Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket. Narrative of Arthur Gordon Pym of Nantucket - Edgar Allan Poe

Kup ebooka

12.00 zł
8.80 zł (8,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

THE NARRATIVE OF ARTHUR GORDON PYM. 

 

PREFACE.

 

Upon my return to the United States a few months ago, after the extraordinary series of adventure in the South Seas and elsewhere, of which an account is given in the following pages, accident threw me into the society of several gentlemen in Richmond, Va., who felt deep interest in all matters relating to the regions I had visited, and who were constantly urging it upon me, as a duty, to give my narrative to the public. I had several reasons, however, for declining to do so, some of which were of a nature altogether private, and concern no person but myself; others not so much so. One consideration which deterred me was, that, having kept no journal during a greater portion of the time in which I was absent, I feared I should not be able to write, from mere memory, a statement so minute and connected as to have the appearance of that truth it would really possess, barring only the natural and unavoidable exaggeration to which all of us are prone when detailing events which have had powerful influence in exciting the imaginative faculties. Another reason was, that the incidents to be narrated were of a nature so positively marvellous, that, unsupported as my assertions must necessarily be (except by the evidence of a single individual, and he a half-breed Indian), I could only hope for belief among my family, and those of my friends who have had reason, through life, to put faith in my veracity-the probability being that the public at large would regard what I should put forth as merely an impudent and ingenious fiction. A distrust in my own abilities as a writer was, nevertheless, one of the principal causes which prevented me from complying with the suggestions of my advisers.

Among those gentlemen in Virginia who expressed the greatest interest in my statement, more particularly in regard to that portion of it which related to the Antarctic Ocean, was Mr. Poe, lately editor of the Southern Literary Messenger, a monthly magazine, published by Mr. Thomas W. White, in the city of Richmond. He strongly advised me, among others, to prepare at once a full account of what I had seen and undergone, and trust to the shrewdness and common sense of the public-insisting, with great plausibility, that however roughly, as regards mere authorship, my book should be got up, its very uncouthness, if there were any, would give it all the better chance of being received as truth.

Notwithstanding this representation, I did not make up my mind to do as he suggested. He afterward proposed (finding that I would not stir in the matter) that I should allow him to draw up, in his own words, a narrative of the earlier portion of my adventures, from facts afforded by myself, publishing it in the Southern Messenger under the garb of fiction. To this, perceiving no objection, I consented, stipulating only that my real name should be retained. Two numbers of the pretended fiction appeared, consequently, in the Messenger for January and February (1837), and, in order that it might certainly be regarded as fiction, the name of Mr. Poe was affixed to the articles in the table of contents of the magazine.

The manner in which this ruse was received has induced me at length to undertake a regular compilation and publication of the adventures in question; for I found that, in spite of the air of fable which had been so ingeniously thrown around that portion of my statement which appeared in the Messenger (without altering or distorting a single fact), the public were still not at all disposed to receive it as fable, and several letters were sent to Mr. P.'s address distinctly expressing a conviction to the contrary. I thence concluded that the facts of my narrative would prove of such a nature as to carry with them sufficient evidence of their own authenticity, and that I had consequently little to fear on the score of popular incredulity.

This exposé being made, it will be seen at once how much of what follows I claim to be my own writing; and it will also be understood that no fact is misrepresented in the first few pages which were written by Mr. Poe. Even to those readers who have not seen the Messenger, it will be unnecessary to point out where his portion ends and my own commences; the difference in point of style will be readily perceived.

 

A. G. PYM.

New-York, July, 1838.

 

ROZDZIAŁ I.

 

Nazywam się Gordon Pym. Mój ojciec był powszechnie szanowanym człowiekiem i zajmował się handlem, sprzedając urządzenia okrętowe w mieście Nantucket, gdzie przyszedłem na świat. Mój dziadek ze strony matki był adwokatem, mającym dużą praktykę. Los sprzyjał mu zawsze w procesach, prócz tego z dużem powodzeniem spekulował akcjami Nowego Banku w Edgartonie, jak się ta instytucja oficjalnie nazywała. Dzięki temu, oraz wykorzystując inne jeszcze źródła, zdobył wcale piękny majątek. Dziadek, jak sądzę, kochał mnie bardziej, niż kogokolwiek na świecie, to też mogłem oczekiwać, że po jego śmierci odziedziczę przeważną część jego majętności.

Gdy miałem sześć lat, dziadek umieścił mnie w szkole starego pana Ricketa, gentlemana, posiadającego tylko jedno ramię i odznaczającego się niezwykle ekscentrycznem zachowaniem; znają go dobrze wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzali New Bedford. Pod jego kierownictwem pozostawałem aż do szesnastego roku życia, potem zaś zacząłem uczęszczać do wyższej szkoły pana E. Ronalda. Tam poznałem się z synem pana Barnarda, kapitana okrętu, który odbywał podróże w służbie Lloyda i Vredenburgha. Pan Barnard jest również dobrze znaną osobistością w New Bedford, a posiadał też, jak sądzę, sporo związków znajomości w Edgartonie.

Syn kapitana, imieniem August, był prawie o dwa lata starszy ode mnie. Kiedyś towarzyszył ojcu w wyprawie na wieloryby do John Donaldson i zawsze opowiadał cuda o swych przygodach na południowym Oceanie Spokojnym. Odwiedzałem go bardzo często, nieraz spędzałem u niego całe dnie, a nawet całe noce. Sypialiśmy w jednem łóżku i nieraz nie zmrużyliśmy oka aż do świtu, ponieważ August mówił bez znużenia o mieszkańcach Tinianu lub o innych wyspach, które zwiedził podczas swej podróży. Interesowałem się niesłychanie jego opowiadaniami. Aż wreszcie z coraz bardziej nieprzepartą siłą ogarniało mnie pragnienie, by zostać żeglarzem.

Za cenę siedemdziesięciu pięciu dolarów kupiłem łódź żaglową o pięknej nazwie "Ariel". Miała ona kajutę w połowie pokładu i była zbudowana, jak szalupa. Nie pamiętam już dzisiaj, jaką posiadała pojemność, ale wiem, że bez przeciążenia mogła zabrać na pokład dziesięciu ludzi. Na tej to łodzi przedsiębraliśmy najbardziej szalone wyprawy i kiedy wspomnę o tem, wydaje mi się wprost cudem, że żyję jeszcze po dzień dzisiejszy.

Opowiem jednę z tych przygód, jako introdukcję do dłuższej i bardziej urozmaiconej historji.

Pewnego wieczora odbywało się przyjęcie u państwa Barnardów, a pod koniec uczty i August i ja sam byliśmy nie mało pijani. Jak zazwyczaj w podobnych wypadkach, przydługich odwiedzin, wolałem ułożyć się do snu w jego łóżku, zamiast wracać do domu. August zasnął, jak mi się wydawało, zupełnie spokojnie (było około pierwszej godziny, gdy uczta dobiegła końca); ani słowem też nie wspomniał o zwykłym temacie naszych rozmów. Minęło może pół godziny od chwili, kiedy położyliśmy się do łóżka. Zacząłem już zapadać w sen. Nagle August zerwał się, wykrzykując najstraszliwsze przekleństwa, że żaden Gordon Pym w całym chrześcijańskim świecie nie zdoła go przymusić do snu, skoro tam na morzu wieje tak wspaniały wiatr z południo-zachodu. Nigdy w życiu nie byłem tak zdumiony, nie pojmowałem bowiem, do czego zmierza; przypuszczałem, że nadmiar wypitego wina i wódek przyćmił jego umysł. Ale August mówił w dalszym ciągu już bez rozgorączkowania, dowodząc, że niesłusznie podejrzewam go o upicie się, ponieważ nigdy w życiu nie był bardziej trzeźwy. Lecz nie może tego znieść, by, jak pies, warować w łóżku podczas tak pięknej nocy, więc zdecydował się wstać, ubrać się i pohulać wesoło na łodzi.

Nie rozumiem, co mnie nagle opętało. Ale zaledwie te słowa przebrzmiały na jego wargach, przeniknął mnie dreszcz podniecenia, uznałem jego obłąkańczą ideję za najrozkoszniejszy i najrozumniejszy pomysł na świecie. Nie myślałem o tem, że wicher dmie bardzo silnie, że temperatura jest bardzo niska - ponieważ był to już koniec października. Natomiast zerwałem się także z łóżka, jakby ogarnięty szałem i zapewniałem go, że i ja również jestem niemniej dzielny, aniżeli on, że i ja również nie zniósłbym, by, jak pies, warować w łóżku, że i ja również jestem gotów do każdej zabawy i do każdego figla i że żaden August Barnard z Nantucket mnie nie zawstydzi.

Nie tracąc czasu, ubraliśmy się i wybiegliśmy z domu, podążając do łodzi. "Ariel" stał na kotwicy w starych, opustoszałych dokach okrętowych Pankeya i Spółki, tłukąc bokami o szorstkie belki bulwaru. August wskoczył do łodzi i wylał wodę, która wypełniała ją niemal do połowy. Potem nastawiliśmy żagle i wypłynęliśmy śmiało na morze.

Jak już poprzednio wspomniałem, wiał dość silny wiatr z południo-zachodu. Noc była bardzo jasna i zimna. August kierował sterem, ja zająłem miejsce przy maszcie na daszku kajuty. Mknęliśmy naprzód z ogromną szybkością, nikt z nas nie przemówił dotąd ani słowa, odkąd odbiliśmy od bulwaru. Zapytałem teraz mego towarzysza, dokąd właściwie podążamy i kiedy przypuszczalnie zamierza nawrócić do domu. August gwizdnął kilkakrotnie, a potem odpowiedział twardym, nienaturalnym głosem:

- Ja płynę na dalekie morze, a ty wracaj do domu, skoro masz ochotę!

Spojrzałem na niego i zauważyłem nagle, że, pomimo pozornego spokoju, jest nadzwyczajnie podniecony. Księżyc świecił jasno, widziałem więc wyraźnie mego towarzysza; twarz jego była bielsza, niż marmur, ręce drżały tak silnie, że tylko z trudnością dzierżył w nich ster. Ogarnęło mnie uczucie, że popełniliśmy jakieś szaleństwo i zaniepokoiłem się tą myślą. Obawę potęgowała świadomość, że sam nie umiem sterować i że skutkiem tego jestem w zupełności zdany na los żeglarskich umiejętności mojego przyjaciela. Tymczasem siła wichru wzmagała się ustawicznie, pędziliśmy niemal w prostej linji coraz dalej w niezmierzony przestwór morza. Ale wstydziłem się jeszcze przyznać do obaw i dlatego jeszcze przez jakieś pół godziny milczałem odważnie. Wreszcie nie mogłem już dłużej zapanować nad sobą i zapytałem Augusta, czy nie byłoby wskazanem pomyśleć o powrocie. I znowu minęła długa chwila, zanim odpowiedział, a raczej zanim zrozumiał moje pytanie.

- Jeszcze czas, jeszcze czas - odrzekł nakoniec - dom nie ucieknie!

Oczekiwałem podobnej odpowiedzi, a jednak ton, jakim wypowiedział te słowa, przejął mnie nie dającym się opisać dreszczem strachu. I znowu spojrzałem uważnie na mówiącego. Jego wargi były trupio-blade, kolana drżały tak gwałtownie, że zaledwie trzymał się na nogach.

- Na Boga, Auguście! - zawołałem serdecznie nastraszony - Czyś ty chory? Co się stało? Co ty wyrabiasz?

- Co się stało? - wyjąkał z największem zdumieniem, wypuszczając w tej samej chwili ster z ręki i waląc się całem ciałem na dno łodzi. - Co się stało?... Nic się nie stało!... Jedziemy do domu... cz... cz... czyż nie widzisz?... do domu!

Pojąłem nagle całą straszną prawdę. Podbiegłem ku niemu i usiłowałem go podnieść. Był pijany - najzupełniej pijany - nie mógł dłużej ani utrzymać się na nogach, ani mówić, ani patrzeć. Oczy jego były zupełnie szkliste. Gdy w przystępie największej rozpaczy wypuściłem go na chwilę z moich rąk, runął znowu w kałużę, pokrywającą dno łodzi, jak bezduszny kloc. Nie ulegało wątpliwości, że w ciągu wieczoru wypił znacznie więcej, aniżeli przypuszczałem i że jego zachowanie się w łóżku było wynikiem skoncentrowanego w najwyższym stopniu alkoholicznego zatrucia; - stan taki, przypominający poniekąd obłąkanie, niejednokrotnie objawia się w ten sposób, że ofiara sprawia wrażenie człowieka, który rozporządza w pełni swojemi zmysłami. Zimny powiew nocy wywarł właściwy skutek - podniecenie duchowe osłabło, a mętna świadomość groźnej sytuacji przyczyniła się zapewne do przyspieszenia katastrofy. Teraz był najzupełniej niepoczytalny, i, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, mógł pozostać w tym stanie przez parę godzin.

Trudno wprost wyobrazić sobie bezgranicznośc mojego przerażenia. Ostatnie opary winne wywietrzały mi z głowy, a to wytrzeźwienie potęgowało jeszcze mój strach i brak decyzji. Zdawałem sobie z tego sprawę, że nie potrafię pokierować łodzią i że huragan i siła odpływu pędzą nas bez ratunku ku zagładzie. Burza wzmagała się za nami. Nie posiadaliśmy ani kompasu, ani zapasów żywności, a nie ulegało wątpliwości, że jeżeli nie zmienimy kursu - z brzaskiem dnia będziemy już daleko od wybrzeży i stracimy je z oczu. Te i tym podobne dręczące myśli przebiegały mi błyskawicą przez mózg i na pewien przeciąg czasu paraliżowały we mnie wszelką zdolność czynu.

Łódź, niesiona podmuchem wichru, pędziła naprzód z napiętemi żaglami, dziób nurzał się całkowicie w pianach. Oczekiwałem, że lada chwila potęga żywiołu przewróci łódź, pozbawioną steru, który August, jak to mówiłem, wypuścił z ręki, a którego ja, pod wpływem podniecenia, nie byłem zdolny uchwycić. Na szczęście, łódź oparła się naporowi, ja zaś po upływie pewnego czasu odzyskałem spokój i równowagę umysłu.

Tymczasem huragan urastał do niepokojących rozmiarów. Za każdym razem, gdy łódź przeskakiwała z fali na falę, woda zalewała tył statku i przemaczała nas do nitki. Wszystkie moje członki drętwiały zupełnie wskutek przejmującego zimna, tak że z trudem tylko mogłem niemi poruszać.

Rozpacz spotęgowała moje siły do ostatecznego napięcia: zacząłem szarpać sznury i spuściłem środkowy, największy żagiel z masztu. Jak można było przewidywać, szmat ciężkiego, przemoczonego wodą płótna runął na pokład statku, ale porwał za sobą maszt, łamiąc go, jak trzcinę. Jedynie ten szczęśliwy przypadek ocalił nas przed natychmiastową zagładą. Posuwaliśmy się teraz powolniej naprzód, a chociaż strumienie wody lały się dalej na łódź, to jednak byliśmy zabezpieczeni przed groźbą, że lada chwila pochłoną nas fale. Ująłem silnie rękami koło sterowe, aby sprostować bieg statku i odetchnąłem swobodniej, pocieszając się, że nie wszystko jeszcze stracone.

August leżał jeszcze ciągle bezprzytomny na dnie łodzi, ustawicznie groziło mu niebezpieczeństwo utopienia się (bowiem woda wznosiła się na wysokość stopy tam, gdzie upadł). Z wielkim trudem dźwignąłem nieprzytomnego i przewiązawszy go liną przez piersi, przymocowałem go w siedzącej pozycji do żelaznego kółka, których kilka znajdowało się na ścianach kajuty. Dokonawszy tego wszystkiego, jak mogłem najlepiej w tym smutnym stanie przemarznięcia i podniecenia, poleciłem się sam opiece Boskiej i postanowiłem stawić mężnie czoło wszelkiemu niebezpieczeństwu, jakieby jeszcze zagrozić nam mogło.

Zaledwie powziąłem to postanowienie, rozległ się nagle przeciągły, przeraźliwy wrzask czy wycie, jakgdyby cała horda szatanów z piekielnym hałasem uganiała poprzez przestwory morza, wokół i ponad łodzią. Nigdy, dopóki żyć będę, nie zapomnę tej niesłychanej agonji przerażenia, jaka owładnęła mną w owej chwili. Włosy zjeżyły mi się na głowie, czułem, jak krew krzepnie mi w żyłach, moje serce przestało całkiem uderzać. Nie ważąc się podnieść wzroku, aby zbadać przyczynę tych straszliwych dźwięków, upadłem głową naprzód, tracąc zmysły, na ciało mego towarzysza.

Odzyskawszy przytomność, znalazłem się nieoczekiwanie w kajucie wielkiego statku wielorybniczego, "Pingwina", zdążającego do Nantucket. Dokoła mnie stało kilkoro ludzi, a August, bledszy niźli śmierć, pracowicie zajmował się rozcieraniem mi rąk. Skoro zaś ujrzał, że otwarłem oczy, okazywał tak gwałtownie radość i wdzięczność, że kolejno budziło to śmiech i wyciskało łzy z oczów szorstkim z natury marynarzom, obecnym przy tej scenie.

Niebawem wyjaśniła się tajemnica, czemu zawdzięczamy ocalenie życia. Statek wielorybniczy, płynący do Nantucket w najprostszej linji z rozpiętemi wszystkiemi żaglami, a więc wskutek tego płynący pod kątem prostym do kierunku naszej łodzi, wpadł na nas całą siłą rozpędu. Na przedniej czatowni stało wprawdzie kilku marynarzy, ale dostrzegli oni naszą łupinę dopiero wtedy, gdy nie można już było zapobiedz zderzeniu. Ich to właśnie ostrzegające nawoływania przeraziły mnie tak strasznie.

Wielki statek, jak mi opowiadano, przemknął tak lekko po naszej małej łodzi, jak my sami przejechalibyśmy po piórku - nie doznał najmniejszego oporu na swej drodze. Nie dosłyszano jednego okrzyku z pokładu ofiary, hałas wichury i burzy przygłuszył nawet niezbyt głośny trzask łamiących się desek w chwili, gdy łódź niszczała pod dzióbem statku. To było wszystko. Kapitan E. T. V. Block z Nowego Londynu sądził, że łódka, (z której, jak przypominam, sam spuściłem żagle i której maszt się złamał), jest bezużyteczną, zniszczoną, porzuconą na falach łupiną, to też, nie troszcząc się o jej losy, chciał płynąć dalej. Na szczęście, dwaj majtkowie, strażujący na czatowni, przysięgali na wszystkie świętości, że dostrzegli jakiegoś człowieka przy sterze zatopionej łodzi i zapewniali, że może udałoby się go wyratować. Wywiązał się spór słowny, który rozdrażnił jeszcze kapitana Blocka. Po chwili kapitan zaczął wykrzykiwać, "że nie ma obowiązku baczyć wiecznie na każdą skorupę z jajka, pływającą po morzu; że okręt nie może zawracać z drogi z powodu byle jakiego głupstwa; że jeżeli nawet jakiś człowiek padł ofiarą, to zginął nie z winy kapitana, lecz skutkiem własnej niebaczności, a zatem może spokojnie iść do djabła." Takie i podobne słowa wykrzykiwał w gniewie.

Wówczas zabrał głos pierwszy sternik Henderson, którego, podobnie jak i całą załogę, oburzyły brutalne słowa kapitana i jego nielitościwa zatwardziałość. Oświadczył on, poparty przez wszystkich majtków, że okrucieństwo kapitana wydaje mu się godne szubienicy i że tym razem nie posłucha jego rozkazów, chociażby nawet miano go za to powiesić, skoro wyląduje. Powiedziawszy to, pobiegł na tył okrętu, odsuwając po drodze Blocka (który stał pobladły, zapomniawszy języka w gębie), uchwycił ster w ręce i doniosłym głosem wydał rozkazy. Załoga pośpieszyła na stanowiska, a statek zawrócił sprawnie. Spór trwał mniejwięcej pięć minut, wydawało się zatem bardzo wątpliwem, czy uda się jeszcze wyratować nieszczęśliwego - przypuściwszy, że istotnie w łodzi był jakiś człowiek. A jednak, jak już czytelnikowi wiadomo, w krótkim przeciągu czasu zdołano wyratować Augusta i mnie. Ocalenie nasze zawdzięczaliśmy jednemu z tych niezwykle rzadkich zrządzeń losu, które ludzie mądrzy i pobożni poczytują za zrządzenia Opatrzności.

Podczas gdy statek zawracał, sternik rozkazał spuścić łódź ratunkową i wsiadł do niej wraz z tymi dwoma marynarzami, którzy twierdzili, jakoby widzieli mnie na łodzi przy sterze. Zaledwie statek się odwrócił - księżyc świecił jeszcze bardzo jasno - i całą szerokością, ociężale podniósł się przeciw wiatrowi, Henderson w tej samej chwili zerwał się z miejsca, nawołując, jak szalony: "Zawrócić!" Nie zdołał wypowiedzieć nic więcej - powtarzał jedynie, jak automat, ten okrzyk: "zawrócić! zawrócić!" Marynarze cofnęli łódź najsprawniej, jak zdołali, ale tymczasem statek wykonał już całkowity obrót i podążał wślad za łodzią ratunkową, aby ją wziąć na linę. Mimo zagrażającego mu niebezpieczeństwa, sternik odważył się uchwycić jeden z ogromnych łańcuchów, zwisających z pokładu statku i począł wdrapywać się po nim do góry. Równocześnie wydał kilka krótkich rozkazów, a wślad zatem okręt przechylił się tak, że cały tył sterowy wynurzył się z wody. Teraz dopiero towarzysze dostrzegli to, co było przyczyną tego podniecenia.

Na gładkiem i błyszczącem oszalowaniu okrętu ("Pingwin" był obity blachą miedzianą) wisiało ciało ludzkie, w dziwaczny sposób przytwierdzone i przy każdem poruszeniu statku uderzało gwałtownie o jego korpus. Po kilku nieudanych próbach zdołali wreszcie marynarze wyzwolić mnie z tej groźnej i niebezpiecznej sytuacji i przenieść na pokład statku - ja to bowiem byłem w ten niezwykły sposób przymocowany do okrętu. Jak się okazało, kołek, spajający drewniane rusztowanie statku, przebił blachę miedzianą i wystawał na zewnątrz. Kiedy, w następstwie katastrofy, dostawałem się pod statek, zaczepiłem się o ten kołek. Ostrze kołka przedziurawiło wprawdzie gruby, sukienny kołnierz mego surduta i skaleczyło mnie w szyję, ale, dzięki temu, ciężar ciała zawisł na tej podporze.

Niezwłocznie przeniesiono mnie na łóżko - aczkolwiek wydawało się wszystkim, że życie już ze mnie uciekło. Na okręcie nie było lekarza, jednak kapitan zastosował wszelkie możliwe środki ratunkowe, pragnąc - jak przypuszczam - okupić w oczach załogi swoje poprzednie okrucieństwo tą gorliwością.

Tymczasem Henderson, oddawszy mnie w ręce towarzyszy, wypłynął powtórnie na morze, nie bacząc na to, że burza spotęgowała się teraz do siły orkanu. W parę minut później dojrzał szczątki naszego zdruzgotanego stateczku, a niebawem jeden z marynarzy oświadczył, że dosłyszał słabe wołanie o pomoc w chwili, kiedy szum burzy nieco przycichł. To nakłoniło dzielnego żeglarza, że jeszcze przez przeszło pół godziny przeszukiwał okolicę, chociaż kapitan Block ustawicznemi sygnałami wzywał do powrotu i chociaż wątła łódź, miotana wzburzonemi falami, znajdowała się ciągle w wielkiem niebezpieczeństwie.

Gdy poszukiwania, prowadzone na okół przez taki długi czas, jak już wspomniałem, nie dały rezultatu, postanowili wreszcie powrócić do okrętu. Zaledwie jednak powzięli to postanowienie, odezwał się znowu słaby krzyk, wzywający ratunku. Dochodził on z ciemnego przedmiotu, który przepływał obok. Marynarze puścili się za nim w pogoń i niebawem go dościgli. Była to część pokładu i kajuta "Arjela". Na niej znajdował się August, wyczerpany z sił, ledwie żywy. Kiedy chciano go przenieść do łodzi, okazało się, że był przywiązany liną okrętową do pływających desek. Jak opowiadałem już poprzednio, ja właśnie przymocowałem go w ten sposób liną, przeciągniętą przez żelazny pierścień, tkwiący w bocznej ścianie łodzi, aby zabezpieczyć go przed zatonięciem w wodzie, zalewającej dno stateczku i utrzymać go w siedzącej pozycji. Temu środkowi ostrożności zawdzięczał teraz ocalenie. "Ariel" był zbudowany bardzo filigranowo, to też w chwili katastrofy rozleciał się na kawałki. Część górna kajuty, jak można było oczekiwać, została oderwana siłą wdzierającej do wnętrza wody i uniesiona w całości przez prąd, niewątpliwie, wraz z innemi szczątkami. August przymocowany do niej, uniknął dzięki temu strasznej śmierci.

Uratowanego przeniesiono natychmiast na pokład "Pingwina". Ale minęła przeszło godzina, zanim począł okazywać oznaki życia i zanim zdołał pojąć rodzaj katastrofy, której ofiarą padła nasza łódź. Powoli jednak wróciły mu siły, a wtedy opowiedział obszernie, jakich wrażeń doznawał podczas tej wędrówki poprzez wzburzone fale. Kiedy po raz pierwszy odzyskał nieco świadomości, znajdował się pod powierzchnią wody, wir z niesłychaną szybkością kręcił nim dookoła, na szyi czuł linę, obwiązaną kilkoma skrętami. W chwilę później poczuł, że coś gwałtownie podnosi go w górę, uderzył głową z całej siły o jakiś twardy przedmiot i znowu utracił przytomność. Odzyskawszy po raz drugi zmysły, zaczął uświadamiać sobie swoje położenie, ale myśli jego były jeszcze ciągle w najwyższym stopniu niejasne i chaotyczne. W każdym razie pojął, że wydarzyła się jakaś katastrofa i że tonie, chociaż chwilowo głowa wysterczała ponad fale i mógł swobodnie oddychać. Najwidoczniej, szczątki pokładu były unoszone siłą wiatru i dzięki temu płynął narazie spokojnie wraz z niemi. Dopókiby mógł się utrzymać w tem położeniu, byłby zabezpieczony przed utonięciem. Nagle jednak gwałtowna fala wytrąciła go z równowagi; wytężał siły, by się umocnić w nowej pozycji, a równocześnie nawoływał o ratunek. Na krótko przedtem, zanim Henderson go odnalazł, wyczerpany zmęczeniem, rozluźnił ręce, któremi przytrzymywał się desek. Runął w wodę i stracił już wszelką nadzieję ocalenia. Podczas całej długiej walki z żywiołem ani przez chwilę nie pomyślał o "Arielu", ani też nie przypominał sobie żadnego szczegółu, który spowodował katastrofę. Nieokreślone uczucie przestrachu i rozpaczy, to było wszystko, czego doznawał. Kiedy go wreszcie wyłowiono z wody, utracił jeszcze raz przytomność i dopiero po upływie całej godziny, spędzonej na pokładzie "Pingwina", odzyskał zmysły, jak już wspominałem, i zdał sobie wreszcie jasno sprawę z sytuacji.

Co się mnie tyczy, to tylko z niesłychanym trudem zdołano mnie odratować do życia; stan mój graniczył już niemal ze śmiercią. Przez przeciąg trzech i pół godziny stosowano wszelkie możliwe środki ratunkowe, a korzystny wynik dał dopiero ostatni sposób, jaki zaproponował August, mianowicie silne nacieranie ciała flanelowemi chustami, zmoczonemi w gorącej oliwie. Rana na szyi, chociaż z pozoru wyglądała bardzo groźnie, w rzeczywistości była tylko powierzchowna i niebawem się zasklepiła.

"Pingwin" zawinął do portu około godziny dziewiątej rano, walcząc przedtem długo jeszcze z jedną z najstraszniejszych burz, jakie srożyły się kiedykolwiek w okolicach Nantucket. My obydwaj, August i ja, zdążyliśmy do domu pana Barnard punktualnie w porze śniadania - które zresztą tego poranku nieco się opóźniło z powodu przeciągnięcia się zabawy długo w noc. Jak przypuszczam, wszyscy obecni przy stole byli nazbyt zmęczeni, by zwracać uwagę na nasz niezwykły wygląd - dzięki czemu też nie wypytywano nas o przyczyny. Poza tem uczniacy potrafią cudownie udawać. To też nikt chyba z naszych przyjaciół w Nantucket nie podejrzewał ani trochę, że to "Ariel", mój towarzysz i ja byliśmy bohaterami owego wypadku, o jakim kilku marynarzy głosiło w mieście najdziwniejsze wieści, opowiadając, że nieszczęśliwem zrządzeniem losu rozbili po drodze jakiś okręt i że zginęło przytem trochę biedaków, trzydziestu lub czterdziestu. Natomiast my obydwaj dość często rozmawialiśmy o tej przygodzie i zawsze dreszcz nas przenikał na jej wspomnienie. W jednej z takich rozmów przyznał się August zupełnie szczerze, że nigdy w życiu nie zaznał tak strasznej trwogi, jak wówczas, kiedy nagle na pokładzie naszej małej łodzi uświadomił sobie swoje pijackie oszołomienie i kiedy nie czuł się zdolnym otrząsnąć się z niego.

CHAPTER I.

 

My name is Arthur Gordon Pym. My father was a respectable trader in sea-stores at Nantucket, where I was born. My maternal grandfather was an attorney in good practice. He was fortunate in everything, and had speculated very successfully in stocks of the Edgarton New-Bank, as it was formerly called. By these and other means he had managed to lay by a tolerable sum of money. He was more attached to myself, I believe, than to any other person in the world, and I expected to inherit the most of his property at his death. He sent me, at six years of age, to the school of old Mr. Ricketts, a gentleman with only one arm, and of eccentric manners-he is well known to almost every person who has visited New Bedford. I stayed at his school until I was sixteen, when I left him for Mr. E. Ronald's academy on the hill. Here I became intimate with the son of Mr. Barnard, a sea captain, who generally sailed in the employ of Lloyd and Vredenburgh-Mr. Barnard is also very well known in New Bedford, and has many relations, I am certain, in Edgarton. His son was named Augustus, and he was nearly two years older than myself. He had been on a whaling voyage with his father in the John Donaldson, and was always talking to me of his adventures in the South Pacific Ocean. I used frequently to go home with him, and remain all day, and sometimes all night. We occupied the same bed, and he would be sure to keep me awake until almost light, telling me stories of the natives of the Island of Tinian, and other places he had visited in his travels. At last I could not help being interested in what he said, and by degrees I felt the greatest desire to go to sea. I owned a sail-boat called the Ariel, and worth about seventy-five dollars. She had a half-deck or cuddy, and was rigged sloop-fashion-I forget her tonnage, but she would hold ten persons without much crowding. In this boat we were in the habit of going on some of the maddest freaks in the world; and, when I now think of them, it appears to me a thousand wonders that I am alive to-day.

I will relate one of these adventures by way of introduction to a longer and more momentous narrative. One night there was a party at Mr. Barnard's, and both Augustus and myself were not a little intoxicated towards the close of it. As usual, in such cases, I took part of his bed in preference to going home. He went to sleep, as I thought, very quietly (it being near one when the party broke up), and without saying a word on his favourite topic. It might have been half an hour from the time of our getting in bed, and I was just about falling into a doze, when he suddenly started up, and swore with a terrible oath that he would not go to sleep for any Arthur Pym in Christendom, when there was so glorious a breeze from the southwest. I never was so astonished in my life, not knowing what he intended, and thinking that the wines and liquors he had drunk had set him entirely beside himself. He proceeded to talk very coolly, however, saying he knew that I supposed him intoxicated, but that he was never more sober in his life. He was only tired, he added, of lying in bed on such a fine night like a dog, and was determined to get up and dress, and go out on a frolic with the boat. I can hardly tell what possessed me, but the words were no sooner out of his mouth than I felt a thrill of the greatest excitement and pleasure, and thought his mad idea one of the most delightful and most reasonable things in the world. It was blowing almost a gale, and the weather was very cold-it being late in October. I sprang out of bed, nevertheless, in a kind of ecstasy, and told him I was quite as brave as himself, and quite as tired as he was of lying in bed like a dog, and quite as ready for any fun or frolic as any Augustus Barnard in Nantucket.

We lost no time in getting on our clothes and hurrying down to the boat. She was lying at the old decayed wharf by the lumber-yard of Pankey & Co., and almost thumping her sides out against the rough logs. Augustus got into her and bailed her, for she was nearly half full of water. This being done, we hoisted jib and mainsail, kept full, and started boldly out to sea.

The wind, as I before said, blew freshly from the southwest. The night was very clear and cold. Augustus had taken the helm, and I stationed myself by the mast, on the deck of the cuddy. We flew along at a great rate-neither of us having said a word since casting loose from the wharf. I now asked my companion what course he intended to steer, and what time he thought it probable we should get back. He whistled for a few minutes, and then said crustily, ˝I am going to sea-you may go home if you think proper.˝ Turning my eyes upon him, I perceived at once that, in spite of his assumed nonchalance, he was greatly agitated. I could see him distinctly by the light of the moon-his face was paler than any marble, and his hand shook so excessively that he could scarcely retain hold of the tiller. I found that something had gone wrong, and became seriously alarmed. At this period I knew little about the management of a boat, and was now depending entirely upon the nautical skill of my friend. The wind, too, had suddenly increased, as we were fast getting out of the lee of the land-still I was ashamed to betray any trepidation, and for almost half an hour maintained a resolute silence. I could stand it no longer, however, and spoke to Augustus about the propriety of turning back. As before, it was nearly a minute before he made answer, or took any notice of my suggestion. ˝By-and-by,˝ said he at length-˝time enough-home by-and-by.˝ I had expected a similar reply, but there was something in the tone of these words which filled me with an indescribable feeling of dread. I again looked at the speaker attentively. His lips were perfectly livid, and his knees shook so violently together that he seemed scarcely able to stand. ˝For God's sake, Augustus,˝ I screamed, now heartily frightened, ˝what ails you?-what is the matter?-what are you going to do?˝ ˝Matter!˝ he stammered, in the greatest apparent surprise, letting go the tiller at the same moment, and falling forward into the bottom of the boat-˝matter!-why, nothing is the-matter-going home-d-d-don't you see?˝ The whole truth now flashed upon me. I flew to him and raised him up. He was drunk-beastly drunk-he could no longer either stand, speak, or see. His eyes were perfectly glazed; and as I let him go in the extremity of my despair, he rolled like a mere log into the bilge-water from which I had lifted him. It was evident that, during the evening, he had drunk far more than I suspected, and that his conduct in bed had been the result of a highly-concentrated state of intoxication-a state which, like madness, frequently enables the victim to imitate the outward demeanour of one in perfect possession of his senses. The coolness of the night air, however, had had its usual effect-the mental energy began to yield before its influence-and the confused perception which he no doubt then had of his perilous situation had assisted in hastening the catastrophe. He was now thoroughly insensible, and there was no probability that he would be otherwise for many hours.

It is hardly possible to conceive the extremity of my terror. The fumes of the wine lately taken had evaporated, leaving me doubly timid and irresolute. I knew that I was altogether incapable of managing the boat, and that a fierce wind and strong ebb tide were hurrying us to destruction. A storm was evidently gathering behind us; we had neither compass nor provisions; and it was clear that, if we held our present course, we should be out of sight of land before daybreak. These thoughts, with a crowd of others equally fearful, flashed through my mind with a bewildering rapidity, and for some moments paralyzed me beyond the possibility of making any exertion. The boat was going through the water at a terrible rate-full before the wind-no reef in either jib or mainsail-running her bows completely under the foam. It was a thousand wonders she did not broach to-Augustus having let go the tiller, as I said before, and I being too much agitated to think of taking it myself. By good luck, however, she kept steady, and gradually I recovered some degree of presence of mind. Still the wind was increasing fearfully; and whenever we rose from a plunge forward, the sea behind fell combing over our counter, and deluged us with water. I was so utterly benumbed, too, in every limb, as to be nearly unconscious of sensation. At length I summoned up the resolution of despair, and rushing to the mainsail, let it go by the run. As might have been expected, it flew over the bows, and, getting drenched with water, carried away the mast short off by the board. This latter accident alone saved me from instant destruction. Under the jib only, I now boomed along before the wind, shipping heavy seas occasionally over the counter, but relieved from the terror of immediate death. I took the helm, and breathed with greater freedom as I found that there yet remained to us a chance of ultimate escape. Augustus still lay senseless in the bottom of the boat; and as there was imminent danger of his drowning (the water being nearly a foot deep just where he fell), I contrived to raise him partially up, and keep him in a sitting position, by passing a rope round his waist, and lashing it to a ringbolt in the deck of the cuddy. Having thus arranged everything as well as I could in my chilled and agitated condition, I recommended myself to God, and made up my mind to bear whatever might happen with all the fortitude in my power.

Hardly had I come to this resolution, when, suddenly, a loud and long scream or yell, as if from the throats of a thousand demons, seemed to pervade the whole atmosphere around and above the boat. Never while I live shall I forget the intense agony of terror I experienced at that moment. My hair stood erect on my head-I felt the blood congealing in my veins-my heart ceased utterly to beat, and without having once raised my eyes to learn the source of my alarm, I tumbled headlong and insensible upon the body of my fallen companion.

I found myself, upon reviving, in the cabin of a large whaling-ship (the Penguin) bound to Nantucket. Several persons were standing over me, and Augustus, paler than death, was busily occupied in chafing my hands. Upon seeing me open my eyes, his exclamations of gratitude and joy excited alternate laughter and tears from the rough-looking personages who were present. The mystery of our being in existence was now soon explained. We had been run down by the whaling-ship, which was close hauled, beating up to Nantucket with every sail she could venture to set, and consequently running almost at right angles to our own course. Several men were on the look-out forward, but did not perceive our boat until it was an impossibility to avoid coming in contact-their shouts of warning upon seeing us were what so terribly alarmed me. The huge ship, I was told, rode immediately over us with as much ease as our own little vessel would have passed over a feather, and without the least perceptible impediment to her progress. Not a scream arose from the deck of the victim-there was a slight grating sound to be heard mingling with the roar of wind and water, as the frail bark which was swallowed up rubbed for a moment along the keel of her destroyer-but this was all. Thinking our boat (which it will be remembered was dismasted) some mere shell cut adrift as useless, the captain (Captain E. T. V. Block of New London) was for proceeding on his course without troubling himself further about the matter. Luckily, there were two of the look-out who swore positively to having seen some person at our helm, and represented the possibility of yet saving him. A discussion ensued, when Block grew angry, and, after a while, said that ˝it was no business of his to be eternally watching for egg-shells; that the ship should not put about for any such nonsense; and if there was a man run down, it was nobody's fault but his own-he might drown and be d--d,˝ or some language to that effect. Henderson, the first mate, now took the matter up, being justly indignant, as well as the whole ship's crew, at a speech evincing so base a degree of heartless atrocity. He spoke plainly, seeing himself upheld by the men, told the captain he considered him a fit subject for the gallows, and that he would disobey his orders if he were hanged for it the moment he set his foot on shore. He strode aft, jostling Block (who turned very pale and made no answer) on one side, and seizing the helm, gave the word, in a firm voice, Hard-a-lee! The men flew to their posts, and the ship went cleverly about. All this had occupied nearly five minutes, and it was supposed to be hardly within the bounds of possibility that any individual could be saved-allowing any to have been on board the boat. Yet, as the reader has seen, both Augustus and myself were rescued; and our deliverance seemed to have been brought about by two of those almost inconceivable pieces of good fortune which are attributed by the wise and pious to the special interference of Providence.

While the ship was yet in stays, the mate lowered the jolly-boat and jumped into her with the very two men, I believe, who spoke up as having seen me at the helm. They had just left the lee of the vessel (the moon still shining brightly) when she made a long and heavy roll to windward, and Henderson, at the same moment, starting up in his seat, bawled out to his crew to back water. He would say nothing else-repeating his cry impatiently, back water! back water! The men put back as speedily as possible; but by this time the ship had gone round, and gotten fully under headway, although all hands on board were making great exertions to take in sail. In despite of the danger of the attempt, the mate clung to the main-chains as soon as they came within his reach. Another huge lurch now brought the starboard side of the vessel out of water nearly as far as her keel, when the cause of his anxiety was rendered obvious enough. The body of a man was seen to be affixed in the most singular manner to the smooth and shining bottom (the Penguin was coppered and copper-fastened), and beating violently against it with every movement of the hull. After several ineffectual efforts, made during the lurches of the ship, and at the imminent risk of swamping the boat, I was finally disengaged from my perilous situation and taken on board-for the body proved to be my own. It appeared that one of the timber-bolts having started and broken a passage through the copper, it had arrested my progress as I passed under the ship, and fastened me in so extraordinary a manner to her bottom. The head of the bolt had made its way through the collar of the green baize jacket I had on, and through the back part of my neck, forcing itself out between two sinews and just below the right ear. I was immediately put to bed-although life seemed to be totally extinct. There was no surgeon on board. The captain, however, treated me with every attention-to make amends, I presume, in the eyes of his crew, for his atrocious behaviour in the previous portion of the adventure.

In the meantime, Henderson had again put off from the ship, although the wind was now blowing almost a hurricane. He had not been gone many minutes when he fell in with some fragments of our boat, and shortly afterward one of the men with him asserted that he could distinguish a cry for help at intervals amid the roaring of the tempest. This induced the hardy seamen to persevere in their search for more than half an hour, although repeated signals to return were made them by Captain Block, and although every moment on the water in so frail a boat was fraught to them with the most imminent and deadly peril. Indeed, it is nearly impossible to conceive how the small jolly they were in could have escaped destruction for a single instant. She was built, however, for the whaling service, and was fitted, as I have since had reason to believe, with air-boxes, in the manner of some life-boats used on the coast of Wales.

After searching in vain for about the period of time just mentioned, it was determined to get back to the ship. They had scarcely made this resolve when a feeble cry arose from a dark object which floated rapidly by. They pursued and soon overtook it. It proved to be the entire deck of the Ariel's cuddy. Augustus was struggling near it, apparently in the last agonies. Upon getting hold of him it was found that he was attached by a rope to the floating timber. This rope, it will be remembered, I had myself tied round his waist, and made fast to a ringbolt, for the purpose of keeping him in an upright position, and my so doing, it appeared, had been ultimately the means of preserving his life. The Ariel was slightly put together, and in going down her frame naturally went to pieces; the deck of the cuddy, as might be expected, was lifted, by the force of the water rushing in, entirely from the main timbers, and floated (with other fragments, no doubt) to the surface-Augustus was buoyed up with it, and thus escaped a terrible death.

It was more than an hour after being taken on board the Penguin before he could give any account of himself, or be made to comprehend the nature of the accident which had befallen our boat. At length he became thoroughly aroused, and spoke much of his sensations while in the water. Upon his first attaining any degree of consciousness, he found himself beneath the surface, whirling round and round with inconceivable rapidity, and with a rope wrapped in three or four folds tightly about his neck. In an instant afterward he felt himself going rapidly upward, when, his head striking violently against a hard substance, he again relapsed into insensibility. Upon once more reviving he was in fuller possession of his reason-this was still, however, in the greatest degree clouded and confused. He now knew that some accident had occurred, and that he was in the water, although his mouth was above the surface, and he could breathe with some freedom. Possibly, at this period, the deck was drifting rapidly before the wind, and drawing him after it, as he floated upon his back. Of course, as long as he could have retained this position, it would have been nearly impossible that he should be drowned. Presently a surge threw him directly athwart the deck; and this post he endeavoured to maintain, screaming at intervals for help. Just before he was discovered by Mr. Henderson, he had been obliged to relax his hold through exhaustion, and, falling into the sea, had given himself up for lost. During the whole period of his struggles he had not the faintest recollection of the Ariel, nor of any matters in connexion with the source of his disaster. A vague feeling of terror and despair had taken entire possession of his faculties. When he was finally picked up, every power of his mind had failed him; and, as before said, it was nearly an hour after getting on board the Penguin before he became fully aware of his condition. In regard to myself-I was resuscitated from a state bordering very nearly upon death (and after every other means had been tried in vain for three hours and a half) by vigorous friction with flannels bathed in hot oil-a proceeding suggested by Augustus. The wound in my neck, although of an ugly appearance, proved of little real consequence, and I soon recovered from its effects.

The Penguin got into port about nine o'clock in the morning, after encountering one of the severest gales ever experienced off Nantucket. Both Augustus and myself managed to appear at Mr. Barnard's in time for breakfast-which, luckily, was somewhat late, owing to the party over night. I suppose all at the table were too much fatigued themselves to notice our jaded appearance-of course, it would not have borne a very rigid scrutiny. Schoolboys, however, can accomplish wonders in the way of deception, and I verily believe not one of our friends in Nantucket had the slightest suspicion that the terrible story told by some sailors in town of their having run down a vessel at sea and drowned some thirty or forty poor devils, had reference either to the Ariel, my companion, or myself. We two have since very frequently talked the matter over-but never without a shudder. In one of our conversations Augustus frankly confessed to me, that in his whole life he had at no time experienced so excruciating a sense of dismay, as when on board our little boat he first discovered the extent of his intoxication, and felt himself sinking beneath its influence.

OPOWIEŚĆ ARTURA GORDONA PYMA Z NANTUCKET

 

WSTĘPNE UWAGI

 

Po moim powrocie do Stanów Zjednoczonych, w parę miesięcy po przeżyciu szeregu nadzwyczajnych przygód na morzach południowych i w innych okolicach - które to przygody opisuję na następujących stronicach - znalazłem się przypadkiem w towarzystwie kilku poważnych gentlemanów w Richmondzie, w stanie Wirginia. Panowie ci zainteresowali się niezwykle żywo wszystkiem, co odnosiło się do okolic, jakie zwiedziłem, i uporczywie nakłaniali mnie, wmawiając mi to, jako obowiązek, bym opowiedział moje przygody czytającej publiczności.

Istniały atoli poważne przyczyny, powstrzymujące mnie od spełnienia tego żądania. Niektóre z nich miały wyłącznie osobisty charakter i dotyczyły jedynie mnie samego, inne natomiast były ogólniejszej natury. Jedną z wątpliwości, która mnie odstręczała, było to, że w ciągu dłuższego okresu mego pobytu poza krajem ojczystym nie prowadziłem dziennika podróży. Obawiałem się więc, że nie potrafię spisać na podstawie samych tylko wspomnień tak szczegółowej i wyczerpującej relacji, by sprawiała całkowicie wrażenie prawdy istotnych przeżyć' wydając się tylko naturalną i nieuniknioną egzageracją, ku jakiej skłaniamy się wszyscy, jeżeli opowiadane wypadki podniecają silnie zdolność wyobraźni.

Inną przyczyną mego oporu było to, że wypadki, o których musiałbym opowiadać, były naprawdę niezwyklezwykle dziwne, a jedyną gwarancję ich prawdziwości dawałoby tylko moje własne zapewnienie (pomijając świadectwo jednego jedynego człowieka, będącego mieszańcem-indjaninem). Mogłem więc oczekiwać, że opowieść moja znajdzie wiarę jedynie w łonie mojej rodziny i wśród moich przyjaciół, znających z lat dawniejszych trzeźwość mego umysłu - a że natomiast szersze koła czytelników osądzą moje przygody jedynie jako bezwstydne, fantastyczne zmyślenie.

Wreszcie nieufność w własne zdolności pisarskie była jednym z głównych powodów, że nie chciałem uledz namowom moich doradców.

Wśród owych wirginijskich gentlemanów, którzy wyrażali największe zainteresowanie się moją opowieścią, a zwłaszcza tą jej częścią, która rozgrywała się na oceanie antarktycznym, znajdował się również pan Poe, były redaktor pisma "Southern Literary Messenger", miesięcznika, wydawanego przez pana Tomasza W. White'a w mieście Richmondzie. Pan Poe doradzał mi z uporem, abym przygotował śpiesznie szczegółowy opis wszystkiego, co widziałem i co przeżyłem - doradzał mi, abym zaufał bystrości i inteligencji czytelników - przekonywał mnie bardzo wymownie, że, gdyby nawet moja książka była napisana nieudolnie, to właśnie ta naiwność zapewni najlepsze widoki wzbudzenia wiary wśród czytelników.

Pomimo tych wszystkich argumentów, opierałem się wypełnieniu jego żądania. Nie zrażając się tą moją nieustępliwością, zaproponował mi wówczas, bym pozwolił mu nakreślić jego własnemi słowami - wedle przedstawionych przezemnie wypadków - pierwszy okres moich przygód, celem ogłoszenia ich w "Southern Messenger" w formie fantastycznej opowieści. Nie mogąc podnieść żadnego zarzutu przeciw tej propozycji, zgodziłem się na nią, zastrzegłem tylko, by moje nazwisko pozostało w tajemnicy. Dwa ciągi tego rzekomo zmyślonego opowiadania pojawiły się kolejno w piśmie "Messenger" w miesiącach styczniu i lutym (1837); aby umocnić wrażenie, że opowieść jest fantazją, artykuły były podpisane nazwiskiem pana Poego w spisie rzeczy miesięcznika.

Wrażenie, z jakiem czytelnicy powitali ten fortel, skłoniło mnie wreszcie ku temu, że postanowiłem sam opracować skrupulatnie i ogłosić rzeczone przygody. Przekonałem się bowiem, że - wbrew pozorom bajki, jakie tak pomysłowo nadaliśmy części mojego opowiadania, pomieszczonej w "Messenger", (gdzie zresztą ani jeden fakt nie był przekręcony lub przesadnie przedstawiony) - czytelnicy bynajmniej nie zamierzali traktować opowieści, jako zmyślenia. Szereg poważnych listów, nadesłanych pod adresem pana Poego, dowodził raczej, że autorowie ich żywili wręcz przeciwne mniemanie. Wywnioskowałem stąd zatem, że wypadki, o jakich mogę opowiedzieć, dają same przez się dostateczną gwarancję prawdziwości i że nie mam bynajmniej przyczyny obawiać się publicznego zarzutu niewiarygodności.

Po tym wstępie, ciąży na mnie jeszcze tylko obowiązek zaznaczenia powtórnie, że nie wszystkie następujące stronice są napisane przezemnie samego. Ale w tych pierwszych kartach, które napisał pan Poe, ani jeden fakt nie jest przekręcony lub zniekształcony. Nawet czytelnikom, którzy nie mieli w ręku miesięcznika "Messenger", nie potrzeba szczegółowo wskazywać, gdzie się kończy relacja pana Poego, a gdzie się zaczyna moje własne opowiadanie; - różnice stylu dostatecznie to uwidaczniają.

Nowy York, w lipcu 1838 roku.

A. G. PYM.