1
Lista obecności
Woody Allen
Zaczęłam sporządzać listę.
Roman Polański, Woody Allen, Bill Cosby, William Burroughs, Richard Wagner, Sid Vicious, V. S. Naipaul, John Galliano, Norman Mailer, Ezra Pound, Caravaggio, Floyd Mayweather... choć po uwzględnieniu sportowców ta lista nie miałaby końca. Co z kobietami? Lista natychmiast staje się o wiele bardziej dyskusyjna: Anne Sexton? Joan Crawford? Sylvia Plath? Czy autoagresja też się liczy? No dobrze, to może wróćmy do mężczyzn: Pablo Picasso, Lead Belly, Miles Davis, Phil Spector. Dodajcie kilka nazwisk od siebie, dodawajcie jedno na tydzień, jedno dziennie. Charlie Rose. Carl Andre. Johnny Depp.
Oskarżono ich o zrobienie lub powiedzenie czegoś okropnego, przy czym dokonali oni również rzeczy wielkich. Okropność czynu zakłóca wybitność dzieła. Nie umiemy oglądać, słuchać ani czytać rzeczy wybitnych, nie pamiętając o tym, co okropne. Zalani informacjami o potworności twórców, odwracamy się ze wstrętem. Albo... nie. Oglądamy dalej, oddzielając lub próbując oddzielić artystę od sztuki. Tak czy inaczej: zakłócenie.
Jak oddzielić twórcę od tego, co stworzył? Czy zapominamy o jego czynach świadomie, gdy postanawiamy wysłuchać, przykładowo, Pierścienia Nibelunga Wagnera? (Niektórym zapominanie przychodzi łatwiej niż innym; na terenie dzisiejszego Izraela dzieła Wagnera rzadko wykonywano po 1938 roku). A może jesteśmy przekonani, że geniusz zasługuje na specjalną dyspensę, zwolnienie z lekcji zachowania?
Czy nasza reakcja zmienia się zależnie od sytuacji? Czy karę, przepisy, odmowę uczestnictwa stosujemy konsekwentnie? Niektóre dzieła z powodu przewinień twórców uznano już chyba za nienadające się do oglądania. Jak można oglądać The Cosby Show po oskarżeniach o gwałt wysuniętych wobec Billa Cosby'ego? Technicznie to oczywiście nadal możliwe, lecz czy rzeczywiście oglądamy serial? Czy może spektakl naszej utraconej niewinności?
Czy to po prostu kwestia pragmatyzmu? Czy wycofujemy nasze wsparcie, gdy twórca żyje, a tym samym mógłby skorzystać finansowo na naszym obcowaniu z jego dziełem? Czy głosujemy portfelem? Jeśli tak, to czy można oglądać dzieła Romana Polańskiego dostępne za darmo? Czy można obejrzeć je, hmmm, w domu znajomego?
W miarę upływu lat, a właściwie w miarę wkraczania w nową erę, te pytania stają się coraz bardziej naglące. Oto prawda na temat nowych er: trudno się zorientować, że właśnie nadeszły. Nie są one w żaden sposób oznakowane. Może nawet nie jest to odpowiednie określenie: nowa era. Może po prostu weszliśmy w jakąś erę i dzięki temu naga prawda stała się lepiej widoczna dla ludzi, którym dotąd udawało się jej nie dostrzegać. Jedna z takich prawd objawiła się 7 października 2016 roku. Siedziałam w moim salonie - w tym samym pokoju, w którym w słoneczne popołudnia i mroczne wieczory chłonęłam z poczuciem winy filmy Romana Polańskiego - i raz za razem odtwarzałam nagranie wyemitowane w programie telewizyjnym Access Hollywood.
To bardzo szczególny sposób obcowania z jakimś materiałem: oglądanie kompulsywne - jakby to mogło coś zmienić, jakbyśmy mogli wziąć za coś odpowiedzialność, o ile nie oderwiemy wzroku od ekranu. Pamiętam to z dwóch wojen w Zatoce Perskiej, z 11 września i z dzieciństwa, gdy cała moja rodzina zasiadała przed telewizorem, aby oglądać przesłuchania związane z aferą Watergate. Jakby samo oglądanie mogło coś zmienić.
Piłam kawę, jadłam tost z masłem i słuchałam, jak republikański kandydat na prezydenta mówi o łapaniu kobiet za cipkę. Pewnie nie trzeba wam przypominać.
Oglądałam to i czułam wzbierające w moim ciele wspomnienia - wspomnienia z gatunku tych, jakie ma wiele kobiet. Było tam również wyparcie. Wyparcie tak głębokie, że gdy usłyszałam...
"Możesz robić, co chcesz. Łapać je za cipkę"1.
...nie uzmysłowiłam sobie, że on opisuje gwałt. Nie docierało to do mnie, póki nie odpaliłam mediów społecznościowych, żeby poczytać komentarze, i jakiś facet tego wreszcie nie nazwał: "To jest gwałt".
Tamtego okropnego dnia zdarzyła się jedna dobra rzecz, zapowiedź rodzącego się ruchu. Zdarzyła się mianowicie na Twitterze, na profilu Kelly Oxford, modelki i autorki bestsellerów, należącej do ludzi, którzy zwykle działają mi na nerwy. Jak można być kimś tak ślicznym i do tego sprzedawać tyle książek? Oxford jednak opublikowała coś takiego: "Kobiety, napiszcie mi o pierwszej napaści seksualnej, której padłyście ofiarą. To nie są tylko liczby. Ja pierwsza: Jakiś staruch w autobusie łapie mnie za cipkę i się do mnie uśmiecha. Mam dwanaście lat"2. Szczególną siłę miało jedno krótkie słowo w oryginalnym tweecie Oxford: "pierwsza". Sugerowało istnienie jakiejś listy.
Miałam własną listę. Sprawcą pierwszej napaści na mnie był przyjaciel rodziny. Miałam trzynaście lat. Pierwszej. Dwa razy próbowano mnie zgwałcić, wielokrotnie atakowano mnie na ulicy i naprawdę Bóg raczy wiedzieć, ile razy zostałam zmacana wbrew własnej woli. Z wypiekami obserwowałam, jak w ciągu kolejnych czternastu godzin Oxford otrzymuje ponad milion tweetów od kobiet opisujących pierwszą napaść seksualną w ich życiu. W pewnym momencie dostawała ponad pięćdziesiąt tweetów na minutę. To było na rok przed wybuchem ruchu #MeToo.
Kobiety jakby przecierały oczy. Rozglądały się dookoła i mówiły: "Hm. To, co tamta opisała przed chwilą jako gwałt, przydarzyło się mnie". Podniesiono kamień i odkryto pod nim całe stada seksualnych drapieżców, którzy rozpierzchli się w świetle nagle aż nazbyt jasnym.
Tamtego dnia czuło się, że na gładkim ekranie rzeczywistości na chwilę pojawiły się zakłócenia. Zapewne przejściowe, mimowolny błąd zamykający kampanię. Z pewnością zostanie wybrana Hillary Clinton i wszystko wróci do normalności. Dopiero zaczynało do mnie docierać, że normalność wcale nie była taka dobra, a wybór Hillary Clinton oznaczałby kontynuację rzeczywistości, która dla wszystkich stawała się coraz bardziej bezwzględna. Liberalizm był planem nieudanym, jeśli chodzi o ochronę wszystkich przed wszystkimi.
Wcale tego nie chciałam. Nie zależało mi na tego rodzaju zakłóceniach na gładkim ekranie powszechnie przyjmowanej rzeczywistości. Moje preferencje były jednak bez znaczenia, a Trumpowskie zakłócenia okazały się nową rzeczywistością. Demoralizujące oddziaływanie tego nagrania wzmogło się w kolejnym miesiącu, gdy już stało się jasne, że nie miało ono absolutnie żadnego wpływu na ocenę możliwości kandydowania przez Trumpa na prezydenta. Nadal żyjemy w tych zakłóceniach.
Wśród nich, w ich kontekście, sama czując się niejako zakłócona, coraz częściej zadawałam sobie pytanie: co zrobić z wielką sztuką autorstwa złych ludzi?
Przystańmy na chwilę. Kim są my występujący nieodmiennie w pismach krytycznych? My to wyjście ewakuacyjne. My to tania sztuczka. My to sposób na to, by zarazem zrzucić z siebie osobistą odpowiedzialność i narzucić wygodny płaszcz autorytetu. My to głos mało ambitnego krytyka płci męskiej, który prawdziwie wierzy w to, iż wie, co powinna myśleć cała reszta. My jest skorumpowane. My to pozór. Prawdziwe pytanie brzmi: czy mogę kochać sztukę i nienawidzić artysty? Czy ty możesz? Gdy mówię my, mam na myśli siebie. Mam na myśli ciebie.
Wiedziałam, że Polański był gorszy, cokolwiek miałoby to oznaczać. Natomiast Woody Allen był osobą, która przeciętnego widza skłaniała do skrupulatnego rachunku sumienia. Gdy podniosłam temat wpływu zachowania artysty na trudności, jakie może mieć publiczność z odbiorem jego sztuki, moim punktem odniesienia pozostawał Woody Allen. Na jego temat każdy miał wyrobione zdanie.
Prawdziwe cytaty:
"O północy w Paryżu było wspaniałe. Resztę po prostu wyrzuciłam z głowy".
"Och, nigdy bym nie poszedł na film Woody'ego Allena".
"Wychowałam się na jego filmach. Uwielbiam je, to część mojego życia".
"To wszystko spisek uknuty przez Mię".
"Cieszę się, że ostatnio jego filmy szorują po dnie, dzięki czemu nie muszę się tym przejmować" (dobra, to akurat moja wypowiedź).
Wokół drobnej postaci Woody'ego Allena krążyło mnóstwo plotek i oskarżeń, tworzących razem coś na kształt chmary meszek. Jego córka Dylan Farrow, popierana przez jedno z rodzeństwa, odsądzana od czci przez drugie, uparcie podtrzymywała wymierzone w Allena oskarżenie, powtarzając, że jako siedmiolatka była przez niego molestowana. Nie znamy prawdziwego przebiegu zdarzeń i być może nigdy go nie poznamy. Na pewno wiemy tylko tyle, że Woody Allen spał z Soon-Yi Previn, adoptowaną córką swojej partnerki Mii Farrow. Kiedy pierwszy raz poszli do łóżka, Soon-Yi była albo w szkole średniej, albo na pierwszym roku studiów, on zaś był najsłynniejszym reżyserem filmowym na świecie.
Dziś toczy się gorąca debata na temat zarzutów wysuniętych przez Dylan Farrow, lecz to historia Soon-Yi podważyła i przeorganizowała moją opinię na temat filmów Allena. Pieprzenie Soon-Yi odebrałam jako potworną zdradę wymierzoną we mnie osobiście. Jako nastolatka czułam się jak Woody Allen. Czułam - czy może wierzyłam? - że ekranowy Allen reprezentuje mnie. Jest mną. To jeden z przedziwnych aspektów jego geniuszu: zdolność wcielania się w publiczność. To utożsamienie się z Allenem było tym silniejsze, im słabsze wydawały się postaci odgrywane przez niego na ekranie: chude i niskie jak dzieci, zdezorientowane w niepojętym świecie, który wcale się o nie nie troszczył. (Wcześniej takie uczucia wzbudzał w widzach Charlie Chaplin). Dorosły reżyser filmowy był mi jako dziewczynce bliższy, niż można by się spodziewać. Jakimś cudem nabrałam przekonania, że do mnie należy. Zawsze uważałam go za jednego z nas - bezbronnych. Po Soon-Yi dostrzegłam w nim drapieżnika.
Żeby spać z dzieckiem swojego partnera, trzeba być wyjątkowym gnojem. Słyszę was, obrońcy Woody'ego, bronicie go nawet teraz, w mojej głowie, przekonując, że Woody nie był ojcem Soon-Yi, tylko chłopakiem jej matki, a ja zwyczajnie histeryzuję. Dysponuję jednak szczególną wiedzą o tego rodzaju relacji, bo wychowywali mnie moja matka i jej chłopak Larry. I zapewniam was, że Larry był dla mnie ojcem.
Woody wyzwolił we mnie reakcję emocjonalną mającą bardzo konkretne podstawy. Jako dziecko dorastające w latach siedemdziesiątych nie raz i nie dwa miałam kontakt z dorosłymi drapieżnikami seksualnymi, ale żaden z nich nie był moim rodzicem.
Przyznanie, że Woody nie był rodzicem Soon-Yi, pogwałciłoby samą istotę mojej relacji z Larrym, a jest to jedna z tych relacji, które cenię w życiu najbardziej. Może wyjaśnia to moją reakcję na upublicznienie wiadomości o Woodym i Soon-Yi: cały ten bajzel zbrzydził mnie tym bardziej, że w moim życiu obecny był chłopak mojej matki - ktoś, kogo do dziś uwielbiam i szanuję. Historia Woody'ego i Soon-Yi - przynajmniej w takiej postaci, w jakiej do mnie dotarła - wypaczyła tę delikatną relację.
Innymi słowy, moja reakcja nie była reakcją logiczną, lecz emocjonalną.
Teraz, po tych wszystkich latach, zamierzałam wrócić do filmów Allena i sprawdzić, czy zostały nieodwracalnie naznaczone. Dlatego któregoś deszczowego popołudnia klapnęłam na kanapę w salonie i dopuściłam się wykroczenia: kupiłam dostęp do Annie Hall. Nie było to trudne. Kliknęłam po prostu przycisk "OK" na moim wielkim uniwersalnym pilocie, po czym w oczekiwaniu na rozpoczęcie filmu zanurkowałam do torebki z ciasteczkami. Jako wykroczenie było to raczej mało spektakularne.
Na ekranie zaczęły pojawiać się czarne plansze ze znajomymi nazwiskami: Jack Rollins, Charles H. Joffe, wszystko wypisane dobrze znanym mi fontem, drugim na liście najbardziej cywilizowanych krojów świata (pierwsze miejsce zajmuje tygodnik "New Yorker", tam również szeryfy gratulują czytelnikom znakomitego gustu).
Jak się okazało, Annie Hall to nadal świetny film. Wcześniej oglądałam go co najmniej kilkanaście razy i zawsze oczarowywał mnie na nowo. Annie Hall to inteligentna rozrywka, miękki but Astaire'a, balon z helem próbujący ulecieć do góry. Annie Hall jest frywolna w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nieprzypadkowo najsłynniejszym elementem tego filmu są stroje Annie. Annie - w męskiej kamizelce, pod krawatem, w luźnych spodniach w kant, popatrująca niepewnie spod ronda wielkiego czarnego kapelusza - jest złodziejką poważnych ubrań poważnych mężczyzn. Zakradła się do ich krainy, omijając wszystkie pułapki. Nie po to, by zyskać władzę, lecz dla rozrywki.
W Annie Hall wszystko jest kwestią stylu. Na tym właśnie polega geniusz tego dzieła. Geniusz Woody'ego Allena. Grany przez niego Alvy bredzi nieustannie o końcu świata (Allen chciał zatytułować ten film Anhedonia), lecz dynamikę nadaje tutaj nonsensowna, właściwie nieujęta w słowa postawa Annie wobec świata. Jej uśmiech, jej okulary przeciwsłoneczne, jej wzruszające podkoszulki to jej filozofia i wykładnia jej światopoglądu. Pauzy i nonsensowne sylaby, które wplata między słowa, są równie istotne jak to, co mówi. "W życiu nie powiedziałam la-di-da, póki on tego nie napisał, lecz rzeczywiście byłam osobą, która nie umie dokończyć zdania"3 - powiedziała Diane Keaton w wywiadzie udzielonym Katie Couric, opisując, w jaki sposób ta filmowa postać została zbudowana wokół niej. Język Annie był paplaniną Keaton, ale wyostrzoną, wzmocnioną i zapisaną.
Nawet przedstawiona historia miłosna nie ma sensu, bo to historia dla ludzi niewierzących w miłość. Annie i Alvy schodzą się, rozchodzą, znów schodzą, wreszcie zrywają na dobre. Koniec. Ich relacja od początku mijała się z celem, ale absolutnie była warta zachodu.
Powtarzane przez Annie la-di-da jest duszą całego projektu. Nonsensowne sylaby to radosny wyraz taniego egzystencjalizmu Allena i jego przeświadczenia o nieuniknionym kresie miłości. La-di-da znaczy: to wszystko jest bez znaczenia. Znaczy: bawmy się, choćby nam się wszystko waliło. Znaczy: ktoś z pewnością złamie nam serce, czy to nie przezabawne?
Keaton ośmieliła się zagrać idiotkę, Allen ośmielił się zmarnować taśmę na spektakl jej głupkowatości. Oboje, reżyser i aktorka, niepewnie brną przez ten film, o którego etosie stanowi równowaga - cnotą jest mimo wszystko się nie wywrócić.
Kreacja Diane Keaton w Annie Hall okazuje się absolutnie niepowtarzalna, co wiemy stąd, że po premierze wszystkie Amerykanki próbowały ją naśladować - bez powodzenia. Jej styl wydaje się łatwy do podrobienia, ale to nieprawda. I dotyczy to całości tego dzieła. Wszystko, co wydaje się w nim proste, wcale takie nie jest: stylistyka pastiszu, kiczowate dowcipy, w których pobrzmiewa emocjonalna ambiwalencja, rezygnacja ze szczęśliwego zakończenia złagodzona ogólnym poczuciem bardzo dorosłej przyjacielskości.
Annie Hall to najwspanialszy film komediowy XX wieku - lepszy niż Drapieżne maleństwo, lepszy nawet niż Golfiarze - ponieważ nie próbuje zaprzeczać, że sednem każdej komedii jest niepohamowany nihilizm. Poza tym to naprawdę zabawny obraz. Oglądać go to przynajmniej przez chwilę odczuwać swoją przynależność do rodzaju ludzkiego. To poczucie przynależności bywa wręcz przytłaczające. Sfabrykowana więź może się okazać piękniejsza od samej miłości, symulakrum prawdziwsze od tego, co imituje. Właśnie to jest dla mnie wyznacznikiem wybitnej sztuki.
Nie odczuwam stałej więzi z resztą ludzkości. To raczej nieczęsta przyjemność. Miałabym z niej zrezygnować tylko dlatego, że Woody Allen okazał się koszmarnym człowiekiem? To trochę niesprawiedliwe.
Jak wspomniałam, Allen chciał nadać Annie Hall inny tytuł: Anhedonia, oznaczający niezdolność do odczuwania przyjemności. Moja własna zdolność do odczuwania przyjemności, zwłaszcza tej płynącej z odbioru sztuki, była nieustannie wystawiana na próbę - przez depresję, przez zblazowanie, przez nieuwagę. Teraz okazywało się, że muszę jeszcze uwzględniać biografię artysty. Biografia artysty stała się czynnikiem zakłócającym moją własną przyjemność.
Tydzień po obejrzeniu Annie Hall umówiłam się na kawę z moją byłą współpracownicą Sarą. Usiadłyśmy w zapuszczonej kawiarni na Wzgórzu Kapitolińskim w Seattle i zaczęłyśmy rozmawiać o dzieciach i naszym pisaniu. Sara ze swoimi różowymi policzkami i bystrym spojrzeniem czarnych oczu wyglądała jak postać z książeczki dla dzieci o dzielnych pionierach, którzy przeżyli nawałnicę: była najdoskonalszym uosobieniem uroczego rozsądku. Na wieść o tym, że piszę, a w każdym razie myślę o Woodym Allenie, zdradziła mi, że jej sąsiedzka biblioteczka z darmową literaturą jest zawalona książkami o Allenie lub jego autorstwa. Roześmiałyśmy się, oczyma duszy widząc rozwścieczoną wielbicielkę, która nie mogła już na nie patrzeć, więc wepchnęła je do jednej z uroczych przeszklonych gablotek, w jakich zwykle takie biblioteczki się mieszczą.
Uknułyśmy plan: Sara zwędzi wszystkie publikacje, żebym mogła wykorzystać je w pracy badawczej. Nie pomyślałam wtedy o tym, ale podprowadzone w ten sposób książki Allena nie kosztowały mnie ani centa, była to zatem idealna metoda obcowania ze sztuką kogoś, komu z perspektywy moralnej wiele można zarzucić. Pożegnałyśmy się, a gdy już wsiadałam do auta, dostałam od Sary wiadomość:
"Nie mam pojęcia, co zrobić z uczuciami, jakimi darzę Woody'ego Allena", przeczytałam.
Normalnie odrzuciłabym słowo "uczucia" ze względu na jego słabość, niedookreśloność i... hm, kobiecość. Sara była jednak tak inteligentna, że uważnie przeczytałam to, co do mnie napisała. Wydawała się wzorem oświeconego odbiorcy. Skoro nawet ona nie radziła sobie z uczuciami do Woody'ego Allena, co mieli zrobić wszyscy pozostali?
Wybrałam się na krótki objazd po znajomych kobietach. Innej bystrej przyjaciółce, elokwentnej i czarującej dyrektorce z branży informatycznej, wyznałam, że piszę o Woodym Allenie. "Mam na jego temat mnóstwo przemyśleń!", wypaliła, najwyraźniej chcąc się nimi jak najszybciej podzielić. Piłyśmy wino na jej werandzie, umościła się wygodniej w fotelu. "Jestem na niego wściekła! Byłam wściekła już po tej sprawie z Soon-Yi, a potem ta... Jak ta dziewczynka się nazywała? Dylan? No to potem wyszła sprawa z Dylan i opublikowano to jego okropne, lekceważące oświadczenie. Nie wspomnę o tym, że nie znoszę, w jaki sposób mówi o Soon-Yi, powtarzając nieustannie, jak bardzo wzbogacił jej życie".
To są uczucia.
Moja przyjaciółka powiedziała wcześniej, że ma mnóstwo przemyśleń na temat Woody'ego Allena, ale to nie była prawda. To przytrafia się wielu z nas, gdy zastanawiamy się nad dziełami potwornych geniuszy: wmawiamy sobie, że mamy przemyślenia etyczne, gdy tak naprawdę doświadczamy uczuć moralnych. Ujmujemy je w słowa i nazywamy opiniami: "To, co zrobił Allen, było niewłaściwe". Lecz uczucia wypływają ze źródła bardziej pierwotnego niż myśli. Fakty były takie, że zasmuciła mnie historia Woody'ego i Soon-Yi. Nie myślałam, tylko czułam. Odebrałam to jako afront, z jakiegoś powodu bardzo osobisty.
Oto, jak doznać emocji bardzo skomplikowanych: obejrzyjcie Manhattan.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.