mi­nio­nej prze­szło­ści, kiedy ci, któ­rzy za­ra­biali na ży­cie, uży­wa­jąc umy­słu, rze­czy­wi­ście mieli czas i prze­strzeń po­trzebne, by two­rzyć im­po­nu­jące rze­czy. "Czy nie by­łoby miło mieć pracę, w któ­rej nie trzeba się mar­twić o pro­duk­tyw­ność?" - za­sta­na­wia­łem się. Ale w końcu po­ja­wiła się uparta myśl. McPhee był wy­dajny. Je­śli prze­sta­niemy się sku­piać na tym, co ro­bił na stole pik­ni­ko­wym w tamte let­nie dni 1966 roku, i spoj­rzymy na jego całą ka­rierę, okaże się, że opu­bli­ko­wał dwa­dzie­ścia dzie­więć ksią­żek, z któ­rych jedna zdo­była Na­grodę Pu­lit­zera, a dwie były no­mi­no­wane do Na­tio­nal Book Awards. Przez po­nad pięć­dzie­siąt lat pi­sał także wy­róż­nia­jące się ar­ty­kuły dla "The New Yor­kera", a dzięki słyn­nemu kur­sowi kre­atyw­nej li­te­ra­tury faktu, który od dawna pro­wa­dził na Uni­wer­sy­te­cie Prin­ce­ton, był men­to­rem wielu mło­dych pi­sa­rzy, któ­rzy sami zro­bili ka­riery - ta­kich jak Ri­chard Pre­ston, Eric Schlos­ser, Jen­ni­fer We­iner i Da­vid Rem­nick. Roz­sądna de­fi­ni­cja pro­duk­tyw­no­ści musi od­no­sić się rów­nież do Johna McPhee, a prze­cież w jego na­wy­kach pracy nie ma sza­leń­stwa, po­goni za obo­wiąz­kami ani przy­tło­cze­nia.

Te po­cząt­kowe spo­strze­że­nia roz­wi­nęły się w pod­sta­wową ideę, którą zba­damy w tej książce - moż­liwe, że pro­blem pra­cow­ni­ków wie­dzy nie do­ty­czy pro­duk­tyw­no­ści w sen­sie ogól­nym, ale ra­czej jej błęd­nej de­fi­ni­cji, która przy­jęła się w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach. Nie­ustanne prze­cią­że­nie, które nas wy­kań­cza, wy­nika z prze­ko­na­nia, że do­bra praca wy­maga co­raz więk­szej in­ten­syw­no­ści - szyb­szego od­po­wia­da­nia na e-ma­ile i czaty, więk­szej liczby spo­tkań, za­dań, go­dzin. Kiedy jed­nak przyj­rzymy się bli­żej temu za­ło­że­niu, nie znaj­dziemy so­lid­nych pod­staw. Do­sze­dłem do wnio­sku, że rów­nie ła­two można uza­sad­nić al­ter­na­tywne po­dej­ścia do pro­duk­tyw­no­ści, rów­nież ta­kie, w któ­rych prze­peł­nione li­sty za­dań i cią­gła ak­tyw­ność są de­pre­cjo­no­wane, a chwali się coś w ro­dzaju ospa­łej in­ten­cjo­nal­no­ści Johna McPhee. Tak na­prawdę stało się ja­sne, że zwy­czaje i ry­tu­ały tra­dy­cyj­nych pra­cow­ni­ków wie­dzy, ta­kich jak McPhee, są czymś wię­cej niż tylko in­spi­ra­cją, a - przy sta­ran­nym uwzględ­nie­niu re­aliów XXI wieku - mogą sta­no­wić bo­gate źró­dło po­my­słów na te­mat tego, jak można by zmie­nić współ­cze­sne ro­zu­mie­nie osią­gnięć za­wo­do­wych.

Te od­kry­cia za­po­cząt­ko­wały nowe my­śle­nie o po­dej­ściu do pracy, a osta­tecz­nie po­łą­czyły się, two­rząc w pełni ukształ­to­waną al­ter­na­tywę dla za­ło­żeń bę­dą­cych przy­czyną na­szego obec­nego wy­czer­pa­nia:

PO­WOLNA PRO­DUK­TYW­NOŚĆ

Kon­cep­cja, by pracę opartą na wie­dzy or­ga­ni­zo­wać w spo­sób zrów­no­wa­żony i zna­czący, opiera się na trzech na­stę­pu­ją­cych za­sa­dach:

1. Rób mniej rze­czy.

2. Pra­cuj w na­tu­ral­nym tem­pie.

3. Niech ja­kość sta­nie się twoją ob­se­sją.

Jak do­wiesz się z ko­lej­nych stron, fi­lo­zo­fia ta od­rzuca po­goń za by­ciem za­ję­tym, po­strze­ga­jąc prze­cią­że­nie jako prze­szkodę w osią­ga­niu zna­czą­cych wy­ni­ków, a nie po­wód do dumy. Za­kłada rów­nież, że wy­siłki za­wo­dowe na­leży roz­wi­jać w bar­dziej zróż­ni­co­wa­nym i ludz­kim tem­pie, trudne okresy w wielu ska­lach cza­so­wych trzeba rów­no­wa­żyć re­lak­sem, a pod­stawą wszyst­kiego po­winno być sku­pie­nie się na im­po­nu­ją­cej ja­ko­ści, a nie na per­for­ma­tyw­nej ak­tyw­no­ści. W dru­giej czę­ści książki szcze­gó­łowo opi­szę pod­sta­wowe za­sady tej kon­cep­cji, po­da­jąc za­równo ich teo­re­tyczne uza­sad­nie­nie, jak i kon­kretne rady, jak sto­so­wać je w ży­ciu za­wo­do­wym nie­za­leż­nie od tego, czy pro­wa­dzisz wła­sną firmę czy pra­cu­jesz pod ści­słym nad­zo­rem szefa.

Moim ce­lem nie jest po pro­stu da­wa­nie wska­zó­wek, jak spra­wić, by twoja praca była mniej wy­czer­pu­jąca. Nie cho­dzi też o to, żeby w twoim imie­niu po­ma­chać pię­ścią wy­zy­ski­wa­czom obo­jęt­nym na twoje przy­tło­cze­nie (choć z pew­no­ścią coś ta­kiego zro­bimy). Za­miast tego chcę za­pro­po­no­wać to­bie, two­jej ma­łej fir­mie lub du­żemu pra­co­dawcy, jak w zu­peł­nie nowy spo­sób za­sta­no­wić się, co to zna­czy do­pro­wa­dzić wszystko do końca. Chcę oca­lić pracę opartą na wie­dzy przed jej co­raz bar­dziej nie­okieł­zna­nym sza­leń­stwem i prze­kształ­cić ją w coś bar­dziej zrów­no­wa­żo­nego i ludz­kiego - dzięki temu bez ko­niecz­no­ści ha­rówki bę­dziesz mógł two­rzyć rze­czy, z któ­rych bę­dziesz dumny. Oczy­wi­ście nie każda praca biu­rowa po­zwoli na­tych­miast przy­jąć ten bar­dziej ce­lowy rytm, ale - jak szcze­gó­łowo opi­szę - ma on szer­sze za­sto­so­wa­nie, niż mo­głoby się na pierw­szy rzut oka wy­da­wać. In­nymi słowy, chcę ci udo­wod­nić, że osią­gnię­cie suk­cesu bez wy­pa­le­nia za­wo­do­wego nie tylko jest moż­liwe, ale też po­winno być no­wym stan­dar­dem.

Za­nim jed­nak wy­prze­dzimy sa­mych sie­bie, mu­simy zro­zu­mieć, jak sek­tor pracy opar­tej na wie­dzy w ogóle wszedł w obecną tok­syczną re­la­cję z pro­duk­tyw­no­ścią - ła­twiej bę­dzie od­rzu­cić sta­tus quo, gdy na­prawdę zro­zu­miemy, jak przy­pad­kowo do tego do­szło. By osią­gnąć ten cel, za­czniemy te­raz na­szą po­dróż.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki