PRZEDMOWA
Uwielbiam podręczniki dotyczące sztuki
pisania. Od czasu obowiązkowej lektury książki The Elements
of Style autorstwa Strunka i White'a w trakcie zajęć
z wprowadzenia do psychologii podręcznik dobrego stylu należy do
moich ulubionych gatunków literackich - nie tylko dlatego, że
chętnie przyjmuję wskazówki pomocne w nieustannym doskonaleniu
rzemiosła pisarskiego, ale także dlatego, że wiarygodny poradnik
na temat sztuki pisania sam musi być świetnie napisany, a najlepsze
spośród tych dzieł są ucieleśnieniem zawartych w nich rad. Notatki,
na których podstawie William Strunk prowadził swoje zajęcia na temat
pisania, a które jego student, E.B. White, przekształcił w słynny
podręcznik dobrego stylu, obfitowały w zdania będące doskonałymi
przykładami wierności głoszonym zasadom, takie jak: "Używaj
rzeczowników i czasowników", "Umieść słowa, które pragniesz
podkreślić, na końcu zdania", czy też (to chyba najlepszy przykład,
a zarazem najważniejsza wskazówka, jakiej udzielił nam Strunk)
"Pomijaj zbędne słowa". Wielu wybitnych pisarzy - mistrzów
stylu wykorzystało swój talent, aby wyjaśnić czytelnikom istotę
pisarskiego rzemiosła. Byli wśród nich Kingsley Amis, Jacques Barzun,
Ambrose Bierce, Bill Bryson, Robert Graves, Tracy Kidder, Stephen King,
Elmore Leonard, F.L. Lucas, George Orwell, William Safire oraz, rzecz
jasna, sam Elwyn Brooks White, uwielbiany autor Pajęczyny
Szarloty i Stuarta Malutkiego. Oto jak
ów wielki eseista wspominał swojego nauczyciela:
W czasach, gdy uczestniczyłem w jego
zajęciach, pomijał tak wielką liczbę zbędnych słów i robił
to tak stanowczo, z takim zapałem i niekłamaną przyjemnością,
że czasami wydawał się wpadać we własne sidła - sprawiał
wrażenie człowieka, który nie ma już nic więcej do powiedzenia,
a jednak musi wypełnić czas, niczym radiowy kaznodzieja, który
zanadto się pospieszył, zostawiając zegar daleko w tyle. Will
Strunk wychodził z tej opresji, uciekając się do prostej sztuczki:
każde zdanie powtarzał trzy razy. Kiedy wygłaszał swoją mowę na
temat zwięzłości, pochylał się nad biurkiem, chwytał za klapy
marynarki i mówił chropawym, konspiracyjnym głosem: "Zasada
siedemnasta. Pomijaj zbędne słowa! Pomijaj zbędne słowa! Pomijaj
zbędne słowa!"[1]
Lubię czytać podręczniki dobrego
stylu z jeszcze jednego powodu - tego samego, za którego sprawą
botanicy chętnie zaglądają do ogrodu, a chemicy do kuchni:
to praktyczne zastosowanie nauki, którą się zajmujemy. Jestem
psycholingwistą i badaczem poznania (kognitywistą), a czymże
jest styl pisarski, jeśli nie skutecznym zastosowaniem słów w celu
zaangażowania ludzkiego umysłu? Zagadnienie to jest jeszcze bardziej
zajmujące dla kogoś, kto pragnie przybliżyć owe dyscypliny naukowe
szerokiemu gronu odbiorców. Zastanawiam się, jak działa język,
żeby jak najlepiej wytłumaczyć innym, jak on działa.
Moja wiedza na temat języka
sprawiła jednak, że podczas lektury tradycyjnych poradników
doświadczałem coraz silniejszego poczucia dyskomfortu. Strunk
i White pomimo intuicyjnego wyczucia stylu mieli niewielkie
pojęcie o gramatyce[2]. Błędnie definiowali takie terminy, jak
"fraza" (phrase), "imiesłów"
(participle) czy "zdanie względne"
(relative clause), a doradzając czytelnikom
rezygnację z czasowników w stronie biernej na rzecz czasowników
przechodnich w stronie czynnej, często podawali nietrafne przykłady
jednych i drugich. Na przykład zdanie "Było tam mnóstwo suchych
liści leżących na ziemi" nie jest przykładem strony biernej,
a zdanie "Pianie koguta rozbrzmiewało o świcie" nie zawiera
czasownika przechodniego. Nie dysponując narzędziami do analizowania
języka, autorzy ci często mieli trudności z przeistoczeniem swoich
intuicji w konkretne wskazówki i na próżno odwoływali się do
"dobrego ucha" pisarskiego. Ponadto wydawali się nieświadomi
faktu, że niektóre z ich rad przeczyły same sobie. Pisząc: "Wiele
nudnych zdań może zostać ożywionych poprzez wprowadzenie czasownika
przechodniego w stronie czynnej", autorzy używają strony biernej,
aby przestrzec czytelników przed stroną bierną. W słynnym eseju
Politics and the English Language (Polityka
a język angielski) George Orwell wpadł w tę samą pułapkę,
kiedy to bez śladu ironii wyśmiewał prozę, w której "strona
bierna jest używana, kiedy to tylko możliwe, i przedkładana
nad stronę czynną"[3]. Pominąwszy te wewnętrzne sprzeczności, dzisiaj
wiemy, że radzenie pisarzom, aby unikali strony biernej, jest
nieuzasadnione. Badania językoznawcze wykazały, że konstrukcja bierna
pełni kilka niezwykle ważnych funkcji ze względu na sposób, w jaki
angażuje uwagę i pamięć czytelnika. Sprawny pisarz powinien
wiedzieć, jakie to funkcje, i przeciwstawiać się redaktorom
językowym, którzy - ulegając wpływowi podręczników dobrego
stylu niepopartych dobrą znajomością gramatyki - wykreślają
każde zdanie w stronie biernej, zastępując je konstrukcją czynną. Podręczniki dobrego stylu, które nie opierają się na rzetelnej wiedzy
językoznawczej, mają też problem z tym aspektem pisania, który
budzi najwięcej emocji - z kwestią poprawnego i niepoprawnego
użycia. Duża ich część traktuje tradycyjne reguły użycia języka
tak, jak fundamentaliści traktują Dziesięć Przykazań - jako
nieomylne prawa wykute w kamieniu, których śmiertelnicy muszą
przestrzegać, jeśli pragną uniknąć wiecznego potępienia. Tymczasem
sceptycy i wolnomyśliciele badający historię owych reguł odkryli,
że należą one do ustnej tradycji folkloru i mitów. Z wielu powodów
podręczniki, które ślepo wierzą w nieomylność tradycyjnych reguł,
nie służą ludziom pióra. Chociaż niektóre z tych reguł poprawiają
jakość pisarstwa, duża ich część ją pogarsza, a co za tym
idzie - pisarze radzą sobie lepiej, kiedy ją lekceważą. Reguły
te często mieszają ze sobą kwestie poprawności gramatycznej,
spójności logicznej, formalnego stylu i języka standardowego
(standard dialect), podczas gdy wprawny pisarz
powinien je rozróżniać. Ponadto ortodoksyjne podręczniki dobrego
stylu są słabo przygotowane do radzenia sobie z niezwykle ważną,
nieodłączną cechą języka - jego zmiennością w czasie. Język
nie jest sztywnym protokołem zatwierdzonym przez władze. Przypomina
raczej internetowy serwis wiki - jest sumą wysiłków milionów
użytkowników, posługujących się nim w mowie i w piśmie, którzy
nieustannie naginają go do swoich potrzeb i którzy nieuchronnie
się starzeją, umierają i ustępują miejsca swoim dzieciom, te zaś
w swoim czasie przystosowują język do własnych potrzeb.
Tymczasem autorzy klasycznych
podręczników pisali je tak, jakby język, z którym dorastali,
był nieśmiertelny, lekceważąc fakt, że język nieustannie się
zmienia. Strunk i White, którzy pisali w początkowych i środkowych
dekadach XX wieku, potępiali nowe (w tamtym czasie) czasowniki,
takie jak personalize (personalizować),
finalize (finalizować), host
(gościć), chair (przewodniczyć)
czy debut (debiutować), i przestrzegali
ludzi pióra przed używaniem fix w znaczeniu
"naprawić", czy też claim w znaczeniu
"twierdzić". Co gorsza, uzasadniali swoją niechęć do tych słów
przy użyciu niedorzecznych racjonalizacji. Twierdzili na przykład,
że czasownik contact (kontaktować się) jest
"niejasny i napuszony. Nie "kontaktuj się" z ludźmi; pisz do
nich, odwiedzaj ich, telefonuj do nich, znajduj ich albo się z nimi
spotykaj". Tymczasem słowo "kontaktować się" przyjęło się
właśnie dzięki swojej wieloznaczności - czasami nie potrzebujemy
informacji na temat tego, w jaki sposób jeden człowiek nawiązał
kontakt z innym; wystarczy nam wiedza, że to zrobił.
W ostatnim wydaniu podręcznika
The Elements of Style, które ukazało się za
jego życia, White przyznał, że w języku następują pewne zmiany,
zapoczątkowywane przez "młodych", którzy "rozmawiają
z innymi młodymi ludźmi w wymyślonym przez siebie języku
- odświeżają język, dodając mu młodzieńczego wigoru, podobnie
jak można odświeżyć mieszkanie w suterenie". Protekcjonalny
stosunek do tych "młodych ludzi" (którzy dzisiaj są w wieku
emerytalnym) skłonił White'a do przewidywania, że takie słowa,
jak nerd (dziwak, kujon), psyched
(podekscytowany), ripoff (zdzierstwo),
dude (koleś), geek (palant,
dzisiaj także maniak komputerowy), będą tylko przelotną modą,
tymczasem wszystkie weszły na stałe do współczesnego języka.
Anachroniczne poglądy
specjalistów od dobrego stylu wynikają nie tylko z tego, że nie
doceniają oni zmian zachodzących w języku, ale także z braku
refleksji nad własnymi procesami psychicznymi. Z wiekiem ludzie
zaczynają mylić zmiany następujące w nich samych ze zmianami
w otaczającym świecie, a zmiany w świecie z upadkiem
moralnym - właśnie stąd bierze się złudzenie dobrych
starych czasów[4]. To dlatego każde pokolenie uważa, że dzisiejsza
młodzież powoduje degradację języka, a wraz z nią - upadek
cywilizacji[5].
Zwyczajny język zanika. Stopniowo ginie
pod ciężarem dziwnego konglomeratu słownego, pseudomowy równie
nieudolnej, jak pretensjonalnej, którą każdego dnia tworzą miliony
błędów i niedokładności w zakresie gramatyki, składni, idiomów,
metafor, logiki i zdrowego rozsądku. (...) W historii współczesnej
angielszczyzny dotąd nie było okresu, w którym zwycięstwo nad
myśleniem w mowie byłoby równie wszechobecne. - 1978
Dzisiejsi absolwenci, nie wyłączając tych,
którzy ukończyli studia uniwersyteckie, wydają się całkowicie
pozbawieni umiejętności posługiwania się językiem. Nie
potrafią skonstruować prostego zdania oznajmującego - ani
w mowie, ani w piśmie. Nie umieją przeliterować pospolitych,
codziennych słów. Interpunkcja najwyraźniej wypadła z programów
nauczania. Gramatyka pozostaje nieodgadnioną tajemnicą dla niemal
wszystkich współczesnych absolwentów. - 1961.
Ze wszystkich amerykańskich uniwersytetów
dobiega wołanie: "Nasi nowi studenci nie mają pojęcia o ortografii
ani interpunkcji". Wszystkie szkoły średnie są w rozpaczy, ponieważ
ich uczniowie nie znają podstaw. - 1917
Słownictwo większości uczniów szkół
średnich jest zdumiewająco ubogie. Zawsze staram się posługiwać
prostą angielszczyzną, a jednak uczyłem już w klasach, w których
niemała grupa uczniów rozumiała co najwyżej połowę tego, co
mówiłem. - 1889
Jeśli obecny proces zmian nie zostanie
zahamowany (...), to nie ulega wątpliwości, że w ciągu kolejnego
stulecia język Amerykanów stanie się całkowicie niezrozumiały dla
Anglika. - 1833
Nasz język (mam na myśli angielszczyznę)
niszczeje nader szybko. (...) Zaczynam się obawiać, że nie sposób
tego powstrzymać. - 1785
Narzekania na upadek języka
sięgają co najmniej czasów wynalezienia prasy drukarskiej. Wkrótce
po uruchomieniu w Anglii pierwszego takiego urządzenia w 1478 roku
William Caxton ubolewał: "Bez wątpienia język używany dzisiaj
jest gorszy od tego, jakim mówiono w czasach, gdy przyszedłem na
świat". Wydaje się, że panika moralna z powodu upadku sztuki
pisania może być równie stara, jak samo pismo.
Według angielskiego uczonego,
Richarda Lloyda-Jonesa, niektóre z odczytanych przez badaczy glinianych
tabliczek zapisanych starożytnym pismem sumeryjskim wyrażają
ubolewanie z powodu pogarszających się umiejętności pisania wśród
młodzieży[6].
Dyskomfort odczuwany podczas
lektury klasycznych podręczników stylu pisarskiego przekonał mnie,
że potrzebujemy podręcznika na miarę XXI wieku. Pragnę przy tym
zastrzec, że moim celem nie jest napisanie książki, która zajęłaby
miejsce The Elements of Style (nie wspominając
o potrzebnych do tego umiejętnościach). Pisarze mogą czerpać
korzyści z lektury więcej niż jednego podręcznika dobrego stylu,
a duża część rad udzielonych przez Strunka i White'a jest zarówno
pełna uroku, jak i ponadczasowa. O sporej części jednak nie można
tego powiedzieć. Strunk urodził się w 1869 roku, a dzisiejsi
ludzie pióra nie mogą opierać swojego rzemiosła wyłącznie
na radach człowieka, którego wyczucie stylu ukształtowało się
jeszcze przed wynalezieniem telefonu (nie wspominając o internecie),
przed narodzinami współczesnego językoznawstwa i nauki o poznaniu,
a wreszcie - przed falą odformalizowania, która przetoczyła się
przez świat w drugiej połowie XX wieku.
Podręcznik na nowe tysiąclecie
nie może po prostu utrwalać nakazów i zakazów zawartych we
wcześniejszych podręcznikach. Dzisiejsi pisarze są przesiąknięci
duchem sceptycyzmu naukowego i etosem kwestionowania autorytetów. Nie
zadowolą się odpowiedziami w rodzaju "Właśnie tak należy to
robić" albo "Ponieważ ja tak mówię". Zasługują na to,
aby nie traktowano ich z góry - niezależnie od wieku. Oczekują
- zupełnie słusznie - uzasadnienia
każdej rady, którą się im narzuca.
Dzisiaj możemy podać
takie uzasadnienia. Nasze rozumienie zjawisk gramatycznych wykracza
poza tradycyjne taksonomie oparte na niedokładnych analogiach do
łaciny. Dysponujemy wynikami badań naukowych dotyczących umysłowej
dynamiki czytania: zwiększania się i zmniejszania obciążenia
pamięci, w miarę jak czytelnik przetwarza fragment tekstu;
przyrost jego wiedzy, kiedy udaje mu się zrozumieć jego znaczenie;
ślepe uliczki, w których może się zagubić. Dysponujemy danymi
historycznymi i analizami krytyków literackich, które mogą być
pomocne w odróżnieniu reguł zwiększających jasność, lekkość
i oddziaływanie emocjonalne tekstu od tych, które opierają się na
mitach i nieporozumieniach. Mam nadzieję, że dzięki zastąpieniu
dogmatów dotyczących używania języka rozsądkiem i danymi
empirycznymi nie tylko uniknę udzielania niezręcznych rad, ale także
sprawię, że moje wskazówki będą łatwiejsze do zapamiętania niż
prosta lista nakazów i zakazów. Wreszcie, pragnę wierzyć, że dzięki
podanym przeze mnie uzasadnieniom pisarze i redaktorzy będą mogli
korzystać z moich wskazówek w sposób przemyślany, pamiętając
o celach, jakie pragną osiągnąć, nie zaś automatycznie.
Termin sense
of style[7] ma podwójne znaczenie. Słowo sense
- jak w pojęciach sense of sight
(zmysł wzroku) czy sense of humor
(poczucie humoru) - może się odnosić do pewnej
zdolności umysłu, w tym wypadku zdolności pojmowania, która pozwala
na formułowanie dobrze skonstruowanych zdań. Może także oznaczać
good sense (zdrowy rozsądek) - przeciwieństwo
non-sense (niedorzeczności) - w tym wypadku
zdolność do odróżniania zasad, które poprawiają jakość prozy, od
przesądów, szyboletów i rytualnych prób inicjacyjnych przekazywanych
w tradycjach językowych.
Książka, którą masz przed
sobą, nie jest "podręcznikiem użytkownika", w którym można
znaleźć odpowiedź na każde pytanie dotyczące przenoszenia słów
czy użycia wielkich liter. Nie jest też poradnikiem dla słabo
wykształconych uczniów i studentów, którzy jeszcze nie opanowali
techniki budowania zdań. Podobnie jak klasyczne podręczniki dobrego
stylu, książka ta jest adresowana do odbiorców, którzy potrafią
pisać i chcieliby to robić jeszcze lepiej - między innymi do
studentów, którzy mają nadzieję poprawić jakość swoich prac
pisemnych, do początkujących krytyków i dziennikarzy, którzy
przymierzają się do prowadzenia bloga albo pisania felietonów
prasowych czy recenzji, oraz do specjalistów poszukujących lekarstwa
na swój żargon naukowy, biurokratyczny, korporacyjny, prawniczy,
medyczny lub urzędniczy. Książkę tę napisałem także z myślą
o czytelnikach, którzy nie potrzebują pomocy w pisaniu, ale
interesują się literaturą i chcieliby się dowiedzieć, w jaki
sposób nauka o ludzkim umyśle może wyjaśnić, jak działa język
w swoim najlepszym wydaniu.
Na stronach tej książki
koncentruję się na literaturze niebeletrystycznej, zwłaszcza
na gatunkach, w których przywiązuje się wagę do jasności
i spójności. W przeciwieństwie do autorów klasycznych
podręczników, nie utożsamiam jednak tych cnót z prostotą
słownictwa, ascetyczną ekspresją i formalnym stylem[8]. Można pisać jasno i przejrzyście, a jednocześnie
z polotem. Jakkolwiek skupiam się na tekstach niebeletrystycznych,
przedstawione przeze mnie wyjaśnienia powinny być użyteczne również
dla autorów beletrystyki, ponieważ wiele zasad dotyczących stylu
obowiązuje niezależnie od tego, czy opisywany świat jest rzeczywisty,
czy też wyimaginowany. Chciałbym wierzyć, że moje rozważania mogą
być także pomocne dla poetów, mówców oraz innych artystów słowa,
którzy powinni poznać kanony nudnej, przyziemnej prozy, aby móc je
lekceważyć dla osiągnięcia zamierzonego efektu retorycznego.
Ludzie często mnie pytają, czy
w dzisiejszych czasach komukolwiek zależy na dobrym stylu. Językowi
pisanemu - powiadają - zagraża nowe niebezpieczeństwo,
związane z rozwojem internetu z jego krótkimi wiadomościami
tekstowymi, tweetami, e-mailami i czatami. No tak, sztuka pisania
niewątpliwie podupadła od czasów sprzed wynalezienia smartfonów
i internetu. Pamiętasz te czasy, prawda? Lata osiemdziesiąte XX
wieku, kiedy nastolatki mówiły pełnymi zdaniami, biurokraci pisali
prostym językiem, a każdy artykuł naukowy był arcydziełem sztuki
eseistycznej? (A może to były lata siedemdziesiąte?) Problem
z teorią, że to internet czyni z nas analfabetów, polega,
rzecz jasna, na tym, iż marne pisarstwo doskwierało czytelnikom we
wszystkich epokach. Profesor Strunk próbował temu zaradzić w roku
1918, kiedy młody Elwyn White uczęszczał na prowadzone przezeń
zajęcia z angielskiego na Uniwersytecie Cornella.
Dzisiejsi czarnowidze wydają
się nie zauważać, że niekorzystne trendy, nad którymi tak bardzo
ubolewają, wiążą się z faktem, iż media ustne - radio,
telefon i telewizja - ustępują miejsca mediom pisanym. Nie tak
dawno mówiono, że to radio i telewizja są przyczyną degradacji
języka. Dzisiaj w większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej walutą
naszego życia społecznego i kulturalnego jest słowo pisane. Nie,
to nieprawda, że sprowadza się ono do naszpikowanych błędami
tyrad internetowych trolli. Wystarczy przez chwilę posurfować
po internecie, żeby się przekonać, iż wielu internautów ceni
jasność, poprawność gramatyczną, dobrą pisownię i właściwą
interpunkcję - nie tylko w książkach i mediach tradycyjnych, ale
także w e-zinach, blogach, hasłach Wikipedii, opiniach konsumentów,
a nawet w e-mailach. Badania wykazały, że dzisiejsi studenci piszą
więcej niż ich poprzednicy i wcale nie popełniają większej liczby
błędów w przeliczeniu na stronę tekstu[9]. Wbrew obiegowym opiniom nie okraszają swoich prac
emotikonami i skrótami znanymi z komunikatorów internetowych,
takimi jak LOL (laughing out loud - śmiejąc
się głośno) czy BTW (by the way - swoją
drogą, na marginesie), w większym stopniu, niż poprzednie pokolenia
zapominały, jak używać przedimków, wskutek nawyku omijania ich
w telegramach. Przedstawiciele pokolenia internetowego - podobnie
jak wszyscy użytkownicy języka - dostosowują dobór słów do
okoliczności i odbiorców i na ogół dobrze wyczuwają, co jest
właściwe w tekstach formalnych.
Styl nadal ma znaczenie - z co
najmniej trzech powodów. Po pierwsze, gwarantuje, że autorzy zdołają
dotrzeć ze swoim przekazem do odbiorców, oszczędzając tym ostatnim
konieczności marnowania cennego czasu na rozszyfrowywanie niezrozumiałej
prozy. Kiedy to się nie udaje, skutki mogą być katastrofalne - jak
to ujęli Strunk i White: "śmierć na autostradzie spowodowana
przez niewłaściwy dobór słów na znaku drogowym, zawód miłosny na
skutek niezręcznego zwrotu w liście napisanym w najlepszej wierze,
zdenerwowanie podróżnego, który oczekiwał, że ktoś wyjdzie po niego
na dworzec, ale tak się nie stało z powodu niedbale sformułowanego
telegramu". Rządy i korporacje zauważyły, że niewielkie poprawki
zwiększające jasność przekazu mogą zapobiec ogromnej liczbie
błędów, wielkiej frustracji i marnotrawstwu, a wiele krajów
uczyniło z przejrzystości języka obowiązujące prawo[10].
Po drugie, dobry styl
wzbudza zaufanie. Jeśli czytelnicy przekonają się, że autor dba
o spójność i precyzję swojej prozy, to będą ufać, że przejawia
te cnoty także w zachowaniach, których nie można równie łatwo
obserwować. Oto jak szef pewnej firmy technologicznej wyjaśnia,
dlaczego odrzuca podania o pracę obfitujące w błędy gramatyczne
lub interpunkcyjne: "Jeśli ktoś potrzebuje ponad dwudziestu lat,
żeby się nauczyć, jak się pisze it's, to
jego tempo uczenia się nie jest zbyt obiecujące"[11]. A jeśli to nie wystarczy, żeby Cię skłonić do
podszlifowania swoich umiejętności pisarskich, zastanów się
nad odkryciem serwisu randkowego OkCupid. Otóż błędy gramatyczne
i ortograficzne w profilu użytkownika to istotne czynniki zrażające
potencjalnych partnerów. Jak to ujęła jedna z użytkowniczek:
"Jeśli mężczyzna chce się umówić na randkę z kobietą, nie
oczekuję kwiecistego stylu Jane Austen. Czy jednak nie powinien starać
się pokazać z jak najlepszej strony?"
Wreszcie, styl czyni świat
piękniejszym. Wyrobionemu czytelnikowi zwięzłe zdanie, frapująca
metafora, dowcipna dygresja czy zgrabne sformułowanie sprawia ogromną
przyjemność. Jak się przekonamy w rozdziale pierwszym, owa całkowicie
niepraktyczna zaleta dobrego stylu stanowi konieczny punkt wyjścia
praktycznych wysiłków zmierzających do opanowania sztuki dobrego
pisania.
[1] Wstęp do książki Elements
of Style (Strunk i White, 1999), s. xv.
[2] Pullum, 2009, 2010; Jan Freeman, Clever
horses: Unhelpful advice from The Elements of Style, "Boston
Globe", 12 kwietnia 2009.
[3] Williams, 1981; Pullum,
2013.
[4] Eibach i Libby,
2009.
[5] Przykłady pochodzą z: Daniels, 1983.
[6] Lloyd-Jones, 1976, cyt. za: Daniels, 1983.
[7] Tak brzmi tytuł tej
książki w oryginale (przyp. tłum.).
[8] Zob. Garvey, 2009
- omówienie krytyki skierowanej pod adresem Strunka i White'a za
nadmierną wagę przywiązywaną do prostoty stylu; Lanham, 2007 - krytyka jednowymiarowego podejścia do stylu, widocznego w klasycznych
podręcznikach, które autor nazywa "The Books" (Księgami).
[9] Herring, 2007;
Connor i Lunsford, 1988; Lunsford i Lunsford, 2008; Lunsford, 2013;
Thurlow, 2006.
[10] Schriver,
2012. Więcej informacji na temat przepisów nakazujących używanie
prostego języka znaleźć można na stronach internetowych
Center for Plain Language (http://centerforplainlanguage.gov)
oraz organizacji Plain (http://plainlanguage.gov) i Clarity
(http://www.clarity-international.net).
[11] K. Wiens, I
won't hire people who use poor grammar. Here's why,
"Harvard Business Review Blog Network", 20 lipca 2012. http://blogs.hbr.org/cs/2012/07/i_wont_hire_people_who_use_poo.html.