Play with Me - Becka Mack

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Spocznij, żołnierzu

1

Spo­cznij, żoł­nie­rzu

Gar­rett

-?Prze­cież, kurwa, mówi­łem.

Wycią­gam odwró­coną dłoń i trzy­krot­nie zgi­nam palce dłoni, w geście, który na całym świe­cie ozna­cza: płać, dziwko.

Adam Loc­kwood, jeden z moich naj­lep­szych kum­pli, a przy tym kolega z dru­żyny, odchyla głowę do tyłu z jękiem, nie­mal wyciem, jakby nie mógł uwie­rzyć, że to się dzieje naprawdę.

Lecz tak naprawdę ja też nie mogę uwie­rzyć.

Żeby było jasne, nie możemy uwie­rzyć, że pan młody rze­czy­wi­ście to zro­bił.

Adam wstaje więc, sięga do tyl­nej kie­szeni po port­fel, po czym siada z powro­tem na swoim miej­scu i zło­rze­czy, roz­pro­sto­wu­jąc zwi­tek bank­no­tów. Wci­ska mi setkę, a kolejną wrę­cza Emmet­towi, naszemu kum­plowi z dru­żyny.

Pod­nosi wzrok na Car­tera, kapi­tana zespołu i zara­zem pana mło­dego, czyli męż­czy­znę, któ­remu wła­śnie zabra­kło słów i tak stoi z otwar­tymi ustami przed ponad dwu­stoma gośćmi.

Dopiero co nie­umyśl­nie ujaw­nił, że narze­czona jest w ciąży.

-?A ja tak w cie­bie, Car­ter, wie­rzy­łem -?narzeka Adam. Wyciąga ręce nad głową i Cara oraz Jen­nie też się­gają po swoją część wygra­nej.

-?Daj spo­kój!

Adam to świetny facet. Naj­lep­szy, jakiego znam. Ma nie­skoń­czone pokłady wiary w ludzi. Cza­sami jed­nak... tę swoją wiarę lokuje nie­wła­ści­wie. Tak jak teraz, gdy ulo­ko­wał ją w tym męż­czyź­nie.

A to dla­tego, że Car­ter Bec­kett jest świetny w dwóch rze­czach: w hokeju i w kocha­niu Oli­vii, swo­jej dopiero co poślu­bio­nej żony. A z czym sobie kom­plet­nie nie radzi? Z dotrzy­my­wa­niem tajem­nic.

-?Jesz­cze jestem winien Oli­vii -?szep­cze Adam. -?Nawet ona obsta­wiała, że Car­ter to spie­przy. Czy tylko ja w niego wie­rzy­łem?

Wokół stołu prze­biega zbio­rowy pomruk: tak, a Adam prze­suwa dłońmi po twa­rzy. Myślę, że kiedy Holly, mama Car­tera i Jen­nie, kła­dzie mu rękę na ramie­niu, jest bli­ski pła­czu.

-?W dwie minuty stra­ci­łem sześć­set dolców, bo facet nie potrafi utrzy­mać gęby na kłódkę przez jedną cho­lerną noc.

Holly chowa swoją wygraną.

-?Kocham syna, ale wiesz, jak jest, Car­ter uwiel­bia sku­piać na sobie uwagę, a do tego nie prze­pada za mil­cze­niem. Ma to po ojcu. Nie powiem Oli­vii złego słowa, jeśli każe mu dziś spać na kana­pie.

Jak na zawo­ła­nie w sali poja­wia się panna młoda. Car­ter dep­cze jej po pię­tach.

-?Nic dziś nie dosta­niesz -?Oli­via wyraź­nie jest na niego cięta. Zatrzy­muje się gwał­tow­nie i nie pozo­sta­wia­jąc wąt­pli­wo­ści, wska­zuje dolną połowę swo­jego ciała. -?Nic z tego.

Car­ter sapie, chwilę stoi z pół­otwar­tymi ustami, po czym gna za nią.

-?Ollie! To był wypa­dek! Nie możesz mi tak odciąć dostępu! Nie możesz!

-?Wie­dzia­łem, że to będzie naj­za­baw­niej­sze wesele, na jakim byłem. - Dłu­bię w cze­ko­la­do­wym cie­ście, któ­rego Adam nie zdą­żył zjeść, i wsu­wam kawa­łek do ust. Krów­kowa polewa kryje pokru­szone oreo. Prze­pyszne. - Ka...te i O...łi moliby mieś asny tele­izyjny szoł.

-?Wiesz, co by nieco popra­wiło sytu­ację? -?Jen­nie unosi ide­al­nie kształtne brwi, wymow­nie patrząc na moje pełne usta. -?Gdy­byś, do cho­lery, prze­łknął, zanim się ode­zwiesz.

Zamie­ram w poło­wie kęsa, a kiedy nasze spoj­rze­nia się krzy­żują, czuję, że czer­wie­nią mi się uszy. O tak, Jen­nie bez wąt­pie­nia należy do rodziny Bec­ket­tów. Nie­okrze­sana mądrala, jak jej star­szy brat, z takimi samymi dołecz­kami i iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem, jak u niego. Ale tam, gdzie u Car­tera błysz­czą głę­boko zie­lone oczy, jej wzrok jest chłodny, nie­bie­ski, z lekka wpada w fio­let.

Jest ładna.

Czy jak tam to nazwać.

Prze­ły­kam, odkła­dam widel­czyk i odchrzą­kuję, a alko­hol pisze w moich żyłach odpo­wiedź, któ­rej zwy­kle bał­bym się udzie­lić.

-?Jeśli też chcesz tro­chę, wystar­czy, że popro­sisz, mała Bec­kett.

-?Nie jestem dzie­cia­kiem -?odbija piłeczkę, spla­ta­jąc ręce na pier­siach.

Ści­ska przy tym parę ide­al­nych, pro­wo­ku­ją­cych cyc­ków, jakby zara­zem mówiła wypieprz mnie, i koły­sze bio­drami w tej swo­jej poły­skli­wej sukience w odcie­niu żura­winy.

Prze­ga­niam tę myśl szyb­ciej, niż się poja­wia. Cza­sem oba­wiam się, że w kwe­stiach zwią­za­nych z sio­strą Car­ter miewa nad­ludzki słuch i... w końcu usły­szy moje myśli. Dość razy oglą­da­łem na lodzie widzia­łem, co się dzieje, kiedy się z kimś ściera, aby wie­dzieć, że nie chciał­bym stać mu na dro­dze, gdy się wściek­nie. Lubię swoją twarz taką, jaka jest; i nie chcę, aby ktoś mi ją prze­me­blo­wał.

Adam przy­suwa sobie tale­rzyk, gdy się­gam po kolejny kęs, jakby mówił "To moje cia­sto". Ma gdzieś moją obra­żoną minę i ofe­ruje go Jen­nie, zanim zdążę się poskar­żyć, że dobra, może i zja­dłem już dwa kawałki, ale skoro on nie skoń­czył jesz­cze swo­jego...

-?Masz ochotę? -?Zwraca się do niej.

Wzdy­cham ciężko i zostaję tak z otwar­tymi ustami.

-?Gar­rett, kocha­nie. -?Holly deli­kat­nie bie­rze mnie w ramiona. -?A gdzie twoja dziew­czyna?

Czuję, jak fala cie­pła peł­znie przez moją szyję i twarz, aż po czubki uszu.

-?Nie przy­pro­wa­dzi­łem -?mam­ro­czę w odpo­wie­dzi.

Niby było parę opcji, ale nie chcia­łem żad­nej dawać złud­nych nadziei. W końcu udział w weselu coś zna­czy.

-?Dla­czego nie? Jesteś takim przy­stoj­nym męż­czy­zną, kocha­nie.

Dra­pię się po wło­sach bez­rad­nie, wpa­tru­jąc się w pusty talerz.

-?Dzię­kuję, pani Bec­kett. -?Zer­kam spod przy­mru­żo­nych powiek na Jen­nie, która pry­cha. -?A gdzie twoja miłość, mała Bec­ket­tówno?

-?Z nikim się nie spo­ty­kam i nie mam na to ochoty.

Holly wzdy­cha i opada obok mnie na krze­sło.

-?Szcze­rze mówiąc, Jen­nie, dopiero co roz­wią­za­łam pro­blem, który czule nazy­wam moim synem. Pro­szę, nie zamie­niaj się w kolejny. -?Nagle zwraca się ku mnie z iskrą w oku. -?Hej, ale skoro z nikim się nie spo­ty­kasz i ona też nie spo­tyka się z nikim...

Cara i Emmett jed­no­cze­śnie zaczy­nają pokła­dać się na stole, zano­sząc się śmie­chem, czym sku­tecz­nie zagłu­szają Holly.

-?Nie -?wykrztu­siła Cara, ocie­ra­jąc cho­lerne łzy, które wbrew woli płyną jej po policz­kach. -?Ja chrza­nię. Wyobra­żasz to sobie? Holly, my lubimy Gar­retta. Nie chcemy go wykoń­czyć.

-?A ty, Ada­mie? -?Holly uśmie­cha się do niego zachę­ca­jąco. -?Jesteś taki słodki. Nawet Car­ter nie chciałby cię zabić.

Jen­nie unosi ręce wysoko w powie­trze.

-?Mamo! Czy możesz prze­stać naga­niać mi face­tów? Nie chcę uma­wiać się z żad­nym z tych dzba­nów. -?Kle­pie uspo­ka­ja­jąco Adama po dłoni. - Prze­pra­szam, Adam. Ty nie jesteś dzba­nem.

Lekko unosi kąciki ust i mi się przy­gląda. Jej wzrok zatrzy­muje się na moim oboj­czyku, gdzie spo­czął polu­zo­wany kra­wat, guziki mam już czę­ściowo roz­pięte. Gdy patrzy mi pro­sto w oczy, dostrze­gam figlarny - dia­bel­ski -?błysk, który mówi mi, że mnie na jej liście dzba­nów rów­nież nie ma.

To, co miało być prze­lot­nym gry­ma­sem, spra­wia, że gapię się na nią tro­chę za długo, śle­dzę wzro­kiem różowy cień, pod­kre­śla­jący ostre kości policz­kowe, i łuki kasz­ta­no­wych wło­sów, oka­la­jące jej twarz i opa­da­jące na smu­kłe ramiona.

Jest nie­ziem­sko pod­nie­ca­jąca. Kiedy znaj­duje się w pokoju, myślę tylko o tym, jak by to było zna­leźć się z nią sam na sam w jakimś ustron­nym miej­scu, albo nawet tu pochy­lić ją nad sto­łem i...

Lecz to ja się pochy­lam i odchrzą­kuję, doci­ska­jąc pod sto­łem pod­ska­ku­jące kolano. Patrzę na Adama:

-?No co, kurwa? Po co w ogóle zaczy­nała?

Odpo­wiada niskim gło­sem, w któ­rym kryje się groźba.

-?Dobrze wiesz, po co. Zrób sobie, kurwa, jej zdję­cie. Zosta­nie na dłu­żej.

Ja pier­dolę. Jaki jest sens w posia­da­niu oczu, jeśli nie wolno mi podzi­wiać nie­zno­śnie pod­nie­ca­ją­cej kobiety? Niech mi to ktoś wyja­śni.

Tyle że Adam tra­fił w sedno (bo zazwy­czaj tra­fia). Nie mam naj­mniej­szego zamiaru pie­przyć się z sio­strzyczką mojego naj­lep­szego kum­pla, więc przez resztę nocy już pil­nuję, gdzie błą­dzi mój wzrok.

No dobra, tak naprawdę nie udaje mi się go upil­no­wać, ale bar­dzo się sta­ram; przy­się­gam.

Jakimś cudem nagle stoję przy barze, w prze­no­śni ści­ska­jąc się za jaja, i patrzę, jak Jen­nie wygina się na par­kie­cie. Gęste fale spły­wają kaskadą wzdłuż krzy­wizn opa­lo­nej linii krę­go­słupa, a ja podą­żam za tą linią w dół głę­boko wycię­tej sukienki, aż do jej kosmicz­nego, krą­głego tyłka, który koły­sze się w tę i we w tę w rytm muzyki. Ma talię nasto­latki i sze­ro­kie bio­dra, które chciał­bym mocno pochwy­cić i...

-?Po pro­stu zaproś ją do tańca.

-?Co? -?Spo­glą­dam na Emmetta pół­przy­tom­nie, potem znów na Jen­nie i powta­rzam się: -?Co?

-?Widać, że chcesz z nią zatań­czyć.

-?Co? A skąd. -?Jestem despe­rado?

-?Jesteś despe­rado?

-?Nie jestem despe­rado. -?Ow­szem, wiem, że jestem.

Emmett unosi zna­cząco brew, dopija piwo i popy­cha mnie w stronę dziew­czyn, na par­kiet. Jego żona nie mar­nuje czasu, przy­ciąga mnie i wyko­rzy­stuje, aby się wokół mnie pokrę­cić.

-?No dalej, Gare-Bear, misiaczku -?pró­buje mnie roz­ru­szać, choć Emmett ota­cza ją ramie­niem i wtula w swoją klatkę pier­siową. -?Rusz tyłecz­kiem, sło­dziaku.

-?Ja nie... wła­ści­wie mój tyłek nie... Nie potra­fię...

-?Mój Boże. -?Jen­nie patrzy na mnie z otwartą pogardą, koły­sząc bio­drami. -?Ani grama poczu­cia rytmu, co, Ander­sen?

Prze­wraca oczami, a ja mru­gam do niej bez słowa. Splata swoje palce z moimi i przy­ciąga mnie do sie­bie. Gdy nasze ciała sty­kają się, prze­pływa iskra, która -?mam wra­że­nie -?zaraz spali mnie od środka, a kiedy odwraca się i jej tyłek ląduje cen­ty­me­try od mojego kutasa, mam wra­że­nie, że, kurwa, zemdleję.

Prze­suwa cie­płe dło­nie wraz z moimi na swoje roz­ko­ły­sane w rytm melo­dii bio­dra, a Emmett mruga do mnie, jakby wcale nie dostrzegł, że wła­śnie zwarły mi się obwody.

-?No weź, rusz tym cho­ler­nym tył­kiem -?war­czy Jen­nie.

-?Nie wiem... nie wiem jak.

Jej mig­da­łowe oczy płoną wście­kło­ścią ponad linią ramion, lecz gdy się rumie­nię, łagod­nieją. Jen­nie wzdy­cha cicho.

-?Po pro­stu kołysz się ze mną, Gar­rett. To nie takie trudne. Jakim cho­ler­nym cudem zdo­by­wasz tyle kobiet?

-?Ostat­nio wcale mi nie idzie -?odmru­kuję bez­myśl­nie, lecz szybko zamy­kam jadaczkę. Ale jed­nak mimo­wol­nie znów ją otwie­ram, cho­lera wie, po co. -?Wcale nie idzie mi łatwo. To zna­czy, była taka dziew­czyna w zeszłym tygo­dniu w Pit­ts­bur­ghu, którą pra­wie...

Odchrzą­kuję, bo zauwa­żam, jak ciało Jen­nie tężeje pod moimi dłońmi.

-?Ale lepiej nie mówmy o moim życiu sek­su­al­nym...

-?Chyba o braku życia sek­su­al­nego, duży chłop­czyku.

No jasne, mów mi o tym jesz­cze. Emmett i Cara pobrali się tego lata, a Car­ter w zasa­dzie oże­nił się w swo­jej gło­wie z Oli­vią, kiedy tylko poznali się w ubie­głym roku, mimo że przez jakiś czas trzy­mała go na bocz­nym torze. Adam wciąż jest w nie­złym dole, od kiedy odkrył, że dziew­czyna, z którą był od lat, zdra­dziła go kilka mie­sięcy temu, ale zde­cy­do­wa­nie lepiej mu bez niej.

Więc to jasne, że przez pół­tora mie­siąca sezonu hoke­jo­wego upi­ja­łem się po meczu tylko z kum­plami z dru­żyny i raz po raz sza­la­łem na męskich impre­zach w hote­lo­wych poko­jach, gdzie kró­luje śmie­ciowe żar­cie oraz Xbox, słu­cha­jąc jak moi nie­ogar­nięci kum­ple wyży­wają się sek­su­al­nie, gada­jąc przez tele­fon ze swo­imi żonami. A u mnie posu­cha.

To pew­nie dla­tego wła­śnie roz­wa­żam zacią­gnię­cie młod­szej sio­stry kapi­tana dru­żyny do łazienki, posta­wie­nie jej na szafce i spraw­dze­nie, jakiego koloru są jej majtki.

Lecz Jen­nie nie tylko jest cał­ko­wi­cie poza moim zasię­giem, ale też kurew­sko mnie prze­raża. Jest bez­czelna, pewna sie­bie i pie­kiel­nie harda. Kiedy jest w pobliżu, nie mogę ode­rwać od niej wzroku. No chyba że patrzy w moją stronę. Albo kiedy patrzy Car­ter.

Tak jak teraz, dokład­nie w tej chwili, gdy prze­su­wam dło­nie po bio­drach jego sio­stry, aż do wcię­cia w talii i mocno je chwy­tam. A potem jesz­cze, kurwa, moc­niej, i wtedy wła­śnie on zaczyna się we mnie inten­syw­nie wpa­try­wać.

-?Gar­rett -?jęczy Jen­nie -?to boli.

-?Gar­rett. -?Szorstki ton Car­tera spra­wia, że po krę­go­słu­pie prze­biega mi dreszcz prze­ra­że­nia. Patrzy ostro na moje dło­nie.

-?Aha! -?wołam, odpy­cha­jąc Jen­nie od sie­bie. -?Prze­cież jej nie doty­kam -?rzu­cam jesz­cze przez ramię i umy­kam z par­kietu.

Zosta­wiam Jen­nie samą, roz­cza­ro­waną i nie­mal rów­nie prze­ra­ża­jącą jak Car­ter, który jed­no­cze­śnie obraca na par­kie­cie swoją piękną narze­czoną i gol­den retrie­vera.

Wlokę się kory­ta­rzem, opie­ram o ścianę i pocie­ram dłońmi zmę­czoną twarz.

-?Muszę kogoś zali­czyć -?wyrywa mi się.

-?Mogę ci w tym pomóc.

Sto­jąca przede mną ładna, rudo­włosa dziew­czyna wyciąga z torebki chu­s­teczki i szminkę. Roz­kłada jedną na moim tor­sie i bazgrze po niej.

Czy taka łatwa zdo­bycz mnie pod­nieca, czy raczej wolę wró­cić do domu i pożreć pudełko pop-tarts? Sam nie wiem, ale gdy na końcu kory­ta­rza dostrze­gam Jen­nie, ska­cze mi ciśnie­nie.

Rudo­włosa wsuwa swój numer tele­fonu do kie­szeni na mojej piersi i tuż przy moim policzku szep­cze "zadzwoń do mnie". Znie­sma­czona mina Jen­nie jest tak okropna, że nie potra­fię odwró­cić wzroku.

Prze­wraca oczami, zawraca i zmie­rza do łazienki, a moje stopy same ruszają za nią.

-?Pocze­kaj, Jen­nie! Nie mia­łem zamiaru -?nie jestem prze­cież -?nie byłem...

-?Mam to gdzieś, Gar­rett. Uga­niaj się za wszyst­kimi spód­nicz­kami, które cię kręcą. Choć może aku­rat tej, która przy­szła z jed­nym z obroń­ców z two­jej dru­żyny, nie powi­nie­neś ruszać.

-?Co? -?Spo­glą­dam za rudo­włosą. Mruga do mnie, po czym znika. -?Nie, ale ja... ja... ja... -?Zwie­szam głowę i z zakło­po­ta­niem trę kark, uszy płoną mi czer­wie­nią. -?Naprawdę nie mia­łem złych zamia­rów.

-?Ostat­nio wcale nie idzie ci łatwo... -?szep­cze Jen­nie ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem. Wyciąga chu­s­teczkę z malut­kiej zło­tej koper­tówki i mi ją wci­ska, po czym pchnię­ciem bio­dra uchyla drzwi łazienki. -?Masz szminkę na policzku, duży chłop­czyku.

Jakimś cudem prze­ga­pi­łem moment, gdy ruda poca­łun­kiem nazna­czyła mnie szminką, którą teraz Adam ściera mi z twa­rzy, a dziew­czyny nie szczę­dzą gwiz­dów i par­sk­nięć. Kiedy u schyłku wie­czoru Car­ter i Oli­via wsia­dają do limu­zyny, po plot­kach nie ma śladu, moje ramiona tkwią grzecz­nie zaple­cione na wła­snej klatce pier­sio­wej i na­dal tylko narze­kam. Nawet pies dyszący u moich stóp nie potrafi mnie roz­ba­wić.

Nie chcę się domy­ślać, co musiał nawy­wi­jać Car­ter, żeby Dublin mógł uczest­ni­czyć w przy­ję­ciu, ale nie dziwi mnie, że tu jest. Jego pan potrafi uga­dać wszystko i dostaje wszystko, czego zapra­gnie. Dzięki temu wiem, jak ele­gancko wygląda gol­den retrie­ver w psim smo­kingu.

-?Do mnie, Dubs! -?woła Jen­nie, ude­rza­jąc dłońmi o uda. -?Wra­casz do domu ze swoją ulu­bioną cio­cią! Tak, mój przy­stoj­niaku!

-?Jesteś jego jedyną cio­cią -?zauwa­żam.

Splata ręce na pier­siach, po raz kolejny tego wie­czoru przy­ku­wa­jąc mój wzrok do spek­ta­ku­lar­nego dekoltu, a następ­nie do lewego bio­dra, które wyła­nia się, gdy je wypy­cha w bok, a jej sukienka roz­chyla się roz­cię­ciem po same uda, odkry­wa­jąc feno­me­nal­nie wyćwi­czone nogi.

-?Nie pyta­łam, nie­oga­rze.

-?Powin­ni­śmy nazy­wać cię sło­necz­kiem -?bur­czę pod nosem. -?Masz tak pogodne uspo­so­bie­nie. Zawsze tak kurew­sko miła i rado­sna.

Ta odwaga po paru głęb­szych naprawdę mnie dzi­siaj w chuj zgubi.

Mruży nie­bie­skie oczy.

-?Wsia­daj do pie­przo­nego samo­chodu, ale już, Gare-Bear.

-?Tak, pro­szę pani.

Wśli­zguję się na tył limu­zyny, która ma nas roz­wieźć do domów, sia­dam obok Hanka, a za mną pakują się wszy­scy inni.

Hank ma led­wie osiem­dzie­siąt cztery lata i jest mło­dym duchem, jed­nym z naj­lep­szych przy­ja­ciół Car­tera i Jen­nie, kimś w rodzaju przy­szy­wa­nego dziadka, wylu­zo­wa­nego jak dia­bli. Kie­dyś to on był ojcem Dublina i pew­nie dla­tego teraz Dub gra­moli się przeze mnie, wbi­ja­jąc mi pazury w jaja, aby wygod­nie roz­ło­żyć się na jego kola­nach.

-?Ożeż ty, kurwa... -?jęczę, chwy­ta­jąc się za klej­noty.

Hank recho­cze.

-?Naprawdę dziś zbie­rasz baty. -?Wzdy­cha miękko, uszczę­śli­wiony. -?Taki piękny ślub. Oli­via wyglą­dała osza­ła­mia­jąco.

Cara chi­cho­cze, pokła­da­jąc się na kola­nach Emmetta i prze­cze­su­jąc mu pal­cami włosy. Pew­nie dla­tego, że Hank jest od pięt­na­stego roku życia nie­wi­domy, a mimo to ni­gdy nie zawo­dzi, gdy trzeba pod­pom­po­wać kobiece ego.

Wzdy­cham, zapa­dam się w swój fotel i przy­my­kam oczy, odpusz­cza­jąc sobie dys­ku­sję o fatal­nej wpadce Car­tera, ujaw­nie­niu wszem i wobec ciąży. Adama wciąż gry­zie utrata kupy pie­nię­dzy, a Holly wymy­śla listę imion dla swo­jego pierw­szego wnuka. Car­ter i Oli­via posta­no­wili, że nie poznają płci dziecka. Oli­via twier­dzi, że nie zamie­rza potem przez całą ciążę powta­rzać Car­terowi, że nie nazwą dziecka Car­ter Junior, jeśli będzie to chło­piec, ale myślę, że tak naprawdę mil­czą, bo Car­ter jest prze­ra­żony, że to dziew­czynka. W jego przy­padku cza­sami naj­lep­szym lekar­stwem jest zaprze­cza­nie rze­czy­wi­sto­ści.

Kiedy zatrzy­mu­jemy się przed domem Holly i Jen­nie, Dublin śpi na ple­cach roz­wa­lony na moich kola­nach, z nosem scho­wa­nym w mojej mary­narce, a język Cary jest w poło­wie w gar­dle Emmetta. Sły­szę tylko ciche chra­pa­nie Dublina i -?jak sądzę -?odgłosy wymiany śliny, z oka­zjo­nal­nymi prze­rwami, w któ­rych Emmett szep­cze żonie o wszyst­kich spo­so­bach, na jakie zamie­rza ją jesz­cze dziś prze­le­cieć.

Gdy tylko drzwi się otwie­rają, wyska­kuję jak z procy.

-?Pomogę Han­kowi wejść.

Adam rów­nież wypada na chod­nik.

-?To i ja -?rzuca.

Gdy Hank już leży w sypialni dla gości, wcho­dzimy do kuchni i Holly zaczyna nam wci­skać w ręce sma­ko­łyki.

-?Robię wypieki na Święta. -?Wpy­cha z powro­tem do zamra­żal­nika torbę pełną jakiejś cze­ko­la­do­wej, boskiej wer­sji kulek z masłem orze­cho­wym. - Dopiero listo­pad, więc jakoś muszę je zago­spo­da­ro­wać.

Potem odci­ska buziaki na naszych policz­kach i rusza kory­ta­rzem.

-?Na matkę już pora do łóżka. Zanim się obu­dzę i zdam sobie sprawę, że to wszystko było tylko snem, że nie udało mi się oże­nić syna z cudowną kobietą, która jest gotowa tole­ro­wać go przez resztę życia.

Adam sztur­cha mnie w ramię i chwyta się za kro­cze.

-?Jak się zaraz nie odleję... -?Nagle staje i patrzy na Jen­nie. Chrząka, pusz­cza klej­noty i się rumieni. -?To zna­czy... powi­nie­nem... sko­rzy­stać... z toa­lety.

Rzuca mi spoj­rze­nie, które podej­rza­nie przy­po­mina ostat­nie ostrze­że­nie, po czym zosta­wia mnie z Jenny w kuchni.

Ale ona natych­miast mnie igno­ruje, odwraca się ple­cami i nalewa sobie szklankę wody.

-?Uch... -?Dra­pię się po gło­wie, szu­ka­jąc spo­sobu na roz­ła­do­wa­nie nie­zręcz­nego napię­cia. -?Cał­kiem ładna... pogoda?

Par­ska w szklankę, wyciąga z szafki kolejną, napeł­nia ją, obraca się i wci­ska szkło w moje zasko­czone dło­nie.

Patrzę na nią zdu­miony.

-?Dzięki?

-?Mhm -?odmru­kuje, a ja obser­wuję, jak koły­sze bio­drami, gdy rusza kory­ta­rzem, sięga ręką do tyłu i mocuje się z zam­kiem bły­ska­wicz­nym, widocz­nym tuż nad krą­gło­ściami jej ponęt­nej brzo­skwini.

Pró­buję i nie udaje mi się.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem zatrzy­muje się, opusz­cza głowę i stuka pal­cami w futrynę drzwi. Odwraca się i widzi, że jestem dokład­nie tam, gdzie mnie nie powinno być: stoję i gapię się na nią.

-?Czy możesz mi pomóc z suwa­kiem? Zaciął się. -?Znów się obraca, pre­zen­tu­jąc się od tyłu, a ja zasty­gam, nie­zdolny do jakie­go­kol­wiek ruchu.

-?Tak, pew­nie. Jestem dobry w zapi­na­niu.

Jestem dobry w zapi­na­niu? Ja pier­dolę, kre­ty­nie. Zamknij się.

-?Tylko może przy­naj­mniej odstaw wodę.

-?Co? -?Spo­glą­dam na szklankę, którą trzy­mam w dłoni i cicho chi­cho­czę. Skąd u mnie ta chrypka? Ile ja mam lat? Dwa­dzie­ścia sześć czy dwa­na­ście? -?A, rze­czy­wi­ście.

Szybko osu­szam szklankę, odsta­wiam ją i wycie­ram spo­cone dło­nie o uda.

Chry­ste, ta sukienka. Te plecy. Ten pie­przony tyłek. To powinno być zaka­zane. A już na pewno mi powinno się zaka­zać trzy­ma­nia rąk tak bli­sko niej, i tyle w tema­cie. Gdyby Car­ter mnie teraz zoba­czył, już ni­gdy nie zagrał­bym w hokeja. Bra­ko­wa­łoby mi co naj­mniej jed­nej nie­zbęd­nej koń­czyny.

Nie wiem, jak się za to zabrać. Zamek bły­ska­wiczny jest tam, na szczy­cie tych krą­gło­ści i... czy powi­nie­nem tam po pro­stu... wsu­nąć dłoń? Tak, zwy­czaj­nie ją tam wsunę. Się­gam do suwaka, ale dopa­dają mnie wąt­pli­wo­ści.

-?Dobra, po pro­stu...

Prze­chy­lam głowę na bok i wpa­truję się we wdzięczną, złotą metkę.

-?Bo ja...

-?Do kurwy nędzy, Gar­rett, ogar­nij się. Musia­łam gdzieś przy­ciąć mate­riał. Po pro­stu mocno pocią­gnij.

-?Dobra. Już wiem. Mocno... pocią­gnę.

Chwy­tam malutką główkę suwaka mię­dzy palce, o wiele za duże do tego zada­nia, drugą dłoń kładę na jej bio­drze, kciuk zagłę­bia się w cie­płą skórę. Wygina plecy w łagodny łuk, a mnie oddech gubi się gdzieś w klatce pier­sio­wej, gdy wzdy­cha cicho. Niski, szorstki ton spra­wia, że drga mi trze­cia noga, a wtedy ona daje krok w tył i wpada na mnie, jakby chciała, aby jej tyłek zapo­znał się bli­żej z moim cia­łem, i wtedy jest jesz­cze gorzej.

Boże, co ona wypra­wia? Nie. Nie, nie, nie. Prze­cież go obu­dzi.

Jen­nie nawija koń­cówkę wło­sów na dłoń i jak w zwol­nio­nym tem­pie prze­rzuca je przez smu­kłe ramię. Zamglone, nie­bie­skie oczy rzu­cają mi spoj­rze­nie spod gęstych, ciem­nych rzęs. Nie mogę ode­rwać wzroku od jej języka, suną­cego po dol­nej war­dze.

O kurwa. No i masz. Obu­dził się.

Nie teraz, porucz­niku John­son. Spo­cznij, żoł­nie­rzu!

-?Gar­rett.

Ner­wowo pod­no­szę głowę i mie­rzymy się z Ada­mem wzro­kiem. Jego spoj­rze­nie prze­szywa mnie na wskroś. Znów spo­glą­dam na tyłek -?suwak -?Jen­nie i szyb­kim szarp­nię­ciem uwal­niam mate­riał, po czym wybie­gam z domu, z hukiem zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Gdy osu­wam się bez sił, moje ciało wiot­czeje i wzdy­cham ciężko.

Uff. Było bli­sko.

Adam kręci głową i z naci­skiem żąda:

-?Znajdź sobie kogoś innego. Kogo­kol­wiek innego.

Dobra. Jasne. Wła­śnie tak powi­nie­nem zro­bić. Jen­nie nie jest dla mnie. Poza tym ledwo ją znam. Nie muszę sobie spie­przyć przy­jaźni albo sezonu hoke­jo­wego -?ani pozby­wać się żad­nych cen­nych człon­ków -?żeby kogoś zali­czyć. Mam mnó­stwo innych moż­li­wo­ści.

Gdy pół godziny póź­niej cze­kam w holu mojego bloku, wzdy­cham i ryt­micz­nie wci­skam guzik windy, bo wciąż sam sie­bie pró­buję prze­ko­nać, że będę w sta­nie się od niej odcze­pić.

-?Panie Ander­sen -?znie­nacka za moimi ple­cami roz­lega się zmy­słowy szept. Emily, jedna z sąsia­dek, przy­suwa się za bli­sko. Prze­rzuca przez ramię mysie blond włosy, a świa­tło deli­kat­nie wydo­bywa kształt jej kości policz­ko­wych. Uśmie­cha się do mnie tą czer­wie­nią ust w odcie­niu wiśni, któ­rej nie­raz sma­ko­wa­łem. -?Ależ pan dziś przy­stoj­nie wygląda.

Winda otwiera się, a ja wcią­gam ją do środka. Kątem oka lustruję błysz­czącą sukienkę, dłu­gie na milę nogi i czarne szpilki.

-?Ślub naj­lep­szej przy­ja­ciółki -?wyja­śniam. -?A ty? Wyglą­dasz tej nocy fan­ta­stycz­nie.

-?Zawsze wyglą­dam fan­ta­stycz­nie, prze­cież o tym wiesz. Opiera się o uchwyt, krzy­żuje nogi w kost­kach i błą­dzi po mnie wzro­kiem, gdy wybie­ram przy­ci­ski jej pię­tra, a potem mojego. -?Wie­czór panień­ski.

-?Wszy­scy się pobie­rają, co?

-?Nie ja -?pry­cha w odpo­wie­dzi.

Chi­cho­czę, prze­cze­su­jąc dło­nią włosy.

-?No ja też nie.

Dźwięk dzwonka oznaj­mia, że winda się zatrzy­mała i Emily wycho­dzi na kory­tarz. Dło­nią powstrzy­muje drzwi przed zamknię­ciem i zerka na mnie przez ramię.

-?Masz ochotę?

Nie jest mi żal, że nie dopo­wiada na co, tylko pozwala, aby zapro­sze­nie zawi­sło w gęstym powie­trzu.

Ści­skam poręcz i obser­wuję, jak mój but wystu­kuje rytm o mar­mu­rową pod­łogę. Prze­no­szę wzrok na wzgó­rek mię­dzy moimi nogami, który wciąż napiera na roz­po­rek z powodu tyłka, na któ­rym poło­ży­łem dło­nie godzinę temu i po raz setny uświa­da­miam sobie, że tam­ten tyłek jest poza moim zasię­giem.

Emily uśmie­cha się, gdy odry­wam się od ściany. Pie­przyć to.

-?Tak, mam ochotę.

2. Urodzinowe tacosy i fuckboye

2

Uro­dzi­nowe tacosy i fuck­boye

Jen­nie

Koja­rzysz to nie­przy­jemne uczu­cie, gdy wyj­mu­jesz bie­li­znę z suszarki, a ona jest na­dal wil­gotna? Albo kiedy nie masz czasu na odgrza­nie resz­tek maca z serem, więc musisz go prze­łknąć, gdy jest zimny i twardy? Jedno i dru­gie jest cho­ler­nie obrzy­dliwe, podob­nie jak to, co czuję, gdy tań­czę z kimś, a on patrzy na mnie tak, jak teraz, jakby nie mógł się docze­kać, aż zostanę jego kolej­nym daniem.

Bie­dak nie zorien­to­wał się jesz­cze, że jestem kawio­rem; nie stać go na mnie, choćby nie wiem jak się sta­rał.

Simon leży na ławeczce do ćwi­czeń, opusz­cza łok­cie, odwie­sza drą­żek i dźwiga głowę. Unosi brwi.

-?Lubisz na mnie patrzeć?

-?Zabawne, wła­śnie mia­łam zapy­tać cię o to samo. -?Ocie­ram się o niego, prze­cho­dząc obok, i ruszam do prze­bie­ralni. Ten uparty, mały gno­jek idzie tam za mną.

Nie zro­zum­cie mnie źle: wła­ści­wie lubię Simona. Tań­czymy razem już od czte­rech lat. W sumie jest pra­co­wity, ale i zaro­zu­miały do wiwatu, a przy tym wydaje mi się, że ma błędne wra­że­nie, że naci­skam, aby mocno się sta­rał, jeśli chce coś u mnie wskó­rać.

A prze­cież nie tak trudno pojąć, jak naprawdę jest. Nie mam naj­mniej­szego zamiaru wpu­ścić go do mojego Disney­landu. Im szyb­ciej to zaak­cep­tuje, tym lepiej.

-?Simon... to dam­ska prze­bie­ral­nia. Nie możesz tu wcho­dzić, bez względu na to, jak głę­boko go scho­wasz.

Z sze­ro­kim uśmie­chem kła­dzie dłoń na kro­czu.

-?Nie był­bym w sta­nie go scho­wać, nawet gdy­bym pró­bo­wał. -?Gdy muska moje ucho, jego oddech pach­nie dzi­wacz­nie, jakby suszoną woło­winą. - Takiego kali­bru nie da się ukryć.

Odpy­cham go i prze­ga­niam ruchem dłoni, po czym wcho­dzę do prze­bie­ralni.

-?Obniż to ego, fuck­boyu, przy­naj­mniej o sto punk­tów.

Simona to bawi.

-?Daj mi chwilę na prysz­nic i widzimy się przed siłow­nią.

Do moich licz­nych wad należy koniecz­ność uzgad­nia­nia ze mną pla­nów z wyprze­dze­niem. Ina­czej nie reali­zuję ich, gdy mam już tylko ochotę zdjąć sta­nik i nie musieć go ponow­nie zakła­dać.

Sunę pal­cem po linii potu, zni­ka­ją­cej w zagłę­bie­niu mojego spor­to­wego biu­sto­no­sza.

-?Mam już plany na wie­czór, no i jestem zmę­czona, więc...

-?Ale to twoje uro­dziny.

-?Wła­śnie, a ja...

-?Pięć minut! -?Całuje mnie w poli­czek i umyka do męskiej prze­bie­ralni. -?Daj mi pięć minut! Niech się odświeżę dla swo­jej ulu­bio­nej sole­ni­zantki!

Pusz­cza oczko i znika, nim zauważy, jak prze­wra­cam oczami.

Jasne, jeste­śmy przy­ja­ciółmi i ow­szem, spę­dzamy wspól­nie 75 pro­cent czasu w intym­nych pozy­cjach, a jego dło­nie wędrują wtedy po mnie. Mimo to, randka uda­jąca pseudo-lunch z Simo­nem nie jest ide­al­nym spo­so­bem na spę­dze­nie moich dwu­dzie­stych czwar­tych uro­dzin. Wła­ści­wie potra­fi­ła­bym wymie­nić przy­naj­mniej dzie­sięć lep­szych spo­so­bów, na przy­kład dwu­go­dzinną drzemkę na kana­pie, ero­tyczne sam na sam ze sobą w mojej sypialni lub zapo­lo­wa­nie.

Nie, nie o takie polo­wa­nie mi cho­dzi.

Mam jed­nak sła­bość do dar­mo­wego jedze­nia, więc lądu­jemy w Taco Can­tina i jest naprawdę miło -?tacosy to źró­dło życia -?choć wku­rza mnie pomysł Simona, aby­śmy dzie­lili się czip­sami z guaca­mole, zamó­wio­nymi na przy­stawkę. Potem oczy­wi­ście zżera mi wszyst­kie czipsy za wyjąt­kiem dwóch, które udaje mi się w porę zwi­nąć.

-?Ups -?wymiata pal­cami okruszki z dna teko­wej miski. -?To ja wszystko zja­dłem?

-?Nie ina­czej.

Macha lek­ce­wa­żąco dło­nią.

-?No i dobrze. Prze­cież nie chcesz się zamar­twiać dodat­ko­wymi kalo­riami.

Tak szybko uno­szę brwi, że boję się, że odlecą.

-?Par­don?

-?No, dodat­kowe kalo­rie.

-?Tak, usły­sza­łam. Ale pomy­śla­łam, że dam ci szansę, abyś zmie­nił te słowa. -?Popi­jam vir­gin mojito, osten­ta­cyj­nie delek­tu­jąc się jego słodką nutą. -?Od kiedy to komen­to­wa­nie, co kobieta powinna, a czego nie powinna jeść, jest w porządku?

Patrzy na mnie uważ­nie.

-?Luzuj, Jen­nie. Żar­to­wa­łem. Prze­cież przy­wy­kłaś do tego, wiesz, że to u mnie nor­malne.

Wła­śnie, przy­wy­kłam do tego i w tym pro­blem. Całe życie wal­czy­łam, by nie zwra­cać uwagi na surowe spoj­rze­nia tre­ne­rów tańca, któ­rzy cze­piali się każ­dej mięk­ko­ści w moim ciele, lustro­wali moje dzien­niki żywie­niowe, szu­ka­jąc śla­dów wszyst­kiego, co nie wpi­sy­wało się w ści­słą dietę, i co mogłoby wyja­śnić, dla­czego w tym tygo­dniu poru­szam się nieco bar­dziej ospale albo dla­czego pew­nego ranka mój strój wydał im się nieco bar­dziej dopa­so­wany. Już zbyt wiele muszli klo­ze­to­wych przy­tu­li­łam, pła­cząc w oba­wie przed ostrzem ich słów, ale przede wszyst­kim bojąc się, że wpa­dam w uza­leż­nie­nie, które zbyt szybko wie­dzie ku śmierci.

To, że mogę teraz tutaj sie­dzieć i zamó­wić trzy nadzie­wane tacosy, a do nich słodki napój i się tym nie przej­mo­wać ani nie czuć grama wyrzu­tów sumie­nia, jest cudem, nad któ­rym pra­co­wa­łam od liceum pod­czas dłu­gich godzin nie­zli­czo­nych tera­pii. Nie pozwolę, by nie­ostrożne słowa Simona zaprze­pa­ściły lata postę­pów.

A on wtedy dodaje:

-?Zimowy reci­tal jest w przy­szłym mie­siącu. Prze­cież nie chcesz dorzu­cić sobie zbęd­nych kilo­gra­mów.

Nie roz­bi­jam mu szklanki na łbie tylko dla­tego, że szkoda drinka, który naprawdę nie­źle kopie.

-?Kopiesz sobie grób. Rób tak dalej, a skoń­czysz w nim.

Nazy­wam go w myślach dzba­nem, gdy kła­dzie dłoń na mojej. -?Wiesz, Jen­nie, nie ma pięk­niej­szej dziew­czyny od cie­bie. Jestem szczę­ścia­rzem, że jesteś ze mną.

Uśmie­cham się do kel­nera, bez­gło­śnie dzię­ku­jąc, gdy pod­suwa mi talerz taco­sów. A do Simona mówię:

-?Żebyś wie­dział.

Jed­nym gry­zem pożera pół taco.

-?Twój brat wciąż jest żonaty?

-?Tak, minęły dopiero dwa tygo­dnie.

Poza tym Car­ter ma obse­sję na punk­cie Oli­vii. Dobrze, że jest zawo­do­wym hoke­istą. Gdyby był w mie­ście codzien­nie, Oli­via mogłaby go udu­sić. Wła­ści­wie nie wiem, jak to się stało, że przez dwa­dzie­ścia cztery lata sama tego nie zro­bi­łam. Mój brat jest świetny, tylko tro­chę... hała­śliwy? Pre­ten­sjo­nalny? Zbyt pewny sie­bie? W chuj ide­ali­styczny? Wszystko razem jed­no­cze­śnie?

-?Dwa tygo­dnie to wię­cej, niż wytrzy­muje w sta­łym związku -?pod­su­mo­wuje Simon, pre­zen­tu­jąc mi wnę­trze ust, pełne mie­lo­nej woło­winy, sałaty i sera.

Zupeł­nie nie ogar­niam, jak on się dostaje pod spód­nice wszyst­kich dziew­czyn z pro­gramu tanecz­nego na SFU.

-?Przy­po­mnieć ci, że jesteś takim samym dziw­ka­rzem, jakim był Car­ter, zanim poznał Oli­vię?

-?Nie jestem.

Nie potra­fię powstrzy­mać chi­chotu. Ups.

Simon prze­wraca oczami.

-?Dla­czego twój brat dostał szansę, żeby odmie­nić swoją repu­ta­cję, a ja nie? Może i ja chcę się ustat­ko­wać.

Czy ludzie zasłu­gują na roz­są­dza­nie wąt­pli­wo­ści na ich korzyść? Zwy­kle tak. Ale ja znam tego męż­czy­znę. Widzia­łam, jak wabił nie­zli­czone dziew­czyny swoim uro­kiem tylko po to, by spać z jedną przez tydzień lub dwa, a następ­nie zastą­pić ją kolejną, przy czym czę­sto polo­wał na kolejną na oczach tej ostat­niej... Porzuca kobiety bez waha­nia, a przy tym ni­gdy nie traci oka­zji, żeby w mię­dzy­cza­sie mnie popo­dry­wać.

Tak jak teraz, gdy zaha­cza pal­cem o mój palec, a pod sto­łem ści­ska mi nogi swo­imi udami. Uśmie­cha się nie­grzecz­nie tym swoim cho­ler­nym uśmiesz­kiem, a ja przy­po­mi­nam sobie, dla­czego w chwili unie­sie­nia prze­zwa­łam go czule Simo­nem Syfi­li­sem.

-?Chodź, Jen­nie. Jedźmy do mnie. Pozwól, że dam ci praw­dziwy pre­zent uro­dzi­nowy.

-?Dobrze. -?Łapię kon­takt wzro­kowy z kel­ne­rem, kręcę jed­nym pal­cem w powie­trzu, a następ­nie wska­zuję swoje tacos. -?Czy mogę dostać je w pudełku na wynos?

Opie­ram pod­bró­dek na sple­cio­nych pal­cach, uśmie­cham się i kon­ty­nu­uję roz­mowę:

-?Wiesz co, Simon? Z ogromną chę­cią. Ale z ogromną chę­cią też zosta­ła­bym tu i dokoń­czyła ten lunch. -?Z uśmie­chem wdzięcz­no­ści biorę od kel­nera małe pudełko i ukła­dam w nim tacosy. -?Nie­stety, nie inte­re­suje mnie dziś popeł­nia­nie błę­dów o roz­mia­rach fuck­boyów.

Wstaję i daję mu powścią­gli­wego buziaka, uważ­nie zapi­su­jąc jego epicko zasko­czoną minę w prze­gródce mojej pamięci, zaty­tu­ło­wa­nej ni­gdy tego nie zapo­mnieć.

-?Dzięki za uro­dzi­nowe tacosy. Nie mogę się docze­kać, kiedy będę mogła się nimi cie­szyć w ciszy i samot­no­ści.

Uśmiech Bec­ket­tów ma nie­od­party urok, działa nawet na innych Bec­ket­tów. Mój brat nie potrafi mi odma­wiać, a ja od czasu do czasu to wyko­rzy­stuję.

Więc nie tylko na uro­dzi­nowy obiad dostaję stek i homara w jed­nej z naj­bar­dziej wyszu­ka­nych restau­ra­cji w Van­co­uver, ale też potem pochła­niam oreo explo­sion banana split w moim ulu­bio­nym barze z dese­rami, a wszystko to spra­wiła pro­sta prośba i uśmiech z dołecz­kami na twa­rzy. Car­ter też zjadł dwa, a gdy wędru­jemy po obie­dzie ulicą, sta­ram się nie pozwo­lić, by z dzie­sięć kilo, które pew­nie dziś przy­ty­łam, zbyt mocno mi burzyło myśli.

A jed­nak jestem nafu­tro­wana, ciężko mi jak dia­bli, a Car­ter zmu­sza mnie jesz­cze do cho­dze­nia. Poza tym jest zimno jak cho­lera, a ja mam na sobie ładny, ale nie cie­pły płasz­czyk.

Drżę, wtu­la­jąc pod­bró­dek w sza­lik.

-?Zimno mi. Dokąd idziemy? Ej, Hank wró­cił do domu po kola­cji, a my mamy grzę­znąć w tym śniegu? Nie kochasz nas już?

Car­ter nie raczy odpo­wie­dzieć, za to Oli­via stęka i składa otu­lone ręka­wicz­kami dło­nie na brzu­chu.

-?Muszę wycho­dzić to całe jedze­nie. Wcią­gnę­łam o wiele za dużo.

Pokle­puję jej uro­czy brzu­szek.

-?Maleń­stwo było głodne. Masz prawo.

-?Maleń­stwo zawsze jest głodne.

-?Duży tata też zawsze jest głodny. -?Car­ter wali się w klatę.

Robię minę, jakby to było ohydne.

-?Nie no, bła­gam, nie. Ni­gdy wię­cej.

Spusz­cza z tonu i marsz­czy brwi.

-?Co? Ale dla­czego?

-?Bo to naprawdę obrzy­dliwe.

-?Dra­ma­ty­zu­jesz. -?Obej­muje żonę ramie­niem, wtula usta w jej ucho, ale nie ści­sza głosu. -?Mam ochotę na wię­cej, ale nie wiem, czy wolno tak publicz­nie zaspo­ka­jać głód, jeśli wiesz, co mam...

-?Car­ter! -?Zakrywa mu dło­nią usta i przy­ciąga go do sie­bie, aby spoj­rzeć mu poważ­nie w oczy. -?Choć raz w życiu prze­stań gadać, na miłość boską! -?szep­cze tym swoim groź­nym, nauczy­ciel­skim tonem.

Zatrzy­mu­jemy się przed wyso­kim budyn­kiem w cen­trum mia­sta, a na jego ustach z wolna wykwita uśmiech.

-?Ale ja chcę, żeby wszy­scy wie­dzieli, że cię kocham. Dla­czego nie pozwa­lasz mi poka­zy­wać tego wszyst­kim?

Oli­via pokle­puje go czule, moja mama pra­wie mdleje, a ja krztu­szę się ze śmie­chu.

-?Uwierz mi, kocha­nie, nikt nie kocha mnie tak gło­śno i osten­ta­cyj­nie jak ty.

Car­ter uśmie­cha się z dumą i otwiera szklane drzwi. Pro­wa­dzi nas do windy, zanim zdążę popo­dzi­wiać wykwintne lobby, a kiedy jedziemy na dwu­dzie­ste pierw­sze pię­tro, w końcu odpo­wiada na zadane całe dwie minuty temu pyta­nie.

-?Naprawdę cię kocham. Jesteś naj­lep­szą sio­strą na świe­cie. -?Wypy­cha mnie na kory­tarz. -?Dla­tego dosta­niesz też naj­lep­szy pre­zent na świe­cie.

-?Pre­zent? Tutaj? -?Roz­glą­dam się i widzę długi kory­tarz, a w nim ciąg ponu­me­ro­wa­nych drzwi. -?Car­ter, to jest budy­nek miesz­kalny.

-?Mhm. -?Wsuwa klucz w dziurkę pod nume­rem 2104, po czym gestem zapra­sza mnie do środka. -?Witaj w swoim miesz­ka­niu, Jen­nie.

Stoję z otwar­tymi ustami i nie mogę się ruszyć.

-?W moim miesz­ka­niu? To moje miesz­ka­nie...?

Ostroż­nie wkra­czam w jasną prze­strzeń. Osza­ła­mia mnie. Jest ume­blo­wane, o ile salon można uznać za wizy­tówkę cało­ści. Odwra­cam się do rodziny, a moje głu­pie oczy pełne są głu­pich łez. Nie­na­wi­dzę pła­czu, ale w tym roku życie nie szczę­dzi mi emo­cji.

-?To naprawdę dla mnie? Mam wła­sne miesz­ka­nie?

-?Są tacy, któ­rzy nazwa­liby mnie naj­lep­szym bra­tem na świe­cie.

Jest iry­tu­jący i dopro­wa­dza mnie do szału, ale Car­ter zawsze był naj­lep­szym bra­tem i moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Więc zarzu­cam mu ramiona na szyję i wołam: Ależ ja cię kocham.

I wtedy dostrze­gam spiętą twarz mamy.

-?Ale jeśli chcesz, możesz na­dal miesz­kać ze mną. -?Rzuca sztywno. - Jeśli nie chcesz, Jen­nie, nie musisz się prze­pro­wa­dzać. Jesz­cze nie jest za późno. Car­ter może wyco­fać się z tej umowy. Ty możesz...

Car­ter uci­sza ją, kła­dąc jej na ustach swoją wielką łapę.

-?Ciiii­cho.

Splata swoje ramię z moim.

-?Chodź. Pozwól, że będę robił za prze­wod­nika.

Opro­wa­dza mnie po miesz­ka­niu, poka­zu­jąc roz­le­głą sypial­nię z przy­na­leżną do niej łazienką z lśnią­cym szkłem prysz­ni­cem. Potem z kory­ta­rza wcho­dzimy do dru­giej sypialni i kolej­nej łazienki. To znacz­nie wię­cej, niż potrze­buję.

Nie czuję się zasko­czona, nie dziwi mnie nawet to, że posta­rał się o apar­ta­ment. Car­ter uwiel­bia roz­piesz­czać swo­ich ludzi, a w zeszłym mie­siącu przy­ła­pał mnie na prze­szu­ki­wa­niu ofert wynajmu. Nie zara­biam wiele, a Van­co­uver jest dro­gie, więc gdy myśla­łam o budże­cie, czu­łam się jak w Zabój­czych umy­słach, bra­ko­wało tylko przy­stoj­nego Dereka Mor­gana. Mina Car­tera, gdy zatrza­snął mi lap­topa i mruk­nął No nie, nie pier­dol, po czym odszedł, roz­ba­wiła mnie, lecz i ziry­to­wała.

Kiedy koń­czymy spa­cer po miesz­ka­niu, jesz­cze raz obcho­dzę wszyst­kie pomiesz­cze­nia tanecz­nym kro­kiem, ponie­waż czuję się kochana i nie mogę prze­stać się uśmie­chać.

-?Jest nie­sa­mo­wite i takie, takie ide­alne. Wiruję w salo­nie, aż w końcu miaż­dżę mojego brata w uści­sku, a potem rzu­cam się na Oli­vię, która już zado­mo­wiła się na kana­pie, i głasz­czę ją po policzku. - Dzię­kuję, nie­skoń­cze­nie dzię­kuję.

-?Możesz się wpro­wa­dzić, kiedy tylko zechcesz -?rzuca Car­ter, kiedy szy­ku­jemy się do powrotu. -?Gdy wrócę w przy­szłym tygo­dniu po kolej­nej serii roz­gry­wek, mogę ci w tym pomóc. Wrę­cza mi różo­wo­złoty bre­lo­czek z akry­lową literą J, wypeł­niony malut­kimi kwiat­kami. -?Jeden z chło­pa­ków mieszka na ostat­nim pię­trze, co też jest fajne. Będę się lepiej czuł, gdy będziesz miesz­kać tu sama, wie­dząc, że on jest w pobliżu. Jesz­cze go o to nie popro­si­łem, ale wiem, że chęt­nie się o cie­bie zatrosz­czy.

-?Świet­nie. -?To takie w jego stylu, na­dal mieć mnie na oku.

Gdy czeka, aż wyjdę na kory­tarz, uchy­lają się drzwi naprze­ciwko moich. Powie­trze prze­szywa cichy śmiech Car­tera.

-?O pie­przo­nym wilku mowa. Co ty tu robisz na dole? To zna­czy, wiem, co tu robi­łeś... na dole... -?Marsz­czy brwi. -?Twoje włosy... i twoja koszula... są całe...

Kręci głową z nie­do­wie­rza­niem, ale uśmie­cha się z roz­ba­wie­niem, po czym wska­zuje mnie i mówi:

-?Jen­nie się wpro­wa­dza. Powie­dzia­łem jej, że będziesz miał na nią oko. - Nagle łagod­nieje, doda­jąc: -?Koniecz­nie na nią uwa­żaj.

-?Nie potrze­buję opie­kunki -?szep­czę gdzieś w prze­strzeń, zapi­na­jąc guziki płasz­cza, po czym uno­szę głowę i zer­kam, aby zoba­czyć, któ­rej bied­nej, niczego nie­podej­rze­wa­ją­cej duszy przy­pa­dło to nie­wdzięczne zada­nie. Moje palce zamie­rają, gdy wzrok tra­fia na parę nie­bie­sko-zie­lo­nych oczu i cha­otyczne brudno blond fale na roz­czo­chra­nej gło­wie oraz szare spodnie dre­sowe, zwi­sa­jące nie­dbale zbyt nisko na bio­drach.

Car­ter ma rację: Gar­rett rze­czy­wi­ście wygląda, jakby wła­śnie skoń­czył się pie­przyć.

A na wpół ubrana blon­dynka, która trzyma czer­wone paznok­cie w odcie­niu wozów stra­żac­kich na jego łok­ciu, jakby wła­śnie została prze­ru­chana na wylot. Nagle czuję się dziw­nie zazdro­sna.

Gar­rett Ander­sen nadaje się do pie­prze­nia jak mało kto, pla­suje się na god­nym pozio­mie Chrisa Hem­swor­tha, cała skóra świeci mu się od potu, mię­śnie falują, tur­kus oczu ma odcień oce­anu w peł­nym słońcu, a spodnie dre­sowe nie ukry­wają, że mię­dzy nogami nie brak mu ognia, bo niby dla­czego mia­łoby mu cze­go­kol­wiek bra­ko­wać? Nie ma co pozy­wać dziew­czyny do sądu za to, że wie, jak wygląda szybki nume­rek z Gar­rettem. Minęło zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele czasu, a w moim lochu zalę­gło się kilka -?no dobra, mnó­stwo, kurwa -?paję­czyn.

Cho­lera, czy ja go wcze­śniej nazwa­łam Disney­lan­dem?

Na policzki Gar­retta wypełza żar­liwa czer­wień, gdy wytrzy­muje moje spoj­rze­nie. Nie mam poję­cia, co go opę­tuje, ale nagle odska­kuje od sto­ją­cej u jego boku dziew­czyny, wręcz popy­cha­jąc ją na zie­mię.

-?Cóż, dobra, jak już mówi­łam -?odchrzą­kuję i owi­jam sobie sza­lik wokół szyi -?nie trzeba mnie niań­czyć, zwłasz­cza nie musi tego robić ten Fuck­boy Roku.

Biorę Oli­vię pod ramię i kie­ruję się do windy, rzu­ca­jąc mu jesz­cze ostat­nie spoj­rze­nie przez ramię. Sądząc po jej śmie­chu, Oli­vii nie mniej niż mnie podoba się, jak Gar­rett roz­dzia­wia usta. Na pewno chce mnie niań­czyć rów­nie mocno, jak ja mam ochotę na kolejny wywód brata, co Wielki Tata zamie­rza zro­bić.

-?Jen­ni­fer Bec­kett -?mama wydziera się, goniąc nas -?to było naprawdę podłe! Prze­pra­szam, Gar­rett! Kochamy cię!

-?Car­tera nazy­wa­łam o wiele gorzej -?zauważa Oli­via. -?Ale Gar­rett to praw­dziwy sło­dziak.

Marsz­czę nos.

-?Sło­dziak, który pie­przył się z moją nową sąsiadką.

Wła­ści­wie mnie to nie rusza, cho­ciaż może być nieco nie­zręcz­nie, gdy będę ich mijała na kory­ta­rzu. A co, jeśli ściany są cien­kie? Czy chcę sły­szeć, jak docho­dzi? Nie­szcze­gól­nie.

Mię­dzy innymi dla­tego uni­ka­łam mediów spo­łecz­no­ścio­wych, zanim Car­ter poznał Oli­vię, kiedy był jesz­cze wyjąt­kową męską dziwką. Nikt nie musi oglą­dać dowo­dów na to, że ktoś inny kogoś zali­cza.

-?Może cho­dzą ze sobą -?dorzu­cam nie­prze­ko­nu­jąco.

-?Nie. -?Car­ter wsuwa ramię mię­dzy drzwi windy, a one posłusz­nie się otwie­rają. Wcho­dzi do środka. -?Tylko się pie­przą.

Zakła­dam ręce na piersi.

-?Nie potrze­buję takiej opie­kunki, Car­ter.

Przy­ciąga Oli­vię do sie­bie i popra­wia jej sza­lik tak, że zakrywa jej pra­wie całą twarz, mimo że pró­buje go ode­pchnąć.

-?Nie myśl o Gar­ret­cie jak o niańce. Pomyśl o nim raczej jak o dodat­ko­wej parze oczu.

-?Car­ter! -?Ze zło­ści tupię dwa razy. Zawsze mia­łam coś w sobie z drama queen. Jaki brat, taka sio­stra. -?To jesz­cze gorzej! To brzmi, jak­byś mnie szpie­go­wał!

-?Prze­cież nie szpie­guję! -?Krzy­czy, wyma­chu­jąc rękami. -?Chcę tylko mieć pew­ność, że jesteś bez­pieczna!

Drzwi się otwie­rają i wcho­dzę do nie­ska­zi­tel­nego holu.

-?Ależ ty mnie wkur­wiasz.

-?Nie, to ty mnie wkur­wiasz!

-?No wiem, że ty wkur­wiasz, co ja niby mam do tego?

-?Dobry Boże. -?Oli­via chowa twarz w dło­niach.

-?Dzie­ciaki -?mama przy­biera ostrze­gaw­czy ton -?doga­duj­cie się.

-?Masz szczę­ście, że cię kocham -?szep­cze Car­ter, gdy otwiera nam drzwi samo­chodu.

-?Masz szczę­ście, że nie sko­pię ci tyłka.

Jego twarz wykrzy­wia sze­roki uśmiech.

-?Wsia­daj już do tego cho­ler­nego samo­chodu.

Prze­su­wam pal­cem po kra­wę­dzi leżą­cego przede mną sta­rego zdję­cia, po chro­nią­cym je od lat pla­stiku. Jest sztywny i poła­many, ostry na kra­wę­dziach, a gdy mój palec zbyt szybko prze­suwa się po pęk­nię­ciu, syczę z bólu. Na czubku palca zbiera się kro­pla krwi, a ja wysy­sam ją, aby powstrzy­mać ból i krwa­wie­nie, wpa­tru­jąc się przy tym w przy­stojną twarz, uśmie­cha­jącą się do mnie ze zdję­cia.

Ma na sobie różową cza­peczkę uro­dzi­nową i trzyma mnie, sie­dzącą na jego ramio­nach, świeżo upie­czoną sze­ścio­latkę, ści­ska­jącą mięk­kiego, jasno­ró­żo­wego kró­liczka, otrzy­maną wów­czas od niego nie­spo­dziankę.

Sły­szę, jak drzwi mojej sypialni skrzy­pią, mama wtyka głowę do środka i uśmie­cha się, widząc, że wciąż nie śpię. Wśli­zguje się do pokoju, ale zatrzy­muje się na skraju łóżka, a ja dostrze­gam w jej oczach naj­pierw prze­błysk ich wiecz­nej miło­ści, a potem ból, gdy zauważa na moich kola­nach otwarty album ze zdję­ciami. Chcia­ła­bym cof­nąć czas, ale wiem, że nie mogę.

-?Tęsk­nię za nim -?szep­czę, obry­so­wu­jąc kształt taty twa­rzy. -?I to bar­dzo.

-?Ja też, kocha­nie. -?Mama zapada się w łóżko obok mnie i w zamy­śle­niu całuje mnie we włosy. -?Wiem, że patrzy dziś na cie­bie z góry, pła­cząc, bo jego mała córeczka prze­stała być dziec­kiem. Jest z cie­bie dumny, Jen­nie, z tej kobiety, którą się sta­jesz. Wiem to na pewno.

Dotyka na zdję­ciu kró­liczka, któ­rego trzy­mam, wtu­lona w taty włosy. Omiata wzro­kiem pokój, aż dostrzega tego samego kró­liczka wtu­lo­nego w mój brzuch.

-?Zawsze go uwiel­bia­łaś.

Się­gam po niego. Dawno wyblakł, a jeden z guzi­ków wisi luźno na nitce. Lata przy­tu­la­nia, cią­gnię­cia go wszę­dzie, gdzie się uda­wa­łam, pro­te­sty, aby mama go nie prała nawet mie­sią­cami, wszystko to spra­wiło, że nie­gdyś mięk­kie futro stało się szorst­kie i zma­to­wiało.

-?Zawsze chcia­łam mieć praw­dzi­wego kró­liczka, ale ni­gdy mi na to nie pozwa­la­li­ście. Więc tata kupił mi tego. -?Głasz­czę dłu­gie uszy. -?To on nadał jej imię. Księż­niczka Bub­ble­gum.

-?Gdy­bym tylko mu pozwo­liła, dałby ci cały świat. Latami męczył mnie o tego praw­dzi­wego kró­liczka. Byłaś jego małą księż­niczką, a on był upar­tym gów­nia­rzem, który nie uzna­wał słowa nie.

-?Cał­kiem jak Car­ter.

Śmieje się.

-?Car­ter jest zbyt podobny do two­jego taty. To był nie­bez­pieczny duet, gdy wpa­dali w szał. -?Uśmie­cha się czule i roz­cze­suje pal­cami moje włosy. -?Przy­kro mi, że nie ma go tutaj, by świę­to­wał z tobą uro­dziny.

-?Niech ci nie będzie przy­kro. -?Ocie­ram łzę ze swo­jego policzka, a potem łapię tę, która spływa po jej policzku. -?Na szczę­ście przez szes­na­ście lat mogłam two­rzyć z nim piękne wspo­mnie­nia.

W jej oczach widać cichy smu­tek, gdy wpa­truje się w mroczny pokój.

-?Naprawdę będę tęsk­nić za twoją obec­no­ścią. Gdy­bym mogła, zatrzy­ma­ła­bym cię tu na zawsze, ale zasłu­gu­jesz na wła­sne życie. Potrze­bu­jesz prze­strzeni, żeby doro­snąć.

Bie­rze moją twarz w dło­nie i całuje mnie w poli­czek.

-?Wszyst­kiego naj­lep­szego, mała. Kocham cię i jestem z cie­bie dumna.

3. Gdzie jest: księżniczka Bubblegum i chęci do życia

3

Gdzie jest: księż­niczka Bub­ble­gum i chęci do życia

Jen­nie

Czy drę­czyło cię kie­dyś poczu­cie, że gdzieś nie pasu­jesz?

To nie moja bajka. Nie lubię łazić po mie­ście w piątki, wolę mieć wtedy na sobie nie­wiele i pozwa­lam, aby wszystko swo­bod­nie wisiało. Nie prze­szka­dza mi brak maj­tek ani sta­nika. Nie prze­szka­dzają mi nawet zaczer­wie­nione oczy i mocno zawią­zany na czubku głowy kok.

A to miesz­ka­nie jest takie nie­ska­zi­telne, takie poukła­dane. W niczym nie przy­po­mina mojego życia ani głowy.

Wcze­snym ran­kiem zagląda tu słońce. Kąpie moją nową prze­strzeń w deli­kat­nym bla­sku i ogrzewa deski z twar­dego drewna pod moimi bosymi sto­pami. Na chwilę zamy­kam oczy i upa­jam się tym uczu­ciem, chłonę cie­pło. Wyobra­żam sobie, jak to jest być kochaną, jak jego ramiona owi­jają się wokół cie­bie, roz­pa­la­jąc cię od środka. Przez chwilę pro­mie­nie słońca są jak miłość, oży­wam w nich. Przez chwilę tego wła­śnie pra­gnę.

Nie mogę się dziś pozbie­rać, wszystko przez ten cho­lerny album ze zdję­ciami, leżący na wyspie kuchen­nej. Od zeszłego tygo­dnia, od uro­dzin nie ode­rwa­łam od niego wzroku.

Śle­dzę zmarszczki, ich linie wokół jego sze­ro­kiego uśmie­chu oraz błysz­czą­cych oczu. A im dłu­żej patrzę na niego, na tatę, któ­rego stra­ci­łam osiem lat temu, na poże­gna­nie, któ­rego nie zdą­ży­łam wypo­wie­dzieć, tym trud­niej mi oddy­chać. W gar­dle czuję ogień i wbi­jam zęby w dolną wargę, aby powstrzy­mać jej drże­nie.

Gdy odwra­cam się od jedy­nej twa­rzy, którą chcę widzieć, a zara­zem nie mogę znieść jej widoku, trzęsą mi się ręce. Spo­glą­dam na pudełka. Jest ich zbyt wiele, jedne w sto­sach, inne zale­gają na pod­ło­dze w salo­nie. Wszystko, czego chcę, to zako­pać się w tym bała­ga­nie i roz­pa­ko­wy­wać je, aby poczuć się wresz­cie jak w domu. To przy­ziemne zada­nie napo­tyka jed­nak we mnie fale roz­ża­le­nia, któ­rych mimo upływu lat na­dal w sobie nie rozu­miem, i two­rzą razem brzydką, błot­ni­stą tęczę emo­cji. Jed­nak nie chcę prze­glą­dać pudeł. Nie chcę oglą­dać zdjęć ani marzyć o wspo­mnie­niach, które mogli­by­śmy wspól­nie stwo­rzyć, lecz ni­gdy nie stwo­rzymy. Wolę wczoł­gać się z powro­tem do łóżka, nacią­gnąć koł­drę na głowę i obu­dzić się jutro, kiedy to wszystko się skoń­czy.

Szcze­rze? Nie pognie­wa­ła­bym się za jakiś uśmiech, deli­katny i otwarty, który przy­po­mniałby mi, że na tym świe­cie ist­nieje dobro.

Lecz mogę co naj­wy­żej liczyć na kawę, jedyną rzecz, którą da się dość łatwo zdo­być. Zakła­dam więc jedną z bluz hoke­jo­wych brata, wsu­wam stopy w swoje UGG i mozol­nie wlokę się kory­ta­rzem do windy.

-?Przy­trzy­maj ją! -?Woła ktoś, a ja z pięć­dzie­siąt razy wci­skam przy­cisk "zamknij", ale i tak w końcu but na obca­sie wpy­cha się do środka. - Cześć, sąsiadko. Dzięki, że pocze­ka­łaś.

Ładna blon­dynka z naprze­ciwka olśniewa sze­ro­kim, błysz­czą­cym uśmie­chem.

-?Żaden pro­blem. -?Zer­kam w dół i dostrze­gam eks­klu­zywny trencz oraz czer­wień spodów jej butów.

Loubo­utin? No bez jaj.

Zdej­muje czer­woną skó­rzaną ręka­wiczkę, odsła­nia­jąc nie­na­gan­nie wypo­le­ro­wane, błysz­czące paznok­cie, i podaje mi rękę.

-?Emily.

Ści­skam jej dłoń, pró­bu­jąc ukryć domo­wej roboty mani­kiur sprzed trzech tygo­dni

-?Jen­nie.

-?Jesteś przy­ja­ciółką Gar­retta.

Nie jestem.

-?A ty się z nim pie­przysz.

Mruga do mnie.

-?Tylko w te dni, któ­rych nazwy koń­czą się na K lub A. Winda zatrzy­muje się, a Emily czule ści­ska moje przed­ra­mię.

-?Lecę na par­king, więc pora się poże­gnać. Miło było cię poznać, Jen­nie. Do zoba­cze­nia.

-?Pa, Emmo.

Wytrzy­muje moje spoj­rze­nie, uśmie­cha­jąc się słodko.

-?Emily. Nazy­wam się Emily. Jeśli jesz­cze kie­dyś zapo­mnisz moje imię, Gar­rett nie omieszka ci go przy­po­mnieć, wykrzy­ku­jąc je w środku nocy.

Drzwi zamy­kają się, a ona znika za nimi. Poka­zuję jej język, a ona nie pozo­staje mi dłużna.

Co to ja chcia­łam. Czy mówi­łam już, że nie chcę sły­szeć, jak ten facet docho­dzi? Kiedy go zoba­czę, zacho­wam się tak, jak­bym go w ogóle nie znała.

Na przy­kład teraz. Noż kurwa.

-?Jen­nie?

Napo­ty­kam wzrok Gar­retta, więc zmu­szam ciało, by poru­szało się jak naj­szyb­ciej i pró­buję ukryć się za rogiem. Nie tylko nie chcia­łam widzieć, jak wycho­dzi z miesz­ka­nia mojej nowej sąsiadki, ale przede wszyst­kim nie chcę, żeby on mnie oglą­dał w takim sta­nie. Tego ranka już raz roz­ma­wia­łam przez tele­fon z Car­te­rem, wci­ska­jąc mu kit o tym, jak to się świet­nie mam. Nie kupił tego i nie­chęt­nie zgo­dził się zabrać mnie na kola­cję dopiero póź­nym wie­czo­rem, zamiast od razu przy­je­chać. Nie życzę sobie, żeby mój opie­kun pole­ciał teraz z jęzo­rem i doniósł star­szemu bratu, że jego młod­sza sio­stra jest w total­nej roz­sypce.

-?Jen­nie? -?Gar­rett woła ponow­nie, gdzieś bli­żej. -?Ukry­wasz się? Wiesz, że już cię widzia­łem, prawda?

Zaci­skam oczy, przy­kle­ja­jąc się do ściany. Kiedy ktoś chrząka, uchy­lam jedną powiekę.

Przede mną stoi blond olbrzym w iden­tycz­nej blu­zie z kap­tu­rem, jak mam na sobie. Włosy nie­dbale upchnął pod czapką z dasz­kiem, a w rękach trzyma gorące napoje z kawiarni, do któ­rej wła­śnie zmie­rzam. Jego spoj­rze­nie prze­szywa mnie na wskroś i widzę tro­skę malu­jącą się na jego twa­rzy.

-?Cześć, Gar­rett. Nie zauwa­ży­łam cię.

Pro­stuję się, szar­piąc rąbek bluzy, a jego wzrok pada na moje spodnie od piżamy. Gestem wska­zuję napoje i zmu­szam się do rado­snego tonu.

-?Przy­nio­słeś mi coś do picia?

Wpa­truje się we mnie uważ­nie, ściąga brwi, aż się łączą. Wiem, że na końcu języka ma pyta­nie: Wszystko w porządku? Waży słowa, pew­nie dla­tego, że zwy­kle go prze­ra­żam.

-?Tak, wła­ści­wie przy­nio­słem. -?Jeden napój przy­trzy­muje pod pachą, a pozo­stałe dwa wyciąga w moją stronę. -?To dla cie­bie.

Spo­glą­dam na kubki, a potem na niego.

-?Co?

-?Dla cie­bie.

-?Nie... nie rozu­miem.

Gar­rett ledwo potrafi to z sie­bie wydu­sić.

-?Wiem, że wła­śnie spa­łaś tu pierw­szy raz sama i wiem, że dzi­siaj... - Mruży oczy, a ja prze­ły­kam ślinę. -?Wiem, że dziś może ci być ciężko, więc pomy­śla­łem... że może przyda ci się tro­chę kofe­iny. Ale potem stwier­dzi­łem, że nie wiem nawet, czy w ogóle lubisz kawę, więc na wszelki wypa­dek wzią­łem też gorącą cze­ko­ladę.

Wrę­cza mi tackę i prze­suwa dło­nią po karku.

-?Wzią­łem z bitą śmie­taną.

-?To...

-?To nic wiel­kiego. Byłem tam i po pro­stu pomy­śla­łem... o kawie.

-?Lubię kawę. I gorącą cze­ko­ladę też. -?Cho­lera, ale mam gulę w gar­dle. -?Dzię­kuję, Gar­rett.

Nagle jego policzki eks­plo­dują uśmie­chem, roz­świe­tla­jąc całą twarz. To tak zaraź­liwe, że nie­mal też się uśmie­cham.

-?Faj­nie. No, faj­nie. -?Macha ręką. -?Dla mnie żaden pro­blem.

Wraca do głów­nego holu. Nie mam dokąd pójść, więc idę obok niego.

-?Wła­ści­wie... dokąd się wybie­ra­łaś?

Uno­szę nieco napoje.

-?Po kawę.

-?W piża­mie?

-?Tak, w piża­mie. Masz z tym pro­blem, kolego?

Wpa­truje się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami i kiwa na boki głową. Przed windą waha się.

-?A skoro masz już swoją kawę, to teraz...?

-?Wra­cam na górę.

-?Och. Ja też.

Zerka to na mnie, to na windę, potem wpa­truje się w pod­łogę, a gdy znów pod­nosi wzrok na mnie, ta cisza mię­dzy nami trwa już odro­binę za długo.

-?Pójdę scho­dami -?rzu­camy jed­no­cze­śnie, wpa­da­jąc na sie­bie, gdy ruszamy ku klatce scho­do­wej.

-?Zamie­rzasz wejść na górę aż dwa­dzie­ścia jeden pię­ter?

Opie­ram pięść na bio­drze.

-?Nazy­wam to ćwi­cze­niami. Ty masz dwa­dzie­ścia pięć pię­ter. I co ty na to, duży chłop­czyku?

-?Może boję się windy -?wyznaje i się rumieni.

Uno­szę brew.

-?Naprawdę?

-?Tak. Prze­ra­żają mnie. -?Prze­łyka ślinę i wpa­truje się upar­cie w długi kory­tarz wio­dący ku scho­dom, a potem robi coś naprawdę dziw­nego. -?Och, wła­ści­wie... Ajjjć.

Łapie się za kolano i jęczy.

-?Zra­ni­łem się w kolano. Ude­rzy­łem się, gdy robi­łem kawę.

-?To może lepiej, jeśli poje­dziesz windą?

-?Tak, tak będzie naj­le­piej. -?Pociera kolano i syczy od uda­wa­nego bólu. -?Myślę, że nic się nie sta­nie, jeśli na jeden dzień zapo­mnę o stra­chu.

Czy to się dzieje naprawdę? Czy on nie wie, jaki z niego gów­niany aktor?

Gdy naci­skam przy­cisk, winda otwiera się i wpy­cham go do środka.

-?Dzięki za kawę. I wiesz co, Gar­rett?

-?Co?

-?Tak trzy­maj, duży chłop­czyku.

Paczuszka, którą przy­nio­słam, nik­nie przy eks­tra­wa­ganc­kim bukie­cie i obfi­tym śnia­da­niu sto­ją­cym na małym sto­liku -?ozna­kach, że Car­ter już tu był. Ale wiem, że Hank i tak doceni mój gest.

-?Czy to moja ulu­biona dziew­czyna?

Podą­żam za jego zmę­czo­nym gło­sem i znaj­duję go w buja­nym fotelu przy oknie.

-?To tylko ja. -?Całuję go w uśmiech­nięty poli­czek i sia­dam obok. Ma wspa­niały widok na wyso­kie drzewa i zie­loną prze­strzeń oraz pobli­skie szczyty gór, zdo­biące pano­ramę Pół­noc­nego Van­co­uver nawet w środku tej ponu­rej jesieni.

-?Czyli moja ulu­biona. Jak i twoja mama. I Oli­via. No i odro­binkę kocham też Carę.

-?Przy­kro mi to mówić, Hank, ale słowo ulu­biona wymaga, abyś któ­rejś z nas przy­znał pierw­sze miej­sce.

Marsz­czy brwi.

-?Prze­cież wiesz, że nie potra­fię. Kocham was wszyst­kie.

-?My wszyst­kie też cię kochamy. -?Kładę na stole małe pudełko, uno­szę wieczko i sło­dycz cyna­mo­no­wego cukru prze­nika powie­trze. -?Przy­nio­słam ci bułeczkę cyna­mo­nową.

Jego oczy błysz­czą, gdy tnę na kawałki lep­kiego śli­maka, a potem pro­wa­dzę jego jedną rękę do tale­rza, a drugą do widelca.

-?Jed­nak to ty jesteś moją naj­ulu­bień­szą. -?Wska­zuje gdzieś za sie­bie. -?Car­ter zro­bił ci cap­puc­cino, zanim wyszedł.

Znaj­duję jesz­cze cie­pły kubek, zapla­tam na nim dło­nie, nie­cier­pli­wie zacią­gam się aro­ma­tem. Uśmie­cham się na widok cyna­mo­no­wego ser­duszka, usy­pa­nego na piance. Car­ter uwiel­bia wiel­kie, gło­śne przed­sta­wie­nia, ale cza­sami to te małe, ciche gesty roz­grze­wają mnie naj­bar­dziej.

Przez kilka następ­nych minut roz­ma­wiamy sobie o tym i o owym, a kiedy wresz­cie pozwa­lamy sobie na chwilę mil­cze­nia, Hank szep­cze:

-?Dzi­siaj mija osiem lat.

Sączę cap­puc­cino, aby pozbyć się uci­sku w gar­dle.

-?Dla cie­bie to pięt­na­ście.

Obraca coś w pal­cach, a gdy dostrze­gam deli­katną złotą obrączkę z osa­dzo­nym pośrodku bry­lan­tem, moje serce przy­spie­sza rytm.

-?Każ­dego cho­ler­nego dnia tęsk­nię za moją słodką Ire­land.

Hank poja­wił się w naszym życiu w naj­gor­szym dla nas dniu, w rocz­nicę jego naj­gor­szego dnia. Jego żona Ire­land zmarła równo sie­dem lat przed moim tatą, a my jeste­śmy wdzięczni Han­kowi i Ire­land za ura­to­wa­nie życia Car­te­rowi.

Tego dnia mój brat musiał opie­ko­wać się mną i mamą. Choć wyda­wało się to nie­wy­ko­nalne, radził sobie z łatwo­ścią. Pamię­tam tylko, jak cią­gle wmu­szał w nas jedze­nie, godzi­nami pod­trzy­my­wał nas przy życiu, gdy myśla­ły­śmy, że świat się skoń­czył, jak zaniósł mamę do łóżka, gdy wresz­cie dopa­dło ją wyczer­pa­nie, i leżał przy mnie, dopóki nie zamknęły mi się oczy.

Następ­nego ranka zna­la­złam go nie­przy­tom­nego na kana­pie w salo­nie, a Hanka i Dublina -?któ­rych wtedy jesz­cze nie zna­li­śmy -?sie­dzą­cych w rogu pokoju. Hank opo­wie­dział nam, jak przy­śniła mu się zmarła żona. Kazała mu wyjść z domu i kilka godzin póź­niej natknął się w barze na pija­nego, beł­ko­czą­cego coś Car­tera. Nie pozwo­lił mu jechać do domu w takim sta­nie, w końcu podobna sytu­acja pozba­wiła nas ojca.

Zapo­bie­ga­jąc kolej­nym stra­tom w tej rodzi­nie, Hank stał się jej czę­ścią.

W końcu szep­czę do Hanka:

-?To za długo.

-?Każdy dzień bez nich jest za długi, prawda?

Czuję ucisk w klatce pier­sio­wej, bo wyobra­żam sobie w tej chwili mamę. Wiem, co robi: to samo, co każ­dego roku w tym dniu. Nosi ulu­biony swe­ter taty, ponie­waż wciąż w nim czuje zapach jego wody koloń­skiej, i tuli plu­szo­wego misia, któ­rego wygrał dla niej na jar­marku pod­czas ich pierw­szej randki. Pła­cze i czuje się samotna, bo w jej sercu nie ma jesz­cze dość prze­strzeni, by wpu­ścić nas z powro­tem. Potem będzie się śmiać i uśmie­chać, obej­rzymy razem stare rodzinne filmy i będziemy wspo­mi­nać różne histo­rie, ale teraz potrze­buje prze­strzeni, by się posmu­cić.

-?Życie bez brat­niej duszy to coś, czego nikt nie powi­nien doświad­czać - szep­cze Hank i kle­pie mnie po dłoni. -?Wiem, Jen­nie, że na cie­bie czeka coś wyjąt­ko­wego. Miłość ponad wszystko. Tym wła­śnie jest brat­nia dusza. To ktoś o gład­kich kra­wę­dziach, dzięki któ­rym nasze prze­stają być takie ostre. Ktoś, kto ide­al­nie do nas pasuje, nadaje na tej samej czę­sto­tli­wo­ści, przy nim błysz­czy wszystko, co w nas naj­lep­sze. A razem? Gdy jeste­ście razem, wszystko jest dokład­nie takie, jakie powinno być.

Tro­chę na siłę prze­wra­cam oczami, śmie­jąc się z jego pro­roctw.

-?Ni­gdzie mi się nie spie­szy. Lubię swoją nie­za­leż­ność.

-?Można pozo­stać nie­za­leż­nym, a jed­nak dzie­lić z kimś życie. Twój brat nie sądził, że zechce współdzie­lić codzien­ność, a teraz... tylko spójrz na niego. Ma żonę o pięk­nej duszy, dziecko w dro­dze i nie mógłby być szczę­śliw­szy.

-?Wiem, dokąd zmie­rzasz, sta­ruszku, ale nie potrze­buję chło­paka, aby być szczę­śliwą.

-?Ja też sądzę, że nie potrze­bu­jesz. Sama się uszczę­śli­wiasz. Ale może warto zna­leźć osobę, która sprawi, że wszyst­kie ciemne miej­sca staną się nieco jaśniej­sze, która pomoże ci nad nimi zapa­no­wać, pomoże ci otwo­rzyć się na tę część świata, któ­rej nie dostrze­gasz?

Wzru­sza ramio­nami i dodaje:

-?Kto wie. -?Uśmie­cha się sze­roko. -?I czy sądzę, że jesteś znacz­nie bar­dziej podobna do brata, niż pozwa­lasz sobie przy­znać, więc boisz się kogoś do sie­bie dopu­ścić, ponie­waż miłość może zra­nić? Oczy­wi­ście.

-?Prze­stań, ale już. Wcale się nie boję.

Tylko jestem prze­ra­żona.

Nie cho­dzi o to, że nie pra­gnę intym­no­ści; osoby, która zawsze jest po two­jej stro­nie, przy któ­rej nie musisz trzy­mać wysoko gardy i nawet wtedy cię lubi. Boże, jak chcia­ła­bym zna­leźć kogoś, kto widziałby wszystko i akcep­to­wał wszystko. Kogoś, z kim mogła­bym dzie­lić wszyst­kie trudne sprawy. Może wtedy łatwiej byłoby je znieść.

Rzecz w tym, że kiedy twój star­szy brat jest kapi­ta­nem dru­żyny NHL, kiedy każdy chce go mieć choć na tro­chę dla sie­bie, prze­sta­jesz odróż­niać, co jest praw­dziwe, a co fał­szywe. Nie­pew­ność staje się coraz głęb­sza, gdy kolejne osoby pozo­sta­wiają cię samej sobie, bo oka­zuje się, że byłaś tylko drogą do celu, jakim był on, że w waszych rela­cjach nic ni­gdy nie było praw­dziwe. A ci, o któ­rych sądzi­łaś, że im na tobie zależy? Kiedy już wysa­dzą twój świat w powie­trze, nawet nie spoj­rzą na gruzy i chaos, który pozo­staje po eks­plo­zji.

Zwarty krąg przy­ja­ciół, tych kilka osób, któ­rym możesz zaufać z całego serca, daje wię­cej bez­pie­czeń­stwa. Lepiej nie wpusz­czać pochop­nie każ­dego, kto o to poprosi, nawet jeśli cza­sami wiąże się to z pewną dozą samot­no­ści.

Poza tym, kto potrze­buje chło­paka, gdy ma szu­fladę pełną part­ne­rów na bate­rie? W dodatku męż­czyźni nie wibrują tak jak dildo.

Kiedy po lun­chu wra­cam do miesz­ka­nia, jestem wyczer­pana. Przez cały ranek otrzy­my­wa­łam wia­do­mo­ści od Car­tera, Oli­vii, Cary i Simona, nie­ustan­nie spraw­dzali, co u mnie. To miłe, ale zbyt inten­sywne.

Zamy­kam drzwi. Dźwięk zasuwki odbija się echem w miesz­ka­niu, po czym wypeł­nia je cisza.

Ta cisza przy­pra­wia mnie o dresz­cze. Pozo­sta­wia zbyt wiele miej­sca na pyta­nia, błą­dze­nie myślami, nad­mierne kom­bi­no­wa­nie i domy­sły.

Mój wzrok przy­kuwa album ze zdję­ciami. Pozwa­lam mu się sku­sić i znów widzę tylko jego uśmiech­niętą twarz. Despe­racko pra­gnę poczuć cie­pło jego miło­ści zamiast tego nagłego, przy­tła­cza­ją­cego braku siły i kon­troli.

Zakry­wam zdję­cie i zamy­kam oczy, oddy­cham głę­boko, a wtedy z jakie­goś powodu w mojej gło­wie poja­wia się twarz Gar­retta. Widzę go, jak stoi z kawą i gorącą cze­ko­ladą, z uśmie­chem, któ­rym raczy tylko mnie, tym praw­dzi­wym uśmie­chem, który spra­wił, że poczu­łam cie­pło. Ale teraz znów jestem sama, jest mi zimno i tak cho­ler­nie męczy mnie samot­ność w tych naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Powoli roz­kła­dam palce, po tro­chu odsła­nia­jąc zdję­cie. Wtu­lony w moją pierś różowy kró­li­czek wpa­truje się we mnie, a ja uświa­da­miam sobie, czego potrze­buję. Wiem, jak zna­leźć tro­chę cie­pła, jak prze­nieść tu kawa­łek domu.

Tnę nożycz­kami nie­koń­czące się taśmy, pudełko po pudełku, odry­wam skrzy­dła kar­to­nów i roz­sy­puję ich zawar­tość na pod­ło­dze, szu­ka­jąc księż­niczki Bub­ble­gum, tego kawałka mojego taty, któ­rego mogę się trzy­mać. Im dłu­żej szu­kam, tym bar­dziej trzęsą mi się ręce. Nożyczki się łamią, a pod­bró­dek drży. Pudełko po pudełku i nic, serce mi krwawi: kró­liczka ni­gdzie nie ma.

Mocno zaci­skam powieki i kręcę głową, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad sła­bo­ścią, która wła­śnie dopa­dła mnie w takiej for­mie, jakiej naj­bar­dziej nie­na­wi­dzę.

Rzadko tracę kon­trolę. Nad swoim cia­łem, emo­cjami. Uni­kam sytu­acji, które wiążą się z bólem lub nie­pew­no­ścią. Trzeba mi było zostać w domu; w domu, gdzie otu­lają mnie wspo­mnie­nia, w domu z mamą. Ale jestem tutaj, sama.

Wysy­puję przed sobą zawar­tość pudełka z napi­sem sypial­nia, a kiedy i z niego nie wypada nic różo­wego, kolana ugi­nają się pode mną i pozwa­lam łzom pły­nąć.

4. Deszcz wibratorów

4

Deszcz wibra­to­rów

Gar­rett

-?Nie­eeeu­uuu.

-?Niiiiiie­eeu!

-?Niiie­eeu!

-?O, ja pier­dolę. -?Masywne ciało Adama wpada na mnie i pcha mnie na Car­tera. Blo­kuje nas mię­dzy sobą a barier­kami. -?Może­cie się, kurwa, zamknąć? Dość tych efek­tów dźwię­ko­wych. Nie jeste­ście pie­przo­nymi samo­cho­dami wyści­go­wymi.

Wsu­wam ręka­wicę pod pachę i zwi­jam butelkę z wodą Adama, leżącą na siatce bramki. Gdy try­skam nią sobie do ust, woda zalewa mi szyję i spływa pod ochra­niacz.

-?Zwy­czaj­nie jesteś zazdro­sny, bo nie potra­fisz jeź­dzić tak szybko jak my.

Adam pod­nosi kratę i krad­nie mi z powro­tem swoją wodę.

-?Kiedy mam na sobie dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów sprzętu bram­kar­skiego? Nie, nie potra­fię i bar­dzo wąt­pię, by któ­ry­kol­wiek z was potra­fił.

Car­ter wypina pierś.

-?Ja bym potra­fił.

Adam pry­cha:

-?Jasne, stary. Cokol­wiek.

-?Co? No mówię ci, że potra­fił­bym. Dawaj, zapnij mnie i się pości­gamy.

Recho­czę.

-?Zapnij mnie. Podobno Ollie tak mówi do cie­bie.

-?Baaam. -?Emmett ze śmie­chem zbija ze mną piątkę, ręka­wica w ręka­wicę. -?Tylko nie zdradź jej, że się z tego śmia­łem. W ciąży jest tysiąc razy strasz­niej­sza.

Car­ter nie wydaje się roz­ba­wiony. Z okrzy­kiem bojo­wym, który odbija się echem po całym lodo­wi­sku, rzuca mnie na lód i dusi mnie ręka­wicą.

-?Odwal się! -?Drę się, pró­bu­jąc wyzwo­lić się z jego uści­sku. -?Adam! Pomocy!

-?Jezu Chry­ste -?iry­tuje się tre­ner, zatrzy­mu­jąc się obok nas, wznie­ca­jąc fon­tannę lodu. -?Cza­sami mam wra­że­nie, że tre­nuję dzie­ciaki, a nie pro­fe­sjo­nalny hokej męż­czyzn. Moja córka jest bar­dziej doj­rzała niż wy dwaj, a jest nie­mow­lę­ciem. -?Pstryka pal­cami i wska­zuje gdzieś za sie­bie. -?Bec­kett, Ander­sen, rusz­cie tyłki, leci­cie po pięć okrą­żeń, ale już.

Car­ter wstaje i mnie też pod­nosi.

-?Dawaj, ści­gamy się.

Strze­puję z koszulki dro­binki lodu.

-?Rywa­li­zu­jesz cał­kiem bez potrzeby.

-?No pew­nie, a do tego...

-?Drugi sta­wia lunch!

Mroźne powie­trze szczy­pie mnie w policzki, gdy tnę lód, a Car­ter dep­cze mi po pię­tach, drąc się jak opę­tany. I wła­śnie dzięki temu dwie godziny póź­niej sie­dzę nad sto­sem skrzy­de­łek z kur­czaka i pizzą, za które nie muszę pła­cić, a Car­ter wciąż rzuca mi wro­gie spoj­rze­nia i gdera, że oszu­ki­wa­łem.

-?Nie umiesz prze­gry­wać -?przy­cina mu Emmett, wkła­da­jąc do ust cały kawa­łek pizzy na raz. -?To nie jest dobra cecha.

-?Nie prze­gra­łem! On oszu­ki­wał! -?Car­ter wyj­muje mi z dłoni kawa­łek pizzy. -?Odda­waj to.

Adam dokłada mi na talerz kolejny kawa­łek.

-?A Jen­nie już się wpro­wa­dziła do nowego miesz­ka­nia?

Car­ter przy­ta­kuje.

-?Wczo­raj. -?Szuka mojego wzroku. -?Widzia­łeś ją dziś rano?

Nie­zbyt czę­sto kła­mię -?może z wyjąt­kiem tego poranka, kiedy być może powie­dzia­łem, że boję się wind i że boli mnie kolano -?więc jestem w kła­ma­niu cienki jak dupa węża. Ale dziś w oczach Jen­nie było coś bez­bron­nego, jakiś smu­tek i nie­pew­ność, zwy­kle ukryte za jej śmia­ło­ścią. Coś, co mówiło, że nie chce, by kto­kol­wiek postrze­gał ją ina­czej niż jako osobę pewną sie­bie, by wie­dzieli, jak drżał jej pod­bró­dek i jak prze­łknęła ślinę w tym dniu, czy też mieli świa­do­mość, że nawet nie zadała sobie trudu, aby sen­sow­nie się ubrać.

Więc kła­mię. Ponow­nie.

-?Nie widzia­łem jej.

-?Pomy­śla­łem, że mogłeś na nią tra­fić, jeśli znów gra­so­wa­łeś u przy­ja­ciółki.

Fala cie­pła peł­znie w górę mojej szyi.

-?Nie gra­so­wa­łem. I nie byłem dziś u niej.

-?W końcu zali­czy­łeś bazę, co? -?Emmett stuka szklanką o moją szklankę.

-?Czy sypia­nie z kimś, kto mieszka w tym samym budynku, to dobry pomysł? -?W pyta­niu Adama tro­ska mie­sza się z roz­ba­wie­niem. -?A może to na poważ­nie?

-?Nie, nie na poważ­nie. I tak naprawdę nie spa­li­śmy ze sobą. -?Patrzą na mnie tak, że kapi­tu­luję. -?No dobra, ale tylko parę razy. Trudno mi kogoś poznać. A wy chce­cie tylko oglą­dać zdję­cia swo­ich żon i gadać o tym, że ich włosy pachną chle­bem bana­no­wym albo innym gów­nem. Wszy­scy jeste­ście pod pan­to­flem tych cipek.

-?Adam nie jest pod pan­to­flem żad­nej cipki -?pro­te­stuje Car­ter. -?Jest wol­nym czło­wie­kiem i pier­do­lone dzięki mu za to.

Adam chi­cho­cze, ale jego policzki pąso­wieją.

-?Chciał­bym być dla cie­bie lep­szym skrzy­dło­wym. Ale nie jestem jesz­cze gotów na nowe przy­gody.

Car­ter wsuwa do ust sma­żo­nego ogórka.

-?Mógł­byś się po pro­stu pie­przyć, jak Gar­rett.

-?Ja nie... -?Cho­wam twarz w dło­niach. -?A zresztą.

Wska­zuje mnie tym swoim na wpół zje­dzo­nym ogór­kiem.

-?A tak przy oka­zji, Jen­nie nie była tobą zachwy­cona.

-?Co? Dla­czego? -?Głu­pie pyta­nie. Pomię­dzy wese­lem a wpadką w miesz­ka­niu, nie wypa­da­łem kosmicz­nie. Mam nadzieję, że dzi­siej­szy dzień to naprawi, choć pier­wot­nie zamie­rza­łem tylko pod­rzu­cić jej napoje pod drzwi i w życiu się nie przy­znać, że są ode mnie.

-?Wspo­mi­nała coś, że nie zamie­rza ci się pod­po­rząd­ko­wy­wać, gdy pie­przysz się z jej sąsiadką.

To wina Car­tera, jak pra­wie zawsze. Gdyby ostrzegł mnie, że tam będą, mnie na pewno nie byłoby wtedy u Emily. Kurwa, nawet mi nie powie­dział, że jego sio­stra się wpro­wa­dza. Ta kobieta jed­no­cze­śnie mnie pod­nieca i śmier­tel­nie prze­raża samym spoj­rze­niem, zawsze tak kurew­sko but­nym, a teraz jesz­cze muszę kła­mać, że wcale się na sie­bie nie nakrę­ca­li­śmy przy win­dzie.

Car­ter wyła­wia z kie­szeni dzwo­niący tele­fon.

-?O wilku mowa. Hej, Jen­nie. Wła­śnie roz­ma­wia­li­śmy... -?Uśmiech nik­nie mu na twa­rzy. -?Moment. Dla­czego pła­czesz? Oddy­chaj głę­boko.

Ner­wowo prze­cze­suje dło­nią włosy, szar­pie je.

-?Nie wiem, jak... Nie wiem... jak mógł­bym... Nie wiem, jak mógł­bym ci stąd pomóc -?wysła­wia się wresz­cie, pra­wie krzy­cząc, a im dłu­żej słu­cha sza­leń­czej papla­niny Jen­nie, tym sze­rzej otwiera oczy.

Moje doświad­cze­nie w radze­niu sobie ze zde­ner­wo­wa­nymi kobie­tami ogra­ni­cza się do sytu­acji z trzema młod­szymi sio­strami. I choć to też skom­pli­ko­wane, nie sądzę, aby mie­ściły się na tej samej skali, co Jen­nie. Mimo to szep­czę do Car­tera:

-?Przy­po­mnij jej o oddy­cha­niu.

Kiwa głową.

-?Dobrze, Jen­nie. Weź głę­boki oddech. -?I sam bie­rze głę­boki wdech, a potem jesz­cze i jesz­cze jeden, gesty­ku­lu­jąc przy tym dło­nią, jakby Jen­nie go widziała. -?Dobrze. A teraz opo­wiedz mi to jesz­cze raz.

Ściąga brwi zdu­miony.

-?Księż­niczka Bub­ble­gum? -?upew­nia się.

Piwo wpada mi nie w ten otwór, co trzeba, krztu­szę się i oplu­wam sobie rękę.

-?Nie, nie wiem, gdzie jest księż­niczka Bub­ble­gum -?wzdy­cha Car­ter. - Znaj­dziemy ją, dobrze? Obie­cuję. Musi gdzieś być.

Pochła­niam czwarty kawa­łek pizzy, kiedy Car­ter odkłada słu­chawkę i wyja­śnia, że Jen­nie zgi­nęło plu­szowe zwie­rzątko, które dostała od taty, i już w chwili, gdy kie­ruje na mnie wzrok skrzyw­dzo­nego szcze­niaka, wiem, że mam prze­je­bane. I to iście po kró­lew­sku.

Kręcę odmow­nie głową, zanim jesz­cze otwo­rzy usta.

-?Pro­szę -?błaga.

-?Weź, czło­wieku. -?Pochy­lam się nad sto­łem. -?Odpuść mi.

-?Po pro­stu zaj­rzyj do niej po dro­dze, jak będziesz jechał do sie­bie na górę. Na chwilkę. Nie chciała prze­stać pła­kać.

-?Ona mnie nawet nie lubi! Ona mnie nie­na­wi­dzi!

-?Ona cię kocha!

-?Nawet nie sta­rasz się, aby zabrzmiało to prze­ko­nu­jąco! -?Opa­dam na krze­sło. -?I tak nie będzie chciała mnie widzieć. Praw­do­po­dob­nie rzuci mi poduszką w głowę albo coś w tym stylu.

-?E tam. -?Car­ter uśmie­cha się. -?Na twoim miej­scu uwa­żał­bym raczej na szpilki.

Co ja naj­lep­szego wypra­wiam?

Głu­pie miesz­ka­nie. Głupi Car­ter.

Nie, nie zro­bię tego. Nie. Pójdę. Odma­wiam. Car­ter nie może mnie zmu­sić. A Jen­nie nie dowie się, że pró­bo­wał, skoro nie pójdę. Prze­cież nie powie jej, że wysłał mnie, żebym spraw­dził, co u niej.

Posta­no­wione. Nie idę. Naci­skam guzik pen­tho­use i opie­ram się w win­dzie o ścianę z wes­tchnie­niem ulgi.

Patrzę, jak świa­tełko nad drzwiami prze­ska­kuje z pię­tra na pię­tro, a gdy zbliża się do 21, mimo­wol­nie jęczę.

Ude­rzam przy­cisk awa­ryj­nego zatrzy­ma­nia w momen­cie, gdy mijam pię­tro Jen­nie, a gdy winda gwał­tow­nie hamuje, łapię się porę­czy. Ożywa, gdy znów wci­skam przy­cisk, tym razem 21, tylko raz, dokład­nie i mocno, a potem prze­cią­gam dłońmi po twa­rzy.

Minutę póź­niej z prze­wie­szoną przez ramię torbą hoke­jową i kijami w dłoni przy­kła­dam ucho do drzwi Jen­nie. Cisza, która za nimi panuje, upew­nia mnie, że już wszystko w porządku. Może zna­la­zła tę księż­niczkę Jel­ly­bean.

Już odwra­cam się, żeby odejść, gdy sko­wyt zza drzwi wmu­ro­wuje mnie w pod­łogę. Ury­wany szloch, który po nim nastę­puje, targa moje mięk­kie serce. Wzdy­cham, przy­trzy­muję kije pod pachą i pukam.

-?Wyno­cha! -?krzy­czy Jen­nie ze środka.

-?Ale... ja... ten... -?słowa mnie zawo­dzą, więc tylko pukam ponow­nie, tym razem ciszej, bo boję się ją bar­dziej wku­rzyć.

-?Powie­dzia­łam, wy... no... -?drzwi otwie­rają się gwał­tow­nie. Jen­nie wpa­truje się we mnie z otwar­tymi ustami. Jasno­fio­le­towo-nie­bie­skie oczy wydają się bled­sze niż zwy­kle, a obwódka wokół nich ciemna jak pół­noc, kon­trast robi wra­że­nie. Skóra wokół oczu i nos są zaró­żo­wione, a usta tak nabrzmiałe, że aż szkoda ich nie cało­wać.

Nie. Nie, kurwa, wcale nie szkoda, Gar­rett.

-?Em... Cześć. -?Czy ja do niej macham? Kurwa. Na począ­tek zacho­wuję się jak dzi­wak; genial­nie.

Wal­cząc z czkawką, Jen­nie ociera wierz­chem dłoni oczy.

-?Co ty tu robisz?

-?Bo... Car­ter powie­dział...

-?O mój Boże! Brat przy­słał cię, żebyś spraw­dził, co u mnie? No, nie wie­rzę.

Popy­cha drzwi bio­drem i pod­piera je otwarte, ale zaple­cione na pier­siach dło­nie nie wróżą nic dobrego. Ma na sobie leg­ginsy w kolo­rze moro i pasu­jący do nich spor­towy sta­nik -?to wyraźny postęp w porów­na­niu do zbyt dużej bluzy z kap­tu­rem i spodni od piżamy z rana. Prze­ska­kuję wzro­kiem pomię­dzy jej dekol­tem a umię­śnio­nym brzu­chem. Dla­czego nie ma koszulki? Powinna zało­żyć koszulkę.

-?Powin­naś... koszulkę. Pro­szę? -?Dla­czego mi się to przy­tra­fia?

Ciemne brwi uno­szą się wysoko.

-?Och, chciał­byś, żebym zało­żyła koszulkę? Tak dla two­jej przy­jem­no­ści? A ja chcia­ła­bym, żebyś, kurwa, poszedł do dia­bła! -?Drze się na mnie, ale też wciąż pła­cze, ocie­ra­jąc łzy kapiące po policz­kach, więc bar­dziej mnie to bawi niż prze­raża.

Ale w końcu obrzuca mnie spoj­rze­niem tak suro­wym, że uśmiech zamiera mi na ustach.

-?Racja. Twoje miesz­ka­nie. Łaź bez koszulki. -?Czy ja wła­śnie mie­rzę do niej z pal­ców, uda­ją­cych pisto­let? Kurwa, tak, wła­śnie mie­rzę do niej z pal­ców. Mocno chwy­tam kij obiema rękami, aby zapo­biec dal­szym żenu­ją­cym akcjom. -?Car­ter nie wysłał mnie, żebym spraw­dził, co u cie­bie -?kła­mię. -?Jedli­śmy lunch po tre­ningu i powie­dział, że zgu­bi­łaś księż­niczkę Jel­ly­bean, a ja pomy­śla­łem...

-?Księż­niczkę Jel­ly­bean? To księż­niczka Bub­ble­gum! Aaaach! -?Wyciąga ręce w górę w geście roz­pa­czy i odwraca się.

Ja pier­dolę, te leg­ginsy. Ten pie­przony tyłek. Dopiero gdy znika mi z widoku, uświa­da­miam sobie, że wła­śnie zatrza­skuje mi drzwi przed nosem.

Rzu­cam się naprzód i blo­kuję drzwi torbą ze sprzę­tem hoke­jo­wym, po czym wpa­dam do środka. Jen­nie chrząka pyta­jąco, gdyż przy­pad­kiem pchną­łem ją z roz­pędu na ścianę. Obej­muję ją więc ramie­niem, przy­cią­ga­jąc do sie­bie, by nie upa­dła.

-?Złaź ze mnie -?wzdy­cha, odpy­cha­jąc mój tors. -?To nie to miesz­ka­nie, fuck­boyu. Twoja hoke­jowa dziwka mieszka po dru­giej stro­nie.

Twarz mi pło­nie.

-?Ona nie jest moja... Ja nie jestem...

Jen­nie pry­cha, piersi jej falują, gdy patrzy na mnie w górę. Odpy­cha mnie raz jesz­cze, deli­kat­nie, ale stoję tam, jak­bym wrósł w zie­mię. Ciało tan­cerki, nad któ­rym tak ciężko pra­co­wała, jest wyrzeź­bione per­fek­cyj­nie, lecz przy­tła­cza je bli­sko sto fun­tów mojej nie­ru­cho­mej masy ciała.

Prze­su­wam dłoń ku jej nagiej talii, obej­muję ją, by się nie wywró­ciła, po czym sam się pro­stuję.

-?Nie szu­kam Emily, a ona nie jest moją... -?chrzą­kam zna­cząco - hoke­jową dziwką.

Jen­nie strząsa z piersi nie­wi­doczne pyłki. Nie­złe cycki. Bez śladu pył­ków.

-?Nie to mi powie­działa. -?Ściera z twa­rzy resztki łez. -?Co ty tu wła­ści­wie robisz, Ander­sen?

-?Car­ter powie­dział, że jesteś zde­ner­wo­wana z powodu księż­niczki Jell... Bub­ble­gum. Byłem obok i chcia­łem spraw­dzić, czy już wszystko w porządku.

Zer­kam na bała­gan pię­trzący się w salo­nie, poroz­ry­wane pudełka, ich zawar­tość poroz­rzu­caną na pod­ło­dze.

-?To jak idą poszu­ki­wa­nia?

Jen­nie bawi się war­ko­czem, kre­śląc pal­cami stóp po pod­ło­dze.

-?Ni­gdzie nie mogę jej zna­leźć. Tu już zostało tylko kilka pudeł, no i parę w gościn­nej sypialni.

-?Hmm.

Wci­skam palce pod czapkę i dra­pię się po gło­wie, uda­jąc, że nie zauwa­żam, jak Jen­nie śle­dzi każdy mój ruch. Zawsze byłem nią zafa­scy­no­wany. Jest piękna i dobrze o tym wie. Gęste, kasz­ta­nowe fale wło­sów pra­wie zawsze ple­cie z tyłu w war­kocz, który wiąże wstążką. Wydaje się wysoka. Może nawet ze sto sie­dem­dzie­siąt trzy, wciąż o wiele niż­sza ode mnie. Dłu­gie nogi, nie miał­bym nic prze­ciwko, aby owi­nęła mi je wokół szyi i oparła o plecy. Wspa­niały, sze­roki uśmiech z chwy­ta­ją­cymi za serce dołecz­kami i silna oso­bo­wość, tak harda i pewna sie­bie.

Ale kiedy nasz wzrok się spo­tyka, widzę w nich porzu­coną nadzieję i to ona skła­nia mnie do tych słów:

-?Pomogę ci szu­kać.

-?Co? -?Marsz­czy nos, gdy odkła­dam sprzęt, od któ­rego unosi się zapach wil­goci i potu. -?Nie musisz tego robić.

-?Jasne, ale nie mam nic prze­ciwko. -?Mijam ją i wybie­ram stos pude­łek, zanim zdąży się ode­zwać. Biorę leżący na wierz­chu nóż do ste­ków, obra­cam go w pal­cach i spo­glą­dam na Jen­nie. Ona też przy­gląda mi się ostroż­nie, dło­nie splo­tła na brzu­chu. -?Biedna księż­niczka Bub­ble­gum, kiedy już z nią skoń­czysz, może potrze­bo­wać paru szwów, skoro tego uży­wasz do otwie­ra­nia pude­łek.

Przy­się­gam, że dostrze­gam w kąciku jej ust cień uśmie­chu. Lecz nim zdąży roz­kwit­nąć, Jen­nie roz­chyla usta i powoli zbliża się do mnie.

-?Poła­ma­łam nożyczki, bo za mocno wbi­ja­łam je w pudełka. -?Owija war­kocz wokół palca. -?Ale dzięki. Za pomoc, czy cokol­wiek to jest.

-?Nie ma za co.

Szybko prze­ci­nam taśmę na wszyst­kich pudeł­kach, aby móc gdzieś ukryć ten nóż, a potem w mil­cze­niu sor­tu­jemy ich zawar­tość. W pokoju sły­chać tylko cichą muzykę, którą Jen­nie odtwa­rza na swoim gło­śniku.

-?A tak w ogóle, co to za księż­niczka Bub­ble­gum? -?pytam, prze­glą­da­jąc pudełko ramek ze zdję­ciami. To już ostat­nie pudełko w moim sto­sie, a z każ­dym kolej­nym atmos­fera w pokoju gęst­nieje.

Jen­nie nie odpo­wiada. Widzę, że wpa­truje się w swój kar­ton. Ści­ska go tak mocno, aż bie­leją jej knyk­cie. W końcu gestem zachęca mnie, abym pod­szedł.

-?Hej. Wszystko w porządku?

-?To różowy kró­li­czek -?wyznaje. -?Tata kupił mi ją na szó­ste uro­dziny. Ma wstążki na uszach i -?wyciąga ręce, skła­da­jąc razem kciuki i palce wska­zu­jące, jakby uno­siła rąbek spód­nicy -?różowe tutu!

Ostat­nie słowa uty­kają jej w gar­dle, ukrywa szloch i twarz w dło­niach, a ja bie­gnę do niej przez pokój z wycią­gnię­tymi ramio­nami.

Hamuję jed­nak przed nią, opie­ra­jąc się chęci dotknię­cia jej.

-?Znowu pła­czesz.

Głupi jestem. Oczy­wi­ście, że pła­cze. I nie potrze­buje, żebym mówił jej rze­czy oczy­wi­ste.

-?Ja... nie... pła­czę... -?krzy­czy, dźga­jąc mnie pal­cem w klatkę pier­siową. -?To ty pła­czesz!

Jaaaasne...

-?A... potrze­bu­jesz przy­tu­lasa?

Zbli­żam się do niej ostroż­nie, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, powol­nym ruchem otwie­ra­jąc ramiona. Może na przy­kład ugryźć. Nie wiem, jak radzić sobie z takim gów­nem. Moje sio­stry są znacz­nie młod­sze od Jen­nie, a ich pro­blemy łatwo da się roz­wią­zać przy­tu­la­sem.

Ale Jen­nie nosi nazwi­sko Bec­kett. Jeśli jest choć odro­binę podobna do star­szego brata, to ist­nieje duża szansa, że jej pro­blemy roz­wią­zuje się za pomocą oreo i orga­zmów. Nie byłem na to gotowy, więc nie mam cia­ste­czek, a jaja lepiej niech na­dal będą tam, gdzie są: i niech na­dal sta­no­wią część mojego pie­przo­nego ciała.

-?Co? -?Jej pod­bró­dek drży. -?Ja nie... Ja...

Zło­ści się, tupie i wygraża mi rękami, przy czym jej piersi pięk­nie falują. Wresz­cie rzuca zre­zy­gno­wana:

-?Gar­rett...

-?Daj spo­kój, Jen­nie.

Biorę jej dło­nie w swoje i deli­kat­nie przy­cią­gam ją do sie­bie. Nie opiera się. Wresz­cie rusza tyłek, a ja zamy­kam ją w uści­sku swo­ich ramion. Pach­nie przy­jem­nie, odu­rza­jąco, wani­lią, cyna­mo­nem i kawą. Kiedy ostroż­nie mnie obej­muje i kła­dzie poli­czek na moim sercu, odkry­wam, jak miło jest ją doty­kać. Jest cie­pła i miękka, co przy­wo­łuje w mojej gło­wie wspo­mnie­nie wyjąt­kowo mroź­nych zimo­wych poran­ków na wschod­nim wybrzeżu, gdy mama pod­grze­wała mi bie­li­znę w mikro­fa­lówce.

-?Grzeczna dziew­czynka -?mru­czę, prze­su­wa­jąc dło­nią po jej ple­cach, co miało ją koić, ale zapo­mnia­łem, że ma na sobie tylko spor­towy sta­nik, więc moje palce tań­czą po jej nagiej skó­rze i oboje sztyw­nie­jemy.

Jen­nie odsuwa się w tym samym momen­cie, w któ­rym i ja odska­kuję do tyłu, zdej­muję z głowy czapkę i zanu­rzam dłoń we wło­sach.

-?Ja... więc... -?Wska­zuję kciu­kiem kory­tarz. -?Lepiej spraw­dzę pudła w sypialni dla gości.

-?No... -?Przy­ta­kuje mi. -?Pew­nie, spoko. Dobry pomysł. Ty to zrób, a ja... zostanę.

Gdy zni­kam za rogiem, zamiast iść swo­bod­nie, ruszam bie­giem. W sypialni przy­ci­skam plecy do ściany i oddy­cham głę­boko. Nie­zła kata­strofa. Im szyb­ciej się stąd wydo­stanę, tym lepiej.

Są tu tylko cztery pudełka, bły­ska­wicz­nie prze­glą­dam pierw­sze dwa z brzegu. Kiedy docie­ram do trze­ciego, opi­sa­nego zabawki, uśmie­cham się trium­fal­nie, zry­wa­jąc taśmę.

-?Aha. -?Mam cię; to jest to pudełko. Jeśli dzięki temu nie zapi­szę się pozy­tyw­nie u Jen­nie, to nic mi nie pomoże. -?Nad­cho­dzę, księż­niczko Bub­bleg-ach! Ja pier­dolę!

Odwra­cam pudełko do góry dnem i drę się wnie­bo­głosy. Pomocy!

-?Co jest? -?Jen­nie wśli­zguje się do sypialni, zdy­szana i patrzy na mnie dzi­kim wzro­kiem. -?Zna­la­złeś księż­niczkę Bub­ble... Gar­rett!!!

Zakrywa dłońmi twarz. I wrzesz­czy. A ja chyba pła­czę.

-?Co ty wypra­wiasz?!

-?Szu­kam księż­niczki Bub­ble­gum! -?odkrzy­kuję.

Pudełko, które tulę do piersi, pełne dild i wibra­to­rów, nagle ożywa, war­czy i się trzę­sie.

-?Tam jej nie ma!

-?No, nie mów, Jen­nie: ja to, kurwa, wiem!

-?To pudełko z moimi pry­wat­nymi rze­czami! -?Jen­nie szar­żuje na mnie i gnie­cie pudełko mię­dzy nami. Coś mocno wibruje, pró­bu­jąc się wydo­stać. Mam wra­że­nie, że zaraz zwy­mio­tuję. -?Nie powi­nie­neś go ruszać!

-?To po cho­lerę opi­sa­łaś pudełko z zabaw­kami ero­tycz­nymi jako zabawki?! -?Odwrza­skuję do niej. Bolą mnie plecy, a twarz mnie pali. Nie podoba mi się to.

-?A co mia­łam napi­sać? -?Pró­buje mi wyrwać pudełko z rąk, co z jakie­goś powodu wzbu­dza we mnie opór. Wal­czymy, wyry­wa­jąc je sobie wza­jem­nie, a ono odbija się mię­dzy nami w tę i we w tę. -?Odda­waj... mi... to...!

Cią­gnę pudełko do sie­bie.

-?Dla­czego?

I Jen­nie prze­wraca się na mnie. Cała nasza trójka -?ja, ona i pudełko - wpa­damy na ścianę. Dyszy ciężko i wzdy­cha, ale cią­gnie. Mocno.

Pudełko roz­rywa się wzdłuż kra­wę­dzi i prze­piękna tęcza wibra­to­rów i dild fru­nie w powie­trze mię­dzy nami w -?przy­się­gam na Boga -?zwol­nio­nym tem­pie. Jen­nie patrzy mi pro­sto w oczy, a jej źre­nice roz­sze­rza prze­ra­że­nie, gdy szcze­gól­nie mię­si­sty kutas z przy­ssawką tra­fia mnie pro­sto w twarz w całej swo­jej oka­za­ło­ści -?dla­czego, do cho­lery, jest tak zaje­bi­ście długi? -?poru­sza­jąc się w górę i w dół, krę­cąc się i wijąc, wygi­na­jąc się na twar­dym drew­nie pod­łogi, jak kiep­ski per­for­mer bre­ak­dance'a.

Wrzask Jen­nie mrozi mi krew w żyłach. Obiema rękami wypy­cha mnie z sypialni wzdłuż ściany na kory­tarz.

-?Wyno­cha! -?Drob­nymi piąst­kami młóci mój tors. -?Wynoś się stąd!

-?Prze­cież, kurwa, idę! -?Poty­kam się o swoją torbę i wpa­dam na ścianę. Znów pod­no­szę się na nogi, uchy­lam drzwi, wyrzu­cam swoje rze­czy na kory­tarz i sam rzu­cam się za nimi do wyj­ścia, zanim drzwi trzepną mnie w tyłek.

-?Ja pier­dolę -?klnę pod nosem, odgar­nia­jąc z czoła wil­gotne włosy. Nie mam poję­cia, gdzie podziała się moja czapka, ale na mur nie wrócę tam, by ją zna­leźć.

Jestem już pra­wie przy win­dzie, kiedy sły­szę skrzyp­nię­cie drzwi. Nie­śmiały szept Jen­nie spra­wia, że serce mi mało nie wysko­czy.

-?Gar­rett?

Oglą­dam się przez ramię i przez szparę w drzwiach dostrze­gam znany mi deli­katny błysk fio­le­towo-nie­bie­skiej barwy.

-?No co tam...?

Obli­zuje wargi, spusz­cza wzrok, ledwo sły­szę jej ciche słowa, zanim zatrza­śnie drzwi.

-?Dzięki za przy­tu­lasa.

Prze­su­wam dłońmi po twa­rzy.

-?No to już, kurwa, po mnie.

5. Czyste złoto

5

Czy­ste złoto

Jen­nie

Tracę rachubę, ile dni z rzędu spę­dzi­łam ostat­nio, sie­dząc bez­czyn­nie i zasta­na­wia­jąc się, co robię ze swoim życiem.

Oto tu jestem, na ostat­nich dzi­siej­szych zaję­ciach, jest czwart­kowe popo­łu­dnie, a ja jestem gotowa na week­end. Na ostat­nim roku stu­diów na SFU, które ukoń­czę z tytu­łem licen­cjata sztuk pięk­nych, spe­cja­li­za­cją taneczną i kwa­li­fi­ka­cjami do naucza­nia tańca. Mam dwa­dzie­ścia cztery lata i marze­nie, na które pra­co­wa­łam całe życie, w które wło­ży­łam wszystko, teraz jest wresz­cie na wycią­gnię­cie ręki.

A jed­nak nie jestem pewna, czy to moje życie. Ta przy­szłość na sce­nie? Nie jestem pewna, czy w ogóle jej pra­gnę.

Jedyną rze­czą, któ­rej pra­gnę na pewno, jest pizza. I może taki słodki corgi, jaki ska­cze po tra­wie w fil­miku na moim lap­to­pie. Gdy­bym tylko zna­la­zła księż­niczkę Bub­ble­gum, na pewno wiele pro­ble­mów roz­wią­za­łoby się samych.

-?To wszystko na dziś, moi dro­dzy. Miłego week­endu.

Na ten sygnał od nauczy­cielki kom­pi­la­cja naj­za­baw­niej­szych psów na YouTube znika, a ja zamy­kam lap­topa i cho­wam go do torby

-?Panno Bec­kett. -?Leah, moja nauczy­cielka, uśmie­cha się i wska­zuje drzwi. -?Czy możemy się razem przejść?

-?Oczy­wi­ście. O co cho­dzi?

-?W zeszły week­end odwie­dził mnie przy­ja­ciel z Toronto.

Pusz­czam do niej oczko.

-?I zasza­le­li­ście?

Leah prze­wraca oczami. Jest tylko o cztery lata star­sza ode mnie i kie­dyś widzia­łam ją w barze po jed­nym z meczów hoke­jo­wych brata. Nawa­lona, ści­skała się z obrońcą. Zamarła, gdy nasz wzrok się prze­ciął, a jej twarz pokrył rumie­niec. Naj­wy­raź­niej Nie­źle ci idzie, dajesz, dajesz! nie było tym, co chciała ode mnie usły­szeć. Choć wciąż mam nadzieję, że może jed­nak. Mimo wszystko widok, jak twoja nauczy­cielka leci na twarz, pró­bu­jąc zleźć z masyw­nego hoke­isty, jest cho­ler­nie zabawny. Kiedy w ponie­dzia­łek poja­wiła się w kla­sie, wciąż nosiła oku­lary prze­ciw­sło­neczne, a gdy otwo­rzy­łam usta, by powie­dzieć coś zupeł­nie nie na miej­scu, ude­rzyła dło­nią.

Więc to moja ulu­biona nauczy­cielka, każdy by ją polu­bił.

-?No dobra. Tro­chę puściły mi hamulce. -?Pochyla się ku mnie, kła­dąc palec na ustach. -?Powiem ci tylko jedno: tym razem to roz­gry­wa­jący.

-?Poka­za­łaś mu, jaka jesteś ela­styczna?

-?To sza­le­nie nie­sto­sowne, panno Bec­kett. -?Napo­mina mnie, gdy się­gam do drzwi stu­dia tanecz­nego, ale w jej sze­roko otwar­tych oczach widzę roz­ba­wie­nie. Wyciąga w przód ręce, roz­kła­da­jąc je na przy­naj­mniej trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Wypy­cha wnę­trze policzka i rzuca:

-?Kurwa, wielki był.

Wydaję cichy, trium­falny okrzyk. Leah i ja chwy­tamy się w obję­cia i pod­ska­ku­jemy. Para pro­fe­so­rów zwal­nia, rzu­ca­jąc w naszą stronę zacie­ka­wione spoj­rze­nia, więc Leah natych­miast mnie pusz­cza, odchrzą­kuje i wcho­dzimy do stu­dia.

W środku jest cicho, tak jak lubię, tylko w moich pier­siach coś łomo­cze roz­ba­wione.

Zsu­wam buty i swe­ter, opa­dam na ławkę.

-?O czym chcia­łaś ze mną poroz­ma­wiać, pro­fe­sorko Nie­grzeczna?

-?Monica była u nas w zeszłym tygo­dniu.

-?Monica? Monica z Baletu Naro­do­wego w Toronto? Monica? Ta Monica?

-?Ta Monica. Szuka jesz­cze jed­nego nauczy­ciela na swój wydział.

-?No, nie­źle. -?Pierw­sze trzy lata tego pię­cio­let­niego pro­gramu spę­dzi­łam wła­śnie na kam­pu­sie w Toronto, podą­ża­jąc za nauczy­cie­lami, jak­bym żyła w wyśnio­nej kra­inie, oszo­ło­miona i zako­chana w każ­dej chwili. Nie chcia­łam stam­tąd wyjeż­dżać, ale tak działa pro­gram: trzy lata tam i dwa tutaj. Poza tym tu mia­łam rodzinę. Tu mam rodzinę. Kocha­łam Toronto, ale nie­na­wi­dzi­łam bólu w klatce pier­sio­wej, który mi tam towa­rzy­szył. -?Simon będzie zachwy­cony.

-?Pew­nie byłby, ale to nie jego reko­men­do­wa­łam.

Zatrzy­muję się. Leah patrzy na mnie pod­eks­cy­to­wana.

-?Nie zro­bi­łaś tego.

-?Zro­bi­łam.

-?Naprawdę? Mnie? -?Zry­wam się na równe nogi, roz­sy­pu­jąc zawar­tość torby. -?Ale dla­czego?

-?Jak to dla­czego? Jesteś naj­pięk­niej­szą tan­cerką, jaką widzia­łam od lat, Jen­nie.

Leni­wym gestem wska­zuję swoją twarz.

-?Ach, te dołeczki i cza­ru­jący uśmiech Bec­ket­tów. Nie można się nam oprzeć.

Leah par­ska i pokle­puje mnie po ramie­niu.

-?Wiesz, co mam na myśli. Tań­czysz lekko, jak­byś się wła­śnie do tego uro­dziła. Jesteś rów­nież pra­co­wita, zde­ter­mi­no­wana, miła i zawsze chęt­nie poma­gasz innym w nauce. Była­byś nie­sa­mo­witą nauczy­cielką, Jen­nie. No i mogła­byś się tam roz­wi­jać do woli jako pro­fe­sjo­nalna tan­cerka.

Ja pro­fe­sjo­nalną tan­cerką? W Toronto? Serce bije mi mocno z pod­eks­cy­to­wa­nia i dumy, że o mnie pomy­ślała, ale jed­no­cze­śnie strach skręca mi żołą­dek.

-?No, nie wiem... -?Odwra­cam się i zgar­niam rze­czy z pod­łogi, upy­cha­jąc je w tor­bie.

-?Jen­nie. -?Leah wyrywa mi torbę z rąk, doma­ga­jąc się uwagi. -?Jakie znowu "nie wiem"?

Wzdy­cham i mie­rzymy się wzro­kiem. Po raz pierw­szy w życiu powiem komuś prawdę.

-?Nie jestem pewna, czy chcę tego. Mam tu rodzinę.

-?Człon­ko­wie rodziny cza­sami miesz­kają daleko od sie­bie. Two­jego brata nie ma w kraju przez połowę roku. Nie będą mieli ci za złe, jeśli przyj­miesz pro­po­zy­cję.

Pew­nie nawet chcie­liby, żebym podą­żała za marze­niami. Ale nie jestem pewna, czy moje marze­nia obej­mują wypro­wadzkę z dala od jedy­nych ludzi, któ­rych byłam pewna przez całe życie, jedy­nych, któ­rym ufam, gdy mówią, że kochają mnie taką, jaka jestem. To Van­co­uver jest czę­ścią mnie, tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scem, które ukształ­to­wało moje życie. Choć­bym nie wiem jak bar­dzo kochała Toronto, nie jestem pewna, czy tam przy­na­leżę.

-?Naprawdę bar­dzo doce­niam, że o mnie pomy­śla­łaś, Leah -?odpo­wia­dam ostroż­nie. -?Do kiedy muszę pod­jąć decy­zję?

-?Musia­ła­byś przy­je­chać do nich na wio­snę, aby spo­tkać się z wykła­dow­cami. Potrze­bują two­jej decy­zji do końca seme­stru. Na semestr letni chcą już tam kogoś mieć, Jen­nie. Zaczę­ła­byś zaraz po stu­diach.

-?Więc mam tro­chę czasu na zasta­no­wie­nie?

-?Pew­nie. -?Prze­chyla głowę i uśmie­cha się zain­try­go­wana. -?Ty naprawdę masz wąt­pli­wo­ści?

-?Może to tylko zwy­kły nie­po­kój. Przez wszystko, wiesz? Koń­czę szkołę, dora­stam, prze­pro­wa­dzi­łam się... To jak cał­kiem nowe życie.

-?Cza­sami nowe otwar­cie jest wła­śnie tym, czego potrze­bu­jemy. -?Leah deli­kat­nie ści­ska mi ramię. -?Obie­caj, że poważ­nie się zasta­no­wisz.

Obie­cuję, że to zro­bię, ale nie chcę, aby mój umysł utknął teraz w tych roz­my­śla­niach, to nie jest dla niego bez­pieczne miej­sce; łatwo się zgu­bić. Więc kiedy Leah zosta­wia mnie w stu­diu, zakła­dam słu­chawki i włą­czam muzykę na tyle gło­śno, aby zagłu­szyć szum myśli o nie­pew­nej przy­szło­ści.

Kiedy tań­czę i nikt nie patrzy, daje mi to pewną wol­ność. Gdy rytm nie­sie mnie przez stu­dio, a ciało poru­sza się bez wysiłku w zgo­dzie z muzyką, zni­kają wszel­kie tro­ski zwią­zane z wybo­rami, na które nie jestem jesz­cze gotowa. Gdy zamy­kam oczy, ogromny cię­żar spada mi z ramion, a rytm gna mnie do przodu, lecz pozwala mi gonić za wol­no­ścią we wła­snym tem­pie.

Wiel­kie dło­nie obej­mują mnie w talii, aż brak­nie mi tchu w płu­cach. Serce uspo­kaja się w piersi, gdy oka­zuje się, że to oczy Simona wpa­trują się w moje. Deli­kat­nie zsuwa mi słu­chawki.

-?Wylu­zuj -?szep­cze. -?To tylko ja.

-?Myśla­łam, że już wszy­scy sobie poszli. -?Wyplą­tuję się z jego uści­sku. -?Pro­szę, prze­strzeń dla cie­bie.

On jed­nak przy­ciąga mnie jesz­cze moc­niej, przy­wiera tor­sem do moich ple­ców.

-?Zatańcz ze mną -?prosi.

Zanim zdążę odmó­wić, nasta­wia moją ulu­bioną pio­senkę.

-?C'mon, Jen­nie. Oddaj mi się jesz­cze raz przed week­en­dem.

-?Grasz nie fair, wybie­ra­jąc tę pio­senkę -?wzdy­cham, lecz jego ręce już pro­wa­dzą moje bio­dra, ciała poru­szają się do rytmu, a łagodny głos Jamesa Arthura prze­nika powie­trze. Śpiewa o tym, jak szybko on i jego kochanka zako­chują się w sobie.

-?Nie umiem grać z tobą fair.

Prze­kłada mi war­kocz przez ramię, palce muskają moją skórę, aż dostaję gęsiej skórki.

Może i jestem odporna na jego wdzięki, ale atrak­cyj­no­ści mu nie odmó­wię -?mimo epic­kiego debi­li­zmu, jakim ema­nuje niczym napa­lony nasto­la­tek, który myśli, że obla­nie się wodą koloń­ską jest rów­no­znaczne z wzię­ciem prysz­nica. Simon jest wysoki i szczu­pły, życie w tańcu, inten­sywne tre­ningi, dys­cy­plina żywie­niowa i nie­od­pusz­cza­nie ich sobie ni­gdy wyrzeź­biły jego ciało nie­na­gan­nie. Dłuż­sze, jasno­brą­zowe włosy zwi­sają w nie­ła­dzie, nie­bie­skie oczy zawsze uśmie­chają się chło­pięco i psot­nie, co spra­wia, że zasta­na­wiasz się, co też on knuje.

Gdy­by­śmy nie part­ne­ro­wali sobie przez ostat­nie cztery lata w tańcu i była­bym emo­cjo­nal­nie dostępna, kto wie, może pod­ję­ła­bym hor­ren­dal­nie epicką decy­zję i wpu­ści­ła­bym go w swoje majtki. Cza­sem byłam tak napa­lona, że nawet to roz­wa­ża­łam.

Potem wybi­łam sobie głu­poty z głowy, napa­ko­wa­łam w Love­ho­ney do koszyka nowych, eks­cy­tu­ją­cych zaba­wek i przy­po­mnia­łam sobie, że sama potra­fię wypie­przyć się lepiej niż zrobi to jaki­kol­wiek facet.

I uwierz mi, naprawdę potra­fię.

-?Zasta­na­wia­łem się nad walen­tyn­ko­wym show -?mówi nagle Simon.

-?Jakie walen­tynki, stary? Jest listo­pad.

Czuję na szyi, jak chi­cho­cze.

-?Myślę, że ta pio­senka powinna być w sam raz.

-?Nie­na­wi­dzisz jej.

-?Nie­prawda. Lubię ją, bo ty ją lubisz.

Wyśli­zguję się z jego objęć, wędruję pal­cami w dół, po jego ramie­niu, aż do miej­sca, w któ­rym mnie przy­trzy­muje. Czuję, jak mnie obser­wuje, gdy się obra­cam, a potem zde­cy­do­wa­nie przy­ciąga mnie z powro­tem. Z łatwo­ścią unosi mnie nad głową, płyn­nie jak zawsze. Ma par­kie­cie tanecz­nym Simon i ja jeste­śmy jed­no­ścią.

Krok po kroku prze­mie­rzam salę, Simon zgrywa ruchy ze mną, a ja cicho nucę z Jame­sem Arthu­rem. Uwiel­biam obraz, jaki maluje ta pio­senka: nie­ujarz­mio­nej miło­ści, która spra­wia, że w ich świe­cie gra­wi­ta­cja prze­staje ist­nieć, że zako­chują się szybko i mocno. O tym też mówi jej tytuł: Fal­ling Like The Stars. A jed­nak, mimo siły miło­ści, choć nie potra­fią się jej oprzeć ani jej spo­wol­nić, są bez­pieczni.

Wiem, że taka miłość ist­nieje; widzia­łam ją na wła­sne oczy.

Po pro­stu nie jestem pewna, czy każ­demu jest dana.

Simon przy­ciąga mnie do sie­bie, muska ustami muszlę mojego ucha, i szep­cze słowa pio­senki, które wydają się zbyt intymne, więc spra­wiają, że czuję nie­po­kój, choć sama nie wiem dla­czego.

Następ­nie obraca mnie i mocno chwyta moje bio­dra, zmu­sza­jąc, bym dała krok w tył. Krew dudni mi w uszach, gdy widzę, jak pożą­dli­wie patrzy, a kiedy poty­kam się o wła­sne nogi, przy­ci­ska mnie do zim­nej ściany.

-?Simon, co ty wypra­wiasz?

Kła­dzie mi dłoń na policzku i przy­suwa bli­sko twarz.

-?A na co to wygląda?

-?To nie jest dobry pomysł -?pró­buję być deli­katna; opie­ram dło­nie na jego tor­sie, aby go powstrzy­mać. -?Pora się poże­gnać.

-?Za dużo myślisz, Jen­nie. W tym twój pro­blem. Może tym razem pozwól sobie czuć.

Tyle że ja wła­śnie czuję, że to nie jest to, o co mi cho­dzi. Więc gdy jego usta scho­dzą w dół i muskają moje, gwał­tow­nie uno­szę kolano, wbi­ja­jąc mu je w jaja.

Ups.

Simon drze się, chwy­ta­jąc się za kro­cze.

-?Odje­bało ci, Jen­nie?

-?Powie­dzia­łam: nie -?cedzę, odpy­cha­jąc go.

Jedną ręką wciąż przy­trzy­muje mnie w talii, więc lecę razem z nim, poty­ka­jąc się o jego nogi. Gdy czuję w kostce ostre ukłu­cie, łapię się za nią, krzy­czę i wyrzu­cam z sie­bie rekor­dową ilość blu­zgów.

-?I po chuj mi to było? -?Simon leży na ple­cach, wciąż trzyma się za klej­noty. Koły­sze się jak żółw, który nie potrafi wstać. -?Myśla­łem, że to nasza chwila!

-?I na­dal myśla­łeś tak po tym, jak powie­dzia­łam, że to nie jest dobry pomysł? Że powin­ni­śmy się poże­gnać? -?Zry­wam się na równe nogi, chwy­tam swoje rze­czy i czuję, jak furia roz­grzewa mnie do czer­wo­no­ści. -?Nie wszyst­kie chcą się z tobą pie­przyć, Simon! Jeste­śmy przy­ja­ciółmi. I ni­gdy nie będziemy wię­cej niż przy­ja­ciółmi. Uświa­dom to sobie albo z nami koniec.

Kostka ugina się pod cię­ża­rem, któ­rego nagle nie chce dźwi­gać. Gdy prze­mie­rzam stu­dio, prze­szy­wa­jący ból wyzwala łzy wście­kło­ści. Sły­szę tylko, jak wali wście­kły drzwiami, a dźwięk odbija się echem w pustym kory­ta­rzu.

Jeśli ten dupek roz­je­bał mi kostkę, będę krzy­czeć.

-?O matko... Pier­dolę to... Kurwa! -?Walę drzwiami samo­chodu, po czym przez uchy­loną szybę uśmie­cham się do kie­rowcy Ubera. -?Dzię­kuję bar­dzo, Mat­thew. Miłej nocy.

Uśmie­cha się skraj­nie nie­pew­nie, w sze­roko roz­war­tych oczach widać prze­ra­że­nie.

-?Dobra­noc pani.

Zamy­kam powieki i zacią­gam się hau­stem powie­trza. Odwra­cam się ku maleń­kiej rezy­den­cji. Wła­ści­wie nie jest taka mała, skoro mie­ści sie­dem komin­ków. Kto potrze­buje aż tylu komin­ków, spy­ta­cie? Naj­wy­raź­niej mój kurew­sko efek­ciar­ski brat.

Drzwi fron­towe otwie­rają się, uka­zu­jąc Oli­vię z dłońmi zło­żo­nymi na brzu­chu. Z tru­dem powstrzy­muje się od uśmie­chu.

-?Tak myśla­łam, że sły­szę swoją wspa­niałą szwa­gierkę. Przy­się­gam, że mia­łam prze­czu­cie. -?Wska­zuje stopę, gdy kuś­ty­kam w jej stronę. -?A to co, kon­tu­zja w tańcu?

-?Simon Syfi­lis jej dopo­mógł.

Jej mina mówi to samo, co ona.

-?Przy­dałby ci się jakiś śro­dek odstra­sza­jący.

Kurwa, jak­bym nie wie­działa.

Wcho­dzimy i przy­tu­lam ją ser­decz­nie.

-?Hej, maleń­stwo.

Oli­via marsz­czy brwi, a gdy ją pusz­czam, krzy­żuje ręce na piersi. Jest taka drob­niutka. W tej ciąży już w ogóle nie potrafi wyglą­dać na roz­gnie­waną, choć bez wąt­pie­nia i ja, i Car­ter dajemy jej powody. Wygląda naj­bar­dziej uro­czo na świe­cie.

-?Nie jestem pewna, czy podoba mi się to nowe prze­zwi­sko.

-?Ależ jest ide­alne. Jesteś naszą ulu­bioną kru­szynką.

Na wyspie kuchen­nej sie­dzi wysoka blon­dynka z zało­żoną jedną długą nogą na drugą. Cara zeska­kuje uśmiech­nięta i zamyka mnie w uści­sku.

-?Wcze­śniej, jak nazwa­łam ją kre­wetką, pró­bo­wała mnie wytar­gać za włosy. Przez te hor­mony cią­żowe, zadziorna z niej mamuśka. Gdy poło­ży­łam jej dłoń na czole i tak trzy­ma­łam w bez­piecz­nej odle­gło­ści, wpa­dła w szał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki