Rozdział 1. Wojna na Ukrainie - poligon zmian
To banalne stwierdzenie, ale wiadomo, że wojna sprzyja nowym wynalazkom. W 1915 roku w okopach Gallipoli sierżant William Beach z 2 Batalionu Sił Australijskich wymyślił peryskop, po to aby żołnierze mogli obserwować przedpole, nie narażając się na ostrzał przeciwnika. Potem, na tym samym froncie brytyjsko-tureckim, z puszek po konserwach żołnierze zaczęli konstruować bomby, które miały im pomóc zniwelować braki w zaopatrzeniu1. Takich i podobnych historii można przytoczyć dziesiątki. Wojna - jej zmienność, pojawienie się nowych wyzwań i zagrożeń - zawsze stanowiła impuls wywołujący zmiany. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o nowe środki walki, znaczenie istotniejsze, nawet rewolucyjne, miały zmiany, które dotykały sposobu walki. Ewoluowały taktyka, sztuka operacyjna i strategie wojny. Każda z walczących stron musiała szybko się uczyć, adaptować do nowych realiów w przyspieszonym tempie, tym bardziej że opieszałość czy przywiązanie do starych klisz mentalnych zawsze w realiach pełnoskalowego konfliktu kosztuje życie i zdrowie setek, a może nawet tysięcy ludzi.
Podobnie wygląda wojna na Ukrainie, w której toku walczący nie tylko zmieniają sposób prowadzenia działań, ale również testują stale nowe formy i narzędzia walki. Jak zauważyli dziennikarze CNN relacjonujący przebieg walk, Ukraina stała się nie tylko "poligonem" dla zachodnich systemów broni i uzbrojenia dostarczanego Kijowowi, ale również można mówić o niesłychanej zdolności ukraińskich żołnierzy i ludności cywilnej do wymyślania nowych form, narzędzi i sposobów walki. Amerykańscy żołnierze i specjaliści, którzy mieli możliwość obserwować w praktyce, jak Ukraina walczy, mówią nawet o zdolnościach w stylu MacGyvera, postaci filmowej, który niemal z niczego był w stanie skonstruować skuteczne i funkcjonalne narzędzia. Tak ukraińscy żołnierze, wykorzystując powszechnie dostępne, tanie i łatwe w obsłudze urządzenia czy aplikacje, tworzą zupełnie nowe środowisko walki, zmieniając na własną korzyść relacje sił w wojnie z Federacją Rosyjską mającą znacznie większy potencjał2. W wielu relacjach, raportach i podsumowaniach dotychczasowego przebiegu wojny ten czynnik innowacyjności jest niesłychanie silnie podkreślany. Mówi się, że wojna na Ukrainie stanowi możliwość dostrzeżenia kierunków ewolucji współczesnego pola walki, tego, jak wojny będą wyglądały w przyszłości.
Do pewnego stopnia jest to obraz mylący, bo to skupienie uwagi obserwatorów na nowościach zmniejsza naszą zdolność do zobaczenia pełnego obrazu konfliktu, w którym oprócz nowych i pomysłowych systemów i rozwiązań kluczowe znaczenie odgrywają znane od setek lat narzędzia walki w rodzaju artylerii czy uznane już przez wielu za przestarzałe środki w rodzaju min. "Masa", czyli zdolność do mobilizowania znaczącego potencjału ludzkiego, też w tym konflikcie odgrywa niebagatelną rolę.
Obraz jest w związku z tym złożony, co nie zmienia faktu, że warto skupić uwagę na tym, co nowe. To nowe nie zdominuje, nie przekształci współczesnego pola boju w okamgnieniu, ale już wyraźnie rysujące się zmiany środowiska walki będą wymuszały działania dostosowawcze. Zmienią się architektura bezpieczeństwa, zdolność do projekcji siły, same siły zbrojne także będą podlegały przyspieszonej ewolucji. Inaczej, w związku z oceną przebiegu wojny na Ukrainie, będzie się podchodzić do kwestii strategicznych, takich jak choćby charakter i kształt sojuszy wojskowych, większe znaczenie zyskają dziedziny do tej pory pozostające w cieniu - logistyka, system odpornościowy państwa czy zaangażowanie świata cywilnego w wojnach przyszłości. Chcąc określić wyzwania, przed jakimi stanie Polska w najbliższych latach, a taki jest cel tej książki, a także poszukać odpowiedzi na pytanie, co w nowych realiach musimy zrobić, warto naszą podróż zacząć od przybliżenia, choćby z grubsza, tego, co się zmieni, jakie wnioski wyciągane są przez ekspertów na podstawie obserwacji wojny na Ukrainie.
1. Decepcja operacyjna i strategiczna
Zaskoczenie przeciwnika, wprowadzenie go w błąd odnośnie do własnych planów i zamiarów jest jednym z kluczowych czynników zwycięstwa.
W wypadku ukraińskiej operacji w obwodzie charkowskim, która zaczęła się późnym latem 2022 roku, działania mające na celu zmylenie Rosjan rozpoczęto już pod koniec lipca. Ich analiza, nawet jeśli posłużymy się, jak w wypadku tej książki, wyłącznie otwartymi źródłami informacji, pozwala zrozumieć, na jakim poziomie planowania i koordynacji działań muszą być prowadzone operacje z zakresu decepcji operacyjnej, aby były skuteczne.
Jak słusznie zauważył Richard K. Betts, większość toczonych na świecie po 1939 roku wojen zaczęła się od zaskakującego ataku, a zważywszy na wagę, jaką większość państw przywiązuje do poprawy sprawności swoich służb odpowiadających za zbieranie informacji i procedury wczesnego ostrzegania (warning)3, jest to tym bardziej zdumiewające. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy w gruncie rzeczy do czynienia również w pierwszej fazie wojny na Ukrainie, bo stronie rosyjskiej, mimo wczesnych i mających charakter publiczny ostrzeżeń o zagrożeniu inwazją, udało się uzyskać na kierunku kijowskim przewagę uderzeniową na poziomie 12 do 14. Wydaje się zatem, że mimo rozwiniętych technik zbierania informacji na temat ruchów wojsk przeciwnika, nadal jest rzeczą możliwą osiągnięcie efektu zaskoczenia w działaniach wojennych. Z pewnością jest to realne na początku wojny, kiedy strona zdeterminowana i gotowa ją rozpocząć może wpływać na ocenę sytuacji przez służby przeciwnika. Ale czy tego rodzaju efekt można osiągnąć w toku trwającego i intensywnego konfliktu? Operacja charkowska jest dowodem na to, że jest to realne, trzeba jednak działać w sposób planowy.
Operacje z katalogu działań denial and deception (D&D) tradycyjnie definiuje się jako złożone działania operacyjne podejmowane w celu osiągnięcia określonych zadań, polegające z jednej strony na blokowaniu kanałów informacji, które pozwalają przeciwnikowi zorientować się w rzeczywistej sytuacji (denial), czemu towarzyszy próba narzucenia mu sposobu interpretowania będących w jego posiadaniu informacji, aby wprowadzić go w błąd co do własnych intencji, zdolności i planów5. Osiągnięcie tego efektu współcześnie, w związku z proliferacją sensorów i źródeł pozyskiwania informacji, kiedy każda osoba, również cywilna, znajdująca się w rejonie działań wojennych, lub nawet mająca możliwość obserwacji logistyki przeciwnika, staje się cennym dostarczycielem danych, jest zadaniem niezwykle trudnym. Skuteczne operacje z zakresu D&D wymagają w związku z tym co najmniej łącznego spełnienia kilku warunków. Eksperci są zdania, że należą do nich:
1. Na poziomie strategicznym, ale również operacyjnym, skuteczność działań D&D związana jest z tym, co się określa mianem "strategicznej spójności". Należy sformułować plan działania i jasno zdefiniować cele, które zamierza się w wyniku operacji osiągnąć. Podmiot odpowiadający za operację musi również przewidzieć i wziąć pod uwagę możliwe reakcje przeciwnika, sposób jego rozumowania, w tym przede wszystkim ugruntowane mapy mentalne i schematy interpretacyjne. Nie jest to zadanie łatwe, tym bardziej w związku z faktem, że skuteczna operacja w zakresie decepcji wymaga koordynowania działań wielu podmiotów generujących strumienie informacyjne, często zlokalizowanych na wysokich szczeblach władzy i w dowództwie. W swojej klasycznej pracy na temat brytyjskiej decepcji strategicznej czasów II wojny światowej Michael Howard podkreśla, że jednym z zasadniczych czynników sukcesu było kontrolowanie przez kontrwywiad praktycznie całej niemieckiej siatki wywiadowczej, co wraz ze złamaniem kodów maszyn szyfrujących umożliwiało kontrolę nad strumieniami informacji, jakie w rezultacie otrzymywali Niemcy. Jednak równie istotnym czynnikiem sukcesu było umiejscowienie komórki odpowiedzialnej za planowanie i realizację operacji z zakresu D&D - mowa tu o powołanej w styczniu 1941 roku tzw. W Board - poza oficjalnymi strukturami sił zbrojnych i stworzenie sytuacji, kiedy to ciało "nikomu nie podlegało i nikomu nie musiało składać raportów". W związku z faktem, że w jego skład wchodzili dowódcy wszystkich działających struktur wywiadu, zachowywało dużą sprawczość wzmocnioną jeszcze tym, że w niektórych wypadkach przedstawiciele W Board komunikowali się bezpośrednio z premierem6.
2. Warunkiem skuteczności operacji z zakresu D&D jest znajomość kultury strategicznej adresata tych działań. Chodzi w tym wypadku o zakorzenione schematy interpretowania pozyskiwanych informacji, jak również obowiązujące procedury, nawyki i skłonności, w tym kulturowy kontekst. Niektórzy eksperci są zdania, że operacja z zakresu D&D musi wzmacniać zakorzenioną praktykę i dominujący w interpretacji przeciwnika obraz sytuacji. Próba narzucenia "naszej historii", która całkowicie albo w znacznym stopniu będzie kolidowała z tym, co przeciwnik myślał do tej pory na temat sytuacji, skończy się niepowodzeniem i zostanie odrzucona. W wypadku ukraińskiej operacji na kierunku chersońskim decepcja okazała się, zdaniem ekspertów, właśnie dlatego skuteczna, że Rosjanie spodziewali się tam ofensywy przeciwnika, co spowodowało, że po otrzymaniu informacji potwierdzających ich zakorzenione przeświadczenia byli skłonni je przyjąć, ignorując te, które kolidowały z tym obrazem w rzeczywistości7.
3. Skuteczność operacji w zakresie D&D wymaga zdolności do kontrolowania, ale również kreatywnego tworzenia nowych kanałów informacji, z których korzysta przeciwnik. Zwłaszcza w realiach szumu informacyjnego, kiedy mamy do czynienia z wieloma źródłami pozyskiwania wiedzy w celu budowania świadomości sytuacyjnej, należy liczyć się z efektem sortowania informacji przez przeciwnika, przywiązywaniem większej wagi do niektórych zaufanych kanałów pozyskiwania informacji. J. Bowyer Bell zwraca uwagę, przypominając brytyjski plan Bodyguard, zarówno na skalę przedsięwzięcia, jak i podjęcie przez aliantów próby zbudowania wielu nowych kanałów służących przekazywaniu fałszywych informacji, w tym wykorzystanie fałszywych dokumentów, podwójnych agentów, budowę całej sieci radiowej służącej przekazywaniu sfabrykowanych wiadomości oraz działania maskujące i pozorujące koncentrację znacznych sił wojskowych8.
4. Powodzenie operacji D&D w dużym stopniu zależy od zbudowania przez ich organizatorów zwrotnych kanałów otrzymywania informacji, pozwalających zarówno korygować w razie potrzeby przekaz informacyjny, jak i badać, czy przeciwnik pod wpływem adresowanego dla niego przekazu zmienia swoją uprzednią linię postępowania. Jak zauważył Roy Godson, "świadomość, że kampania w zakresie decepcji się powiedzie, może mieć kluczowe znaczenie dla osiągnięcia wielkich celów strategicznych. Kontynuowanie rozpoczętych działań w zakresie decepcji, jeśli cel nie "chwycił przynęty", byłoby nierozsądne. Alternatywnie, jeśli początkowy plan się nie powiedzie, mechanizm zwrotnego otrzymania informacji (feedback) może aktywować zapasowe kampanie D&D"9.
Operacje w zakresie D&D są zatem skomplikowanym, wieloaspektowym działaniem wymagającym złożonego planowania, koordynacji aktywności rozmaitych szczebli zarówno władzy politycznej, jak i sił zbrojnych, wykorzystania wielu kanałów komunikacji, jak i dobrze zbudowanego, zakorzenionego w mapach mentalnych przeciwnika i jego kulturze strategicznej, przekazu informacyjnego, który w związku z tym ma szansę, będąc wiarygodny, skutecznie wpłynąć na jego świadomość sytuacyjną i podjęte działania.
2. Ukraińska operacja odbicia Chersonia - przykład decepcji w praktyce
Korzystając z dostępnych źródeł, głównie z przekazów medialnych, można zaryzykować tezę, że ukraiński sztab generalny, przygotowując się do kontruderzenia na kierunku Bałaklija - Kupiańsk - Izium - Łyman we wrześniu 2022 roku, działania te poprzedził misternie zaplanowaną kampanią dezinformacyjną, której celem miało być "przekonanie" rosyjskiego dowództwa o tym, że w rzeczywistości kontruderzenie sił zbrojnych Ukrainy, którego oczekiwano od kilku tygodni, rozpocznie się na zupełnie innym kierunku operacyjnym i będzie miało na celu wyzwolenie Chersonia i wypchnięcie sił rosyjskich na lewy brzeg Dniepru. Operacja okazała się skuteczna, rosyjskie dowództwo zdecydowało się dyslokować znaczące siły na kierunek chersoński, osłabiając w ten sposób możliwości obrony na północ od Iziumu. Na odcinku, którego obrona powierzona została słabo wyposażonym i słabo przeszkolonym jednostkom tzw. pospolitego ruszenia ŁRL i DRL, pod Bałakliją nastąpiło ostatecznie przełamanie. Warto prześledzić zasadnicze fazy ukraińskiej operacji decepcyjnej i podkreślić fakt zaangażowania w jej urzeczywistnienie najważniejszych czynników wojskowych i politycznych w Kijowie, jak również fakt użycia wielu narzędzi, mających uwiarygodnić w oczach Rosjan przekaz informacyjny.
10 lipca Ołeksij Reznikow, ukraiński minister obrony, powiedział w wywiadzie dla "The Times", że prezydent Zełenski wydał rozkaz wyzwolenia południa Ukrainy. W tym celu, jak zaznaczył, siły zbrojne przystąpią do tworzenia wielkiej, milionowej, jak się wyraził, armii i przeprowadzą kontrofensywę10. Jak dodał, Sztab Generalny przygotowuje plany uderzenia, a ministerstwo obrony już zajmuje się organizowaniem pomocy wojskowej z sojuszniczych państw Zachodu. To, że strona ukraińska może przygotowywać się do dużej operacji na południu, potwierdzały słowa Iriny Wereszczuk, minister odpowiedzialnej za reintegrację terenów okupowanych, która w tym samym czasie wezwała ludność cywilną obydwu regionów (Mikołajewszczyzny i Chersońszczyzny) do ewakuacji11.
Dmitrij Butrij, p.o. szef wojskowej administracji obwodowej Chersonia, 14 lipca powiedział na konferencji prasowej, że kontruderzenie sił ukraińskich już się de facto rozpoczęło i w pierwszej jego fazie udało się wyzwolić 44 wsie i osady12.
Pod koniec lipca na Chersońszczyznę wrócił generał major Dmitrij Marczenko, który do końca kwietnia skutecznie dowodził obroną regionu mikołajewskiego przed rosyjskim natarciem. Poinformował o tym Witalij Kim, szef obwodowej administracji wojskowej13. Kim sugerował też, że Marczenko ma współpracować z ruchem partyzanckim, a także realizować "inne zadania" zarówno na terenach obwodu mikołajewskiego jak i chersońskiego, że jego zadania wykraczają poza rutynowe obowiązki14. Znaczenie tego posunięcia było czytelne z tego względu, że to Marczence - który przybył do Mikołajowa 25 lutego po to, aby zorganizować obronę miasta, w którym odnotowywano pierwsze oznaki paniki, i otoczonego wówczas z trzech stron przez Rosjan - udało się skutecznie przegrupować wojska, ustanowić punkty oporu i w efekcie zatrzymać najeźdźców15. Sam Marczenko po swoim ponownym pojawieniu się w Mikołajowie powiedział w jednym z wywiadów, że "ofensywa na Chersoń jest nieuchronna", ale dodał, że nie jest to szybki proces, musi on zostać dobrze przygotowany i poprzedzony rozpoznaniem, zaś atak ukraińskich sił uderzeniowych musi zostać poprzedzony dobrym przygotowaniem artyleryjskim"16.
W tym samym czasie Institute for a Study of War oceniał, że rosyjskie dowództwo, z powodu braku sił i środków, nie jest w stanie równolegle prowadzić operacji zaczepnych na więcej niż dwóch kierunkach, a najpoważniejsze rosyjskie siły skoncentrowane są w Donbasie17.
Po tym jak strona ukraińska rozpoczęła niszczenie atakami rakietowymi przepraw przez Dniepr, rosyjskich magazynów i składów amunicji, a także lotnisk na Krymie, co miało wskazywać na rozpoczęcie przygotowań do dużej operacji zaczepnej, strona ukraińska zdecydowała się na kolejny krok. Hanna Maliar, ukraińska wiceminister obrony, poinformowała 11 sierpnia o rozpoczęciu śledztwa przeciw wysokiej rangi przedstawicielowi sił zbrojnych, który ujawnił tajne, o strategicznym znaczeniu, informacje na temat ukraińskich planów wojennych. Media od razu zorientowały się, że może chodzić wyłącznie o generała Marczenkę, a fakt rozpoczęcia dochodzenia prokuratorskiego miał potwierdzać, że wojskowy rzeczywiście ujawnił wrażliwe informacje na temat rozpoczynającego się kontruderzenia strony ukraińskiej na Chersońszczyźnie18.
W rezultacie Rosjanie rozpoczęli energiczny przerzut swoich wojsk z Donbasu na południe Ukrainy. Jak się szacuje, dyslokowano najlepsze jednostki wcześniej znajdujące się w okolicach Iziumu, w tym wypadku chodzi o 35 Armię Ogólnowojskową. Łącznie przerzucono, jak się szacuje, ok. 10 tys. żołnierzy i oficerów oraz znaczne ilości sprzętu, w tym jednostki specjalistyczne. W związku z niszczeniem przepraw spod Iziumu przeniesiono na południe Ukrainy wszystkie jednostki inżynieryjne, jakie Rosjanom pozostały po klęsce przy próbie forsowania w maju północnego Dońca pod Biłohoriwką19. Jak powiedział BBC Konstantin Maszowiec, ukraiński korespondent wojenny, właśnie przerzucenie na południe Ukrainy 35 Armii Ogólnowojskowej świadczy o tym, że zamiar wprowadzenia Rosjan w błąd co do kierunku ataku się powiódł. "Dla mnie osobiście - powiedział BBC - np. ruch i użycie 35 Armii Ogólnowojskowej Wschodniego Okręgu Wojskowego Sił Zbrojnych FR jest swego rodzaju markerem - wskaźnikiem tego, gdzie konkretnie uwaga ich Sztabu Generalnego jest obecnie skoncentrowana"20.
Późniejszy przebieg ukraińskiego kontruderzenia na rosyjskie linie obrony pod Bałakliją potwierdza, że były one znacznie osłabione, do tego stopnia, iż trudno mówić o trzech liniach obrony. Na dodatek w miejsce dyslokowanych na południe Ukrainy regularnych sił rosyjskiej armii obronę na niektórych kierunkach powierzono słabo wyposażonemu i wyszkolonemu, o niewysokim morale, pospolitemu ruszeniu z tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej.
Warto w związku z tym podkreślić, że siły ukraińskie, które zdołały przełamać rosyjskie linie obrony pod Bałakliją, nie dysponowały znaczącą przewagą liczebną i ogniową. Wręcz przeciwnie, były relatywnie ograniczone, ale w wyniku operacji z zakresu D&D udało się im uzyskać efekt zaskoczenia, co umożliwiło odniesienie ostatecznego sukcesu. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, w jaki sposób strona ukraińska przeprowadziła koncentrację własnych sił i jakim potencjałem uderzeniowym dysponowała. Dziennikarze Politico, powołujący się na amerykańskich wojskowych, którzy mieli być, ich zdaniem, uprzedzeni o równoległym, symultanicznym ataku na dwóch kierunkach (obwody chersoński i charkowski) piszą o kilku brygadach, które zrealizowały uderzenie na Bałakliję i dalej na Kupiańsk21.
Niektórzy rosyjscy blogerzy, opisując sytuację, relacjonowali o ukraińskiej pancernej "pięści uderzeniowej, składającej się z 15 czołgów, które były jednostkami drugiego rzutu i weszły do walki, po tym jak mobilna lekka piechota weszła na tyły rosyjskie, przełamując pierwszy rzut obrony22. Dawid Gendelman, izraelski analityk wojskowy, argumentuje, że informacje na temat koncentracji ukraińskiej na kierunku iziumskim pojawiały się w mediach wcześniej, jednak zostały zlekceważone przez rosyjskie dowództwo. Zdecydowało w tym wypadku kilka czynników - po pierwsze, przekonanie o tym, że główna operacja zaczepna będzie miała miejsce na Chersońszczyźnie; po drugie, rosyjska świadomość sytuacyjna nie była najlepsza, zwiad miał problemy ze zbieraniem informacji w czasie rzeczywistym; po trzecie, mogły zawieść systemy dowodzenia, co oznacza, że nawet jeśli dysponowano wiedzą na temat koncentracji, to nie podjęto odpowiednich decyzji, i po czwarte, rosyjskie dowództwo mogło nie dysponować odpowiednimi siłami z powodu braków kadrowych lub też wprowadzone w błąd uspokajającymi doniesieniami o stanie linii defensywnych uważało, że wytrzymają one ataki strony ukraińskiej23.
Eksperci Institute for a Study of War pisali w raporcie sytuacyjnym z 6 września, już po rozpoczęciu ofensywy sił ukraińskich, że ma ona "oportunistyczny" charakter i została wywołana miejscowym osłabieniem rosyjskich linii obrony. Jednak nie przykładano do tego, co się dzieje na tym kierunku operacyjnym, większej wagi, przywołując jednak opinię jednego z rosyjskich blogerów, że "być może" mamy do czynienia z atakiem o większej głębokości i poważniejszym znaczeniu operacyjnym24. W pierwszych dniach ukraińskiego uderzenia informacje o siłach, które biorą udział w operacji, nie skłaniały jednak amerykańskich ekspertów z ISW do wniosków tego rodzaju.
Jurij Butusow, redaktor naczelny portalu Cenzor-Net, sprawozdawca wojenny, a w przeszłości doradca ministra obrony, jest zdania, że to nie przewaga w ludziach i sprzęcie, bo ukraińskie siły zbrojne nawet na poziomie taktyczno-operacyjnym jej nie mają, ale dobrze przygotowany plan działań i sekwencja posunięć były źródłem sukcesu w tej operacji. Czynnik zaskoczenia i przewagi, jeśli chodzi o świadomość sytuacyjną, spowodował z jednej strony zamęt w liniach obrony nieprzyjaciela, z drugiej zaś tempo prowadzonej operacji wymuszało na rosyjskim dowództwie podejmowanie decyzji pod presją czasu, co sprzyjało seryjnie popełnianym błędom25.
3. Pierwszy okres wojny. Dlaczego Rosjanie nie zdobyli Kijowa i czy wojna mogła potoczyć się inaczej?
Już w latach 20. i 30. poprzedniego stulecia w rosyjskiej myśli wojskowej upowszechnił się pogląd na temat kluczowego znaczenia pierwszej fazy wojny dla osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa. Zwolennikiem takiego podejścia był m.in. Michaił Tuchaczewski, który tym terminem określał pierwsze 10-15 dni od momentu rozpoczęcia działań kinetycznych. W jego opinii okres ten obejmował również czas potrzebny na zbudowanie (najlepiej w sposób skryty) i rozwinięcie zgrupowania uderzeniowego, które rozpoczynając wojnę od niespodziewanego ataku, miało w efekcie zaskoczenia przeciwnika przesądzić o zwycięstwie. Siergiej Krasilnikow w związku z takim podejściem pisał jeszcze w latach 30. o potrzebie "rozmycia" stanu wojny i niewojny, po to aby w ten sposób zarówno skutecznie wprowadzić w błąd przeciwnika co do własnych intencji, przeprowadzić potajemną mobilizację i dyslokację odpowiednich sił, a także przygotować gospodarkę do produkcji na potrzeby sił zbrojnych. W związku z takim podejściem rosyjski sztab generalny w tym samym czasie opracował doktrynę zakładającą rozpoczęcie wojny w sposób niezapowiedziany, od nagłego, zaskakującego wtargnięcia na teren wroga.
Gieorgij Isserson w swojej pracy poświęconej sztuce operacyjnej, która opublikowana została w roku 1937, pisał, że o losach przyszłej wojny przesądzi szereg izolowanych, głębokich operacji silnych zgrupowań pancernych, których zadaniem, po przełamaniu pierwszej linii obrony nieprzyjaciela, będzie dokonanie wypadów głęboko na tyły wroga. Isserson, kierujący wówczas katedrą operacji armijnych Akademii Sztabu Generalnego, pisał o konieczności zarówno szybkiego działania, jak i osiągnięcia w ramach jednego "skoku pancernego" rubieży położonych kilkadziesiąt kilometrów za linią wroga, co miało być niezbędne, aby nie dać mu czasu niezbędnego do przegrupowania sił i reorganizacji linii obrony, przygotowania się do kolejnego uderzenia26.
Wydaje się, że Rosjanie, przygotowując uderzenie na Ukrainę, działali zgodnie z tego rodzaju filozofią prowadzenia wojny. Jednak najwyraźniej zignorowali, na co słusznie zwrócili uwagę Roger McDermott i Charles K. Bartles27, wyrażoną jeszcze w 1974 roku przez generała Siemiona Iwanowa opinię, w świetle której przykładanie nadmiernej wagi do zaskoczenia i znaczenia pierwszej fazy wojny może prowadzić do lekceważenia czynników, które trudno ująć w tradycyjnym rachunku sił, jakimi są morale przeciwnika, jego determinacja i wola walki. Z taką sytuacją mieliśmy, w opinii McDermotta i Bartlesa, do czynienia w przypadku tzw. operacji specjalnej na Ukrainie, o czym świadczy choćby właśnie zastosowana terminologia. Ich zdaniem w rosyjskim słowniku wojskowym określenie "operacja specjalna" jest zarezerwowane do działań wojskowo-policyjnych, wymagających mniejszego zaangażowania sił i środków, krócej trwających, takich, które można przeprowadzić bez konieczności długotrwałego mobilizowania potencjału wojskowego, w tym budowania sieci zaopatrzenia i uzupełniania strat28.
Nie ulega wątpliwości, że Rosjanie przystąpili do wojny z Ukrainą ze zbyt szczupłymi siłami, uważając, że skala oporu nie będzie wielka, nastąpi kaskadowe załamanie się systemu obrony i w efekcie rozpoczęta wojna będzie bardziej demonstracją siły i determinacji Moskwy niż pełnoskalowym konfliktem. Za taką interpretacją przemawia też fakt zwrócenia się przez Władimira Putina już drugiego dnia wojny z apelem do ukraińskich dowódców, aby ci, obaliwszy Zełenskiego i ekipę Sługi Narodu, przystąpili do rokowań pokojowych z Moskwą29. O tym, że Rosjanie uderzyli na Ukrainę zbyt szczupłymi, z wojskowego punktu widzenia siłami, pisało wielu ekspertów zachodnich. W opinii Michaela Kofmana i Roba Lee problem, z którym nie poradziło sobie rosyjskie dowództwo, nie polegał na złym sformułowaniu planów operacyjnych czy złym przygotowaniu ofensywy, ale sprowadzał się do tego, że wielkość sił, jakimi dysponowali Rosjanie, nie pozwalała na realizację skutecznego uderzenia na wielu kierunkach30. W praktyce oznaczało to działanie, w sposób świadomy, o wyższej, nieakceptowalnej w normalnych warunkach skali ryzyka. Przede wszystkim po to, aby szybko doprowadzić do politycznego rozstrzygnięcia.
Dzisiaj polska opinia publiczna zdaje się uważać, że niepowodzenie Rosjan w pierwszej fazie wojny przeciw Ukrainie jest potwierdzeniem ocen, w świetle których ich możliwości przeprowadzenia skutecznej operacji uderzeniowej są więcej niż ograniczone. Rodzi to przekonanie o relatywnej słabości czy wręcz niezdolności Federacji Rosyjskiej do rzucenia wyzwania wschodniej flance NATO. Jest to według mnie poważny błąd oceny sytuacji. Wydaje się bowiem, że zarówno z wojskowego, jak i z politycznego punktu widzenia Rosjanie byli bliscy osiągnięcia założonych celów, czyli zwycięstwa w wojnie. W kwietniu 2022 roku, zanim odkryto ofiary cywilne w Irpieniu i Buczy, niemal zmusili stronę ukraińską do sfinalizowania rozmów pokojowych, których kilka rund odbyło się w dniach poprzedzających te odkrycia. Warto też zwrócić uwagę, że dopiero po odkryciu masowych mordów rosyjskich w Buczy zaostrzyła się retoryka prezydenta Joego Bidena, który określił Władimira Putina mianem "zbrodniarza wojennego", mimo iż wcześniej krytykował posługiwanie się tego rodzaju epitetami, a europejskie państwa, przede wszystkim Niemcy i Francja, podjęły decyzję o zmniejszeniu rosyjskich misji dyplomatycznych we własnych krajach31. Po odkryciu masowych mordów, jakich dopuścili się Rosjanie, wzrosła też międzynarodowa presja na zwiększenie dostaw broni i uzbrojenia Ukrainie32, a także zawieszeniu uległy zaawansowane do tej pory rozmowy zmierzające do poszukiwania politycznego rozwiązania konfliktu33. Wojna weszła, z politycznego punktu widzenia, w zupełnie nową fazę, zarówno ze względu na sprzeciw ukraińskiego społeczeństwa w kwestii kontynuowania negocjacji, jak i na rosnące zaangażowanie Zachodu we wspieranie Ukrainy, co dawało ekipie Zełenskiego nadzieje na zmianę układu sił. Z ustaleń dziennikarskiego śledztwa, jakie przeprowadziła Ukraińska Prawda, wynika, że wizyta premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona, który przyjechał do Kijowa 9 kwietnia z niezapowiedzianą i niespodziewaną wizytą, była tym punktem przełomowym, który spowodował zakończenie negocjacji z Rosją i wejście wojny w kolejną fazę. Johnson miał powiedzieć wówczas Zełenskiemu, że "Putin jest zbrodniarzem" i nie należy z nim negocjować oraz że osiągnięte w toku tych negocjacji "gwarancje pokojowe" ze strony Rosji dla Ukrainy nie zostaną uznane i zaakceptowane przez Zachód. W praktyce oznaczało to zarówno deklarację na temat zwiększenia wsparcia Ukrainy, jak i, gdyby Zełenski odrzucił propozycje i zdecydował się na porozumienie i finalizację negocjacji z Rosją, podporządkowanie Kijowa Moskwie34.
Ten polityczny przełom, który dokonał się w kwietniu 2022 roku, zmieniając dynamikę wojny na Ukrainie, przysłania nam wszakże fakt, że z wojskowego punktu widzenia Rosjanie byli niezwykle bliscy sukcesu w pierwszej fazie wojny.
Brytyjski strategiczny think tank RUSI opublikował raport będący podsumowaniem i oceną wojny lądowej na Ukrainie, począwszy od dnia agresji do okresu maj - czerwiec, kiedy to Rosjanie po wycofaniu się z okolic Kijowa skoncentrowali swoje wysiłki na Donbasie35. Materiał ten obejmuje zarówno okres sprzed wojny, analizę sił obu stron, a także realizowanych przez nie planów operacyjnych i szans na powodzenie. Autorami raportu są brytyjscy eksperci, Jack Watling i Nick Reynolds, oraz ukraińscy specjaliści, Mykhaylo Zabrodski i Ołeksandr V. Danyluk. Danyluk jest specjalistą, który w przeszłości był specjalnym konsultantem ukraińskiego wywiadu i doradcą ministra obrony, Zabrodski za to, generał, który w momencie, kiedy pisał ten raport, był w stanie spoczynku, a obecnie pełni funkcję zastępcy dowódcy ukraińskich sił zbrojnych, generała Załużnego. Jest on też legendą ukraińskich sił specjalnych, człowiekiem, który dowodził najdłuższym skutecznym wypadem na tyły przeciwnika po II wojnie światowej. Zarówno brytyjscy eksperci, jak i ich ukraińscy specjaliści mieli dostęp do dokumentów i analiz ukraińskiego sztabu generalnego, których nie ujawniają, ale dzielą się z nami wnioskami wypływającymi z ich analizy, podobnie jak tymi, które można sformułować po lekturze dokumentów zdobytych i przechwyconych przez stronę ukraińską.
Zacznijmy od pierwszej i fundamentalnej konkluzji raportu. Rosjanie mogli tę wojnę wygrać, tak jak planowali, czyli w ciągu 10 dni, rozbijając ukraińskie siły zbrojne, czyniąc je niezdolnymi do prowadzenia zorganizowanego oporu, i jednocześnie obezwładnić centrum polityczne państwa. W efekcie po czterech miesiącach od dnia agresji byliby w stanie, o czym świadczą ich dokumenty sztabowe, tak jak planowali, połknąć Ukrainę, kontrolować ją politycznie lub nawet włączyć w skład odnowionego ruskiego miru, jakiejś formy nowego ZSRS. Z naszej perspektywy oznaczałoby to, że już w czerwcu znaleźlibyśmy się w nowej sytuacji geostrategicznej. Graniczylibyśmy z Rosjanami nie tylko w enklawie kaliningradzkiej, ale również na Białorusi i Ukrainie, a na dodatek Moskale mieliby 300-tysięczną armię na naszych granicach (nie licząc sił białoruskich) uskrzydloną odniesionym zwycięstwem. Ten scenariusz był całkowicie realny przede wszystkim z tego powodu, że Ukraińcy uważali, iż główny ciężar rosyjskiej agresji i główna oś uderzenia będzie się znajdowała w Donbasie. Tam dyslokowali gros swoich regularnych sił operacyjnych - "ponieważ główną osią miał być Donbas, w rejonie JFO [połączonej operacji sił zbrojnych - M.B.] utrzymywano ponad 10 brygad bojowych, stanowiących około połowy sił manewrowych ukraińskiej armii" - piszą autorzy raportu. Inne kierunki, takie jak m.in. na Chersońszczyźnie czy okolice białoruskiego Homla, skąd ostatecznie przyszedł najpoważniejszy rosyjski atak, uważano za mniej prawdopodobne, co powodowało, że desygnowano tam znacznie mniejsze siły. "Nie było większych formacji wysuniętych do przodu na osi homelskiej - piszą autorzy. - Nie było też żadnych większych jednostek zaangażowanych w obronę podejścia z Krymu, mimo że było to określone w planie obrony narodowej. Te oceny potwierdzają zarówno rekonstrukcje wydarzeń, jakie pojawiły się w ukraińskich mediach, wywiady dowódców, jak i opinie innych ekspertów.
I tak generał dywizji Andrij Sokołow, który dowodził obroną południa, powiedział mediom, że mimo iż już jesienią 2021 roku Kyryło Budanow, dowódca ukraińskiego wywiadu wojskowego, uprzedzał o planowaniu przez Rosjan wojny przeciw Ukrainie na wielką skalę, plany obrony były głównie na papierze, jednostki ukraińskie ukompletowane nie w pełni, a Rosjanie w dniu uderzenia osiągnęli 20-25-krotną przewagę w ludziach i sprzęcie na głównych kierunkach operacyjnych36. Ukraińscy przywódcy, zarówno Zełenski i jego ekipa, jak i przedstawiciele głównych frakcji w Radzie Najwyższej, jeszcze na kilka godzin przed rozpoczęciem wojny byli przekonani, że jeśli Rosjanie zaatakują, to przede wszystkim w Donbasie, gdzie w związku z tym zgromadzono gros ukraińskich sił. Ostrzeżenia formułowane przez Budanowa zlekceważono37. W efekcie, jak relacjonował dowodzący obroną Kijowa generał Ołeksandr Syrski, katastrofy udało się uniknąć tylko dlatego, że przed agresją wydał on rutynowe polecenie rozśrodkowania sił, jakimi dysponował, co uchroniło je przed zniszczeniem przez Rosjan w pierwszych godzinach walk38 oraz umożliwiło wykorzystanie ich w przełomowym momencie, kiedy Rosjanie, trzeciego - czwartego dnia od rozpoczęcia inwazji byli o krok od wkroczenia do ukraińskiej stolicy39.
Inne relacje, w tym generała Siergieja Kriwonosa dowodzącego obroną lotniska Żuliany, wskazują na całkowite nieprzygotowanie sił ukraińskich na wypadek ewentualnego ataku Rosjan również i w tym strategicznie istotnym punkcie. Były sekretarz Rady Bezpieczeństwa i Obrony, pozostający w momencie wybuchu wojny poza siłami zbrojnymi, z własnej inicjatywy, jak relacjonował sytuację, przybył na to lotnisko, na którym w każdej chwili Rosjanie mogli wysadzić desant. Gdy stwierdził, że obrona jest niewystarczająca, a siły ukraińskie są nieprzygotowane, skontaktował się z generałem Załużnym i poprosił o przekazanie mu dowództwa. Polecił również, co wcześniej nie zostało zrobione, zaminować lotnisko i wylać na pasy startowe olej napędowy, aby uniemożliwić ewentualne lądowanie rosyjskich samolotów transportowych. W tym samym czasie trwały walki o kontrolę nad lotniskiem Hostomel40. 36-godzinną bitwę o kontrolę nad tym ostatnim portem lotniczym amerykańscy eksperci określają mianem "przełomowego momentu pierwszej fazy wojny", argumentując również, że Rosjanie byli bliscy odniesienia sukcesu, obrona była źle przygotowana i chaotyczna, a zwycięstwo sił ukraińskich było bardziej rezultatem heroizmu walczących i świeżo zmobilizowanych sił niż dobrze, zawczasu przygotowanego planu obrony. Jak zauważyli, rosyjski plan wojny, w którym położono nacisk na szybkość działania, był w gruncie rzeczy próbą dekapitacji, pozbawienia Ukrainy przywództwa politycznego i wojskowego w następstwie błyskawicznego wejścia do Kijowa. Zakładano, że w takiej sytuacji - albo likwidacji, albo zmuszania do ewakuacji na zachód kraju lub wręcz za granicę Zełenskiego i jego otoczenia - ukraińskie siły zbrojne nie będą zdolne do kontynuowania oporu. Atak z wielu kierunków, szybko przemieszczające się kolumny pancerne i wysadzanie desantów na tyłach miały sparaliżować i złamać wolę oporu armii ukraińskiej. Taki kształt operacji wiązał się jednak z akceptacją większego ryzyka - niż to ujęte w rosyjskiej doktrynie prowadzenia wojny, zwłaszcza w pierwszej jej fazie - i odstąpienia od uprzedzających uderzeń lotniczych i artyleryjskich, których celem miałoby być zniszczenie systemów obrony przeciwlotniczej, artylerii i zgrupowań sił przeciwnika. Skala i sposób prowadzenia uderzenia przez Rosjan bardziej wskazuje na to, że w ich zamierzeniu miała to być raczej demonstracja siły połączona z punktowymi uderzeniami niż wojna na pełną skalę z równorzędnym przeciwnikiem. Niewątpliwie decyzja o tego rodzaju uderzeniu była strategicznym błędem Putina41.
Oceny formułowane przez analityków RUSI potwierdzają fakt słabego przygotowania sił ukraińskich, uzyskanie przez Rosjan efektu zaskoczenia i trudnej sytuacji w pierwszych kilkudziesięciu godzinach. I tak oddziały obrony terytorialnej, które zaczęły być formowane dopiero po agresji, miały tylko lekką broń i nie były jeszcze w pełni zintegrowane z dowództwem wojskowym". Strona ukraińska przygotowywała się generalnie do intensywnej wojny w Donbasie, która miała trwać, w świetle założeń sztabowych, około sześciu tygodni. Gromadzono amunicję artyleryjską, która miała według przyjętych założeń wystarczyć jedynie na potrzeby intensywnego, ale krótkotrwałego konfliktu. Osobną kwestią jest to, że w wyniku rosyjskiej dywersji po 2015 roku Ukraina straciła w eksplozjach na składach amunicji 210 tys. ton pocisków różnego kalibru. (Dla porównania, w ciągu pięciu lat wojny w Donbasie strona ukraińska zużyła ok. 70 tys. ton amunicji artyleryjskiej). Rosjanom udało się, co podkreślają analitycy, osiągnąć zaskoczenie strategiczne, bo na głównym, kijowskim kierunku uderzenia mieli przewagę szacowaną przez autorów raportu na poziomie 12 do 1. Dlaczego pierwsze uderzenie rosyjskie nie było obezwładniające? Przede wszystkim z tego względu, że ukraińscy wojskowi za jedno z podstawowych zagrożeń już na długo przed 24 lutego uważali rosyjskie ataki rakietowe i lotnicze. Mając ograniczone możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej, dużą wagę przywiązywali w związku z tym do rozproszenia, zarówno swojego potencjału lotniczego, jak i zasobów magazynowych, tak aby nie można ich było niszczyć pojedynczym precyzyjnym uderzeniem. Rosjanie, dążąc do uzyskania efektu zaskoczenia, musieli też utrzymać tajemnicę, której podlegali nawet dowódcy wyższych szczebli, co do planów operacyjnych i celów wykonywanych zadań. W efekcie siły nacierające z Białorusi, zdaniem autorów raportu, były słabo poinformowane, jakiego rodzaju zadania mieli realizować, dowódcy na szczeblu taktycznym nie zdążyli zapoznać się z warunkami topograficznymi, w których mieli walczyć, na co nałożyły się braki w wyszkoleniu, scentralizowana kultura dowodzenia i problemy z komunikacją oraz koordynacją po rosyjskiej stronie. To wszystko osłabiło efekt zaskoczenia, który jednak Rosjanie osiągnęli. Strona ukraińska miała inne atuty. Po pierwsze, doświadczenia wojny w Donbasie utwierdziły dowództwo w przekonaniu, że artyleria jest i będzie jednym z czynników kluczowych w przyszłej wojnie. W konsekwencji Ukraina sporo inwestowała przed agresją w modernizację swoich systemów artyleryjskich, a nawet rozbudowała zdolności czołgów T-64, tak aby mogły one być używane w charakterze mobilnych baterii. Jeśli chodzi o siły pancerne, to Ukraina w dniu wybuchu wojny miała do dyspozycji ok. 900 czołgów, podczas gdy Rosjanie 2800, do których należy dodać około 400 maszyn, które mieli separatyści z Donbasu. "Różnica w liczbie systemów artylerii rosyjskiej i ukraińskiej nie była tak znacząca na początku konfliktu - dowodzą autorzy - 2433 systemy artylerii lufowej przeciwko 1176 i 3547 MLRS przeciwko 1680". Strona ukraińska z pewnością miała lepiej wyszkolonych artylerzystów, bo w okresie po 2015 roku na to kładziono największy nacisk. Mając świadomość nierównowagi sił, ukraińscy wojskowi wiedzieli, że muszą działać szybciej, mieć lepszą świadomość sytuacyjną, krócej namierzać cele i szybciej zmieniać swoje lokalizacje, aby uniknąć ognia kontrbateryjnego. To było jednym z głównych celów szkolenia i w dużej mierze udało się go osiągnąć. To z tego powodu amerykańscy wojskowi byli potem zdziwieni, jak szybko Ukraińcom udaje się opanować obsługę nowych systemów, zarówno przenośnych, jak i bardziej skomplikowanych i zaawansowanych HIMARS-ów. Strona ukraińska dysponowała jeszcze jednym atutem, który paradoksalnie był wynikiem braku środków. Otóż ograniczenia budżetowe powodowały, że Kijów nie był w stanie po 2015 roku utrzymywać znaczących stałych sił w Donbasie. W rezultacie rotacja kadrowa w jednostkach liniowych była duża, co przełożyło się na to, że Ukraina w momencie wybuchu wojny posiadała liczną, dobrze wyszkoloną i silnie zmotywowaną rezerwę, którą można było zmobilizować. To przyspieszyło mobilizację, mimo że polityczne kierownictwo państwa powszechną mobilizację ogłosiło dopiero po wybuchu wojny42. Rosjanie uważali, że to się nie uda, i w tym względzie popełnili fundamentalny błąd niedocenienia zdolności przeciwnika. Kolejnym atutem, jak się później okazało, strony ukraińskiej było zakorzenione przekonanie dowództwa, że jednym z najpoważniejszych zagrożeń, czemu trudno będzie zaradzić w związku z brakami sprzętowymi, jest zdolność Rosjan do rażenia celów z dużych odległości, przy zastosowaniu systemów rakietowych. To właśnie z tego powodu duży nacisk tradycyjnie kładziono na rozśrodkowanie sił i środków po stronie ukraińskiej, przygotowanie procedur w tym zakresie, zapasowych stanowisk, magazynów i lotnisk, które na tydzień przed godziną W zostały uruchomione. Na siedem godzin przed wybuchem wojny, kiedy stało się jasne, że jednym z głównych kierunków rosyjskiego ataku będzie oś z okolic Homla na Kijów, po prawej stronie Dniepru, siły zbrojne Ukrainy podjęły próbę przesunięcia na ten kierunek najbardziej mobilnych jednostek rezerwowych. "W rezultacie - argumentują autorzy raportu - wiele jednostek ukraińskich nie znajdowało się na wyznaczonych pozycjach obronnych, gdy rozpoczęła się inwazja, zwłaszcza na osiach północnych nie było ich na przygotowanych pozycjach. Przesunięcie z południowej osi w kierunku Kijowa również powodowało, że mniejsza liczba żołnierzy przeznaczona została do utrzymania wybrzeża. Ukraińskie jednostki w trakcie przemieszczania się weszły w kontakt ogniowy, bój spotkaniowy z wrogiem. Punktem krytycznym jest tutaj to, że wojna zaczęła się od przejęcia przez rosyjskie siły zbrojne inicjatywy na poziomie operacyjnym, ale jej jednostki taktyczne były zaskoczone tym, jakiego rodzaju rozkazy mieli wykonać. Siły zbrojne Ukrainy zostały zaskoczone na poziomie operacyjnym, ale jednostki taktyczne psychicznie i praktycznie przygotowywały się do tej walki przez osiem lat. Interakcja między tymi zmiennymi okazała się decydującą o wyniku pierwszych 72 godzin walk".
Innymi słowy Rosjanie postawili na efekt zaskoczenia, decepcję operacyjną, nawet za cenę niepełnej świadomości realizowanych zadań na poziomie taktycznym. To okazało się w ostatecznym rachunku błędem, ale trzeba postawić pytanie, dlaczego zdecydowali się na tak ryzykowną ścieżkę postępowania. Otóż, jak argumentują autorzy raportu, przeważyły o tym badania ukraińskiej opinii publicznej przeprowadzane regularnie przez rosyjski wywiad. Ich wyniki utwierdziły tych, którzy decydowali w Rosji o kształcie kampanii, że społeczeństwo ukraińskie jest w dużej mierze zatomizowane, zniechęcone panującą biedą, apatyczne i niezdolne do wspólnego działania, a przy tym obóz Zełenskiego w przyspieszonym tempie traci poparcie. Uznano w związku z tym, że system odpornościowy państwa jest słaby, elity niezdolne do narzucenia społeczeństwu woli oporu, co ułatwi zadanie najeźdźcom. Szybkie, krótkie uderzenia miały obezwładnić ukraińskie "centrum podejmowania decyzji", utrudnić, a nawet uniemożliwić koordynację działań i wywołać kaskadowe załamanie się systemu obrony. Nie atakowano infrastruktury krytycznej, bo w Moskwie uznano, że będzie ona niezbędna, aby Rosjanie przy ograniczonych siłach byli w stanie uzyskać kontrolę nad całym krajem, nie uderzano też w cele cywilne, uważano bowiem, iż generalnie społeczeństwo ukraińskie jest przyjaźnie nastawione wobec Rosji i zmasowane ataki powodowałyby przyspieszoną ewolucję tego rodzaju postawy. To był oczywisty błąd oceny sytuacji, ale rozwój wydarzeń na południu kraju, gdzie w ciągu 12 godzin Rosjanie opanowali przeprawy na Dnieprze, pokonując ponad 150 km, pokazał, że tego rodzaju rachunki nie były pozbawione racjonalności. Przez pierwsze sześć dni wydawało się, że Moskale wygrają wojnę i opanują Ukrainę.
Jednak już szóstego dnia, jak w wywiadzie dla tygodnika "The Times" powiedział dowodzący siłami ukraińskimi generał Załużny, stało się jasne, że ukraińska strategia obrony przynosi rezultaty i najprawdopodobniej Rosjanom nie uda się zdobyć ukraińskiej stolicy43. Eksperci RUSI, brytyjskiego think tanku strategicznego, szukając odpowiedzi na to pytanie, zwrócili uwagę na kilka zasadniczych czynników44.
Wojna rozpoczęła się od rosyjskich uderzeń lotniczych i rakietowych na cele o znaczeniu strategicznym. Przede wszystkim chodziło o zniszczenie ukraińskiego potencjału w zakresie lotnictwa i obrony przeciwlotniczej, ale także centrów podejmowania decyzji, zarówno wojskowych, jak i politycznych, oraz baz i składów magazynowych. Równolegle w dużej skali użyto środków walki radioelektronicznej, aby oślepić i zdezorganizować ukraińską obronę. W pierwszej fazie, przez dwa tygodnie po 24 lutego, Moskale właściwie nie atakowali infrastruktury komunikacyjnej. Jak piszą autorzy raportu, działanie rosyjskich sił zbrojnych było zgodne z ich doktryną wojenną, jednak zwracają uwagę na kilka osobliwości. Otóż o ile cele o charakterze wojskowym zostały przez Rosjan prawidłowo zidentyfikowane i zaatakowane, co nie oznacza, że zniszczone, o tyle generalnie w pierwszych dniach nie przeprowadzano uderzeń z powietrza na ukraińskie związki taktyczne. Co więcej, sposób ataków przy użyciu lotnictwa i sił rakietowych był szczególny - w pierwszym rzędzie uderzano na cele znajdujące się w głębi pozycji ukraińskich, a dopiero później, w drugiej i kolejnych fazach, koncentrowano ogień na celach bliżej linii styczności wojsk. Te dwie osobliwości spowodowały, że ukraińskie związki taktyczne wokół Kijowa nie zostały właściwie, w pierwszych godzinach od rozpoczęcia wojny, objęte rosyjskimi uderzeniami. Takie sekwencjonowanie celów przez Rosjan spowodowało, że bardziej mobilne ukraińskie związki taktyczne mogły, mając więcej czasu, przemieścić się na nowe pozycje. Co więcej, zawiodły u Rosjan aktualizacja celów i ocena skuteczności prowadzonego ognia. Cel trafiony uważano za zniszczony, co otwierało stronie ukraińskiej szerokie pole do stosowania decepcji (oszustw, zmylenia przeciwnika), a także wykorzystania elementu rozśrodkowania sił i tworzenia atrap, celów pozorowanych. Rosjanie nie byli w stanie, nawet mimo posiadania zaawansowanych, kosmicznych systemów rozpoznania, prawidłowo ocenić skali zniszczeń po stronie ukraińskiej, co w efekcie powodowało po ich stronie nadmierne zużycie posiadanych środków walki. Jednak w pierwszych godzinach wojny udało się im uzyskać kontrolę nad ukraińską przestrzenią powietrzną, doprowadzić do oślepnięcia w wyniku użycia systemów walki radioelektronicznej ukraińskiej obrony powietrznej i zniszczyć znaczną część stacjonarnych systemów, czego nie można powiedzieć o mobilnych. Jak dowodzą autorzy raportu, ukraińska obrona powietrzna przestała działać jako spójny system, skuteczność przechwytywania rosyjskich rakiet wynosiła 12-18 proc. (w drugiej fazie wojny wzrosła do 40-60 proc.), co oznacza, że Moskale byli bliscy zdobycia pełnej kontroli nad ukraińską przestrzenią powietrzną, a właściwie, krótkookresowo, ją mieli. Całkowicie udało się im zlikwidować ją na południu, na Chersońszczyźnie i w okolicach Mikołajowa. Równolegle Rosjanie przystąpili do niszczenia ukraińskiego systemu dowodzenia. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o atakowanie sztabów i punktów dowodzenia, choć to też miało miejsce i użyci zostali w tym celu żołnierze rosyjskich jednostek specjalnych. Wszyscy wysocy rangą oficerowie ukraińscy otrzymali w czasie dwóch pierwszych dni wojny esemesy z wezwaniem do zaniechania oporu i zapewnieniami, że cele wojenne Rosji nie dotyczą państwa ukraińskiego, a jedynie chodzi o ekipę Zełenskiego. Elementem tej zorganizowanej kampanii był również publiczny apel Putina sformułowany przez niego w drugim dniu wojny i adresowany do ukraińskiego korpusu dowódczego, aby wojskowi obalili ekipę Sługi Narodu i przystąpili do rokowań z Rosją. W tym obszarze Moskale również popełnili błąd, źle oceniając gotowość wyższego dowództwa sił zbrojnych Ukrainy do oporu. Liczyli na powtórzenie reakcji zaobserwowanych w 2014 roku na Krymie, ale ich rachuby okazały się błędne. "Krytyczną słabością rosyjskiej kampanii uderzeniowej była ocena wyrządzonych szkód - piszą autorzy raportu, a pamiętajmy, że mowa jest o pierwszych 48 godzinach. - Po pierwsze, wydaje się, że rosyjska armia zakładała, iż jeśli akcja została zlecona i przeprowadzona, oznacza to skuteczne rażenie celu, chyba że istniały bezpośrednie dowody przeciwne. Wydaje się, że potwierdzenie skuteczności uderzenia w nieproporcjonalnym stopniu opierało się na trzech rodzajach danych: potwierdzeniu od pilotów, że trafili w cel; potwierdzeniu z rosyjskich satelitów, że strona wykazała uszkodzenia; oraz potwierdzeniu z rozpoznania radioelektronicznego (SIGINT), że Ukraińcy zgłosili uderzenie i uszkodzenie sprzętu". Te braki spowodowały, że w istocie rosyjskie siły zbrojne przeceniły skalę strat ukraińskich i nie doceniły zdolności do odzyskania koordynacji, łączności i w efekcie zdolności bojowej zdezorientowanych i izolowanych w pierwszych godzinach walk formacji ukraińskich. Niedocenienie przeciwnika i przecenienie zadanych mu strat spowodowało też, że dowództwo rosyjskie obrało bardziej ryzykowną strategię działania, co miało się w kolejnych dniach boleśnie na Moskalach zemścić. Dążąc do złamania woli oporu, do zdezaktywowania (zniszczenia) centrum podejmowania decyzji (administracji Zełenskiego), Moskale rozpoczęli forsowny marsz na wszystkich głównych kierunkach operacyjnych, pozostawiając na swoich tyłach (np. kierunek na Sumy) znaczące siły ukraińskie. Przecenianie skali strat w sprzęcie strony ukraińskiej spowodowało też, że Rosjanie nie spodziewali się oporu w zakresie obrony przeciwlotniczej. W efekcie zachowane przez Ukraińców zdolności w tym zakresie w połączeniu ze sprawnym użyciem przez nich systemów przenośnych (MANPADS) zdezorientowało i zdezorganizowało rosyjskie operacje powietrzne oraz utrudniło wsparcie dla szybko przemieszczających się sił lądowych. Zła ocena stanu gotowości bojowej przeciwnika skłoniła Rosjan również do użycia w stopniu większym niż należało sił powietrznodesantowych, które lekko uzbrojone nie nadają się do atakowania dobrze bronionych pozycji. To jest właśnie przypadek desantu na lotnisko Hostomel pod Kijowem, które próbowano zająć w ataku dwóch fal śmigłowców (każda po 10 maszyn). Dwie maszyny zostały zniszczone przy użyciu systemów przenośnych, co poprawiło morale strony ukraińskiej, a wysadzony desant, nie dysponując ciężkim sprzętem, został w krótkim czasie zniszczony przez ukraińską artylerię. "Wyjaśnienia wymaga - piszą autorzy raportu - postępowanie rosyjskich wojsk lądowych w pierwszych trzech dniach wojny, które znacznie odbiegało od przedwojennych oczekiwań, ich rozkazów i doktryny. Ze względów bezpieczeństwa operacyjnego [chęć uzyskania efektu zaskoczenia - przyp. M.B.] rozkazy zostały rozesłane do większości jednostek dopiero na 24 godziny przed inwazją. W rezultacie rosyjskim żołnierzom brakowało amunicji, paliwa, żywności, map, właściwie nawiązanej łączności i, co najważniejsze, jasnego zrozumienia na poziomie taktycznym, w jaki sposób ich działania wpisują się w ogólny plan". W tym miejscu eksperci, którzy przygotowali raport, formułują też bardzo ciekawą tezę. Otóż ich zdaniem "konwencjonalny militarny element inwazji miał raczej służyć bardziej jako wspierająca demonstracja siły niż główny wysiłek, rosyjskim jednostkom nakazano przemieszczać się w kolumnach marszowych i ominąć jednostki ukraińskie. Wielu rosyjskich żołnierzy przybywało do miast bez załadowanej broni. W większości nie spodziewali się ciężkich walk". Zawiodło też rozpoznanie, rosyjscy dowódcy na szczeblu taktycznym mieli nieaktualne mapy, nie wiedzieli, gdzie się znajdują, nie znali przebiegu dróg i topografii terenu. Strona rosyjska, co zadziwiające, nie miała też rozpoznania w zakresie sieci hydrologicznej, co umożliwiło Ukraińcom zorganizowanie oporu, np. przez podniesienie poziomu wody w rzeczce Irpin o 70 cm w wyniku spuszczenia wody ze zbiornika na północ od Kijowa, w rezultacie stała się ona trudną do pokonania przeszkodą.
W tym czasie, a mowa o decydujących pierwszych 72 godzinach wojny, dowództwo ukraińskie podjęło trzy decyzje, które okazały się kluczowe dla końcowego wyniku. Po pierwsze, znaczną część ukraińskich sił specjalnych z innych kierunków operacyjnych przerzucono na oś homelską (prawy brzeg Dniepru). Po drugie, udało się ogłosić i przeprowadzić mobilizację. Masowy odzew rezerwistów spowodował, że szybko nowe brygady zmechanizowane zaczęły docierać na linię frontu i stopniowo zmieniać korelację sił, która jednak nadal była zdecydowanie na korzyść Rosjan. Po trzecie, zmobilizowani zostali przez dowodzącego obroną Kijowa generała Syrskiego kadeci i kadra szkół wojskowych, co pozwoliło szybko wystawić dodatkowe siły. 1 Brygada Pancerna Ukraińskich Sił Zbrojnych, działająca w okolicach Czernihowa, została ominięta przez siły rosyjskie i praktycznie otoczona, z pewnością była izolowana, ale nadal utrzymała zdolność bojową, co w kolejnych dniach miało zasadnicze znaczenie. Siły ukraińskie w Donbasie powstrzymywały Moskali, ale głównym celem tych ostatnich na tej osi było przede wszystkim wiązanie z powodzeniem potencjału ukraińskiego. Na południu Ukrainy Rosjanie działali, nie napotykając właściwie większego oporu, z którym spotkali się dopiero na przedmieściach Mikołajowa, po tym jak stronie ukraińskiej udało się przegrupować i uporządkować linie obrony. W tej fazie wojny dla rozwoju wydarzeń w kolejnych dniach kluczowe okazały się niepowodzenie rosyjskich sił specjalnych, które próbowały wysadzić desant nieopodal Odessy, przygotowując większą operację w tym zakresie, i przede wszystkim rezultat bitwy o Kijów.
Oceniając generalną sytuację w 72 godziny od rozpoczęcia wojny, brytyjscy eksperci piszą: "Z powyższego należy zauważyć, że Rosjanie osiągnęli zaskoczenie i udało się im doprowadzić do bardzo korzystnego stosunku sił na głównych osiach natarcia. W drugim dniu konfliktu w ukraińskich siłach zbrojnych panował niepokój co do możliwości powstrzymania natarcia z kierunku Homla (prawy brzeg Dniepru)". Aby zrozumieć, dlaczego Rosjanie ostatecznie utknęli, autorzy raportu proponują poświęcić więcej uwagi stanowi psychiki najeźdźców na poziomie taktycznym, czyli w jednostkach liniowych. Byli oni pozbawieni orientacji w terenie, mieli ograniczoną łączność, systemy dowodzenia nie działały sprawnie, a z każdą godziną tężał opór strony ukraińskiej i to w sytuacji, kiedy tego oporu, w świetle przyjętych założeń, miało nie być. Rosjanie nie tylko nie spodziewali się ciężkich walk, na dodatek ich kolumny marszowe zaczęły być coraz częściej skutecznie atakowane, ale również nie otrzymywali nowych rozkazów ze względu na problemy z łącznością i nieefektywność systemów dowodzenia. Silnie scentralizowana kultura dowodzenia w rosyjskiej armii nie sprzyjała też inicjatywie dowódczej i powodowała zatrzymanie się kolumn w oczekiwaniu na dalsze instrukcje. Na poziomie taktycznym zarysowała się wyraźna asymetria. O ile Rosjanie nie wiedzieli, jak mają dalej działać, i czekali na rozkazy, o tyle ukraińscy żołnierze wiedzieli, że mają niszczyć rosyjskie kolumny marszowe. W efekcie inicjatywę na poziomie taktycznym przechwyciła strona ukraińska.
Trzeciego dnia od rozpoczęcia inwazji strona rosyjska zrozumiała, jak argumentują autorzy raportu, że ich plany operacyjne nie są realizowane, a cała kampania idzie źle. Ukraińska obrona przeciwlotnicza odzyskała po pierwszym szoku zdolność do działania, co spowodowało, że wsparcie rosyjskich sił lądowych z powietrza było niedostateczne, opór tężał, na tyłach szybko przemieszczających się rosyjskich kolumn pozostały znaczące siły ukraińskie, które utrzymały zdolność do działania. Nie udało się przechwycić lotniska Hostomel, które miało stać się głównym rosyjskim hubem logistycznym i miejscem, z którego operujące siły rosyjskie miały przypuścić przesądzający wyniki wojny szturm na Kijów. Co więcej, ukraińskim jednostkom specjalnym udało się zneutralizować w całości zagrożenie ze strony rosyjskich grup dywersyjnych działających w Kijowie (według szacunków było to 3 tys. żołnierzy), których zadaniem było zdobycie budynków rządowych i unieszkodliwienie kierownictwa państwa.
Autorzy raportu napisali, że generał Aleksander Czajka, dowodzący rosyjskim Zgrupowaniem Wschód atakującym z kierunku Homla, kiedy odbudował swoją świadomość sytuacyjną (co stało się dopiero w marcu), stanął wobec dylematu. Albo próbować przebijać się przez umocnione już w tym czasie linie obrony strony ukraińskiej i zdobyć kontrolę nad liniami komunikacyjnymi na zachód od Kijowa, albo wycofać się, nie ryzykując okrążenia. Nie był w stanie podciągnąć swojego niezbędnego potencjału artyleryjskiego, którym dysponowała natomiast strona ukraińska, nie był też w stanie uzyskać wsparcia z powietrza. Kijów nie został opanowany od środka, zaopatrzenie stawało się coraz trudniejsze, bo opór strony ukraińskiej rósł. W obliczu ciężkich strat i ryzyka okrążenia Moskalom pozostało tylko wycofanie się, wykonanie gestu dobrej woli, aby uchronić choćby część potencjału wojsk zaangażowanych w atak na kierunku kijowskim. Bitwa o ukraińską stolicę była przegrana.
Nie zmienia to jednak faktu, że niewiele brakowało, aby losy tej fazy wojny potoczyły się zupełnie inaczej. Rosjanie uzyskali efekt zaskoczenia strategicznego, utwierdzając ukraińskie dowództwo w przekonaniu, że główne uderzenie będzie miało miejsce w Donbasie. Dysponując większym potencjałem, byli w stanie nie tylko zdobyć bez większego oporu południe Ukrainy, ustanawiając korytarz lądowy łączący Federację Rosyjską z Krymem, ale również poważnie zagrozić ukraińskiej stolicy. Niewiele brakowało, aby Ukraina przegrała wojnę i uznała się za stronę pokonaną. Rosjanie byli o włos od odniesienia sukcesu, co nie tylko powinno skłaniać nas do refleksji na temat znaczenia pierwszej fazy wojny w rosyjskiej strategii, ale również nakazywać rozwagę w ocenie rosyjskiego potencjału wojskowego i unikać pochopnych ocen o "potiomkinowskiej armii" i nieumiejących dowodzić sztabowcach. Moskwa popełniła, planując operację na Ukrainie, poważne błędy, również źle oceniając możliwości przeciwnika, ale mimo to była bliska zwycięstwa. Korygując pierwotne założenia i pomyłki, zmieniając taktykę walki i sposób prowadzenia operacji, ma nadal szansę wojnę na Ukrainie wygrać, a z pewnością pozostaje niezwykle groźnym przeciwnikiem, którego lekceważenie może skończyć się tragicznie.
4. Wpływ logistyki na wybory strategiczne
Logistyka wojskowa jest tą specjalnością, która w związku z wojną na Ukrainie z pewnością przeżywa swój renesans. Mówi się nie tylko o atakowaniu przez strony swoich systemów zaopatrzenia, uznając skuteczność tego rodzaju strategii za jeden z kluczowych czynników teorii zwycięstwa45, ale wręcz uznaje się logistykę za kluczowy element systemu bezpieczeństwa umożliwiający w ogóle kontynuowanie walki.
Jeszcze przed wojną, w listopadzie 2021 roku, Alex Vershinin, amerykański ekspert ds. logistyki, zwrócił uwagę na istotne ograniczenia Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej w tym zakresie46. Jak pisał, kwestie logistyki wojskowej są "piętą achillesową" zdolności sił rosyjskich do wykonywania głębokich uderzeń przy użyciu sił pancernych i zmechanizowanych. Rosjanie mogą bez dodatkowych dostaw paliwa działać najwyżej 72 godziny, a zdolność do zapewnienia transportów, z powodu niedostatku sprzętu, jest ograniczona i limitowana gęstością i zasięgiem linii kolejowych o szerokim rozstawie torów. W wymiarze operacyjnym, jak zauważył, głębokość penetracji terenu przeciwnika bez konieczności przerwy w działaniach niezbędnej, aby podciągnąć "ogon logistyczny", nie przekracza w wypadku sił rosyjskich 160 km, w najlepszym razie nie jest większa niż 300 km. Strategicznie, jak zauważył Vershinin, koncepcja bitwy granicznej NATO z siłami Federacji Rosyjskiej, obrony "każdego cala kwadratowego" jest na rękę Rosjanom, bo zakłada, że będą działać w realiach krótkich łańcuchów zaopatrzeniowych. Doświadczenia wojny na Ukrainie, zwłaszcza realia operacji kijowskiej, generalnie potwierdziły te oceny. Zdaniem ekspertów skandynawskich niezdobycie przez Rosjan lotniska w podkijowskim Hostomlu, gdzie mieli najprawdopodobniej założyć swoją główną bazę logistyczno-zaopatrzeniową umożliwiającą zarówno okrążenie ukraińskiej stolicy, jak i dalszy marsz w głąb kraju, można uznać za jedną z przyczyn ich klęski w pierwszej fazie wojny47.
Analiza kwestii logistyki wojskowej, zwłaszcza w związku z doświadczeniami wojny na Ukrainie, skłania wielu badaczy do formułowania niezwykle interesujących i ważnych ocen. I tak John Klug, pułkownik amerykańskich sił zbrojnych i wykładowca US Army War College, w artykule opublikowanym na łamach "Military Strategy Magazine"48 zwraca uwagę na związki między strategią wojskową i polityczną w czasie wojny a zdolnościami logistycznymi. Stawia przy tym tezę, iż ograniczenia w zakresie zdolności do zaopatrzenia sił zbrojnych we wszystko, czego walczący potrzebują na polu boju, mają zasadniczy wpływ na strategię wojny, na to, do czego dążymy, co jesteśmy w stanie osiągnąć i czym w rezultacie starcie armii może się zakończyć. Klug, starając się zobrazować swoje przesłanie, odwołuje się do porównania sformułowanego jeszcze w 1917 roku przez George'a Thorpa na temat logistyki wojskowej w dziele Pure Logistics. Ten szerzej u nas nieznany, a w amerykańskiej myśli wojskowej uznawany za klasyka autor napisał, że strategia jest tym, czym intryga w sztuce teatralnej, taktykę można porównać do gry aktorów przyciągającej uwagę widzów, a logistyka jest całą niedostrzegalną i wręcz niewidoczną maszynerią teatralną, dzięki której w ogóle możemy podziwiać jakiekolwiek przedstawienie. To, co oglądamy, również na wojnie, nie jest zatem wynikiem realizacji jakiegoś swobodnie sformułowanego planu czy efektem sprawności dowódczej i żołnierskiej, ale rezultatem działania, którego ramy tworzą ograniczenia, zdolności i sprawność logistyki. W takim ujęciu, argumentuje Klug, strategia jest zawsze ograniczona ramami logistyki i zawsze też oznacza konieczność dokonywania wyborów, nieraz bardzo bolesnych. Ilustruje to decyzjami podjętymi przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię w czasie II wojny światowej. Otóż, jak dowodzi, już w trakcie pierwszej konferencji na szczycie, w styczniu 1941, a zatem jeszcze przed japońskim atakiem na Pearl Harbor, podjęto decyzję, że głównym celem strategicznym będzie zwycięstwo nad Niemcami, co oznaczało utrzymanie Wielkiej Brytanii, i aby to zapewnić, trzeba było kontrolować Atlantyk. Japoński atak nie spowodował rewizji amerykańsko-brytyjskich priorytetów, skomplikował jednak sytuację w związku z pojawieniem się drugiego frontu, co oznaczało konieczność podejmowania decyzji o alokacji ograniczonych zdolności logistycznych (statki transportowe, siły będące w stanie ochraniać konwoje etc.). W czasie konferencji waszyngtońskich, w grudniu 1941 i styczniu 1942 roku, podtrzymano dotychczasowe priorytety (Germany First) i postanowiono o skupieniu wysiłków wojennych obydwu państw na logistyce (produkcja statków, amunicji etc.). W czerwcu 1942 roku, w czasie drugiej konferencji w Waszyngtonie, alianci prowadzili dyskusję na temat otworzenia drugiego frontu w Europie, za czym optowali Amerykanie, chcąc lądować we Francji dla odciążenia w ten sposób Rosjan. Churchill był zwolennikiem ataku w Afryce Północnej, aby w ten sposób kontrolować Morze Śródziemne i szlaki transportowe, zarówno przez Kanał Sueski, jak i wokół Afryki. Ta decyzja, ale także kolejna, związana z dążeniem Amerykanów do zagwarantowania sobie tras żeglugowych do Australii (bitwa o Guadalcanal), miała zasadnicze znaczenie dla dalszych losów wojny. Rozciągnięte linie zaopatrzeniowe zmusiły aliantów do dokonywania wyborów o charakterze strategicznym. I tak nie byli oni w stanie przyjść z pomocą armii Czang Kaj-szeka, co nie tylko przedłużyło wojnę w Azji, ale otwierając pole do działania Stalinowi, w gruncie rzeczy w dłuższej perspektywie doprowadziło do zwycięstwa komunistów w Chinach. Mieli oni wówczas do wyboru albo operację w Normandii, albo wsparcie chińskich nacjonalistów. Z powodu podobnych ograniczeń odrzucono plan Churchilla, aby alianci lądowali na Bałkanach, co w gruncie rzeczy przesądziło o geostrategicznym statusie całej Europy Środkowej. Amerykański ekspert pisze, że "nadmierne obciążenie logistyczne aliantów w kampaniach w Afryce Północnej i na Guadalcanal w 1942 roku, działanie na granicy wydolności logistyki wiąże się ze strasznym ryzykiem dla sił i powodzenia realizowanej misji. Zaakceptowanie tego poziomu ryzyka na wielu teatrach działań to ryzyko skumulowane, co oznacza, że odwrócenie sytuacji w jednej kampanii może wymagać większych zasobów, osłabiając w ten sposób pozostałe kampanie". Zasadniczym pytaniem, jakie stawia Klug, jest to, czy ta sytuacja uległa zmianie obecnie. W jego opinii doświadczenia wojny na Ukrainie nie tylko pozwalają na podtrzymanie tej argumentacji, ale wręcz w sposób bardziej wyraźny widzimy, iż strategia jest działaniem w ramach ograniczeń stwarzanych przez logistykę. "Można śmiało powiedzieć - argumentuje - że armia rosyjska najwyraźniej zapomniała, iż logistyka miała kluczowe znaczenie dla sowieckich operacji ofensywnych" w czasach II wojny światowej. Niedocenienie jej znaczenia doprowadziło do niepowodzenia pierwszej fazy tzw. specjalnej operacji. Dodatkowym problemem było również to, że w czasie trwającej wojny, w wyniku własnych błędów, Rosjanie zmuszeni zostali do opracowania od nowa, tym razem biorąc pod uwagę ograniczenia i możliwości logistyczne, strategii prowadzenia wojny. Nie jest to proste nie tylko dlatego, że wymaga czasu. Negatywnym czynnikiem jest również to, że nie ma możliwości "rozpoczęcia wszystkiego od początku", bo pierwsza faza wojny do pewnego stopnia determinuje kształt kolejnych jej etapów. "Kiedy początkowa faza ofensywy osiągnęła punkt kulminacyjny, Rosjanie musieli przyjąć nową strategię wojskową - argumentuje Klug. - Musieli zmienić podejście, używając żargonu projektowego, ponieważ ukraiński opór odsłonił ich logistyczną piętę achillesową - zanim Rosjanie dotarli do Kijowa, nie mieli wystarczających sił i logistyki, aby osiągnąć zamierzone cele". Z naszej perspektywy istotne jest nie tylko to, że amerykański ekspert jest przekonany, iż opisywana przezeń relacja między strategią a możliwościami logistycznymi utrzyma się również w przyszłości. Będziemy obserwowali ewolucję systemów zaopatrzenia i używanych w tym celu środków, ale sama istota tej relacji się nie zmieni - na wojnie realizowana strategia jest pochodną możliwości logistycznych walczących stron. W tym sensie można nawet powiedzieć, że strategiczna i operacyjna innowacyjność i dzielność nie na wiele się zdają, jeśli nie towarzyszy im odpowiednio nowoczesny, sprawny i dobrze skonstruowany system zaopatrzenia naszych wojsk. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek. Jeśli bowiem zgodzić się z tym, że to zdolności logistyczne przesądzają o powodzeniu w wojnie, to również należy podobnie zapatrywać się na fundamentalną w amerykańskiej myśli wojskowej sprawę, jaką jest zdolność do projekcji siły, a w związku z tym także kształt systemu bezpieczeństwa w obszarach peryferyjnych, takich jak wschodnia flanka NATO czy Morze Południowochińskie. Klug, konkludując swoje wystąpienie, pisze: "Podsumowując, logistyka oddziałuje na strategię wojskową poprzez zakreślenie sposobów, określenie horyzontu czasowego potrzebnego do osiągnięcia zamierzonych celów oraz określenie poziomu ryzyka".
W tym samym nurcie rozważań umieścić możemy raport przygotowany przez grupę naukowców i praktyków cywilnych opublikowany w Modern War Institute49. Analitycy skupiają swoją uwagę na kwestiach łańcuchów zaopatrzenia, wydolności sił zbrojnych w tym obszarze i strategicznych ograniczeń, które są narzucone stanem zaplecza logistycznego, jakim dysponuje walcząca armia. Jest to o tyle ciekawe i warte uwagi wystąpienie, że autorzy formułują fundamentalną z punktu widzenia polityki obronnej tezę. Ich zdaniem, i tak zatytułowali swój artykuł: Logistyka określi nasz los. Zastanawiają się, "czego uczą nas rosyjskie doświadczenia w zakresie logistyki na kontestowanym terytorium". Chodzi oczywiście o transport w czasie wojny, kiedy przeciwnik atakuje nasze cele, co dodatkowo powoduje jeszcze zwiększenie skali trudności. Z perspektywy Polski rozważania te są ważne co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, autorzy na podstawie analizy możliwości logistycznych rosyjskich sił zbrojnych oraz warunków transportu (gęstość i przebieg linii kolejowych, porty, mosty, wiadukty, długość i przebieg dróg etc.) zbudowali i ocenili wiarygodność czterech podstawowych scenariuszy operacyjnych. Ich zdaniem rosyjskie zamiary wobec Ukrainy, ale przede wszystkim szansę na ich urzeczywistnienie, można było ocenić jeszcze przed rozpoczęciem wojny na podstawie oceny potencjału logistycznego Rosji i warunków, w których swoją misję będą realizowały jej siły zbrojne. To zaś pozwala ocenić słabe punkty całego planu wojny, odpowiednio przygotować obronę i skoncentrować siły, ale też skonstruować ją w odpowiedni sposób. Drugi wniosek, który wyciągnąć można z analiz ekspertów amerykańskich, jest szerszej natury. Otóż długość i drożność linii zaopatrzeniowych, zwłaszcza w realiach wojny, kiedy trasy komunikacyjne są atakowane przez przeciwnika, to istotne czynniki zwiększające lub osłabiające możliwości walczących. Z perspektywy Polski, kraju, który większość potencjału wojskowego skoncentrował (Żelazna Dywizja ma zmienić ten stan) na prawym brzegu Wisły - a ewentualne posiłki amerykańskich sojuszników, aby dotrzeć na wschodnią flankę, będą musiały w linii prostej po lądzie przebyć drogę 860 km, zanim dotrą do przesmyku suwalskiego - oceny logistyków powinny być uważnie analizowane.
Autorzy opracowania poddali analizie, z uwzględnieniem kwestii rosyjskiej logistyki, kilka możliwych scenariuszy uderzenia Moskali - zajęcie Kijowa, opanowanie południa Ukrainy i utworzenie "mostu lądowego" łączącego Krym z Rosją, opanowanie całego południa do Naddniestrza i odcięcie w ten sposób Ukrainy od Morza Czarnego i wreszcie opanowanie całej wschodniej części kraju, do Dniepru. Z punktu widzenia wyzwań logistycznych - biorąc pod uwagę długość linii zaopatrzenia, gęstość sieci kolejowej i drogowej, ilość środków transportowych, którymi dysponują Rosjanie - tylko jeden z tych wariantów - utworzenie "mostu lądowego" - jest w zakresie możliwości Moskali. Pozostałych nie są oni w stanie zrealizować, bo nie będą w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości paliwa, amunicji, żywności etc. swoim w dużym stopniu zmechanizowanym oddziałom ani opanować Kijowa, ani tym bardziej Odessy i całego wybrzeża czarnomorskiego, nie mówiąc już o wschodzie kraju. Wariant "mostu lądowego" jest realny z kilku powodów - po pierwsze, Moskale kontrolują Morze Azowskie, co oznacza, że mogą drogą morską, która jest znacznie bardziej efektywna niż lądowa, dostarczyć znaczne ilości zaopatrzenia i wsparcie w rejony de facto przyfrontowe. Na ich korzyść w tym wariancie działa też relatywnie gęsta sieć kolejowa w Donbasie, a tego atutu, w związku z faktem kontroli przez stronę ukraińską miast, nie byli w stanie wykorzystać ani pod Charkowem, ani w rejonie Czernihowa, ani też atakując Kijów. W Donbasie linie zaopatrzenia są też najkrótsze, co oznacza, że transport kołowy Rosjan może wykonać każdego dnia większą liczbę kursów.
Autorzy raportu są, jak się wydaje, przekonani, że tego rodzaju analiza, ocena zdolności logistycznych obydwu stron pozwoliłaby ocenić, czy rozpoczęte operacje strategiczne skończą się powodzeniem, tym bardziej jeśli druga strona nie ma zamiaru złożyć broni. Jeśli nie stało się to, czego w pierwszej fazie wojny oczekiwali najwyraźniej Rosjanie, tzn. Ukraińcy nie przywitali ich kwiatami, to na podstawie analizy logistyki jasne było, że będą mieli pod Kijowem wielkie kłopoty. Tę ich słabą stronę dobrze wykorzystali Ukraińcy. W Donbasie sytuacja jest już inna, stąd wojna tam ma też inny przebieg. Na Chersońszczyźnie, patrząc na ten teatr działań wojennych, znów mamy odmienną sytuację - kwestie logistyczne wyglądają inaczej niż w Donbasie i zaopatrzenie jest piętą achillesową Moskali. Kijów stara się te okoliczności wykorzystać. Jeśli odniesie sukces, będziemy mieli potwierdzenie skuteczności strategii asymetrycznej, której istotą jest poszukiwanie słabych punktów przeciwnika. Jednak również odpowiednie znaczenie, jeśli chodzi o sztukę wojenną, zyska wojskowa logistyka - analiza linii komunikacji, możliwości zaopatrzenia walczących stron i potencjału, którym w tym zakresie się dysponuje. Będzie to kolejna ważna lekcja, którą i my powinniśmy przyswoić, obserwując wojnę na Ukrainie.
Jeśli tak, to zastanówmy się, jak z logistycznego punktu widzenia wygląda sytuacja państw bałtyckich, do pewnego stopnia też Polski. Jest to ważne z jednego, podstawowego powodu - sprawna logistyka daje nam zdolność do szybkiej zmiany relacji sił, co ma oczywisty wpływ zarówno na skuteczność odstraszania, jak i na ewentualny wynik starcia. Analitycy Brookings, analizując relacje sił między Federacją Rosyjską a NATO w państwach bałtyckich jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie, zwrócili uwagę na fakt, że w wypadku piechoty Rosjanie mieli pięciokrotną przewagę (tylko licząc potencjał enklawy kaliningradzkiej i Zachodniego Okręgu Wojskowego), jeśli chodzi o transportery opancerzone czterokrotną, w wypadku czołgów 22-krotną, a w artylerii również pięciokrotną50. Z pewnością relacja sił odbiegała od modelu 1 do 3, przyjmowanego w amerykańskiej myśli wojskowej jako wystarczająca do skutecznej obrony. Za czasów zimnej wojny NATO było w stanie utrzymać się w tym przedziale - 1 do 1,2, jeśli chodzi o personel wojskowy, 1 do 2,5 w wypadku czołgów i 1 do 2,8 dla systemów artyleryjskich. Zatem tym ważniejsza jest kwestia logistyki w wypadku państw bałtyckich. Tą kwestią zajęli się latem tego roku eksperci think tanku strategicznego CSIS. W raporcie poświęconym bezpieczeństwu tego obszaru zwrócili uwagę na odległość miejsc stacjonowania głównych sił NATO w czasie zimnej wojny od teatru przyszłych działań wojennych51. I tak w wypadku dwóch dywizji niemieckich (1 i 2 Dywizji Piechoty) miały one od 75 do 102 km z miejsca stałej dyslokacji za czasów pokoju do ewentualnego pola walki. Gdyby brać pod uwagę trzy amerykańskie dywizje stacjonujące w Niemczech (10, 11 oraz 4), to dystans ten wynosił od 32 do 117 km. Zatem główne siły NATO, skutecznie realizujące politykę odstraszania ZSRS, rozlokowane były w bezpośredniej bliskości teatru przyszłych, ewentualnych działań wojennych. Ich linie zaopatrzenia byłyby w razie wojny krótkie, a w związku z tym znacznie bardziej odporne i wydajne. A jak to jest obecnie? Eksperci CSIS rozpoznali sytuację pod względem dystansu, jaki miałyby przebyć w razie wojny siły tworzące brygadę NATO stacjonującą na Litwie w ramach tzw. wysuniętej obecności. W tym wypadku państwem ramowym wnoszącym największą kontrybucję są Niemcy. Gdyby analizować sytuację podobnych związków taktycznych na Łotwie (państwo ramowe Kanada) czy w Estonii (Wielka Brytania), to te odległości są jeszcze większe, co oznacza, że Litwa na tle pozostałych państw bałtyckich jest jeszcze w najlepszej sytuacji. Nie zmienia to jednak faktu, że siły niemieckie z Oldenburga, gdzie stacjonują w czasie pokoju, miałyby do pokonania 1072 km, z belgijskiego Leopoldsburga 1345 km, z holenderskiego Schaarsbergen 1264 km, z Luksemburga byłoby to 1357 km, z norweskiego Bardufoss byłoby to 1586 km, jedynie Czesi mieliby blisko, bo musieliby pokonać z Žatca 896 km. A zatem nie dyskutując, czy potencjał, jaki ma brygada, jest wystarczający, aby wpłynąć na relację sił i odstraszyć Rosję, bo nie jest, trzeba zwrócić uwagę na fakt, że z logistycznego punktu widzenia siły działające w ramach wysuniętej obecności NATO są zbyt oddalone od teatru przyszłych działań. Jeśli zatem zgodzić się z tezami Johna Kluga, że to logistyka wyznacza zakres, skalę i charakter operacji strategicznych, to ten obraz, aplikowany do państw bałtyckich, wiele nam mówi o sytuacji. Natowska projekcja siły w tym regionie Europy jest dlatego tak niewystarczająca - a z pewnością zbyt mała, aby ukształtować prawidłową relację sił z Rosją - że nie jest możliwe, ze względu na odległości, ich zaopatrzenie. Dlatego nie ma sensu dyslokować w ten rejon większych sił, a te, które są tam obecne, odgrywają rolę tripwire forces, czyli takich, które nie mają na celu zatrzymania Rosjan, bo są na to zbyt szczupłe.
5. Amunicja i polityka
Z szacunków amerykańskich wojskowych wynika, że ukraińskie siły zbrojne wystrzeliwały średnio każdego dnia przeszło półtorarocznej wojny od 2 do 3 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm52. Ołeksandr Kamyszin, nadzorujący ukraińskich producentów broni i uzbrojenia, szacuje, że w czasie letniej ofensywy siły zbrojne zużywały 90 tys. sztuk amunicji miesięcznie, ale realne potrzeby wynosiły 250 tys.53.
Dane te nie tylko skłaniają analityków do mówienia, że mamy do czynienia w dużej mierze z wojną artyleryjską, ale również do stawiania pytań o stan przygotowania państw Zachodu do długotrwałej wojny o podobnej intensywności z porównywalnym wskaźnikiem konsumpcji amunicji.
Jeśli chodzi o jej zasoby w arsenałach państw NATO, nie wykluczając z tej listy Stanów Zjednoczonych, to pojawiające się w mediach informacje wskazują, że nie jest pod tym względem najlepiej. Z analiz Royal United Service Institute (RUSI) wynika, że brytyjskiej armii wystarczyłoby amunicji na tydzień walki o podobnej intensywności jak na Ukrainie54. Konserwatywny członek Izby Gmin Tobias Ellwood mówił publicznie, że w czasie "krótszym od tygodnia" zasoby amunicyjne, jakimi dysponują siły zbrojne Wielkiej Brytanii, ulegną wyczerpaniu55. Niewiele lepiej wygląda to w wypadku Francji, gdzie po 2011 roku zlikwidowano sześć z 20 magazynów amunicji56. Jak wynika z raportu przedstawionego w lutym 2023 roku w parlamencie, obecne zasoby, choć ich dokładny poziom jest objęty tajemnicą wojskową, nie wystarczyłyby na konflikt dłuższy niż trwający kilka dni. Włoski portal InsideOver podał nawet, co skwapliwie podchwyciła propaganda Federacji Rosyjskiej, że mowa jest o czterech dniach intensywnej wojny, po których zasoby amunicyjne Francji miałyby się wyczerpać57. Niemieckie media w grudniu 2022 roku sugerowały, że zasoby amunicyjne Bundeswehry pozwalają jedynie na kilka godzin intensywnej walki, co najwyżej na kilka dni58. Christine Lambrecht, poprzednia niemiecka minister obrony, była ostro krytykowana przez kolegów z rządu za opóźnienia w składaniu zamówień na amunicję. Kwestia ta stała się nawet tematem wymiany korespondencji między minister obrony a odpowiedzialnym za resort finansów Christianem Lindnerem z FPD, który zarzucił Lambrecht bezczynność59. W czerwcu 2023 roku media informowały, że niemieckie siły zbrojne mają w arsenałach jedynie 20 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm, co oznacza, iż liczba ta jest 11,5 razy niższa od norm NATO nakazujących dysponowanie zasobami wystarczającymi na co najmniej 30 dni walki60. Z kolei brytyjski "The Times" informował o dwudniowym zapasie amunicji niemieckiej armii61. Informacje te niedługo potem potwierdził pośrednio następca Lambrecht, zapowiadając znaczne zwiększenie zakupów po to, aby uzupełnić niedobory. Z analiz think tanku IISS wynika, że Niemcy będą musieli w tym celu wydać w nadchodzących latach co najmniej 20 mld dolarów62. W Polsce sytuacja pod tym względem też nie wygląda zapewne różowo, skoro umowa podpisana właśnie między PGZ a Agencją Uzbrojenia przewiduje dostawę do 2029 roku "setek tysięcy" pocisków i ma umożliwić naszej grupie produkującej amunicję stanie się jedynym jej dostawcą dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej, po tym jak zwiększy się moce wytwórcze z obecnych 40 tys. sztuk pocisków rocznie docelowo do 200 tys.63. W wypadku Stanów Zjednoczonych sytuacja nie wygląda dużo lepiej. Już latem 2022 roku media informowały, powołując się na źródła informacji w siłach zbrojnych, że zasoby magazynowe, po tym jak Ameryka dostarczyła Ukrainie 800 tys. sztuk pocisków artyleryjskich, są "niepokojąco niskie"64. Te oceny potwierdziły późniejsze decyzje podjęte przez Departament Obrony, który chcąc kontynuować wsparcie dla Ukrainy, najpierw opróżnił depozyty arsenałowe znajdujące się w Izraelu65, potem "pożyczył" amunicję w Korei Południowej66, po drodze kupując też znaczne jej ilości w Pakistanie67, wreszcie w obliczu niedoborów w arsenałach podjął kontrowersyjną i kontestowaną przez europejskich sojuszników decyzję o dostawach amunicji kasetowej dla Kijowa68. Jeśli chodzi o amerykańskie zasoby amunicyjne, to wąskim gardłem są nie tylko pociski artyleryjskie, których niewielkie zapasy są pochodną tego, że przez ostatnie 20 lat siły zbrojne Stanów Zjednoczonych, ale również innych państw NATO przygotowywały się do zupełnie innej wojny niż ta, która trwa na Ukrainie. Zakładano co najwyżej krótkie konflikty ze znacznie gorzej wyposażonym przeciwnikiem, do pewnego stopnia przypominające wojnę w Iraku czy interwencję w Afganistanie. Nie brano pod uwagę długiego konfliktu z przeciwnikiem o porównywalnym potencjale wojskowym i gospodarczym (peer competitor). Wracając do amerykańskich niedoborów amunicyjnych, warto zwrócić uwagę, że w świetle niedawno przeprowadzonych przez ekspertów think tanku CSIS symulacji ewentualnego konfliktu o Tajwan jednym z kluczowych czynników ewentualnej porażki Stanów Zjednoczonych jest niewystarczająca liczba rakiet służących do zwalczania celów na morzu, których zasób może ulec wyczerpaniu już po tygodniu trwającego konfliktu69. W ciągu trzech tygodni walk, jak wynika z większości analizowanych scenariuszy, Amerykanie zużyliby cały, będący na wyposażeniu ich sił zbrojnych potencjał w zakresie rakiet do różnych zasięgów (5 tys. sztuk), co oznacza, że jeśli przeciwnik będzie miał większe zapasy lub możliwości produkcyjne, to wówczas wygra wojnę. Jak na łamach "The Foreign Affairs" napisał Seth G. Jones: "Pociski manewrujące do zwalczania okrętów stanowią przydatne studium przypadku. W każdej ineracji gry wojennej CSIS Stany Zjednoczone w ciągu pierwszego tygodnia konfliktu [z Chinami - M.B.] zużywały swoje zapasy przeciwokrętowych rakiet manewrujących. Pociski te były szczególnie przydatne ze względu na ich zdolność do rażenia chińskich sił morskich spoza zasięgu chińskiej obrony powietrznej. Te systemy obrony powietrznej będą prawdopodobnie groźne - szczególnie na początku konfliktu - i mogą być w stanie uniemożliwić większości samolotów zbliżenie się na tyle blisko, aby zrzucić amunicję krótkiego zasięgu"70. Jest to o tyle istotne spostrzeżenie, że Amerykanie, przygotowując się do wojny o Tajwan, również będą zmuszeni do wyboru obszarów priorytetowych, nie będą bowiem w stanie koncentrować się na wszystkim.
Podobnie krytyczna sytuacja ma miejsce, jeśli weźmiemy pod uwagę przenośne wyrzutnie przeciwpancerne, słynne Javeliny, które w pierwszych tygodniach wojny na Ukrainie odegrały tak istotną rolę. Publicznie dostępne dane wskazują, że Stany Zjednoczone są w stanie rocznie produkować 2,1 tys. sztuk tych pocisków, co stanowi jedną trzecią tego, co zostało dostarczone i zużyte przez ukraińskie siły zbrojne w pierwszych tygodniach wojny. Nawet jeśli uda się zrealizować zapowiadane zmiany i osiągnąć zdolność do produkcji 4 tys. tych pocisków rocznie, to i tak odbudowa zapasów zajmie kilka najbliższych lat71. W wypadku lotniczych pocisków manewrujących JASSM, których w roku budżetowym 2022 planuje się zbudować 400 sztuk, a w kolejnym 525, a także rakiet LRASM (produkcja w roku od 40 do 50 sztuk) czy systemów kierowanych GMLR, których roczna produkcja w amerykańskim sektorze przemysłowym wynosi ok. 6,5 tys. sztuk, mamy do czynienia ze zdecydowanie niewystarczającymi zdolnościami, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że w ciągu czterech miesięcy wojny Rosjanie zużyli taką liczbę rakiet różnych typów, że amerykański przemysł potrzebowałby czterech lat na ich budowę72.
W tym segmencie potencjał sojuszników jest również niewystarczający, można nawet powiedzieć, że produkcja pocisków rakietowych ma charakter rzemieślniczy, a nie przemysłowy. Francja zadeklarowała np. zwiększenie liczby produkowanych rakiet Mistral o 40 proc., z obecnych 20 sztuk miesięcznie do 28 sztuk w roku 202473.
Odpowiedzią państw NATO na zaistniałą sytuację był wzrost zamówień w sektorze przemysłowym, presja na firmy produkujące uzbrojenie, aby te zwiększyły swoje moce produkcyjne, a także podjęcie decyzji w gronie państw UE o wspólnym systemie zakupów amunicji na potrzeby sił zbrojnych. Te pozornie na pierwszy rzut oka niekontrowersyjne decyzje wymagają jednak poważniejszej analizy.
Pierwszą kwestią jest czas, a mianowicie pytanie, w jakim tempie przy obecnym poziomie inwestycji uda się uzupełnić braki powstałe w wyniku przekazania amunicji Ukrainie i odbudować własne zapasy.
Julia van der Colff z think tanku Decisive Point zwraca uwagę, że przy obecnym tempie odbudowy amerykańskich zdolności w zakresie produkcji amunicji i innych systemów potrzeba będzie 13 lat na zapełnienie arsenałów do poziomu, który gwarantowałby możliwość prowadzenia wojny z takimi przeciwnikami jak Chiny. Szacunek ten, co stanowi istotną okoliczność, przeprowadzony został jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie, która pociągnęła za sobą olbrzymie dostawy z arsenałów Stanów Zjednoczonych74. Mark Cancian szacował w styczniu 2023 roku, że tylko w związku z dostawami dla Kijowa amerykańskie siły zbrojne przy obecnym tempie realizacji zamówień (uwzględniając zapowiedzianą rozbudowę potencjałów produkcyjnych) będą potrzebowały 59 miesięcy, aby odtworzyć poziom zapasów w wypadku zwykłych pocisków kalibru 155 mm. W wypadku pocisków Excalibur niezbędny na odtworzenie zasobów czas wynosi 48 miesięcy. Nie lepiej jest, jeśli chodzi o Javeliny - potrzeba będzie 56 miesięcy, w wypadku rakiet HIMARS mowa jest o 30 miesiącach, a Stingerów - o 79 miesiącach75. I to przy założeniu, że zapowiedziane inwestycje będą przebiegały zgodnie z planem.
Wydaje się, że w wypadku Stanów Zjednoczonych można też mówić o ukształtowaniu listy priorytetów w zakresie odbudowy potencjału amunicyjnego, na czele której są przede wszystkim rakiety i systemy będące w stanie razić cele przeciwnika na dużej głębokości. Jak zauważyli eksperci Center for the New American Security, budżet Pentagonu na rok 2024 uwzględnia najpilniejsze zadania, do których należy "zwiększenie zakupów kluczowych rakiet dalekiego zasięgu i rakiet przeciwokrętowych w celu przygotowania się do walki na Pacyfiku, rozpoczęcie wypełniania luki w obronie przeciw rakietom manewrującym, wzmocnienie produkcji broni niezbędnej w wojnie lądowej w Europie oraz składanie wieloletnich zamówień testowych i zamówień na duże partie kluczowej amunicji w celu wzmocnienia bazy przemysłowej sektora przemysłowego"76. Jak stwierdzili w konkluzji raportu, przez lata Departament Obrony miał skłonność do preferowania, w zakresie zakupów amunicji, środków niezbędnych do walki na lądzie ze szkodą dla tych, które będą kluczowym czynnikiem przewagi, biorąc pod uwagę realia konfliktu o Tajwan. Analiza budżetu na 2024 rok skłania ekspertów CNAS do sformułowania tezy, że "historycznie rzecz biorąc, Pentagon przeinwestowywał w bomby i rakiety do atakowania celów na lądzie, zaniedbując jednocześnie broń przeciwokrętową. W budżecie na kolejny rok budżetowy odnotowano znaczny wzrost liczby wystrzeliwanych z powietrza rakiet służących do zwalczania okrętów, ale potrzeba więcej morskiej broni uderzeniowej dalekiego i średniego zasięgu"77. Innym priorytetem jest wzrost nakładów na rozwój i pozyskanie amunicji pozwalającej atakować precyzyjnie cele na dużej głębokości.
Jonathan D. Caverley z Naval War College i Ethan B. Kapstein z Princeton University zwrócili uwagę na jeszcze jedną, niezwykle istotną kwestię. Otóż ich zdaniem w wypadku najpopularniejszej amunicji, np. artyleryjskiej kalibru 155 mm, ale również strzeleckiej, możemy mówić o commodytyzacji światowego rynku, co należy uwzględnić w planowanej strategii zaopatrzenia78. Chodzi o to, że szczególnie w wypadku najmniej zaawansowanych technologicznie rodzajów amunicji mamy już do czynienia z podażą o wymiarze globalnym. W świecie jest już tak duża liczba jej wytwórców, że z punktu widzenia relacji nakłady-efekty nie ma sensu rozbudowa własnego potencjału we wszystkich sektorach produkcji, bo skala inwestycji odtworzeniowych jest ogromna, wystarczy jedynie przemyślana, najlepiej wspólna polityka zakupowa. Należy oczywiście dbać o standaryzację produkcji w wymiarze globalnym, z czym nie jest łatwo, bo nawet w wypadku europejskich producentów pociski artyleryjskie kalibru 155 mm dostarczone Ukrainie różniły się na tyle, że utrudniało to ich używanie. Nie dotyczy to zresztą wyłącznie tego typu pocisków. Jak napisano w specjalnym raporcie przygotowanym przez Kyiv Post: "Fińskie pociski moździerzowe kal. 120 mm nie pasowałyby do włoskiego modelu Mod. 63, mimo że są tego samego kalibru"79. Nie zmienia to jednak faktu, że zdaniem amerykańskich ekspertów państwa NATO powinny długoterminowo naśladować politykę amerykańskiego Departamentu Obrony, który koncentruje swoje środki przeznaczane corocznie na zakup amunicji na rozwijaniu zdolności produkcji amerykańskiego przemysłu w zakresie produkcji najbardziej zaawansowanych rodzajów amunicji precyzyjnej, tę mniej zaawansowaną czy tradycyjną kupując u tanich producentów światowego Południa. Jak zauważyli, "złą lekcją, jaką można byłoby wyciągnąć z tego doświadczenia [wojny na Ukrainie - M.B.] byłoby to, że każdy powinien produkować wszystko i wrzucać pieniądze w te gałęzie przemysłu, aby zwiększyć powielające się zdolności produkcyjne". Tym podejściem, jak argumentują, powinny zostać objęte nie tylko tradycyjne pociski artyleryjskie i amunicja strzelecka, ale również mniej technicznie zaawansowane drony, których Ukraina traci każdego miesiąca nawet 10 tys. sztuk, oraz ręczne systemy przeciwpancerne czy przeciwlotnicze. Jeśli międzynarodowy rynek broni i amunicji będzie w niektórych segmentach ewoluował w kierunku kommodytyzacji, jak to jest obecnie w wypadku masowych artykułów spożywczych (zboża, oleje jadalne, mięso), ale również zaczyna dotyczyć mikroprocesorów, to marże producentów będą szybko malały. Okres potrzebny na amortyzację ponoszonych obecnie nakładów związanych ze zwiększeniem produkcji znacznie się wydłuży, a jeśli wojna na Ukrainie się skończy i nowa nie wybuchnie, to nie można wykluczyć, że nie zwrócą się one nigdy. Nakłady na nowe fabryki broni, zwłaszcza jeśli mowa o technologicznie niezaawansowanych, popularnych systemach broni i amunicji, ze społecznego punktu widzenia można nawet uznać za nieefektywne. Społeczeństwa państw narażonych na agresję mogą nie mieć innego wyjścia, ale już w wypadku państw oddalonych od teatru wojny tego rodzaju kwestii nie da się zapewne uniknąć. Jeszcze w 2018 roku amerykański Departament Handlu szacował, że miliard dolarów, jakie otrzymają firmy zbrojeniowe eksportujące broń, przynosi w efekcie 3918 nowych miejsc pracy, podczas gdy ta sama kwota otrzymana w ramach eksportu cywilnego daje 5700 nowych zatrudnionych80. Specyfika nakładów w sektorze zbrojeniowym jest taka, że utworzenie nowego miejsca pracy w efekcie zwiększonych inwestycji kosztuje znacznie więcej niż w sektorze produkcji cywilnej, co oznacza, że polityka związana ze zwiększonymi zamówieniami publicznymi powinna koncentrować się, w świetle tych danych, na obszarach z największą wartością dodaną, tam gdzie mamy do czynienia z technologicznie zaawansowaną produkcją, a niekoniecznie skupiać się na rozbudowie tradycyjnych zdolności w sektorze wojskowym. Wyborców w państwach położonych dalej od rejonów zagrożonych będzie w takiej sytuacji trudniej przekonać do zwiększenia nakładów na odbudowę zdolności w sektorze zbrojeniowym, bo "efekt ciągniony" takiej alokacji nakładów dla sytuacji gospodarczej może okazać się mniejszy niż w wypadku inwestycji w innych, nowocześniejszych sektorach. Wyraźnie pokazuje to przykład brytyjskiego potentata w produkcji broni i amunicji BAE Systems, który poinformował w lipcu 2023 roku, że nowe kontrakty o wartości 280 mln funtów, które z czasem mają być rozszerzone do 400 mln, pozwolą mu na stworzenie 200 nowych miejsc pracy81. Nie poinformowano, czy budowa nowego zakładu produkującego pociski kalibru 155 mm rozwiąże problem z niewystarczającymi zdolnościami produkcyjnymi brytyjskiego przemysłu, ale nie ulega wątpliwości, że 1,8 mln dolarów za jedno nowe miejsce pracy to nawet jak na standardy przemysłu zbrojeniowego nie jest mało82.
W opinii Caverleya i Kapsteina rozwiązaniem tego problemu mogłoby być stworzenie przez państwa Zachodu platformy zakupowej, zwłaszcza jeśli chodzi o pozyskiwanie tradycyjnej amunicji. Wzorem mógłby być kartel zakupowy stworzony przez państwa Unii Europejskiej, które w maju 2023 roku postanowiły połączyć wysiłki, aby kupić amunicję artyleryjską o wartości miliarda dolarów, żeby przekazać ją Ukrainie83. To modelowo słuszne podejście ujawniło jednak ryzyko związane ze wspólną polityką zakupową. Otóż w toku negocjacji delegaci francuscy stali na stanowisku, w świetle którego zakupy amunicji finansowane ze środków unijnych powinny być plasowane w państwach członkowskich Wspólnoty84. Tradycyjnie Paryż, opowiadając się za zwiększeniem europejskiej samodzielności strategicznej i potencjału wojskowego, łączył to z interesami własnego przemysłu zbrojeniowego. W świetle tej interpretacji jedynie własne zdolności produkcyjne dają gwarancje niezależności i redukcję ryzyka, że w sytuacji wojny dostawca uzbrojenia i sprzętu może postawić trudne do akceptacji warunki polityczne. Jeśliby jednak przyjąć tę linię rozumowania, to propozycje Caverleya i Kapsteina nie miałyby sensu, bo zamówienia otrzymywaliby nie ci producenci, którzy są w stanie szybko i na konkurencyjnych warunkach pokryć zapotrzebowania, ale ci, którzy mają właściwą lokalizację geograficzną. Drugi problem jest jeszcze istotniejszy. Jeśli wspólna polityka zakupowa oznaczać będzie delegowanie uprawnień państwowych na wyższy, np. unijny, poziom, to jakie są gwarancje, że dostawy pozyskanej amunicji do krajów członkowskich nie będą podlegały politycznemu przetargowi, ograniczając pole manewru rządów krajowych? Tego rodzaju ryzyko jest szczególnie groźne w wypadku państw narażonych na agresję Rosji, która dysponuje własnymi dużymi zdolnościami produkcji uzbrojenia i amunicji.
W tym kontekście warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Otóż autorzy raportu sporządzonego przez ekspertów amerykańskiego Departamentu Obrony jeszcze przed wojną na Ukrainie sformułowali opinię, iż zbyt daleko posunięta koncentracja produkcji broni i uzbrojenia stanowi "ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego"85. Jednym z przykładów tego niepokojącego trendu jest m.in. fakt, że w rezultacie konsolidacji branży produkcyjnej 90 proc. dostaw rakiet taktycznych różnych modeli jest realizowanych obecnie przez trzech producentów. Jako środki mające zaradzić niekorzystnym tendencjom proponuje się wzmocnienie nadzoru nad fuzjami i przejęciami w sektorze zbrojeniowym, aby administracja była w stanie zablokować zmiany niekorzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego.
Amerykańscy eksperci często podkreślają, że europejskie państwa NATO mają na wyposażeniu swych sił zbyt wiele platform bojowych, co powoduje rozdrobnienie przemysłu pracującego na rzecz armii i co w czasie wojny będzie "logistycznym koszmarem". Dla przykładu Amerykanie mają w służbie jeden czołg, a Europejczycy 15 różnych modeli, w wypadku lekkich pojazdów opancerzonych ta relacja wygląda 3 do 23, siły zbrojne Stanów Zjednoczonych mają dwa rodzaje haubic, europejscy członkowie NATO 27. Podobna sytuacja jest w wypadku wszystkich innych systemów oraz amunicji, np. jeśli chodzi o rakiety przeznaczone do zwalczania okrętów, to Stany Zjednoczone mają cztery typy, a Europa 12, dla rakiet typu powietrze-powietrze ta relacja wynosi 3 do 13, w wypadku torped jest podobnie (2 do 17 typów)86. W efekcie tej "różnorodności" mamy do czynienia z wyższymi jednostkowymi kosztami produkcji, nieracjonalnymi wydatkami na utrzymanie rozdrobnionej bazy przemysłowej. Jednak jeśli w ocenach Departamentu Obrony nadmierną koncentrację w branży zbrojeniowej w Stanach Zjednoczonych uznać należy za czynnik ryzyka, to dlaczego podobne argumenty nie znajdują zastosowania w wypadku Europy? Tym bardziej biorąc pod uwagę różnice między europejskimi państwami w kwestii zagrożenia, jakie stanowi Federacja Rosyjska. Póki polityka państw europejskich wobec Rosji nie będzie funkcją stanowiska tych z nich, które narażone są na bezpośredni atak, póty nie zniknie ryzyko związane z problemem utrzymania politycznej jedności w sytuacji kryzysowej czy konfliktowej. Jeśli na dodatek zdolności produkcyjne, zwłaszcza w zakresie szybko konsumowanej w sytuacji pełnoskalowego konfliktu amunicji, będą skoncentrowane w państwach mających "pokusy" uwzględnienia rosyjskich interesów w ramach modelu europejskiej architektury bezpieczeństwa, to czynnik ten, oznaczający uzależnienie broniącego się przed agresją państwa od dobrej woli sojusznika, zawsze będzie postrzegany w kategoriach zwiększonego ryzyka, a nawet możliwości wymuszonego, na nieakceptowalnych warunkach, zakończenia wojny. Trudno zatem wyobrazić sobie sytuację, aby państwa wschodniej flanki NATO w dającej się przewidzieć perspektywie zgodziły się na uzależnienie od dostaw amunicji od sojuszników z zachodniej części Europy czy ze Stanów Zjednoczonych. Problemu tego z pewnością nie rozwiążą wezwania do większej jedności Paktu Północnoatlantyckiego.