Przedmowa do II wydania
Przedmowa do II wydania
Zaledwie dziesięć lat temu skończyłem pisać książkę Płaca za pracę, która przedstawiła nowe spojrzenie na zagadnienie posiadania pracy oraz zawierała apel o zajęcie się niedostateczną integracją mniej uprzywilejowanych mieszkańców USA przez zwiększenie ich udziału w gospodarce narodowej oraz podniesienie ich płac do poziomów pozwalających im się utrzymać. Od tego czasu wiele się zdarzyło: rewolucja technologiczna, globalizacja i nieustanna imigracja do USA. Być może nadszedł czas, by jeszcze raz przyjrzeć się moim tezom i propozycjom.
Płaca za pracę pisana była od lipca 1995 do marca 1996, a ukazała się w styczniu 1997 roku. Szła "pod prąd", by użyć frazy Gunnara Myrdala, pod trzema względami. Powszechnie uważa się, że dla większości ludzi praca stanowi ciężar, za który jedyną rekompensatą jest płaca. Ja, przeciwnie, podobnie jak Alfred Marshall i Myrdal, postrzegam pracę jako główne źródło rozwoju osobistego i z pewnością intelektualnego ludzi - być może nie w sowieckim komunizmie, gdzie powszechne uchylanie się od pracy sugerowało co innego, ale niewątpliwie w gospodarkach cechujących się wysokim stopniem przedsiębiorczości, takich jak dobrze funkcjonujące gospodarki kapitalistyczne. Mój pogląd często spotykał się z następującą reakcją: "Nie chcesz chyba powiedzieć, że stanowiska pracy, które zajmują upośledzeni płacowo, dostarczają im dużo stymulacji mentalnej i okazji do rozwoju intelektualnego?" Odpowiadałem wtedy, że dla większości ludzi uczestniczących w świecie pracy, także na dolnych szczeblach drabiny, nawet praca niedostarczająca stymulacji umysłowej jest ciekawsza i bardziej satysfakcjonująca niż inne opcje, jakie są dla nich dostępne, gdy nie wychodzą z domu. Uważałem także, że bycie zatrudnionym daje ludziom możliwość wykonywania pracy, z której mogą czerpać dumę (instynkt dobrej roboty w terminologii Thorsteina Veblena) oraz poczucie własnej wartości, które wynika ze zdolności do zapewnienia sobie utrzymania (pojęcie self-reliance Ralpha Waldo Emersona).
Powszechnie przyjęty był także pogląd, że niezależnie od płacy i niepieniężnych korzyści wynikających z pracy wolne rynki tworzą właściwą liczbę miejsc pracy. Utrzymywałem, że wielu - jeśli nie większość - pracowników na szarym końcu rynku pracy uważa swoje płace za nędzne, a korzyści niepieniężne za wręcz upokarzające, więc, pod warunkiem, że ich sytuacja materialna nie jest fatalna, praca może się dla nich okazać trudna do utrzymania na dłużej ze względów emocjonalnych. Ich morale może upaść, a zdolność koncentracji osłabić się do tego stopnia, że przestaną wypełniać swoje zadania i stracą pracę. Ponadto ustawowe wymogi dotyczące płacy minimalnej mogą sprawić, że staną się oni nieatrakcyjni dla przestrzegających prawa pracodawców. W mojej krytyce wolnego rynku w zakresie najgorzej opłacanych miejsc pracy odwołałem się także do pewnych staromodnych wartości: tam, gdzie jest wielu ludzi, którzy nie są w stanie sami się utrzymać, zdolność utrzymania samego siebie, czyli cecha, którą nasza kultura traktuje jako bardzo istotną, traci na znaczeniu, a w zamian rozwija się kultura zależności. Podobnie ich brak partycypacji w życiu gospodarczym społeczności sprawia, że maleje znaczenie przypisywane wnoszeniu wkładu w gospodarkę, co prowadzi do rozwoju gospodarki podziemnej, opartej na handlu narkotykami i przemocy. W jaki sposób dzieci dorastające w takich patologicznych warunkach mają być przygotowane do życia zawodowego, które dałoby im poczucie spełnienia? Nie pomijałem też milczeniem faktu, że praca poniżej kwalifikacji oraz patologie społeczne wynikające ze stawek zbyt niskich, by zapewnić utrzymanie, stanowią główny dowód winy w oczach populistów atakujących system swobody przedsiębiorczości. A swoboda przedsiębiorczości jest warunkiem koniecznym dynamizmu gospodarczego; pozwala na zwiększenie liczby miejsc pracy oraz ich jakości, co prowadzi do wzrostu zamożności i do rozwoju człowieka. Stwierdziłem, że gdyby wprowadzono wyższe stawki podatkowe w celu zapewnienia środków na proponowany przeze mnie program, korzyści przewyższyłyby koszty dla ogromnej większości, jeśli nie dla wszystkich, ludzi.
Według innego powszechnie przyjmowanego wtedy poglądu dla działającego za pośrednictwem rządu społeczeństwa właściwym sposobem zmierzenia się ze zjawiskiem ubóstwa ludzi w wieku produkcyjnym było zaoferowanie im pieniędzy w formie powszechnie gwarantowanego dochodu. Sugerowano, że program taki, dzięki swojemu brakowi związku z pracą i ryczałtowemu charakterowi, miałby pożądaną ze względów moralnych właściwość neutralności między tym, czy dany obywatel pracuje czy nie, czy wnosi swój wkład czy też wiedzie życie bumelanta. W trakcie spotkań w latach 90. XX wieku do rozpaczy doprowadzał mnie fakt, że przedstawiciele nauk społecznych nie potrafili zrozumieć, jak bardzo mylny jest ich punkt widzenia. Dotacje do nisko opłacanych miejsc pracy mają tymczasem na celu doprowadzenie do nieneutralnego nastawienia firm w procesie decydowania o zatrudnieniu pracowników oraz tychże pracowników w trakcie decydowania o podjęciu pracy i pozostaniu przy niej.
Choć w pewnych kręgach słowo "niesprawiedliwość" jest bardzo niepopularne, nie mógłbym nie wspomnieć też o wzroście szacunku dla samych siebie, którego doznaje część społeczeństwa, widząc jak pieniędzy z jej podatków używa się do zwiększenia korzyści, jakie ci, którym się nie powiodło, otrzymują za swój udział w wytwarzaniu produktu krajowego.
W ciągu ostatnich 10 lat mój horyzont myślenia o integracji upośledzonych ekonomicznie członków społeczeństwa z mainstreamem poszerzył się. Ale jeśli chodzi o przesłanie niniejszej książki, nie zmieniłem zdania. Nadal uważam, że wprowadzenie wysokich dopłat do nisko opłacanych miejsc pracy pozwoliłoby Ameryce stać się tym, czym zawsze chciała być: krajem, w którym praktycznie wszyscy mają przed sobą perspektywę dobrze wynagradzanej pracy oraz satysfakcjonującego wykorzystania swojego potencjału.
Przedmowa do I wydania
Przedmowa do I wydania
Pewnego dnia w mrocznych latach 70. zdałem sobie nagle sprawę, że nie można oczekiwać rozwiązania problemów społecznych Ameryki, w sytuacji gdy płaca mniej utalentowanych i mniej uprzywilejowanych jest tak niska, że pozostawia ich niezintegrowanych ze społeczeństwem i niezdolnych do uczynienia czegokolwiek ze swoim życiem. Jednak porzucenie systemu swobody przedsiębiorczości na rzecz socjalistycznego systemu pracy niepotrzebnej i nieopłacalnej było ostatnią rzeczą, której nam - a także im - było potrzeba.
Czułem, że najszybszym i najskuteczniejszym rozwiązaniem byłby pewien rodzaj dotacji lub ulgi podatkowej, zaprojektowanej tak, by podnieść tragicznie niskie wynagrodzenia za pracę. Próbowałem rozpropagować tę koncepcję w latach 80. XX wieku (na przykład w moim podręczniku ekonomii politycznej), ale niewiele osób zwróciło na to uwagę. Było jasne, że pomysł ten wymagał rozwinięcia.
Okazją do stworzenia konkretnego planu, który mogłem zaprezentować, stała się dla mnie konferencja na temat ubóstwa, która odbyła się w 1990 roku w Jerome Levy Economics Institute w Bard College. Było jasne, że plan ten miałby pozytywny wpływ na niskie stawki wynagrodzeń. Dłużej jednak trwało zrozumienie jego wpływu na bezrobocie. Wreszcie zdałem sobie sprawę, że odpowiednio opracowany program miałby podwójne działanie, ograniczając bezrobocie wśród mało zarabiających, a jednocześnie podnosząc ich wynagrodzenia. Moje wysiłki spotykały się jednak z w tamtych czasach z częstymi obiekcjami oraz krytyką ze strony ludzi od dawna przywiązanych do innego podejścia i innej perspektywy.
W niniejszej książce pragnę przedstawić racje przemawiające za moim pomysłem. Prezentuję moją argumentację za subsydiowaniem nisko opłacanych miejsc pracy w sposób tak usystematyzowany i jasny, jak to tylko możliwe. Chciałbym bowiem, aby plan ten mógł zostać oceniony przez wszystkich oraz, jeśli zyska akceptację, aby zostało rozważone jego wdrożenie.
Śpieszę dodać, że w tym samym czasie według opisanego przeze mnie rozumowania pracowali równolegle inni akademicy, choć ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. W USA nowe drogi wytyczyli we wczesnych latach 80. Daniel Hamermesh, Robert Haveman, James Palmer i John Pencavel. W Wielkiej Brytanii w połowie lat 80. zespołem badawczym kierował Richard Layard. W obecnej dekadzie pewien wariant tego pomysłu uzyskał wsparcie Dennisa Snowera.
Na przestrzeni lat projekt książki otrzymał wsparcie finansowe z różnych źródeł, a ja borykałem się z koniecznością zdobycia odpowiedniej wiedzy faktycznej i próbowałem zrozumieć cały szeroki zakres zagadnień wiążących się z moją propozycją. W latach 1992-1993 Russell Sage Foundation zaoferowała mi pozycję wizytującego wykładowcy. Następnie otrzymałem dwuletni grant na rozwinięcie mojego projektu od Bradley Foundation oraz grant na przygotowanie tekstu od John M. Olin Foundation.
Jedną spośród wielu różnych dziedzin, do których ta książka się odwołuje, jest ekonomia, która stanowi źródło mojego utrzymania. Analiza w tym zakresie odzwierciedla moje wcześniejsze badania. Na przykład podstawowym terminem, jakim posługuję się w niniejszym opracowaniu, jest naturalna stopa bezrobocia, czyli pojęcie, którego byłem jednym ze współtwórców wiele dekad temu - chociaż w moim ujęciu chodzi o stopę zmienną i dającą się zmniejszyć przez działania człowieka. Moje ostatnie badania dotyczące bezrobocia i płac dla mało zarabiających były szczególnie przydatne, chciałbym zatem podkreślić, jak bardzo wdzięczny jestem dwójce ekonomistów, moich dawnych studentów, za ich wspaniałą współpracę przy tych badaniach - chodzi o Hian Teck Hoona z National University of Singapore oraz Gylfiego Zoegę z Birkbeck College na University of London.
Pragnę także podziękować Michaelowi Aronsonowi oraz Camille Smith z Harvard University Press za ich poświęcenie i wkład w to przedsięwzięcie.
Prolog
Prolog
Jeszcze całkiem niedawno, bo przy okazji dwusetnej rocznicy powstania USA, wartościami, które kojarzyliśmy z naszą republiką, były wciąż wolność i niezależność oraz przedsiębiorczość i samowystarczalność. Ojcowie założyciele przygotowali grunt pod kapitalizm rynkowy. Praca i kapitał miały być niezależne od państwa, a pozyskanie pracy lub pozwolenie na otwarcie lub zamknięcie przedsiębiorstwa nie miały wymagać starań o przychylność władz. Ojcowie założyciele uważali także za słuszne, by osoby produktywne same dbały o swoje utrzymanie, bez pomocy ze strony państwa. Wierzono, że szanse i bodźce motywacyjne wynikające z tego systemu będą najlepiej promować twórcze myślenie oraz samorozwój, które nierozerwalnie wiążą się ze szczęściem.
Oczekiwano, że wyzwoleni i zmotywowani, sprawni fizycznie i kompetentni mężczyźni i kobiety będą w stanie znaleźć pracę i zarobić na swoje utrzymanie. Mieliby zarabiać dostatecznie dużo nie tylko po to, by się utrzymać, ale także by uczestniczyć w życiu społecznym - podejmować obowiązki rodzinne i obywatelskie i do pewnego stopnia żyć życiem społeczności. Na tym właśnie polegał amerykański eksperyment: wypróbować nowy system prywatnej przedsiębiorczości i ideę samopomocy w nadziei, że spełni on wymogi uczestnictwa w rynku pracy i spójności społecznej.
Przez większą część lat, które nastąpiły potem, system ten był rajem na ziemi, w którym ludzie, dzięki pracy, zarabiali na swoje utrzymanie, rozwijali swoje talenty i udzielali się w społeczności. Pomagało to, że przez pierwszy wiek swojego istnienia Ameryka była krajem przeważnie rolniczym1. Siły roboczej brakowało tak bardzo, że w procesie opanowywania nowej ziemi przydawała się każda para rąk2. Była to demokratyczna Ameryka Tocqueville'a3. W drugim stuleciu urbanizacja i imigracja zagroziły spójności społecznej, chociaż w 1914 roku pojawiła się słynna koncepcja linii produkcyjnej Henry'ego Forda, która miała na celu poprawę zwrotu osiąganego z pracy fizycznej. Dla wielu barierą uniemożliwiającą integrację była dyskryminacja, ale w latach 60. podjęto w końcu działania legislacyjne w celu rozwiązania tego problemu. Inne kraje także przeprowadzały ten amerykański eksperyment, jak to często się określa, ale żaden nie robił tego równie zdecydowanie i skutecznie, co USA. Mimo że sukces ten wyolbrzymia się dzisiaj tak, że osiąga on wymiar mitu, do takiego właśnie mitycznego obrazu porównujemy dziś nasz kraj. Zanim nadeszły lata 70., pojawiły się jednak pierwsze oznaki kłopotów w raju. W miastach na światło dzienne wychodziła alternatywna gospodarka: sprzedawcy uliczni, żebracy, prostytutki i handlarze narkotykami. Patologie społeczne - przestępczość, nadużywanie narkotyków, wzrost liczby narodzin nieślubnych dzieci - stały się bardzo widoczne w biedniejszych dzielnicach miast. Od tego czasu niektóre wskaźniki się pogorszyły. Bezdomność stała się zjawiskiem ogólnokrajowym w latach 80. Przemoc gangów oraz wśród młodzieży gwałtownie wzrosła w latach 90. Pogorszyło się poczucie bezpieczeństwa osobistego i majątkowego. Relacje między grupami etnicznymi i klasami ekonomicznymi zostały nadszarpnięte. W tym długim okresie poziom zależności od pomocy społecznej szalenie wzrósł. Dramatycznie zmniejszyło się natomiast satysfakcjonujące płacowo zatrudnienie wśród upośledzonych płacowo4, zwłaszcza mężczyzn o niskich zarobkach. Prawie dwa razy więcej spośród nich uczestniczy w rynku pracy w latach 90. niż we wczesnych latach 70., a wśród tych, którzy uczestniczą, mniej więcej dwa razy tyle jest bezrobotnych teraz co wtedy5. Wielu polega dziś na pomocy społecznej. Wzrost liczby kwalifikujących się do korzystania z pomocy społecznej sprawił, że wydatki tego rodzaju w proporcji do dochodu narodowego wzrosły o jedną trzecią w latach 1974-1994, a wydatki na pracownika o połowę6. Wielu innych, zwłaszcza mężczyzn z niskimi możliwościami zarobkowymi, zajęło się działaniami przestępczymi. W chwili obecnej półtora miliona mężczyzn przebywa w więzieniu.
Tak więc w swoim trzecim stuleciu amerykański eksperyment przestał być źródłem integracji i spójności, którym był w przeszłości. Konsekwencją tej zmiany jest poważny spadek odpowiedzialności obywatelskiej i organizacji społecznej wśród upośledzonych społecznie w wieku produkcyjnym. W ramach adaptacji do tych niepowodzeń system amerykański ewoluuje w kierunku "kapitalizmu opiekuńczego". Twierdzę, że ten społeczny rozkład i niepokój można przypisać siłom ekonomicznym, pozbawiającym wielką część mniej uprzywilejowanych pracowników dużej części mocy, która bierze się z pracy. Obserwacja obszarów ubóstwa wskazuje, że wielu ludzi w wieku produkcyjnym nie jest już w stanie sama się utrzymać; aby przeżyć, potrzebuje pomocy, by zdobyć żywność, dach nad głową i opiekę medyczną. Inni są w stanie przeżyć, ale nie są w stanie zarobić na przyzwoity poziom życia - ich zarobki nie wystarczają na zaspokojenie potrzeb, które dla większości są podstawowe (np. możliwość wychowania jednego lub dwójki dzieci). Jeszcze inni otrzymują wystarczająco dużo z pomocy społecznej lub przestępczości i praca nie ma dla nich sensu.
Jeśli to ograniczenie zdolności zarobkowej jest główną przyczyną zmian, mamy do czynienia z paradoksem. Płace, po uwzględnieniu inflacji, są dzisiaj o wiele wyższe we wszystkich warstwach siły roboczej niż w latach 50., nie mówiąc już o latach 20. Skąd więc wzięły się problemy społeczne ostatnich 20 lat po tylu dekadach postępu społecznego? Odpowiedzi należy szukać w głębokich zmianach w strukturze amerykańskich szans i zasobów: w spadku wynagrodzeń najgorzej zarabiających względem szans, które stoją przed innymi, oraz względem innych źródeł utrzymania, z których mogą korzystać.
Mało zarabiający mężczyźni zaczęli powoli zostawać w tyle za resztą siły roboczej już w latach 50. Spadek ich relatywnej zdolności zarobkowej (względem mediany wynagrodzeń) przyśpieszył w następnych dwóch dekadach, osiągając 9 proc. w latach 70.7 Do końca dekady różnica ta stała się zbyt wielka, aby pracownicy ci mogli sobie pozwolić na coś w jakikolwiek sposób przypominającego styl życia klasy pracującej, nie wspominając o klasie średniej. Co więcej, ten względny spadek miał miejsce w czasie, gdy relatywna płaca kobiet szła w górę we wszystkich kategoriach płacowych, co sprawiło, że coraz więcej mało zarabiających kobiet przekonało się, że może się utrzymać bez mężczyzny w roli żywiciela rodziny. Dzięki ekspansji opieki społecznej w latach 60. kobiety nie potrzebują już mężów do wychowywania dzieci, a coraz mniej starszych ludzi potrzebuje wsparcia w zarobkach dzieci, aby się utrzymać. Wskutek tego mężczyźni nie mogą już odgrywać pewnych ważnych ról, które były udziałem większości pracowników w pokoleniu ich ojców. W tym sensie ich praca uległa dewaluacji.
W latach 80. rozpoczęła się nowa faza, w której, podczas gdy ich relatywne wynagrodzenia spadały niewiele szybciej niż wcześniej, ta relatywna obniżka oznaczała spadek w liczbach bezwzględnych dla nisko opłacanych mężczyzn, bo mediana wynagrodzeń przestała rosnąć - w istocie zaczęła spadać. Gwałtowne obniżenie płac mało zarabiających mężczyzn w sytuacji, gdy nie działały żadne siły ograniczające poduszkę bezpieczeństwa zasobów niepłacowych oraz innych możliwości, doprowadził do spadku ich motywacji jako pracowników. To z kolei przyniosło wzrost ich kosztów dla pracodawców, sprawiając, że stali się oni mniej zatrudnialni, co wyniosło stopę bezrobocia w tej grupie na zupełnie nowy poziom.
System pomocy społecznej miał w tym swój udział. Kiedy potrzebne były głębokie cięcia płac, aby uratować przedsiębiorstwa, otwarty system świadczeń o ustalonych kwotach był źródłem istotnych zasobów niepłacowych, które były nieczułe na spadek wynagrodzeń. To wzmocniło wpływ obniżenia korzyści płynących z pracy na aktywność zawodową i zatrudnienie.
Dramatycznie niska zdolność zarobkowa upośledzonych płacowo zaczęła rodzić inne implikacje niż tylko niskie płace i wysokie bezrobocie. Deprywacja i bezczynność wytworzyły poczucie wykluczenia. Niemożność zarobienia więcej, niż można otrzymać od rodziny, organizacji charytatywnych i pomocy społecznej, wytworzyła poczucie bezsilności. Zaczęło panować fatalistyczne przekonanie, że przyszłość nie przyniesie żadnej możliwości osobistego rozwoju. To z pewnością odgrywa istotną rolę w narastaniu alkoholizmu, narkomanii oraz skłonności do przemocy.
W rezultacie upośledzenie płacowe, powszechne dziś w Ameryce, rodzi koszty i zagrożenia dla reszty społeczeństwa. Jest ono głównym źródłem patologii społecznych, które atakują i osłabiają nasze miasta. Jest to przyczyna, a nie skutek, często opłakiwanej kultury biedy oraz upadku moralności. Te konsekwencje sprawiają, że powszechne upośledzenie płacowe jest problemem dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla samych upośledzonych płacowo. Co robić? Jest oczywiste, że sieć bezpieczeństwa pomocy i ubezpieczeń społecznych nie jest lekarstwem na problemy społeczne mające swoje źródło w zbyt niskich płacach.
Jedna z naszych partii politycznych stawia sobie za cel eliminację pomocy społecznej oraz niektórych form ubezpieczeń społecznych, aby zmusić korzystających z nich oraz społeczności, z których się oni wywodzą, do powrotu do pracy. Ale to także nie doprowadzi do wzrostu zbyt niskich płac. Większość zmuszonych do powrotu na rynek pracy otrzymywałoby bowiem, tak jak przedtem, wynagrodzenia zbyt niskie, by zapewnić sobie utrzymanie. Nie przywróciłoby to spójności społecznej. Druga partia popiera podwyżkę ustawowej płacy minimalnej. Takie działanie wpływa na wzrost najniższych płac. Nie prowadzi jednak do ważnego celu, jakim jest reintegracja najmniej zarabiających ze światem pracy i biznesu. Musimy wspierać zarówno integrację, jak i spójność, a jednocześnie zachować kapitalizm i samowystarczalność.
Aby doprowadzić do wzrostu płac przez podniesienie wydajności, pierwsza partia postuluje zmniejszenie stawek podatkowych, wierząc, że szybszy wzrost ekonomiczny da większe korzyści wszystkim, zwłaszcza upośledzonym płacowo, przynajmniej w długim okresie. Druga partia wspiera zwiększenie subsydiów, aby zachęcić młodych ludzi do zdobywania jeszcze lepszego wykształcenia. Niestety, te futurystyczne wizje w małym stopniu wpływają na przywrócenie wartości pracy i zdolności samoutrzymania teraz - w najbliższych kilku latach.
Na szczęście można temu zaradzić. Możemy odwrócić dramatyczny spadek płac i zatrudnienia wśród upośledzonych płacowo w USA. To, że ubogie społeczności mogą się podnieść, jest tak pewne jak to, że ich upadek jest wynikiem spadku płac i utraty pracy. Metoda, która do tego prowadzi, nie opiera się na żadnym z obecnie wykorzystywanych instrumentów.
Polega ona na wprowadzeniu dotacji wspierających zatrudnienie. W wersji, którą proponuję, mają one formę stałych ulg podatkowych dla przedsiębiorstw prywatnych w zamian za zatrudnianie mało zarabiających pracowników. W moim planie firmy są wynagradzane za zatrudnienie dowolnej liczby osób. System subsydiów ukierunkowany jest na pracowników, których własna wydajność pracy jest niska (czego dowodem jest niewielki godzinowy koszt pracy, jaki firmy decydują się ponieść w zamian za ich usługi), ponieważ to właśnie w ich przypadku mamy do czynienia z niskim stopniem integracji z gospodarką kapitalistyczną i ograniczoną spójnością ze społecznym mainstreamem, a ich odpowiedzialność społeczna podkopywana jest przez niskie płace odpowiadające ich niskiej wydajności.
Piękno tej metody polega na tym, że popycha ona zarówno płace, jak i stopę bezrobocia wśród nisko zarabiających pracowników we właściwym kierunku. Dotacje zachęcają firmy do zatrudniania większej liczby mało zarabiających pracowników, przyczyniając się do wzrostu zatrudnienia i spadku bezrobocia. W rezultacie płace rosną, bo firmy dążą do wzmocnienia motywacji pracowników, aż w końcu osiągają wyższy poziom, na który firmy mogą sobie pozwolić właśnie dzięki subsydiom. Prowadzą więc one do zwiększenia spójności społecznej i uczestnictwa w rynku pracy.
Rzecz jasna, propozycja ta rodzi pewne pytania. Dlaczego praca i zarabianie są takie cenne? (Dlaczego po prostu nie dać ludziom pewnej sumy pieniędzy, jak w przypadku wymyślonych przez ekonomistów "demograntów" lub "ujemnego podatku dochodowego"?). Jak to możliwe, że po dwóch stuleciach postępu ekonomicznego rozpowszechnione jest ubóstwo i że ubóstwa jest więcej niż pół wieku temu? Jaką szkodę wyrządza reszcie społeczeństwa sytuacja pracowników o niskiej zdolności zarobkowej? Jaka jest pewność, że plan dotacji, ukierunkowany na najmniej zarabiających, poprawi ich szanse ekonomiczne? Jaki miałby on wpływ na klasę pracującą, która otrzymałaby niewiele pieniędzy z dotacji, jeśli w ogóle by je otrzymała? Ile adekwatny plan subsydiów kosztowałby państwo i jakie byłyby oszczędności budżetowe oraz wzrost dochodów państwa? Czy dotacje takie wymagałyby dużych podwyżek podatków, przynajmniej w pewnym okresie? W jaki sposób uzasadnić nawet tymczasową podwyżkę podatków w celu pomocy najmniej zarabiającym, skoro w naszym społeczeństwie i w innych krajach jest tak wielu ludzi, którzy są jeszcze ubożsi? Czy dotacje wspierające zatrudnienie nie zmniejszyłyby motywacji pracowników do dalszej edukacji? A jeśli tak, to czy taki efekt uboczny nie sprawiłby, że byłyby one nie do zaakceptowania?
Poszczególne rozdziały niniejszej książki poświęcone są odpowiedziom na te i inne pytania. Według mnie odpowiedzi te są wystarczające. Sprawę należy widzieć we właściwej perspektywie. Dotacje wspierające zatrudnienie nie są doskonałym instrumentem. Nie poprawią społeczeństwa w każdym jego aspekcie. Pomoc społeczna będzie nadal odgrywać pewną rolę, a edukacja publiczna oraz działania mające na celu wsparcie wzrostu gospodarczego będą odgrywały role bardzo ważne. Wprowadzenie subsydiów sprawi, że niektóre z tych starszych instrumentów będą bardziej potrzebne niż wcześniej, a inne mniej. Ale te tradycyjne środki nie są w stanie zapewnić, szybko i niezawodnie, wzrostu wynagrodzeń i zatrudnienia wśród najmniej zarabiających, a właśnie ten wzrost musi być podstawą rozwiązania problemów społecznych ostatnich dekad. Dotacje przeznaczone na najmniej zarabiających, pomimo swoich niedoskonałości, są najbardziej skutecznym instrumentem, jaki mamy, aby ponownie stworzyć utracone szanse na pracę i samoutrzymanie, aby zwiększyć integrację i spójność, aby dać szansę na odzyskanie poczucia odpowiedzialności za siebie i za innych.