1. Spocznij, żołnierzu
1
Spocznij, żołnierzu
Garrett
-?Przecież, kurwa, mówiłem.
Wyciągam odwróconą dłoń i trzykrotnie zginam palce dłoni, w geście,
który na całym świecie oznacza: płać, dziwko.
Adam Lockwood, jeden z moich najlepszych kumpli, a przy tym kolega z drużyny, odchyla głowę do tyłu z jękiem, niemal wyciem, jakby nie mógł
uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Lecz tak naprawdę ja też nie mogę uwierzyć.
Żeby było jasne, nie możemy uwierzyć, że pan młody rzeczywiście to
zrobił.
Adam wstaje więc, sięga do tylnej kieszeni po portfel, po czym siada z powrotem na swoim miejscu i złorzeczy, rozprostowując zwitek banknotów.
Wciska mi setkę, a kolejną wręcza Emmettowi, naszemu kumplowi z drużyny.
Podnosi wzrok na Cartera, kapitana zespołu i zarazem pana młodego, czyli
mężczyznę, któremu właśnie zabrakło słów i tak stoi z otwartymi ustami
przed ponad dwustoma gośćmi.
Dopiero co nieumyślnie ujawnił, że narzeczona jest w ciąży.
-?A ja tak w ciebie, Carter, wierzyłem -?narzeka Adam. Wyciąga ręce nad
głową i Cara oraz Jennie też sięgają po swoją część wygranej.
-?Daj spokój!
Adam to świetny facet. Najlepszy, jakiego znam. Ma nieskończone pokłady
wiary w ludzi. Czasami jednak... tę swoją wiarę lokuje niewłaściwie. Tak
jak teraz, gdy ulokował ją w tym mężczyźnie.
A to dlatego, że Carter Beckett jest świetny w dwóch rzeczach: w hokeju
i w kochaniu Olivii, swojej dopiero co poślubionej żony. A z czym sobie
kompletnie nie radzi? Z dotrzymywaniem tajemnic.
-?Jeszcze jestem winien Olivii -?szepcze Adam. -?Nawet ona obstawiała,
że Carter to spieprzy. Czy tylko ja w niego wierzyłem?
Wokół stołu przebiega zbiorowy pomruk: tak, a Adam przesuwa dłońmi po
twarzy. Myślę, że kiedy Holly, mama Cartera i Jennie, kładzie mu rękę na
ramieniu, jest bliski płaczu.
-?W dwie minuty straciłem sześćset dolców, bo facet nie potrafi utrzymać
gęby na kłódkę przez jedną cholerną noc.
Holly chowa swoją wygraną.
-?Kocham syna, ale wiesz, jak jest, Carter uwielbia skupiać na sobie
uwagę, a do tego nie przepada za milczeniem. Ma to po ojcu. Nie powiem
Olivii złego słowa, jeśli każe mu dziś spać na kanapie.
Jak na zawołanie w sali pojawia się panna młoda. Carter depcze jej po
piętach.
-?Nic dziś nie dostaniesz -?Olivia wyraźnie jest na niego cięta.
Zatrzymuje się gwałtownie i nie pozostawiając wątpliwości, wskazuje
dolną połowę swojego ciała. -?Nic z tego.
Carter sapie, chwilę stoi z półotwartymi ustami, po czym gna za nią.
-?Ollie! To był wypadek! Nie możesz mi tak odciąć dostępu! Nie możesz!
-?Wiedziałem, że to będzie najzabawniejsze wesele, na jakim byłem. -
Dłubię w czekoladowym cieście, którego Adam nie zdążył zjeść, i wsuwam
kawałek do ust. Krówkowa polewa kryje pokruszone oreo. Przepyszne. -
Ka...te i O...łi moliby mieś asny teleizyjny szoł.
-?Wiesz, co by nieco poprawiło sytuację? -?Jennie unosi idealnie
kształtne brwi, wymownie patrząc na moje pełne usta. -?Gdybyś, do
cholery, przełknął, zanim się odezwiesz.
Zamieram w połowie kęsa, a kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, czuję,
że czerwienią mi się uszy. O tak, Jennie bez wątpienia należy do rodziny
Beckettów. Nieokrzesana mądrala, jak jej starszy brat, z takimi samymi
dołeczkami i irytującym uśmieszkiem, jak u niego. Ale tam, gdzie u Cartera błyszczą głęboko zielone oczy, jej wzrok jest chłodny,
niebieski, z lekka wpada w fiolet.
Jest ładna.
Czy jak tam to nazwać.
Przełykam, odkładam widelczyk i odchrząkuję, a alkohol pisze w moich
żyłach odpowiedź, której zwykle bałbym się udzielić.
-?Jeśli też chcesz trochę, wystarczy, że poprosisz, mała Beckett.
-?Nie jestem dzieciakiem -?odbija piłeczkę, splatając ręce na piersiach.
Ściska przy tym parę idealnych, prowokujących cycków, jakby zarazem
mówiła wypieprz mnie, i kołysze biodrami w tej swojej połyskliwej
sukience w odcieniu żurawiny.
Przeganiam tę myśl szybciej, niż się pojawia. Czasem obawiam się, że w kwestiach związanych z siostrą Carter miewa nadludzki słuch i... w końcu
usłyszy moje myśli. Dość razy oglądałem na lodzie widziałem, co się
dzieje, kiedy się z kimś ściera, aby wiedzieć, że nie chciałbym stać mu
na drodze, gdy się wścieknie. Lubię swoją twarz taką, jaka jest; i nie
chcę, aby ktoś mi ją przemeblował.
Adam przysuwa sobie talerzyk, gdy sięgam po kolejny kęs, jakby mówił "To
moje ciasto". Ma gdzieś moją obrażoną minę i oferuje go Jennie, zanim
zdążę się poskarżyć, że dobra, może i zjadłem już dwa kawałki, ale skoro
on nie skończył jeszcze swojego...
-?Masz ochotę? -?Zwraca się do niej.
Wzdycham ciężko i zostaję tak z otwartymi ustami.
-?Garrett, kochanie. -?Holly delikatnie bierze mnie w ramiona. -?A gdzie
twoja dziewczyna?
Czuję, jak fala ciepła pełznie przez moją szyję i twarz, aż po czubki
uszu.
-?Nie przyprowadziłem -?mamroczę w odpowiedzi.
Niby było parę opcji, ale nie chciałem żadnej dawać złudnych nadziei. W końcu udział w weselu coś znaczy.
-?Dlaczego nie? Jesteś takim przystojnym mężczyzną, kochanie.
Drapię się po włosach bezradnie, wpatrując się w pusty talerz.
-?Dziękuję, pani Beckett. -?Zerkam spod przymrużonych powiek na Jennie,
która prycha. -?A gdzie twoja miłość, mała Beckettówno?
-?Z nikim się nie spotykam i nie mam na to ochoty.
Holly wzdycha i opada obok mnie na krzesło.
-?Szczerze mówiąc, Jennie, dopiero co rozwiązałam problem, który czule
nazywam moim synem. Proszę, nie zamieniaj się w kolejny. -?Nagle
zwraca się ku mnie z iskrą w oku. -?Hej, ale skoro z nikim się nie
spotykasz i ona też nie spotyka się z nikim...
Cara i Emmett jednocześnie zaczynają pokładać się na stole, zanosząc się
śmiechem, czym skutecznie zagłuszają Holly.
-?Nie -?wykrztusiła Cara, ocierając cholerne łzy, które wbrew woli
płyną jej po policzkach. -?Ja chrzanię. Wyobrażasz to sobie? Holly, my
lubimy Garretta. Nie chcemy go wykończyć.
-?A ty, Adamie? -?Holly uśmiecha się do niego zachęcająco. -?Jesteś taki
słodki. Nawet Carter nie chciałby cię zabić.
Jennie unosi ręce wysoko w powietrze.
-?Mamo! Czy możesz przestać naganiać mi facetów? Nie chcę umawiać się z żadnym z tych dzbanów. -?Klepie uspokajająco Adama po dłoni. -
Przepraszam, Adam. Ty nie jesteś dzbanem.
Lekko unosi kąciki ust i mi się przygląda. Jej wzrok zatrzymuje się na
moim obojczyku, gdzie spoczął poluzowany krawat, guziki mam już
częściowo rozpięte. Gdy patrzy mi prosto w oczy, dostrzegam figlarny -
diabelski -?błysk, który mówi mi, że mnie na jej liście dzbanów
również nie ma.
To, co miało być przelotnym grymasem, sprawia, że gapię się na nią
trochę za długo, śledzę wzrokiem różowy cień, podkreślający ostre kości
policzkowe, i łuki kasztanowych włosów, okalające jej twarz i opadające
na smukłe ramiona.
Jest nieziemsko podniecająca. Kiedy znajduje się w pokoju, myślę tylko o tym, jak by to było znaleźć się z nią sam na sam w jakimś ustronnym
miejscu, albo nawet tu pochylić ją nad stołem i...
Lecz to ja się pochylam i odchrząkuję, dociskając pod stołem
podskakujące kolano. Patrzę na Adama:
-?No co, kurwa? Po co w ogóle zaczynała?
Odpowiada niskim głosem, w którym kryje się groźba.
-?Dobrze wiesz, po co. Zrób sobie, kurwa, jej zdjęcie. Zostanie na
dłużej.
Ja pierdolę. Jaki jest sens w posiadaniu oczu, jeśli nie wolno mi
podziwiać nieznośnie podniecającej kobiety? Niech mi to ktoś wyjaśni.
Tyle że Adam trafił w sedno (bo zazwyczaj trafia). Nie mam najmniejszego
zamiaru pieprzyć się z siostrzyczką mojego najlepszego kumpla, więc
przez resztę nocy już pilnuję, gdzie błądzi mój wzrok.
No dobra, tak naprawdę nie udaje mi się go upilnować, ale bardzo się
staram; przysięgam.
Jakimś cudem nagle stoję przy barze, w przenośni ściskając się za jaja,
i patrzę, jak Jennie wygina się na parkiecie. Gęste fale spływają
kaskadą wzdłuż krzywizn opalonej linii kręgosłupa, a ja podążam za tą
linią w dół głęboko wyciętej sukienki, aż do jej kosmicznego, krągłego
tyłka, który kołysze się w tę i we w tę w rytm muzyki. Ma talię
nastolatki i szerokie biodra, które chciałbym mocno pochwycić i...
-?Po prostu zaproś ją do tańca.
-?Co? -?Spoglądam na Emmetta półprzytomnie, potem znów na Jennie i powtarzam się: -?Co?
-?Widać, że chcesz z nią zatańczyć.
-?Co? A skąd. -?Jestem desperado?
-?Jesteś desperado?
-?Nie jestem desperado. -?Owszem, wiem, że jestem.
Emmett unosi znacząco brew, dopija piwo i popycha mnie w stronę
dziewczyn, na parkiet. Jego żona nie marnuje czasu, przyciąga mnie i wykorzystuje, aby się wokół mnie pokręcić.
-?No dalej, Gare-Bear, misiaczku -?próbuje mnie rozruszać, choć Emmett
otacza ją ramieniem i wtula w swoją klatkę piersiową. -?Rusz tyłeczkiem,
słodziaku.
-?Ja nie... właściwie mój tyłek nie... Nie potrafię...
-?Mój Boże. -?Jennie patrzy na mnie z otwartą pogardą, kołysząc
biodrami. -?Ani grama poczucia rytmu, co, Andersen?
Przewraca oczami, a ja mrugam do niej bez słowa. Splata swoje palce z moimi i przyciąga mnie do siebie. Gdy nasze ciała stykają się, przepływa
iskra, która -?mam wrażenie -?zaraz spali mnie od środka, a kiedy
odwraca się i jej tyłek ląduje centymetry od mojego kutasa, mam
wrażenie, że, kurwa, zemdleję.
Przesuwa ciepłe dłonie wraz z moimi na swoje rozkołysane w rytm melodii
biodra, a Emmett mruga do mnie, jakby wcale nie dostrzegł, że właśnie
zwarły mi się obwody.
-?No weź, rusz tym cholernym tyłkiem -?warczy Jennie.
-?Nie wiem... nie wiem jak.
Jej migdałowe oczy płoną wściekłością ponad linią ramion, lecz gdy się
rumienię, łagodnieją. Jennie wzdycha cicho.
-?Po prostu kołysz się ze mną, Garrett. To nie takie trudne. Jakim
cholernym cudem zdobywasz tyle kobiet?
-?Ostatnio wcale mi nie idzie -?odmrukuję bezmyślnie, lecz szybko
zamykam jadaczkę. Ale jednak mimowolnie znów ją otwieram, cholera wie,
po co. -?Wcale nie idzie mi łatwo. To znaczy, była taka dziewczyna w zeszłym tygodniu w Pittsburghu, którą prawie...
Odchrząkuję, bo zauważam, jak ciało Jennie tężeje pod moimi dłońmi.
-?Ale lepiej nie mówmy o moim życiu seksualnym...
-?Chyba o braku życia seksualnego, duży chłopczyku.
No jasne, mów mi o tym jeszcze. Emmett i Cara pobrali się tego lata, a Carter w zasadzie ożenił się w swojej głowie z Olivią, kiedy tylko
poznali się w ubiegłym roku, mimo że przez jakiś czas trzymała go na
bocznym torze. Adam wciąż jest w niezłym dole, od kiedy odkrył, że
dziewczyna, z którą był od lat, zdradziła go kilka miesięcy temu, ale
zdecydowanie lepiej mu bez niej.
Więc to jasne, że przez półtora miesiąca sezonu hokejowego upijałem się
po meczu tylko z kumplami z drużyny i raz po raz szalałem na męskich
imprezach w hotelowych pokojach, gdzie króluje śmieciowe żarcie oraz
Xbox, słuchając jak moi nieogarnięci kumple wyżywają się seksualnie,
gadając przez telefon ze swoimi żonami. A u mnie posucha.
To pewnie dlatego właśnie rozważam zaciągnięcie młodszej siostry
kapitana drużyny do łazienki, postawienie jej na szafce i sprawdzenie,
jakiego koloru są jej majtki.
Lecz Jennie nie tylko jest całkowicie poza moim zasięgiem, ale też
kurewsko mnie przeraża. Jest bezczelna, pewna siebie i piekielnie
harda. Kiedy jest w pobliżu, nie mogę oderwać od niej wzroku. No chyba
że patrzy w moją stronę. Albo kiedy patrzy Carter.
Tak jak teraz, dokładnie w tej chwili, gdy przesuwam dłonie po biodrach
jego siostry, aż do wcięcia w talii i mocno je chwytam. A potem
jeszcze, kurwa, mocniej, i wtedy właśnie on zaczyna się we mnie
intensywnie wpatrywać.
-?Garrett -?jęczy Jennie -?to boli.
-?Garrett. -?Szorstki ton Cartera sprawia, że po kręgosłupie przebiega
mi dreszcz przerażenia. Patrzy ostro na moje dłonie.
-?Aha! -?wołam, odpychając Jennie od siebie. -?Przecież jej nie
dotykam -?rzucam jeszcze przez ramię i umykam z parkietu.
Zostawiam Jennie samą, rozczarowaną i niemal równie przerażającą jak
Carter, który jednocześnie obraca na parkiecie swoją piękną narzeczoną i golden retrievera.
Wlokę się korytarzem, opieram o ścianę i pocieram dłońmi zmęczoną twarz.
-?Muszę kogoś zaliczyć -?wyrywa mi się.
-?Mogę ci w tym pomóc.
Stojąca przede mną ładna, rudowłosa dziewczyna wyciąga z torebki
chusteczki i szminkę. Rozkłada jedną na moim torsie i bazgrze po niej.
Czy taka łatwa zdobycz mnie podnieca, czy raczej wolę wrócić do domu i pożreć pudełko pop-tarts? Sam nie wiem, ale gdy na końcu korytarza
dostrzegam Jennie, skacze mi ciśnienie.
Rudowłosa wsuwa swój numer telefonu do kieszeni na mojej piersi i tuż
przy moim policzku szepcze "zadzwoń do mnie". Zniesmaczona mina Jennie
jest tak okropna, że nie potrafię odwrócić wzroku.
Przewraca oczami, zawraca i zmierza do łazienki, a moje stopy same
ruszają za nią.
-?Poczekaj, Jennie! Nie miałem zamiaru -?nie jestem przecież -?nie
byłem...
-?Mam to gdzieś, Garrett. Uganiaj się za wszystkimi spódniczkami, które
cię kręcą. Choć może akurat tej, która przyszła z jednym z obrońców z twojej drużyny, nie powinieneś ruszać.
-?Co? -?Spoglądam za rudowłosą. Mruga do mnie, po czym znika. -?Nie, ale
ja... ja... ja... -?Zwieszam głowę i z zakłopotaniem trę kark, uszy płoną mi
czerwienią. -?Naprawdę nie miałem złych zamiarów.
-?Ostatnio wcale nie idzie ci łatwo... -?szepcze Jennie ze złośliwym
uśmieszkiem. Wyciąga chusteczkę z malutkiej złotej kopertówki i mi ją
wciska, po czym pchnięciem biodra uchyla drzwi łazienki. -?Masz szminkę
na policzku, duży chłopczyku.
Jakimś cudem przegapiłem moment, gdy ruda pocałunkiem naznaczyła mnie
szminką, którą teraz Adam ściera mi z twarzy, a dziewczyny nie szczędzą
gwizdów i parsknięć. Kiedy u schyłku wieczoru Carter i Olivia wsiadają
do limuzyny, po plotkach nie ma śladu, moje ramiona tkwią grzecznie
zaplecione na własnej klatce piersiowej i nadal tylko narzekam. Nawet
pies dyszący u moich stóp nie potrafi mnie rozbawić.
Nie chcę się domyślać, co musiał nawywijać Carter, żeby Dublin mógł
uczestniczyć w przyjęciu, ale nie dziwi mnie, że tu jest. Jego pan
potrafi ugadać wszystko i dostaje wszystko, czego zapragnie. Dzięki temu
wiem, jak elegancko wygląda golden retriever w psim smokingu.
-?Do mnie, Dubs! -?woła Jennie, uderzając dłońmi o uda. -?Wracasz do
domu ze swoją ulubioną ciocią! Tak, mój przystojniaku!
-?Jesteś jego jedyną ciocią -?zauważam.
Splata ręce na piersiach, po raz kolejny tego wieczoru przykuwając mój
wzrok do spektakularnego dekoltu, a następnie do lewego biodra, które
wyłania się, gdy je wypycha w bok, a jej sukienka rozchyla się
rozcięciem po same uda, odkrywając fenomenalnie wyćwiczone nogi.
-?Nie pytałam, nieogarze.
-?Powinniśmy nazywać cię słoneczkiem -?burczę pod nosem. -?Masz tak
pogodne usposobienie. Zawsze tak kurewsko miła i radosna.
Ta odwaga po paru głębszych naprawdę mnie dzisiaj w chuj zgubi.
Mruży niebieskie oczy.
-?Wsiadaj do pieprzonego samochodu, ale już, Gare-Bear.
-?Tak, proszę pani.
Wślizguję się na tył limuzyny, która ma nas rozwieźć do domów, siadam
obok Hanka, a za mną pakują się wszyscy inni.
Hank ma ledwie osiemdziesiąt cztery lata i jest młodym duchem, jednym z najlepszych przyjaciół Cartera i Jennie, kimś w rodzaju przyszywanego
dziadka, wyluzowanego jak diabli. Kiedyś to on był ojcem Dublina i pewnie dlatego teraz Dub gramoli się przeze mnie, wbijając mi pazury w jaja, aby wygodnie rozłożyć się na jego kolanach.
-?Ożeż ty, kurwa... -?jęczę, chwytając się za klejnoty.
Hank rechocze.
-?Naprawdę dziś zbierasz baty. -?Wzdycha miękko, uszczęśliwiony. -?Taki
piękny ślub. Olivia wyglądała oszałamiająco.
Cara chichocze, pokładając się na kolanach Emmetta i przeczesując mu
palcami włosy. Pewnie dlatego, że Hank jest od piętnastego roku życia
niewidomy, a mimo to nigdy nie zawodzi, gdy trzeba podpompować kobiece
ego.
Wzdycham, zapadam się w swój fotel i przymykam oczy, odpuszczając sobie
dyskusję o fatalnej wpadce Cartera, ujawnieniu wszem i wobec ciąży.
Adama wciąż gryzie utrata kupy pieniędzy, a Holly wymyśla listę imion
dla swojego pierwszego wnuka. Carter i Olivia postanowili, że nie
poznają płci dziecka. Olivia twierdzi, że nie zamierza potem przez całą
ciążę powtarzać Carterowi, że nie nazwą dziecka Carter Junior, jeśli
będzie to chłopiec, ale myślę, że tak naprawdę milczą, bo Carter jest
przerażony, że to dziewczynka. W jego przypadku czasami najlepszym
lekarstwem jest zaprzeczanie rzeczywistości.
Kiedy zatrzymujemy się przed domem Holly i Jennie, Dublin śpi na plecach
rozwalony na moich kolanach, z nosem schowanym w mojej marynarce, a język Cary jest w połowie w gardle Emmetta. Słyszę tylko ciche chrapanie
Dublina i -?jak sądzę -?odgłosy wymiany śliny, z okazjonalnymi
przerwami, w których Emmett szepcze żonie o wszystkich sposobach, na
jakie zamierza ją jeszcze dziś przelecieć.
Gdy tylko drzwi się otwierają, wyskakuję jak z procy.
-?Pomogę Hankowi wejść.
Adam również wypada na chodnik.
-?To i ja -?rzuca.
Gdy Hank już leży w sypialni dla gości, wchodzimy do kuchni i Holly
zaczyna nam wciskać w ręce smakołyki.
-?Robię wypieki na Święta. -?Wpycha z powrotem do zamrażalnika torbę
pełną jakiejś czekoladowej, boskiej wersji kulek z masłem orzechowym. -
Dopiero listopad, więc jakoś muszę je zagospodarować.
Potem odciska buziaki na naszych policzkach i rusza korytarzem.
-?Na matkę już pora do łóżka. Zanim się obudzę i zdam sobie sprawę, że
to wszystko było tylko snem, że nie udało mi się ożenić syna z cudowną
kobietą, która jest gotowa tolerować go przez resztę życia.
Adam szturcha mnie w ramię i chwyta się za krocze.
-?Jak się zaraz nie odleję... -?Nagle staje i patrzy na Jennie. Chrząka,
puszcza klejnoty i się rumieni. -?To znaczy... powinienem... skorzystać... z toalety.
Rzuca mi spojrzenie, które podejrzanie przypomina ostatnie ostrzeżenie,
po czym zostawia mnie z Jenny w kuchni.
Ale ona natychmiast mnie ignoruje, odwraca się plecami i nalewa sobie
szklankę wody.
-?Uch... -?Drapię się po głowie, szukając sposobu na rozładowanie
niezręcznego napięcia. -?Całkiem ładna... pogoda?
Parska w szklankę, wyciąga z szafki kolejną, napełnia ją, obraca się i wciska szkło w moje zaskoczone dłonie.
Patrzę na nią zdumiony.
-?Dzięki?
-?Mhm -?odmrukuje, a ja obserwuję, jak kołysze biodrami, gdy rusza
korytarzem, sięga ręką do tyłu i mocuje się z zamkiem błyskawicznym,
widocznym tuż nad krągłościami jej ponętnej brzoskwini.
Próbuję i nie udaje mi się.
Z ciężkim westchnieniem zatrzymuje się, opuszcza głowę i stuka palcami w futrynę drzwi. Odwraca się i widzi, że jestem dokładnie tam, gdzie mnie
nie powinno być: stoję i gapię się na nią.
-?Czy możesz mi pomóc z suwakiem? Zaciął się. -?Znów się obraca,
prezentując się od tyłu, a ja zastygam, niezdolny do jakiegokolwiek
ruchu.
-?Tak, pewnie. Jestem dobry w zapinaniu.
Jestem dobry w zapinaniu? Ja pierdolę, kretynie. Zamknij się.
-?Tylko może przynajmniej odstaw wodę.
-?Co? -?Spoglądam na szklankę, którą trzymam w dłoni i cicho chichoczę.
Skąd u mnie ta chrypka? Ile ja mam lat? Dwadzieścia sześć czy dwanaście?
-?A, rzeczywiście.
Szybko osuszam szklankę, odstawiam ją i wycieram spocone dłonie o uda.
Chryste, ta sukienka. Te plecy. Ten pieprzony tyłek. To powinno być
zakazane. A już na pewno mi powinno się zakazać trzymania rąk tak
blisko niej, i tyle w temacie. Gdyby Carter mnie teraz zobaczył, już
nigdy nie zagrałbym w hokeja. Brakowałoby mi co najmniej jednej
niezbędnej kończyny.
Nie wiem, jak się za to zabrać. Zamek błyskawiczny jest tam, na szczycie
tych krągłości i... czy powinienem tam po prostu... wsunąć dłoń? Tak,
zwyczajnie ją tam wsunę. Sięgam do suwaka, ale dopadają mnie
wątpliwości.
-?Dobra, po prostu...
Przechylam głowę na bok i wpatruję się we wdzięczną, złotą metkę.
-?Bo ja...
-?Do kurwy nędzy, Garrett, ogarnij się. Musiałam gdzieś przyciąć
materiał. Po prostu mocno pociągnij.
-?Dobra. Już wiem. Mocno... pociągnę.
Chwytam malutką główkę suwaka między palce, o wiele za duże do tego
zadania, drugą dłoń kładę na jej biodrze, kciuk zagłębia się w ciepłą
skórę. Wygina plecy w łagodny łuk, a mnie oddech gubi się gdzieś w klatce piersiowej, gdy wzdycha cicho. Niski, szorstki ton sprawia, że
drga mi trzecia noga, a wtedy ona daje krok w tył i wpada na mnie, jakby
chciała, aby jej tyłek zapoznał się bliżej z moim ciałem, i wtedy jest
jeszcze gorzej.
Boże, co ona wyprawia? Nie. Nie, nie, nie. Przecież go obudzi.
Jennie nawija końcówkę włosów na dłoń i jak w zwolnionym tempie
przerzuca je przez smukłe ramię. Zamglone, niebieskie oczy rzucają mi
spojrzenie spod gęstych, ciemnych rzęs. Nie mogę oderwać wzroku od jej
języka, sunącego po dolnej wardze.
O kurwa. No i masz. Obudził się.
Nie teraz, poruczniku Johnson. Spocznij, żołnierzu!
-?Garrett.
Nerwowo podnoszę głowę i mierzymy się z Adamem wzrokiem. Jego spojrzenie
przeszywa mnie na wskroś. Znów spoglądam na tyłek -?suwak -?Jennie i szybkim szarpnięciem uwalniam materiał, po czym wybiegam z domu, z hukiem zamykając za sobą drzwi. Gdy osuwam się bez sił, moje ciało
wiotczeje i wzdycham ciężko.
Uff. Było blisko.
Adam kręci głową i z naciskiem żąda:
-?Znajdź sobie kogoś innego. Kogokolwiek innego.
Dobra. Jasne. Właśnie tak powinienem zrobić. Jennie nie jest dla mnie.
Poza tym ledwo ją znam. Nie muszę sobie spieprzyć przyjaźni albo sezonu
hokejowego -?ani pozbywać się żadnych cennych członków -?żeby kogoś
zaliczyć. Mam mnóstwo innych możliwości.
Gdy pół godziny później czekam w holu mojego bloku, wzdycham i rytmicznie wciskam guzik windy, bo wciąż sam siebie próbuję przekonać,
że będę w stanie się od niej odczepić.
-?Panie Andersen -?znienacka za moimi plecami rozlega się zmysłowy
szept. Emily, jedna z sąsiadek, przysuwa się za blisko. Przerzuca przez
ramię mysie blond włosy, a światło delikatnie wydobywa kształt jej kości
policzkowych. Uśmiecha się do mnie tą czerwienią ust w odcieniu wiśni,
której nieraz smakowałem. -?Ależ pan dziś przystojnie wygląda.
Winda otwiera się, a ja wciągam ją do środka. Kątem oka lustruję
błyszczącą sukienkę, długie na milę nogi i czarne szpilki.
-?Ślub najlepszej przyjaciółki -?wyjaśniam. -?A ty? Wyglądasz tej nocy
fantastycznie.
-?Zawsze wyglądam fantastycznie, przecież o tym wiesz. Opiera się o uchwyt, krzyżuje nogi w kostkach i błądzi po mnie wzrokiem, gdy wybieram
przyciski jej piętra, a potem mojego. -?Wieczór panieński.
-?Wszyscy się pobierają, co?
-?Nie ja -?prycha w odpowiedzi.
Chichoczę, przeczesując dłonią włosy.
-?No ja też nie.
Dźwięk dzwonka oznajmia, że winda się zatrzymała i Emily wychodzi na
korytarz. Dłonią powstrzymuje drzwi przed zamknięciem i zerka na mnie
przez ramię.
-?Masz ochotę?
Nie jest mi żal, że nie dopowiada na co, tylko pozwala, aby
zaproszenie zawisło w gęstym powietrzu.
Ściskam poręcz i obserwuję, jak mój but wystukuje rytm o marmurową
podłogę. Przenoszę wzrok na wzgórek między moimi nogami, który wciąż
napiera na rozporek z powodu tyłka, na którym położyłem dłonie godzinę
temu i po raz setny uświadamiam sobie, że tamten tyłek jest poza moim
zasięgiem.
Emily uśmiecha się, gdy odrywam się od ściany. Pieprzyć to.
-?Tak, mam ochotę.
2. Urodzinowe tacosy i fuckboye
2
Urodzinowe tacosy i fuckboye
Jennie
Kojarzysz to nieprzyjemne uczucie, gdy wyjmujesz bieliznę z suszarki, a ona jest nadal wilgotna? Albo kiedy nie masz czasu na odgrzanie resztek
maca z serem, więc musisz go przełknąć, gdy jest zimny i twardy? Jedno i drugie jest cholernie obrzydliwe, podobnie jak to, co czuję, gdy tańczę
z kimś, a on patrzy na mnie tak, jak teraz, jakby nie mógł się doczekać,
aż zostanę jego kolejnym daniem.
Biedak nie zorientował się jeszcze, że jestem kawiorem; nie stać go na
mnie, choćby nie wiem jak się starał.
Simon leży na ławeczce do ćwiczeń, opuszcza łokcie, odwiesza drążek i dźwiga głowę. Unosi brwi.
-?Lubisz na mnie patrzeć?
-?Zabawne, właśnie miałam zapytać cię o to samo. -?Ocieram się o niego,
przechodząc obok, i ruszam do przebieralni. Ten uparty, mały gnojek
idzie tam za mną.
Nie zrozumcie mnie źle: właściwie lubię Simona. Tańczymy razem już od
czterech lat. W sumie jest pracowity, ale i zarozumiały do wiwatu, a przy tym wydaje mi się, że ma błędne wrażenie, że naciskam, aby mocno
się starał, jeśli chce coś u mnie wskórać.
A przecież nie tak trudno pojąć, jak naprawdę jest. Nie mam
najmniejszego zamiaru wpuścić go do mojego Disneylandu. Im szybciej to
zaakceptuje, tym lepiej.
-?Simon... to damska przebieralnia. Nie możesz tu wchodzić, bez względu na
to, jak głęboko go schowasz.
Z szerokim uśmiechem kładzie dłoń na kroczu.
-?Nie byłbym w stanie go schować, nawet gdybym próbował. -?Gdy muska
moje ucho, jego oddech pachnie dziwacznie, jakby suszoną wołowiną. -
Takiego kalibru nie da się ukryć.
Odpycham go i przeganiam ruchem dłoni, po czym wchodzę do przebieralni.
-?Obniż to ego, fuckboyu, przynajmniej o sto punktów.
Simona to bawi.
-?Daj mi chwilę na prysznic i widzimy się przed siłownią.
Do moich licznych wad należy konieczność uzgadniania ze mną planów z wyprzedzeniem. Inaczej nie realizuję ich, gdy mam już tylko ochotę zdjąć
stanik i nie musieć go ponownie zakładać.
Sunę palcem po linii potu, znikającej w zagłębieniu mojego sportowego
biustonosza.
-?Mam już plany na wieczór, no i jestem zmęczona, więc...
-?Ale to twoje urodziny.
-?Właśnie, a ja...
-?Pięć minut! -?Całuje mnie w policzek i umyka do męskiej przebieralni.
-?Daj mi pięć minut! Niech się odświeżę dla swojej ulubionej
solenizantki!
Puszcza oczko i znika, nim zauważy, jak przewracam oczami.
Jasne, jesteśmy przyjaciółmi i owszem, spędzamy wspólnie 75 procent
czasu w intymnych pozycjach, a jego dłonie wędrują wtedy po mnie. Mimo
to, randka udająca pseudo-lunch z Simonem nie jest idealnym sposobem na
spędzenie moich dwudziestych czwartych urodzin. Właściwie potrafiłabym
wymienić przynajmniej dziesięć lepszych sposobów, na przykład
dwugodzinną drzemkę na kanapie, erotyczne sam na sam ze sobą w mojej
sypialni lub zapolowanie.
Nie, nie o takie polowanie mi chodzi.
Mam jednak słabość do darmowego jedzenia, więc lądujemy w Taco Cantina i jest naprawdę miło -?tacosy to źródło życia -?choć wkurza mnie pomysł
Simona, abyśmy dzielili się czipsami z guacamole, zamówionymi na
przystawkę. Potem oczywiście zżera mi wszystkie czipsy za wyjątkiem
dwóch, które udaje mi się w porę zwinąć.
-?Ups -?wymiata palcami okruszki z dna tekowej miski. -?To ja wszystko
zjadłem?
-?Nie inaczej.
Macha lekceważąco dłonią.
-?No i dobrze. Przecież nie chcesz się zamartwiać dodatkowymi kaloriami.
Tak szybko unoszę brwi, że boję się, że odlecą.
-?Pardon?
-?No, dodatkowe kalorie.
-?Tak, usłyszałam. Ale pomyślałam, że dam ci szansę, abyś zmienił te
słowa. -?Popijam virgin mojito, ostentacyjnie delektując się jego słodką
nutą. -?Od kiedy to komentowanie, co kobieta powinna, a czego nie
powinna jeść, jest w porządku?
Patrzy na mnie uważnie.
-?Luzuj, Jennie. Żartowałem. Przecież przywykłaś do tego, wiesz, że to u mnie normalne.
Właśnie, przywykłam do tego i w tym problem. Całe życie walczyłam, by
nie zwracać uwagi na surowe spojrzenia trenerów tańca, którzy czepiali
się każdej miękkości w moim ciele, lustrowali moje dzienniki żywieniowe,
szukając śladów wszystkiego, co nie wpisywało się w ścisłą dietę, i co
mogłoby wyjaśnić, dlaczego w tym tygodniu poruszam się nieco bardziej
ospale albo dlaczego pewnego ranka mój strój wydał im się nieco bardziej
dopasowany. Już zbyt wiele muszli klozetowych przytuliłam, płacząc w obawie przed ostrzem ich słów, ale przede wszystkim bojąc się, że wpadam
w uzależnienie, które zbyt szybko wiedzie ku śmierci.
To, że mogę teraz tutaj siedzieć i zamówić trzy nadziewane tacosy, a do
nich słodki napój i się tym nie przejmować ani nie czuć grama wyrzutów
sumienia, jest cudem, nad którym pracowałam od liceum podczas długich
godzin niezliczonych terapii. Nie pozwolę, by nieostrożne słowa Simona
zaprzepaściły lata postępów.
A on wtedy dodaje:
-?Zimowy recital jest w przyszłym miesiącu. Przecież nie chcesz dorzucić
sobie zbędnych kilogramów.
Nie rozbijam mu szklanki na łbie tylko dlatego, że szkoda drinka, który
naprawdę nieźle kopie.
-?Kopiesz sobie grób. Rób tak dalej, a skończysz w nim.
Nazywam go w myślach dzbanem, gdy kładzie dłoń na mojej. -?Wiesz,
Jennie, nie ma piękniejszej dziewczyny od ciebie. Jestem szczęściarzem,
że jesteś ze mną.
Uśmiecham się do kelnera, bezgłośnie dziękując, gdy podsuwa mi talerz
tacosów. A do Simona mówię:
-?Żebyś wiedział.
Jednym gryzem pożera pół taco.
-?Twój brat wciąż jest żonaty?
-?Tak, minęły dopiero dwa tygodnie.
Poza tym Carter ma obsesję na punkcie Olivii. Dobrze, że jest zawodowym
hokeistą. Gdyby był w mieście codziennie, Olivia mogłaby go udusić.
Właściwie nie wiem, jak to się stało, że przez dwadzieścia cztery lata
sama tego nie zrobiłam. Mój brat jest świetny, tylko trochę...
hałaśliwy? Pretensjonalny? Zbyt pewny siebie? W chuj idealistyczny?
Wszystko razem jednocześnie?
-?Dwa tygodnie to więcej, niż wytrzymuje w stałym związku -?podsumowuje
Simon, prezentując mi wnętrze ust, pełne mielonej wołowiny, sałaty i sera.
Zupełnie nie ogarniam, jak on się dostaje pod spódnice wszystkich
dziewczyn z programu tanecznego na SFU.
-?Przypomnieć ci, że jesteś takim samym dziwkarzem, jakim był Carter,
zanim poznał Olivię?
-?Nie jestem.
Nie potrafię powstrzymać chichotu. Ups.
Simon przewraca oczami.
-?Dlaczego twój brat dostał szansę, żeby odmienić swoją reputację, a ja
nie? Może i ja chcę się ustatkować.
Czy ludzie zasługują na rozsądzanie wątpliwości na ich korzyść? Zwykle
tak. Ale ja znam tego mężczyznę. Widziałam, jak wabił niezliczone
dziewczyny swoim urokiem tylko po to, by spać z jedną przez tydzień lub
dwa, a następnie zastąpić ją kolejną, przy czym często polował na
kolejną na oczach tej ostatniej... Porzuca kobiety bez wahania, a przy tym
nigdy nie traci okazji, żeby w międzyczasie mnie popodrywać.
Tak jak teraz, gdy zahacza palcem o mój palec, a pod stołem ściska mi
nogi swoimi udami. Uśmiecha się niegrzecznie tym swoim cholernym
uśmieszkiem, a ja przypominam sobie, dlaczego w chwili uniesienia
przezwałam go czule Simonem Syfilisem.
-?Chodź, Jennie. Jedźmy do mnie. Pozwól, że dam ci prawdziwy prezent
urodzinowy.
-?Dobrze. -?Łapię kontakt wzrokowy z kelnerem, kręcę jednym palcem w powietrzu, a następnie wskazuję swoje tacos. -?Czy mogę dostać je w pudełku na wynos?
Opieram podbródek na splecionych palcach, uśmiecham się i kontynuuję
rozmowę:
-?Wiesz co, Simon? Z ogromną chęcią. Ale z ogromną chęcią też zostałabym
tu i dokończyła ten lunch. -?Z uśmiechem wdzięczności biorę od kelnera
małe pudełko i układam w nim tacosy. -?Niestety, nie interesuje mnie
dziś popełnianie błędów o rozmiarach fuckboyów.
Wstaję i daję mu powściągliwego buziaka, uważnie zapisując jego epicko
zaskoczoną minę w przegródce mojej pamięci, zatytułowanej nigdy tego
nie zapomnieć.
-?Dzięki za urodzinowe tacosy. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła
się nimi cieszyć w ciszy i samotności.
Uśmiech Beckettów ma nieodparty urok, działa nawet na innych Beckettów.
Mój brat nie potrafi mi odmawiać, a ja od czasu do czasu to
wykorzystuję.
Więc nie tylko na urodzinowy obiad dostaję stek i homara w jednej z najbardziej wyszukanych restauracji w Vancouver, ale też potem
pochłaniam oreo explosion banana split w moim ulubionym barze z deserami, a wszystko to sprawiła prosta prośba i uśmiech z dołeczkami na
twarzy. Carter też zjadł dwa, a gdy wędrujemy po obiedzie ulicą, staram
się nie pozwolić, by z dziesięć kilo, które pewnie dziś przytyłam, zbyt
mocno mi burzyło myśli.
A jednak jestem nafutrowana, ciężko mi jak diabli, a Carter zmusza mnie
jeszcze do chodzenia. Poza tym jest zimno jak cholera, a ja mam na sobie
ładny, ale nie ciepły płaszczyk.
Drżę, wtulając podbródek w szalik.
-?Zimno mi. Dokąd idziemy? Ej, Hank wrócił do domu po kolacji, a my mamy
grzęznąć w tym śniegu? Nie kochasz nas już?
Carter nie raczy odpowiedzieć, za to Olivia stęka i składa otulone
rękawiczkami dłonie na brzuchu.
-?Muszę wychodzić to całe jedzenie. Wciągnęłam o wiele za dużo.
Poklepuję jej uroczy brzuszek.
-?Maleństwo było głodne. Masz prawo.
-?Maleństwo zawsze jest głodne.
-?Duży tata też zawsze jest głodny. -?Carter wali się w klatę.
Robię minę, jakby to było ohydne.
-?Nie no, błagam, nie. Nigdy więcej.
Spuszcza z tonu i marszczy brwi.
-?Co? Ale dlaczego?
-?Bo to naprawdę obrzydliwe.
-?Dramatyzujesz. -?Obejmuje żonę ramieniem, wtula usta w jej ucho, ale
nie ścisza głosu. -?Mam ochotę na więcej, ale nie wiem, czy wolno tak
publicznie zaspokajać głód, jeśli wiesz, co mam...
-?Carter! -?Zakrywa mu dłonią usta i przyciąga go do siebie, aby
spojrzeć mu poważnie w oczy. -?Choć raz w życiu przestań gadać, na
miłość boską! -?szepcze tym swoim groźnym, nauczycielskim tonem.
Zatrzymujemy się przed wysokim budynkiem w centrum miasta, a na jego
ustach z wolna wykwita uśmiech.
-?Ale ja chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że cię kocham. Dlaczego nie
pozwalasz mi pokazywać tego wszystkim?
Olivia poklepuje go czule, moja mama prawie mdleje, a ja krztuszę się ze
śmiechu.
-?Uwierz mi, kochanie, nikt nie kocha mnie tak głośno i ostentacyjnie
jak ty.
Carter uśmiecha się z dumą i otwiera szklane drzwi. Prowadzi nas do
windy, zanim zdążę popodziwiać wykwintne lobby, a kiedy jedziemy na
dwudzieste pierwsze piętro, w końcu odpowiada na zadane całe dwie minuty
temu pytanie.
-?Naprawdę cię kocham. Jesteś najlepszą siostrą na świecie. -?Wypycha
mnie na korytarz. -?Dlatego dostaniesz też najlepszy prezent na świecie.
-?Prezent? Tutaj? -?Rozglądam się i widzę długi korytarz, a w nim ciąg
ponumerowanych drzwi. -?Carter, to jest budynek mieszkalny.
-?Mhm. -?Wsuwa klucz w dziurkę pod numerem 2104, po czym gestem
zaprasza mnie do środka. -?Witaj w swoim mieszkaniu, Jennie.
Stoję z otwartymi ustami i nie mogę się ruszyć.
-?W moim mieszkaniu? To moje mieszkanie...?
Ostrożnie wkraczam w jasną przestrzeń. Oszałamia mnie. Jest umeblowane,
o ile salon można uznać za wizytówkę całości. Odwracam się do rodziny, a moje głupie oczy pełne są głupich łez. Nienawidzę płaczu, ale w tym roku
życie nie szczędzi mi emocji.
-?To naprawdę dla mnie? Mam własne mieszkanie?
-?Są tacy, którzy nazwaliby mnie najlepszym bratem na świecie.
Jest irytujący i doprowadza mnie do szału, ale Carter zawsze był
najlepszym bratem i moim najlepszym przyjacielem. Więc zarzucam mu
ramiona na szyję i wołam: Ależ ja cię kocham.
I wtedy dostrzegam spiętą twarz mamy.
-?Ale jeśli chcesz, możesz nadal mieszkać ze mną. -?Rzuca sztywno. -
Jeśli nie chcesz, Jennie, nie musisz się przeprowadzać. Jeszcze nie jest
za późno. Carter może wycofać się z tej umowy. Ty możesz...
Carter ucisza ją, kładąc jej na ustach swoją wielką łapę.
-?Ciiiicho.
Splata swoje ramię z moim.
-?Chodź. Pozwól, że będę robił za przewodnika.
Oprowadza mnie po mieszkaniu, pokazując rozległą sypialnię z przynależną
do niej łazienką z lśniącym szkłem prysznicem. Potem z korytarza
wchodzimy do drugiej sypialni i kolejnej łazienki. To znacznie więcej,
niż potrzebuję.
Nie czuję się zaskoczona, nie dziwi mnie nawet to, że postarał się o apartament. Carter uwielbia rozpieszczać swoich ludzi, a w zeszłym
miesiącu przyłapał mnie na przeszukiwaniu ofert wynajmu. Nie zarabiam
wiele, a Vancouver jest drogie, więc gdy myślałam o budżecie, czułam się
jak w Zabójczych umysłach, brakowało tylko przystojnego Dereka
Morgana. Mina Cartera, gdy zatrzasnął mi laptopa i mruknął No nie, nie
pierdol, po czym odszedł, rozbawiła mnie, lecz i zirytowała.
Kiedy kończymy spacer po mieszkaniu, jeszcze raz obchodzę wszystkie
pomieszczenia tanecznym krokiem, ponieważ czuję się kochana i nie mogę
przestać się uśmiechać.
-?Jest niesamowite i takie, takie idealne. Wiruję w salonie, aż w końcu miażdżę mojego brata w uścisku, a potem rzucam się na Olivię,
która już zadomowiła się na kanapie, i głaszczę ją po policzku. -
Dziękuję, nieskończenie dziękuję.
-?Możesz się wprowadzić, kiedy tylko zechcesz -?rzuca Carter, kiedy
szykujemy się do powrotu. -?Gdy wrócę w przyszłym tygodniu po kolejnej
serii rozgrywek, mogę ci w tym pomóc. Wręcza mi różowozłoty breloczek z akrylową literą J, wypełniony malutkimi kwiatkami. -?Jeden z chłopaków
mieszka na ostatnim piętrze, co też jest fajne. Będę się lepiej czuł,
gdy będziesz mieszkać tu sama, wiedząc, że on jest w pobliżu. Jeszcze go
o to nie poprosiłem, ale wiem, że chętnie się o ciebie zatroszczy.
-?Świetnie. -?To takie w jego stylu, nadal mieć mnie na oku.
Gdy czeka, aż wyjdę na korytarz, uchylają się drzwi naprzeciwko moich.
Powietrze przeszywa cichy śmiech Cartera.
-?O pieprzonym wilku mowa. Co ty tu robisz na dole? To znaczy, wiem, co
tu robiłeś... na dole... -?Marszczy brwi. -?Twoje włosy... i twoja koszula...
są całe...
Kręci głową z niedowierzaniem, ale uśmiecha się z rozbawieniem, po czym
wskazuje mnie i mówi:
-?Jennie się wprowadza. Powiedziałem jej, że będziesz miał na nią oko. -
Nagle łagodnieje, dodając: -?Koniecznie na nią uważaj.
-?Nie potrzebuję opiekunki -?szepczę gdzieś w przestrzeń, zapinając
guziki płaszcza, po czym unoszę głowę i zerkam, aby zobaczyć, której
biednej, niczego niepodejrzewającej duszy przypadło to niewdzięczne
zadanie. Moje palce zamierają, gdy wzrok trafia na parę
niebiesko-zielonych oczu i chaotyczne brudno blond fale na rozczochranej
głowie oraz szare spodnie dresowe, zwisające niedbale zbyt nisko na
biodrach.
Carter ma rację: Garrett rzeczywiście wygląda, jakby właśnie skończył
się pieprzyć.
A na wpół ubrana blondynka, która trzyma czerwone paznokcie w odcieniu
wozów strażackich na jego łokciu, jakby właśnie została przeruchana na
wylot. Nagle czuję się dziwnie zazdrosna.
Garrett Andersen nadaje się do pieprzenia jak mało kto, plasuje się na
godnym poziomie Chrisa Hemswortha, cała skóra świeci mu się od potu,
mięśnie falują, turkus oczu ma odcień oceanu w pełnym słońcu, a spodnie
dresowe nie ukrywają, że między nogami nie brak mu ognia, bo niby
dlaczego miałoby mu czegokolwiek brakować? Nie ma co pozywać dziewczyny
do sądu za to, że wie, jak wygląda szybki numerek z Garrettem. Minęło
zdecydowanie zbyt wiele czasu, a w moim lochu zalęgło się kilka -?no
dobra, mnóstwo, kurwa -?pajęczyn.
Cholera, czy ja go wcześniej nazwałam Disneylandem?
Na policzki Garretta wypełza żarliwa czerwień, gdy wytrzymuje moje
spojrzenie. Nie mam pojęcia, co go opętuje, ale nagle odskakuje od
stojącej u jego boku dziewczyny, wręcz popychając ją na ziemię.
-?Cóż, dobra, jak już mówiłam -?odchrząkuję i owijam sobie szalik wokół
szyi -?nie trzeba mnie niańczyć, zwłaszcza nie musi tego robić ten
Fuckboy Roku.
Biorę Olivię pod ramię i kieruję się do windy, rzucając mu jeszcze
ostatnie spojrzenie przez ramię. Sądząc po jej śmiechu, Olivii nie mniej
niż mnie podoba się, jak Garrett rozdziawia usta. Na pewno chce mnie
niańczyć równie mocno, jak ja mam ochotę na kolejny wywód brata, co
Wielki Tata zamierza zrobić.
-?Jennifer Beckett -?mama wydziera się, goniąc nas -?to było naprawdę
podłe! Przepraszam, Garrett! Kochamy cię!
-?Cartera nazywałam o wiele gorzej -?zauważa Olivia. -?Ale Garrett to
prawdziwy słodziak.
Marszczę nos.
-?Słodziak, który pieprzył się z moją nową sąsiadką.
Właściwie mnie to nie rusza, chociaż może być nieco niezręcznie, gdy
będę ich mijała na korytarzu. A co, jeśli ściany są cienkie? Czy chcę
słyszeć, jak dochodzi? Nieszczególnie.
Między innymi dlatego unikałam mediów społecznościowych, zanim Carter
poznał Olivię, kiedy był jeszcze wyjątkową męską dziwką. Nikt nie musi
oglądać dowodów na to, że ktoś inny kogoś zalicza.
-?Może chodzą ze sobą -?dorzucam nieprzekonująco.
-?Nie. -?Carter wsuwa ramię między drzwi windy, a one posłusznie się
otwierają. Wchodzi do środka. -?Tylko się pieprzą.
Zakładam ręce na piersi.
-?Nie potrzebuję takiej opiekunki, Carter.
Przyciąga Olivię do siebie i poprawia jej szalik tak, że zakrywa jej
prawie całą twarz, mimo że próbuje go odepchnąć.
-?Nie myśl o Garretcie jak o niańce. Pomyśl o nim raczej jak o dodatkowej parze oczu.
-?Carter! -?Ze złości tupię dwa razy. Zawsze miałam coś w sobie z drama queen. Jaki brat, taka siostra. -?To jeszcze gorzej! To brzmi,
jakbyś mnie szpiegował!
-?Przecież nie szpieguję! -?Krzyczy, wymachując rękami. -?Chcę tylko
mieć pewność, że jesteś bezpieczna!
Drzwi się otwierają i wchodzę do nieskazitelnego holu.
-?Ależ ty mnie wkurwiasz.
-?Nie, to ty mnie wkurwiasz!
-?No wiem, że ty wkurwiasz, co ja niby mam do tego?
-?Dobry Boże. -?Olivia chowa twarz w dłoniach.
-?Dzieciaki -?mama przybiera ostrzegawczy ton -?dogadujcie się.
-?Masz szczęście, że cię kocham -?szepcze Carter, gdy otwiera nam drzwi
samochodu.
-?Masz szczęście, że nie skopię ci tyłka.
Jego twarz wykrzywia szeroki uśmiech.
-?Wsiadaj już do tego cholernego samochodu.
Przesuwam palcem po krawędzi leżącego przede mną starego zdjęcia, po
chroniącym je od lat plastiku. Jest sztywny i połamany, ostry na
krawędziach, a gdy mój palec zbyt szybko przesuwa się po pęknięciu,
syczę z bólu. Na czubku palca zbiera się kropla krwi, a ja wysysam ją,
aby powstrzymać ból i krwawienie, wpatrując się przy tym w przystojną
twarz, uśmiechającą się do mnie ze zdjęcia.
Ma na sobie różową czapeczkę urodzinową i trzyma mnie, siedzącą na jego
ramionach, świeżo upieczoną sześciolatkę, ściskającą miękkiego,
jasnoróżowego króliczka, otrzymaną wówczas od niego niespodziankę.
Słyszę, jak drzwi mojej sypialni skrzypią, mama wtyka głowę do środka i uśmiecha się, widząc, że wciąż nie śpię. Wślizguje się do pokoju, ale
zatrzymuje się na skraju łóżka, a ja dostrzegam w jej oczach najpierw
przebłysk ich wiecznej miłości, a potem ból, gdy zauważa na moich
kolanach otwarty album ze zdjęciami. Chciałabym cofnąć czas, ale wiem,
że nie mogę.
-?Tęsknię za nim -?szepczę, obrysowując kształt taty twarzy. -?I to
bardzo.
-?Ja też, kochanie. -?Mama zapada się w łóżko obok mnie i w zamyśleniu
całuje mnie we włosy. -?Wiem, że patrzy dziś na ciebie z góry, płacząc,
bo jego mała córeczka przestała być dzieckiem. Jest z ciebie dumny,
Jennie, z tej kobiety, którą się stajesz. Wiem to na pewno.
Dotyka na zdjęciu króliczka, którego trzymam, wtulona w taty włosy.
Omiata wzrokiem pokój, aż dostrzega tego samego króliczka wtulonego w mój brzuch.
-?Zawsze go uwielbiałaś.
Sięgam po niego. Dawno wyblakł, a jeden z guzików wisi luźno na nitce.
Lata przytulania, ciągnięcia go wszędzie, gdzie się udawałam, protesty,
aby mama go nie prała nawet miesiącami, wszystko to sprawiło, że niegdyś
miękkie futro stało się szorstkie i zmatowiało.
-?Zawsze chciałam mieć prawdziwego króliczka, ale nigdy mi na to nie
pozwalaliście. Więc tata kupił mi tego. -?Głaszczę długie uszy. -?To on
nadał jej imię. Księżniczka Bubblegum.
-?Gdybym tylko mu pozwoliła, dałby ci cały świat. Latami męczył mnie o tego prawdziwego króliczka. Byłaś jego małą księżniczką, a on był
upartym gówniarzem, który nie uznawał słowa nie.
-?Całkiem jak Carter.
Śmieje się.
-?Carter jest zbyt podobny do twojego taty. To był niebezpieczny duet,
gdy wpadali w szał. -?Uśmiecha się czule i rozczesuje palcami moje
włosy. -?Przykro mi, że nie ma go tutaj, by świętował z tobą urodziny.
-?Niech ci nie będzie przykro. -?Ocieram łzę ze swojego policzka, a potem łapię tę, która spływa po jej policzku. -?Na szczęście przez
szesnaście lat mogłam tworzyć z nim piękne wspomnienia.
W jej oczach widać cichy smutek, gdy wpatruje się w mroczny pokój.
-?Naprawdę będę tęsknić za twoją obecnością. Gdybym mogła, zatrzymałabym
cię tu na zawsze, ale zasługujesz na własne życie. Potrzebujesz
przestrzeni, żeby dorosnąć.
Bierze moją twarz w dłonie i całuje mnie w policzek.
-?Wszystkiego najlepszego, mała. Kocham cię i jestem z ciebie dumna.
3. Gdzie jest: księżniczka Bubblegum i chęci do życia
3
Gdzie jest: księżniczka Bubblegum i chęci do życia
Jennie
Czy dręczyło cię kiedyś poczucie, że gdzieś nie pasujesz?
To nie moja bajka. Nie lubię łazić po mieście w piątki, wolę mieć wtedy
na sobie niewiele i pozwalam, aby wszystko swobodnie wisiało. Nie
przeszkadza mi brak majtek ani stanika. Nie przeszkadzają mi nawet
zaczerwienione oczy i mocno zawiązany na czubku głowy kok.
A to mieszkanie jest takie nieskazitelne, takie poukładane. W niczym nie
przypomina mojego życia ani głowy.
Wczesnym rankiem zagląda tu słońce. Kąpie moją nową przestrzeń w delikatnym blasku i ogrzewa deski z twardego drewna pod moimi bosymi
stopami. Na chwilę zamykam oczy i upajam się tym uczuciem, chłonę
ciepło. Wyobrażam sobie, jak to jest być kochaną, jak jego ramiona
owijają się wokół ciebie, rozpalając cię od środka. Przez chwilę
promienie słońca są jak miłość, ożywam w nich. Przez chwilę tego właśnie
pragnę.
Nie mogę się dziś pozbierać, wszystko przez ten cholerny album ze
zdjęciami, leżący na wyspie kuchennej. Od zeszłego tygodnia, od urodzin
nie oderwałam od niego wzroku.
Śledzę zmarszczki, ich linie wokół jego szerokiego uśmiechu oraz
błyszczących oczu. A im dłużej patrzę na niego, na tatę, którego
straciłam osiem lat temu, na pożegnanie, którego nie zdążyłam
wypowiedzieć, tym trudniej mi oddychać. W gardle czuję ogień i wbijam
zęby w dolną wargę, aby powstrzymać jej drżenie.
Gdy odwracam się od jedynej twarzy, którą chcę widzieć, a zarazem nie
mogę znieść jej widoku, trzęsą mi się ręce. Spoglądam na pudełka. Jest
ich zbyt wiele, jedne w stosach, inne zalegają na podłodze w salonie.
Wszystko, czego chcę, to zakopać się w tym bałaganie i rozpakowywać je,
aby poczuć się wreszcie jak w domu. To przyziemne zadanie napotyka
jednak we mnie fale rozżalenia, których mimo upływu lat nadal w sobie
nie rozumiem, i tworzą razem brzydką, błotnistą tęczę emocji. Jednak nie
chcę przeglądać pudeł. Nie chcę oglądać zdjęć ani marzyć o wspomnieniach, które moglibyśmy wspólnie stworzyć, lecz nigdy nie
stworzymy. Wolę wczołgać się z powrotem do łóżka, naciągnąć kołdrę na
głowę i obudzić się jutro, kiedy to wszystko się skończy.
Szczerze? Nie pogniewałabym się za jakiś uśmiech, delikatny i otwarty,
który przypomniałby mi, że na tym świecie istnieje dobro.
Lecz mogę co najwyżej liczyć na kawę, jedyną rzecz, którą da się dość
łatwo zdobyć. Zakładam więc jedną z bluz hokejowych brata, wsuwam stopy
w swoje UGG i mozolnie wlokę się korytarzem do windy.
-?Przytrzymaj ją! -?Woła ktoś, a ja z pięćdziesiąt razy wciskam przycisk
"zamknij", ale i tak w końcu but na obcasie wpycha się do środka. -
Cześć, sąsiadko. Dzięki, że poczekałaś.
Ładna blondynka z naprzeciwka olśniewa szerokim, błyszczącym uśmiechem.
-?Żaden problem. -?Zerkam w dół i dostrzegam ekskluzywny trencz oraz
czerwień spodów jej butów.
Louboutin? No bez jaj.
Zdejmuje czerwoną skórzaną rękawiczkę, odsłaniając nienagannie
wypolerowane, błyszczące paznokcie, i podaje mi rękę.
-?Emily.
Ściskam jej dłoń, próbując ukryć domowej roboty manikiur sprzed trzech
tygodni
-?Jennie.
-?Jesteś przyjaciółką Garretta.
Nie jestem.
-?A ty się z nim pieprzysz.
Mruga do mnie.
-?Tylko w te dni, których nazwy kończą się na K lub A. Winda zatrzymuje
się, a Emily czule ściska moje przedramię.
-?Lecę na parking, więc pora się pożegnać. Miło było cię poznać, Jennie.
Do zobaczenia.
-?Pa, Emmo.
Wytrzymuje moje spojrzenie, uśmiechając się słodko.
-?Emily. Nazywam się Emily. Jeśli jeszcze kiedyś zapomnisz moje imię,
Garrett nie omieszka ci go przypomnieć, wykrzykując je w środku nocy.
Drzwi zamykają się, a ona znika za nimi. Pokazuję jej język, a ona nie
pozostaje mi dłużna.
Co to ja chciałam. Czy mówiłam już, że nie chcę słyszeć, jak ten facet
dochodzi? Kiedy go zobaczę, zachowam się tak, jakbym go w ogóle nie
znała.
Na przykład teraz. Noż kurwa.
-?Jennie?
Napotykam wzrok Garretta, więc zmuszam ciało, by poruszało się jak
najszybciej i próbuję ukryć się za rogiem. Nie tylko nie chciałam
widzieć, jak wychodzi z mieszkania mojej nowej sąsiadki, ale przede
wszystkim nie chcę, żeby on mnie oglądał w takim stanie. Tego ranka
już raz rozmawiałam przez telefon z Carterem, wciskając mu kit o tym,
jak to się świetnie mam. Nie kupił tego i niechętnie zgodził się
zabrać mnie na kolację dopiero późnym wieczorem, zamiast od razu
przyjechać. Nie życzę sobie, żeby mój opiekun poleciał teraz z jęzorem i doniósł starszemu bratu, że jego młodsza siostra jest w totalnej
rozsypce.
-?Jennie? -?Garrett woła ponownie, gdzieś bliżej. -?Ukrywasz się? Wiesz,
że już cię widziałem, prawda?
Zaciskam oczy, przyklejając się do ściany. Kiedy ktoś chrząka, uchylam
jedną powiekę.
Przede mną stoi blond olbrzym w identycznej bluzie z kapturem, jak mam
na sobie. Włosy niedbale upchnął pod czapką z daszkiem, a w rękach
trzyma gorące napoje z kawiarni, do której właśnie zmierzam. Jego
spojrzenie przeszywa mnie na wskroś i widzę troskę malującą się na jego
twarzy.
-?Cześć, Garrett. Nie zauważyłam cię.
Prostuję się, szarpiąc rąbek bluzy, a jego wzrok pada na moje spodnie od
piżamy. Gestem wskazuję napoje i zmuszam się do radosnego tonu.
-?Przyniosłeś mi coś do picia?
Wpatruje się we mnie uważnie, ściąga brwi, aż się łączą. Wiem, że na
końcu języka ma pytanie: Wszystko w porządku? Waży słowa, pewnie
dlatego, że zwykle go przerażam.
-?Tak, właściwie przyniosłem. -?Jeden napój przytrzymuje pod pachą, a pozostałe dwa wyciąga w moją stronę. -?To dla ciebie.
Spoglądam na kubki, a potem na niego.
-?Co?
-?Dla ciebie.
-?Nie... nie rozumiem.
Garrett ledwo potrafi to z siebie wydusić.
-?Wiem, że właśnie spałaś tu pierwszy raz sama i wiem, że dzisiaj... -
Mruży oczy, a ja przełykam ślinę. -?Wiem, że dziś może ci być ciężko,
więc pomyślałem... że może przyda ci się trochę kofeiny. Ale potem
stwierdziłem, że nie wiem nawet, czy w ogóle lubisz kawę, więc na
wszelki wypadek wziąłem też gorącą czekoladę.
Wręcza mi tackę i przesuwa dłonią po karku.
-?Wziąłem z bitą śmietaną.
-?To...
-?To nic wielkiego. Byłem tam i po prostu pomyślałem... o kawie.
-?Lubię kawę. I gorącą czekoladę też. -?Cholera, ale mam gulę w gardle.
-?Dziękuję, Garrett.
Nagle jego policzki eksplodują uśmiechem, rozświetlając całą twarz. To
tak zaraźliwe, że niemal też się uśmiecham.
-?Fajnie. No, fajnie. -?Macha ręką. -?Dla mnie żaden problem.
Wraca do głównego holu. Nie mam dokąd pójść, więc idę obok niego.
-?Właściwie... dokąd się wybierałaś?
Unoszę nieco napoje.
-?Po kawę.
-?W piżamie?
-?Tak, w piżamie. Masz z tym problem, kolego?
Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami i kiwa na boki głową.
Przed windą waha się.
-?A skoro masz już swoją kawę, to teraz...?
-?Wracam na górę.
-?Och. Ja też.
Zerka to na mnie, to na windę, potem wpatruje się w podłogę, a gdy znów
podnosi wzrok na mnie, ta cisza między nami trwa już odrobinę za długo.
-?Pójdę schodami -?rzucamy jednocześnie, wpadając na siebie, gdy ruszamy
ku klatce schodowej.
-?Zamierzasz wejść na górę aż dwadzieścia jeden pięter?
Opieram pięść na biodrze.
-?Nazywam to ćwiczeniami. Ty masz dwadzieścia pięć pięter. I co ty na
to, duży chłopczyku?
-?Może boję się windy -?wyznaje i się rumieni.
Unoszę brew.
-?Naprawdę?
-?Tak. Przerażają mnie. -?Przełyka ślinę i wpatruje się uparcie w długi
korytarz wiodący ku schodom, a potem robi coś naprawdę dziwnego. -?Och,
właściwie... Ajjjć.
Łapie się za kolano i jęczy.
-?Zraniłem się w kolano. Uderzyłem się, gdy robiłem kawę.
-?To może lepiej, jeśli pojedziesz windą?
-?Tak, tak będzie najlepiej. -?Pociera kolano i syczy od udawanego bólu.
-?Myślę, że nic się nie stanie, jeśli na jeden dzień zapomnę o strachu.
Czy to się dzieje naprawdę? Czy on nie wie, jaki z niego gówniany
aktor?
Gdy naciskam przycisk, winda otwiera się i wpycham go do środka.
-?Dzięki za kawę. I wiesz co, Garrett?
-?Co?
-?Tak trzymaj, duży chłopczyku.
Paczuszka, którą przyniosłam, niknie przy ekstrawaganckim bukiecie i obfitym śniadaniu stojącym na małym stoliku -?oznakach, że Carter już tu
był. Ale wiem, że Hank i tak doceni mój gest.
-?Czy to moja ulubiona dziewczyna?
Podążam za jego zmęczonym głosem i znajduję go w bujanym fotelu przy
oknie.
-?To tylko ja. -?Całuję go w uśmiechnięty policzek i siadam obok. Ma
wspaniały widok na wysokie drzewa i zieloną przestrzeń oraz pobliskie
szczyty gór, zdobiące panoramę Północnego Vancouver nawet w środku tej
ponurej jesieni.
-?Czyli moja ulubiona. Jak i twoja mama. I Olivia. No i odrobinkę kocham
też Carę.
-?Przykro mi to mówić, Hank, ale słowo ulubiona wymaga, abyś którejś z nas przyznał pierwsze miejsce.
Marszczy brwi.
-?Przecież wiesz, że nie potrafię. Kocham was wszystkie.
-?My wszystkie też cię kochamy. -?Kładę na stole małe pudełko, unoszę
wieczko i słodycz cynamonowego cukru przenika powietrze. -?Przyniosłam
ci bułeczkę cynamonową.
Jego oczy błyszczą, gdy tnę na kawałki lepkiego ślimaka, a potem
prowadzę jego jedną rękę do talerza, a drugą do widelca.
-?Jednak to ty jesteś moją najulubieńszą. -?Wskazuje gdzieś za siebie.
-?Carter zrobił ci cappuccino, zanim wyszedł.
Znajduję jeszcze ciepły kubek, zaplatam na nim dłonie, niecierpliwie
zaciągam się aromatem. Uśmiecham się na widok cynamonowego serduszka,
usypanego na piance. Carter uwielbia wielkie, głośne przedstawienia, ale
czasami to te małe, ciche gesty rozgrzewają mnie najbardziej.
Przez kilka następnych minut rozmawiamy sobie o tym i o owym, a kiedy
wreszcie pozwalamy sobie na chwilę milczenia, Hank szepcze:
-?Dzisiaj mija osiem lat.
Sączę cappuccino, aby pozbyć się ucisku w gardle.
-?Dla ciebie to piętnaście.
Obraca coś w palcach, a gdy dostrzegam delikatną złotą obrączkę z osadzonym pośrodku brylantem, moje serce przyspiesza rytm.
-?Każdego cholernego dnia tęsknię za moją słodką Ireland.
Hank pojawił się w naszym życiu w najgorszym dla nas dniu, w rocznicę
jego najgorszego dnia. Jego żona Ireland zmarła równo siedem lat przed
moim tatą, a my jesteśmy wdzięczni Hankowi i Ireland za uratowanie życia
Carterowi.
Tego dnia mój brat musiał opiekować się mną i mamą. Choć wydawało się to
niewykonalne, radził sobie z łatwością. Pamiętam tylko, jak ciągle
wmuszał w nas jedzenie, godzinami podtrzymywał nas przy życiu, gdy
myślałyśmy, że świat się skończył, jak zaniósł mamę do łóżka, gdy
wreszcie dopadło ją wyczerpanie, i leżał przy mnie, dopóki nie zamknęły
mi się oczy.
Następnego ranka znalazłam go nieprzytomnego na kanapie w salonie, a Hanka i Dublina -?których wtedy jeszcze nie znaliśmy -?siedzących w rogu
pokoju. Hank opowiedział nam, jak przyśniła mu się zmarła żona. Kazała
mu wyjść z domu i kilka godzin później natknął się w barze na pijanego,
bełkoczącego coś Cartera. Nie pozwolił mu jechać do domu w takim stanie,
w końcu podobna sytuacja pozbawiła nas ojca.
Zapobiegając kolejnym stratom w tej rodzinie, Hank stał się jej częścią.
W końcu szepczę do Hanka:
-?To za długo.
-?Każdy dzień bez nich jest za długi, prawda?
Czuję ucisk w klatce piersiowej, bo wyobrażam sobie w tej chwili mamę.
Wiem, co robi: to samo, co każdego roku w tym dniu. Nosi ulubiony sweter
taty, ponieważ wciąż w nim czuje zapach jego wody kolońskiej, i tuli
pluszowego misia, którego wygrał dla niej na jarmarku podczas ich
pierwszej randki. Płacze i czuje się samotna, bo w jej sercu nie ma
jeszcze dość przestrzeni, by wpuścić nas z powrotem. Potem będzie się
śmiać i uśmiechać, obejrzymy razem stare rodzinne filmy i będziemy
wspominać różne historie, ale teraz potrzebuje przestrzeni, by się
posmucić.
-?Życie bez bratniej duszy to coś, czego nikt nie powinien doświadczać -
szepcze Hank i klepie mnie po dłoni. -?Wiem, Jennie, że na ciebie czeka
coś wyjątkowego. Miłość ponad wszystko. Tym właśnie jest bratnia dusza.
To ktoś o gładkich krawędziach, dzięki którym nasze przestają być takie
ostre. Ktoś, kto idealnie do nas pasuje, nadaje na tej samej
częstotliwości, przy nim błyszczy wszystko, co w nas najlepsze. A razem?
Gdy jesteście razem, wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być.
Trochę na siłę przewracam oczami, śmiejąc się z jego proroctw.
-?Nigdzie mi się nie spieszy. Lubię swoją niezależność.
-?Można pozostać niezależnym, a jednak dzielić z kimś życie. Twój brat
nie sądził, że zechce współdzielić codzienność, a teraz... tylko spójrz na
niego. Ma żonę o pięknej duszy, dziecko w drodze i nie mógłby być
szczęśliwszy.
-?Wiem, dokąd zmierzasz, staruszku, ale nie potrzebuję chłopaka, aby być
szczęśliwą.
-?Ja też sądzę, że nie potrzebujesz. Sama się uszczęśliwiasz. Ale może
warto znaleźć osobę, która sprawi, że wszystkie ciemne miejsca staną się
nieco jaśniejsze, która pomoże ci nad nimi zapanować, pomoże ci otworzyć
się na tę część świata, której nie dostrzegasz?
Wzrusza ramionami i dodaje:
-?Kto wie. -?Uśmiecha się szeroko. -?I czy sądzę, że jesteś znacznie
bardziej podobna do brata, niż pozwalasz sobie przyznać, więc boisz się
kogoś do siebie dopuścić, ponieważ miłość może zranić? Oczywiście.
-?Przestań, ale już. Wcale się nie boję.
Tylko jestem przerażona.
Nie chodzi o to, że nie pragnę intymności; osoby, która zawsze jest po
twojej stronie, przy której nie musisz trzymać wysoko gardy i nawet
wtedy cię lubi. Boże, jak chciałabym znaleźć kogoś, kto widziałby
wszystko i akceptował wszystko. Kogoś, z kim mogłabym dzielić wszystkie
trudne sprawy. Może wtedy łatwiej byłoby je znieść.
Rzecz w tym, że kiedy twój starszy brat jest kapitanem drużyny NHL,
kiedy każdy chce go mieć choć na trochę dla siebie, przestajesz
odróżniać, co jest prawdziwe, a co fałszywe. Niepewność staje się coraz
głębsza, gdy kolejne osoby pozostawiają cię samej sobie, bo okazuje się,
że byłaś tylko drogą do celu, jakim był on, że w waszych relacjach nic
nigdy nie było prawdziwe. A ci, o których sądziłaś, że im na tobie
zależy? Kiedy już wysadzą twój świat w powietrze, nawet nie spojrzą na
gruzy i chaos, który pozostaje po eksplozji.
Zwarty krąg przyjaciół, tych kilka osób, którym możesz zaufać z całego
serca, daje więcej bezpieczeństwa. Lepiej nie wpuszczać pochopnie
każdego, kto o to poprosi, nawet jeśli czasami wiąże się to z pewną dozą
samotności.
Poza tym, kto potrzebuje chłopaka, gdy ma szufladę pełną partnerów na
baterie? W dodatku mężczyźni nie wibrują tak jak dildo.
Kiedy po lunchu wracam do mieszkania, jestem wyczerpana. Przez cały
ranek otrzymywałam wiadomości od Cartera, Olivii, Cary i Simona,
nieustannie sprawdzali, co u mnie. To miłe, ale zbyt intensywne.
Zamykam drzwi. Dźwięk zasuwki odbija się echem w mieszkaniu, po czym
wypełnia je cisza.
Ta cisza przyprawia mnie o dreszcze. Pozostawia zbyt wiele miejsca na
pytania, błądzenie myślami, nadmierne kombinowanie i domysły.
Mój wzrok przykuwa album ze zdjęciami. Pozwalam mu się skusić i znów
widzę tylko jego uśmiechniętą twarz. Desperacko pragnę poczuć ciepło
jego miłości zamiast tego nagłego, przytłaczającego braku siły i kontroli.
Zakrywam zdjęcie i zamykam oczy, oddycham głęboko, a wtedy z jakiegoś
powodu w mojej głowie pojawia się twarz Garretta. Widzę go, jak stoi z kawą i gorącą czekoladą, z uśmiechem, którym raczy tylko mnie, tym
prawdziwym uśmiechem, który sprawił, że poczułam ciepło. Ale teraz znów
jestem sama, jest mi zimno i tak cholernie męczy mnie samotność w tych
najtrudniejszych chwilach.
Powoli rozkładam palce, po trochu odsłaniając zdjęcie. Wtulony w moją
pierś różowy króliczek wpatruje się we mnie, a ja uświadamiam sobie,
czego potrzebuję. Wiem, jak znaleźć trochę ciepła, jak przenieść tu
kawałek domu.
Tnę nożyczkami niekończące się taśmy, pudełko po pudełku, odrywam
skrzydła kartonów i rozsypuję ich zawartość na podłodze, szukając
księżniczki Bubblegum, tego kawałka mojego taty, którego mogę się
trzymać. Im dłużej szukam, tym bardziej trzęsą mi się ręce. Nożyczki się
łamią, a podbródek drży. Pudełko po pudełku i nic, serce mi krwawi:
króliczka nigdzie nie ma.
Mocno zaciskam powieki i kręcę głową, próbując zapanować nad słabością,
która właśnie dopadła mnie w takiej formie, jakiej najbardziej
nienawidzę.
Rzadko tracę kontrolę. Nad swoim ciałem, emocjami. Unikam sytuacji,
które wiążą się z bólem lub niepewnością. Trzeba mi było zostać w domu;
w domu, gdzie otulają mnie wspomnienia, w domu z mamą. Ale jestem tutaj,
sama.
Wysypuję przed sobą zawartość pudełka z napisem sypialnia, a kiedy i z niego nie wypada nic różowego, kolana uginają się pode mną i pozwalam
łzom płynąć.
4. Deszcz wibratorów
4
Deszcz wibratorów
Garrett
-?Nieeeeuuuu.
-?Niiiiiieeeu!
-?Niiieeeu!
-?O, ja pierdolę. -?Masywne ciało Adama wpada na mnie i pcha mnie na
Cartera. Blokuje nas między sobą a barierkami. -?Możecie się, kurwa,
zamknąć? Dość tych efektów dźwiękowych. Nie jesteście pieprzonymi
samochodami wyścigowymi.
Wsuwam rękawicę pod pachę i zwijam butelkę z wodą Adama, leżącą na
siatce bramki. Gdy tryskam nią sobie do ust, woda zalewa mi szyję i spływa pod ochraniacz.
-?Zwyczajnie jesteś zazdrosny, bo nie potrafisz jeździć tak szybko jak
my.
Adam podnosi kratę i kradnie mi z powrotem swoją wodę.
-?Kiedy mam na sobie dwadzieścia kilogramów sprzętu bramkarskiego? Nie,
nie potrafię i bardzo wątpię, by którykolwiek z was potrafił.
Carter wypina pierś.
-?Ja bym potrafił.
Adam prycha:
-?Jasne, stary. Cokolwiek.
-?Co? No mówię ci, że potrafiłbym. Dawaj, zapnij mnie i się pościgamy.
Rechoczę.
-?Zapnij mnie. Podobno Ollie tak mówi do ciebie.
-?Baaam. -?Emmett ze śmiechem zbija ze mną piątkę, rękawica w rękawicę.
-?Tylko nie zdradź jej, że się z tego śmiałem. W ciąży jest tysiąc razy
straszniejsza.
Carter nie wydaje się rozbawiony. Z okrzykiem bojowym, który odbija się
echem po całym lodowisku, rzuca mnie na lód i dusi mnie rękawicą.
-?Odwal się! -?Drę się, próbując wyzwolić się z jego uścisku. -?Adam!
Pomocy!
-?Jezu Chryste -?irytuje się trener, zatrzymując się obok nas,
wzniecając fontannę lodu. -?Czasami mam wrażenie, że trenuję dzieciaki,
a nie profesjonalny hokej mężczyzn. Moja córka jest bardziej dojrzała
niż wy dwaj, a jest niemowlęciem. -?Pstryka palcami i wskazuje gdzieś za
siebie. -?Beckett, Andersen, ruszcie tyłki, lecicie po pięć okrążeń, ale
już.
Carter wstaje i mnie też podnosi.
-?Dawaj, ścigamy się.
Strzepuję z koszulki drobinki lodu.
-?Rywalizujesz całkiem bez potrzeby.
-?No pewnie, a do tego...
-?Drugi stawia lunch!
Mroźne powietrze szczypie mnie w policzki, gdy tnę lód, a Carter depcze
mi po piętach, drąc się jak opętany. I właśnie dzięki temu dwie godziny
później siedzę nad stosem skrzydełek z kurczaka i pizzą, za które nie
muszę płacić, a Carter wciąż rzuca mi wrogie spojrzenia i gdera, że
oszukiwałem.
-?Nie umiesz przegrywać -?przycina mu Emmett, wkładając do ust cały
kawałek pizzy na raz. -?To nie jest dobra cecha.
-?Nie przegrałem! On oszukiwał! -?Carter wyjmuje mi z dłoni kawałek
pizzy. -?Oddawaj to.
Adam dokłada mi na talerz kolejny kawałek.
-?A Jennie już się wprowadziła do nowego mieszkania?
Carter przytakuje.
-?Wczoraj. -?Szuka mojego wzroku. -?Widziałeś ją dziś rano?
Niezbyt często kłamię -?może z wyjątkiem tego poranka, kiedy być może
powiedziałem, że boję się wind i że boli mnie kolano -?więc jestem w kłamaniu cienki jak dupa węża. Ale dziś w oczach Jennie było coś
bezbronnego, jakiś smutek i niepewność, zwykle ukryte za jej śmiałością.
Coś, co mówiło, że nie chce, by ktokolwiek postrzegał ją inaczej niż
jako osobę pewną siebie, by wiedzieli, jak drżał jej podbródek i jak
przełknęła ślinę w tym dniu, czy też mieli świadomość, że nawet nie
zadała sobie trudu, aby sensownie się ubrać.
Więc kłamię. Ponownie.
-?Nie widziałem jej.
-?Pomyślałem, że mogłeś na nią trafić, jeśli znów grasowałeś u przyjaciółki.
Fala ciepła pełznie w górę mojej szyi.
-?Nie grasowałem. I nie byłem dziś u niej.
-?W końcu zaliczyłeś bazę, co? -?Emmett stuka szklanką o moją szklankę.
-?Czy sypianie z kimś, kto mieszka w tym samym budynku, to dobry pomysł?
-?W pytaniu Adama troska miesza się z rozbawieniem. -?A może to na
poważnie?
-?Nie, nie na poważnie. I tak naprawdę nie spaliśmy ze sobą. -?Patrzą na
mnie tak, że kapituluję. -?No dobra, ale tylko parę razy. Trudno mi
kogoś poznać. A wy chcecie tylko oglądać zdjęcia swoich żon i gadać o tym, że ich włosy pachną chlebem bananowym albo innym gównem. Wszyscy
jesteście pod pantoflem tych cipek.
-?Adam nie jest pod pantoflem żadnej cipki -?protestuje Carter. -?Jest
wolnym człowiekiem i pierdolone dzięki mu za to.
Adam chichocze, ale jego policzki pąsowieją.
-?Chciałbym być dla ciebie lepszym skrzydłowym. Ale nie jestem jeszcze
gotów na nowe przygody.
Carter wsuwa do ust smażonego ogórka.
-?Mógłbyś się po prostu pieprzyć, jak Garrett.
-?Ja nie... -?Chowam twarz w dłoniach. -?A zresztą.
Wskazuje mnie tym swoim na wpół zjedzonym ogórkiem.
-?A tak przy okazji, Jennie nie była tobą zachwycona.
-?Co? Dlaczego? -?Głupie pytanie. Pomiędzy weselem a wpadką w mieszkaniu, nie wypadałem kosmicznie. Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień
to naprawi, choć pierwotnie zamierzałem tylko podrzucić jej napoje pod
drzwi i w życiu się nie przyznać, że są ode mnie.
-?Wspominała coś, że nie zamierza ci się podporządkowywać, gdy pieprzysz
się z jej sąsiadką.
To wina Cartera, jak prawie zawsze. Gdyby ostrzegł mnie, że tam będą,
mnie na pewno nie byłoby wtedy u Emily. Kurwa, nawet mi nie powiedział,
że jego siostra się wprowadza. Ta kobieta jednocześnie mnie podnieca i śmiertelnie przeraża samym spojrzeniem, zawsze tak kurewsko butnym, a teraz jeszcze muszę kłamać, że wcale się na siebie nie nakręcaliśmy przy
windzie.
Carter wyławia z kieszeni dzwoniący telefon.
-?O wilku mowa. Hej, Jennie. Właśnie rozmawialiśmy... -?Uśmiech niknie
mu na twarzy. -?Moment. Dlaczego płaczesz? Oddychaj głęboko.
Nerwowo przeczesuje dłonią włosy, szarpie je.
-?Nie wiem, jak... Nie wiem... jak mógłbym... Nie wiem, jak mógłbym ci stąd
pomóc -?wysławia się wreszcie, prawie krzycząc, a im dłużej słucha
szaleńczej paplaniny Jennie, tym szerzej otwiera oczy.
Moje doświadczenie w radzeniu sobie ze zdenerwowanymi kobietami
ogranicza się do sytuacji z trzema młodszymi siostrami. I choć to też
skomplikowane, nie sądzę, aby mieściły się na tej samej skali, co
Jennie. Mimo to szepczę do Cartera:
-?Przypomnij jej o oddychaniu.
Kiwa głową.
-?Dobrze, Jennie. Weź głęboki oddech. -?I sam bierze głęboki wdech, a potem jeszcze i jeszcze jeden, gestykulując przy tym dłonią, jakby
Jennie go widziała. -?Dobrze. A teraz opowiedz mi to jeszcze raz.
Ściąga brwi zdumiony.
-?Księżniczka Bubblegum? -?upewnia się.
Piwo wpada mi nie w ten otwór, co trzeba, krztuszę się i opluwam sobie
rękę.
-?Nie, nie wiem, gdzie jest księżniczka Bubblegum -?wzdycha Carter. -
Znajdziemy ją, dobrze? Obiecuję. Musi gdzieś być.
Pochłaniam czwarty kawałek pizzy, kiedy Carter odkłada słuchawkę i wyjaśnia, że Jennie zginęło pluszowe zwierzątko, które dostała od taty,
i już w chwili, gdy kieruje na mnie wzrok skrzywdzonego szczeniaka,
wiem, że mam przejebane. I to iście po królewsku.
Kręcę odmownie głową, zanim jeszcze otworzy usta.
-?Proszę -?błaga.
-?Weź, człowieku. -?Pochylam się nad stołem. -?Odpuść mi.
-?Po prostu zajrzyj do niej po drodze, jak będziesz jechał do siebie na
górę. Na chwilkę. Nie chciała przestać płakać.
-?Ona mnie nawet nie lubi! Ona mnie nienawidzi!
-?Ona cię kocha!
-?Nawet nie starasz się, aby zabrzmiało to przekonująco! -?Opadam na
krzesło. -?I tak nie będzie chciała mnie widzieć. Prawdopodobnie rzuci
mi poduszką w głowę albo coś w tym stylu.
-?E tam. -?Carter uśmiecha się. -?Na twoim miejscu uważałbym raczej na
szpilki.
Co ja najlepszego wyprawiam?
Głupie mieszkanie. Głupi Carter.
Nie, nie zrobię tego. Nie. Pójdę. Odmawiam. Carter nie może mnie zmusić.
A Jennie nie dowie się, że próbował, skoro nie pójdę. Przecież nie powie
jej, że wysłał mnie, żebym sprawdził, co u niej.
Postanowione. Nie idę. Naciskam guzik penthouse i opieram się w windzie o ścianę z westchnieniem ulgi.
Patrzę, jak światełko nad drzwiami przeskakuje z piętra na piętro, a gdy
zbliża się do 21, mimowolnie jęczę.
Uderzam przycisk awaryjnego zatrzymania w momencie, gdy mijam piętro
Jennie, a gdy winda gwałtownie hamuje, łapię się poręczy. Ożywa, gdy
znów wciskam przycisk, tym razem 21, tylko raz, dokładnie i mocno, a potem przeciągam dłońmi po twarzy.
Minutę później z przewieszoną przez ramię torbą hokejową i kijami w dłoni przykładam ucho do drzwi Jennie. Cisza, która za nimi panuje,
upewnia mnie, że już wszystko w porządku. Może znalazła tę księżniczkę
Jellybean.
Już odwracam się, żeby odejść, gdy skowyt zza drzwi wmurowuje mnie w podłogę. Urywany szloch, który po nim następuje, targa moje miękkie
serce. Wzdycham, przytrzymuję kije pod pachą i pukam.
-?Wynocha! -?krzyczy Jennie ze środka.
-?Ale... ja... ten... -?słowa mnie zawodzą, więc tylko pukam ponownie, tym
razem ciszej, bo boję się ją bardziej wkurzyć.
-?Powiedziałam, wy... no... -?drzwi otwierają się gwałtownie. Jennie
wpatruje się we mnie z otwartymi ustami. Jasnofioletowo-niebieskie oczy
wydają się bledsze niż zwykle, a obwódka wokół nich ciemna jak północ,
kontrast robi wrażenie. Skóra wokół oczu i nos są zaróżowione, a usta
tak nabrzmiałe, że aż szkoda ich nie całować.
Nie. Nie, kurwa, wcale nie szkoda, Garrett.
-?Em... Cześć. -?Czy ja do niej macham? Kurwa. Na początek zachowuję się
jak dziwak; genialnie.
Walcząc z czkawką, Jennie ociera wierzchem dłoni oczy.
-?Co ty tu robisz?
-?Bo... Carter powiedział...
-?O mój Boże! Brat przysłał cię, żebyś sprawdził, co u mnie? No, nie
wierzę.
Popycha drzwi biodrem i podpiera je otwarte, ale zaplecione na piersiach
dłonie nie wróżą nic dobrego. Ma na sobie legginsy w kolorze moro i pasujący do nich sportowy stanik -?to wyraźny postęp w porównaniu do
zbyt dużej bluzy z kapturem i spodni od piżamy z rana. Przeskakuję
wzrokiem pomiędzy jej dekoltem a umięśnionym brzuchem. Dlaczego nie ma
koszulki? Powinna założyć koszulkę.
-?Powinnaś... koszulkę. Proszę? -?Dlaczego mi się to przytrafia?
Ciemne brwi unoszą się wysoko.
-?Och, chciałbyś, żebym założyła koszulkę? Tak dla twojej przyjemności?
A ja chciałabym, żebyś, kurwa, poszedł do diabła! -?Drze się na mnie,
ale też wciąż płacze, ocierając łzy kapiące po policzkach, więc bardziej
mnie to bawi niż przeraża.
Ale w końcu obrzuca mnie spojrzeniem tak surowym, że uśmiech zamiera mi
na ustach.
-?Racja. Twoje mieszkanie. Łaź bez koszulki. -?Czy ja właśnie mierzę do
niej z palców, udających pistolet? Kurwa, tak, właśnie mierzę do niej z palców. Mocno chwytam kij obiema rękami, aby zapobiec dalszym żenującym
akcjom. -?Carter nie wysłał mnie, żebym sprawdził, co u ciebie -?kłamię.
-?Jedliśmy lunch po treningu i powiedział, że zgubiłaś księżniczkę
Jellybean, a ja pomyślałem...
-?Księżniczkę Jellybean? To księżniczka Bubblegum! Aaaach! -?Wyciąga
ręce w górę w geście rozpaczy i odwraca się.
Ja pierdolę, te legginsy. Ten pieprzony tyłek. Dopiero gdy znika mi
z widoku, uświadamiam sobie, że właśnie zatrzaskuje mi drzwi przed
nosem.
Rzucam się naprzód i blokuję drzwi torbą ze sprzętem hokejowym, po czym
wpadam do środka. Jennie chrząka pytająco, gdyż przypadkiem pchnąłem ją
z rozpędu na ścianę. Obejmuję ją więc ramieniem, przyciągając do siebie,
by nie upadła.
-?Złaź ze mnie -?wzdycha, odpychając mój tors. -?To nie to mieszkanie,
fuckboyu. Twoja hokejowa dziwka mieszka po drugiej stronie.
Twarz mi płonie.
-?Ona nie jest moja... Ja nie jestem...
Jennie prycha, piersi jej falują, gdy patrzy na mnie w górę. Odpycha
mnie raz jeszcze, delikatnie, ale stoję tam, jakbym wrósł w ziemię.
Ciało tancerki, nad którym tak ciężko pracowała, jest wyrzeźbione
perfekcyjnie, lecz przytłacza je blisko sto funtów mojej nieruchomej
masy ciała.
Przesuwam dłoń ku jej nagiej talii, obejmuję ją, by się nie wywróciła,
po czym sam się prostuję.
-?Nie szukam Emily, a ona nie jest moją... -?chrząkam znacząco -
hokejową dziwką.
Jennie strząsa z piersi niewidoczne pyłki. Niezłe cycki. Bez śladu
pyłków.
-?Nie to mi powiedziała. -?Ściera z twarzy resztki łez. -?Co ty tu
właściwie robisz, Andersen?
-?Carter powiedział, że jesteś zdenerwowana z powodu księżniczki Jell...
Bubblegum. Byłem obok i chciałem sprawdzić, czy już wszystko w porządku.
Zerkam na bałagan piętrzący się w salonie, porozrywane pudełka, ich
zawartość porozrzucaną na podłodze.
-?To jak idą poszukiwania?
Jennie bawi się warkoczem, kreśląc palcami stóp po podłodze.
-?Nigdzie nie mogę jej znaleźć. Tu już zostało tylko kilka pudeł, no i parę w gościnnej sypialni.
-?Hmm.
Wciskam palce pod czapkę i drapię się po głowie, udając, że nie
zauważam, jak Jennie śledzi każdy mój ruch. Zawsze byłem nią
zafascynowany. Jest piękna i dobrze o tym wie. Gęste, kasztanowe fale
włosów prawie zawsze plecie z tyłu w warkocz, który wiąże wstążką.
Wydaje się wysoka. Może nawet ze sto siedemdziesiąt trzy, wciąż o wiele
niższa ode mnie. Długie nogi, nie miałbym nic przeciwko, aby owinęła mi
je wokół szyi i oparła o plecy. Wspaniały, szeroki uśmiech z chwytającymi za serce dołeczkami i silna osobowość, tak harda i pewna
siebie.
Ale kiedy nasz wzrok się spotyka, widzę w nich porzuconą nadzieję i to
ona skłania mnie do tych słów:
-?Pomogę ci szukać.
-?Co? -?Marszczy nos, gdy odkładam sprzęt, od którego unosi się zapach
wilgoci i potu. -?Nie musisz tego robić.
-?Jasne, ale nie mam nic przeciwko. -?Mijam ją i wybieram stos pudełek,
zanim zdąży się odezwać. Biorę leżący na wierzchu nóż do steków, obracam
go w palcach i spoglądam na Jennie. Ona też przygląda mi się ostrożnie,
dłonie splotła na brzuchu. -?Biedna księżniczka Bubblegum, kiedy już z nią skończysz, może potrzebować paru szwów, skoro tego używasz do
otwierania pudełek.
Przysięgam, że dostrzegam w kąciku jej ust cień uśmiechu. Lecz nim zdąży
rozkwitnąć, Jennie rozchyla usta i powoli zbliża się do mnie.
-?Połamałam nożyczki, bo za mocno wbijałam je w pudełka. -?Owija warkocz
wokół palca. -?Ale dzięki. Za pomoc, czy cokolwiek to jest.
-?Nie ma za co.
Szybko przecinam taśmę na wszystkich pudełkach, aby móc gdzieś ukryć ten
nóż, a potem w milczeniu sortujemy ich zawartość. W pokoju słychać tylko
cichą muzykę, którą Jennie odtwarza na swoim głośniku.
-?A tak w ogóle, co to za księżniczka Bubblegum? -?pytam, przeglądając
pudełko ramek ze zdjęciami. To już ostatnie pudełko w moim stosie, a z każdym kolejnym atmosfera w pokoju gęstnieje.
Jennie nie odpowiada. Widzę, że wpatruje się w swój karton. Ściska go
tak mocno, aż bieleją jej knykcie. W końcu gestem zachęca mnie, abym
podszedł.
-?Hej. Wszystko w porządku?
-?To różowy króliczek -?wyznaje. -?Tata kupił mi ją na szóste urodziny.
Ma wstążki na uszach i -?wyciąga ręce, składając razem kciuki i palce
wskazujące, jakby unosiła rąbek spódnicy -?różowe tutu!
Ostatnie słowa utykają jej w gardle, ukrywa szloch i twarz w dłoniach, a ja biegnę do niej przez pokój z wyciągniętymi ramionami.
Hamuję jednak przed nią, opierając się chęci dotknięcia jej.
-?Znowu płaczesz.
Głupi jestem. Oczywiście, że płacze. I nie potrzebuje, żebym mówił jej
rzeczy oczywiste.
-?Ja... nie... płaczę... -?krzyczy, dźgając mnie palcem w klatkę piersiową.
-?To ty płaczesz!
Jaaaasne...
-?A... potrzebujesz przytulasa?
Zbliżam się do niej ostrożnie, centymetr po centymetrze, powolnym ruchem
otwierając ramiona. Może na przykład ugryźć. Nie wiem, jak radzić sobie
z takim gównem. Moje siostry są znacznie młodsze od Jennie, a ich
problemy łatwo da się rozwiązać przytulasem.
Ale Jennie nosi nazwisko Beckett. Jeśli jest choć odrobinę podobna do
starszego brata, to istnieje duża szansa, że jej problemy rozwiązuje się
za pomocą oreo i orgazmów. Nie byłem na to gotowy, więc nie mam
ciasteczek, a jaja lepiej niech nadal będą tam, gdzie są: i niech nadal
stanowią część mojego pieprzonego ciała.
-?Co? -?Jej podbródek drży. -?Ja nie... Ja...
Złości się, tupie i wygraża mi rękami, przy czym jej piersi pięknie
falują. Wreszcie rzuca zrezygnowana:
-?Garrett...
-?Daj spokój, Jennie.
Biorę jej dłonie w swoje i delikatnie przyciągam ją do siebie. Nie
opiera się. Wreszcie rusza tyłek, a ja zamykam ją w uścisku swoich
ramion. Pachnie przyjemnie, odurzająco, wanilią, cynamonem i kawą. Kiedy
ostrożnie mnie obejmuje i kładzie policzek na moim sercu, odkrywam, jak
miło jest ją dotykać. Jest ciepła i miękka, co przywołuje w mojej głowie
wspomnienie wyjątkowo mroźnych zimowych poranków na wschodnim wybrzeżu,
gdy mama podgrzewała mi bieliznę w mikrofalówce.
-?Grzeczna dziewczynka -?mruczę, przesuwając dłonią po jej plecach, co
miało ją koić, ale zapomniałem, że ma na sobie tylko sportowy stanik,
więc moje palce tańczą po jej nagiej skórze i oboje sztywniejemy.
Jennie odsuwa się w tym samym momencie, w którym i ja odskakuję do tyłu,
zdejmuję z głowy czapkę i zanurzam dłoń we włosach.
-?Ja... więc... -?Wskazuję kciukiem korytarz. -?Lepiej sprawdzę pudła w sypialni dla gości.
-?No... -?Przytakuje mi. -?Pewnie, spoko. Dobry pomysł. Ty to zrób, a ja... zostanę.
Gdy znikam za rogiem, zamiast iść swobodnie, ruszam biegiem. W sypialni
przyciskam plecy do ściany i oddycham głęboko. Niezła katastrofa. Im
szybciej się stąd wydostanę, tym lepiej.
Są tu tylko cztery pudełka, błyskawicznie przeglądam pierwsze dwa z brzegu. Kiedy docieram do trzeciego, opisanego zabawki, uśmiecham się
triumfalnie, zrywając taśmę.
-?Aha. -?Mam cię; to jest to pudełko. Jeśli dzięki temu nie zapiszę
się pozytywnie u Jennie, to nic mi nie pomoże. -?Nadchodzę, księżniczko
Bubbleg-ach! Ja pierdolę!
Odwracam pudełko do góry dnem i drę się wniebogłosy. Pomocy!
-?Co jest? -?Jennie wślizguje się do sypialni, zdyszana i patrzy na mnie
dzikim wzrokiem. -?Znalazłeś księżniczkę Bubble... Garrett!!!
Zakrywa dłońmi twarz. I wrzeszczy. A ja chyba płaczę.
-?Co ty wyprawiasz?!
-?Szukam księżniczki Bubblegum! -?odkrzykuję.
Pudełko, które tulę do piersi, pełne dild i wibratorów, nagle ożywa,
warczy i się trzęsie.
-?Tam jej nie ma!
-?No, nie mów, Jennie: ja to, kurwa, wiem!
-?To pudełko z moimi prywatnymi rzeczami! -?Jennie szarżuje na mnie i gniecie pudełko między nami. Coś mocno wibruje, próbując się wydostać.
Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. -?Nie powinieneś go ruszać!
-?To po cholerę opisałaś pudełko z zabawkami erotycznymi jako
zabawki?! -?Odwrzaskuję do niej. Bolą mnie plecy, a twarz mnie pali.
Nie podoba mi się to.
-?A co miałam napisać? -?Próbuje mi wyrwać pudełko z rąk, co z jakiegoś
powodu wzbudza we mnie opór. Walczymy, wyrywając je sobie wzajemnie, a ono odbija się między nami w tę i we w tę. -?Oddawaj... mi... to...!
Ciągnę pudełko do siebie.
-?Dlaczego?
I Jennie przewraca się na mnie. Cała nasza trójka -?ja, ona i pudełko -
wpadamy na ścianę. Dyszy ciężko i wzdycha, ale ciągnie. Mocno.
Pudełko rozrywa się wzdłuż krawędzi i przepiękna tęcza wibratorów i dild
frunie w powietrze między nami w -?przysięgam na Boga -?zwolnionym
tempie. Jennie patrzy mi prosto w oczy, a jej źrenice rozszerza
przerażenie, gdy szczególnie mięsisty kutas z przyssawką trafia mnie
prosto w twarz w całej swojej okazałości -?dlaczego, do cholery, jest
tak zajebiście długi? -?poruszając się w górę i w dół, kręcąc się i wijąc, wyginając się na twardym drewnie podłogi, jak kiepski performer
breakdance'a.
Wrzask Jennie mrozi mi krew w żyłach. Obiema rękami wypycha mnie z sypialni wzdłuż ściany na korytarz.
-?Wynocha! -?Drobnymi piąstkami młóci mój tors. -?Wynoś się stąd!
-?Przecież, kurwa, idę! -?Potykam się o swoją torbę i wpadam na
ścianę. Znów podnoszę się na nogi, uchylam drzwi, wyrzucam swoje rzeczy
na korytarz i sam rzucam się za nimi do wyjścia, zanim drzwi trzepną
mnie w tyłek.
-?Ja pierdolę -?klnę pod nosem, odgarniając z czoła wilgotne włosy. Nie
mam pojęcia, gdzie podziała się moja czapka, ale na mur nie wrócę tam,
by ją znaleźć.
Jestem już prawie przy windzie, kiedy słyszę skrzypnięcie drzwi.
Nieśmiały szept Jennie sprawia, że serce mi mało nie wyskoczy.
-?Garrett?
Oglądam się przez ramię i przez szparę w drzwiach dostrzegam znany mi
delikatny błysk fioletowo-niebieskiej barwy.
-?No co tam...?
Oblizuje wargi, spuszcza wzrok, ledwo słyszę jej ciche słowa, zanim
zatrzaśnie drzwi.
-?Dzięki za przytulasa.
Przesuwam dłońmi po twarzy.
-?No to już, kurwa, po mnie.
5. Czyste złoto
5
Czyste złoto
Jennie
Tracę rachubę, ile dni z rzędu spędziłam ostatnio, siedząc bezczynnie i zastanawiając się, co robię ze swoim życiem.
Oto tu jestem, na ostatnich dzisiejszych zajęciach, jest czwartkowe
popołudnie, a ja jestem gotowa na weekend. Na ostatnim roku studiów na
SFU, które ukończę z tytułem licencjata sztuk pięknych, specjalizacją
taneczną i kwalifikacjami do nauczania tańca. Mam dwadzieścia cztery
lata i marzenie, na które pracowałam całe życie, w które włożyłam
wszystko, teraz jest wreszcie na wyciągnięcie ręki.
A jednak nie jestem pewna, czy to moje życie. Ta przyszłość na scenie?
Nie jestem pewna, czy w ogóle jej pragnę.
Jedyną rzeczą, której pragnę na pewno, jest pizza. I może taki słodki
corgi, jaki skacze po trawie w filmiku na moim laptopie. Gdybym tylko
znalazła księżniczkę Bubblegum, na pewno wiele problemów rozwiązałoby
się samych.
-?To wszystko na dziś, moi drodzy. Miłego weekendu.
Na ten sygnał od nauczycielki kompilacja najzabawniejszych psów na
YouTube znika, a ja zamykam laptopa i chowam go do torby
-?Panno Beckett. -?Leah, moja nauczycielka, uśmiecha się i wskazuje
drzwi. -?Czy możemy się razem przejść?
-?Oczywiście. O co chodzi?
-?W zeszły weekend odwiedził mnie przyjaciel z Toronto.
Puszczam do niej oczko.
-?I zaszaleliście?
Leah przewraca oczami. Jest tylko o cztery lata starsza ode mnie i kiedyś widziałam ją w barze po jednym z meczów hokejowych brata.
Nawalona, ściskała się z obrońcą. Zamarła, gdy nasz wzrok się przeciął,
a jej twarz pokrył rumieniec. Najwyraźniej Nieźle ci idzie, dajesz,
dajesz! nie było tym, co chciała ode mnie usłyszeć. Choć wciąż mam
nadzieję, że może jednak. Mimo wszystko widok, jak twoja nauczycielka
leci na twarz, próbując zleźć z masywnego hokeisty, jest cholernie
zabawny. Kiedy w poniedziałek pojawiła się w klasie, wciąż nosiła
okulary przeciwsłoneczne, a gdy otworzyłam usta, by powiedzieć coś
zupełnie nie na miejscu, uderzyła dłonią.
Więc to moja ulubiona nauczycielka, każdy by ją polubił.
-?No dobra. Trochę puściły mi hamulce. -?Pochyla się ku mnie, kładąc
palec na ustach. -?Powiem ci tylko jedno: tym razem to rozgrywający.
-?Pokazałaś mu, jaka jesteś elastyczna?
-?To szalenie niestosowne, panno Beckett. -?Napomina mnie, gdy sięgam do
drzwi studia tanecznego, ale w jej szeroko otwartych oczach widzę
rozbawienie. Wyciąga w przód ręce, rozkładając je na przynajmniej
trzydzieści centymetrów. Wypycha wnętrze policzka i rzuca:
-?Kurwa, wielki był.
Wydaję cichy, triumfalny okrzyk. Leah i ja chwytamy się w objęcia i podskakujemy. Para profesorów zwalnia, rzucając w naszą stronę
zaciekawione spojrzenia, więc Leah natychmiast mnie puszcza, odchrząkuje
i wchodzimy do studia.
W środku jest cicho, tak jak lubię, tylko w moich piersiach coś łomocze
rozbawione.
Zsuwam buty i sweter, opadam na ławkę.
-?O czym chciałaś ze mną porozmawiać, profesorko Niegrzeczna?
-?Monica była u nas w zeszłym tygodniu.
-?Monica? Monica z Baletu Narodowego w Toronto? Monica? Ta Monica?
-?Ta Monica. Szuka jeszcze jednego nauczyciela na swój wydział.
-?No, nieźle. -?Pierwsze trzy lata tego pięcioletniego programu
spędziłam właśnie na kampusie w Toronto, podążając za nauczycielami,
jakbym żyła w wyśnionej krainie, oszołomiona i zakochana w każdej
chwili. Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale tak działa program: trzy
lata tam i dwa tutaj. Poza tym tu miałam rodzinę. Tu mam rodzinę.
Kochałam Toronto, ale nienawidziłam bólu w klatce piersiowej, który mi
tam towarzyszył. -?Simon będzie zachwycony.
-?Pewnie byłby, ale to nie jego rekomendowałam.
Zatrzymuję się. Leah patrzy na mnie podekscytowana.
-?Nie zrobiłaś tego.
-?Zrobiłam.
-?Naprawdę? Mnie? -?Zrywam się na równe nogi, rozsypując zawartość
torby. -?Ale dlaczego?
-?Jak to dlaczego? Jesteś najpiękniejszą tancerką, jaką widziałam od
lat, Jennie.
Leniwym gestem wskazuję swoją twarz.
-?Ach, te dołeczki i czarujący uśmiech Beckettów. Nie można się nam
oprzeć.
Leah parska i poklepuje mnie po ramieniu.
-?Wiesz, co mam na myśli. Tańczysz lekko, jakbyś się właśnie do tego
urodziła. Jesteś również pracowita, zdeterminowana, miła i zawsze
chętnie pomagasz innym w nauce. Byłabyś niesamowitą nauczycielką,
Jennie. No i mogłabyś się tam rozwijać do woli jako profesjonalna
tancerka.
Ja profesjonalną tancerką? W Toronto? Serce bije mi mocno z podekscytowania i dumy, że o mnie pomyślała, ale jednocześnie strach
skręca mi żołądek.
-?No, nie wiem... -?Odwracam się i zgarniam rzeczy z podłogi, upychając
je w torbie.
-?Jennie. -?Leah wyrywa mi torbę z rąk, domagając się uwagi. -?Jakie
znowu "nie wiem"?
Wzdycham i mierzymy się wzrokiem. Po raz pierwszy w życiu powiem komuś
prawdę.
-?Nie jestem pewna, czy chcę tego. Mam tu rodzinę.
-?Członkowie rodziny czasami mieszkają daleko od siebie. Twojego brata
nie ma w kraju przez połowę roku. Nie będą mieli ci za złe, jeśli
przyjmiesz propozycję.
Pewnie nawet chcieliby, żebym podążała za marzeniami. Ale nie jestem
pewna, czy moje marzenia obejmują wyprowadzkę z dala od jedynych ludzi,
których byłam pewna przez całe życie, jedynych, którym ufam, gdy mówią,
że kochają mnie taką, jaka jestem. To Vancouver jest częścią mnie, tym
niesamowitym miejscem, które ukształtowało moje życie. Choćbym nie wiem
jak bardzo kochała Toronto, nie jestem pewna, czy tam przynależę.
-?Naprawdę bardzo doceniam, że o mnie pomyślałaś, Leah -?odpowiadam
ostrożnie. -?Do kiedy muszę podjąć decyzję?
-?Musiałabyś przyjechać do nich na wiosnę, aby spotkać się z wykładowcami. Potrzebują twojej decyzji do końca semestru. Na semestr
letni chcą już tam kogoś mieć, Jennie. Zaczęłabyś zaraz po studiach.
-?Więc mam trochę czasu na zastanowienie?
-?Pewnie. -?Przechyla głowę i uśmiecha się zaintrygowana. -?Ty naprawdę
masz wątpliwości?
-?Może to tylko zwykły niepokój. Przez wszystko, wiesz? Kończę szkołę,
dorastam, przeprowadziłam się... To jak całkiem nowe życie.
-?Czasami nowe otwarcie jest właśnie tym, czego potrzebujemy. -?Leah
delikatnie ściska mi ramię. -?Obiecaj, że poważnie się zastanowisz.
Obiecuję, że to zrobię, ale nie chcę, aby mój umysł utknął teraz w tych
rozmyślaniach, to nie jest dla niego bezpieczne miejsce; łatwo się
zgubić. Więc kiedy Leah zostawia mnie w studiu, zakładam słuchawki i włączam muzykę na tyle głośno, aby zagłuszyć szum myśli o niepewnej
przyszłości.
Kiedy tańczę i nikt nie patrzy, daje mi to pewną wolność. Gdy rytm
niesie mnie przez studio, a ciało porusza się bez wysiłku w zgodzie z muzyką, znikają wszelkie troski związane z wyborami, na które nie jestem
jeszcze gotowa. Gdy zamykam oczy, ogromny ciężar spada mi z ramion, a rytm gna mnie do przodu, lecz pozwala mi gonić za wolnością we własnym
tempie.
Wielkie dłonie obejmują mnie w talii, aż braknie mi tchu w płucach.
Serce uspokaja się w piersi, gdy okazuje się, że to oczy Simona wpatrują
się w moje. Delikatnie zsuwa mi słuchawki.
-?Wyluzuj -?szepcze. -?To tylko ja.
-?Myślałam, że już wszyscy sobie poszli. -?Wyplątuję się z jego uścisku.
-?Proszę, przestrzeń dla ciebie.
On jednak przyciąga mnie jeszcze mocniej, przywiera torsem do moich
pleców.
-?Zatańcz ze mną -?prosi.
Zanim zdążę odmówić, nastawia moją ulubioną piosenkę.
-?C'mon, Jennie. Oddaj mi się jeszcze raz przed weekendem.
-?Grasz nie fair, wybierając tę piosenkę -?wzdycham, lecz jego ręce już
prowadzą moje biodra, ciała poruszają się do rytmu, a łagodny głos
Jamesa Arthura przenika powietrze. Śpiewa o tym, jak szybko on i jego
kochanka zakochują się w sobie.
-?Nie umiem grać z tobą fair.
Przekłada mi warkocz przez ramię, palce muskają moją skórę, aż dostaję
gęsiej skórki.
Może i jestem odporna na jego wdzięki, ale atrakcyjności mu nie odmówię
-?mimo epickiego debilizmu, jakim emanuje niczym napalony nastolatek,
który myśli, że oblanie się wodą kolońską jest równoznaczne z wzięciem
prysznica. Simon jest wysoki i szczupły, życie w tańcu, intensywne
treningi, dyscyplina żywieniowa i nieodpuszczanie ich sobie nigdy
wyrzeźbiły jego ciało nienagannie. Dłuższe, jasnobrązowe włosy zwisają w nieładzie, niebieskie oczy zawsze uśmiechają się chłopięco i psotnie, co
sprawia, że zastanawiasz się, co też on knuje.
Gdybyśmy nie partnerowali sobie przez ostatnie cztery lata w tańcu i byłabym emocjonalnie dostępna, kto wie, może podjęłabym horrendalnie
epicką decyzję i wpuściłabym go w swoje majtki. Czasem byłam tak
napalona, że nawet to rozważałam.
Potem wybiłam sobie głupoty z głowy, napakowałam w Lovehoney do koszyka
nowych, ekscytujących zabawek i przypomniałam sobie, że sama potrafię
wypieprzyć się lepiej niż zrobi to jakikolwiek facet.
I uwierz mi, naprawdę potrafię.
-?Zastanawiałem się nad walentynkowym show -?mówi nagle Simon.
-?Jakie walentynki, stary? Jest listopad.
Czuję na szyi, jak chichocze.
-?Myślę, że ta piosenka powinna być w sam raz.
-?Nienawidzisz jej.
-?Nieprawda. Lubię ją, bo ty ją lubisz.
Wyślizguję się z jego objęć, wędruję palcami w dół, po jego ramieniu, aż
do miejsca, w którym mnie przytrzymuje. Czuję, jak mnie obserwuje, gdy
się obracam, a potem zdecydowanie przyciąga mnie z powrotem. Z łatwością
unosi mnie nad głową, płynnie jak zawsze. Ma parkiecie tanecznym Simon i ja jesteśmy jednością.
Krok po kroku przemierzam salę, Simon zgrywa ruchy ze mną, a ja cicho
nucę z Jamesem Arthurem. Uwielbiam obraz, jaki maluje ta piosenka:
nieujarzmionej miłości, która sprawia, że w ich świecie grawitacja
przestaje istnieć, że zakochują się szybko i mocno. O tym też mówi jej
tytuł: Falling Like The Stars. A jednak, mimo siły miłości, choć nie
potrafią się jej oprzeć ani jej spowolnić, są bezpieczni.
Wiem, że taka miłość istnieje; widziałam ją na własne oczy.
Po prostu nie jestem pewna, czy każdemu jest dana.
Simon przyciąga mnie do siebie, muska ustami muszlę mojego ucha, i szepcze słowa piosenki, które wydają się zbyt intymne, więc sprawiają,
że czuję niepokój, choć sama nie wiem dlaczego.
Następnie obraca mnie i mocno chwyta moje biodra, zmuszając, bym dała
krok w tył. Krew dudni mi w uszach, gdy widzę, jak pożądliwie patrzy, a kiedy potykam się o własne nogi, przyciska mnie do zimnej ściany.
-?Simon, co ty wyprawiasz?
Kładzie mi dłoń na policzku i przysuwa blisko twarz.
-?A na co to wygląda?
-?To nie jest dobry pomysł -?próbuję być delikatna; opieram dłonie na
jego torsie, aby go powstrzymać. -?Pora się pożegnać.
-?Za dużo myślisz, Jennie. W tym twój problem. Może tym razem pozwól
sobie czuć.
Tyle że ja właśnie czuję, że to nie jest to, o co mi chodzi. Więc gdy
jego usta schodzą w dół i muskają moje, gwałtownie unoszę kolano,
wbijając mu je w jaja.
Ups.
Simon drze się, chwytając się za krocze.
-?Odjebało ci, Jennie?
-?Powiedziałam: nie -?cedzę, odpychając go.
Jedną ręką wciąż przytrzymuje mnie w talii, więc lecę razem z nim,
potykając się o jego nogi. Gdy czuję w kostce ostre ukłucie, łapię się
za nią, krzyczę i wyrzucam z siebie rekordową ilość bluzgów.
-?I po chuj mi to było? -?Simon leży na plecach, wciąż trzyma się za
klejnoty. Kołysze się jak żółw, który nie potrafi wstać. -?Myślałem, że
to nasza chwila!
-?I nadal myślałeś tak po tym, jak powiedziałam, że to nie jest dobry
pomysł? Że powinniśmy się pożegnać? -?Zrywam się na równe nogi, chwytam
swoje rzeczy i czuję, jak furia rozgrzewa mnie do czerwoności. -?Nie
wszystkie chcą się z tobą pieprzyć, Simon! Jesteśmy przyjaciółmi. I nigdy nie będziemy więcej niż przyjaciółmi. Uświadom to sobie albo z nami koniec.
Kostka ugina się pod ciężarem, którego nagle nie chce dźwigać. Gdy
przemierzam studio, przeszywający ból wyzwala łzy wściekłości. Słyszę
tylko, jak wali wściekły drzwiami, a dźwięk odbija się echem w pustym
korytarzu.
Jeśli ten dupek rozjebał mi kostkę, będę krzyczeć.
-?O matko... Pierdolę to... Kurwa! -?Walę drzwiami samochodu, po czym
przez uchyloną szybę uśmiecham się do kierowcy Ubera. -?Dziękuję bardzo,
Matthew. Miłej nocy.
Uśmiecha się skrajnie niepewnie, w szeroko rozwartych oczach widać
przerażenie.
-?Dobranoc pani.
Zamykam powieki i zaciągam się haustem powietrza. Odwracam się ku
maleńkiej rezydencji. Właściwie nie jest taka mała, skoro mieści siedem
kominków. Kto potrzebuje aż tylu kominków, spytacie? Najwyraźniej mój
kurewsko efekciarski brat.
Drzwi frontowe otwierają się, ukazując Olivię z dłońmi złożonymi na
brzuchu. Z trudem powstrzymuje się od uśmiechu.
-?Tak myślałam, że słyszę swoją wspaniałą szwagierkę. Przysięgam, że
miałam przeczucie. -?Wskazuje stopę, gdy kuśtykam w jej stronę. -?A to
co, kontuzja w tańcu?
-?Simon Syfilis jej dopomógł.
Jej mina mówi to samo, co ona.
-?Przydałby ci się jakiś środek odstraszający.
Kurwa, jakbym nie wiedziała.
Wchodzimy i przytulam ją serdecznie.
-?Hej, maleństwo.
Olivia marszczy brwi, a gdy ją puszczam, krzyżuje ręce na piersi. Jest
taka drobniutka. W tej ciąży już w ogóle nie potrafi wyglądać na
rozgniewaną, choć bez wątpienia i ja, i Carter dajemy jej powody.
Wygląda najbardziej uroczo na świecie.
-?Nie jestem pewna, czy podoba mi się to nowe przezwisko.
-?Ależ jest idealne. Jesteś naszą ulubioną kruszynką.
Na wyspie kuchennej siedzi wysoka blondynka z założoną jedną długą nogą
na drugą. Cara zeskakuje uśmiechnięta i zamyka mnie w uścisku.
-?Wcześniej, jak nazwałam ją krewetką, próbowała mnie wytargać za włosy.
Przez te hormony ciążowe, zadziorna z niej mamuśka. Gdy położyłam jej
dłoń na czole i tak trzymałam w bezpiecznej odległości, wpadła w szał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki