Wstęp
Po nieudanym związku dorośli są zazwyczaj poobijani. Ale zdarza się, że jeszcze porządnie go nie zakończyli, a już z zapałem biorą się do budowania nowego. Chcą jak najszybciej zrealizować marzenie o rodzinie z prawdziwego zdarzenia. Pragną miłości, choć rozsądek (nie zawsze) szepcze, że dla dobra dzieci nie powinni próbować kolejny raz. Wchodzą w nową relację i w nową rzeczywistość często z bolesną historią, nawykami i schematami zachowań, z nadzieją, że uda się posklejać dwie różne ekipy. Kobieta musi odnaleźć się w roli macochy, mężczyzna - w roli ojczyma. Muszą w tych rolach "wymyślić się" sami, często zawstydzeni brakiem pierwotnej więzi z dzieckiem, w którą natura wyposaża biologicznych rodziców. Próbują zszywać patchwork do skutku lub grzęzną w rozczarowaniu.
Jest też drugi rodzic - ten, który został po rozpadzie poprzedniego związku. W wielu przypadkach dyszący żądzą zemsty za krzywdy, które druga strona wyrządziła mu w małżeństwie, i za "porzucenie rodziny" lub po prostu zły, że "eks" układa sobie życie na nowo z kimś innym. Jak to? Obca baba plecie warkoczyki mojej córci? Jak to? Obcy facet zawozi mojego syna do szkoły? Jeżeli jest na tyle dojrzały, by poradzić sobie z przeszłością i nową teraźniejszością, nie będzie utrudniał. Może nawet będzie w stanie pomóc. Wystarczy jednak, by nie przeszkadzał.
Są dzieci. Teoretycznie w centrum uwagi - biologicznych rodziców, macoch, ojczymów, babć, dziadków, wymiaru sprawiedliwości. Wszyscy dbają o ich dobro. W rzeczywistości nierzadko skazują je na rolę zakładników w boju między byłymi małżonkami i biernych obserwatorów tworzenia kolejnego układu rodzinnego. Bywa, że niemal przed chwilą otrząsnęły się po rozwodowym końcu świata, a już muszą zapoznawać się z nową ciocią lub wujkiem i zaprzyjaźniać z przyszywanym rodzeństwem. Chcą tego? Nie chcą? To bez znaczenia. Decyduje rodzic. To on ponosi odpowiedzialność za to, by dzieci w miarę bezpiecznie przeszły ze starej rodziny do nowej.
Jest rodzina patchworkowa. Skomplikowany, amorficzny twór, nazywany również rodziną zrekonstruowaną, składający się z matki i jej dzieci, ojca i jego dzieci oraz nierzadko wspólnych dzieci pary. Wokół orbitują byli partnerzy, dziadkowie, babcie, dalsi krewni w liczbie często pomnożonej przez dwa w stosunku do rodzin nuklearnych, czyli dwupokoleniowych. Wariantów ułożenia życia rodzinnego w ramach tej konstrukcji jest tyle, ile patchworków. A łączą je napięcia, niepewność i mnogość krzyżowych relacji: partnera z dziećmi partnerki, partnerki z dziećmi partnera i dzieci partnera z dziećmi partnerki. Wspólna jest także nadzieja, że dzięki miłości i zrozumieniu można patchwork poukładać na tyle, by był po prostu dobrą rodziną. Nieraz pojawiają się w nich rzeczy piękne, budujące, stanowiące wartość na całe życie dla dzieci i rodziców biologicznych oraz przyszywanych. Często jednak (niektórzy badacze twierdzą, że dwukrotnie częściej niż w przypadku klasycznych rodzin) patchworki rozpadają się z hukiem, raniąc odłamkami. Co stanowi miarę sukcesu takiej rodziny? Odpowiedź jest rozpięta między filmowym obrazkiem, w którym pod choinką uwija się stado dzieciaków ze "starych" i "nowych" związków, obserwowane wspólnie przez byłych i obecnych partnerów, a sytuacją, w której rodzina zrekonstruowana po prostu działa i zaspokajane są (mimo zgrzytającej rzeczywistości) potrzeby wszystkich jej członków. Dążenie do tego sukcesu jest codziennością dla setek tysięcy ludzi w Polsce.
Nie wiadomo do końca dla ilu. Jedynych miarodajnych wskaźników dostarczył spis powszechny z 2002 roku, kiedy na wyraźne zlecenie Unii Europejskiej i ONZ po raz pierwszy w Polsce policzono rodziny zrekonstruowane. Ustalono wtedy, że w 107,7 tysiąca rodzin przynajmniej jedno z dzieci nie było dzieckiem wspólnym aktualnych opiekunów. Małżeństwa stanowiły 73,3 tysiąca omawianych rodzin, a związki partnerskie - 34,4 tysiąca. Aż 65 procent rodzinnych patchworków funkcjonowało w miastach. Wychowywało się w nich 226,7 tysiąca dzieci poniżej osiemnastego roku życia, z czego 130,6 tysiąca (57,6 procent) stanowiły dzieci, dla których była to rodzina zrekonstruowana. Pozostałe były dziećmi wspólnymi małżonków lub partnerów. W kolejnym spisie powszechnym patchworków już nie badano. Ile patchworków może być dzisiaj, po upływie dwudziestu lat? Wiemy, że liczba rozwodów w Polsce od dwóch dekad niezmiennie oscyluje w przedziale 50-60 tysięcy rocznie. Na tej podstawie badacze szacują liczbę rodzin patchworkowych w przedziale od pięciuset tysięcy do miliona. Oznacza to, że ogromna rzesza rodziców - i jeszcze większa rzesza dzieci - na co dzień żyje w rodzinach, które różnią się od tradycyjnego modelu.
Na czym polegają różnice? Naukowcy wskazują kilka okoliczności. Dzieci w rodzinie zrekonstruowanej (jeżeli nie są dziećmi nowej pary) z reguły mają na co dzień tylko jednego biologicznego rodzica (w polskich realiach na ogół matkę), przy czym rodzic oddalony zachowuje współodpowiedzialność za wychowanie i opiekę nad swoim potomstwem. To powinno wymuszać współpracę rodziców i byłych partnerów. Niestety, realia często są zupełnie inne. Prawnicy, psychologowie i ludzie żyjący w patchworkach zgodnie wskazują, że nieumiejętność ułożenia relacji między byłymi małżonkami jest powodem cierpienia dzieci i destrukcyjnie wpływa na codzienność rodzin zrekonstruowanych.
Przynależność do rodziny zrekonstruowanej nie jest też jasno zdefiniowana - ani pod względem więzów biologicznych, ani pod względem regulacji prawnych. Dlatego cechuje ją pewna dowolność w kształtowaniu relacji. Przyszywana babcia może okazać się bliższa wnukom niż matka ich biologicznego ojca. Przybrane rodzeństwo może dogadywać się lepiej niż rodzone. Macocha może stać się najlepszą przyjaciółką i powierniczką dla pasierbicy. Mieszkający na drugim końcu Polski weekendowy ojciec ostatecznie również może okazać się bliższy dziecku niż widywany codziennie, troskliwy i zaangażowany ojczym. W patchworku form bycia ze sobą i obok siebie jest zdecydowanie więcej niż w rodzinie tradycyjnej.
Funkcjonowania w patchworkach nie ułatwia także to, że prawne i instytucjonalne otoczenie w zasadzie nie dostrzega ich istnienia. Pierwsze naukowe opracowania zwracające uwagę na konieczność dostosowania kodeksu rodzinnego do przewidywanych zmian społecznych pochodzą jeszcze z lat 80. ubiegłego wieku. Mamy trzecią dekadę XXI wieku, a legislacja tkwi w rzeczywistości z lat 60. XX wieku, gdy w powtórne związki wchodzili tylko wdowcy lub wdowy. Dziś na gruncie prawa rodzinnego jest tak, że z jednej strony aktualne małżeństwo korzysta z pełnej ochrony państwa, a z drugiej - rozwód nie likwiduje wszystkich skutków prawnych związku poprzedniego, jeżeli rozwodzący się mają dzieci i nieograniczone prawa rodzicielskie. Dlatego pozycje prawne obydwojga dorosłych w patchworku rozłożone są asymetrycznie, a przybrany rodzic nie posiada praw rodzicielskich wobec dziecka swojego partnera.
Bądźmy jednak szczerzy: sytuacja prawna nie zaprząta raczej myśli ojczymów i macoch. Mają zupełnie inne sprawy na głowie, w tym najważniejszą: kim mają być dla pasierbów? Kumplem? Opiekunem? Przyjacielem? Stróżem domowych zasad? Ułomną wersją rodzica? Jaką treścią wypełnić role, dla których nie istnieją jasno określone, jednoznaczne modele społeczne? Rodzice w patchworkach szukają odpowiedzi po omacku, często samotni w swoich zmaganiach, pełni sprzecznych uczuć. Bycie macochą czy ojczymem nie jest łatwe. Nie warto się łudzić, że wszystko samo się ułoży. Tak się nie stanie. Może jednak ułożyć się wystarczająco dobrze. To pewne.
Ta książka powstała po to, by pomóc rodzicom, którzy się rozwodzą, myślą o stworzeniu patchworku lub już się na niego zdecydowali bądź też żyją w rodzinie zrekonstruowanej. Ma dostarczyć im wiedzy oraz bardzo praktycznych wskazówek na temat tego, jak po raz kolejny spróbować stworzyć rodzinne szczęście. Zwrócić ich uwagę na to, co najważniejsze podczas formowania patchworku i jego codziennego funkcjonowania: krytyczne punkty; sprawy, którymi należy się zająć; symptomy, których nie wolno przegapić lub zlekceważyć. Dostarczyć macochom i ojczymom tropów, którymi mogą podążać, gdy będą budowali relacje z pasierbami. Wskazać problemy, z którymi przyjdzie się mierzyć każdemu, kto przeżył (albo przeżywa) rozwód i zakłada nową rodzinę. Ma także opowiedzieć o rzeczywistości rozwodu i rodziny zrekonstruowanej z perspektywy dzieci. Przypomnieć wszystkim rodzicom, żeby troszczyli się o dzieci w najtrudniejszych chwilach ich życia i nie zapominali, że to one są najważniejsze. Najbardziej kruche i bezsilne. Często postawione przed faktami dokonanymi, zmuszone do odnalezienia się w rzeczywistości, której wcale nie chciały.
To dorośli są odpowiedzialni za to, żeby ich pociechy nie zostały złożone na ołtarzu "nowej miłości" oraz "nowej rodziny" i po latach nie zaludniały gabinetów terapeutów. W tej książce rodzice poznają wachlarz wielu błędów, które mogą popełnić w relacjach z dziećmi w okresie rozpadu poprzedniej i tworzenia nowej rodziny, wraz z bardzo konkretnymi przepisami pozwalającymi na ich uniknięcie.
Zaprosiłem do tworzenia tej książki teoretyków i praktyków: psychologów, w tym psychologa sądowego, którzy pracują z rodzicami i dziećmi z rodzin patchworkowych, oraz ludzi, którzy w nich po prostu żyją i dzielą się tym doświadczeniem z innymi. Wszyscy podkreślają, że zszycie patchworku i utrzymywanie go w harmonii to niełatwe zadanie. Jest jednak wykonalne, jeżeli zostanie spełnionych kilka warunków.
Najważniejszym z nich, czy nam się to podoba, czy nie, jest racjonalny rozwód. Upraszczając: jaki rozwód, taki patchwork. Moi rozmówcy nie mają wątpliwości: sposób zakończenia poprzedniej relacji, jej psychologiczne zamknięcie i umiejętność ułożenia stosunków z byłym partnerem są bardzo istotnym czynnikiem warunkującym możliwości budowy i krzepnięcia nowej rodziny. Oczywiście wrogość ze strony byłego partnera nie jest w stanie uniemożliwić nikomu dążenia do osobistego szczęścia. Może jednak sprawić, że nad patchworkiem przez długi czas (niekiedy aż do usamodzielnienia się dzieci) będzie unosił się cień człowieka, który z różnych powodów życzy rodzinie zrekonstruowanej jak najgorzej. Natomiast skoncentrowana na trosce o dzieci współpraca byłych partnerów jest dla patchworku błogosławieństwem.
Zbierając materiały do książki (rozmawiając z ludźmi żyjącymi w patchworkach, przyglądając się grupom dyskusyjnym), przekonałem się, że rodzice patchworkowi bardzo wiele uwagi poświęcają na rozrachunki z przeszłością i boje z "byłym" lub "byłą". Ze zdumieniem odkrywałem, że potrafią odnosić się do siebie z nieukrywaną wrogością i spierać się niemal o wszystko, co związane jest z ich dziećmi: sposób spędzania czasu, wakacje, wręczane prezenty, pieniądze, które na nie przeznaczają. Niektóre wypowiedzi na temat byłych małżonków były pełne jadu, wręcz nienawiści.
Wcześniej miałem wrażenie, że rozwód po polsku coraz rzadziej jest wojną na śmierć i życie, w której dzieci pełnią funkcję broni strategicznej. Eksploracja świata rodzin patchworkowych otworzyła mi oczy. Dlatego w rozmowach przewijają się wątki dotyczące przeprowadzenia racjonalnego rozwodu i zamknięcia poprzedniej relacji. Eksperci wskazują, gdzie szukać sił i zasobów podczas rozpadu rodziny i co zrobić, by nie utkwić w sidłach zranienia, żalu, bólu, złości i zemsty. Podkreślają też, że rodzice krzywdzą dzieci, chcąc odegrać się na byłym małżonku. Nie okłamujmy się, wciąganie dzieci w rozgrywki dorosłych być może nie jest normą, ale nie należy również do rzadkości. Zdarzają się zarówno sądowe boje o podział majątku i alimenty, w których dzieci są traktowane jako element przetargowy, jak i próby izolowania ich od jednego z rodziców. Dorośli - świadomie lub nie - manipulują dziećmi podczas rozwodu i po nim. Takie zachowania niezwykle szkodzą młodym ludziom i wręcz uniemożliwiają im prawidłowe wzrastanie w nowej rodzinie. Zagadnienia związane z negatywnymi zachowaniami rodziców wobec dzieci są na tyle istotne, że jedna z rozmów - z mecenas Magdaleną Bajsarowicz - w całości poświęcona jest ich sytuacji podczas procesu rozwodowego. Chciałem się dowiedzieć, jakie strategie i taktyki obierają rozstające się małżeństwa i w jakim stopniu uwzględniają w nich dobro swoich dzieci.
Natomiast rozmowa z Katarzyną Tubylewicz, pisarką i tłumaczką mieszkającą w Sztokholmie, przenosi nas do rzeczywistości jakże odmiennej od naszej. Takiej, w której opieka naprzemienna nad dziećmi i współpraca między byłymi małżonkami stanowią normę, a patchworków jest niemal tak samo wiele, jak rodzin tradycyjnych. Tubylewicz wskazuje na czynniki, dzięki którym Szwedom udaje się budować bardzo złożone konstelacje rodzinne i skupiać się przy tym (autentycznie, a nie deklaratywnie) na trosce o dzieci. Jasne, kulturowo różnimy się od Szwedów. Myślę jednak, że dzieci kocha się tak samo mocno po obu stronach Bałtyku.
Jeżeli zawarte w tej książce myśli i wskazówki pomogą komukolwiek podczas rozwodu i budowania nowej rodziny - będę bardzo zadowolony. Jeżeli którekolwiek z rodziców po jej przeczytaniu zastanowi się, czy jego zachowanie wobec byłego partnera nie szkodzi ich dziecku - będę szczęśliwy. Warto wiedzieć, co zrobić, by świadomie napisać dobry scenariusz dla swojej nowej, patchworkowej rodziny. Albo - co równie wartościowe - powstrzymać się przed jej pochopnym budowaniem.
Bardzo dziękuję wszystkim osobom żyjącym w patchworkach, z którymi rozmawiałem. Jestem wdzięczny, że podzielili się ze mną swoimi problemami i spostrzeżeniami.
Wielkie podziękowania składam moim rozmówcom, bez których nie byłoby tej książki. Ich pozytywna reakcja, otwartość i mądre słowa upewniły mnie, że warto głośno mówić o codzienności rodzin, które mimo wielu przeciwności nie rezygnują z budowania tego, co w życiu najcenniejsze: wspólnego szczęścia. Jestem Waszym dłużnikiem.
Wojciech Harpula