Pieniądze albo życie. Jak pieniądze wpływają na nasze zachowanie, emocje i relacje? - Agata Gąsiorowska, Katarzyna Sroczyńska

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (9,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZMOWA 1: Po co o pieniądzach rozmawiać z psychologiem

KATARZYNA SROCZYŃSKA: CZY O PIENIĄDZACH W OGÓLE WYPADA ROZMAWIAĆ?

Agata Gąsiorowska: W wielu kulturach, choć nie we wszystkich, pieniądze są tabu. Także w naszej rozmawianie o pieniądzach nie wydaje się w dobrym tonie. Dlaczego? Trudno mi jednoznacznie powiedzieć. Z jednej strony przyczyn można by szukać w tradycji katolickiej, bo przecież prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Z drugiej - w tradycji PRL-owskiej, w której jeśli ktoś miał więcej pieniędzy niż przeciętny obywatel, to pewnie albo badylarz, albo cinkciarz, albo kombinuje w jakiś inny sposób. Mówienie o tym, ile się ma, a ile się nie ma, było trochę niestosowne.

Można by zresztą sięgnąć głębiej w historię: szlachcicowi nie wypadało parać się handlem, obracanie pieniędzmi było podejrzane. Wokulski był dla Izabeli Łęckiej mezaliansem nie tylko dlatego, że nie miał wykształcenia albo że nie był arystokratą, lecz także z tego względu, że trudnił się kupiectwem. Co, swoją drogą, było dość niespójne z jej strony, bo przecież chciała mieć bogatego męża.

"PECUNIA NON OLET" - MIAŁ POWIEDZIEĆ CESARZ WESPAZJAN, KTÓRY WPROWADZIŁ W RZYMIE PODATEK OD LATRYN, A DOKŁADNIE OD OBROTU ZBIÓRKĄ MOCZU, WYKORZYSTYWANEGO W PROCESIE BIELENIA PŁÓTNA. ALE SKORO OD STULECI TO ZA NIM POWTARZAMY, TO CHYBA Z TYŁU GŁOWY MAMY PRZEKONANIE, ŻE ONE JEDNAK ŚMIERDZĄ, ŻE SĄ CZYMŚ NIECZYSTYM.

Mamy wiele źródeł historycznych i religijnych, które mówią o tym, że pieniądze są czymś podejrzanym. Myślę, że właśnie słowo "podejrzany" najlepiej oddaje te niepewne uczucia i dysonans, jaki wzbudzają w nas pieniądze. Nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy są dobre czy złe, właściwe czy niewłaściwe, a w związku z tym, czy mówienie o nich jest właściwe, czy nie. Pomyśl tylko, że w Polsce zapytanie kogoś o to, ile zarabia, jest ciągle czymś niestosownym.

ZNALAZŁAM W PODRĘCZNIKU SAVOIR-VIVRE'U ROZDZIAŁ O TYM, JAK ODPOWIEDZIEĆ ZNAJOMEMU NA TO PYTANIE, ŻEBY UNIKNĄĆ PODAWANIA KONKRETNEJ KWOTY.

Ale są i kraje, na przykład skandynawskie, gdzie ludzie nie pytają innych, ile zarabiają, bo nie muszą. Może nawet nie są tym zainteresowani, ale przede wszystkim nie pytają dlatego, że zarobki są jawne. Zeznanie podatkowe każdego obywatela jest dostępne na stronie internetowej urzędu skarbowego i ktoś, kto chciałby sprawdzić, ile inny obywatel zarabia, bez żadnego problemu może to zrobić. Powiedziałam, że może nie są tym zainteresowani, co wprowadza nas w inny temat, a więc w kwestię równości i nierówności socjoekonomicznych, które istnieją w danym społeczeństwie. Jeżeli równość jest stosunkowo duża, czyli jeżeli wszyscy mają mniej więcej ten sam poziom zamożności lub biedy, to pytanie o zarobki jest pytaniem o tyle pozbawionym sensu, że nie daje żadnej informacji o drugim człowieku.

O CO NAPRAWDĘ PYTAMY, KIEDY PYTAMY O PIENIĄDZE?

Po pierwsze, żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się zastanowić, czego wskaźnikiem może być dla nas dochód. To, ile zarabiamy, może świadczyć o naszych kompetencjach, o naszej sprawczości, o naszej umiejętności dobrego ustawienia się w życiu. Jeśli tak myślimy, to pytanie o zarobki jest właśnie pytaniem o te aspekty naszego funkcjonowania. Dlatego może być odebrane przez osobę, której je zadajemy, jako pewnego rodzaju zarzut. Nigdy nie wiemy, czy zarabiamy wystarczająco dużo, ale też - paradoksalnie - nie wiemy, czy zarabiamy wystarczająco mało. Jeśli zarabiam dużo więcej niż inni, którzy wykonują podobną pracę, to dlaczego tak się dzieje? Czy przypadkiem nie będę postrzegana jako oszustka albo kombinatorka? Z kolei, jeżeli zarabiam mniej, niż powinnam zarabiać, cokolwiek by to znaczyło, mogę zakładać, że inni ludzie będą postrzegali mnie jako nieudaczniczkę, która nie umie nawet dobrze wykonywać swojej pracy.

Po drugie, pytanie o pieniądze można też rozumieć jako pytanie o zwyczaje, o zachowania związane z codziennymi nawykami. Może być w nim ukryte inne pytanie: co ty robisz, że pieniądze tak ci się mnożą albo - wprost przeciwnie - rozchodzą? Zauważ, jak to brzmi. To w ogóle nie jest pytanie o pieniądze. To jest zarzut: jesteś niezorganizowany, niesystematyczny, niegospodarny, niekompetentny.

A TAKŻE MORALNIE SŁABSZY, BO BRAKUJE CI SAMOKONTROLI.

Ja bym nie używała w tym kontekście słowa "moralnie", bo ludzie wiążą moralność raczej z relacjami interpersonalnymi. Moralność jest związana z systemem wartości, a samokontrola to raczej kompetencja. Ale tak, jesteś mniej kompetentny, mniej sprawczy, mniej panujesz nad swoimi zwierzęcymi wręcz popędami. Coś z tobą jest nie w porządku. Inne pytanie o pieniądze: a dlaczego ty się tak przejmujesz pieniędzmi?

UKRYTE ZAŁOŻENIE: JESTEŚ MATERIALISTKĄ.

Masz złą hierarchię wartości. Nie wiesz, co tak naprawdę w życiu jest istotne. To właśnie zarzut dotyczący moralności.

Ale możemy też mówić o zupełnie innych pytaniach czy o innych rozmowach dotyczących pieniędzy. Na przykład: co musimy zrobić, żeby do lipca zaoszczędzić kwotę, która pozwoli nam na wyjazd na wakacje? To zupełnie inne pytanie, dotyczące strony czysto praktycznej, bez ukrytych założeń czy zarzutów.

Kiedy rozmawiamy o tym, jak planować wydatki, i robimy to, żeby czuć się bezpieczniej w sferze finansowej, to w takiej rozmowie zwykle nie ma kontekstów emocjonalnych - o ile oczywiście nie chcemy ich usłyszeć za wszelką cenę. Chodzi o to, żeby naszą intencją była rozmowa o praktycznych zachowaniach, planowaniu i konsekwentnym wdrażaniu tych planów w życie. Oczywiście może być i tak, że druga strona odbierze chęć przeprowadzenia takiej rozmowy jako zarzut: nie umiem oszczędzać i teraz ty mi właśnie mówisz, że tego nie umiem.

Myślę, że podstawowe problemy z rozmawianiem o pieniądzach wynikają z tego, że pieniądze są pewnego rodzaju soczewką, która skupia w sobie rozmaite wartości, symbole i przekonania, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Dlatego pod rozmowę o pieniądzach możemy sobie podstawić niemal każdą treść, która w tym momencie będzie dla nas ważna.

ALE TO ŚWIADCZY O TYM, ŻE PIENIĄDZE ZAJMUJĄ W NASZYM ŚWIECIE BARDZO WAŻNE MIEJSCE. ŻE SĄ CZYMŚ WIĘCEJ NIŻ TYLKO PRAWNYM ŚRODKIEM PŁATNICZYM EMITOWANYM PRZEZ NARODOWY BANK POLSKI.

Zdecydowanie tak! Gdyby tak nie było, to nie byłoby przecież żadnej psychologii pieniędzy. Oczywiście sformułowanie "psychologia pieniędzy" jest z logicznego punktu widzenia trochę bez sensu, pieniądze nie mają żadnej psychologii. Pieniądze to tylko rzecz, istniejąca fizycznie albo nieistniejąca fizycznie, której to my, ludzie, nadajemy pewne wartości bądź znaczenia - i to, jakie znaczenie im nadajemy, to jest właśnie treść psychologii pieniędzy.

Te znaczenia mogą być czysto praktyczne - zgodnie z definicją, której użyłaś, lub z innymi definicjami ekonomicznymi - ale mogą być również emocjonalne, zarówno w kontekście pozytywnym, jak i negatywnym. Emocje znacznie wykraczają poza praktyczne i ekonomiczne rozumienie pieniędzy. Inaczej mówiąc, psychologia pieniędzy zajmuje się tym, jak pieniędzmi zarządzamy, ale i tym, jakie różne "niesamowite" właściwości im nadajemy.

MYŚLĘ, ŻE EKONOMIA I PSYCHOLOGIA CZASEM NIEOCZEKIWANIE SIĘ ZE SOBĄ SPLATAJĄ. ADAM SMITH, AUTOR BADAŃ NAD NATURĄ I PRZYCZYNAMI BOGACTWA NARODÓW, PRACY CZĘSTO PRZYWOŁYWANEJ PRZEZ EKONOMISTÓW, NIEMAL DWADZIEŚCIA LAT PRZED JEJ OPUBLIKOWANIEM WYDAŁ TEORIĘ UCZUĆ MORALNYCH.

Świetnie, że o tym mówisz. To dla mnie dosyć niezwykłe zjawisko, że współcześni ekonomiści traktują Adama Smitha wyłącznie jako ojca liberalnej ekonomii, myślenia o wolnym rynku i przedsiębiorczości, o maksymalizowaniu zysków i o użyteczności jako podstawie funkcjonowania społeczeństwa. Natomiast, tak jak powiedziałaś, dwadzieścia lat przed Bogactwem narodów [1]1 Smith napisał przełomowe z psychologicznego punktu widzenia dzieło o teorii uczuć moralnych. Jest w nim fragment, który moim zdaniem powinien znać każdy ekonomista zajmujący się rynkiem i pieniędzmi: "Uczuciem, które najbardziej bezpośrednio i wprost skłania nas do nagrodzenia kogoś, jest wdzięczność [...]. Dla nas więc te czyny zdaja? się zasługiwać na nagrodę, które zdaja? się być właściwym i uznanym przedmiotem wdzięczności [...]. Jeśli osobę, wobec której mamy liczne zobowiązania, spotyka szczęście bez naszej pomocy, choć zadowala to nasza? miłość, nie wystarcza jednakże do zaspokojenia naszej wdzięczności. Dopóki mu się nie odwdzięczyliśmy, dopóki sami nie staliśmy się narzędziem do przysporzenia mu szczęścia, dopóty ciąży nam dług, którym obarczyły nas jego usługi w przeszłości" [2].

Smith w Teorii uczuć moralnych pisze, że owszem, społeczeństwo może funkcjonować na gruncie utylitarnym, rynkowym, zgodnym z interesem własnym, bez rozpatrywania żadnych emocji, bez rozpatrywania żadnego zobowiązania społecznego. Jeśli jednak funkcjonowanie społeczeństwa opiera się na takich emocjach jak wdzięczność, to jest ono lepsze. Dzieje się tak dlatego, że za sprawą wdzięczności ludzie tworzący tkankę społeczną i sieć wzajemnych zobowiązań połączeni są bliskością, która powoduje na przykład, że nie muszą oni za każdym razem wartościować zysków i strat, bo wiedzą, że ktoś inny ich nie oszuka, ponieważ mają wzajemne zobowiązania - ale zobowiązania w rozumieniu wdzięczności, a nie układów biznesowych.

Z jednej strony uważamy więc Adama Smitha za ojca myślenia, że pieniądze są podstawowym elementem rządzącym społecznością i podstawowym miernikiem tego, jak wyglądają nasze zyski i straty - w szerokim rozumieniu, bo zyskiem albo stratą może być także czas. Z drugiej strony zaś ten sam Adam Smith pisał, że społeczeństwa będą funkcjonowały zdecydowanie lepiej, jeżeli na pierwszym miejscu nie będą stawiały pieniędzy, lecz inne wartości, przede wszystkim społeczne.

MYŚLI SIĘ CZASEM O CZŁOWIEKU JAKO ISTOCIE, KTÓRA RACJONALNIE DĄŻY DO MINIMALIZOWANIA STRAT I MAKSYMALIZOWANIA ZYSKÓW, TYMCZASEM WSZYSCY WIEMY, ŻE TO NIEPRAWDA, NIE ZAWSZE TAK JEST, O CZYM PRZEKONAŁ SIĘ KAŻDY, KTO OBSERWOWAŁ JAKĄŚ AKCJĘ CHARYTATYWNĄ, ALE I KAŻDY, KTO DAŁ SIĘ ZŁAPAĆ PODCZAS ZAKUPÓW NA JAKĄŚ PROMOCJĘ..

Oj, faktycznie, założenie o idealnej racjonalności to jedynie życzenie, choć to wcale nie oznacza, że jesteśmy nieracjonalni. Co więcej, to, że człowiek nie jest istotą racjonalną, w niektórych sytuacjach nie tylko nie jest naszym przekleństwem, ale jest wręcz błogosławieństwem - pomyśl choćby o wspomnianej przez Ciebie dobroczynności, czyli bezinteresownym dzieleniu się swoimi zasobami z innymi, co stoi w absolutnej sprzeczności z nastawieniem na maksymalizowanie własnej użyteczności.

Warto się zastanowić, jaką rolę w tej racjonalności lub w jej braku odgrywają pieniądze i to, jak je traktujemy. W wielu sytuacjach, co trafnie zauważają ekonomiści, chcielibyśmy traktować pieniądze jako podstawowy miernik, za pomocą którego można porównać elementy rzeczywistości. Nawet te, które są nieporównywalne. Na przykład, jeżeli chcę porównać jabłka z pomidorami, to mogę porównać ich wagę, ale jeżeli chcę porównać jabłka z wiedzą, to już nie znajduję tak łatwo wspólnego mianownika. Ale może nim być cena. Mogę sprawdzić, ile kosztuje szkolenie, a ile jabłka. W ten sposób znajdujemy miernik wartości, ułatwiający potencjalną wymianę tych dwóch rzeczy.

Problem polega na tym, że aby coś było dobrym miernikiem, musi mieć stałą, znaną i absolutną skalę [3]. I pieniądze udają, że mają taką skalę, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest [4]. Pomyślmy na przykład o wadze. Po pierwsze, waga zawsze zaczyna się od zera - nie ma rzeczy, które mają wagę ujemną. Po drugie, istnieją w miarę obiektywne wyznaczniki tego, że coś waży mało albo dużo. Takim wyznacznikiem może być też to, ile jestem w stanie donieść do domu. Nie kupię 20 kilogramów jabłek, bo ich nie podniosę - będą ważyć za dużo. W przypadku pieniędzy ani nie ma zera, ani też nie wiadomo, kiedy jest ich dużo, a kiedy mało, nie ma więc obiektywnego punktu odniesienia. Co prawda często wydaje się nam, że jest zero - bo jeżeli nie mam nic w portfelu czy na koncie, to znaczy, że jest zero. Ale to nie do końca prawda, bo jeżeli zrobię debet albo jestem zadłużona u kogoś, to w tym momencie jestem na minusie. Oznacza to, że pieniądze mogą mieć zarówno wartość dodatnią, jak i ujemną. Skoro natomiast nie wiemy, ile to jest dużo i mało pieniędzy, stosujemy pewne benchmarki, punkty odniesienia, które pozwalają nam dokonać oceny w konkretnej sytuacji. Skąd wiem, że dobrze albo źle zarabiam? Zwykle z porównań społecznych [5], a więc na przykład stąd, że moi znajomi na tym samym stanowisku w państwowym uniwersytecie zarabiają mniej. Gdybym jednak porównywała siebie ze znajomymi ze studiów - a studiowałam zarządzanie w połowie lat 90. i większość moich znajomych jest w tej chwili na wysokich stanowiskach w przeróżnych korporacjach - to musiałabym pewnie dojść do wniosku, że zarabiam mało.

W KULTURZE ANGLOSASKIEJ ISTNIEJE POWIEDZENIE: "KEEPING UP WITH THE JONESES", KTÓRE MOŻNA PRZETŁUMACZYĆ JAKO "NADĄŻYĆ ZA KOWALSKIMI". A MOŻE WYSTARCZYŁOBY NAM TYLE PIENIĘDZY, ILE MA SĄSIAD LUB KOLEŻANKA Z PRACY?

To prawda, porównujemy się z obiektami, które są dla nas najłatwiej dostępne. Dlatego często szukamy punktu odniesienia w sąsiadach, dalszych lub bliższych znajomych, a także w telewizji czy mediach społecznościowych. Ale to jest pułapka, szczególnie że mamy skłonność do porównywania się raczej w górę niż w dół. Inaczej mówiąc, szybciej zauważymy, że ktoś ma więcej od nas, niż to, że ktoś ma mniej. Gdybyśmy porównali się z tymi osobami, które mają od nas mniej, być może zauważylibyśmy, że ludzie w Indiach czy w Afryce żyją naprawdę bardzo biednie, a my mamy wygodne życie i większość naszych problemów to problemy pierwszego świata. My jednak porównujemy się w górę: "Kowalski kupił sobie nowy samochód, a ja jeżdżę tym samym od trzech lat", "Kowalscy pojechali na wakacje w tropiki, a ja jadę z rodziną na Mazury" itd. Zawsze znajdziemy kogoś, kto ma więcej od nas, i zawsze znajdziemy powód, żeby uznać, że mamy za mało.

Podobnie uleganie promocjom, o którym wspomniałaś, wynika właśnie z tego, że nie potrafimy oszacować wartości pieniędzy w sposób absolutny, tylko musimy mieć jakieś punkty odniesienia. Skąd wiem, że telewizor kosztuje dużo albo mało? Bo porównujemy jego cenę z tym, ile kosztował wcześniej, albo z ceną innego telewizora, który stoi na tej samej półce [6]. Sprzedawcy dobrze wiedzą, że my myślimy, że "umiemy w pieniądze", ale w rzeczywistości nie za dobrze nam idzie. W związku z tym, jeżeli chcą sprzedać model, który kosztuje X, to postawią go obok innego modelu, który kosztuje na przykład X plus 500. Mało prawdopodobne, że wyciągniemy telefon, żeby porównać ten model z innymi dostępnymi na rynku - po prostu stwierdzimy, że ten pierwszy telewizor jest w dobrej cenie.

OD PSYCHOLOGÓW, PRZY OKAZJI TEMATU PIENIĘDZY, NAJCZĘŚCIEJ OCZEKUJEMY WŁAŚNIE TEGO, ŻEBY POWIEDZIELI NAM, JAK SIĘ NA TAKIE TRIKI NIE ZŁAPAĆ. JAK NIE DAĆ SIĘ OSZUKAĆ ANI INNYM LUDZIOM, ANI WŁASNEMU UMYSŁOWI.

To prawda, to temat wałkowany szczególnie przed bożonarodzeniowym szałem zakupów lub przy styczniowym szale wyprzedaży. Chociaż myślę, że chyba najczęściej pyta się nas, jak oszczędzać, jak odzyskać kontrolę nad finansami, czyli jak nauczyć się zarządzać swoim budżetem. Mam poczucie, że najwięcej wywiadów udzieliłam na temat tego, dlaczego Polacy nie oszczędzają i co można zrobić, żeby oszczędzali, oraz tego, dlaczego ludzie ulegają promocjom, czyli wydają swoje pieniądze w sposób nieracjonalny, a bywa, że i nieadekwatny do swojej sytuacji finansowej. To są wszystko kwestie, które dotyczą praktycznej strony zarządzania finansami.

Dobrze, że takich rozmów jest dużo, ale trzeba zadać sobie jeszcze jedno pytanie. Dlaczego mamy aż tak duży problem na przykład z tym, żeby nauczyć się oszczędzania, albo z tym, żeby zmienić swoje nawyki finansowe? Czy chodzi tylko o problemy z racjonalnym myśleniem, z myśleniem matematycznym, czy też z tym, że pieniądze nie mają skali? Możliwe, że problem z tą praktyczną stroną leży głębiej. Jeżeli będę oszczędzać, będę zbierać paragony i zapisywać wydatki, to czy ktoś nie pomyśli sobie, że ja nadmiernie skupiam się na pieniądzach?

Jako psychologowie wiemy, że ludzie ulegają różnym złudzeniom poznawczym, ale wiemy też, że są wyjątkowo odporni na to, żeby się uczyć, jak z tymi złudzeniami, ale i ze złymi nawykami sobie radzić. Te nawyki - także dotyczące pieniędzy - są głęboko wbudowane, silnie zautomatyzowane i trudno je zmienić. Wydaje się jednak, że za niewłaściwymi nawykami związanymi z pieniędzmi mogą stać problemy z ich aspektem emocjonalnym. Możemy się na przykład zastanawiać, jak będziemy ocenieni przez ludzi wokół nas, jeżeli poświęcimy pieniądzom więcej uwagi. Celowo używam słowa "uwaga". To, że pieniądze traktujemy uważnie, wcale nie musi i nie powinno oznaczać, że są one dla nas ważne w sensie psychologicznym, symbolicznym czy emocjonalnym. Niestety, większość ludzi łączy te dwa elementy i nie chce traktować pieniędzy uważnie, żeby ktoś ich nie posądził o to, że nadmiernie się na nich skupiają.

GDY BARDZO NIE CHCEMY CZEGOŚ ZAUWAŻYĆ, TO MOŻE SIĘ TO W NASZYM UMYŚLE ROZRASTAĆ DO CORAZ WIĘKSZYCH ROZMIARÓW I PRZEJMOWAĆ KONTROLĘ NAD RÓŻNYMI SFERAMI ŻYCIA, A MY NAWET NIE BĘDZIEMY WIEDZIEĆ, ŻE TAK SIĘ DZIEJE.

Z całą pewnością odczuwamy silny dysonans poznawczy związany z pieniędzmi i tym, co one mogą albo czego nie mogą nam zrobić w życiu. Często na przykład dyskutuje się o tym, czy pieniądze dają szczęście, czy go nie dają. Większość psychologów będzie pewnie mówiła, że summa summarum nie dają [7]. Tylko jak ma w te słowa uwierzyć samotna matka, która wychowuje dziecko z niepełnosprawnością, nie wiąże końca z końcem i co miesiąc od dwudziestego zastanawia się, jak przeżyć? Ona będzie absolutnie przekonana o tym, że gdyby wygrała w totolotka i miała więcej pieniędzy, to jej poziom szczęścia by się podniósł, bo podniósłby się jej poziom komfortu życiowego. I czy tak by się nie stało? Oczywiście, że by się stało. Nie mamy żadnych wątpliwości. Tylko że nie da się w tym kontekście porównać tej samotnej matki, która ledwo wiąże koniec z końcem i dla której większa ilość pieniędzy faktycznie przełożyłaby się na większy komfort życiowy, z osobą, która żyje na całkiem dobrym poziomie, stać ją na to, żeby dwa razy w roku wyjechać na wakacje, i to, czy dostanie podwyżkę, czy nie, prawdopodobnie niewiele zmieni w jej poczuciu szczęśliwego życia. Możemy więc szukać odpowiedzi na pytanie, czy pieniądze mogą coś zmienić w moim życiu, ale nie jesteśmy w stanie tej odpowiedzi generalizować na innych ludzi.

STEFAN KISIELEWSKI MÓWIŁ, ŻE PODOBNO PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ, ALE KAŻDY CHCIAŁBY SIĘ O TYM PRZEKONAĆ NA WŁASNEJ SKÓRZE. ROZUMIEM, ŻE CHODZI NAJPIERW O TO, ŻEBY NASZE PODSTAWOWE POTRZEBY BYŁY ZASPOKOJONE. BO JEŻELI JESTEŚMY GŁODNI, JEST NAM ZIMNO I BRAKUJE NAM DO PIERWSZEGO...

...to trudno dyskutować o wyższych potrzebach. I trudno dyskutować o tym, że więcej pieniędzy nie zwiększyłoby komfortu życia.

A MYŚLISZ, ŻE NA PRZYKŁAD INTERPRETACJA ROZMOWY, KTÓRĄ TU PROWADZIMY, TEŻ ZALEŻY OD TEGO, CZY CZYTELNIK JEST OSOBĄ ZAMOŻNĄ, CZY NIEZAMOŻNĄ? CZY INACZEJ BĘDĄ NAS CZYTALI LUDZIE, KTÓRYM BRAKUJE, A INACZEJ CI, KTÓRZY MAJĄ DUŻO?

Nie wiem, ile to jest dużo. Większość ludzi nie wie! Z moich badań wynika na przykład, że to, czy potrafimy zarządzać pieniędzmi, w ogóle nie jest związane z naszymi dochodami [8]. Oznacza to, że zarówno osoba niezamożna, jak i zamożna może być skrupulatna albo rozrzutna. Natomiast osoby, które obiektywnie mają więcej pieniędzy, w mniejszym stopniu traktują je w sposób symboliczny czy emocjonalny, czyli w mniejszym stopniu podzielają przekonanie o tym, że pieniądze mogą zrobić im coś wyjątkowego w życiu. Osoby, które są mniej zamożne, w większym stopniu żywią takie przekonanie. Przy czym trzeba pamiętać, że to oczywiście nie jest związek stuprocentowy i możemy znaleźć osobę, która będzie bardzo bogata, ale będzie uważała, że dopiero więcej pieniędzy odmieni jej życie, albo osobę niezamożną, która w ogóle do pieniędzy się nie przywiązuje.

A wracając do tego, ile to jest dużo pieniędzy, a ile mało, czyli do tego, jak oceniamy własną sytuację finansową. Moim ulubionym przykładem w tym kontekście jest porównanie niezamożnej emerytki i 40-letniego menedżera z dużej firmy w wielkim mieście. Okazuje się, że przeciętna emerytka, mimo że jej uposażenie nijak nie przystaje do uposażenia tego menedżera, zwykle, po pierwsze, będzie miała proporcjonalnie więcej oszczędności niż on, a po drugie, będzie bardziej zadowolona ze swojego funkcjonowania finansowego.

CZYLI TO ONA BĘDZIE UWAŻAĆ, ŻE MA DUŻO PIENIĘDZY!

Do tego, skąd się bierze ta różnica między emerytką a menedżerem, jeszcze wrócimy, ale chciałabym się w tym miejscu zastanowić, dlaczego osoby zamożne w mniejszym stopniu przywiązują emocjonalną wagę do pieniędzy. Niestety, dość trudno byłoby przeprowadzić badanie, które potrafiłoby jednoznacznie wskazać, który z tych elementów jest przyczyną, a który skutkiem. Kiedy pytam ludzi, ile zarabiają, i daję im do wypełnienia kwestionariusze psychologiczne mierzące ich cechy, mogę stwierdzić, czy i jak te dwa aspekty współistnieją ze sobą. Nie mogę jednak stwierdzić, co jest przyczyną, a co skutkiem, ani czy przypadkiem nie ma innej zmiennej, której nie ujmuję w badaniu, a która wpływa na oba elementy.

Na pytanie o przyczynowość najlepiej mogą odpowiedzieć badania eksperymentalne, czyli takie, w których w jakiś sposób manipuluje się jedną zmienną, żeby sprawdzić, czy to odnosi konkretny skutek. Wyobraź sobie, że gotujesz zupę, próbujesz jej i okazuje się niesmaczna. Możliwe, że postawisz hipotezę, że zupa jest niesmaczna, ponieważ jest za mało słona. Teraz musisz zweryfikować tę hipotezę, wprowadzając manipulację eksperymentalną, czyli pewną zaplanowaną zmianę tego układu. W tym wypadku możesz dosolić zupę. Oczywiście nie chcesz być nierozsądna, więc nie będziesz dosalać całego wielkiego gara, lecz odlejesz trochę zupy do małego garnuszka. To będzie twoja próba eksperymentalna. Reszta zupy, ta w dużym garnku, jest próbą kontrolną. Dosypujesz soli do próby eksperymentalnej, czyli wprowadzasz manipulację zmienną "ilość soli", a następnie dokonujesz pomiaru zmiennej zależnej "czy smaczna", to znaczy po prostu próbujesz, jak smakuje zupa dosolona, a jak ta podstawowa, w której nie wprowadziłaś żadnej zmiany. Jeżeli zauważasz różnicę i ta dosolona zupa jest dużo smaczniejsza, to znaczy, że twoja hipoteza badawcza była poprawna. Potrafisz więc jasno powiedzieć, że przyczyną tego, że zupa stała się smaczniejsza, było dosypanie soli. Oczywiście może się okazać, że po dosoleniu zupa w garnuszku stała się absolutnie niezjadliwa. Wtedy nasza hipoteza byłaby niepoprawna i moglibyśmy postawić kolejną, że zupa była od początku za słona. Potem możemy dalej robić eksperymenty. Ale może być też tak, że po dosypaniu soli nic się nie zmieniło - i jedna, i druga zupa tak samo nam nie smakuje. Wtedy nasza hipoteza również jest niepoprawna, ale w ogóle nie chodzi o sól.

Przykład z zupą to mój ulubiony sposób tłumaczenia studentom, o co chodzi w eksperymentach. To jest w gruncie rzeczy nasz naturalny sposób testowania rzeczywistości. W codziennym życiu często się zdarza, że mamy jakąś obserwację, stawiamy hipotezę i sprawdzamy, co się stanie, jeżeli sytuację zmienimy, czy coś się poprawi, czy nie. W różnych dyscyplinach nauki eksperymenty prowadzi się tak samo: formułujemy hipotezę, która dotyczy stanu rzeczy, następnie w tym stanie rzeczy wydzielamy grupę kontrolną, w której nic nie zmieniamy, i grupę eksperymentalną, w której wprowadzamy zmianę, po czym sprawdzamy, czym ona skutkuje. Zauważ, że tutaj jasno można powiedzieć o skutkach, bo grupa kontrolna i grupa eksperymentalna niczym innym oprócz tej wprowadzonej zmiany się nie różnią.

Problem polega jednak na tym, że nie wszystko możemy badać w ten sposób. Nie dla każdego obszaru, który nas interesuje, da się zaprojektować eksperyment, ponieważ niektórymi zmiennymi nie da się w ogóle manipulować, innymi zaś manipulować jest trudno albo jest to wątpliwe etycznie. Na przykład nie jesteśmy w stanie losowo podzielić ludzi na dwie grupy i spowodować, żeby badani z jednej stali się kobietami, a z drugiej - mężczyznami. W związku z tym nie możemy powiedzieć, że płeć wpływa na coś, bo płcią nie możemy manipulować. Nie możemy manipulować wiekiem ani poziomem wykształcenia, no i trudno byłoby też manipulować dochodem, na to mogą sobie pozwolić jedynie dyktatorzy. Chociaż trzeba przyznać, że czasem obchodzi się ten problem, prowadząc badania w bardzo biednych populacjach, na przykład w wioskach w Indiach czy w Afryce, żeby móc manipulować dochodem za pomocą niewielkich z punktu widzenia zachodniego świata kwot. Jeśli dzienny dochód człowieka w Polsce wynosi na przykład 150 zł, to trudno mi przeprowadzić badanie, w którym mogę uczestnikowi zapłacić taką kwotę - bo mnie jako badaczki na to nie stać. Jeżeli natomiast dzienny dochód mieszkańca Indii wynosi 25 zł, to wychodzi po prostu znacznie taniej.

ROZUMIEM, ŻE TAKIE BADANIA WZBUDZAJĄ WĄTPLIWOŚCI ETYCZNE.

Jeżeli samo badanie jest przygotowane i przeprowadzone w sposób zgodny z zasadą wrażliwości kulturowej i spełnia wymogi etyczne badań z udziałem ludzi, to nie widzę powodów, dla których nie można by go przeprowadzić - dla uczestników to okazja do zarobienia, a dla nas, badaczy, możliwość poszerzenia wiedzy.

Jeżeli nie mamy możliwości manipulowania dochodem w eksperymencie, to możemy prowadzić tak zwane badania podłużne, czyli wielokrotnie zbierać dane od tej samej grupy ludzi, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób w sytuacji, gdy zmienia się dochód danej osoby oraz jej podejście do pieniędzy, jedna zmiana przekłada się na drugą. Takie badania są niejednokrotnie trudniejsze niż badania eksperymentalne, bo trudno utrzymać osoby w badaniu, to znaczy dotrzeć do tych samych osób po upływie roku, dwóch lat lub więcej - a najlepiej byłoby wracać do nich regularnie, tak aby mieć kilka pomiarów, nie zaś tylko dwa.

Wyobraźmy sobie, że udało nam się wykazać taką zależność przyczynowo-skutkową, że im ktoś więcej zarabia, w tym mniejszym stopniu uznaje, że pieniądze mają znaczenie emocjonalne. Co to może oznaczać? Z czego może wynikać? Nie mam tu jednoznacznych odpowiedzi popartych wynikami badań, ale pozwolę sobie pogdybać. Może na przykład ktoś jako student, człowiek dopiero rozpoczynający karierę zawodową, był przekonany, że jeżeli będzie więcej zarabiać, to będzie bardziej szczęśliwy, godny szacunku, będzie miał wyższą samoocenę i w ogóle świat będzie leżał u jego stóp. Potem stopniowo zaczął rzeczywiście więcej zarabiać i przekonał się, że w jego życiu nic się nie zmieniło, w związku z tym zrewidował swoje przekonania i przestał myśleć o pieniądzach, nadając im sens psychologiczny.

A co, jeśli ta zależność jest odwrotna i to dochód jest skutkiem postaw wobec pieniędzy? Może ludzie, którzy przywiązują ogromną psychologiczną wagę do pieniędzy, podejmują różne nieracjonalne decyzje finansowe nakierowane na sygnalizowanie wysokiego statusu, na przykład nadmiernie się zadłużają. Skutkuje to różnymi problemami, nie tylko finansowymi, ale także społecznymi i osobistymi. Bez wątpienia jednak ich obiektywna sytuacja finansowa jest gorsza niż tych, którzy nie mają takiego parcia na to, żeby wszyscy widzieli, jak bardzo są zamożni.

Oczywiście może być jeszcze inaczej - może pewna konstrukcja psychologiczna, którą posiadamy, pewien specyficzny rodzaj osobowości, z jednej strony skutkuje tym, że mamy nieemocjonalne podejście do pieniędzy, a z drugiej tym, że mamy wyższą motywację osiągnięć, na przykład wybieramy określone zawody czy podejmujemy inne zachowania, i dlatego zarabiamy więcej.

Nie wiemy, która z tych trzech hipotez lub potencjalnych odpowiedzi jest właściwa. Ale z całą pewnością jest tak, że ludzie stosunkowo niezamożni najbardziej wierzą w to, że pieniądze mogą zmienić ich życie. I na pewno coś w tym jest.

DLA WIELU OSÓB PIENIĄDZE OZNACZAJĄ NADZIEJĘ NA ZMIANĘ.

Tyle że prawdopodobnie jest to nadzieja bezpodstawna. Popatrz na przykład na zjawisko zwane paradoksem Easterlina [9]. Richard Easterlin zorientował się, że w tzw. badaniach poprzecznych, w których w jednym momencie badano dużą grupę ludzi, występowała dodatnia zależność między poziomem zarobków a poziomem szczęścia: ci, którzy zarabiali więcej, deklarowali, że są bardziej szczęśliwi, a ci o niższych zarobkach deklarowali niższe poczucie szczęścia. Natomiast w badaniach podłużnych okazało się, że zmiany w zarobkach w ogóle nie przekładały się na zmiany w poczuciu szczęścia! Może więc być tak, że zmiany w wysokości zarobków nie przekładają się na zmiany w podejściu do pieniędzy. Albo przekładają się w dużo mniejszym stopniu, niż wynikałoby to z korelacyjnych badań poprzecznych.

SĄ LUDZIE, KTÓRZY MAJĄ DUŻO I SAMI ZAROBILI TE PIENIĄDZE. INNI MAJĄ DUŻO, BO DOSTALI PIENIĄDZE ALBO JE ODZIEDZICZYLI. ZASTANAWIAM SIĘ, CZY NA TO, JAK MY SIĘ Z PIENIĘDZMI CZUJEMY, WPŁYWA TO, SKĄD JE MAMY.

Oczywiście, że tak! Jest wiele świetnych badań na ten temat, pochodzących przede wszystkim z dziedziny na pograniczu psychologii i ekonomii, którą nazywa się często psychologią ekonomiczną albo ekonomią behawioralną. Wiele z nich przeprowadził Richard Thaler, który w 2017 roku dostał zresztą Nagrodę Nobla z ekonomii, a który wprowadził do badań dotyczących zachowań ekonomicznych pojęcie księgowania umysłowego [10, 11]. Pojęcie to oznacza, że ludzie nie zachowują się tak, jakby wszystkie ich pieniądze leżały na jednej kupce. Zwykle zachowują się trochę jak księgowi, którzy rozkładają pieniądze na różne konta i traktują je inaczej w zależności od tego, na którym koncie leżą.

To, z jakim kontem mamy do czynienia, może zależeć od tego, skąd te pieniądze przyszły, albo od tego, na co są przeznaczone. Możemy więc na przykład układać sobie pieniądze w zależności od tego, czy zostały wygrane, zarobione, czy je otrzymaliśmy, czy pochodzą z premii, z fuchy itd., a możemy też rozdzielać je: na rachunki, na jedzenie, na przyjemności, na poczet oszczędności. Rzadko jednak robimy to w sposób formalny.

CZYLI TO JEST TAKA OPERACJA, KTÓREJ NIE DO KOŃCA JESTEŚMY ŚWIADOMI?

Tak, ale tak zwani terapeuci finansowi (w Stanach Zjednoczonych, inaczej niż w Europie, terapia finansowa jest dosyć popularna i ma na celu nakierowanie na dobre nawyki finansowe) doradzają, żeby używać tego w sposób formalny, zachęcają do refleksyjnego księgowania umysłowego. Nasze babcie często robiły przecież coś takiego, nawet nie wiedząc, że wykonują księgowanie umysłowe, gdy dzieliły swoją pensję na poszczególne koperty. My coraz rzadziej posługujemy się gotówką, w związku z tym o kopertach nie ma mowy. Ale na przykład w Norwegii, gdzie ludzie praktycznie nie posługują się już w ogóle gotówką, w zasadzie wszystkie banki dają możliwość darmowego otwierania wielu subkont w ramach jednego konta, zachęcając ludzi do tego, żeby takie księgowanie umysłowe przeprowadzali. Co nam to daje? Przede wszystkim nie tylko subiektywne poczucie kontroli nad pieniędzmi, ale także obiektywnie lepszą kontrolę finansową.

Wracając jednak do pytania, czy ma znaczenie, skąd pieniądze pochodzą. Okazuje się, że ludzie przypisują pieniądze do tych kont mentalnych dużo silniej, niż wynikałoby to z racjonalnego postępowania, i oznaczają je pewną konkretną wartością w zależności od tego, na którym subkoncie leżą [12]. Podam mój ulubiony przykład. Dzisiaj można zalogować się do urzędu skarbowego, żeby zobaczyć, jak wygląda nasze rozliczenie podatkowe. Wyobraźmy sobie, że logujemy się i widzimy, że mamy nadpłatę, czyli że urząd skarbowy zwróci nam pieniądze - całe 1200 zł.

WSPANIALE.

Wyobraźmy sobie, że zaraz będziemy mieć je na koncie. To jest sytuacja A. Sytuacja B jest taka, że przez cały zeszły rok oszczędzaliśmy co miesiąc 100 zł i dzisiaj akurat możemy te pieniądze wypłacić. Wiemy więc, że mamy dodatkowe 1200 zł, które zaraz będą w naszych rękach. Które pieniądze z większym prawdopodobieństwem wydamy na głupstwa, czyli rzeczy, które nie są nam niezbędne do przetrwania? Zwrot podatku czy te, które oszczędzaliśmy przez cały rok?

KIEDY OPISYWAŁAŚ TE SYTUACJE, POCZUŁAM, ŻE PIENIĄDZE Z URZĘDU SKARBOWEGO BYŁABYM SKŁONNA WYDAĆ, JESZCZE ZANIM MI JE WYPŁACĄ.

No właśnie. A pieniądze z oszczędności?

NO NIE, TU NIE BYŁABYM TAKA LEKKOMYŚLNA.

Otóż to, a przecież pieniądze z urzędu skarbowego to są realne oszczędności. To jest nasz co miesiąc nadpłacany nieznacznie podatek, który urząd skarbowy nam zwraca. Niczym to się nie różni, w sensie technicznym, od sytuacji, w której mamy ustawione stałe zlecenie i co miesiąc 100 zł przepływa na konto, którego nie można ruszyć przez 12 miesięcy. Dlaczego więc o tych pieniądzach myślimy inaczej? W naszej głowie te z urzędu skarbowego są oznaczone jako pieniądze, które spadły z nieba, a te oszczędzone jako pieniądze związane z wysiłkiem. A każde pieniądze, które nie są związane z wysiłkiem, to pieniądze, które bez problemu można wydać na przyjemności [13].

Podobne efekty pojawiły się w świetnych badaniach Orit Tykocinski i Thane'a Pittmana [14] dotyczących tego, jak ludzie zachowują się w kwestii spadków. Okazuje się, że traktują je jako oznaczone cechami osoby, po której pieniądze dostali, oczywiście pod warunkiem, że byli z tą osobą blisko. Jeżeli to były pieniądze ze spadku po wujku, którego nie znaliśmy, to mamy do czynienia z typowym house money effect, czyli traktujemy je jak nieoczekiwaną wygraną, podarunek od losu, pieniądze, które spadły z nieba i które można przeputać. Jeżeli zaś pieniądze odziedziczyliśmy po kimś bliskim, to oznaczamy je takimi cechami, jakimi charakteryzowała się ta bliska osoba. Tykocinski i Pittman przeprowadzili na ten temat kilka eksperymentów. W jednym przypadku opisali babcię lub ciocię, po której odziedziczyliśmy pieniądze, jako nauczycielkę, która zawsze dbała, żeby jej rodzina była dobrze wykształcona. Okazało się, że osoby badane chętniej wydawałyby tak pozyskane pieniądze na przykład na książki lub na zapłacenie czesnego niż na rozrywkę. Ale kiedy ta ciocia czy babcia była opisywana jako hippiska, dla której ważne było zaangażowanie w życie muzyczne, wówczas badani zdecydowanie częściej wydawali pieniądze ze spadku na koncert niż na książki, bo z książek babcia byłaby pewnie niezadowolona. I to świetnie pokazuje, że pieniądze, które z ekonomicznego punktu widzenia są neutralne i nieoznaczone, my oznaczamy bardzo silnie i wcale nie traktujemy ich jako neutralnych.

NO TO MAM KOLEJNE PYTANIE DOTYCZĄCE DZIEDZICZENIA. WIADOMO, ŻE PIENIĄDZE, WBREW POZOROM, DOŚĆ NIECHĘTNIE ZMIENIAJĄ WŁAŚCICIELI. KIEDY WŁOSCY EKONOMIŚCI GUGLIELMO BARONE I SAURO MOCETTI [15] PRZEANALIZOWALI FLORENCKIE SPISY PODATNIKÓW Z ROKU 1427 I 2011, OKAZAŁO SIĘ, ŻE NA SZCZYCIE LISTY NAJZAMOŻNIEJSZYCH ZNAJDUJĄ SIĘ WCIĄŻ TE SAME RODZINY. CZY LUDZIE, KTÓRZY OD ZAWSZE MAJĄ PIENIĄDZE, TRAKTUJĄ JE INACZEJ NIŻ CI, KTÓRZY WZBOGACILI SIĘ NIEDAWNO?

Badania na ten temat przeprowadził m.in. Stéphane Côté ze współpracownikami [16]. Wynika z nich, że między tymi dwiema grupami występują duże różnice, dość zgodne zresztą z anegdotycznym myśleniem o nuworyszach i tzw. starych pieniądzach. Ludzie, którzy dopiero niedawno stali się zamożni, mają dużą potrzebę pokazywania tego, że są bogaci, i silnie demonstrują, że wszystko im się należy. Natomiast osoby z old money, choć jeszcze silniej uważają, że "im się należy", to pokazują to w mniejszym stopniu. Nie można jednak nadmiernie generalizować - popatrzmy choćby na Donalda Trumpa, który odziedziczył dosyć dużo pieniędzy po ojcu, ale sposób, w jaki okazuje swoją zamożność, jest teatralny. Jednak to, dlaczego tak robi, jest - jak myślę - tematem na inną opowieść.

KIEDY MÓWIMY O DONALDZIE TRUMPIE, PRZYPOMINA MI SIĘ, ŻE ZYGMUNT FREUD WIĄZAŁ PIENIĄDZE Z OKRESEM ANALNYM W ROZWOJU CZŁOWIEKA.

Nawet nie sam Freud, lecz postfreudyści. Na przykład Otto Fenichel [17], rozwijając teorie Freuda, zastosował je do konkretnych zachowań, takich jak gromadzenie dóbr czy oszczędzanie. Uważał, że pewien rodzaj przyjemności, nazywany analno-retencyjnym, sprawia, że ludzie pragną rzeczy samych w sobie, nie zważając na ich wartość praktyczną. Może to prowadzić do zbieractwa lub nadmiernej oszczędności. Z kolei inny rodzaj przyjemności, ekspulsywny, wiąże się z rozrzutnością i chęcią wydawania pieniędzy. Tym samym - według Fenichela - to, jak dziecko przejdzie trening czystości, będzie miało swoje skutki w postaci zachowań rozrzutnych lub skrupulatnych. Inaczej mówiąc, dziecko, które trening czystości przechodziło wręcz kompulsywnie i za żadną cenę nie chciało się wypróżniać, w przyszłości będzie chciwe i skrupulatne w odniesieniu do pieniędzy. To zaś, którego rodzice luźno podchodzili do treningu czystości, w przyszłości najpewniej będzie rozrzutne. Nie ma oczywiście żadnych podstaw do tego, żeby wiązać trening czystości ze skrupulatnością lub rozrzutnością w dorosłym życiu, można by się jednak zastanowić, dlaczego jedni rodzice machają ręką na to, że dzieci długo latają z pieluchą, a inni stawiają w tym względzie wysokie wymagania. Prawdopodobnie to właśnie ta cecha rodziców ma znaczenie i wpływa na konstrukcję psychiczną młodego człowieka.

POZOSTAJĄC W KRĘGU SKOJARZEŃ Z DONALDEM TRUMPEM, CHCIAŁABYM CI PRZYPOMNIEĆ TAKIE STARE POWIEDZENIE: "GROSZ ZAROBIONY - BŁOGOSŁAWIONY, GROSZ WYGRANY - OD SZATANA DANY".

To inny opis księgowania umysłowego i tak zwanego house money effect [18]. Pieniądze wygrane, z których pozyskaniem nie wiązał się w naszym poczuciu żaden wysiłek, można przepuścić, a więc wydać w sposób ryzykowny. Im więcej wysiłku włożyliśmy w zdobycie pieniędzy, tym więcej mamy potem uważności i ostrożności w ich wydawaniu.

Kilkanaście lat temu przeprowadziliśmy z Tomaszem Zaleśkiewiczem badania, w których sprawdzaliśmy, jakie czynniki wpływają na skłonność do oszczędzania u dzieci z pierwszych klas szkoły podstawowej [19]. Mierzyliśmy m.in. ich poziom inteligencji i wiedzę ekonomiczną, ale mieliśmy też hipotezę dotyczącą wysiłku. Zakładaliśmy, że już dzieci w tym wieku będą chętniej oszczędzać pieniądze, których pozyskanie wiązało się z wysiłkiem. Przez kilka tygodni nasze studentki przychodziły do tych dzieci i dawały im zabawkowe pieniądze. Dzieci wiedziały, że za każdym razem mogą je wydać na mniejszą nagrodę, ale jeżeli tego nie zrobią i uzbierają kilka zabawkowych banknotów, to na koniec będą mogły kupić nagrodę dużo większą niż suma tych kilku małych. Jedna grupa dzieci dostawała banknoty za nic, a druga za robienie przysiadów. Okazało się - tak jak się tego spodziewaliśmy - że dzieci, które robiły przysiady, znacznie częściej oszczędzały zabawkowe banknoty i kupowały sobie większą nagrodę, a te, które dostawały je za nic, były bardziej niecierpliwe i decydowały się na drobne nagrody. Dlaczego? Bo miały poczucie, że te pieniądze spadły im z nieba. A skoro już dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej są wrażliwe na to, że podjęcie wysiłku skutkuje innym podejściem do pieniędzy, to nie możemy być zaskoczeni, że dorośli ludzie postępują w ten sam sposób.

Ale jeszcze ciekawsze jest to, że ludzie mentalnie piorą pieniądze. Możemy zaliczyć do kategorii "wysiłek" pieniądze, które spadły nam z nieba, albo wyłączyć z niej te, które zarobiliśmy w pocie czoła. Wyobraźmy sobie, że oprócz podstawowej pensji za pracę dostałam jeszcze premię. To ode mnie zależy, czy będę oceniała tę premię jako adekwatną do tego, ile się napracowałam, czy raczej uznam ją za dodatkowe, wyjątkowe pieniądze, niezwiązane z włożonym przeze mnie wysiłkiem. Jeżeli otrzymam jakieś dodatkowe pieniądze w postaci gotówki i będę je miała w tej formie, to może pojawić się efekt house money, ale jeżeli wpłacę je na konto, gdzie zmieszają się z tymi z pensji, to już nie będą tak łatwe do wydania.

A PIENIĄDZE ZDOBYTE W NIEUCZCIWY SPOSÓB? CZY JE RÓWNIEŻ POTRAFIMY MENTALNIE WYPRAĆ?

Oczywiście. Arber Tasimi, pochodzący z Albanii psycholog pracujący na Emory University w USA, bada, jak dzieci postrzegają czyste i brudne pieniądze. Prototypem brudnych są te, które dostajesz od osoby niebędącej ich właścicielem. Badania z udziałem dzieci wyglądają na przykład tak, że pokazujemy im historyjkę, w której jedna postać chowa sobie pieniądze do szuflady, a potem inna wyciąga je i usiłuje nam je dać. Dla dzieci jest oczywiste, że ta druga postępuje nieuczciwie [20, 21].

Jeżeli znajdziesz pieniądze na ulicy, to one nie muszą być brudne, ale jeżeli widzisz, jak komuś wypada portfel, a ty go podniesiesz, to pieniądze w portfelu są brudne. Jeżeli wiesz, kto je zgubił, to zabierając je, stajesz się złodziejem - nawet jeśli nikt tego nie widział albo gdy właściciel nie jest świadomy, że ukradziono mu pieniądze. Już kilkuletnie dzieci niechodzące jeszcze do szkoły rozpoznają takie pieniądze jako nieczyste i są mniej skłonne przyjąć je od złodzieja niż od prawowitego właściciela. Co więcej, negatywnie oceniają i złodzieja, i ukradzione pieniądze.

Eric Uhlmann i Luke Zhu [22] pokazali natomiast, że w niektórych przypadkach pieniądze mogą stracić swoją "moralną historię", to znaczy nie będą już postrzegane jako brudne czy ukradzione. Na przykład skradzione banknoty, które zostały wpłacone do banku, wydawały się tracić część swojej pierwotnej istoty i nie były już tak silnie kojarzone z poprzednimi właścicielami - a więc pieniądze te przestawały być skradzione. Podobnie, jeśli jeden z takich banknotów był wymieniony na inny o identycznym nominale, to badani uważali, że stracił swoją historię, nie musi więc być zwracany prawowitemu właścicielowi.

MÓWISZ O GOTÓWCE, ALE CORAZ CZĘŚCIEJ ZAMIAST NIEJ UŻYWAMY KART ALBO W INNY SPOSÓB PŁACIMY ELEKTRONICZNIE. PAMIĘTAM BADANIA, Z KTÓRYCH WYNIKAŁO, ŻE KIEDY WYDAJEMY GOTÓWKĘ, ODCZUWAMY BÓL, NATOMIAST PRZY PŁATNOŚCIACH ELEKTRONICZNYCH NIE CZUJEMY ŻADNEGO DYSKOMFORTU.

Badanie, o którym mówisz, dotyczyło efektu pain of paying, czyli bólu płacenia [23]. Rzeczywiście, porównywano w nim wydawanie gotówki z wydawaniem pieniędzy znajdujących się na karcie kredytowej. Między ty- mi postaciami pieniędzy mamy nie jedną, lecz dwie różnice. Pierwsza to różnica formy: z jednej strony pieniądze w gotówce, które widać i z którymi mamy fizyczny kontakt, z drugiej strony pieniądze na karcie, których zupełnie nie widać i z którymi żadnego kontaktu nie mamy. Druga różnica dotyczy posiadania: wydając gotówkę, rozstajemy się z pieniędzmi, które mamy, z kolei płacąc kartą kredytową, wydajemy takie, których wcale nie mamy. Badania te były później replikowane na rozmaite sposoby, również z kartami debetowymi, i różnice są podobne, choć nie aż tak silne jak między gotówką a kartami kredytowymi [24, 25]. Mniej nas uwiera płacenie kartą czy w inny bezgotówkowy sposób niż płacenie gotówką - tym samym trudniej wtedy o samokontrolę. Trzeba jednak dodać, że w przypadku gotówki duże znaczenie ma jej nominał. Jeżeli mamy duże nominały, to wydaje się je zdecydowanie trudniej. Drobnych pozbywamy się z większą łatwością [26].

To również przeczy teorii ekonomicznej, zgodnie z którą pieniądze są uniwersalne i nieoznaczone [27]. Uniwersalne w tym sensie, że każdy dolar jest taki sam jak inny dolar i każdy złoty jest taki sam jak inny złoty. Nieoznaczone, czyli to, skąd pieniądze przyszły i na co planujemy je przeznaczyć, nie ma znaczenia. Uniwersalność pieniędzy odnosi się także do ich formy. Z ekonomicznego punktu widzenia żadnej roli nie odgrywa ani nominał, ani to, czy pieniądze mają formę gotówkową, czy bezgotówkową. Jednak w rzeczywistości dla naszych decyzji ekonomicznych znaczenie ma zarówno nominał: im mniejsze nominały, tym bardziej pieniądze wychodzą nam z portfela, jak i forma. Im bliższe są nam pieniądze fizycznie, tym większą samokontrolę jesteśmy w stanie zachować [23-25, 28].

CZYTAŁAM KIEDYŚ, ŻE ŁATWIEJ PRZYCHODZI LUDZIOM UKRAŚĆ CZYJĄŚ KSIĄŻKĘ ALBO CZYJŚ DŁUGOPIS NIŻ PIENIĄDZE. TO TEŻ POTWIERDZA, ŻE PIENIĄDZE MAJĄ WYJĄTKOWE ZNACZENIE JAKO PRZEDMIOT.

Tak, podobnie jak łatwiej zaakceptować i wybaczyć komuś, że ukradł jakąś rzecz, niż że ukradł pieniądze [29]. Jeżeli ktoś ukradnie ze sklepu dwa złote, to traktujemy to jako większą transgresję moralną, niż gdy ukradnie bułkę. Kiedy skseruję w pracy książkę dla dziecka, u większości osób nie wzbudzi to sprzeciwu moralnego, ale jeżeli wyciągnęłabym z kasy pieniądze i poszła zapłacić za to ksero, zostałoby to potraktowane jako czyn niemoralny. Z czego to wynika? Najprawdopodobniej z tego, że istnieje dużo mniejszy dystans psychologiczny między rzeczami a potrzebami niż między pieniędzmi a potrzebami. Czyli jeżeli ktoś kradnie bułkę, to jesteśmy w stanie jasno powiedzieć, dlaczego to zrobił, przyjąć, że był głodny. Nie mamy wątpliwości, że ta bułka była potrzebna, żeby zaspokoić konkretną potrzebę. Jeżeli natomiast ktoś ukradnie dwa złote, to nie jesteśmy w stanie jednoznacznie powiedzieć, dlaczego to zrobił. To jest jeden powód, ale istnieje też drugi, który przesądza o tym, że w większości kontekstów - choć nie zawsze - pieniądze są wartościowane wyżej niż rzeczy.

Jeżeli mam 100 zł, to z ekonomicznego punktu widzenia te pieniądze są dla mnie warte tyle, ile rzeczy, które mogę za nie kupić. Z tym że dopóki tych 100 zł nie wydam, to są warte tyle, ile wszystkie rzeczy, które mogę za nie kupić, czyli równocześnie dwie książki, 5 0 bułek, 1 0 butelek coli, itd., itd. Te wszystkie rzeczy w naszej głowie się sumują! Co jest oczywiście kompletnie nieracjonalne, bo jeżeli pieniądze wydamy na pierwszy obiekt, to nie kupimy za nie drugiego, ale dopóki ich nie wydamy, mamy możliwość wyboru i to ona podbija wartość pieniędzy.

Niejednokrotnie pieniądze mają dla nas dużo większą wartość niż rzeczy, bo za ich pomocą możemy zaspokajać cały wachlarz potrzeb. Ale jest jedna sytuacja, w której dzieje się odwrotnie. To są prezenty. Prezent w postaci rzeczy jest dla nas bardziej wartościowy niż prezent w postaci dokładnie tej samej kwoty. Z badań Paula Webleya, Stephena Lei i Renaty Portalskiej [30] wynika, że pieniądze same w sobie nie są zbyt akceptowanym prezentem. Jeżeli jednak już się nimi posługujemy, to wartość prezentu w postaci gotówki musi być wyższa niż wartość podarowanego przedmiotu, żebyśmy oba podarki ocenili jako warte tyle samo [31, 32]. Dlaczego? Bo prezent w postaci pieniędzy jest łatwy, a dając komuś jakiś przedmiot, dajemy też czas, energię i zaangażowanie, które trzeba było włożyć w to, żeby prezent wymyślić i pozyskać.

Z drugiej strony, kiedy pyta się prezentobiorców, co woleliby dostać, okazuje się, że zdecydowanie częściej wybierają gotówkę. Dlaczego? Bo prezentodawcy często dają prezenty sobie, a nie drugiej osobie, czyli mają na tyle mały wgląd w to, co druga osoba chciałaby dostać, czego potrzebuje, co ją ucieszy, że kierują się raczej preferencjami swoimi niż obdarowywanej osoby [32]. Dlatego właśnie duża część prezentów jest po prostu nietrafiona.

CHCIAŁABYM WRÓCIĆ DO TEGO, DLACZEGO TAK TRUDNO NAM ROZMAWIAĆ O PIENIĄDZACH. Z RAPORTU HAJS MUSI SIĘ ZGADZAĆ. ROZMOWY POLAKÓW O PIENIĄDZACH [33], PRZYGOTOWANEGO W 2020 ROKU, DOWIADUJEMY SIĘ, ŻE 21% OSÓB NIE CZUJE SIĘ KOMFORTOWO, ROZMAWIAJĄC Z PARTNEREM O SWOICH ZAROBKACH.

A przecież od takiej rozmowy zależy nasze bezpieczeństwo finansowe, nasza przyszłość, możliwość spędzania wolnego czasu w taki sposób, w jaki chcielibyśmy go spędzać. Mnie by interesowało to, co to są za osoby, czym się różnią od pozostałych 79%. Niestety, w raportach marketingowych nie ma takich informacji. Postawiłabym jednak tezę, że ci, którzy czują się niekomfortowo, to najprawdopodobniej osoby, które zarabiają mniej od partnera czy partnerki i na przykład wstydzą się tego. Ten problem zdecydowanie częściej mają mężczyźni niż kobiety. No ale to nie znaczy, że u kobiet takie myślenie nie może się pojawić.

Zwróciłabym uwagę na coś jeszcze. Jeżeli partnerzy nie wiedzą, ile zarabiają, to jakim cudem mogą racjonalnie planować domowy budżet? Jeżeli nie wiemy, jak go w ogóle tworzymy, bo nigdy o tym nie mówiliśmy? Często wynika to z tego, że partnerzy obawiają się, że jeżeli zaczną rozmawiać o pieniądzach, to wywołają wrażenie, że dążą do konfrontacji i kłótni, na przykład dlatego, że w ich rodzinnym domu rozmowy o pieniądzach zawsze tak właśnie się kończyły. Albo że taka rozmowa będzie zmierzała prosto w kierunku formułowania zarzutów: za mało zarabiasz, źle wydajesz itd. Może być i tak, że jedna osoba ma nieuświadomione przekonanie o emocjonalnym znaczeniu pieniędzy i uważa, że rozmowa o pieniądzach zawsze musi prowadzić do problemów, druga natomiast chce po prostu rozmawiać, żeby pieniędzmi racjonalnie zarządzać, i nie widzi w tym ładunku emocjonalnego. Jeżeli nie porozumieją się w sprawie swoich motywów, to brak komunikacji zawsze będzie ze szkodą dla obydwu osób.

PIENIĄDZE TO JEST JEDNA Z TYCH RZECZY, O KTÓRE SIĘ NAJCZĘŚCIEJ KŁÓCIMY W ZWIĄZKACH. SŁUCHAJĄC CIĘ, POMYŚLAŁAM, ŻE TO DLATEGO, ŻE W SZCZEGÓLNY SPOSÓB SPLATAJĄ SIĘ ZE SOBĄ TE DWA PODEJŚCIA DO PIENIĘDZY: INSTRUMENTALNE I EMOCJONALNE. POWSTAJE WĘZEŁEK I TRZEBA WYSIŁKU OBU STRON, ŻEBY POROZPLĄTYWAĆ TE WSZYSTKIE EMOCJONALNE NITECZKI, KTÓRE TAM SĄ POUKRYWANE, I WYJŚĆ NA POZIOM RACJONALNOŚCI.

Tak o tym myślę, że jeżeli najpierw nie zidentyfikujemy, a potem nie rozwiążemy kwestii emocjonalnych związanych z pieniędzmi, to trudno nam będzie przejść do poziomu instrumentalnego. W zasadzie wydawałoby się - i to pokazują też moje badania [8, 34, 35] - że te dwa aspekty są do pewnego stopnia niezależne od siebie. Ale ze względu na to, że aspekt symboliczny wywołuje tak dużo napięć i łączy się zwykle z trudnymi emocjami, nie da się rozmawiać o pieniądzach w sposób konstruktywny, jeżeli jesteśmy przekonani, że ta rozmowa będzie przede wszystkim emocjonalna.

Z BADAŃ, NA KTÓRE JUŻ SIĘ POWOŁYWAŁAM, WYNIKA, ŻE AŻ 40% OSÓB NIE CZUŁOBY SIĘ KOMFORTOWO, ROZMAWIAJĄC W SZERSZYM GRONIE RODZINNYM O TYM, ILE DOKŁADNIE ZARABIAJĄ, I ŻE JEST TO TRUDNIEJSZE DLA KOBIET NIŻ DLA MĘŻCZYZN.

Będziemy jeszcze o tym rozmawiać, ale myślę, że to cały czas wynika z tego, że pieniądze są powiązane z samooceną [36, 37]. Skoro mówimy, że mogą być miernikiem przeróżnych rzeczy, których raczej nie da się ze sobą porównać, to w wielu sytuacjach są właśnie miernikiem samooceny, silniejszym u mężczyzn niż u kobiet. Jeśli mężczyzna jest zadowolony z wysokości swoich zarobków, to jest bardziej prawdopodobne, że sam zainicjuje rozmowę na ten temat, ponieważ dla niego to jest dużo istotniejsza informacja niż dla przeciętnej kobiety. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma kobiet, dla których jest to ważne, ani mężczyzn, dla których to w ogóle nie jest ważne. Chodzi o to, że kobiety często budują swoją samoocenę na innych podstawach niż pozycja zawodowa i wysokość dochodów, podczas gdy dla mężczyzn te składniki są dużo ważniejszym elementem tożsamości. W tym kontekście nie zaskakuje mnie, że mężczyźni chętniej niż kobiety podejmują taką rozmowę. Dla nich - w większym stopniu niż dla kobiet - jest to po prostu sposób na pochwalenie się sobą.

A MYŚLISZ, ŻE TO SIĘ ZMIENIA? TRAFIŁAM NA BADANIA FIRMY KLARNA Z 2023 ROKU, Z KTÓRYCH WYNIKA, ŻE ZETKI, CZYLI DZISIEJSI PÓŹNI NASTOLATKOWIE I MŁODZI DOROŚLI, CHĘTNIEJ NIŻ INNE GRUPY WIEKOWE DEKLARUJĄ, ŻE REGULARNIE ANGAŻUJĄ SIĘ W ROZMOWY O PIENIĄDZACH ZE SWOIMI BLISKIMI. MOŻNA OCZYWIŚCIE ZAŻARTOWAĆ, ŻE TO DLATEGO, ŻE PROSZĄ RODZICÓW O PIENIĄDZE.

Ten wynik jest dla mnie zaskoczeniem, ale myślę, że warto wspomnieć o tym, jak czytać różne badania społeczne. To, że ktoś deklaruje, że coś robi, nie musi mieć wiele wspólnego z tym, czy rzeczywiście to robi. Może być tak, że zetki deklarują, że rozmawiają z bliskimi o pieniądzach, bo tak to pamiętają. Bo na przykład rozmowa o pieniądzach jest dla nich na tyle ważna, że mają ją dostępną w głowie, ale to wcale nie znaczy, że ich rodzice, będąc w ich wieku, nie rozmawiali ze swoimi rodzicami o pieniądzach.

Ale może być też dokładnie w drugą stronę. Pokolenie dzisiejszych późnych nastolatków czy młodych dorosłych, o którym powiedziałaś, to moi studenci. Jestem pozytywnie zdziwiona olbrzymią różnicą pokoleniową między nimi a studentami sprzed dziesięciu lat: chodzi o samoświadomość, skłonność do autorefleksji, czyli refleksji na temat własnego funkcjonowania psychologicznego i własnych potrzeb. Dlaczego zetki mają tę umiejętność? Prawdopodobnie dlatego, że pokolenie ich rodziców, dzisiejszych 40-, 50-latków, ma dużo większą świadomość psychologiczną i w związku z tym ci rodzice wychowują dzieci w zupełnie inny sposób, niż sami byli wychowywani. Może więc zetki deklarują wysoki poziom rozmawiania o pieniądzach w rodzinie nie dlatego, że te rozmowy są przez nich inicjowane, tylko dlatego, że ich rodzice mają większy poziom świadomości dotyczącej tego, jak wychowywać swoje dzieci, również w obszarze finansowym, i na przykład włączają je w podejmowanie decyzji dotyczących zarządzania domowym budżetem. Chciałabym wierzyć, że to właśnie w ten sposób się odbywa.

NAKREŚLIŁAŚ DOŚĆ OPTYMISTYCZNĄ WIZJĘ.

Myślę, że my po prostu staliśmy się pod tym względem bardzo spolaryzowanym społeczeństwem, bo jeżeli wrzucimy wszystkich Polaków do jednego worka, to się dowiemy, że mamy niewielką wiedzę ekonomiczną, że nie oszczędzamy, że na pewno będziemy mieli problemy finansowe na emeryturze, bo nie mamy na to zagwarantowanych funduszy, itd. Ale nasze społeczeństwo, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę osoby w wieku średnim, jest pod tym względem mocno spolaryzowane. Mamy dużą grupę osób, która jest na poziomie zerowym, jeżeli chodzi o to wszystko, ale mamy też stosunkowo dużą grupę osób dobrze wykształconych, z dużą świadomością psychologiczną, a jednocześnie dużą świadomością praktyczną, która to grupa w tym momencie odpowiednio steruje swoim życiem [38].

SKORO JUŻ MÓWIMY O KŁOPOTACH POLAKÓW Z OSZCZĘDZANIEM I ZARZĄDZANIEM PIENIĘDZMI, TO WRZUCĘ GARŚĆ DANYCH, KTÓRE WYSZPERAŁAM. WEDŁUG RAPORTU PODEJŚCIE MŁODYCH POLAKÓW DO PIENIĘDZY KRAJOWEGO REJESTRU DŁUGÓW Z 2023 ROKU 30% BADANYCH OBSERWUJE, ŻE PIENIĄDZE SIĘ ICH NIE TRZYMAJĄ, A 22% PRZYZNAJE, ŻE WYDAJE WIĘCEJ NA PRZYJEMNOŚCI NIŻ NA SPEŁNIANIE PODSTAWOWYCH POTRZEB. OCZYWIŚCIE 70% RESPONDENTÓW UWAŻA, ŻE WARTO OSZCZĘDZAĆ, ALE TYLKO 46% MÓWI, ŻE TO ROBI.

To jest bardzo optymistyczny wynik, te 46%. Istotne jednak, co to są za oszczędności i jak długo dałoby się dzięki nim przeżyć w sytuacji jakiegoś kryzysu.

Z BADAŃ FUNDACJI THINK!, KTÓRA OD WIELU LAT RAZEM Z FUNDACJĄ IM. KRONENBERGA ANALIZUJE POSTAWY POLAKÓW WOBEC PIENIĘDZY...

Oryginalnie to nawet były badania dotyczące postawy Polaków wobec oszczędzania.

TAK, Z ICH RAPORTU WYNIKA, ŻE 30% BADANYCH OKREŚLA SWOJĄ SYTUACJĘ FINANSOWĄ JAKO STABILNĄ, ALE TYLKO CO PIĄTY BADANY CZUJE SIĘ BEZPIECZNY FINANSOWO.

O ile poziom dochodów ma zwykle rozkład silnie prawoskośny, co oznacza, że zdecydowana większość ludzi w społeczeństwie zarabia mniej od średniej, a tylko niewiele osób zarabia więcej od średniej, o tyle rozkład takiej zmiennej jak satysfakcja finansowa jest normalny, czyli bardziej symetryczny. Najwięcej jest osób, które sytuują się w okolicach środka. Wynika to po pierwsze z tego, jak ta zmienna psychologiczna funkcjonuje w naszej głowie, ale po drugie także z tego, jak my to mierzymy, a więc z praw statystyki, które powodują, że zmienne mierzone jako średnia z wielu pytań zwykle mają rozkład normalny, a co za tym idzie - w kategorie skrajne wpada mało osób.

Ale warto się zastanowić, jaka jest różnica między naszym obiektywnym statusem socjoekonomicznym, czyli tym, ile mamy obiektywnie, a naszym subiektywnym statusem socjoekonomicznym. I tu znowu wracamy do przykładu z emerytką i 40-letnim menedżerem. Ekonomiści mówią, że poczucie szczęścia w ogóle, a więc także poczucie szczęścia w kontekście pieniędzy, można by opisać prostym wzorem: osiągnięcia podzielone przez aspiracje [39]. Czyli w sytuacji, gdy nasze aspiracje się nie zmieniają, to im wyższe mamy osiągnięcia, tym bardziej jesteśmy zadowoleni. Jeżeli nawet nasze osiągnięcia są niskie, ale mamy też niskie aspiracje, tak jak ta nasza emerytka, to możemy być bardzo ze swojej sytuacji zadowoleni. Jeśli jednak nasze aspiracje są bardzo wysokie albo rosną, to będziemy mniej zadowoleni, nawet jeśli zarabiamy sporo.

Dochodzimy do prostego wniosku, że ocena naszej sytuacji finansowej nie jest i nie może być zależna wyłącznie od tego, ile zarabiamy - i to też pokazują moje badania [34, 35]. Przede wszystkim dlatego, że mamy różne aspiracje i różną konstrukcję psychologiczną.

A JAK OCENIASZ NASZĄ WIEDZĘ EKONOMICZNĄ? KIEDY PRZED LATY PROF. DOMINIKA MAISON ZADAŁA POLAKOM 20 PYTAŃ Z EKONOMII [38], ODPOWIEDZIELIŚMY POPRAWNIE NA ZALEDWIE 9 Z NICH. A PYTANIA DOTYCZYŁY NA PRZYKŁAD TEGO, CZY KARTA DEBETOWA DZIAŁA TAK SAMO JAK KREDYTOWA. MYŚLISZ, ŻE TERAZ JEST LEPIEJ?

Nie ma podstaw, żeby uważać, że cokolwiek się zmieniło. Mam przed sobą badania Eurobarometru, przeprowadzone na zlecenie Komisji Europejskiej i dotyczące tego, co się nazywa po angielsku financial literacy. Po polsku tłumaczy się to jako wiedza ekonomiczna, ale nie chodzi o wiedzę książkową, lecz o umiejętności poruszania się na rynku. Najpopularniejszy test do pomiaru financial literacy, wykorzystany także właśnie w tych badaniach, został stworzony przez amerykańską ekonomistkę włoskiego pochodzenia Annamarię Lusardi [40]. Są tam na przykład takie pytania: wyobraź sobie, że wpłacasz 10 dolarów na konto oszczędnościowe z oprocentowaniem w wysokości 5% rocznie. Ile pieniędzy będziesz miał za pięć lat? Badani mają do wyboru kilka odpowiedzi. Albo inne pytanie: jeśli wzrośnie rynkowa stopa procentowa, to co się stanie (na ogół) z ceną obligacji? Zwykle w pytaniach są trzy odpowiedzi merytoryczne i czwarta "nie wiem". No i niestety zdarza się, że ludzie odpowiadają na te pytania w zupełnie absurdalny sposób.

Jeśli chodzi o Polskę, to tylko 3% badanych odpowiedziało poprawnie na wszystkie pięć pytań, natomiast 6% nie odpowiedziało poprawnie na żadne. Najlepiej poszło mieszkańcom Niemiec, Danii, Holandii i Estonii - tam ponad 10% osób badanych odpowiedziało na wszystkie pytania. To jest bardzo, bardzo wysoki wynik. My jesteśmy na poziomie Rumunii, Chorwacji, Hiszpanii i Portugalii. Średnio odpowiedzieliśmy na 2,5 pytania z tych 5. To jednoznacznie pokazuje, że od badań Dominiki Maison, ogólnie rzecz biorąc, nic się nie zmieniło. Mówiąc językiem szkolnym, jeżeli zaliczenie jest od 50% plus 1 punkt, to niestety większość z nas tego zaliczenia nie dostała.

A TA WIEDZA POMOGŁABY NAM W RADZENIU SOBIE Z PIENIĘDZMI?

Myślę, że tak. Na przykład umiejętność wyliczenia procentu składanego daje możliwość wglądu w to, co tak naprawdę oznacza kredyt i jakie będzie miał dla nas konsekwencje w przyszłości. Okazuje się, że ludzie, którzy uzyskują wyższe wyniki w takich testach, częściej mają oszczędności, więc są lepiej zabezpieczeni na niesprzyjające okoliczności i rzadziej zaciągają złe kredyty. Są w stanie nie tylko odkładać, ale i regularnie inwestować choćby niewielką część dochodów [41, 42].

PRZYPOMINA MI SIĘ HISTORIA PIRAMIDY MADOFFA, WIELKIEGO OSZUSTWA FINANSOWEGO WYKRYTEGO W 2008 ROKU. BERNIEMU MADOFFOWI PIENIĄDZE POWIERZALI SPECJALIŚCI OD ZARZĄDZANIA FUNDUSZAMI BANKÓW I EUROPEJSKICH RODZIN KRÓLEWSKICH. WIERZYLI, ŻE ON NIGDY NIE TRACI, CHOĆ WIEDZIELI I UCZYLI INNYCH, ŻE TO NIEMOŻLIWE

Nie jest dla mnie zaskakujące, że osoby, które w pracy zawodowej nie podjęłyby jakiejś decyzji, jako osoby prywatne uwierzyły Madoffowi i jego obietnicom. Myślę, że to jest taka historia, w której znowu mocno splatają się te dwa elementy, czyli perspektywa instrumentalna i perspektywa emocjonalna. Wiele badań pokazuje, że podejmujemy bardziej racjonalne decyzje, także dotyczące wydawania czy inwestowania pieniędzy, kiedy robimy to w imieniu kogoś innego, niż gdy robimy to dla siebie [43-45]. Kiedy podejmujemy decyzję w imieniu innej osoby, jesteśmy w stanie zachować większy dystans psychologiczny, a skoro oddalamy się od opcji, które mamy do wyboru, to potrafimy ocenić je w bardziej adekwatny sposób. Kiedy podejmujemy decyzję w swoim imieniu, zazwyczaj od samego początku którąś z opcji preferujemy i raczej będziemy dobierać argumenty tak, żeby to ona faktycznie zwyciężyła, niż w sposób obiektywny porównywać dostępne opcje. Ludzie do pewnego stopnia mogą zdawać sobie z tego sprawę i to może skłaniać ich do zwracania się o pomoc do ekspertów, którzy powinni przecież mieć większą wiedzę i doświadczenie w zakresie finansów.

Zwracanie się do ekspertów w kwestii podejmowania decyzji finansowych może być podyktowane jednak czymś więcej niż tylko potrzebą zapewnienia sobie dobrych decyzji. Dotychczasowe badania sugerują, że korzystanie z porad może być pomocne w radzeniu sobie z emocjami takimi jak żal, ale również w ochronie przed doświadczeniem dysonansu poznawczego [46]. Gdy myślimy o tym, co się stanie, kiedy stracimy na naszej inwestycji, odczuwamy emocję, którą można nazwać antycypowanym - czyli przewidywanym - żalem. Co by się jednak stało, gdybyśmy zamiast decydować samodzielnie, skonsultowali swoje wybory z niezależnym doradcą? Czy nadal odczuwalibyśmy żal, dowiedziawszy się, że nasze decyzje okazały się niekorzystne, i czy obwinialibyśmy siebie za popełniony błąd? W takiej sytuacji moglibyśmy poczuć się usprawiedliwieni, że przecież decyzja była zgodna z rekomendacją eksperta, i zamiast żalu, czyli emocji skierowanej ku samemu sobie jako decydentowi, moglibyśmy odczuć gniew, czyli emocję skierowaną ku ekspertowi. Oznacza to, że ludzie mogą czasami konsultować się z ekspertami, aby zdjąć z siebie odpowiedzialność za spodziewane złe wyniki podejmowanych decyzji i aby chronić się przed uczuciami, które mogą szkodzić ich poczuciu własnej wartości [47].

Poza tym w takiej sytuacji często działa nierealistyczny optymizm, a więc przecenianie szansy na sukces oraz przekonanie, że skoro chcę, żeby coś się wydarzyło, to się z całą pewnością wydarzy [48, 49]. Nie trzeba się nawet odwoływać do Madoffa, takich sytuacji na polskim rynku mieliśmy tysiące. Jakim cudem moja zdolność kredytowa nagle wzrastała o 30% tylko dlatego, że kredyt był udzielony we frankach szwajcarskich, a nie w złotych? Kiedy teraz o tym myślimy, wydaje się to nieracjonalne.

MÓWISZ, CO CIĘ NIE ZASKOCZYŁO. A CO ZASKOCZYŁO CIĘ NAJBARDZIEJ, OD KIEDY BADASZ SYMBOLICZNY I EMOCJONALNY WYMIAR PIENIĘDZY?

Myślę, że to, jak wcześnie ludzie rozumieją symboliczne znaczenie pieniędzy, to znaczy jak wcześnie rozumieją je dzieci. Oczywiście to nie jest tak, że one rozumieją to symboliczne, emocjonalne znaczenie tak samo jak ludzie dorośli, raczej konstruują je na swój własny sposób. Jako badaczka długo myślałam - podobnie jak zakładają to teorie i badania dotyczące socjalizacji ekonomicznej - że ekonomiczne znaczenie pieniędzy jest podstawowe. Oznacza to, że musimy najpierw nauczyć się posługiwać pieniędzmi w transakcjach, żeby rozumieć, jak funkcjonują one jako symbol kulturowy czy psychologiczny. Chcieliśmy sprawdzić, czy tak faktycznie jest, i zaczęliśmy prowadzić badania z udziałem dzieci, najpierw wczesnoszkolnych, potem w wieku przedszkolnym, a na końcu - z maluszkami, trzylatkami [50, 51]. W badaniach tych okazało się, że wcale nie musimy umieć liczyć i w zupełności wystarczy, żebyśmy posługiwali się "pieniążkami", a nie pieniędzmi, żeby już wiedzieć, o co z nimi chodzi. To, jak wcześnie pojawia się u dzieci takie naiwne rozumienie psychologicznej natury pieniędzy, było dla nas szokujące.

CZĘSTO SIĘ MÓWI, ŻE WARTO ZASTANOWIĆ SIĘ, CO PIENIĄDZE Z NAMI ROBIĄ. ALE WCALE NIEŁATWO TO ZAUWAŻYĆ.

Ja bym to stwierdzenie odwróciła: warto zastanowić się, co my robimy z pieniędzmi, i w kontekście instrumentalnym, i emocjonalnym. Myślę, że to jest bardziej adekwatne sformułowanie, bo stawia nas na pozycji aktywnie działającego podmiotu, a nie bezwolnej jednostki, która nie ma wpływu na to, jak będzie funkcjonowała. Pieniądze są szkłem powiększającym, soczewką, przez którą widać nasze wartości, nasze postrzeganie rzeczywistości, nasze relacje z innymi ludźmi. To my sami pozwalamy pieniądzom robić pewne rzeczy.

Pieniądze, zarówno w sensie ekonomicznym, jak i symbolicznym, mają taką wartość, jaką im nadamy. Czy papierek albo krążek metalu faktycznie ma wartość, która jest na nim zapisana? Nie. To my ją mu nadaliśmy. I tak samo jest z psychologicznego punktu widzenia. Pieniądze mogą nam zrobić tylko to, na co im pozwolimy.

1 Numery w nawiasach kwadratowych odsyłają do Bibliografii, umieszczonej na końcu książki i uporządkowanej zgodnie z kolejnością cytowania.

ROZMOWA 2:Co to są pieniądze, czyli o narkotykach i narzędziach

ZARAZ PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE WYSŁALI Z BERLINA DO DOMU 11 MILIONÓW DOLARÓW WIĘCEJ, NIŻ WYNOSIŁ ICH ŻOŁD. MOGLI TO ZROBIĆ, BO AMERYKAŃSKIE PAPIEROSY, KTÓRE MIELI, BYŁY W NIEMCZECH ZNAKOMITYM ŚRODKIEM PŁATNICZYM. WCZEŚNIEJ W HISTORII LUDZKOŚCI DO PŁACENIA UŻYWANO ZIARNA KAKAOWEGO, PIÓR RZADKICH PTAKÓW, ZŁOTEGO PROSZKU, BRYŁEK SOLI, TYTONIU, SKÓREK ZWIERZĘCYCH, PŁATKÓW LNIANYCH, MUSZELEK...

A nawet masła i szczurów. Masłem płacono w krajach na północy, co nie jest zaskakujące, bo, żartobliwie mówiąc, na południu masło ma duży współczynnik inflacji, czyli po prostu łatwo się psuje.

Co do zasady funkcje pieniądza potencjalnie może pełnić wszystko, co jest z jednej strony pożądane, a z drugiej - dostępne w ograniczonym zakresie. Najpierw jednak trzeba by się zastanowić, jakie są funkcje pieniędzy, żeby móc orzec, co spełnia je lepiej, a co gorzej. Ekonomiści mówią zwykle o trzech takich podstawowych funkcjach [27, 52]. Po pierwsze, pieniądze są środkiem płatniczym, czyli przyjmuje się je w zamian za towary lub usługi - służą więc do wymiany ekonomicznej. Po drugie, są środkiem przechowywania wartości, co oznacza, że jeśli zamienimy jakiś produkt na pieniądze, to wraz z upływem czasu powinny one tracić na wartości mniej niż ten produkt. W odniesieniu do pewnych produktów, na przykład żywnościowych, to oczywiste, że pieniądze lepiej przechowują wartość, w odniesieniu do innych - takich jak dzieła sztuki - można by dyskutować, czy pieniądze faktycznie lepiej się do tego nadają. Po trzecie zaś, pieniądze są jednostką obliczeniową albo inaczej miernikiem wartości, czyli powinny pozwolić wyrazić w liczbach kompletnie odmienne obiekty - a dokładniej ich wartość - i dzięki temu umożliwiać porównanie na przykład wiedzy z kotletem [27, 52].

ALE WŁAŚCIWIE KIEDY I PO CO POJAWIŁY SIĘ PIENIĄDZE? PRZECIEŻ MOŻNA SIĘ PO PROSTU WYMIENIAĆ TOWARAMI, MOŻNA WYMIENIAĆ WINO ZA ZBOŻE, JAK PISZE ARYSTOTELES W PIERWSZYCH USTĘPACH POLITYKI.

Można, ale żeby wymiana barterowa, czyli wymiana "towar za towar", doszła do skutku, musi, po pierwsze, zaistnieć tak zwana obustronna zbieżność oczekiwań. Jeżeli jeden sprzedający ma zboże, a drugi ma wino, to żeby się wymienili, muszą wzajemnie potrzebować swoich towarów. Czyli zarówno ten, który ma wino, musi potrzebować zboża, jak i ten drugi, mający zboże, musi potrzebować wina. Jeżeli ta zbieżność oczekiwań nie wystąpi, to do wymiany nie dojdzie. Po drugie, żeby wymiana mogła się dokonać, musimy się umówić, ile zboża jest warte wino albo ile wina jest warte zboże. W przypadku dwóch produktów na rynku sytuacja wydaje się dosyć prosta, ale im więcej ich będzie i im więcej osób będzie je oferowało, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wystąpi obustronna zbieżność oczekiwań, i tym trudniej wyznaczyć ceny poszczególnych produktów we wszystkich innych rzeczach dostępnych na rynku.

Jeżeli mamy środek, który pełni funkcję pieniędzy i robi to dobrze, to musimy wyznaczyć cenę każdego produktu tylko w tym jednym płacidle, a to jest oczywiście znacznie prostsze, bo wyznaczamy tyle cen, ile jest produktów. Co więcej, jeżeli ten środek wymiany jest akceptowany przez wszystkich, to każdy sprzedający z definicji gotowy jest przyjąć pieniądze za swoje produkty, a każdy kupujący gotowy jest zaoferować pieniądze za to, co chce pozyskać. W tym momencie oba wspomniane problemy - czyli konieczność obustronnej zbieżności oczekiwań i wyznaczanie olbrzymiej liczby cen - znikają.

TRAFIŁAM NA INFORMACJĘ, ŻE TO KAPŁANI W SUMERZE ZACZĘLI USTALAĆ WARTOŚĆ RÓŻNYCH PRZEDMIOTÓW W KRUSZCACH. Z KOLEI ZDANIEM HERODOTA LIDYJCZYCY PIERWSI ZACZĘLI BIĆ MONETY. CZY WIEMY, GDZIE NA ŚWIECIE ZACZĘTO UŻYWAĆ PIENIĘDZY PO RAZ PIERWSZY W HISTORII?

Nie wiemy, ale żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by dokładnie określić, co rozumiemy przez pojęcie pieniędzy.

Prawdopodobnie pieniądze zostały wynalezione w wielu miejscach na świecie jednocześnie. W początkowej fazie swojego rozwoju były to najpewniej tzw. pieniądze ważone, odcinane od większych bloków metalowych, a działo się to około 3000 lat p.n.e. m.in. w Egipcie i Chinach. Potem pojawiły się pieniądze liczone, w kształcie mniej lub bardziej wystandaryzowanych kulek czy fasolek, a dopiero około 650 r. p.n.e. zaczęto bić pierwsze monety. Niestety, wykopaliska archeologiczne nie pozwalają stwierdzić, czy odnalezione bryłki metalu faktycznie pełniły funkcję pieniędzy, czy nie. Wynalezienie monet przypisywane jest zwyczajowo Fenicjanom, ale zgodnie z tym, co wiemy dzisiaj, pierwsze pramonety bite przez władze państwowe pojawiły się niemal równocześnie w Lidii, krainie na terenie dzisiejszej Turcji, i w Argolidzie na Peloponezie [53]. Fenicjanie natomiast byli świetnymi handlarzami i rozpowszechnili ten wynalazek, prawdopodobnie stworzyli również swego rodzaju namiastki bezgotówkowych rozliczeń w postaci uwierzytelnionych tabliczek, za pomocą których prowadzono operacje finansowe. Poza basenem Morza Śródziemnego pieniądze bito zapewne w starożytnych Chinach i Indiach.

Po Lidii monety zaczęto bić na dużą skalę w greckich miastach oraz greckich koloniach na Sycylii i Półwyspie Apenińskim, przy czym traktowano je trochę jako jedna? z form sztuki. Na monetach umieszczano różnego rodzaju symbole lub wizerunki bóstw, a później wizerunki władców. Zwyczaj ten zapoczątkował najprawdopodobniej Aleksander Macedoński [53]. Tradycyjnie przyjmowano, że umieszczanie wizerunków bogów lub władców na monetach związane było z gwarancja? czystości metalu, lecz wydaje się, że zwyczaj ten wynikał raczej z megalomanii rządzących, którzy uważali, że kto ma pieniądz, ten ma władze?, i którzy chcieli utrwalić swoje podobizny dla potomnych. Potwierdzeniem tej tezy może być fakt, że Aleksander Wielki bił na monetach swoja? podobiznę jako Zeusa, a Kleopatra - jako Izydy [54], natomiast śmierć starożytnych władców z reguły wiązała się z wycofaniem z obiegu i przetopieniem monet z ich wizerunkiem [53].

A CZY JESTEŚMY PEWNI, ŻE PIENIĄDZE POWSTAŁY Z POWODÓW EKONOMICZNYCH?

Absolutnie nie. Sam fakt umieszczania na monetach wizerunków władców pośrednio temu przeczy. Istnieją dwie hipotezy dotyczące tego, dlaczego ludzie wynaleźli pieniądze: ekonomiczna i antropologiczna. Celowo używam sformułowania "ludzie wynaleźli", bo kiedy mówimy, że pieniądze powstały, to trochę sugerujemy, że narodziły się same z siebie. W niektórych mitach tak właśnie się dzieje - bogowie zsyłają je ludziom.

W naukach ekonomicznych dominuje tak zwana hipoteza ekonomiczna mówiąca, że pojawienie się pieniędzy związane było z wymiana?, która stanowiła siłę napędową nie tylko gospodarki, ale i całych cywilizacji. Wymiana ekonomiczna jest nieunikniona, ponieważ ludzie są różni, a bogactwa naturalne nie występują równomiernie. Gdyby ludzie nie mogli prowadzić wymiany, większość pewno umarłaby z głodu, a pozostali z trudem utrzymywali się przy życiu [55]. Wymiana barterowa, jak już powiedziałyśmy, jest trudna i wymagająca, więc tak naprawdę wymiana ekonomiczna zaczęła się rozwijać na dużą skalę wraz z wynalazkiem pieniędzy.

Druga hipoteza powstania pieniędzy, nazywana antropologiczna?, ma dwie odmiany: religijna? i społeczna? [56, 57]. Zgodnie z wersją religijną ludzie wynaleźli pieniądze, by ułatwić sobie relacje z bogami, a pieniędzmi stawało się to, co było oferowane kapłanom, żeby obłaskawić bogów i żeby spadł deszcz, pola obrodziły, wyzdrowiało dziecko itd. We wczesnych kulturach rolniczych taką funkcję spełniały różne małe posążki, które stanowiły ofiarę dla bogów. Stąd właśnie te figurki miały czerpać swa? wewnętrzną wartość, za pomocą której łatwiej było ustalać wartości innych dóbr [57]. Antropolog Paul Einzig [58] doszedł do wniosku, że pieniądze mają pochodzenie religijne, opierając się na tym, że w wielu prymitywnych społeczeństwach wierzono, że pojawiły się one dzięki siłom nadprzyrodzonym. W innych społecznościach ludzie wytwarzający pieniądze musieli przestrzegać skomplikowanych rytuałów religijnych. Pieniądzom przypisywano także właściwości magiczne i były używane często podczas obrzędów pogrzebowych. Płacono nimi kary za łamanie plemiennych zasad, ale służyły też do opłacania ceremonii religijnych. W tym ujęciu pieniądze miały pomóc ludziom w kontaktach z bogami, a nie tylko w komunikacji między sobą.

Społeczna odmiana hipotezy antropologicznej mówi z kolei o tym, że pieniędzmi stawało się coś, co było społecznie pożądane i oczekiwane jako dary. Według Petera Schaala [57] powstanie pieniędzy łączy się z relacjami społecznymi i z ludzkimi potrzebami gromadzenia, zbierania, posiadania i okazywania dóbr. Z tego właśnie powodu ozdoby z metali szlachetnych, muszle, paciorki czy zęby zwierząt nabrały charakteru pieniędzy, które można nazwać pieniędzmi ozdobnymi, prestiżowymi czy tez? ostentacyjnymi. Jednak w wielu kulturach rolę miernika wartości odgrywały rzeczy, które same w sobie nie były szczególnie cenne, na przykład muszelki [59, 60], co trochę przeczy tezie o chęci gromadzenia bogactwa jako przyczynie powstania pieniędzy.

Przychylam się raczej do tezy Williama Blooma [56], że pieniądze powstały, gdy pewnych przedmiotów zaczęto używać jako prezentów, aby podkreślić wagę sytuacji. Dawanie i wymiana prezentów zawsze miały duże znaczenie społeczne, ponieważ budowały relacje i solidarność. Osoba otrzymująca prezent rozumie przecież, że jest on wyrazem serdeczności, życzliwości, pamięci i szacunku. Według tej koncepcji przedmioty, które były używane jako dary w ważnych sytuacjach, a zwłaszcza te oczekiwane przez wodzów od członków plemienia lub używane w wymianie między wodzami różnych plemion, z czasem zaczęły pełnić funkcję pieniędzy.

Która z tych dwóch hipotez - ekonomiczna czy antropologiczna - jest prawdziwa, nie wiemy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy ludzie wynaleźli pieniądze jako coś, co ułatwia wymianę ekonomiczną, i zaadaptowali to do społecznych aspektów wymiany, czy też było odwrotnie. A może te dwa procesy przebiegały równolegle: to, co w danym społeczeństwie było mało dostępne i jednocześnie wartościowe, w równym stopniu ułatwiało wymianę ekonomiczną, jak i stawało się elementem wymiany religijnej lub społecznej.

Zresztą dzisiaj również nie posługujemy się pieniędzmi wyłącznie do wymiany ekonomicznej. Jeśli przyjmiemy obie potencjalne drogi, którymi ludzie doszli do wynalazku pieniędzy, a więc dwa równorzędne źródła ich pochodzenia, łatwiej nam będzie zrozumieć, że mają one także znaczenie symboliczne bądź społeczne, a nie tylko wartość użytkową i funkcje ekonomiczne.

TO POPRZYGLĄDAJMY SIĘ TEMU, DO CZEGO UŻYWAMY PIENIĘDZY POZA WYMIANĄ HANDLOWĄ. WYDAJE SIĘ NA PRZYKŁAD, ŻE TROCHĘ INACZEJ POSTRZEGAMY CZŁOWIEKA, KTÓRY JE MA. JAN KOCHANOWSKI W WIERSZU MUZA PISAŁ: "ALE KTO MA PIENIĄDZE, TEN MA WSZYSTKO W RĘKU. JEGO WŁADZA, JEGO SĄ PRAWA I URZĘDY. ON GŁADKI, ON WYMOWNY. ON MA PRZODEK WSZĘDY". RACZEJ NIEWIELE SIĘ W TEJ KWESTII ZMIENIŁO, CO ŁATWO SPRAWDZIĆ, ZAGLĄDAJĄC DO KSIĄŻEK I TEKSTÓW POŚWIĘCONYCH TAKIM LUDZIOM, JAK STEVE JOBS, ELON MUSK CZY MARK ZUCKERBERG. WYDAJE SIĘ, ŻE SĄDZIMY, ŻE ZNAJĄ ONI ODPOWIEDŹ NA NIEMAL WSZYSTKIE PYTANIA I WIEDZĄ, JAK ROZWIĄZAĆ PROBLEMY TEGO ŚWIATA, BO ZAROBILI DUŻO PIENIĘDZY.

Mam nadzieję, że nie wszyscy tak uważają, że nie traktujemy ludzi jako z definicji wszechwiedzących tylko dlatego, że mają pieniądze. Ale przekonanie, że osoby bogate mogą wszystko, da się zapewne dość prosto wytłumaczyć: pieniądze dają nam ułudę nieograniczonych możliwości. Jeśli mam pieniądze, i mam ich dużo, mogę je wydać na nieskończoną liczbę rzeczy, które przyjdą mi do głowy. Co jeszcze bardziej niezwykłe - i o czym już wspominałyśmy - jeśli mam 100 zł, to zanim je wydam, widzę w nich zarówno dwie książki po 50 zł, jak i bilet miesięczny na komunikację miejską we Wrocławiu, a także dwadzieścia czekolad - i to wszystko jednocześnie. W każdym razie, jeśli mam pieniądze, jestem w stanie zaspokajać swoje potrzeby samodzielnie, bez uciekania się do pomocy innych osób. Posiadanie pieniędzy buduje w nas przekonanie, że im więcej będziemy ich mieli, tym bardziej nieskrępowane będą nasze decyzje. Nie będziemy musieli wybierać, na co pieniądze wydajemy, tylko będziemy mogli mieć i robić wszystko, co będziemy chcieli.

Ale to tylko jedna strona medalu. Posiadanie pieniędzy daje nam poczucie, że jesteśmy jednostkami mogącymi w sposób nieskrępowany podejmować decyzje, lecz również - że możemy te decyzje podejmować bez względu na opinie innych ludzi i bez oglądania się na nich. A od takiego przekonania o samowystarczalności bardzo blisko do przekonania, że inni ludzie nie są nam do niczego potrzebni, i do braku chęci nawiązywania bliskich relacji społecznych.

PIENIĄDZE DAJĄ TEŻ WŁADZĘ.

Tak! Wiemy, że w badaniach psychologicznych pieniądze wywołują bardzo podobne skutki - pozytywne i negatywne - jak władza. W zasadzie można by powiedzieć, że w sensie psychologicznym posiadanie pieniędzy jest równe posiadaniu władzy.

POWIEDZIAŁAŚ, ŻE PIENIĄDZE, DOPÓKI ICH NIE WYDAMY, DAJĄ ZŁUDZENIE, ŻE CIĄGLE MAMY NIEOGRANICZENIE WIELE MOŻLIWOŚCI. TEN BRAK OGRANICZEŃ JEST CECHĄ BYTÓW BOSKICH, A NIE LUDZKICH. LUDZIE SĄ OGRANICZENI, TO BOGOWIE ŻYJĄ WIECZNIE I MOGĄ ZAWSZE I WSZYSTKO.

Jeżeli mamy dużo pieniędzy, a szczególnie jeśli wzbogaciliśmy się stosunkowo szybko, to nasze przekonanie o samych sobie jest zbliżone do poczucia boskiej omnipotencji i do przeświadczenia, że nie tylko na wszystko nas stać, ale też wszystko możemy i wszystko nam wolno, co już jest zjawiskiem niepokojącym.

CO W TAKIM RAZIE, JEŚLI NIE MAMY PIENIĘDZY? CZY MAMY WTEDY POCZUCIE, ŻE NIC NIE MOŻEMY?

Interesujące badania zależności między posiadaniem pieniędzy a tym, jak się czujemy i jak myślimy, prowadziła Anandi Mani ze swoimi współpracownikami [61]. Co ciekawe, badała ludzi zarówno w warunkach sztucznych, czyli laboratoryjnych, jak i w sytuacjach naturalnych. Badacze zaczepiali Amerykanów w centrach handlowych i zadawali im różne pytania, ale sprawdzili też, jak w sytuacji dostatku i niedostatku funkcjonują rolnicy w Indiach.

Konkluzja z tych badań sprowadza się w zasadzie do tego, że osoby doświadczające biedy równocześnie doświadczają obniżenia funkcji poznawczych, na przykład słabiej wypadają w testach, w których mierzy się inteligencję płynną, czyli szybkość przetwarzania informacji, wyłapywanie reguł itd. W warunkach laboratoryjnych badacze prosili ludzi, żeby wyobrazili sobie, że mają mało pieniędzy, a przydarzyło im się coś negatywnego i muszą zdecydować, w jaki sposób zarządzać swoim ograniczonym budżetem, potem zaś prosili ich o rozwiązywanie łamigłówek. Badani z tej grupy wypadali w testach poznawczych gorzej niż osoby, które również musiały rozwiązać jakiś problem finansowy, ale nie musiały wcześniej wyobrażać sobie, że ich budżet jest bardzo ograniczony. W Indiach, w warunkach naturalnych, proszono rolników o wypełnienie testów na inteligencję przed zbiorami, czyli na przednówku, i zaraz po zbiorach, czyli w sytuacji, kiedy mieli oni poczucie przynajmniej chwilowej zamożności. Okazało się, że te same osoby znacząco gorzej wypadały w analogicznych testach na przednówku niż w sytuacji dobrobytu.

Nie wiemy do końca, dlaczego niezamożność czy niedostatek skutkują obniżonym funkcjonowaniem poznawczym. Najbardziej prawdopodobna teza jest taka, że zjawisko to wiąże się z obciążeniem poznawczym, ale i z obciążeniem wynikającym z podejmowania wielu drobnych decyzji [62, 63]. Kiedy mamy ograniczony budżet, wówczas każdą złotówkę oglądamy ze wszystkich stron i ciągle musimy rozważać, czy jakieś pieniądze możemy wydać, czy nie. Kiedy jesteśmy zamożniejsi, nie musimy za każdym razem tego rozstrzygać: gdy popsuje nam się samochód, naprawiamy go; kiedy boli nas ząb, idziemy do dentysty. Nie zastanawiamy się, czy warto, czy koniecznie trzeba, czy może jednak poczekać albo zrezygnować. Kiedy więc mamy większy budżet, mamy także więcej przestrzeni intelektualnej, bo nasz umysł nie jest tak zajęty codziennymi, drobnymi decyzjami.

W porównaniu z sytuacją ciągłego deficytu osiąganie wyższych zarobków czy - mówiąc precyzyjniej - poczucie dobrostanu finansowego skutkuje lepszym funkcjonowaniem nie tylko w sferze poznawczej, ale prawdopodobnie także w wielu innych sferach. Natomiast jeżeli mamy już wystarczająco dużo pieniędzy, żeby nie musieć się na nie oglądać, to znaczy gdy mówimy: jasne, skoro nie da się naprawić, to kupujemy nowe, przecież nam nie zabraknie na życie, to w tej sytuacji dodatkowe pieniądze prawdopodobnie nie zmienią naszego funkcjonowania.

W KSIĄŻCE PSYCHOTERAPIA I PORADNICTWO [64], POD REDAKCJĄ COLINA FELTHAMA I IANA HORTONA, CZYTAM, ŻE LUDZIE BOGATSI ZWYKLE SĄ ZDROWSI PSYCHICZNIE. CO WIĘCEJ, ZDROWIE PSYCHICZNE BOGATYCH POPRAWIA SIĘ Z WIEKIEM, PODCZAS GDY ZDROWIE PSYCHICZNE UBOGICH SYSTEMATYCZNIE SIĘ POGARSZA.

Myślę, że chodzi nie tylko o obiektywny stan posiadania, ale też o myślenie o sobie jako o kimś, kto doświadcza niedostatku. Dodatkowo ważna jest skłonność do zachowania, które psychologowie nazywają ruminacją. Oznacza to ciągłe, obsesyjne wręcz przeżuwanie negatywnych myśli dotyczących tego, jak jest źle i jak nigdy nie będzie dobrze. Jeśli mamy skłonność do takiego przeżuwania, to martwienie się i myślenie o tym, co złego może się jeszcze wydarzyć albo co dobrego się nie wydarzy, bo jesteśmy niezamożni, mogą zdominować nasze funkcjonowanie i przesłonić adekwatne postrzeganie swojej rzeczywistości.

Oczywiście, można stwierdzić, że bogatsi są zdrowsi psychicznie, bo stać ich na zapewnienie sobie dostępu do opieki zdrowotnej. Myślę jednak, że dodatkowo w mniejszym stopniu doświadczają oni tego przeżuwania każdej decyzji i dzięki temu mają więcej przestrzeni na różne aktywności poza zarabianiem pieniędzy. Jeżeli jednak bogaty będzie się martwił o to, czy jest wystarczająco bogaty, skupiał się przede wszystkim na zarabianiu pieniędzy i to będzie jego pierwszoplanową aktywnością, to raczej z jego zdrowiem psychicznym nie będzie aż tak dobrze.

NO TAK, BĘDZIE SIĘ MARTWIŁ, CZY JEGO PEŁNE SPICHLERZE SĄ BEZPIECZNE, MÓWIĄC JĘZYKIEM BIBLIJNYM. TO, CO MÓWISZ, KOJARZY MI SIĘ Z CYTATEM Z LISTU ZYGMUNTA FREUDA, KTÓRY UMIEŚCIŁAŚ W SWOJEJ KSIĄŻCE: "MÓJ NASTRÓJ ZALEŻY TAKŻE W DUŻEJ MIERZE OD MOICH ZAROBKÓW. PIENIĄDZE TO DLA MNIE GAZ ROZWESELAJĄCY. WIEM OD MŁODOŚCI, ŻE DZIKIE KONIE PAMPASÓW ZŁAPANE NA LASSO ZACHOWUJĄ PRZEZ CAŁE ŻYCIE PEWIEN NIEPOKÓJ. W TEN SPOSÓB POZNAŁEM BEZRADNOŚĆ UBÓSTWA I NIEUSTANNIE SIĘ JEJ BOJĘ. ZOBACZYSZ, ŻE MÓJ STYL SIĘ POPRAWI, A MOJE POMYSŁY BĘDĄ BARDZIEJ POPRAWNE, JEŚLI TO MIASTO ZAPEWNI MI WYSTARCZAJĄCE ŚRODKI DO ŻYCIA". A ZAPYTANY O CELE PSYCHOANALIZY, FREUD POWIEDZIAŁ, ŻE ROBI SIĘ JĄ Z DWÓCH POWODÓW. PO PIERWSZE, ŻEBY ZROZUMIEĆ NIEŚWIADOMOŚĆ, A PO DRUGIE, ŻEBY ZAROBIĆ NA ŻYCIE.

To zabawne, że o tym mówisz, bo kiedy pisałam doktorat o pieniądzach, byłam zafascynowana psychoanalitycznym podejściem do nich. Zauważyłam wtedy, że większość względnie współczesnych artykułów naukowych, które dotyczą kwestii pieniędzy w psychoanalizie, mówi nie o treściach wnoszonych przez pacjenta, ale o pobieraniu opłaty przez psychoterapeutę [65-67]. Trzeba więc w tym miejscu wspomnieć, że między rokiem 1911 a 1915 Freud sformułował zasady terapii psychoanalitycznej, w których jasno określił, ile ona ma trwać, jak mają wyglądać pojedyncze spotkania i jakie ma być wynagrodzenie terapeuty. Zaznaczył, że osoba, która jest terapeutą, musi być profesjonalnie do tego przygotowana, najlepiej dzięki studiom medycznym, i nie pomaga innym dlatego, że ich lubi, ale dlatego, że wykonuje taki zawód, w związku z czym powinna dostawać za to pieniądze.

Zygmunt Freud przedstawił także dokładnie psychodynamiczne ujęcie pieniędzy. W 1908 roku pisał: "W starożytnych cywilizacjach, w mitach, bajkach i przesądach, w nieświadomych myślach i snach, i w nerwicach - pieniądze blisko związane są z odchodami" [68]. Koncepcja Freuda została w późniejszym czasie rozwinięta przez Otto Fenichela [17], który odnosił ja? do bardziej specyficznych zachowań związanych z akumulacja? dóbr i oszczędzaniem - rozmawiałyśmy już o tym trochę. Fenichel deklarował również, że pieniądze mogą symbolizować wszystko, co tylko może być dane lub co można dostać - mleko matki, dziecko, nasienie, opiekę, podarunek, moc, gniew, degradacje?. Uważał pieniądze za środek narcystycznego zabezpieczenia, którego źródło tkwi w instynktownej potrzebie pożywienia i omnipotencji. Tak szeroka definicja była jednak często krytykowana jako nadmierne wyolbrzymienie Freudowskiego zrównania odchodów i pieniędzy.

Bardziej współczesny nam psychoanalityk Richard Trachtman [66] twierdził z kolei, że nasze zainteresowanie pieniędzmi wynika głównie z przekonań o tym, jakie postawy mają wobec nas inni ludzie, oraz z tego, jak sami siebie traktujemy w zależności od posiadania wystarczającej ilości pieniędzy. Jego definicja opiera się na idei projekcji tych przekonań na pieniądze jako symbol. Mówi, że "pieniądze [...] to nasza projekcja na monety, banknoty, konta bankowe i inne instrumenty finansowe naszych wierzeń, nadziei i lęków dotyczących tego, jak te rzeczy [instrumenty finansowe] wpływają na to, kim jesteśmy, co się z nami stanie, jak będziemy traktowani przez siebie i przez innych". Co wydaje mi się równie ważne, Trachtman zauważa, że wszyscy ludzie mają pewne irracjonalne, magiczne przekonania o tym, co pieniądze mogą dla nich i dla innych zrobić.

Chciałabym w tym miejscu wrócić do kwestii teorii na temat pochodzenia pieniędzy, a co za tym idzie - ich funkcji. Żeby pieniądze były "dobrymi pieniędzmi", muszą mieć specyficzne właściwości [53, 69]. Przede wszystkim wszyscy uczestnicy rynku muszą być w stanie zidentyfikować, że dana rzecz to pieniądze, i wszyscy muszą się na to zgodzić. Jeżeli kupujący ma pieniądze, które nie będą akceptowane przez sprzedającego, to do żadnej wymiany nie dojdzie. Może się zdarzyć i tak, że pewien obiekt spełnia funkcję środka wymiany w jednych sytuacjach, a nie spełnia w innych. Jeżeli cofniemy się do lat 80. XX wieku, to znajdziemy co najmniej dwa takie przykłady. Pierwszy to sklepy przedsiębiorstwa Pewex, w których można było płacić dolarami albo bonami. Bony spełniały funkcję pieniędzy, ale tylko w peweksach. Nie można było zapłacić nimi nigdzie indziej. Poza tym oczywiście przechowywały też wartość i były jej miernikiem.

Drugi przykład pochodzi z końca lat 80., kiedy mieliśmy w Polsce do czynienia z szalejącą hiperinflacją. Wiele osób uważało wtedy, że trzeba za wszelką cenę trzymać oszczędności nie w złotych, ale w jakiejś twardej walucie, najlepiej w markach niemieckich albo dolarach. To wynikało oczywiście z tego, że złoty nie spełniał funkcji przechowywania wartości. Prowadziło to do takich sytuacji, że za chleb w sklepie można było zapłacić w złotych, ale jeżeli chciało się kupić używany samochód na giełdzie, to sprzedający oczekiwał zapłaty raczej w markach lub dolarach. W pewnym sensie mieliśmy więc dwa niezależne obiegi finansowe. Jeden, ten legalny, ale z gorszymi pieniędzmi, i drugi, nielegalny albo nie do końca legalny, ale z pieniędzmi lepiej spełniającymi funkcję przechowywania wartości.

Tu od razu przychodzi mi do głowy inny przykład. Nie wiem, czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, dlaczego to było takie strasznie złe, że Judasz przyjął trzydzieści srebrników za wydanie Jezusa. Oczywiście po pierwsze dlatego, że przyjął pieniądze za wydanie swojego nauczyciela, za zdradzenie bliskiej, ważnej osoby - to nie ulega wątpliwości. Ale drugim ważnym aspektem jest to, że w ówczesnym Rzymie funkcjonowały dwa obiegi finansowe: złote aureusy były lepszą walutą, używaną do ważniejszych transakcji, a poza tym używano waluty gorszej - właśnie srebrników [53]. Jeden aureus był wart mniej więcej dziesięć srebrników. Gdybyś jednak poszła z dziesięcioma srebrnikami i chciała je wymienić na jednego aureusa, to nikt by nie chciał takiej wymiany dokonać. Dlaczego? Bo srebrniki to były pieniądze, za które kupowało się kury na targu, a nie, na przykład, płaciło nimi podatek. W związku z tym fakt, że Judasz przyjął trzydzieści srebrników, oznaczał dokonanie pośledniej transakcji handlowej. Wizerunek cesarza bity był tylko na aureusach.

TO KOLEJNY PRZYKŁAD, KTÓRY POKAZUJE, ŻE PIENIĄDZE SĄ CZYMŚ WIĘCEJ, NIŻ MÓWI EKONOMIA. I ŻE MAJĄ PODWÓJNĄ NATURĘ: PO PIERWSZE INSTRUMENTALNĄ, A PO DRUGIE - SYMBOLICZNĄ.

W zależności od tego, do której książki zajrzymy czy których badaczy będziemy czytać, możemy mówić o podejściu symbolicznym i instrumentalnym, tak jak ja to ujmuję [8], albo o pieniądzach jako sacrum bądź profanum, tak jak pisali Russell W. Belk i Melanie Wallendorf [29], albo wreszcie o pieniądzach jako narzędziu i narkotyku, jak mówili Stephen Lea i Paul Webley [70]. Ale tak naprawdę we wszystkich tych podejściach wspólne jest dwoiste rozumienie pieniędzy i traktowanie ich z jednej strony jako czegoś, co jest narzędziem służącym do wymiany, kupowania i sprzedawania, a z drugiej jako symbolu, który nam zastępuje lub kompensuje różnego rodzaju wartości psychologiczne. Można powiedzieć, że przypisujemy pieniądzom pewne właściwości pozaekonomiczne, bo chcemy, żeby je miały.

KIEDY TO MÓWISZ, TŁUKĄ MI SIĘ PO GŁOWIE SŁOWA LECHA JANERKI: "JEZU, JAK SIĘ CIESZĘ Z TYCH KRÓCIUTKICH WSKRZESZEŃ, KIEDY PEŁNĄ KIESZEŃ ZNOWU MAM. ZNOWU MOGĘ MYŚLEĆ TROCHĘ JAKBY ŚCIŚLEJ...

...i wymyślać śmiało nowy plan".

W PIOSENCE KLAUSA MITFFOCHA PIENIĄDZE SPRAWIAJĄ, ŻE MÓZG PRACUJE INACZEJ, MA SIĘ WRAŻENIE, ŻE WCHODZI NA WYŻSZE OBROTY. DZIAŁAJĄ JAK NARKOTYK.

Stephen Lea i Paul Webley [70], autorzy teorii pieniądza jako narzędzia i narkotyku, wyszli od podejścia trochę neurobiologicznego, a trochę ekonomicznego. Mówią o tym, że z jednej strony pieniądze same w sobie nie mają wartości, a nabierają jej dlatego, że możemy je wymienić na różne produkty i usługi. Są więc narzędziem, które pośredniczy w zaspokajaniu naszych potrzeb. Jeżeli jestem głodny, to dzięki pieniądzom mogę kupić obiad i się najeść. Ale z drugiej strony są również narkotykiem, bo udają, że zaspokajają jakieś nasze potrzeby, których nie są w stanie zaspokoić na dłuższą metę. Przyjmując środek narkotyczny, odczuwamy przyjemność, ale to wcale nie znaczy, że nasz ogólny, długoterminowy poziom szczęścia się zmienił - to tylko chwilowe odczucie. Podobnie pieniądze udają, że zapewniają nam przyjemność, poczucie niezależności, poczucie szczęścia, ale - po pierwsze - to oddziaływanie jest krótkotrwałe, a po drugie - i to jest też ważny element tej metafory - prawdopodobnie od pieniędzy, tak samo jak od narkotyków, uzależniamy się i potrzebujemy ich coraz więcej, żeby uzyskać podobny efekt.

Myślę, że najważniejsze w tej teorii jest podkreślenie dwoistej natury pieniędzy, tego, że spełniają one nie tylko funkcje związane z kupowaniem i zarabianiem, ale także funkcje psychologiczne, daleko wykraczające poza ich znaczenie w ekonomii.

MÓWIŁYŚMY JUŻ O TYM W NASZEJ PIERWSZEJ ROZMOWIE, ŻE TO WŁAŚNIE FUNKCJE SYMBOLICZNE SĄ DLA CIEBIE NAJBARDZIEJ INTERESUJĄCE. BADASZ TO, CO SIĘ DZIEJE W NASZYM UMYŚLE, KIEDY MYŚLIMY O PIENIĄDZACH. JAK TO ROBISZ?

Dawno temu natknęłam się na test mierzący postawy wobec pieniędzy, przygotowany przez dwóch amerykańskich badaczy, Jamesa A. Robertsa i M. C. Sepulvedę [71], na bazie testu Kenta Yamauchiego i Donalda Templera [72], i przetłumaczony na polski przez Tomasza Zaleśkiewicza. Ten test nie był idealny, ale sprawił, że zainteresowały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze to, że można za pomocą podobnych narzędzi mierzyć różne cechy w psychologii, co rozwinęło moje zainteresowanie psychometrią i spowodowało, że dziś jest to jeden z najważniejszych obszarów, którymi się zajmuję. Po drugie, moją uwagę przyciągnęły postawy wobec pieniędzy i to, co tak naprawdę pieniądze w naszym życiu oznaczają. Zainspirowana tym i innymi testami, m.in. Furnhama [73], Tanga [74] czy Yamauchiego i Templera [72], stworzyłam własne narzędzie do mierzenia postaw wobec pieniędzy i zajmuję się tym zagadnieniem już od prawie dwudziestu lat.

BADASZ POSTAWY WOBEC PIENIĘDZY U DOROSŁYCH, PRAWDA?

Najmłodsze osoby, u których badałam postawy wobec pieniędzy, to osiemnastolatkowie.

A OD KTÓREGO MOMENTU W ŻYCIU PIENIĄDZE PEŁNIĄ DLA NAS FUNKCJĘ SYMBOLICZNĄ? KIEDY ZACZYNAJĄ DZIAŁAĆ NA NASZ UMYSŁ JAK NARKOTYK?

W tym samym czasie, gdy w "Behavioral and Brain Sciences" został opublikowany artykuł Lei i Webleya [70] o pieniądzach jako narzędziu i narkotyku, w "Science" pojawiły się badania Kathleen Vohs, Nicole Mead i Mirandy Goode [75] dotyczące tego, czy sam metaforyczny albo fizyczny kontakt z pieniędzmi zmienia ludzkie zachowania. Badaczki przeprowadziły serię dość prostych eksperymentów, w których uczestników dzielono losowo na dwie grupy. Połowa z nich dostawała do wykonania jakieś zadania związane z pieniędzmi, a druga połowa - podobne zadania, ale niedotyczące pieniędzy. Potem u wszystkich testowano różne zachowania związane przede wszystkim z pomaganiem innym ludziom i z samowystarczalnością, rozumianą jako wytrwałość w dążeniu do wykonania zadania. Okazało się, że na przykład osoby, które na początku siedziały w pomieszczeniach, gdzie na ścianach znajdowały się plakaty z pieniędzmi, były bardziej skłonne do tego, żeby pracować samodzielnie nad nierozwiązywalną łamigłówką, w porównaniu z osobami siedzącymi w salach, gdzie na ścianach wisiały sielskie widoczki. Z kolei badani, którzy rozwiązywali łamigłówki dotyczące pieniędzy, byli mniej chętni, żeby pomagać eksperymentatorowi, w porównaniu z badanymi, którzy rozwiązywali łamigłówki niepowiązane z pieniędzmi. Swoją drogą, w tym samym roku (2006) Barbara Briers ze współpracownikami [76] opublikowała świetne badania dowodzące, że osoby, u których wzbudzono myślenie o pieniądzach, jadły więcej słodyczy niż badani, u których takiego myślenia nie wzbudzono - prawdopodobnie myśląc, że im się to należy.

Te badania bardzo nas zainspirowały, ale zaczęliśmy także zastanawiać się nad tym, jakie kompetencje są nam potrzebne, żebyśmy ulegali takiemu wpływowi pieniędzy. Czy ludzie ulegają temu oddziaływaniu - w badaniach nazywamy to torowaniem lub aktywizacją idei - dlatego, że są uczestnikami świata ekonomicznego, więc posługują się pieniędzmi przy płaceniu, zarabianiu itd., i te doświadczenia budują w nich jakieś skojarzenia, które uruchamiają się, kiedy mamy kontakt z pieniędzmi? Czy może to, co działa na nasz umysł, jest pozaekonomiczne, czyli jest związane raczej z symboliczną i emocjonalną stroną pieniędzy? Uznaliśmy więc, że dobrze by było przebadać osoby, które mają tylko jedno przekonanie o naturze pieniędzy, na przykład pieniądze mają dla nich znaczenie wyłącznie ekonomiczne, ale nie mają znaczenia społecznego, albo też nie znają jeszcze ekonomicznej natury pieniędzy, mają natomiast rozwinięte funkcjonowanie społeczne.

MUSIELIŚCIE WYJECHAĆ DO PUSZCZY AMAZOŃSKIEJ?

Chciałabym! Nie, razem z Sandrą Wygrab, moją magistrantką w tamtym czasie, i Tomaszem Zaleśkiewiczem wpadliśmy na pomysł, że przecież tak funkcjonują dzieci! Przy pomocy jeszcze jednej studentki, Karoliny Golisz, przeprowadziliśmy dwa badania, jedno z udziałem dzieci z pierwszej klasy szkoły podstawowej, a drugie z udziałem przedszkolaków. Okazało się, że skutki eksperymentalnego torowania myślenia o pieniądzach u takich maluchów niczym się nie różnią od skutków u osób dorosłych. W pierwszym badaniu siedmiolatki były mniej chętne, żeby się dzielić nalepkami, które dostawały jako nagrody, kiedy w pierwszej części badania widziały plakat z pieniędzmi i musiały coś z niego przerysować, niż gdy widziały plakat z roślinami [50]. Po przeprowadzeniu tego badania pomyśleliśmy jednak, że przecież już w pierwszej klasie szkoły podstawowej dzieci uczą się matematyki na przykładach z pieniędzmi. Wzbudziło to w nas niepokój, bo w sumie nie do końca wiedzieliśmy, czy badając siedmiolatki, rzeczywiście badamy osoby, które nie rozumieją ekonomicznej wartości pieniądza, czy może rozumieją, choć częściowo.

SIEDMIOLATKI ZAZWYCZAJ CAŁKIEM NIEŹLE LICZĄ, POTRAFIĄ SOBIE COŚ KUPIĆ, A NAWET ZAOSZCZĘDZIĆ.

Tak, ich wiedza ekonomiczna na takim codziennym poziomie jest dość zaawansowana, a badania pokazują, że niestety u części osób dorosłych pozostanie na poziomie siedmiolatków [38]. W każdym razie postanowiliśmy przebadać młodsze dzieci, najlepiej takie, które jeszcze nie potrafią liczyć. Zakładaliśmy, że jeżeli w torowaniu idei pieniędzy chodzi o naturę narkotyku, a nie narzędzia, to nie trzeba umieć posługiwać się narzędziem, żeby narkotyk zadziałał. Gdyby ta hipoteza okazała się prawdziwa, to już u małych dzieci, które jeszcze nie umieją liczyć i w związku z tym nie rozumieją natury narzędzia, powinny pojawić się takie efekty jak u dorosłych.

Sandra przeprowadziła badanie w przedszkolu, najpierw z udziałem pięcio- i sześciolatków. W badaniu dzieci dostawały kupkę banknotów, monet albo guzików bądź też prostokątnych papierków, czyli pieniędzy lub przedmiotów podobnych kształtem do pieniędzy. Eksperymentatorka tłumaczyła dziecku, że chcemy się dowiedzieć, czy potrafi już ono liczyć. Zakładaliśmy, że nie, ale na tym etapie dostawaliśmy dodatkowe potwierdzenie tego założenia, bo dzieci nie odliczały zbyt poprawnie. W rzeczywistości jednak bardziej zależało nam na tym, żeby dzieci podotykały pieniędzy albo tych innych przedmiotów. Kiedy ta część badania się zakończyła, eksperymentatorka prosiła przedszkolaki o przysługę: chodziło o to, żeby podeszły do kartonu, który stał w drugim końcu sali, i przyniosły tyle fioletowych kredek, ile tylko uda im się znaleźć. Podkreślała kilka razy: pamiętaj, im więcej kredek przyniesiesz, tym bardziej mi pomożesz.

I CO SIĘ OKAZAŁO?

Pięcio- i sześciolatki, które w pierwszej fazie eksperymentu dotykały pieniędzy - banknotów lub monet - przynosiły zdecydowanie mniej fioletowych kredek niż te, które liczyły guziki albo karteczki. Różnica była wręcz spektakularna, bo prawie dwa razy więcej kredek przyniosły dzieci, które nie miały kontaktu z pieniędzmi.

ZDUMIEWAJĄCE.

Ten schemat badawczy wykorzystaliśmy w wielu innych badaniach z udziałem dzieci przedszkolnych. Otworzyło to wręcz całą serię naszych badań dotyczących torowania idei pieniędzy u dzieci [51]. W jednym z późniejszych badań postanowiliśmy przyjrzeć się trzylatkom. To było chyba najbardziej problematyczne badanie, jakie w życiu zrobiłam, przede wszystkim dlatego, że dzieci nie rozwijają się w sposób jednakowy. W związku z tym z niektórymi trzylatkami jesteśmy w stanie bez problemu się porozumieć i wytłumaczyć im, czego od nich chcemy, a z innymi niestety nie jest to takie proste.

MUSICIE BYĆ PEWNI, ŻE BADANY DOBRZE ZROZUMIAŁ INSTRUKCJĘ. JAK TO SPRAWDZIĆ W WYPADKU TRZYLATKA?

Z reguły wygląda to tak, że osobę, która prowadzi badanie, uczymy, w jaki sposób ma przekazywać polecenia. Osoba taka nie wie, o co chodzi w badaniu, to znaczy jaka jest nasza hipoteza, żebyśmy mieli pewność, że efekty, które obserwujemy, nie są wywołane sugestią czy nadzieją. Taki pomocnik wie tylko, co ma po kolei robić, jak wypowiadać instrukcje skierowane do dziecka, musi więc nauczyć się ich na pamięć, ale na wszelki wypadek ma też pod ręką kartkę, na której są one wypisane. Zależy nam na tym, żeby każde dziecko usłyszało polecenia wypowiedziane za pomocą takich samych słów, ale i na tym, żeby to był prosty język. W przypadku pięcio- i sześciolatków wystarczyło przeczytać polecenie jeden raz, natomiast trzylatki często potrzebowały powtórzenia. Za każdym razem osoba prowadząca pyta dziecko, czy rozumie ono, co ma zrobić, i prosi je, żeby powtórzyło to własnymi słowami. Jeżeli dziecko po dwukrotnym tłumaczeniu nie jest w stanie własnymi słowami określić, czego chcemy od niego w tym badaniu, nie bierze w nim udziału. To standardowa procedura, stosowana także w wypadku dorosłych, tylko oczywiście odsetek wykluczeń jest tutaj zwykle nieco inny.

TO DLATEGO BYŁO TO NAJBARDZIEJ PROBLEMATYCZNE BADANIE W TWOJEJ KARIERZE?

Nie, chodziło o to, że musieliśmy sformułować polecenia, używając języka, który będzie zrozumiały dla trzylatków. Ja nie mam doświadczenia z dziećmi, więc trudno mi było wejść na poziom rozumowania trzylatka. Okazało się na przykład, że dzieci w tym wieku nie rozumieją polecenia: "przynieś fioletowe kredki", bo nie wiedzą, jaki to kolor fioletowy. Zaczęliśmy więc prosić o czerwone.

Kiedy w końcu udało nam się już to badanie przeprowadzić w sposób zgodny ze sztuką, wówczas okazało się, że również trzylatki reagowały zmniejszoną uczynnością, jeśli w pierwszej części badania sortowały pieniądze, a nie inne przedmioty.

TRZYLATEK PRZEZ CHWILĘ SIEDZIAŁ I ROZKŁADAŁ MONETY NA KUPKI I TO ZMIENIŁO STOPIEŃ, W JAKIM GOTÓW BYŁ POMAGAĆ INNEMU CZŁOWIEKOWI? TO BRZMI JAK CZYSTA MAGIA, MAGICZNA FUNKCJA PIENIĘDZY

Ale psychologia to nie jest magia, to jest nauka. Ta sytuacja była oczywiście sztuczna, laboratoryjna, trudno szukać takiej w prawdziwym świecie. Procedura celowo została zaprojektowana w taki sposób, żeby zanurzyć, zaangażować dzieci w kontakt z pieniędzmi, i tym samym bez zadawania pytań wydobyć ich skojarzenia z pieniędzmi, których nabyły poza laboratorium, na przykład obserwując swoich rodziców. Swoją drogą, te skojarzenia nie dotyczą jedynie zmniejszonej chęci pomagania. W innych badaniach z tej serii używaliśmy zadań na wytrwałość i okazało się, że dzieci mające wcześniej kontakt z pieniędzmi dłużej układały zbyt trudne dla nich puzzle, zanim poprosiły o pomoc.

Innym razem poprosiliśmy, żeby narysowały drogę przez labirynt. To był trudna, ale rozwiązywalna łamigłówka. Dzieci dostały ołówki i gumki, żeby mogły same siebie poprawić. Testowaliśmy w ten sposób wytrwałość w dążeniu do zrealizowania zadania i sprawdzaliśmy zarówno to, jak długo dziecko pracowało nad labiryntem, jak i to, czy dochodziło do celu. Okazało się, że dzieci, które były w grupie sortującej pieniądze, dłużej pracowały nad tym zadaniem i jednocześnie częściej znajdowały poprawne rozwiązanie. Pracowały dłużej, ale nie dlatego, że były powolniejsze, lecz dlatego, że były bardziej wytrwałe, a ich dłuższa praca przełożyła się na częstsze osiągnięcie sukcesu, czyli narysowanie zgodnej z zasadami drogi przez labirynt.

A MOGŁY POPROSIĆ O POMOC?

Tak, podobnie jak w badaniu z udziałem osób dorosłych, które prowadziła Kathleen Vohs ze współpracowniczkami [75]. Tam dorośli otrzymali instrukcję, w której była wprost mowa o tym, że jeśli nie będą w stanie rozwiązać zadania, to mogą poprosić drugą osobę o pomoc - i faktycznie to robili, przy czym rzadziej ci z grupy "pieniężnej" niż ci z grupy bez pieniędzy. Badane przez nas dzieci także mogły prosić eksperymentatorkę o pomoc, ale zauważyliśmy, że często rezygnują z wykonywania zadania i nie zwracają się wprost o pomoc. Dlatego też po prostu mierzyliśmy ich czas pracy nad labiryntem, nie analizując tego, czy zawołały eksperymentatorkę, czy nie.

KONTAKT Z PIENIĘDZMI SPRAWIAŁ, ŻE DZIECI BARDZIEJ WYTRWALE SZUKAŁY ROZWIĄZANIA. A CZY BYŁ JAKOŚ SKORELOWANY Z PROSZENIEM O POMOC?

W każdym z naszych badań mierzyliśmy tylko jedno zachowanie - w jednych pomaganie, w innych dzielenie się, w jeszcze innych wytrwałość. Ale faktycznie - w badaniach z udziałem osób dorosłych dłuższa samodzielna praca to po prostu niechęć do proszenia innych o pomoc.

W kolejnym badaniu staraliśmy się dociec, co takiego jest w pieniądzach, że już małe dzieci reagują na kontakt z nimi tak, a nie inaczej. I to nawet silniej niż osoby dorosłe. Pomyśleliśmy, że może nie chodzi wcale o skojarzenia z pieniędzmi jako takimi, z monetami i banknotami, tylko raczej o skojarzenia z takimi elementami rzeczywistości, które są atrakcyjne i dla dziecka dostępne w ograniczonym zakresie.

TAK JAK CUKIERKI?

Wybraliśmy jednokolorowe landrynki. Zawijaliśmy je w przezroczystą folię do pieczenia, bo chcieliśmy mieć opakowania bez żadnych napisów, jak najbardziej neutralne. A nie mogliśmy dać dzieciom tych landrynek bez zawinięcia. Raz tak zrobiliśmy na próbę i niestety obiekty badawcze nie wróciły do nas już po pierwszej osobie badanej, czyli, mówiąc wprost, dzieci nam te cukierki zjadły.

W pierwszej części badania dzieci sortowały pieniądze, cukierki albo guziki. W drugiej sprawdzaliśmy, na ile będą skłonne dzielić się z innymi tym, co mają. Każde dziecko dostawało zestaw naklejek i informację, że może sobie wybrać tyle, ile chce, za udział w tym badaniu. Dzieci, które sortowały pieniądze, wzięły tych naklejek znacznie więcej niż te, które sortowały inne obiekty, nie znaleźliśmy różnic między cukierkami i guzikami. Po kontakcie z pieniędzmi częściej uważały, że należą im się wszystkie naklejki, czyli sześć, w pozostałych grupach brały średnio po trzy.

Ale to jeszcze nie był koniec badania. Kiedy dziecko dokonało wyboru, osoba prowadząca chowała resztę naklejek i mówiła: "Wiesz, nie wszyscy rodzice twoich kolegów i koleżanek zgodzili się, żeby oni się z nami dzisiaj bawili. W związku z tym nie wiem, czy starczy mi nalepek dla wszystkich dzieci, a chcielibyśmy dać też coś tym, które nie biorą udziału w naszej zabawie. Może chcesz oddać część nalepek, które teraz masz, dzieciom, które nie mogły się z nami bawić?". I co się okazało? Dzieci, które wcześniej sortowały pieniądze, mimo że zabrały dla siebie więcej naklejek, oddawały potem innym mniej, nie tylko proporcjonalnie, ale i na sztuki. Czyli nie tylko uważały, że więcej im się należy, ale też nie były chętne dzielić się tym, co mają.

A CO Z CUKIERKAMI?

Cukierki niczym się nie różniły od guzików. Czyli nie chodziło o obiekty, które są atrakcyjne i którymi nie można się bawić, ale chodziło o pieniądze same w sobie.

ROZUMIEM WIĘC, ŻE KONTAKT Z PIENIĘDZMI SPRAWIA, ŻE MNIEJ CHĘTNIE POMAGAMY INNYM, MNIEJ CHĘTNIE SIĘ DZIELIMY, ZA TO JESTEŚMY BARDZIEJ WYTRWALI I SKUTECZNI W REALIZOWANIU ZADAŃ.

Trochę tak, a trochę nie. Pamiętaj, że mówimy tu o sztucznej sytuacji eksperymentalnej, zaprojektowanej tak, by wydobyć z dzieci ich skojarzenia z pieniędzmi bez konieczności rozmawiania o tych skojarzeniach. Przedszkolaki weszły w sytuację badania już ze skojarzeniem, że pieniądze to niechęć do pomagania i dzielenia się, ale jednocześnie wytrwała praca. Wcale nie wiemy, czy jednorazowy kontakt z pieniędzmi w życiu codziennym wywołuje takie same efekty. Inaczej mówiąc, nie mamy podstaw do wyciągnięcia wniosku, że taki kontakt z pieniędzmi powoduje, że dzieci są mniej pomocne, za to bardziej wytrwałe - możemy natomiast wnioskować, że pieniądze kojarzą się właśnie z takimi zachowaniami. Co więcej, wcale nie możemy zakładać, że jeśli powtórzymy to badanie, to za każdym razem otrzymamy podobne wyniki.

DLACZEGO? CZY TO ZNACZY, ŻE NIE NALEŻY WIERZYĆ BADANIOM NAUKOWYM?

W badaniach naukowych, nie tylko psychologicznych, mniej ważny jest pojedynczy wynik, a dużo bardziej liczy się to, czy ten wynik się powtarza, czyli replikuje. Wtedy mówimy, że eksperyment jest rzetelny. Ponieważ przeprowadziliśmy kilka badań dotyczących pieniędzy z udziałem dzieci, możemy stwierdzić, że faktycznie ich wyniki są powtarzalne. Jednak w psychologii od pewnego czasu dużo mówi się o kryzysie replikacyjnym. Niektóre starsze badania powtarzane dzisiaj nie dają takich samych rezultatów jak w przeszłości. Zdarza się, że autorzy takich nieudanych replikacji zarzucają autorom oryginalnych badań, że opisywane przez nich zjawiska są nieprawdziwe, że na pewno coś zmanipulowali, czyli po prostu kwestionują ich rzetelność jako badaczy. Trzeba jednak pamiętać, że przyczyn nieudanych replikacji może być wiele. Po pierwsze, łatwiej zreplikować silne, uniwersalne efekty, a znacznie trudniej efekty słabe czy specyficzne. Po drugie, w przeszłości badania prowadzone były często na bardzo małych grupach, co ze względu na prawa statystyki dawało większe pole do wystąpienia losowości, a więc do przypadkowego pojawienia się jakiegoś wyniku - i dlatego trudno potem ten wynik powtórzyć. Po trzecie, losowość może pojawić się także w replikacjach, więc nawet jeśli zjawisko naprawdę istnieje, to możemy przypadkowo nie wykryć go w badaniu. Po czwarte - i to chyba najważniejsze - nie da się wykonać idealnej replikacji. Nawet jeśli mamy dokładnie tę samą procedurę, czyli schemat badania, i zaprosimy do niego dokładnie te same osoby badane - to przecież te osoby nie będą już takie same. Poza tym często nie znamy wszystkich szczegółów oryginalnej procedury, więc replikacje nie są idealne, a różnice mogą przełożyć się na jakość wyników. Z tego powodu w idealnym świecie nie powinniśmy polegać na wynikach pojedynczego badania, ale na metaanalizach, czyli analizach uśredniających duże liczby badań na ten sam temat i wskazujących, w jakich warunkach te badania dawały istotne efekty, a w jakich nie. Nie dotyczy to wyłącznie psychologii, ale także innych dziedzin eksperymentalnych, takich jak biologia, chemia czy medycyna.

WRÓĆMY DO DZIECI. SKĄD ONE MIAŁY TAKIE, A NIE INNE SKOJARZENIA Z PIENIĘDZMI?

To jest kluczowe pytanie. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić tego w sposób empiryczny, w badaniach, ale mamy pewne hipotezy i obserwacje.

Przede wszystkim my jako rodzice posługujemy się pieniędzmi w interakcjach z naszymi dziećmi dokładnie tak samo, jak ekonomiści posługują się kategorią PKB w interakcjach z nami, dorosłymi. Wyobraźmy sobie taką sytuację: siedzą ekonomiści w studiu telewizyjnym, debatują nad przyszłością kraju, rozmawiają na przykład, czy zakazać handlu w niedzielę, czy nie. Najprawdopodobniej prędzej czy później pojawi się argument, że nie wolno zakazywać handlu w niedzielę, bo nam PKB spadnie albo nie wzrośnie. To jest przykład przywoływany przez czeskiego ekonomistę Tomasa Sedláčka w książce Ekonomia dobra i zła [77]. I on kwituje to stwierdzeniem: no i co z tego? Co takiego wielkiego się stanie? Nie wiemy, nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie. Mamy wręcz fetysz PKB jako wskaźnika tego, czy nam się dobrze żyje.

Jak ten przykład się ma do pieniędzy w interakcji rodzic-dziecko? Małe, dwu-, trzyletnie dzieci często przechodzą trudną fazę rozwojową, w której kontestują to, co rodzice każą im robić. Bywa, że rzucają się na podłogę, krzycząc, że coś im się nie podoba. Wyobraźmy sobie sytuację, wcale nie tak mało prawdopodobną, że rodzic idzie do pracy, a dziecko rzuca się na podłogę i z płaczem prosi: "Nie idź do pracy, nie idź, baw się ze mną". Co w takiej sytuacji robią rodzice?

MYŚLĘ, ŻE WIELU MÓWI: "MUSZĘ IŚĆ ZARABIAĆ PIENIĄDZE".

Czy dziecko potrzebuje rozumienia ekonomicznej wartości pieniędzy, żeby usłyszeć taki komunikat? Absolutnie nie.

SŁYSZY, ŻE RODZIC WYBIERA ZARABIANIE PIENIĘDZY, A NIE BYCIE Z NIM W DOMU.

Niestety rodzice używają pieniędzy jako ostatecznego argumentu, podobnie jak ekonomiści używają PKB jako argumentu, z którym nie wolno dyskutować. Tata musi iść do pracy, żeby zarabiać pieniądze, koniec, kropka. Albo inna sytuacja: dziecko w sklepie mówi: "Kup mi, kup mi, kup mi", a mama odpowiada: "Nie kupię ci tego, bo nie mam pieniędzy".

ALE DZIECKO WIDZI, ŻE MA W PORTFELU PIENIĄDZE.

Popatrz, w jakiej sytuacji te nasze dzieci stawiamy. Dziecko widzi, że w tym samym sklepie za 15 minut podchodzimy do kasy, wyciągamy portfel, a tam są pieniądze. No to dlaczego mama powiedziała, że nie ma pieniędzy, skoro je ma? U dziecka może to rodzić poczucie, że zostało okłamane. Dorosły ma zapewne w tej sytuacji na myśli, że nie stać go, żeby to kupić, bo jeśli kupi, to zabraknie mu na zapłacenie za coś innego. Ale dziecko tego nie wie. Po pierwsze dlatego, że nikt mu tego nie powiedział. A po drugie, nie jest jeszcze poznawczo przygotowane na rozumienie obiegu pieniędzy. Nie rozumie tego, co się dzieje, w kategoriach planowania budżetu, tylko w kategorii tu i teraz.

Używamy argumentu "nie mam pieniędzy", zamiast powiedzieć: "Nie kupię ci tego, bo uważam, że ta rzecz nie jest warta tyle, ile kosztuje". Albo: "Nie kupię ci tego, bo nie chcę, żebyś jadła tyle słodyczy. Nie kupię ci tej zabawki, bo masz w domu taką samą i wcale się nią nie bawisz". Rodzice nie używają tych argumentów dlatego, że to wymaga większego wysiłku. A tymczasem dziecko buduje sobie, oprócz przekonania, że rodzic rozmija się z prawdą, jeszcze i to przekonanie, że gdyby były pieniądze, to mama kupiłaby mi wszystko.

Dzieci, nawet kilkumiesięczne, są czujnymi obserwatorami. Chociaż nie przetwarzają informacji tak, jak to robią dorośli, to jednak zbierają je i wyciągają wnioski, bywa, że nieświadomie, ale w sposób statystyczny. Kilkumiesięczne dzieci są w stanie rozróżnić, czy coś jest zgodne z prawami fizyki, czy nie [78]. Kiedy pokazuje im się filmiki, na których zabawka schodzi ze stołu i idzie dalej w powietrzu, patrzą na to zdecydowanie dłużej i są tym zainteresowane bardziej niż wtedy, kiedy zabawka dochodzi do krawędzi stołu i spada. Dziecko wie, że grawitacja powinna działać. Skąd? Z obserwacji świata. Tego rodzaju badania prowadzone są w wielu obszarach, na przykład gramatyki języka, praw fizyki, norm społecznych [79-82]. Dlaczego nie miałoby tak być odnośnie do pieniędzy? Jeżeli dzieci w sposób systematyczny otrzymują konkretny komunikat dotyczący tego, czym są pieniądze albo co pieniądze mogą w świecie zmienić, to budują sobie - nie w pełni świadomą - koncepcję tego, jak pieniądze funkcjonują.

I jeszcze jedna rzecz: my, dorośli, często kłócimy się przy dzieciach o pieniądze albo rozmawiamy o nich w sposób: bo ty nigdy, bo ty zawsze, zamiast w sposób: siądźmy i zastanówmy się, jak zaplanować nasz budżet na następne pół roku. Jeżeli dziecko to widzi, to dowiaduje się, że pieniądze są czymś, co wzbudza emocje, a nie czymś, czym się zarządza.

I TAK NIEŚWIADOMIE SPRAWIAMY, ŻE DZIECI NABYWAJĄ, A RACZEJ NIE NABYWAJĄ UMIEJĘTNOŚCI ZWIĄZANYCH Z ZARZĄDZANIEM PIENIĘDZMI?

Przede wszystkim dzieci słyszą, jak się kłócimy o pieniądze i używamy ich jako argumentu zamykającego dyskusję. Najprawdopodobniej w ten sposób budują sobie przekonanie o symbolicznym znaczeniu pieniędzy.

Można by zadać sobie pytanie, co mamy zrobić, żeby nauczyć dzieci zdrowego stosunku do pieniędzy.

KUSI, ŻEBY ZAPYTAĆ, CZY WOBEC TEGO DZIECI NIE POWINNY MIEĆ KONTAKTU Z PIENIĘDZMI DOPIERO OD JAKIEGOŚ WIEKU.

To jest z reguły pierwszy pomysł, który się pojawia u laików. Dlatego właśnie powiedziałam, że to nie kontakt z pieniędzmi zmienia coś w życiu dziecka, tylko sztucznie zaprojektowana sytuacja eksperymentalna wydobywa z umysłu dziecka pewne skojarzenia, które zostały wcześniej przez rodziców zbudowane. W związku z tym zadaniem rodziców powinno być kształtowanie zachowań, które mają charakter racjonalny, czyli powinni oni uczyć dziecko zarządzania pieniędzmi i nie powinni używać ich jako ostatecznego argumentu. Nie należy w obecności dziecka dyskutować z bliskimi o pieniądzach w sposób emocjonalny, ale też nie należy oddzielać dziecka od pieniędzy.

Jeżeli nie będziemy pozwalali dziecku na kontakt z pieniędzmi, to jak ono to zinterpretuje? Może pomyśli, że pieniądze są tak niesamowite, atrakcyjne i wyjątkowe, że nie wolno mu mieć z tym kontaktu. Oprócz tego taka izolacja wydaje mi się niewykonalna - nawet jeśli dziecko nie będzie dotykać banknotów czy monet, to przecież będzie chodziło z nami na zakupy, będzie też słyszało nasze rozmowy.

Jestem zwolenniczką dawania dzieciom kieszonkowego najwcześniej, jak się da. Zapewne część trzylatków już mogłaby je dostawać, większość czterolatków i pięciolatków, nawet jeżeli nie potrafią jeszcze liczyć. Możliwe, że nie będą tych pieniędzy wydawać, tylko na przykład nauczą się je składować, czyli oszczędzać. A jeżeli nie potrafią liczyć, to operacje na pieniądzach są świetną okazją, żeby się tego uczyć.

DAWAĆ DZIECIOM PIENIĄDZE ZAWSZE, KIEDY O NIE PROSZĄ?

Kieszonkowe, które się nie kończy, czyli wieczne "mamodajdychę", nie ma wychowawczo sensu. Kieszonkowe powinno być sposobem na uczenie dzieci zarządzania budżetem, ale żeby tak było, dziecko musi mieć świadomość, że kiedy wyda wszystkie swoje pieniądze, to nie będzie ich miało do następnej wypłaty. Oczywiście małe dzieci, cztero- czy pięcioletnie, już abstrahując od tego, że mają problemy z liczeniem, mają też problemy z samokontrolą. Dlatego lepiej dawać im mniejsze kwoty, ale częściej, czyli na przykład 5 zł w każdy poniedziałek. Im dziecko jest starsze, tym bardziej możemy wydłużać okresy między jedną a drugą wypłatą kieszonkowego. Dzięki temu uczymy się, że jeżeli moje pragnienia są większe niż to, co mam, to muszę zacząć oszczędzać.

Małe dzieci z racji swojego niepełnego rozwoju poznawczego mają prawo uważać, że pieniądze są nieograniczone [83]. Jednak prędzej czy później będą musiały się zmierzyć z tym, że tak nie jest. Najpóźniej wtedy, kiedy wyjdą z domu i będą żyć za własne pieniądze od pierwszego do pierwszego. Jeżeli nie chcemy dopuścić do sytuacji, w której dorosłe dziecko w ciągu pierwszego tygodnia swojego samodzielnego życia wyda wszystkie swoje pieniądze, to musimy zadbać, by nauczyło się nimi gospodarować odpowiednio wcześniej.

ZASTANAWIAM SIĘ, CZY BARDZO BOGACI LUDZIE RZECZYWIŚCIE MAJĄ GŁĘBOKIE PRZEKONANIE O TYM, ŻE PIENIĄDZE SĄ SKOŃCZONYM ZASOBEM. ALE O POSTAWACH DOROSŁYCH WOBEC PIENIĘDZY BĘDZIEMY ROZMAWIAĆ NASTĘPNYM RAZEM.