ROZDZIAŁ 2
Co, dlaczego i po co zbadał Stanley
Milgram
W historii nauki sporo
wielkich odkryć dokonało się przypadkiem. Najbardziej popularnym
- aby nie rzec: wyświechtanym - przykładem jest odkrycie
penicyliny przez Fleminga, który był potwornym bałaganiarzem
i w swoim laboratorium zostawił brudne szalki, które zostały zakażone
pleśnią. Patrząc na nie, zauważył, że matowe kolonie gronkowców
w pobliżu skupień pleśni stają się przeźroczyste, co doprowadziło
go do wniosku, że pleśń musi zawierać nieszkodliwą dla samej siebie
substancję bakteriobójczą. Potem szybko przekonał się (już w pełni
intencjonalnie), że nie jest ona szkodliwa również dla tkanek innych
organizmów. Tę tajemniczą substancję nazwał "penicylina" i choć
nie udało mu się jej wyizolować i oczyścić, odkrycie to przyniosło
mu nieśmiertelną sławę.
Równie wiele przypadku było
w odkryciu przez Iwana Pawłowa zasad warunkowania klasycznego,
jakże ważnego dla psychologii. Pawłow prowadził badania dotyczące
fizjologii trawienia. W procesie tym istotne jest także to, że badane
zwierzęta, przeżuwając pokarm, mieszają go ze śliną. W trakcie
badań pojawił się jednak problem. Laborant, który przynosił psom
pożywienie, nosił drewniane chodaki, a psy już po kilku dniach od
rozpoczęcia eksperymentów zaczynały się ślinić, słysząc dźwięk
tych chodaków, zanim jeszcze dostały miskę z jedzeniem. Pawłowa
zaintrygowało to, co przeszkadzało mu w badaniu procesów trawienia
- dlaczego właściwie psy się ślinią, choć jedzenia jeszcze nie
mają w pyskach. Napisał o tym do Charlesa Sherringtona, znakomitego
brytyjskiego fizjologa, późniejszego odkrywcy funkcji neuronów
i laureata Nagrody Nobla. Sherrington poradził Pawłowowi, aby machnął
ręką na takie dziwactwa i zajął się swymi, zaawansowanymi już,
badaniami nad trawieniem. Zgodnie z radą brytyjskiego kolegi Pawłow
kontynuował studia dotyczące trawienia, ale na szczęście, wbrew
jego radom, nie zaniechał dociekań, dlaczego właściwie psy się
ślinią na dźwięk drewnianych chodaków (a ściśle rzecz biorąc,
jakichkolwiek początkowo obojętnych bodźców, które nieco poprzedzają
w czasie bodziec pokarmowy wywołujący ślinienie). To doprowadziło go
do odkryć, które przyniosły mu znacznie większą sławę niż badania
procesów trawienia czy podjęte przez niego później niezwykle ważne
dla fizjologii i psychologii badania temperamentu. Pewnym paradoksem jest
jednak to, że Nagrodę Nobla dostał za badania dotyczące trawienia,
a nie za odkrycie warunkowania klasycznego.
W wypadku badań Milgrama szczęśliwe
zrządzenie losu też miało spory udział. W poprzednim rozdziale
pisaliśmy, że Milgram zafascynowany był postacią Solomona Ascha
i realizowanymi przez niego badaniami nad konformizmem. Eksperymenty
Ascha polegały na tym, że wielokrotnie pokazywał on osobom badanym dwie
plansze. Na jednej znajdował się jeden odcinek, na drugiej - trzy,
mające różne długości. Zadaniem osoby badanej było wskazanie,
który z trzech odcinków znajdujących się na drugiej planszy jest
swoją długością najbardziej zbliżony do odcinka na pierwszej
planszy. Badanie miało charakter grupowy. Przed osobą badaną
wypowiadali się inni uczestnicy eksperymentu, którzy de
facto byli współpracownikami Ascha i czasami (zgodnie
z wcześniejszymi z nim ustaleniami) zgodnie podawali niepoprawną
odpowiedź. Ascha interesowało, czy tego typu niebezpośredni nacisk
sprawi, że osoba badana też udzieli niepoprawnej odpowiedzi,
i w różnych wariantach tego eksperymentu sprawdzał, kiedy tak właśnie
się dzieje. Milgram także chciał prowadzić badania nad konformizmem,
ale paradygmat, w którym ludzie porównują długość odcinków,
wydał mu się zbyt oderwany od życia. Zadał sobie natomiast pytanie,
czy jeśli ludzie zobaczą, że ktoś potulnie wypełnia polecenia
eksperymentatora i uderza inną osobę prądem elektrycznym, to potem
sami zachowają się analogicznie, a więc będą wypełniać takie
polecenia. Asch dla określenia konformizmu swoich badanych porównał
zachowanie ludzi w warunkach, które opisaliśmy wcześniej, z sytuacją
kontrolną, w której uczestnik eksperymentu badany jest indywidualnie
i odpowiada na pytania dotyczące długości poszczególnych
odcinków. Ponieważ w takich wypadkach badani trafnie określali
długość poszczególnych odcinków, a warunkach presji grupowej
częściej podawali odpowiedzi błędne (takie jak grupa), wyniki badań
Ascha przedstawiane są w podręcznikach psychologii jako ilustracja
ludzkiej skłonności do konformizmu[3]. Co byłoby warunkami kontrolnymi dla eksperymentu nad
konformizmem, w którym badacz zadaje sobie pytanie, czy widok innych
osób wciskających kolejne przyciski generatora prądu elektrycznego
skłoni osobę badaną, by też to robiła? Oczywiście sytuacja,
w której owych innych osób nie będzie. I od takich warunków
Milgram postanowił rozpocząć swoje badania, oczekując, że nikt
(albo prawie nikt) nie zgodzi się uderzać prądem o znacznej sile
człowieka, który siedzi za ścianą i popełnia błędy w teście
pamięci. Milgram przystąpił do badań i... przeżył szok. Okazało
się, że w warunkach, które w jego zamierzeniu miały mieć charakter
kontrolny, ludzie potulnie wciskają kolejne przyciski generatora prądu
elektrycznego. Badacz zaobserwował więc szokujące, niewiarygodne wręcz
posłuszeństwo ludzi wobec profesora, który wydaje im polecenia. Widok
innych posłusznych ludzi nie był potrzebny, żeby badani naciskali
kolejne przyciski generatora prądu elektrycznego.
Zadziwiające posłuszeństwo wobec
poleceń eksperymentatora prowadzącego uniwersyteckie badania
psychologiczne zaobserwowano już dawno temu, znacznie wcześniej,
niż Milgram zaprosił pierwszego z mieszkańców New Haven do swego
laboratorium. W roku 1924 Carney Landis, badając reakcje emocjonalne,
nakazywał swoim badanym odcinanie głów żywym szczurom. Polecenie to (z
wyraźnym obrzydzeniem) wypełniło 71% uczestników badania. Dwadzieścia
lat później Jerome Frank przekonał się, że niemal wszyscy jego badani
(14 z 15) wypełnili niegrzecznie wypowiedziane i w istocie bezsensowne
polecenie sformułowane przez eksperymentatora. Podobnych przypadków
było znacznie więcej. Za każdym razem jednak albo w ogóle nie
zwracano uwagi na kwestie posłuszeństwa badanych, albo też ograniczano
się do samego zarejestrowania tego faktu[4]. Stanley Milgram postąpił jednak inaczej. Zamiast
zastanawiać się nad zmianą procedury na taką, w której
w warunkach kontrolnych ludzie nie będą wypełniać polecenia
eksperymentatora (aby pokazać, że w warunkach eksperymentalnych,
pod wpływem grupy, częściej to robią), zafascynował się tym, co
się stało. Błyskawicznie zdecydował, że zamiast się zajmować
konformizmem, zajmie się posłuszeństwem wobec autorytetów
i przełożonych.
Gwoli ścisłości trzeba dodać,
że w licznych opisach eksperymentów Milgrama podaje się często
zupełnie inną genezę ich przeprowadzenia. Mówi się mianowicie, że
Milgram chciał badać mechanizmy psychologiczne leżące u podłoża
niemieckiego nazizmu i zamierzał zbadać ślepe posłuszeństwo Niemców
wobec rozkazów i poleceń wydawanych przez władzę. Rozpoczął
od badań w USA i nieoczekiwanie przekonał się, że dla
stwierdzenia fenomenu powszechnego posłuszeństwa nie musi jechać do
Niemiec. Obserwuje je bowiem w zdumiewającej skali w Ameryce. Sądzimy,
że obie te perspektywy nie muszą się wykluczać. Można założyć,
iż wkrótce po porzuceniu idei badania konformizmu i rozpoczęciu
badania posłuszeństwa Milgram zdał sobie sprawę, że jest to zjawisko
nie tylko poznawczo ważne, nie tylko wcześniej przez psychologów
niebadane, lecz także ściśle związane z realnymi procesami życia
społecznego. Od zakończenia wojny upłynęło przecież zaledwie
piętnaście lat, a Milgram należał do tych, którzy w Holokauście
stracili wielu bliższych i dalszych krewnych. Skojarzenie było zapewne
natychmiastowe: czy wielu z nich nie zginęło wyłącznie dlatego, że
ktoś "po prostu" wypełniał polecenia swojego przełożonego? Być
może zabito ich nie z okrucieństwa czy sadystycznej potrzeby napawania
się widokiem ludzkiego cierpienia, lecz jedynie dlatego, że ktoś
powiedział, iż należy ich zamordować. Być może pozbawiono ich życia
z przykrością i niechęcią, ale jednak zabito. Czy można być
dobrym człowiekiem i czynić złe rzeczy? Albo inaczej: czy trzeba
być złym człowiekiem, żeby czynić zło? Kiedy posłuszeństwo
się nasila, a kiedy słabnie? Do jakiego stopnia ludzie mogą być
posłuszni? Jakie cechy osobowości sprzyjają posłuszeństwu, a jakie
je obniżają? Żeby choć spróbować odpowiedzieć na takie pytania,
trzeba przeprowadzić nie pojedyncze badanie empiryczne, ale wykonać
całą ich serię. I właśnie to Stanley Milgram robił (głównie
w laboratorium Wydziału Psychologii Uniwersytetu Yale) przez kilka
lat swego życia.
Trzeba tu jednak wyraźnie podkreślić,
że psycholog ten był jak najdalszy od tego, by wyniki swych badań
traktować jako usprawiedliwienie nazizmu i nazistów. Milgram zawsze
podkreślał, że jego eksperymenty nie są symulacją tego, co wydarzyło
się w nazistowskich Niemczech. Takiemu zadaniu nie mogłyby sprostać
żadne eksperymenty.
Obserwacje poczynione w badaniach nad
posłuszeństwem pozwalają jednak dowiedzieć się więcej i pełniej
zrozumieć zachowania ludzi, którzy w całej historii ludzkości
wypełniali polecenia swoich przełożonych. Polecenia, które często
prowadziły do dramatów przeżywanych przez setki, tysiące, a nawet
- jak podczas II wojny światowej - miliony ludzi.
Podstawową różnicą między
eksperymentami Milgrama a rzeczywistymi sytuacjami społecznymi,
w jakich znajdowali się pracownicy aparatu nazistowskiego, serbscy
żołnierze w Kosowie czy Amerykanie w bazie Guantanamo na Kubie, jest
to, że w omawianych tu badaniach psychologicznych eksperymentator nie
dysponował mocą karania nieposłusznych. Nie mógł przecież nic złego
zrobić osobie badanej, która powiedziałaby: "Nie mam zamiaru nadal
w tym uczestniczyć". Nie można tego w żadnym razie powiedzieć
o jakichkolwiek systemach totalitarnych. Warto jednak zauważyć,
że choć mamy tu do czynienia z różnicą między eksperymentami
a życiem, różnica ta czyni wyniki badań Milgrama jeszcze bardziej
dramatycznymi.
Przeciw łatwemu szukaniu paraleli między
badaniami Milgrama a rodzeniem się i rozwojem nazizmu w Niemczech
w latach trzydziestych XX wieku protestuje też znakomity (choć
chyba niedostatecznie doceniany) psycholog Ervin Staub. Staub, który,
nawiasem mówiąc, w Harvardzie miał pokój sąsiadujący z pokojem
Milgrama, koncentruje się jednak na innych kwestiach. Zwraca mianowicie
uwagę, że w różnych sytuacjach kryzysowych, w których zagrożone
są najróżniejsze ludzkie potrzeby, materialne i niematerialne,
rośnie potrzeba widzenia siebie jako członka większej grupy. Grupa
bowiem daje jednostce wsparcie. Grupa nie tylko jest fizycznie
silniejsza od jednostki, lecz także składa się z ludzi podobnie
myślących, wyznających te same wartości, hołdujących tej samej
ideologii. Człowiek czuje więc, że inni są tacy jak on, a zatem
jego myśli i jego ocena rzeczywistości są słuszne. Staub mówi,
że w takich sytuacjach coraz mniejsze znaczenie odgrywa poczucie
tożsamości indywidualnej, a coraz większe - tożsamości
grupowej. Charakterystyczne jest również to, że ideologia grupowa
sugeruje, iż członkowie grupy zasługują na lepszy los niż ten,
który realnie jest ich udziałem. To, że owego lepszego losu grupa
nie ma, jest winą innych. Podstawą nacjonalizmu czy rasizmu jest jasne
wskazanie owych innych. Stąd zaś tylko krok do tego, by owych wrogów
grupy własnej atakować aż do ich unicestwienia. W niepewnych czasach
taka ideologia dostarcza członkom grupy zrozumienia świata, w którym
żyją. Teraz wszystko jest jasne i jednoznaczne. Bycie członkiem
grupy zwiększa też poczucie bezpieczeństwa oraz przynależności
i daje poczucie siły. W takich warunkach pojawia się także potrzeba
skupienia się wokół lidera, który w jasny sposób mówi, co jest
złe, a co dobre i co należy zrobić. Jeśli mówi, że wrogów
należy unicestwić, to jest tylko krok do tego, by członkowie grupy
zaczęli to robić. Takie podążanie za liderem Staub uznaje za jedno
z głównych źródeł ludobójstwa, sugerując, że ten sam mechanizm
wystąpił w nazistowskich Niemczech, Kambodży, Armenii, Argentynie,
a stosunkowo niedawno w Rwandzie.
Wspomniana destrukcyjna skłonność
do podążania za liderem może być jednak słabsza lub silniejsza
w poszczególnych kulturach. Kulturę Niemiec przełomu lat dwudziestych
i trzydziestych XX wieku (a więc Niemiec przednazistowskich)
Staub diagnozuje jako zorientowaną na posłuszeństwo wobec
autorytetu. Charakterystyczną cechą takich kultur jest hierarchiczna
struktura różnych instytucji (każdy komuś formalnie i realnie
podlega) oraz przekonanie, że wychowanie dziecka powinno być przede
wszystkim oparte na wpajaniu mu zasady bezwzględnego podporządkowania
wobec rodziców i nauczycieli. Podobnie spostrzega inną,
szczegółowo analizowaną przez siebie kulturę, charakterystyczną
dla Rwandy[5]. Warto w tym miejscu wspomnieć,
że kultura niemiecka także po II wojnie światowej pozostała
zorientowana na posłuszeństwo wobec autorytetu, choć niektóre
przykłady takiego stanu rzeczy można uznać za anegdotyczne. Jeden
z wybitnych amerykańskich pisarzy XX wieku podczas II wojny światowej
służył w armii amerykańskiej jako oficer prasowy. Wspominał,
że podczas przejazdu przez okupowany już przez Amerykanów Berlin
wraz z kilkoma żołnierzami spotkał na rogu ulicy starszego Niemca,
który klął na porządki, jakie zapanowały w stolicy III Rzeszy
po jej upadku. Ponieważ przy okazji wyrażał się niepochlebnie
o całych Stanach Zjednoczonych, kierowca prowadzący jeepa zatrzymał
pojazd, wysiadł i powiedział: "Obraził pan amerykańskiego
oficera. Teraz będzie pan tu stał, a ja wezwę żandarmerię, żeby
pana aresztowała". Następnie wsiadł do pojazdu i ruszył w dalszą
drogę, pewien, że mężczyzna natychmiast ucieknie, więc nawet nie
powiadamiał żandarmerii. Ku swojemu zdziwieniu, gdy przejeżdżał
przez to samo skrzyżowanie kilka godzin później, spotkał tego samego
człowieka pokornie oczekującego na aresztowanie.
Eksperymenty Stanleya Milgrama co prawda
nie odnoszą się bezpośrednio do zjawiska rodzącego się nazizmu,
ale koncentrują się na pewnych mechanizmach, które miały w tych
procesach bardzo istotne znaczenie. Waga odkryć Milgrama nie ogranicza
się jednak do tego specyficznego i historycznego już zjawiska, które
zniszczyło cały kontynent i części dwóch innych oraz pochłonęło
miliony ludzkich istnień. Posłuszeństwo wobec autorytetu to fenomen
wręcz wpisany w istnienie hierarchicznych organizacji, począwszy
od przedszkola (a właściwie nawet żłobka), a skończywszy na
korporacjach, czy też domach spokojnej starości. Przyjrzyjmy się
więc z należytą uwagą temu, co Milgram odkrył i opisał.
[4] Meeus,
Raaijmakers, 1995.